Firstlife. Pierwsze życie. - Gena Shawalter - ebook
Opis

Żyje się tylko raz? Nie w tym świecie, tutaj prawdziwe życie zaczyna się dopiero po śmierci. Jesteś pełnoletni? A więc pora zdecydować, czy będziesz wyznawać zasady Trojki, czy Miriady. Te dwie frakcje toczą zaciekłą walkę o dusze Niezwerbowanych i prawie nigdy nie grają czysto. Tenley została naznaczona już w chwili narodzin. Jest obdarzona wielką mocą. I Trojką, i Miriada nie cofną się przed niczym, by ją przeciągnąć na swoją stronę. Wciąż nie zdecydowała, dokąd chce trafić po śmierci, a nie wie, że los przygotował dla niej kilka niemiłych niespodzianek.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 515

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Gena Showalter

Firstlife. Pierwsze życie

Tłumaczenie:

DEDYKACJA

Bogu i Synowi Bożemu za natchnienie (Ewangelia wg św. Łukasza 10, 2 i Ewangelia wg św. Marka 3, 24) oraz bezgraniczną miłość (Ewangelia wg św. Jana 3, 16).

Pennye Edwards za to, że jest jedną z największych miłości mojego życia.

Wendy Higgins za lekturę wersji „beta” i fantastyczny odzew.

Katie McGarry za odpowiedni mejl w odpowiednim czasie.

Roxanne St. Claire, mojej siostrze, przyjaciółce i miłości, za wsparcie i zachętę.

Jill Monroe, „najlepsiejszej” najlepszej przyjaciółce, jaką można sobie wymarzyć, właściwie za wszystko. Sprawiasz, że życie staje się lepsze. (PS. Ukryłam Twoje nazwisko w tekście, poszukaj siebie – bo jestem „najgłupkowaciejszą” najlepszą przyjaciółką, ha, ha).

Kresley Cole, P.C. oraz Kristin Cast i Sarah Maas za to, że bawię się z Wami jak z nikim innym.

Mike’owi i Vicki Tolbert, Shane’owi Tolbertowi, Shonnie Hurt i Michelle Quine za to, że ze mną wytrzymują. Jestem dla Was darem od Boga – zgoda, ale Wy też jesteście dla mnie Boskim darem.

Maksowi, Riley i Victorii za to, że jesteście sobą. Zawsze będę Was kochała.

Deirde Knight, mojej agentce, za to, że równie mocno jak ja uwierzyła w tę serię.

Lauren Smulski za lekturę i świetne komentarze.

Natashyi Wilson, mojej redaktorce, za to, że w bryle węgla, który Ci wysłałam, dojrzałaś diament. Twoje wskazówki okazały się bezcenne, a uwielbienie dla książki i serii – prawdziwym skarbem. Pomogłaś mi na tyle sposobów, że aby wymienić je wszystkie, musiałabym napisać drugą książkę. Zawsze bardzo ciężko pracowałaś na moje konto i podsuwałaś niezwykle trafne sugestie, jednak tym razem przeszłaś samą siebie. Dziękuję!

Była to najlepsza i najgorsza z epok, wiek rozumu i wiek szaleństwa, czas wiary i czas zwątpienia, okres światła i okres mroków, wiosna pięknych nadziei i zima rozpaczy.

Charles Dickens, „Opowieść o dwóch miastach”, tłum Zofia Popławska

TROJKA

Od: A_P_5/23.43.2

Do: L_N_3/19.1.1

Temat: Tenley Lockwood

Kolego, nie od parady byłoby uprzedzić. Przejdzie ci przez gardło „wariatkowo”?

Może nie czytałeś mojego dossier? W takim razie streszczę ci najważniejsze punkty. Otóż jestem świetnie wyszkolonym i często gęsto odznaczanym Robotnikiem. Zwycięstwo to moje drugie imię. Nie jestem natomiast niańką. Każąc mi opiekować się Tenley Lockwood, marnujesz moje rozliczne talenty.

Aha, czy wspominałem już, że siedzi w WARIATKOWIE?

Z całym szacunkiem, ale wolałbym sam siebie wywrócić na nice wieszakiem do ubrań, niż siedzieć w takim przybytku. Składam oficjalną prośbę o przeniesienie.

Światło oświecenie!

Archer Prince

TROJKA

Od: L_N_3/19.1.1

Do: A_P_5/23.43.2

Temat: Udzielam oficjalnej odmowy

Panie Prince,

nie jestem pańskim „kolegą”, tylko przełożonym. Proszę zwracać się do mnie wyłącznie z użyciem stosownej rangi, czyli „Panie Generale”. Może pan również pisać „sir”, co sprawdza się w każdych okolicznościach.

Został pan wybrany do tej misji z dwóch bardzo istotnych powodów. Jest pan młody oraz, co oczywiste, niedojrzały. (Tę uwagę proszę wziąć do siebie). Nasi starsi Robotnicy nie potrafili znaleźć wspólnego języka z panną Lockwood, myślę jednak, że pan powinien sobie poradzić.

Proszę więc nadal, jak pan to ujął, „niańczyć” pannę Lockwood. W przeciwnym razie osobiście wywrócę pana na nice.

Oczekuję ponadto codziennych raportów. Nie przesadzę, jeśli dodam, że przekonanie jej, aby zawarła przymierze z naszą sferą, jest sprawą najwyższej wagi.

Światło oświecenie!

Generał Levi Nanne

TROJKA

Od: A_P_5/23.43.2

Do: L_N_3/19.1.1

Temat: Zgred z pana (a ja JESTEM dojrzały, i to BARDZO)

Sir,

wiem, że Robotnik do pięt nie dorasta komuś takiemu jak pan, ale czy nie jest pan aby jednym z tych „starszych” dżentelmenów, którym nie wyszło z dziewczyną? Pytam, żeby się upewnić. (I przygotować pana na moment, w którym to ja będę górą i będę mógł to panu wypomnieć).

