Wydawca: Novae Res Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 255 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Finezja duszy martwej - Weronika Szczuka

Lauren i Melinda – dwie przyjaciółki, a zarazem szczęśliwe narzeczone.
Właśnie trwają ostatnie przygotowania do ślubu Lauren i Dominica. Niespodziewanie pan młody i jego świadek Fernando, przyszły mąż Melindy nie docierają do kościoła. Uroczystość zostaje odwołana, a narzeczona postanawia zrobić wszystko, by odnaleźć ukochanego. Decyduje się nawet skorzystać z pomocy detektywa Duke’a. Ten w porzuconym aucie znajduje zaskakujący list Dominica do Lauren. Duke musi odkryć, kto i dlaczego źle życzy zakochanym. Tymczasem wypadki zaczynają toczyć się coraz szybciej.

Opinie o ebooku Finezja duszy martwej - Weronika Szczuka

Fragment ebooka Finezja duszy martwej - Weronika Szczuka

Rozdział pierwszy

Stała odwrócona do okna i z zaciekawieniem przyglądała się miastu.

– Lauren – odezwała się po chwili – jak ja ci zazdroszczę.

Kobieta przeniosła wzrok na siostrę.

– Czego mi zazdrościsz?

– Jak to czego?! Nie dość, że zamieszkasz w Toronto, to jeszcze wyjdziesz za mąż za tak wspaniałego faceta.

– Wiesz, czasami sama się zastanawiam, czy to aby nie jest tylko piękny sen.

Stały przez chwilę w milczeniu, spoglądając przez okno.

– Też bym tak chciała – westchnęła Kendra.

– Ej, no co ty! Przecież jesteś młoda i piękna, na pewno jeszcze znajdziesz sobie kogoś, z kim będziesz szczęśliwa.

– Tak samo szczęśliwa, jak z Williamem?

– Możesz w końcu o nim zapomnieć? On nie jest ciebie wart.

– Masz rację – przyznała. – Zajmijmy się teraz tobą; to twój wielki dzień.

Kendra opuściła sypialnię siostry, by po chwili wrócić tam z rękami pełnymi kosmetyków.

– Usiądź – nakazała, a sama wzięła się do pracy.

Byle jak upięła jej blond włosy na czubku głowy i zaczęła splatać warkoczyki na tych pokrywających ramiona.

– Chciałabym, by Ollie był tu dziś z nami.

– Ja też bym tego chciała – odparła Kendra, choć trochę niewyraźnie, bo wsuwki wystawały jej z ust. – Ale sama rozumiesz, że nie mógł wziąć wolnego w pierwszym tygodniu pracy. Zwłaszcza że nie jest to jakaś pierwsza lepsza robota.

– Tak, rozumiem.

Kendra wyciągnęła wsuwkę z ust i delikatnie wpięła ją we włosy. Po chwili zrobiła to z następną i następną, aż kok mógł się stabilnie utrzymać na głowie. Okrążyła fotel, na którym siedziała Lauren, i spojrzała na jej twarz.

– No to jeszcze makijaż.

Chwyciła siostrę lekko za podbródek i podniosła jej głowę do góry. Nałożyła fluid i starannie rozprowadziła go po policzkach, skroniach i nosie.

Powolnym ruchem ręki wykonała kreski eyelinerem w pisaku.

– Dzięki tobie będę wyglądała jak księżniczka.

– Bez przesady, aż tak dobra w tym nie jestem.

– Jak to nie! – obruszyła się Lauren. – Jesteś najlepszą kosmetyczką i fryzjerką, jaką znam.

– No coś ty! – Kendra roześmiała się nieśmiało.

– Nic dziwnego, że masz tyle klientek w swoim salonie.

– Po prostu staram się wykonywać swoją pracę jak najlepiej.

Niespodziewanie drzwi sypialni otworzyły się i w progu pojawiła się blada Melinda.

– Widziałyście? – zapytała, wymachując im przed oczami „Timesem”.

Lauren wyrwała przyjaciółce gazetę z ręki i otworzyła na wskazanej stronie.

– „Kanadyjski biznesmen Dominic Sanchez się żeni” – przeczytała i uśmiechając się, spoglądała to na Kendrę, to na Melindę.

– Ślubu jeszcze nie było, a w gazetach już o tym trąbią – zagadnęła Kendra.

– Tak to już jest, kiedy wybiera się na męża tak ważną osobistość – dopowiedziała Melinda.

– Gotowe!

Melinda przyjrzała się dziełu Kendry i nie mogła się powstrzymać od słów zachwytu.

– Wow! Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem. Kendra, ty masz niesamowity talent.

– Co wy, zmówiłyście się?

– My? – przyjaciółki popatrzyły na siebie osłupiałe. – Zwariowałaś?

Z zewnątrz dobiegło je trzaskanie drzwi.

– Pospieszmy się – rzekła Lauren, podnosząc się z fotela.

Melinda opuściła sypialnię jako pierwsza, a zaraz za nią ruszyła Kendra, znów obarczona ciężarem kosmetyków. Lauren zaś zatrzymała się przed lustrem i przez chwilę nie mogła się nadziwić, jak pięknie wygląda.

Do rzeczywistości przywróciło ją dopiero wołanie siostry, która pozbywszy się zbędnego tobołka, wychodziła właśnie z toalety.

