Wydawca: WAB Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2011

Filozof i wilk. Czego może nas nauczyć dzikość o miłości, śmierci i szczęściu ebook

Mark Rowlands

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Filozof i wilk. Czego może nas nauczyć dzikość o miłości, śmierci i szczęściu - Mark Rowlands

Czego mogą się od siebie nauczyć filozof mizantrop, czerpiący inspiracje tyleż z Heiddeggera i Nietzschego, ile z Jacka Danielsa, oraz wilk, który zamiast polować na łosie, kradnie kanapki z plecaków studentów i wyje na nudnych wykładach? Kiedy młody wykładowca filozofii Mark Rowlands postanowił kupić puchatego małego wilczka, nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo zmieni się jego życie. I nie chodziło tylko o zjedzoną klimatyzację i zrujnowany ogród. Relacja z Breninem gruntownie zmieniła jego myślenie, stając się inspiracją filozoficznych rozważań nad naturą miłości, śmierci, szczęścia i człowieczeństwa. Ich owocem jest autobiograficzna książka Filozof i wilk, poruszający i zabawny opis niezwykłej przyjaźni przekraczającej granice gatunków. Relacje filozofa i wilka, mimo doświadczeń Rowlandsa z dużymi psami, nie od razu układają się gładko: znudzony wilk gryzie wszystko, co popadnie, a bieganie, które ma go zmęczyć, tylko poprawia mu kondycję. Ponieważ mimo treningu posłuszeństwa nie można ani na chwilę zostawić go samego, towarzyszy Rowlandsowi na wykładach i na meczach rugby, a kiedy filozof postanawia zmienić miejsce pracy, jedzie wraz z nim do Irlandii, gdzie Brenin zyskuje dwie towarzyszki: owczarka Ninę oraz swoją córkę Tess, potem do Londynu, a wreszcie na południe Francji. Mark Rowlands szybko odkrywa, że wilk to nie tylko egzotyczny ulubieniec, postrach yorków z sąsiedztwa oraz znakomity wabik na dziewczyny, z czego korzystają jego koledzy rugbyści. Potężny, choć łagodny i posłuszny towarzysz staje się dla niego symbolem szlachetności, prostoty i bezinteresowności, którą ludzie w swojej „małpiej", chciwej i wyrachowanej naturze w dużej mierze zatracili. Jest symbolem naturalnego piękna, a także inspiracją do rozważań na temat relacji ludzi i zwierząt (w czym właściwie jesteśmy od nich lepsi?), ich miejsca w naszej moralności i należnych im praw, refleksji na temat celowości ludzkich dążeń, źródeł rozpaczy i nadziei, natury szczęścia i strachu przed śmiercią. Przez jedenaście lat wspólnego życia staje się najważniejszą osobą w życiu Rowalndsa, ale dopiero po śmierci filozof w pełni sobie sprawę z tego, jak bardzo Brenin go zmienił - jako człowieka i jako myśliciela. Filozof i wilk to głęboko poruszająca, bardzo osobista opowieść o dojrzewaniu, o sile przyjaźni i o bliskości między nami a zwierzętami.

Opinie o ebooku Filozof i wilk. Czego może nas nauczyć dzikość o miłości, śmierci i szczęściu - Mark Rowlands

Fragment ebooka Filozof i wilk. Czego może nas nauczyć dzikość o miłości, śmierci i szczęściu - Mark Rowlands

Tytuł oryginału:The Philosopher and the Wolf. Lessons from the Wild on Love, Death and Happiness

Copyright © by Mark Rowlands, 2008

Mark Rowlands asserts the moral right to be identified as the author of this work

Originally published in English by Granta Publications under the titleThe Philosopher and the Wolf: Lessons from the Wild on Love, Death and Happiness

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo W.A.B., 2011 Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo W.A.B., 2011

Wydanie I

Warszawa 2011

Przekład: Dominika Cieśla-Szymańska

Redaktor serii: Adam Pluszka

Redakcja: Justyna Włostowska

Korekta: Małgorzata Kuśnierz, Mariola Hajnus

Redakcja techniczna: Anna Hegman

Projekt graficzny serii, logo i stron tytułowych: Anna Pol Fotografie wykorzystane na I stronie okładki oraz wewnątrz książki © Mark Rowlands

Wydawnictwo W.A.B.