Do rzeczy. Jestem potulnym trybikiem w machinie, więc OCZYWIŚCIE zrobię, jak pan każesz… sir. Tylko jedno „ale”. Otóż usunę sobie rogówki i przebiję ołówkiem błonę bębenkową, jeśli jeszcze choć przez chwilę będę musiał oglądać/słuchać z zewnątrz.

Chcę własnej Skorupy oraz DOSTĘPU do wariatkowa… sir.

Załączam pierwszy raport, którego pan zażądał, to znaczy o który pan GRZECZNIE POPROSIŁ… sir. Na zajęciach z twórczego pisania (tak jak je rozumieją w zakładzie) pański „skarb” miał napisać wiersz, w którym powinien zawrzeć swoje odczucia à propos życia. Załączam kopię do przejrzenia. Tylko bardzo proszę, żeby mimo wszystko nie próbował pan skoczyć z mostu po lekturze tego dzieła… sir.

Grób oznacza koniec,

A ja nigdy nie pogodzę się z tym,

Że zostałam wyzwolona z łańcuchów, które mnie krępują.

Wiem, że

„Śmierci umknęło zwycięstwo”

To kłamstwo, ponieważ nie ma prawdy większej niż to, że:

„Życiu brak nadziei”.

Muszę powiedzieć, że moim zdaniem Mroczka McDołek nie pasuje do Trojki. Wiem, wiem, uwielbiamy antypatyczne typy, stajemy po stronie słabych. Wykład zbędny. Proszę tylko zdradzić, co czyni ją aż tak istotną.

Uniżony sługa

Archer

TROJKA

Od: L_N_3/19.1.1

Do: A_P_5/23.43.2

Temat: Między innymi wiersz

Nie powiedziałbym, że mi nie wyszło, chłystku, raczej że przygotowałem miejsce dla ciebie. To zasadnicza różnica. Chcesz być górą? Naucz się, jak to osiągać.

Dostanie pan Skorupę o ósmej. Nie własną, tylko wybraną z Ogółu. Proszę nie marnować palców na typową dla siebie afektację: „Słucham? Z Ogółu? To chyba żart (teatralna pauza dla wzmocnienia efektu), sir?”. Wysyłam panu nie to, czego pan chce, ale to, czego pan potrzebuje. Później mi pan podziękuje.

Co się tyczy wiersza. Panna Lockwood rozumie, że na każdą kwestię można spojrzeć dwojako. Czemu do pana to nie dociera? Dla własnego dobra proszę przeczytać ten wiersz raz jeszcze. Tym razem od końca do początku.

Jeżeli muszę panu, panie Prince, tłumaczyć, co takiego wyjątkowego jest w tej dziewczynie, znaczy to, że pański mózg wymaga natychmiastowego potraktowania wiertarką udarową. Dla własnego dobra proszę się teraz skupić na perłach, które przed pana rzucę. Oto one: światło. Przewodnik. Strata. Ciemność.

Aha, i jeszcze jedno: kretyn (to również proszę wziąć do siebie).

TROJKA

Od: A_P_5/23.43.2

Do: L_N_3/19.1.1

Temat: Cztery rzeczy

1) Sir Kolego. Nie zamierzam wytykać panu oczywistego braku inteligencji, ale Tenley Lockwood nie może być Przewodnikiem. Starcze otępienie umysłowe najwyraźniej odebrało panu pamięć. Przewodnicy pochodzą przecież od trojkańskich rodziców. Są najbardziej lojalnymi spośród nas, od początku do końca.

2) Niech będzie. Przeczytałem wiersz od dołu do góry i już wiem, o co chodzi z tym „dwojakim” rozumieniem. Ale to nie znaczy, że wiersz jest dobry. Nawet się nie rymuje.

3) Dostałem Skorupę – i chyba naprawdę pana nienawidzę. Jestem chodzącą męską agresją, a pan oczekuje, że będę laską? Chyba nikt, po prostu NIKT nie jest na tyle głupi, żeby uwierzyć w tę farsę.

4) Miriada wysłała Killiana. Widziałem, jak czaił się w cieniu i przyglądał dziewczynie. Mogę go zlikwidować?

TROJKA

Od: L_N_3/19.1.1

Do: A_P_5/23.43.2

Temat: Zgo… Odmowa! (Przyznaj, że twoje dziewczęce serduszko na chwilę zamarło).

Obaj doskonale wiemy, jakie prawa nas obowiązują. Co takiego stanowi sedno drugiego co do ważności dekretu? To, że osobiste zaszłości muszą ustąpić przed dobrem ludu. Należy pan do ludu.

Proszę robić, co do pana należy. Nic innego się nie liczy.

MIRIADA

Od: K_F_5/23.53.6

Do: P_B_4/65.1.18

Temat: Moje nowe zadanie

Niezła laska, do tego zwariowana, a ja lubię takie. Możemy uznać Tenley Lockwood za zaliczoną.

Siła to potęga!

Killian Flynn

MIRIADA

Od: P_B_4/65.1.18

Do: K_F_5/23.53.6

Temat: Z szacunkiem proszę!

Będzie się pan wyrażał o dziewczynie z szacunkiem albo wcale.

Jestem o włos od odebrania panu tego zadania, panie Flynn. Nie wiem, doprawdy nie wiem, jakim cudem Generałowie przekonali mnie, że uda się panu dokonać tego, czego nikt inny nie zdołał zrobić. Jest pan zbyt młody, a pańskie metody zawsze były… niestosowne. Nie tym razem jednak! Proszę przekonać dziewczynę, że warto się z nami sprzymierzyć, ale bez wkładania rąk tam, gdzie nie trzeba. Proszę nie zawieść.

ONA JEST NAM POTRZEBNA!

Siła to potęga!

Madame Pearl Bennett

MIRIADA

Od: K_F_5/23.53.6

Do: P_B_4/65.1.18

Temat: Miałbym zawieść? Nie w tym życiu!