– Już idę! – odkrzyknęła Lauren i wyszła, zamykając za sobą drzwi.

Na zewnątrz czekali już goście, ale pana młodego nigdzie nie było. Lauren stanęła na szczycie schodów i wytężając wzrok, próbowała w tłumie odnaleźć narzeczonego.

– Lauren, jak ty pięknie wyglądasz! – odezwał się głos za jej plecami.

– Pan Rodriguez! – zawołała, a uśmiech automatycznie pojawił się na jej twarzy. – Jak się cieszę, że pana widzę.

– Wzajemnie – odrzekł, pozwalając jej się przytulić. Przytulić to nawet mało powiedziane, ona wręcz rzuciła mu się w ramiona. – Gdzie twój przyszły małżonek? Chciałbym go w końcu poznać.

– Na pewno dziś będzie po temu okazja.

Kobieta ujrzała stojącą nieopodal Melindę i przywołała ją gestem. Melinda podeszła bliżej.

– Dzień dobry!

– Dzień dobry!

Pan Rodriguez i Melinda uścisnęli sobie dłonie.

– Melindo, to jest pan Jared Rodriguez – rzekła. – A to moja przyjaciółka, Melinda Pope.

– Lauren dużo mi o panu opowiadała – zagaiła.

– Miło to słyszeć.

Lauren uśmiechała się i odpowiadała półsłówkami, ale tak naprawdę cały czas próbowała odnaleźć Dominica.

– Za kim się tak rozglądasz?

– Szukam Dominica. Już dawno powinien tu być.

– Zadzwoń do niego – zaproponowała Melinda.

– Już wcześniej próbowałam.

– I co?

– Za każdym razem włącza się automatyczna sekretarka.

– W takim razie zadzwonię do Fernanda.

Wyciągnęła komórkę z przełożonej przez ramię torebki i wybrała numer narzeczonego. Lauren przez cały czas jej się przyglądała.

– Sekretarka – odrzekła i wrzuciła komórkę z powrotem do torebki.

– I co teraz zrobimy? – Lauren zmartwiła się nie na żarty. – Zaraz powinniśmy zaczynać.

– Nie panikujmy – zaoponowała Melinda. – To nam na pewno nie pomoże, a Dominic i Fernando pewnie zaraz tu będą.

– A jeżeli nie?

– Masz coś konkretnego na myśli?

– Jeżeli Dominic nie chce jednak tego ślubu?

Lauren napięła mięśnie twarzy, by łzy nie spłynęły jej po policzkach.

– Co ty, niepoważna jesteś?! – zganiła ją Melinda. – Gdyby Dominic chciał cię wystawić, nie angażowałby w to wszystko Fernanda.

– Twoja przyjaciółka ma rację – wtrącił Jared Rodriguez, kładąc dłoń na jej ramieniu.

– Lauren, pan Sanchez tu idzie – odezwała się Melinda. – Może on coś o tym wie.

– Gdzie jest Dominic? – zapytała Lauren bez zbędnych wstępów, kiedy Walter zbliżył się na tyle, by móc ją usłyszeć.

– Jak to gdzie? To nie ma go jeszcze tutaj?

– Gdyby tu był, to byśmy nie pytali pana o niego – odpowiedziała Melinda.

– Spróbuję do niego zadzwonić.

– Próbowałyśmy już – uprzedziła go Lauren, niespokojnie to otwierając zamek torebki, to go zamykając.

– Jeszcze tego brakowało, by mój syn spóźnił się na własny ślub – rzekł zrezygnowany Walter.

W nie za dobrych humorach stali przez chwilę w milczeniu, dopóki z zamyślenia nie wyrwał ich głos księdza Phillipa.

– Już powinniśmy rozpoczynać ceremonię, drogie dziecko.

– Jeszcze nie jesteśmy w komplecie, proszę ojca – odezwał się Walter.

– Kogo wobec tego brakuje?

– Pana młodego i świadka.

– Jak to, a gdzie oni są?

– Sami chcielibyśmy to wiedzieć.

– Może powinnaś odwołać ceremonię? – wtrącił pan Rodriguez. – Sama widzisz, że goście zaczynają się niecierpliwić.

– A co będzie, jeśli odwołam ślub, a Dominic się zjawi?

– Weźmiecie ślub innego dnia.

Lauren zawahała się.

– Ale teraz już wszystko jest gotowe.

– Wiem, jednak naprawdę nie masz wyboru.

Po dłuższym zastanowieniu postanowiła przełożyć ślub na inny termin.

– Przepraszam wszystkich w imieniu własnym i Dominica za wasz stracony czas, ale niestety, uroczystość musi zostać przełożona na inny dzień.

Stojąc tam, czuła, jak pieką ją policzki, i najchętniej zapadłaby się wtedy pod ziemię, lecz – na jej nieszczęście – było to niemożliwe.

Gdy goście odjechali, Lauren nie musiała kryć się z tym, jak bardzo została upokorzona, i nie bacząc na to, że pobrudzi suknię, usiadła na schodach i mimowolnie zaczęła szlochać. Melinda objęła ją i teraz obie płakały w głos.

– Nadal nie mogę zrozumieć, jak Dominic mógł mnie tak potraktować – mówiła, dławiąc się łzami.

Lauren wcale, ale to wcale nie przypominała kobiety, która dwie godziny wcześniej przeglądała się w lustrze, promieniejąc szczęściem.