02-386 Warszawa, ul. Usypiskowa 5

tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11

wab@wab.com.pl

www.wab.com.pl

ISBN 978-83-7747-256-9

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

MARK ROWLANDS

urodził się w 1962 roku w Walii. Początkowo studiował na wydziale inżynieryjnym, ale porzucił go dla filozofii. Obronił doktorat w Oksfordzie. Wykładał na uczelniach w Irlandii, Anglii i Francji, obecnie związany jest z uniwersytetem w Miami. Napisał kilkanaście książek, m.in.Supervenience and Materialism(1995),Animal Rights: A Philosophical Defence(1998),The Environmental Crisis. Understanding the Value of Nature(2000),Animals Like Us(2002),The Philosopher at the End of the Universe(2003),Everytning I Know I Learned from TV(2005),Body Language: Representation in Action(2006) iFame(2008). PrzekładyFilozofa i wilkaprzygotowują wydawnictwa z Brazylii, Chin, Francji, Grecji, Hiszpanii, Holandii, Japonii, Korei, Niemiec, Portugalii, Szwecji i Wioch.

www.markrowlandsauthor.com

Czego mogą się od siebie nauczyć filozof mizantrop, czerpiący inspiracje tyleż z Heideggera i Nietzschego, ile z Jacka Danielsa, oraz wilk, który zamiast polować na łosie, kradnie kanapki z plecaków studentów i wyje na przydługich wykładach?

Kiedy młody wykładowca Mark Rowlands postanowił kupić puchatego wilczka, nie zdawał sobie sprawy, jak wiele się przez to zmieni. I nie chodzi tylko o rozszarpaną klimatyzację i zryty ogród.

Relacja z Breninem nadała nowy kształt życiu i myśleniu Marka Rowlandsa, przewartościowując jego rozumienie miłości, szczęścia, natury i śmierci. Książka, która zaczyna się od żywiołowego i niszczycielskiego szczenięctwa wilka, a kończy się bolesnym rozstaniem jedenaście lat później, to poruszający i zabawny opis przyjaźni przekraczającej granice gatunków.

Filozof i wilkto wspaniała książka. Rzadko się zdarza, by profesor szedł na całość i między obiektywne i naukowe kwestie wplatał uczucie, serce, miłość. Mark Rowlands właśnie to robi. Będę polecał wszystkim jego książkę.

Marc Bekoff,

autor książki0 ukochanych psach i zazdrosnych małpach. Emocjonalne życie zwierząt

To wyjątkowe, by jedno zwierzę stało się inspiracją do tak głębokich refleksji na temat moralności, śmiertelności i mizantropii… Te wspomnienia czyta się jak opis burzliwego romansu z czworonożną gwiazdą.

Frans de Waal,

wybitny etolog, badacz życia społecznego małp

DEDYKACJA

Dla Emmy

PODZIĘKOWANIA

George Miller jako pierwszy zamówił tę książkę dla wydawnictwa Granta. Był to z całą pewnością dowód wielkiego zaufania z jego strony, ponieważ, jak wszyscy zgodnie twierdzą, nikt nie wiedział, o co właściwie chodzi w przedstawianych przeze mnie pierwszych wersjach tekstu. Kiedy George odszedł, proces wydawniczy koordynowała dalej Sara Holloway, która jest cudowną redaktorką. Dzięki jej wnikliwym, inteligentnym i przede wszystkim cierpliwym pytaniom, jej trosce o to, żebym nie zagubił tego, co ważne, całość jest dużo lepsza, niż mogłaby być. Redakcją językową zajęła się Lesley Levene. Nigdy jeszcze, mimo mojego całkiem sporego doświadczenia, redakcja nie była tak bezbolesnym, a nawet zabawnym procesem, i nigdy wcześniej nie nauczyłem się tyle o sztuce pisania. Jestem głęboko wdzięczny wszystkim trojgu. Dziękuję także Vicki Harris za nieodmiennie doskonałą korektę. Jestem też ogromnie wdzięczny Lizie Puttick za to, że dzięki niej udało się zrealizować mój kolejny szalony projekt.