Do tej pory nie interesowały pani moje metody, tylko efekt końcowy. Co się zmieniło? Czemu ta dziewczyna jest aż tak ważna? Wie pani coś, o czym nie ma pojęcia reszta klasy? Proszę się tą wiedzą podzielić.

Poza tym wcale nikogo nie potrzebujemy. NIE POTRZEBUJEMY!

Nigdy nie byliśmy silniejsi niż teraz, jest nas dwukrotnie więcej niż Trojkan. Dziewczyna jest już praktycznie odfajkowana. Kiedy umrze, stanie się po prostu kolejnym trybikiem w naszej maszynie. Spokojna głowa. Zwerbuję ją, i zrobię to po mojemu. Jak zawsze.

Trojka wysłała Archera. Utnę mu ręce i nogi, a potem złoję go nimi tak, że umrze po raz drugi.

MIRIADA

Od: P_B_4/65.1.18

Do: K_F_5/23.53.6

Temat: NIE!

Proszę nad sobą zapanować do czasu, kiedy zwerbuje pan dziewczynę. Później przyszpilę Archera najdłuższymi szpilkami, jakie mam, pan zaś obedrze go ze skóry i zrobi sobie z niej płaszcz, jeśli taka pana wola. Czy wyraziłam się jasno? Ale na razie proszę unikać konfrontacji!

Dziewczyna jest czymś dużo więcej niż zwykłym trybikiem. Każdy z nas znaczy dużo więcej, ale ona… No cóż, pewnego dnia zostanie pana szefem. Będzie OBYDWOMA naszymi szefami. Na pana miejscu postępowałabym z nią niezwykle ostrożnie.

MIRIADA

Od: K_F_5/23.53.6

Do: P_B_4/65.1.18

Temat: Przykro mi, ale NIE jest pani na moim miejscu

Jest pani za to zbyt pretensjonalna. Proszę sobie wyobrazić, że krzywię się z zażenowaniem, gdy odpowiadam, że mam gdzieś pani pozwolenie albo jego brak. Niech ostatnia wiadomość ode mnie pozostanie między nami.

Wie pani lepiej niż ktokolwiek, że swoich przełożonych traktuję tak samo jak wszystkich pozostałych. Jeśli się to pani nie podoba, Madame, proszę mnie skierować do innego zadania. Nie mam nic do stracenia, ale za to pani chyba całkiem sporo.

MIRIADA

Od: P_B_4/65.1.18

Do: K_F_5/23.53.6

Temat: Nic do stracenia?

Wobec tego może coś do zyskania? Proszę zwerbować dziewczynę, a dostanie pan to, czego od zawsze pan pragnie. Pozna pan nazwisko swojej matki oraz informację, gdzie można ją odnaleźć.

Choć kres bliski

Podobno historię piszą ci, którzy przeżyli, ale wiem, że to nie zawsze prawda.

Nazywam się Tenley Lockwood. Wkrótce będę martwa.

Oto moja historia – lecz mój koniec jest dopiero początkiem.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Lepiej być Niezwerbowanym, niż służyć trojkańskiemu prawu.

Miriada

Siedzę w Prynne, zakładzie dla obłąkanych – czyli tu, gdzie szczęście przybywa umierać – od trzystu siedemdziesięciu ośmiu dni. Czyli od dziewięciu tysięcy siedemdziesięciu dwóch godzin. Znam dokładną liczbę nie dlatego, że obserwuję wschody i zachody słońca, ale ponieważ znaczę ściany pokoju krwią. Robię to, ilekroć włączają światła w skrzydle dla grzecznych dziewczynek, które zeszły na złą drogę.

W budynku nie ma okien, w każdym razie żadnych nie znalazłam. Ani razu nie pozwolono mi wyjść na zewnątrz. Mnie i pozostałym. Mówiąc szczerze, nie wiem nawet, w jakim kraju się znajdujemy, albo czy przypadkiem nie trzymają nas gdzieś głęboko pod ziemią. Zanim nas tu przetransportowano – samolotem, samochodem, statkiem, czymkolwiek – podano nam silny środek uspokajający. Gdziekolwiek się znajdujemy, za murami zakładu musi być przeraźliwie zimno, bo ogrzewanie działa non stop.

Moi przyjaciele i wrogowie proszą personel o wyjaśnienia, ale nieodmiennie słyszą:

– Na odpowiedzi trzeba zasłużyć.

Dziękuję, postoję. Dla mnie cena – czyli współpraca – jest po prostu zbyt wysoka.

Krzywię się z bólu, kiedy wstaję z pryczy i idę w drugi kąt. Umieram z każdym krokiem. Plecy mnie nienawidzą, ale mięśnie są zbyt obolałe, by zastrajkować. Wczoraj wieczorem wymierzono mi chłostę – BO PONIEWAŻ.

Zatrzymuję się przed swoją dumą i radością. Oczywiście chodzi o kalendarz. Nowy dzień to nowy znak.

Nie mam kredy, długopisu ani markera, więc przesuwam opuszką palca wskazującego po wystającym z podłogi ostrym kamieniu, przecinam skórę i upuszczam kroplę krwi.

Nie cierpię pieczenia, ale mówiąc szczerze, bardzo mi się podoba blizna, która pozostaje po rozcięciu. Dzięki bliznom mam co liczyć.

Liczenie to moja pasja, a numerologia to już prawdziwy nałóg. Może dlatego, że z każdym oddechem przesuwa się wskazówka i stawiamy kolejny krok na drodze ku śmierci… oraz ku nowemu początkowi. Może dlatego, że mam na imię Tenley, dla przyjaciół Ten.

Ten czyli dziesięć – czyli odzwierciedlenie całości.

Mamy po dziesięć palców u rąk i nóg.

Zwykle odlicza się od dziesięciu.

Urodziłam się dziesiątego dnia dziesiątego miesiąca o dziesiątej dziesięć rano.

No dobrze, niech będzie, że mam hopla na punkcie liczb, ponieważ zawsze kryje się w nich jakaś opowieść i w przeciwieństwie do ludzi nigdy nie kłamią.