– Dlaczego z góry zakładasz, że Dominic cię zostawił? – zapytała Melinda, ocierając łzy wierzchem dłoni. – Czemu nie weźmiesz pod uwagę, że coś im się mogło przydarzyć? Przecież mogli mieć jakiś wypadek.

Do Lauren dopiero po chwili dotarł sens tych słów.

– Masz rację.

Zerwała się na równe nogi i otrzepała dłońmi suknię.

– Musimy sprawdzić, czy nie trafili do któregoś szpitala.

– Lepiej będzie, jeśli poczekamy do jutra. Być może do tego czasu wrócą.

– Oby – mruknęła Lauren i powoli pomaszerowała za Melindą do rezydencji.

Z salonu dobiegły je głosy Kendry i pana Rodrigueza, którzy zawzięcie o czymś dyskutowali.

– Dobrze, że panie przyszły – zawołała Madison. – Zrobiłam kolację.

– Ja dziękuję – odezwała się Lauren – nie będę jadła.

Wspięła się schodami na górę, gdzie zamknąwszy się w sypialni, zdjęła suknię i buty, a potem rzuciła się na łóżko.

Tej nocy nie tylko ona miała problem ze snem, bo Walter Sanchez również spacerował po domu bez celu, a jego myśli kłębiły się wokół osoby Dominica.

Rozdział drugi

Deszcz padał od dobrych czterech godzin, rytmicznie uderzając w szyby, co jeszcze bardziej wprawiało Lauren w nostalgiczny nastrój.

– I co? Dowiedziałaś się czegoś? – zapytała Melinda, która z kubkiem gorącej kawy wmaszerowała do salonu.

– Obdzwoniłam wszystkie możliwe pobliskie szpitale i w żadnym ich nie widziano… – westchnęła ciężko.

Melinda opadła na krzesło obok Kendry i zwilżyła wargi w kawie.

– To by oznaczało tylko jedno – ciągnęła Melinda.

– Co takiego? – zapytała Kendra, podnosząc wzrok znad stronic krzyżówki.

– Że Lauren jednak miała rację…

– Niekoniecznie – wtrącił niespodziewanie pan Rodriguez. – Słyszałem waszą rozmowę i wydaje mi się, że jest coś, co jeszcze mogłybyście zrobić.

Wszystkie trzy przeniosły na niego wzrok.

– W ostateczności zawsze można zgłosić sprawę na policję.

Na te słowa Kendrze zaczęło szybciej bić serce. Upuściła długopis na podłogę i pospiesznie się po niego schyliła.

– Nie wydaje mi się, by to było najlepsze rozwiązanie. W końcu policja przyjmie zgłoszenie nie prędzej niż po upływie dwudziestu czterech godzin.

– A może by tak wynająć detektywa? – zaproponowała Melinda.

– Po co od razu robić zamieszanie z policją i detektywami? Nie lepiej najzwyczajniej w świecie zaczekać?

– Na co czekać, Kendro?– obruszyła się Lauren.

– Hej, spokojnie – zaoponował Jared. – Najpierw trzeba sprawdzić, czy nie ma ich w domu Melindy.

– Dlaczego akurat u mnie?

– Jak to dlaczego? Czy nie wspominałyście, że to właśnie tam świadek miał pomóc Dominicowi przygotować się do ślubu?

Po ostatnich nieszczęśliwych wydarzeniach Lauren i Melinda nie były w stanie racjonalnie myśleć; na szczęście towarzyszył im jeszcze pan Rodriguez.

– Ale co by tam mieli robić do tej pory? – zapytała zbita z pantałyku Kendra.

– Nie twierdzę, że ich tam zastaniemy, ale może zostawili tam jakąś wiadomość.

Rozmowę zakłócił dzwonek telefonu Lauren. Wszyscy przenieśli wzrok na wibrującą komórkę, jakby z nadzieją, że dzwoni Fernando bądź Dominic.

– Dzień dobry – przywitała się nieco od niechcenia.

– Widziałaś nowe wydanie „Timesa”?

– Nie. Czy coś mnie ominęło?

– Myślę, że powinnaś je przeczytać.

– Jasne. Zaraz wyślę po nie Madison.

– Lauren?

– Tak?

– Czy Dominic się odzywał?

– Na razie, niestety, nie. Ale wciąż czekam.

– Gdyby coś, daj mi znać.

– Oczywiście. Do widzenia.

Po tych słowach wsunęła komórkę do kieszeni jeansów.

– Kto to? – zapytała Kendra, zaginając i odginając róg krzyżówki.

– Pan Walter.

Melinda pytająco spojrzała na przyjaciółkę.

– Nie, nie dowiedział się niczego o Dominicu, jeśli o to ci chodzi.

Pan Rodriguez wsparty o futrynę poprawił mankiety koszul, przygryzając przy tym dolną wargę.

– Panienko Lauren… – odezwała się cicho Madison.

– Coś się stało?

– Nie. Chciałam tylko poinformować panią, że wychodzę na targ zrobić zakupy na obiad.

– To dobrze się składa. Mogłabyś przy okazji kupić nowe wydanie „Timesa”?

– Oczywiście.

Lauren odprowadzała ją wzrokiem, dopóki nie zamknęły się za nią drzwi.