Ta książka nie istniałaby bez swojego bohatera. Dziękuję ci więc Breninie, mój wilczy bracie, za to, że dzieliłeś ze mną życie. Dziękuję również twoim przyjaciółkom Ninie i Tess.

A na koniec dziękuję Breninowi — mojemu synowi, nie bratu. Nie mogę powiedzieć, że napisałem tę książkę dla ciebie, ponieważ zacząłem ją pisać, zanim pojawiłeś się na świecie. Ale skończyłem ją, ponieważ chciałem, żebyś zrozumiał, dlaczego nosisz takie właśnie imię. Poza tym zdążyłem już wydać zaliczkę. Pamiętaj też — aż wzdrygam się na myśl, ile razy będę żałował tych słów: zbawi nas tylko nasze nieposłuszeństwo.

Mark Rowlands

Miami

ROZDZIAŁ 1 Polana

1

Książka ta opowiada o wilku imieniem Brenin. Przez ponad dziesięć lat (większość dziewięćdziesiątych i początek kolejnej dekady) mieszkaliśmy razem. A ponieważ dzielił życie z pozbawionym korzeni i niemogącym usiedzieć na miejscu intelektualistą, stał się wilkiem niezwykle bywałym w świecie: mieszkał kolejno w Stanach, Irlandii, Anglii i na koniec we Francji. Poza tym, choć raczej wbrew swojej woli, jak żaden inny wilk korzystał także z darmowej edukacji na poziomie uniwersyteckim. Jak się przekonacie, pozostawianie go bez opieki miało fatalne skutki dla mojego domu i dobytku. Musiałem więc zabierać go ze sobą do pracy, a jako że byłem wykładowcą filozofii, towarzyszył mi na zajęciach. Leżał w kącie sali i drzemał, mniej więcej tak jak moi studenci, podczas gdy ja ględziłem na temat jakiegoś tam filozofa czy nurtu filozoficznego. Czasami, kiedy wykłady były szczególnie trudne do wytrzymania, Brenin siadał i wył, czym zaskarbił sobie sympatię studentów, którzy zapewne mieli wielką ochotę zrobić to samo.

W książce tej próbuję również odpowiedzieć na pytanie, co to znaczy być człowiekiem: nie w sensie jednostki biologicznej, ale istoty, która może robić takie rzeczy, jakich nie potrafi żadne inne stworzenie. W historiach, które opowiadamy o sobie samych ludzka wyjątkowość to częsty refren. Niektórzy twierdzą, że polega ona na zdolności do tworzenia cywilizacji i chronienia się przed „kłami i pazurami” Natury1. Inni zwracają uwagę na fakt, że jako jedyni potrafimy pojąć różnicę między dobrem a złem, a zatem jako jedyni jesteśmy naprawdę zdolni być dobrzy lub źli. Niektórzy twierdzą, że jesteśmy wyjątkowi, ponieważ posiadamy rozum: jesteśmy rozumnymi zwierzętami, samotnymi w świecie bezrozumnych bestii. Inni sądzą, że to język ostatecznie odróżnia nas od niemych zwierząt. A jeszcze inni, że tylko my posiadamy wolną wolę albo że tylko my potrafimy kochać. Zdaniem niektórych jako jedyni potrafimy pojąć naturę i źródła prawdziwego szczęścia. Inni zaś dowodzą, że jesteśmy wyjątkowi, bo tylko człowiek wie, że musi umrzeć.

Nie sądzę, aby którakolwiek z tych teorii naprawdę opisywała zasadniczą różnicę między nami a innymi stworzeniami. Czasem odmawiamy im jakichś zdolności, które w istocie posiadają.

A czasem sami nie posiadamy zdolności, które sobie przypisujemy. Jeśli chodzi o resztę, jest to raczej kwestia ilości niż jakości. Nasza wyjątkowość polega natomiast na tym, że to my opowiadamy te historie, a co więcej — sami w nie wierzymy. Gdybym chciał pokusić się o jednozdaniową definicję człowieka, mogłaby ona brzmieć tak: ludzie to zwierzęta, które wierzą w opowieści o samych sobie. Ludzie to łatwowierne zwierzęta.