A oto moja historia w liczbowym skrócie:

Siedemnaście – tyle lat istnieję. „Istnieję”, bo w moim przypadku „żyję” to za mocno powiedziane.

Jeden – z tyloma chłopakami się spotykałam.

Dwoje – tyle przyjaciół zdobyłam i utraciłam od chwili uwięzienia.

Dwa – tyle mam żyć. Tyle żyć WSZYSCY mamy.

Najpierw Pierwsze Życie, potem Wieczne Życie.

Dwie – tyle mam możliwości wyboru, jeśli chodzi o wieczną przyszłość:

(1) Robić, jak każą rodzice, albo (2) cierpieć.

Zdecydowałam się na cierpienie.

Postawiłam kolejny znak krwią. Zadowolona idę do „łazienki”. Nie ma drzwi, które dałyby choć odrobinę prywatności, jest jedynie niewielki otwarty prysznic tuż obok sedesu. Jak nam powiedziano, służy to naszemu bezpieczeństwu. Przypuszczam, że raczej przyjemności innych. Cele są monitorowane dwadzieścia cztery godziny na dobę, co oznacza, że o dowolnej porze dnia lub nocy personel może, a nawet powinien, oglądać obraz z kamer na żywo.

Doktor Vans, szef zakładu, lubi z nas drwić.

– Widzę i wiem wszystko – powiada.

Wielu nauczycieli lubuje się w ruganiu nas.

– Szkoda na ciebie czasu! – słyszymy często.

Salowe nas poniżają.

– Utyło się, co?

Większość strażników rzuca nam pożądliwe spojrzenia. Pochodzą z różnych stron świata, mówią różnymi językami, ale nastawienie mają wspólne.

– Prosisz się o TO i pewnego dnia TO dostaniesz.

To tylko niektóre spośród atrakcji, które ma do zaoferowania Prynne.

Przyznaję, że nie każdy tu jest potworem. Niektórzy – ale jest ich tylko garstka – pilnują, żeby pozostali nie posunęli się za daleko. Wiadomo jednak, że obowiązkiem personelu jest takie uprzykrzanie nam życia, byśmy pragnęli ZA WSZELKĄ CENĘ wydostać się stąd. Im bowiem bardziej będziemy chcieli opuścić mury zakładu, tym chętniej zgodzimy się na to, co rodzice chcieli na nas wymóc, posyłając do Prynne.

Marlowe, moja przyjaciółka, ośmieliła się zastawić biżuterię matki, żeby kupić jedzenie, więc należy wyleczyć ją z „kleptomanii”. Mój przyjaciel Clay, narkoman, miał wyleczyć się z nałogu.

Z obojgiem zakład sobie nie poradził. Kilka miesięcy temu Marlowe się zabiła, zaś Clay… No cóż, nawet nie wiem, co się z nim stało. Kiedy ostatnio rozmawialiśmy, zamierzał się urwać, ale od tamtej pory nie miałam od niego żadnych wieści.

Nie ma dnia, naprawdę nie ma takiego dnia, żebym nie tęskniła za obojgiem.

Błagałam Claya, żeby nie ryzykował ucieczki. Wiedziałam, czym to pachnie, bo sama raz spróbowałam, i to mając pomoc. Mój chłopak James, strażnik zajmujący wysoką pozycję w hierarchii, zadbał o to, żeby kamery były wyłączone, otworzył właściwe drzwi i uśpił pozostałych strażników. Mimo to nie udało się.

Za to, co zrobił, James dostał kulkę w głowę.

Na moich oczach.

A teraz w kącikach tych oczu zbierają się gorące łzy, po czym spływają po policzkach, kiedy powoli zdejmuję kombinezon. Z każdym ruchem czuję przeszywający ból. Naga wchodzę pod letni prysznic. Wprawdzie skromność już dawno wybito mi z głowy – całkiem dosłownie! – ale myję się szybko i sprawnie. Dzienny przydział wody jest niewielki. Jeśli się skończy, nie mamy jej i tyle. Nie dają nam żyletek. Nogi i pachy mam gładkie wyłącznie dzięki niciom wyjętym ze starych uniformów. To, że czuję się jak zwierzę, nie oznacza, że mam też jak zwierzę wyglądać.

Nie to, żeby zadbany wygląd stał na pierwszym miejscu w hierarchii priorytetów. Wprawdzie podczas posiłków możemy bratać się z płcią przeciwną, ale wolałabym wydłubać sobie serce zardzewiałą łyżką, niż znów spotykać się z chłopakiem. Owszem, przyjemność z tego wielka, ale ryzyko z tym związane jeszcze większe. Kiedy sprawa zawali się z hukiem – a na pewno się zawali – to rozpadnę się na milion kawałków. I będę musiała zbudować się od nowa. Nie pierwszy raz, tylko ponownie.

Powinnam była oprzeć się zalotom Jamesa, ale przeżywałam ciężkie chwile i rozpaczliwie pragnęłam, by ktoś mi okazał ludzkie uczucia. James narażał się, ilekroć wyłączał kamery, żeby wślizgnąć się do mojego pokoju. Przychodził tak często, że w tych ścianach nadal żyje jego wspomnienie. Każdej nocy, kiedy kładę się do jednego z dwóch łóżek, przypominam sobie, jak przełamywał moją nieśmiałość. Jak opatrywał moje rany. Jak trzymał mnie w ramionach, przynosząc pociechę i zasypując pocałunkami.

Chciał się posunąć dalej, ale ja nie chciałam. Nie tutaj, nie wtedy, kiedy mogliśmy mieć widownię.

Zapomnij o przeszłości, mówię sobie. Skup się na teraźniejszości. No.

Zakręcam wodę i dokładnie wycieram się ręcznikiem. Sięgam po czysty, żółty jak zasikany śnieg kombinezon i wkładam go, ale dam radę podciągnąć tylko do pasa, bo ręce odmawiają posłuszeństwa. Nie wytrzymuję bólu w ramionach.