– To co, jedziemy? – ponagliła Melinda, zrywając się od stołu.

– Dokąd? – zapytała Lauren.

– Jak to dokąd? Do mnie.

Wstawiła kubek po kawie do zlewozmywaka i przeszła do sieni. Wsunęła trampki na nogi, chwyciła bluzę z wieszaka i wyszła na ganek.

– Kendra, jedziesz z nami? – zapytała Lauren, sznurując buty.

– Nie. Jedźcie sami – odrzekła i powróciła do rozwiązywania krzyżówki.

Lauren przełożyła torebkę przez ramię i wyszła. Melinda właśnie dopalała papierosa.

– Podrzucić gdzieś panie? – zapytał James.

– Nie, dzięki.

Słysząc to, oddalił się w stronę garażu.

– Dominic ma bardzo miłą służbę – zauważyła Melinda.

Zanim Lauren zdołała cokolwiek powiedzieć, pan Jared wyszedł na zewnątrz i zawołał:

– Którym wozem jedziemy?!

Lauren wskazała na stojącego przed garażem mercedesa.

– Hmm… Ile to cacko kosztowało?

Postawił kołnierz płaszcza i wyciągnął dłoń po kluczyki. Lauren bez oporów mu je oddała i zajęła miejsce pasażera.

– Sama nie wiem. Nigdy nie rozmawiałam z Dominikiem o samochodach.

Melinda zatrzasnęła drzwi z tyłu.

– Nawet o tym, ile za nie zapłacił.

Minęli bramę rezydencji Dominica Sancheza i tłukli się przez moment po kocich łbach, dopóki nie zjechali na dwupasmówkę.

– Na światłach skręć w prawo – oznajmiła Lauren – a później jedź cały czas prosto, aż do następnych świateł.

– Wiesz co, Lauren – odezwała się Melinda – chyba wolałabym znaleźć ich u mnie nachlanych do nieprzytomności, aniżeli żyć w niepewności i nie mieć od nich żadnej wiadomości.

– A gdybym ja ich tam znalazła, udusiłabym Dominica gołymi rękami.

Samochód zwolnił przed sygnalizatorami świetlnymi, aż całkiem się zatrzymał.

– Dokąd teraz? – zapytał pan Jared.

– W lewo i za kościołem jeszcze raz w lewo.

– Mam nadzieję, że Fernando i Dominic będą mieli jakieś sensowne wytłumaczenie.

– Przecież nie masz nawet pewności, że ich tam zastaniesz – odezwał się pan Rodriguez, który do tej pory wystukiwał na kierownicy melodię w rytm muzyki płynącej z radia.

*

Na płytkach w korytarzu powstała kałuża rozlanej przypadkiem wody. Wielka, lecz nie na tyle, by od razu rzucała się w oczy. Walter, zabrawszy swoją ulubioną lekturę Tristan i Izolda, wyszedł na werandę, nie zauważywszy nawet bezbarwnej cieczy na podłodze.

– Wezmę Annę Kareninę i zaraz do ciebie dołączę – zdążyła jeszcze powiedzieć Elizabeth, zanim Walter zamknął za sobą drzwi tarasowe.

Mężczyzna ułożył się wygodnie na leżaku i przykrywszy się kocem, pogrążył się w lekturze.

Elizabeth zabrała książkę z szafki pod telewizorem i podreptała korytarzem w stronę tarasowych drzwi. Nagle poślizgnęła się na czymś nieprzyjemnie zimnym. Bezskutecznie próbując utrzymać równowagę, upuściła na podłogę książkę, która upadła na płytki z głośnym trzaskiem. Próby utrzymania się na nogach na nic się zdały; kobieta runęła na ziemię całym swym ciężarem.

Pierwszym, co poczuła, był przeszywający ból w krzyżu i tyle głowy. Później była już tylko ciemność i paraliżująca cisza.

Czas mijał, akcja powieści robiła się coraz bardziej wartka, a Elizabeth wciąż nie było. Zaniepokojony Walter odłożył Tristana i Izoldę na bok i wszedł do domu.

– Lizzie! – zawołał. – Co z tobą?

Odpowiedziała mu tylko cisza.

– Hej, gdzie jesteś?

Znowu nic. Przeszedł do kuchni, skąd mógł zobaczyć korytarz. Stanął jak skamieniały na widok bezwładnie leżącego ciała żony. A co najgorsze, głowę znaczyła czerwona oblamówka.

Rzucił się na kolana i ujął jej zakrwawioną głowę w dłonie. Wydobył z kieszeni komórkę i zadzwonił pod numer alarmowy. Czekając na przyjazd pogotowia, kilkakrotnie przyłapał się na tym, że popłakuje jak małe dziecko.

*

– Zatrzymaj się tutaj – nakazała Lauren.

Jared zaparkował przed jednorodzinnym domem z wielkim ogrodem. Melinda otworzyła drzwi i odpiąwszy pas, wyskoczyła z samochodu. Jared i Lauren poszli za jej przykładem. Kobieta wyciągnęła z torebki pęk kluczy. Jednym, zdecydowanie najmniejszym ze wszystkich, otworzyła furtkę. Od furtki do samych schodów ciągnęła się kostka, którą przeszli w ślad za Melindą.

Otworzyła drzwi domu. Całej trójce zaparło dech w piersiach. W środku panowała martwa cisza; wszystko było tak, jak Melinda zostawiła, wychodząc stąd przedwczoraj.