W naszych mrocznych czasach oczywisty jest fakt, że to właśnie historie o nas samych mogą być największym źródłem podziałów między nami. Łatwowierność i wrogość dzieli często tylko jeden krok. Mnie jednak interesują historie, które opowiadamy nie po to, by znaleźć różnice między sobą, ale by odróżnić się od innych istot: historie o tym, co czyni człowieka człowiekiem. W każdej opowieści jest coś, co można by nazwać jej ciemną stroną, każda rzuca cień. Cień ten skrywa się za jawnym przesłaniem: tu właśnie można znaleźć to, co w istocie opowieść przedstawia. A to prawdopodobnie będzie mroczne z co najmniej dwóch względów. Po pierwsze, opowieść pokazuje często bardzo niepochlebny, a nawet trudny do zaakceptowania aspekt ludzkiej natury. Po drugie, zwykle trudno dostrzec to, co pokazuje. Jedno ma związek z drugim. My, ludzie, z niezwykłą łatwością omijamy te aspekty naszej natury, które budzą w nas niesmak. Dotyczy to także historii, które opowiadamy, by wyjaśnić sobie własną istotę.

Wilk to tradycyjny, choć może niesprawiedliwie wybrany, przedstawiciel ciemnej strony ludzkości. Jest to paradoksalne pod wieloma względami, w tym także jeśli chodzi o aspekt etymologiczny. Greckie słowo oznaczające wilka,lykos,jest tak bliskie słowa „światło”,leukos2, że często kojarzono je ze sobą. Być może ten związek to tylko efekt błędów przekładu, ale nie można wykluczyć, że te dwa słowa łączy jakieś głębsze pokrewieństwo etymologiczne. Jednak z jakiejś przyczyny Apolla uważano jednocześnie za boga słońca i boga wilków. W mojej książce zaś związek wilka i światła jest istotny. Pomyślcie o wilku jako o polanie w lesie. W głębi lasu bywa tak ciemno, że nie widać drzew. Właśnie na polanie to, co ukryte, wychodzi na światło dzienne. Wilk, co spróbuję pokazać, jest taką polaną w ludzkiej duszy. Ujawnia to, co skrywa się w opowieściach o nas samych — to, co te historie pokazują, ale czego nie mówią wprost.

Stoimy w cieniu wilka. Coś może rzucać cień na dwa sposoby: przesłaniając światło albo stanowiąc źródło światła, być przesłanianym przez inne przedmioty. Przez cień wilka rozumiem nie cień rzucany przez niego samego, ale te rzucane przez nas w świetle wilka. A z tych cieni spogląda na nas właśnie to, czego nie chcemy wiedzieć o sobie samych.

2

Brenin zmarł kilka lat temu. Wciąż przyłapuję się na tym, że co dzień o nim myślę. Wiele osób mogłoby to uznać za przesadę, ostatecznie to tylko zwierzę. Niemniej, choć wiodę teraz życie lepsze niż kiedykolwiek, czuję, że zostało ono w jakiś sposób umniejszone. Naprawdę trudno wyjaśnić dlaczego, i przez długi czas tego nie rozumiałem. Teraz już chyba wiem: Brenin nauczył mnie czegoś, czego moja przedłużona oficjalna edukacja nie mogła mnie nauczyć i nie nauczyła. A jest to wiedza, którą trudno zachować, tak jasną i żywą jak trzeba, teraz gdy go już nie ma. Czas leczy rany, ale również dzięki temu, że wymazuje wiele rzeczy. Ta książka to próba zapisania wszystkiego, czego się nauczyłem, zanim uleci.

Irokezi opowiadają sobie mit o wyborze, jakiego musiał dokonać pewnego razu ich lud. Ma on wiele wersji, ta jest najprostsza. Zwołano radę plemion, by postanowić, dokąd wyruszyć na kolejny sezon łowiecki. Rada nie wiedziała jednak, że miejsce, które wybrano, zamieszkują wilki. Drapieżniki regularnie napadały na Indian, stopniowo ich dziesiątkując. Stanęli przed wyborem: albo się stamtąd wynieść, albo zabić wilki. Zdali sobie jednak sprawę, że to drugie wyjście umniejszyłoby ich. Staliby się wtedy takimi ludźmi, jakimi nie chcieli być. Przenieśli się więc w inne miejsce. Żeby nie powtórzyć tego błędu, postanowili na przyszłość, że na każdej radzie ktoś będzie pełnił funkcję przedstawiciela wilków. Będzie się go pytać o zdanie słowami: „Kto przemawia w imieniu wilka?”.