Co teraz? Przecież nie wyjdę tak z celi.

Drzwi nagle rozsuwają się z cichym „szszsz”. Krew mi zastyga w żyłach, kiedy do środka wchodzi dwóch strażników, prowadząc wierzgającą dziewczynę.

Nabieram gwałtownie powietrza, a zaskoczenie sprawia, że znajduję w sobie dość siły, by podnieść dłonie i zasłonić piersi.

Nie, to nie wstyd – to nowy poziom upokorzenia.

Strażnicy puszczają dziewczynę i pchają ją w moją stronę. Pierwszą rzeczą, na jaką zwracam uwagę, są jej krzywo obcięte różowe włosy.

– Nowa koleżanka – mówi jeden z nich. Zauważa, że jestem półnaga, i dodaje z uśmieszkiem: – No proszę, co my tu mamy?

Mówi to z silnym rosyjskim akcentem, między innymi dlatego nazywam go „Towarzyszem Bucem”. Płoną mi policzki, ale silę się na pewny siebie ton.

– Otóż mamy nieletnią dziewczynę, która po wyjściu stąd dopilnuje, żebyś zdechł za kratkami.

Szczerzy zęby, robi krok w moją stronę… i nagle różowowłosa dziewczyna sprzedaje mu kopniaka w brzuch.

Strażnik przenosi na nią uwagę i podnosi rękę, żeby wymierzyć cios.

– Suka! – warczy. To słowo, wypowiedziane w jego ojczystym języku, słyszałam wielokrotnie rzucane pod moim adresem.

Dziewczyna uśmiecha się i wabi go zakrzywionym palcem, uniwersalnym gestem oznaczającym: „No, dawaj”.

Drugi strażnik chwyta Towarzysza Buca za ramię i wyciąga go na korytarz. Zanim drzwi się zamkną, zdążę jeszcze uchwycić gniewne spojrzenia obu mężczyzn.

Dziewczyna nie marnuje czasu, tylko macha do mnie, a wygląda przy tym niemal… radośnie. Mrugam zaskoczona. Cieszy się, zamiast się bać? Serio?

– Cześć – mówi z lekkim brytyjskim akcentem. – Jestem Bow, twoja nowa przyjaciółka.

Wariatka, no.

– Dziękuję, nie potrzebuję nowych przyjaciół. – Liczyłam, że nadal będę zajmowała tę celę sama jedna. Nie lubię spać przy innych, ale żeby jakoś funkcjonować, muszę od czasu do czasu uciąć sobie drzemkę. Moja poprzednia współlokatorka twierdziła, że rzucam się przez sen, krzyczę, opowiadam o torturach, które przechodziłam, albo śpiewam piosenkę o liczbach, której nauczyła mnie ciotka, kiedy byłam mała.

Dziesiątka łez spływa,

I Ten przyzywa, przyzywa.

Dziewięć jest setek drzew,

Jednego drzewa dla Ten śpiew.

Osiem razy osiem razy osiem lecą,

Zapamiętaj, Ten: sucha nie bądź nawet nieco.

O nie. Nie pora na ucieczkę we własne myśli.

– Pozwól… – Bow podchodzi do mnie, stawiając długie, pewne kroki. Z bliska zauważam, że jej oczy mają kolor grosików prosto z mennicy. Są osobliwe, a jednak urzekają. Tli się w nich przejęcie, którego niemal nie sposób opanować. – Pozwól, że ci pomogę.

Z przyzwyczajenia cofam się, kiedy wyciąga do mnie rękę. Ale… zero! – to moje ulubione przekleństwo – chyba nie mam wyjścia i muszę skończyć się ubierać przy niej.

Łapie się za piersi, naśladując mój gest, i rzuca mi promienny uśmiech.

– Cycki są fajne, co nie? Bimbały do miętoszenia. Nie wiem, na co wy, dziewczyny, tak wiecznie narzekacie.

– Chyba MY, dziewczyny?

Zsuwa dłonie z „bimbałów”.

– Kochana, nie ma nic złego w zabawianiu się tym, co mamy na wyposażeniu. Czemu nie skorzystać z własnych towarów i usług? Poważnie. Mam takie ciało, że sama się na siebie napalam.

„Takie ciało”? No cóż, to sprawa dyskusyjna. Dziwna ta Bow. Dziwna, narcystyczna, zboczona? Bez dwóch zdań. Trzy w jednym. Trójka. Innymi słowy, tym razem trafił mi się typ zabójczo samobójczy. Ja to dopiero mam.

– Wybacz, ale nie chce mi się rozmawiać o twoich, jak to nazwałaś, towarach i usługach. – Powoli odwracam się do niej plecami. Rzadko mi się to zdarza, uciekam się do tego tylko w ostateczności. Jeśli Bow spróbuje coś mi zrobić, cokolwiek – na przykład rzuci się na mnie z nożem – to gorzko tego pożałuje.

Gwałtownie nabiera powietrza. Pewnie przygląda się moim licznym siniakom.

– Pamiątka z dzisiaj – rzucam przerażona moją tak jawną słabością.

Delikatnie dotyka moich ramion przez rękaw.

– Mam nadzieję, że jesteś gotowa na Wieczne Życie, bo kolejnego pobicia możesz nie przeżyć.

Nie sądzę, przecież doktor Vans doskonale opanował sztukę zadawania tortur. Wie, jak bić, żeby nie posunąć się za daleko.

– Uwierz, może mi się przytrafić los gorszy od śmierci.

– Jasne, że tak. Jeżeli nie przygotowałaś się odpowiednio na Nieskończenie, będziesz błagała, by twoje istnienie dobiegło końca.

Nieskończenie to miejsce, którym władają Miriada i Trojka, dwie sfery zawiadujące życiem pozagrobowym, czyli Wiecznym Życiem. To miejsce, w którym ponoć zaczyna się „prawdziwe” życie.