– Dominic! Fernando! – zawołała Lauren, a po chwili Jared i Melinda jej zawtórowali.

Obeszli cały dom wzdłuż i wszerz, ale nigdzie niczego nie znaleźli. Nawet małej karteluszki ze słowami wyjaśnienia.

– Nic tu po nas! – odezwała się Melinda, a jej słowa rozeszły się echem po pustym domu.

Jared wyszedł na zewnątrz i idąc śladem zwiędłych kwiatów wokół domu, dotarł do garażu i stojącego obok jeepa. Zajrzał przez szybę do środka. Na tylnym siedzeniu leżały części garderoby. Czarna bluza z kapturem, koszula w kratę i jeansy.

– Jeep Dominica – zauważyła Lauren.

Podeszła do auta i jak przed momentem zrobił to Jared, zajrzała do środka.

– Tu są jego ubrania!

Szarpnęła za klamkę, ale drzwi ani drgnęły. Jared oddalił się o kilka kroków, by po chwili wrócić z ciężkim kamieniem w rękach. Zamachnął się, kiedy odezwała się Lauren:

– Zwariowałeś?!

– Chcesz się dostać do środka, więc pozwól mi robić swoje.

Zamachnął się ponownie i wycelował kamień w szybę, która rozprysła się na kilka drobnych kawałków. Wsunął rękę przez dziurę i pociągnął za klamkę. Drzwi stanęły otworem.

Lauren wyciągnęła ubrania znalezione na tylnym siedzeniu i dokładnie, kieszeń po kieszeni, przeszukała je.

– Pusto! – rzekła i wrzuciła ubrania z powrotem do auta. – Żadnego śladu, który by nas do nich doprowadził.

Melinda co rusz zaciągała się papierosem i tylko przyglądała się poczynaniom przyjaciółki.

– Chciałbym zauważyć – odezwał się Jared, wychyliwszy się z wozu – że nie jesteś żadnym śledczym, dla którego byle przedmiot może mieć olbrzymią wartość.

Lauren podwinęła rękawy bluzy i zajrzała do schowka przed przednim siedzeniem.

– Sugerujesz, że powinnam wynająć detektywa?

– Myślę, że tak będzie najlepiej.

Wyciągnęła ze schowka stos dokumentów. Jej uwagę przykuła zwłaszcza żółta koperta. Odwróciła ją.

– Co tam masz? – zapytała Melinda, wyraźnie zaciekawiona.

– To tylko jakieś umowy o dofinansowanie korporacji.

Odłożyła kopertę. Pobieżnie przejrzała plik umów oraz pozostałych dokumentów i zamknęła je na powrót w schowku.

– I co, tylko tyle? – zdziwiła się Melinda. – Nawet nie zajrzałaś do tych kopert.

– Przecież sama widziałaś napisy na odwrocie „UMOWA”.

Melinda nic więcej nie powiedziała. Bez słowa wyszła z podwórka i wsiadła do mercedesa.

– Chodźmy stąd – ponaglił Jared.

– Tak, już idę.

Oddaliła się od wozu, lecz po chwili jeszcze do niego wróciła i otworzywszy drzwi, wyciągnęła ze środka ubrania. Jared patrzył na nią przez chwilę zdezorientowany, ale widząc, jak wtula twarz w rzeczy narzeczonego i wdycha zapach z jego ubrań, zaśmiał się w głos. Lauren podniosła na niego wzrok.

– No co? – mruknęła.

Melinda przez uchylone okno podała Jaredowi klucze. Zamknął furtkę i usiadł za kierownicą. Lauren zatrzasnęła za sobą drzwi.

– Muszę przyznać, że miałam cichą nadzieję, iż znajdziemy ich tutaj – rzekła Lauren.

– Ja też – stwierdziła Melinda.

*

Do przyjazdu pogotowia Walter miał całe ręce we krwi. Czterech sanitariuszy wbiegło do salonu. Postawili nosze na podłodze i ostrożnie ułożyli na nich bezwładne ciało Elizabeth.

Walter wybiegł z domu ostatni. Zamknął drzwi na klucz i wsiadł do karetki. Zajął miejsce przy żonie i chwycił jej dłoń.

Jeden z sanitariuszy owinął głowę pacjentki gazą i starannie nałożył opatrunek. Droga bardzo się dłużyła. Walterowi zdawało się, że minęła cała wieczność. Ambulans zatrzymał się przed szpitalem. Sanitariusze wnieśli pacjentkę do środka.

– Panie doktorze! – zawołał jeden z nich. – Nagły przypadek.

Lekarz podszedł bliżej i przyjrzał się pacjentce.

– Co z nią?

– Upadła i rozbiła sobie głowę – odparł Walter zziajany.

Otarł pot z czoła.

– Rana jest dosyć obszerna – dodał sanitariusz Mark.

– Wnieście ją na salę – rozkazał lekarz i zniknął za drzwiami sali naprzeciwko.

Po chwili jednak wrócił w asyście dwóch młodych pielęgniarek.

– Angie, zabierz panią na badanie – zwrócił się do jednej z nich. – Musimy sprawdzić, czy nie doszło do wstrząśnienia mózgu.

– Oczywiście, panie doktorze.

– Czy podczas badania mogę być przy żonie?