To jest oczywiście irokeska wersja mitu. Gdyby istniała wilcza wersja, z pewnością byłaby zupełnie inna. Niemniej, zawiera pewną prawdę. Mam zamiar spróbować wykazać, że każdy z nas ma w dużej części duszę małpy. Nie przypisuję zbyt wielkiego znaczenia słowu „dusza”. Niekoniecznie musi ono oznaczać jakąś nieśmiertelną i niezniszczalną cząstkę nas samych, która trwa po śmierci ciała. Być może jest czymś takim, ale wątpię w to.

Równie dobrze dusza to po prostu umysł, a umysł to po prostu mózg. Ale znów nie mam pewności. W moim rozumieniu tego słowa dusza ludzka przejawia się w historiach, które o sobie opowiadamy: o tym, dlaczego jesteśmy wyjątkowi; opowieściach, do których sami siebie potrafimy przekonać, mimo wszelkich dowodów świadczących przeciwko nim. Będę próbował dowieść, że są to historie opowiadane przez małpy: mają wyraźnie małpią strukturę, temat i treść.

Małpa jest dla mnie metaforą skłonności, która w mniejszym lub większym stopniu istnieje w każdym z nas. W tym sensie niektórzy ludzie są bardziej małpami niż inni. W istocie niektóre małpy są bardziej małpami niż inne. Małpa to skłonność do pojmowania świata w kategoriach instrumentalnych: wartością wszystkiego jest funkcja, jaką może spełniać dla małpy. Małpa to tendencja do postrzegania życia jako procesu szacowania prawdopodobieństwa i kalkulowania możliwości, i posługiwania się tymi wynikami dla własnej korzyści. Jest to skłonność do widzenia świata jako zbioru zasobów, rzeczy, których można użyć do własnych celów. Małpa stosuje tę zasadę w równym, a może nawet większym stopniu w stosunku do innych małp niż do reszty świata naturalnego. Małpa woli mieć nie przyjaciół, lecz sojuszników. Nie patrzy na swych małpich pobratymców, lecz ich obserwuje. I cały czas czeka na sprzyjającą sposobność. Żyć to dla małpy czekać na okazję do zadania ciosu. Małpa to skłonność do opierania relacji z innymi na jednej tylko, niezmiennej i sztywnej zasadzie: co możesz dla mnie zrobić i ile będziesz za to chciał? Nieuchronnie takie podejście małpy do innych małp będzie miało wpływ na nią samą, skazi i zniekształci jej obraz we

Brenin i ja przed wielu laty.

własnych oczach. Myśli więc ona o szczęściu jako o czymś, co da się zmierzyć, zważyć, policzyć i oszacować. Podobnie myśli o miłości. Małpa jest przekonana o tym, że wszystkie najważniejsze rzeczy w życiu są kwestią analizy zysków i strat.

Powtórzę więc raz jeszcze, że jest to metafora, poprzez którą chcę opisać pewną ludzką skłonność. Wszyscy znamy takich ludzi. Spotykamy ich w pracy i po pracy, siedzą kawałek dalej przy stole konferencyjnym i przy stoliku obok w restauracji. Ale ci ludzie to tylko przerysowane przykłady podstawowego ludzkiego typu. Podejrzewam, że większość z nas ma w sobie więcej takich skłonności, z których nie zdaje sobie sprawy albo byłaby gotowa się do nich przyznać. Ale dlaczego określam tę skłonność jako małpią? Ludzie to nie tylko rodzaj małp, które potrafią cierpieć i doświadczać całej skali ludzkich emocji. Jak się przekonamy, inne małpy mogą odczuwać miłość, mogą też czuć rozpacz tak wielką, że przez nią umierają. Mogą mieć przyjaciół, nie tylko sojuszników. Niemniej, ta skłonność jest małpia w tym sensie, że może istnieć dzięki małpom. Mówiąc ściślej, dzięki pewnej zdolności poznawczej, która nie wykształciła się, o ile wiemy, w żadnym innym stworzeniu. Skłonność do postrzegania świata i jego mieszkańców w kategoriach zysków i strat; postrzegania swego życia i tego, co się w nim zdarza jako rzeczy policzalnych i mierzalnych: jest to możliwe tylko dlatego, że jesteśmy małpami. A spośród wszystkich małp ta skłonność najpełniej przejawia się właśnie w nas. Ale jest także taka część naszej duszy, która istniała dużo wcześniej, nim staliśmy się małpami, zanim dopadła nas ta skłonność, a skrywa się ona w historiach, które opowiadamy o sobie samych. Jest ukryta, ale można ją ujawnić.