Świat został podzielony na dwie frakcje: tych, którzy popierają Miriadę, oraz tych, którzy opowiadają się za Trojką. Nikt nie głosuje za obiema frakcjami, bo niby jak? Sfery różnią się całkowicie, i to w każdym aspekcie.

Miriada szczyci się niezależnością… wieczną szczęśliwością… przyjemnościami życia. Dla niej Pierwsze Życie jest zaledwie odskocznią do Wiecznego. Wszystko jest z góry przesądzone. Kiedy doświadczamy Drugiej Śmierci, czyli umieramy w Wiecznym Życiu, nasz duch powraca na ziemię, do Krainy Żniw, by połączyć się, czyli Spiąć, z kolejnym, zupełnie nowym duchem.

Miriada gotowa jest negocjować warunki przymierza w celu przeciągnięcia człowieka na swoją stronę.

Z kolei Trojka kojarzy się z uporządkowaniem… nieustającą nauką… całkowitym posłuszeństwem. Dla niej Pierwsze Życie liczy się tak samo jak Wieczne, przeznaczenie jest mitem, a kiedy doświadczamy Drugiej Śmierci, przechodzimy w stan Spoczynku, i nie ogląda nas już więcej ani żaden człowiek, ani duch.

Trojkanie nie dyskutują o warunkach przymierza, tylko zawsze i wszędzie proponują to samo, każdemu bez wyjątków. Oferują identyczne prawa, jak również obowiązki. Dla nich dobro to dobro, a zło to zło. Tyczy się to wszystkich i każdego z osobna. Podstawą jest równość.

Kiedy jedna sfera twierdzi, że niebo jest błękitne, druga uważa, że zanosi się na burzę.

Od stuleci trwa między nimi wojna, której celem jest ostateczne zniszczenie przeciwnika. Dlatego walka o dusze, którą prowadzą, jest bezpardonowa. I dlatego tak ważny jest wybór właściwej strony. Bo kiedyś jedna z nich przegra.

Na ziemi zwolennicy Miriady i Trojki koegzystują, a raczej próbują, ponieważ to współistnienie dalekie jest od ideału i wiecznie podszyte napięciem.

Bywa, że wybuchają zamieszki i wtedy rząd zostaje zmuszony do wprowadzenia stanu wyjątkowego, żeby zapobiec awanturze na szeroką skalę.

Istnieje garstka ludzi, którzy tak jak ja nie wiedzą, po której stronie się opowiedzieć. Dostrzegamy zalety obu sfer. Widzimy również ich wady.

Nazywa się nas Niezwerbowanymi.

Dla takich jak ja rezerwuje się historie o trzeciej sferze duchowej, miejscu, do którego trafimy do Pierwszej Śmierci. Rodzice opowiadali mi o niej straszne historie, opisywali ją szeptem pośród mroku nocy. To Królestwo Wielu Końców, w którym ożywają koszmary.

Często się zastanawiałam, czy Wiele Końców to zmyślona kraina, która służy straszeniu maluchów.

– Przygotowałaś się? – odzywa się Bow, zapinając mi kombinezon. – Na Nieskończenie.

– Nie będę z tobą gadała o Wiecznym Życiu.

– Czemu nie? – pyta z zawiedzioną miną.

– Spędzę tu jeszcze trzysta pięćdziesiąt dwa dni.

– No i?

No a ty wyjdziesz stąd raczej prędzej niż później, dodaję w duchu. Znam ten typ. Optymistka, ale tylko do czasu, aż wydarzy się coś złego. Założę się, że po pierwszym biciu ugnie się i zrobi wszystko, co każą jej rodzice.

– Zapomnij o przyszłym życiu. Opowiedz mi o obecnym. Za co tu trafiłaś? – Pokazuję brodą na naszą prześwietną celę.

– Przysłał mnie opiekun. – Bow podchodzi do wolnego łóżka i siada. Nie ma w sobie za grosz wdzięku i kobiecości. – Powiedział, że mam być światłem.

Fuj! Co ja słyszę? Całkowite posłuszeństwo.

– Dałaś się zatem zwerbować Trojce – stwierdzam.

W jej skinieniu głową kryje się duma.

– Tak.

No to się NIEŹLE pogryziemy.

– Czym właściwie jest światło? – Jak bardzo będzie próbowała mnie przekabacić?

– Tym, czego człowiek potrzebuje, aby odnaleźć drogę w ciemności.

Ciemność.

– Znaczy się chodzi o to, by zerwać z Miriadą.

Ignoruje mój oschły ton.

– Znaczy się chodzi o to, by znaleźć sposób rozwiązania problemu, dowolnego problemu.

No, akurat tych mam pod dostatkiem, aczkolwiek powtarzam sobie, że sytuacja, w której się znalazłam, jest jak nawóz. Musi z niej wyrosnąć coś dobrego.

– Za co siedzisz? – pyta Bow.

– Nie zgadzam się na przymierze z Miriadą. – Przymierze to odpowiednik cyrografu podpisanego krwią.

Bywa, że chcąc nakłonić mnie do zrzeczenia się własnych praw, kuszą obietnicami:

– Przyjemnie, prawda? Właśnie tak będzie w Miriadzie.

Przeważnie jednak torturują.

– To ledwie przedsmak tego, co cię czeka w Wielu Końcach.

Najgorsza jest niewiedza o tym, co mnie tam spotka.

– Prynne jest podobno bezstronne – zauważa Bow, marszcząc brwi.

– Zgadza się. – Jak inaczej wytłumaczyć to, że doktor Vans z równym zapałem przekonuje jednych do związania się z Miriadą, a innych do zawierzenia Trojce?

Patrzy mi w oczy. W jej spojrzeniu dostrzegam trochę zdziwienia i dużo nadziei.

– Chcesz się sprzymierzyć z Trojką?

– Ani trochę. – Kiedy widzę, że załamuje ręce, dodaję: – Przykro mi to mówić, ale twój opiekun albo opiekunka dali ciała. Skazali cię na piekło. I to na darmo! Nikt tu nie przyjmie twojego „światła”. – Nikomu nie ufać. Wszystko podawać w wątpliwość.