– Niestety, nie – odparł lekarz i ruszył w ślad za pielęgniarką, która zawiozła pacjentkę na tomografię komputerową głowy.

*

Kendra pogrążona w lekturze siedziała w salonie i zajadała suszone owoce, gdy drzwi wejściowe się otworzyły. Zauważyła sylwetkę Lauren.

– Znaleźliście coś?

Lauren pokręciła przecząco głową.

– Można się było tego spodziewać – dodał Jared.

Kendra odstawiła miskę suszonych owoców i podała siostrze nowe wydanie „Timesa”.

– Musisz to zobaczyć!

Lauren usadowiła się wygodnie w fotelu i zdejmując buty, przeszyła wzrokiem tekst.

„Dominic Sanchez, prezes Sanchez International, oszukał narzeczoną (L. Heyderman) i nie zjawił się na własnym ślubie. Upokorzona kobieta musiała przeprosić gości i odwołać ceremonię. Czyżby kanadyjski biznesmen wystraszył się obowiązków, jakie niesie ze sobą małżeństwo?”.

– Nie no, to już szczyt wszystkiego! – obruszyła się Lauren.

– Co tam piszą? – zainteresowała się Melinda.

– Zobacz sama.

Melinda usiadła na sofie, postawiła miskę na kolanach i czytała gazetę, pogryzając raz po raz suszone owoce.

– Pieczeń gotowa – oznajmiła Madison i wróciła do kuchni.

– Zaraz idziemy.

– O Fernandzie też wspomnieli – zauważyła Melinda.

– Czytaj! – zawołali niemal równocześnie.

– „Dominic Sanchez i jego przyjaciel Fernando Strike nie przybyli na ceremonię. Czyżby obaj zrezygnowali ze ślubu? Bo, jak wiadomo, pan Strike miał tydzień po przyjacielu wziąć ślub z Melindą Pope”.

– Powinniśmy coś z tym zrobić – odezwał się Jared.

– Myślicie, że naprawdę powinnam wynająć detektywa?

– Tak by było najrozsądniej.

– A jeśli to, co wypisują w gazetach, okaże się prawdą? – wtrąciła Kendra.

– No co ty! – obruszyła się Melinda i zerwała z kanapy.

– Dominic i Fernando nigdy by tak nie postąpili – dodała Lauren i zniknęła za ścianą, w kuchni.

Po chwili doszedł ich odgłos talerzy, co przypomniało im o pieczeni. Dołączyli do Lauren.

– Uważam, że nie ma co się dłużej zastanawiać – podjął temat Jared. – Musisz wynająć detektywa. Inaczej się nie dowiesz, gdzie tak naprawdę jest Dominic.

Melinda przełknęła pieczeń i zagadnęła:

– Razem musimy się tym zająć, w końcu Fernando też zaginął.

– Co racja, to racja – mruknęła Lauren, dokładając sobie sałatki na talerz. – Zawsze jednak lepiej jest działać razem.

– W takim razie może zaczniemy jeszcze dziś?

Jared zwilżył usta w herbacie.

– Dajmy sobie dziś z tym wszystkim spokój – rzekł. – Jest niedziela; lepiej poczekać do jutra.

– Jared ma rację – poparła Kendra.

Wytarła kąciki ust serwetką i odeszła od stołu. Usadowiła się wygodnie na sofie przed telewizorem i wyczekiwała Doktora Who.

*

Na zewnątrz zaczęło zmierzchać i robiło się coraz chłodniej, jednak nie przeszkadzało to wcale Walterowi, który na ławce przed szpitalem próbował zebrać myśli. W końcu los ostatnio go nie szczędził.

Z rozmyślań wyrwał go głos lekarza:

– Tu pan jest! Wszędzie pana szukałem.

– Co z nią? – zapytał z nadzieją w głosie, zrywając się na równe nogi.

– Pacjentka jeszcze się nie wybudziła, dlatego ciężko nam cokolwiek stwierdzić.

– W takim razie kiedy się obudzi?

– Tego też dokładnie nie wiemy, ale sądzę, że ten stan nie powinien utrzymywać się dłużej niż sześć–siedem godzin.

– A co potem?

– Dopiero po odzyskaniu przez pacjentkę świadomości będziemy mogli określić, czy nie doszło do jakichś poważniejszych uszkodzeń.

Walter wpatrywał się w doktora z zaciśniętymi wargami.

– Teraz powinien pan wrócić do domu i odpocząć. To zapewne nie jest dla pana najlepszy okres w życiu – kontynuował lekarz. – Najpierw zniknął pan Dominic, a teraz pani Elizabeth…

Walter przeszył lekarza wzrokiem.

– Pan też wie o Dominicu? – zapytał.

– Co za pytanie, panie Walterze. O pańskim synu bardzo dużo ostatnio się mówi i pisze w gazetach, trudno więc, bym o tym nie wiedział.

– No tak – mruknął Walter. – Ale chyba pan doktor nie wierzy w te wszystkie bzdury, które wypisują w szmatławcach?

– W te, że pan Dominic stchórzył i porzucił narzeczoną czy w jeszcze jakieś inne?

Walter zacisnął pięści i starał się nie wybuchnąć.

– Swoją drogą – ciągnął – dziwne, że pan Dominic porzucił taką kobietę, jak panienka Lauren.