Ewolucja postępuje poprzez stopniowy przyrost. W ewolucji nie matabula rasa,czystej karty: pracuje tylko na tym, co jest jej dane, i nigdy nie wraca do poprzedniego stadium. W ten sposób, by użyć oklepanego przykładu, groteskowo wykrzywiony pyszczek flądry, której oczy zostały właściwie przeciągnięte na drugą stronę, jest dowodem na to, że siły ewolucji, które sprawiły, że ta ryba wyspecjalizowała się w leżeniu na morskim dnie, oddziaływały na jej kształt, wytworzony wcześniej do innych celów: miała oczy umieszczone raczej po bokach ciała, a nie na grzbiecie. Podobnie w rozwoju ludzi ewolucja musiała pracować z tym, co miała do dyspozycji. Nasze mózgi to w dużej części struktury historyczne: na fundamentach prymitywnego systemu limbicznego, wspólnego z gadzimi przodkami, powstała właściwa ssakom kora mózgowa, którą szczególnie rozwiniętą widzimy u istot ludzkich.

Nie chcę sugerować, że historie, które opowiadamy o sobie i w które wierzymy, są wytworem ewolucji, tak jak oczy flądry czy mózg ssaków. Sądzę jednak, że powstawały one w podobny sposób: poprzez stopniowy przyrost, podczas którego kolejne warstwy narracji nakładały się na starsze struktury i wątki. W historiach opowiadanych o sobie samych nie ma czegoś takiego jak czysta karta. Spróbuję pokazać, że jeśli przyjrzymy się bardzo uważnie i jeśli będziemy wiedzieli, w jaki sposób patrzeć, w każdej małpiej opowieści znajdziemy też wilka. A wilk mówi nam — to jest jego funkcja w opowieści — że wartości cenne dla małp są prostackie i puste. Przypomina, że to, co w życiu ważne, nigdy nie jest kwestią kalkulacji. Tego, co naprawdę ma wartość, nie można ściśle określić ani nie da się tym handlować. Przypomina też, że czasem musimy zrobić to, co słuszne, wbrew wszystkiemu.

Wszyscy sądzimy, że więcej w nas małpy niż wilka. W wielu z nas wilk został niemal zupełnie wymazany, nie ma go w opowieściach naszego życia. Ale pozwalamy mu umrzeć tylko na własne ryzyko. Ostatecznie małpie kombinacje do niczego nie doprowadzają: ich przebiegłość okazuje się zdradliwa i kończy się małpie szczęście. Wtedy odkrywamy, co jest najważniejsze w życiu. A jest to coś innego niż efekt naszych planów, sprytu i szczęścia; to jest coś, co pozostaje, kiedy je utracimy. Składamy się z wielu elementów. Ale najważniejsza część nas to nie ta, która planuje i intryguje, lecz ta, która pozostaje, kiedy plany zawodzą. Najważniejsza część nas to nie ta, która rozkoszuje się własną przebiegłością, ale ta, która pozostaje, gdy spryt opuszcza nas na dobre. Najważniejsza część nas to nie ta, która korzysta ze sprzyjającej sytuacji, to ta, która pozostaje, kiedy szczęście odchodzi. Ostatecznie małpa zawsze nas zawiedzie. Najważniejsze pytanie, jakie można sobie zadać, brzmi: kim wtedy będzie ten, kto zostanie?

Zabrało mi to dużo czasu, ale w końcu chyba zrozumiałem, dlaczego tak bardzo kochałem Brenina i dlaczego tak boleśnie odczuwam jego brak. Nauczył mnie czegoś, czego długa edukacja nie mogła mnie nauczyć: że w jakiejś pradawnej części mojej duszy wciąż żyje wilk.