– To możliwe. Mimo to będę próbować. Wczoraj, dziś i jutro moje czyny się liczą.

Zgadzamy się w tej kwestii. Poszłabym nawet dalej, a mianowicie najbardziej destrukcyjne bądź konstruktywne czyny mają swój początek w pojedynczej myśli. Zaś w ostatecznym rozrachunku pojedynczy czyn potrafi zadecydować o kierunku, w jakim będzie zmierzało nasze życie. I nasza śmierć.

Wybiorę swoją drogę. Zrobię to sama. Mój wybór wpłynie wyłącznie na moją przyszłość.

Bow otwiera usta, żeby coś dodać, ale kręcę głową. Temat zamknięty.

Zeskakuje z łóżka i zaczyna chodzić po pomieszczeniu, zagląda we wszystkie zakamarki, aż zatrzymuje się przed moim kalendarzem.

– Serio? Robisz to własną krwią. Nic dziwnego, że mówią na ciebie Pomylona. Jesteś największą wariatką w całym wariatkowie.

Dopiero ją przywieźli. Skąd wie, jaką mam tu ksywkę?

– Mówią na mnie Pomylona, bo… – szukam rozsądnego wyjaśnienia, ale nic nie przychodzi mi do głowy – …bo jestem baba z jajami. I rozsmarowuję przeciwników na ścianie jak masło.

Zastanawia się, marszcząc czoło.

– Jeśli rzeczywiście masz jaja, to czemu nie nazwali cię Włochate Wisienki? Albo Puszyste Klopsiki? – Stuka się palcem po brodzie. – No tak, bo żadne z tych określeń nie oddaje twojego wybuchowego charakterku… Wiem! Będziesz Spermiastą Armatką. W ten sposób załatwimy nie tylko jaja, ale i wybuchowość!

Prycham i wybucham śmiechem jednocześnie. Śmiała dziewczyna z tej Bow, śmiała za sto punktów. W takim miejscu brak strachu to rzadka i cenna cecha. Oczywiście jeśli Bow w jakikolwiek sposób mi zagrozi, nie zawaham się z nią skończyć. Przede wszystkim przetrwanie, potem długo, długo nic.

– Jeżeli ktokolwiek nazwie mnie Spermiastą Armatką, wybuchnę tak, że wszystko wyleje się na CIEBIE – mówię, intonacją podkreślając treść. – Natomiast ja będę nazywać ciebie Siekierą. Zakładam, że tym narzędziem obcięto ci włosy…

Stroszy palcami postrzępione końce tak zwanej fryzury.

– Zrobiłam to kuchennym nożem. Myślę, że uczesanie godnie podkreśla moją urodę.

Optymistka, nie ma co.

Nagle odzywa się mój wewnętrzny zegar i zapominam o rozmowie.

– Śniadanie!

– Hura! – Bow wzdycha. – Pora posiłku.

– Drzwi się otworzą za trzy… dwie… jedna.

Rozsuwają się podwójne drzwi.

– Mamy trzydzieści sekund na opuszczenie celi – wyjaśniam. – Inaczej ominie nas śniadanie. – Żarcie jest paskudne, podła breja, ale przynajmniej zawiera tyle witamin i substancji odżywczych, że nie chorujemy. Poza tym lepsze to niż głodowanie.

– Czyli siedzimy tu zamknięte jak psy, które wypuszcza się o stałych godzinach, żeby nie pogryzły mebli i na nic nie nasrały. Cudnie.

Wychodzimy na korytarz. To samo robią lokatorki sąsiednich cel. Razem jest nas dwanaście.

Dwanaście: liczba miesięcy w roku, liczba członków ławy przysięgłych, liczba godzin na tarczy zegara.

Przez chwilę mierzymy się wszystkie wzrokiem. Czy któryś z oprawców wyładuje dziś na nas swoją złość?

Kiedy okazuje się, że nikt nie wykonuje wulgarnych ani agresywnych ruchów – kto wie, może to jednak będzie dobry dzień – kierujemy się ku wyjściu na końcu korytarza.

Jane, jedna z najdłużej osadzonych, mamrocze coś do siebie i zatrzymuje się co jakiś czas, żeby uderzyć głową o ścianę. Skóra pęka na linii włosów, po policzku płynie strużka krwi. Pozostali idą przed siebie ze zwieszonymi głowami i założonymi rękami, jakby chronili najważniejsze organy… albo nie chcieli dopuścić do ulania się bólu i cierpienia.

Idę zdecydowanym krokiem obok Bow i dopiero teraz dociera do mnie, że ta dziewczyna wydziela intensywną woń dzikich kwiatów oraz drażetek cytrynowych. Podoba mi się ten zapach, ale wiem, że długo się nie utrzyma. Tutejsza woda śmierdzi jak chemiczne laboratorium, a mydło, które dostajemy, cuchnie jak zjełczały tłuszcz.

Odzywa się piskliwy, przenikliwy gwizdek, od którego cała się kulę.

– No proszę – słyszę za plecami. – Właśnie przegrałam zakład, choć myślałam, że stawiam na PEWNIAKA.

– Jak Becky! – woła ktoś z tyłu, czemu towarzyszy rżący śmiech.

Nie muszę się odwracać, żeby wiedzieć, kto wypowiedział pierwszą kwestię. Była to Sloan „nienawidź mnie nie dlatego, że jestem piękna, ale ponieważ chcę cię zabić” Aubuchon, ulubienica doktora Vansa, mimo że już z kilkadziesiąt razy próbowała go zamordować.

Z tego, co słyszałam, Sloan siedzi z nami, bo:

a. nie potrafi nad sobą zapanować

albo

b. odmawia poślubienia jakiegoś starego pierdziela, którego pieniądze uratowałyby majątek jej dziadków.