– Dość! – wrzasnął Walter. – Myślę, że powinien pan wrócić do pracy, panie Hanks.

– Racja – rzekł i wyciągnął dłoń na pożegnanie.

Uścisnęli sobie dłonie.

– Jutro rano przyjadę zobaczyć się z żoną – oznajmił, zanim się oddalił.

*

Wezwał taksówkę, która zjawiła się po dziesięciu minutach. Usiadł na tylnym siedzeniu i zamknął za sobą drzwi.

– Dokąd podrzucić szanownego pana Waltera? – zapytał taksówkarz.

– Do domu, Shean – odparł i opuścił głowę na oparcie.

– Jasne. Klient nasz pan.

– Daj spokój.

Odkąd pogotowie zabrało Elizabeth, miał wrażenie, że głowa zaraz mu eksploduje. Marzył teraz tylko o tym, by położyć się w wygodnym łóżku i choć na moment o wszystkim zapomnieć. Tym bardziej więc nie miał ochoty wysłuchiwać Sheana.

– Okay… Ale tak na marginesie, to nic dziwnego, że jest pan zdenerwowany; zapewne każdy by był, gdyby jego syn odwalił taki numer.

– Zamknij się i jedź szybciej!

Taksówka zatrzymała się przed domem numer dwieście siedem. Walter wysiadł. Przez uchyloną szybę podał kierowcy należytą sumę i ruszył w stronę drzwi. Kiedy tylko znalazł się w środku, łyknął tabletkę przeciwbólową i w ubraniach rzucił się na łóżko. Na długo przed północą spał twardo jak skała.

Rozdział trzeci

Przed szpitalem zatrzymał się czarny nissan. Wysiadła z niego zgrabna brunetka o długich nogach z mikrofonem w ręku w towarzystwie starszego, brodatego mężczyzny z kamerą.

– Pamiętaj, nie wyłączaj nagrywania ani na chwilę, dopóki cię o to nie poproszę, jasne? – zwróciła się do niego.

– Nie traktuj mnie jak dzieciaka. Jestem zawodowcem, wiem, co robić.

– Okay, przepraszam, Steve.

Na jego ustach spoczął jej ciepły pocałunek.

Zagarnąwszy włosy za uszy, dała mężczyźnie znak, by zaczął kręcić.

Zrobił to, o co go poprosiła.

– Veronica Mahonne z „Newspapers Canada”. Jesteśmy właśnie przed szpitalem świętego Michała, do którego wczoraj trafiła pani Elizabeth Sanchez. Czy uda nam się z nią porozmawiać, dowiemy się dosłownie za chwilę.

Ruszyli w stronę drzwi. W korytarzu, jak to bywa w szpitalach, panował ponury nastrój.

– Przepraszam – zwróciła się jednego z lekarzy.

Mężczyzna odwrócił się do niej i podszedł bliżej.

– Co państwo tu robicie z tą kamerą? – obruszył się. – To szpital, tu niczego nie wolno nagrywać.

– Jesteśmy z prasy. Chcieliśmy porozmawiać z panią Elizabeth Sanchez. Czy to w tej chwili możliwe?

– Nie – odparł zdecydowanie lekarz. – Z tego, co mi wiadomo, pacjentka jeszcze nie odzyskała przytomności.

– A więc kiedy będziemy mogli z nią pomówić?

– Nie wiem.

– W takim razie może pan udzieli nam jakichś informacji?

– Przykro mi, ale nie jestem lekarzem prowadzącym pani Sanchez.

Już miał odejść, kiedy Veronica Mahonne znów się odezwała:

– A kto nim jest?

– Doktor Hanks.

Po tych słowach odwrócił się i wsiadł do windy.

– Zaczekaj tu – nakazała Steve’owi, a sama podeszła do recepcji. – Dzień dobry!

Uśmiechnęła się przymilnie do recepcjonistki.

– Dzień dobry!

– Szukam doktora Hanksa.

Kobieta spojrzała w ekran monitora.

– Przykro mi, pan doktor zaczyna dyżur dopiero za pół godziny.

– Nie szkodzi, zaczekam.

Podeszła do Stevea.

– Wyłącz kamerę, wychodzimy – rzekła.

– A co z tym lekarzem?

– Będzie tu dopiero za pół godziny. Poczekamy na niego w aucie.

Wyszli. Z nieba spadały drobne krople deszczu. Veronica zarzuciła na siebie płaszcz i pobiegła do samochodu, by po chwili wrócić przed szpital z parasolem. Steve osłonił nim sprzęt i w ślad za Veronicą pobiegł do nissana.

Ostrożnie położył kamerę na tylnym siedzeniu, a sam usiadł za kierownicą.

– Nie podoba mi się sposób – zaczął Steve, kiedy Veronica siedziała już na miejscu pasażera – w jaki patrzyłaś na tamtego doktorka, jak się do niego uśmiechałaś.

Spojrzała na niego swym hipnotyzującym wzrokiem.

– No co ty, Steve.

Chciała pogładzić go po policzku, ale on odsunął się momentalnie.

– Wiesz, że robię to wszystko tylko po to, by zdobyć ten materiał. Wiesz, prawda?

Steve wydawał się jej nie słuchać. Wpatrywał się w szybę, na której osiadały krople deszczu.

– Hej, Steve! – zawołała. – Możesz przestać się na mnie gniewać?