Czasem trzeba pozwolić przemówić wilkowi w nas, uciszyć nieustanne trajkotanie małpy. Ta książka to jedyny dostępny mi sposób, by spróbować to zrobić.

„Jedyny dostępny mi sposób” okazał się czymś zupełnie innym, niż planowałem. Pisanie tej książki trwało bardzo długo. Na różne sposoby pracowałem nad nią przez prawie piętnaście lat. To dlatego, że przemyślenie jej zabrało mi dużo czasu. Czasem tryby obracają się powoli. Ta książka zrodziła się z mojego życia z wilkiem, ale mimo to nadal nie do końca rozumiem, czym właściwie jest.

W pewnym sensie jest autobiograficzna. Wszystkie opisane tu sytuacje zdarzyły się naprawdę. Przydarzyły się mnie. Ale pod wieloma innymi względami to nie jest autobiografia, w każdym razie nie najlepsza. Jest tu oczywiście główny bohater, ale to nie ja. Jestem tylko nic nieznaczącym statystą, pałętającym się gdzieś w tle. W dobrych autobiografiach jest mnóstwo innych postaci. Ale w tej książce inni ludzie pojawiają się głównie poprzez swoją nieobecność: w moim życiu można znaleźć co najwyżej ich duchy. Ponieważ nie wiem, dlaczego miałby im się podobać udział w tym wszystkim, by chronić ich prywatność, zmieniłem im imiona. A jeśli chodzi o inne rzeczy, które chciałbym chronić, jestem też bardzo powściągliwy w kwestii nazw miejsc i dat. Dobre biografie są także szczegółowe i wyczerpujące. Tutaj jednak szczegółów jest mało, a pamięć wybiórcza. Inspiracją książki było to, czego nauczyłem się, żyjąc z Breninem, i skonstruowałem ją wokół tych lekcji. W tym celu skupiłem się głównie na wydarzeniach z życia Brenina i mojego własnego, istotnych dla myśli, które chcę tu przedstawić. Inne fakty, czasem znaczące, zostały pominięte i wkrótce pogrążą się w niepamięci. Kiedy wydawało mi się, że konkretne detale dotyczące wydarzeń, osób lub chronologii zaczną dominować nad myślami, które chcę rozwinąć, bezlitośnie je okrawałem.

Choć okazało się, że nie jest to opowieść o mnie, nie jest to także opowieść o Breninie. Oczywiście osią tej książki są różne sytuacje, które zdarzyły się podczas naszego wspólnego życia, ale bardzo rzadko próbuję zrozumieć, co działo się wtedy w jego umyśle. Choć mieszkał ze mną ponad dziesięć lat, nie mam pewności, czy jestem dość kompetentny, by wyciągać co do tego wnioski, oprócz najprostszych sytuacji. A wiele z opisywanych przeze mnie wydarzeń i problemów, które rozważam w związku z nimi, nie jest prostych. Brenin jawi się w tej książce — jestem o tym mocno przekonany — jako konkretna, uparta obecność. Ale pojawia się także w zupełnie innej postaci: jako symbol albo metafora pewnego aspektu mnie samego, aspektu, który być może już nie istnieje. W ten sposób czasem popadam w metaforyczne gadanie o tym, co wie wilk. Gdyby uznać to za empiryczne spekulacje na temat prawdziwej treści umysłu Brenina, tezy te byłyby śmiesznie antropomorfizujące. Zapewniam was jednak, że nie to miało być ich celem. Podobnie, kiedy mówię o uczeniu się od Brenina, ma to charakter instynktowny i zasadniczo nie intelektualny. Uczyłem się nie poprzez studiowanie jego zachowań — po prostu razem szliśmy przez życie. A dużej części tego, czego mnie nauczył, nie rozumiałem, dopóki nie odszedł.

Nie jest to także praca filozoficzna, w każdym razie nie w tym wąskim sensie, którego mnie uczono i który zaakceptowaliby moi koledzy naukowcy. Są tu wywody i argumenty, ale nie ma schludnego przejścia od przesłanek do wniosków. Życie jest zbyt nieuchwytne, by dało się ująć w przesłanki i wnioski. Uderza mnie natomiast spiralny, pełen powtórzeń charakter refleksji przedstawionych w tej książce. Sam bywam zaskoczony, gdy kwestia, z którą miałem się rozprawić raz a dobrze w jednym rozdziale, czasem uparcie pojawia się znowu, w innej, zmienionej formie. Wydaje się, że to efekt natury tych rozważań. Życie rzadko pozwala nam rozwiązać jakiś problem raz na zawsze.