Skłaniam się ku „a”, bo choć małżeństwa aranżowane nadal się zdarzają, to jednak bardzo rzadko.

– Patrzcie no, Tenley jeszcze nie zabiła swojej nowej koleżanki! – szydzi z absurdalnie cudownym południowym akcentem. – To znaczy, że nie zatopiła w niej zębów… chyba że zatopiła co innego.

Uroczo.

Pozostałe buczą, ale kilka wydaje radosne okrzyki.

Bow z uśmiechem odwraca się do Sloan i pyta:

– Co takiego przegrałaś? Kilka kolejnych punktów IQ?

Zastygam, bo wiem, co zaraz nastąpi.

Rozwścieczona Sloan podbiega do Bow i zatrzymuje ją, chwytając za kołnierz kombinezonu.

Właśnie to.

Ja też staję, nie bardzo wiedząc, co robić. Widziałam już takie akcje – konkretnie jedenaście razy – i za każdym razem reagowałam inaczej. Udawałam ślepą i głuchą, ale też rozdawałam ciosy, miotając przekleństwa.

Sloan i ja kierujemy się w życiu innymi zasadami. Ja z zasady wybucham tylko wtedy, gdy zostanę sprowokowana, ona zaś atakuje nowych przy pierwszej nadarzającej się okazji, żeby później mieć z nimi spokój.

Życie jest do dupy. Przyzwyczaiłyśmy się.

– Biedactwo. – Sloan puszcza Bow i opiera dłonie na biodrach. Jest wysoka, ma blond włosy i urodę modelki. Dziewczyny jej zazdroszczą, ale tylko do czasu, gdy Sloan otworzy usta, a wtedy zewnętrzne piękno zostaje przyćmione przez czającą się w niej wredną sukę. – Za głupia jesteś, żeby zrozumieć, że ja tu rządzę. Trzymaj głowę nisko i język za zębami… albo stracisz jedno i drugie.

Bow posyła mi rozbawione spojrzenie.

– Dlaczego mózg blondynki jest nad ranem wielkości groszku? Bo puchnie w nocy!

Naprawdę muszę się w to mieszać?

– Przecież sama jesteś blondynką – mówię, przewracając oczami. – I Trojkanką. Przebacz więc Sloan i idźmy dalej.

– Racja. – Bow stuka się palcem w brodę. – Może powinnam ją uśpić, to jej mózg spuchnie do normalnych rozmiarów!

– Dość tego! Pożegnaj się z jęzorem. – Sloan popycha Bow tak mocno, że prawie ją przewraca.

Zanim posunie się dalej, instynktownie reaguję, odtrącając jej dłonie.

– Łapy przy sobie – mówię. Okej, czyli dzisiaj się stawiam. Będzie z tego więcej szkody niż pożytku. No ale tak jak my wszystkie, Bow musi się nauczyć bronić, bo inaczej tu nie przetrwa.

Sloan mruży oczy i piorunuje mnie wzrokiem.

– I co niby zrobisz, Pomylona?

– Naprawdę chcesz się przekonać? – pytam cicho. Gdy się jest wariatką wśród wariatek, ma się z tego pewne plusy. Na przykład taki, że nikt nie jest w stanie przewidzieć mojego następnego ruchu. – Zrobię, co powiem. Niczego nie cofnę.

Starłyśmy się już wcześniej i było ostro, dużo ostrzej niż podczas zwyczajnej pyskówki, która sprowadza się do drapania i ciągnięcia za włosy. Nie, myśmy waliły się pięściami, kopały i szarpały jak zwierzęta.

Do dziś nosimy ślady po walce.

Nie boję się bólu fizycznego. Już nie.

Bow, moja nowa współlokatorka, zaskakuje mnie, gdy mówi:

– Zabawne. Sloan Maruda gada do Dziesiątki, jakby brakowało jej piątej klepki.

Znów buczenie i wiwaty.

Sloan zapomina o mnie i robi gniewną minę, obnażając zęby.

– Chyba jednak nie wyrwę ci języka i nie wyłupię oczu. Na razie. Chcę, żebyś widziała, co ci będę robiła, i żebyś błagała o litość, której się nie doczekasz.

– Spokój! – grzmi głośnik. – Znacie zasady. Nie ma pętania się po korytarzu. Jazda na stołówkę albo pod pręgierz. Wasz wybór.

Patrzę na Sloan, która gromi wzrokiem Bow, ta zaś uśmiecha się do niej z wyższością.

Sloan obnaża zęby i mówi do mnie:

– Zdajesz sobie sprawę, że twój chłoptaś nie był jedynym, którego było stać na opłacenie strażników, żeby wyłączyli kamery, prawda? Na twoim miejscu zaczęłabym spać tylko z jednym zamkniętym okiem. – Odwraca się na pięcie i chce odejść.

Ale zatrzymuję ją, łapiąc za rękę, i przysuwam się do Sloan.

– Tylko spróbuj przyjść do mojej celi, a wypatroszę cię jak rybę – mówię najciszej, jak potrafię. – Dobrze wiesz – dodaję z naciskiem – że nikt nie zwróci uwagi na twoje krzyki.

Ty krzyczysz, ja krzyczę,

Wszyscy krzyczymy

Osobno i razem,

I nikogo to nie obchodzi…

Taki jest refren nieoficjalnego hymnu zakładu.

Sloan wyrywa mi się i odchodzi.

Posyłam Bow gorzki uśmiech.

– Witaj w Prynne.

Tytuł oryginału: Firstlife

Pierwsze wydanie: Harlequin TEEN, 2016

Opracowanie graficzne okładki: Madgrafik

Redaktor prowadzący: Grażyna Ordęga

Opracowanie redakcyjne: Jakub Sosnowski

Korekta: Sylwia Kozak-Śmiech

© 2016 by Gena Showalter

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2017

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieł w jakiejkolwiek formie.

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books, S.A.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

HarperCollins jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak firmowy nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25

www.harpercollins.pl

ISBN: 978-83-276-2504-5

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.