Nie odpowiedział. Mało tego, nawet na nią nie spojrzał.

– Przestaniesz się na mnie dąsać, jeśli ci obiecam, że już nigdy na nikogo w ten sposób nie spojrzę ani do nikogo tak się nie uśmiechnę?

Tym razem spojrzał na nią.

– Przepraszam – szepnęła i zacisnęła palce na jego dłoni. – Wiesz, że bardzo cię kocham.

Kąciki jego ust wygięły się w uśmiechu.

– Nie lubię, kiedy się na mnie gniewasz.

Ujęła jego brodę w dłoń i musnęła wargami jego wargi. W pewnej chwili ich usta złączyły się w namiętnym pocałunku.

Teraz na nic nie zwracali uwagi. Ani na padający za oknem deszcz, ani na przechodzących ludzi.

*

Walter wyskoczył z łóżka na dźwięk budzika. Wyciągnął z szafy koszulę, założył ją i pospiesznie pozapinał guziki. Wciągnął spodnie, wpuścił w nie koszulę i poczłapał do łazienki. Naprędce się ogarnął i po upływie kwadransa był już gotowy do wyjścia.

Czuł, że nie jest jeszcze w stanie prowadzić, wezwał więc taksówkę.

 

– Wygląda pan dziś o wiele lepiej – odezwał się Shean. – Czyżby miał pan jakieś dobre wieści od Dominica?

– Nie. Nie mam od niego żadnych wieści.

Taksówka włączyła się do ruchu.

– Nie brał pan pod uwagę, że może coś mu się stało?

– To znaczy co?

– A bo ja wiem? Może jakiś wypadek albo…

– Albo co?

– Nie daj Boże, porwanie.

– Co ty, Shean, zgłupiałeś? – zganił go. – Chyba za dużo filmów oglądasz.

– No co? W tych niepewnych czasach wszystko może się zdarzyć.

Auto stanęło na światłach.

– A jak się czuje pani Elizabeth?

– Jeszcze nie odzyskała przytomności.

– A co się szanownej małżonce tak właściwie stało?

Walter pochylił się do przodu.

– A co ty, Shean, książkę o nas piszesz?

– Nie, no co pan. Ja się zupełnie do tego nie nadaję.

– W takim razie zakończmy ten temat.

– Oczywiście.

Shean naciągnął czapkę na uszy i zaczął wygwizdywać melodię z radia.

Walter westchnął głośno, co nie uszło uwadze kierowcy.

– Przepraszam – mruknął – zapomniałem, że jest pan nie w sosie.

– Shean, czy możesz do końca trasy w ogóle się nie odzywać?

– Jasne.

– Wielkie dzięki.

Walter wsparty na podgłówku zamknął oczy i próbował zebrać myśli, ale w jednym aucie z Sheanem było to bardzo trudne.

Deszcz przestał padać, ale wiatr zdecydowanie się nasilał. Walter wyciągnął z portfela pięćdziesiąt dolarów, zapiął guziki płaszcza i postawił kołnierz.

Shean zatrzymał się obok czarnego nissana. Walter podał mu przygotowane wcześniej pieniądze i wysiadł.

Taksówkarz szybko otworzył szybę i zawołał:

– Panie Walterze, to za dużo!

Mężczyzna obrócił się.

– To za to, że przez resztę trasy milczałeś.

Odwrócił się i po chwili zniknął za drzwiami wejściowymi.

Wszedł do sali numer dwieście jeden, gdzie leżała Elizabeth. Jej głowę pokrywały liczne opatrunki, a na włosach dało się zauważyć zakrzepłą krew. Przysunął krzesło bliżej łóżka i usiadł, chwyciwszy bezwładną dłoń żony.

– Dlaczego jeszcze się nie wybudziłaś? – szepnął. – Przecież siedem godzin dawno minęło.

Usłyszał ciche skrzypnięcie drzwi. Odwrócił się i ujrzał sylwetkę doktora Hanksa.

– Dzień dobry, doktorze!

– Dzień dobry, panie Walterze!

– Dlaczego moja żona jeszcze nie odzyskała przytomności? – zapytał. – Przecież mówił pan wczoraj, że ten stan może utrzymywać się do siedmiu godzin.

– Doskonale wiem, co mówiłem, i zapewniam pana, że pani Elizabeth niebawem się wybudzi.

Drzwi otworzyły się i na salę weszła pielęgniarka.

– Panie doktorze – odezwała się – jacyś państwo z prasy pana szukają.

– Z prasy? – zdziwił się.

– Tak twierdzą – odparła. – Czekają przy recepcji.

– Przepraszam pana, później porozmawiamy.

Wyszedł i zamknął za sobą drzwi. Pielęgniarka zmieniła pacjentce opatrunek, podłączyła drugą kroplówkę i również znikła za drzwiami.

Steve i Veronica siedzieli na krzesłach przy recepcji, kiedy podszedł do nich doktor Hanks.

– To państwo są z prasy?

– Tak.

– W czym mogę państwu pomóc?

– Przyjechaliśmy tu w celu przygotowania artykułu o pani Elizabeth Sanchez, ale nie udało nam się z nią porozmawiać, gdyż jakiś lekarz poinformował nas, że pacjentka leży nieprzytomna.

– To prawda – odburknął doktor – dlatego nie ma sensu, byście państwo dłużej tu gościli.