Inspiracją tej książki były idee, które rozważałem, ale które w istotnym sensie nie są moje. Nie dlatego, że należą do kogoś innego — chociaż można tu łatwo wychwycić wpływ myślicieli takich jak Nietzsche, Heidegger, Camus, Kundera i zmarły kilka lat temu Richard Taylor. Raczej, i tu znów muszę się odwołać do metafory, sądzę, że są takie myśli, które mogą się pojawić wyłącznie w przestrzeni między wilkiem a człowiekiem.

Na początku naszego wspólnego życia Brenin i ja wyjeżdżaliśmy niekiedy na weekendy do kanionu Little River na północnowschodnim krańcu Alabamy i (nielegalnie) rozbijaliśmy namiot. Marzliśmy tam i wyliśmy do księżyca. Kanion był głęboki i wąski, a słońce niechętnie przedzierało się przez gęste druidyczne dęby i buki. A kiedy zniknęło za zachodnią krawędzią, cienie tężały w bryłę mroku. Po mniej więcej godzinie skradania się zarośniętą ścieżką dochodziliśmy do polany. Jeśli dobrze obliczyliśmy moment, trafialiśmy tam akurat wtedy, gdy słońce składało pożegnalny pocałunek na ustach kanionu, a złote światło wypełniało otwartą przestrzeń. Potem drzewa, niemal ukryte w mrokach poprzedniej godziny, wyłaniały się z ciemności do światła. Myśli składające się na tę książkę pojawiły się w przestrzeni, która już nie istnieje i bez niej nie byłyby możliwe, w każdym razie dla mnie.

Wilka już nie ma, a zatem nie ma już tej przestrzeni. Kiedy czytam to, co napisałem, uderza mnie obcość myśli tu zawartych. Fakt, że to ja je stworzyłem, to dla mnie osobliwe odkrycie. Nie są moje, ponieważ chociaż w nie wierzę i uważam za prawdziwe, nie przyszłyby mi do głowy ponownie. To są myśli polany. To myśli należące do przestrzeni między wilkiem a człowiekiem.

ROZDZIAŁ 2 Wilczy brat

1

Brenin nigdy nie leżał z tyłu dżipa. zawsze chciał widzieć, co się zbliża. Kiedyś, wiele lat temu, przejechaliśmy z Tuscaloosa w Alabamie aż do Miami — około tysiąca trzystu kilometrów – i z powrotem. Stał przez calutką drogę: jego potężna sylwetka niemal zupełnie przesłaniała światło i widok z tyłu. Ale tym razem, podczas krótkiej jazdy do Béziers, nie stał; nie mógł. Dlatego właśnie wiedziałem, że umiera. Wiozłem go do miejsca, gdzie miał umrzeć. Powiedziałem sobie, że gdyby wstał, choćby na trochę, dałbym mu kolejny dzień, poczekałbym jeszcze dobę na cud. Lecz teraz wiedziałem, że to już koniec. Mój przyjaciel, który był ze mną przez ostatnie jedenaście lat, odejdzie. A ja nie wiedziałem, jakiego człowieka zostawi po sobie.

Środek ponurej francuskiej zimy nie mógł różnić się bardziej od tamtego jasnego zmierzchu w Alabamie na początku maja, nieco ponad dziesięć lat wcześniej, kiedy po raz pierwszy przywiozłem sześciotygodniowego Brenina do domu, wprowadzając go tym samym w moje życie. W ciągu dwóch minut od przybycia — nic a nic nie przesadzam — zdarł z karnisza zasłony w salonie (obie części), tak że spadły na podłogę. Potem, kiedy próbowałem zawiesić je z powrotem, znalazł wyjście do ogrodu i drogę pod budynek. Z tyłu pod domem była pusta przestrzeń i można było dostać się tam przez drzwi w ceglanej ścianie, które najwyraźniej zostawiłem uchylone.

Wlazł więc pod dom, po czym zaczął — metodycznie, starannie, a nade wszystko szybko — obdzierać po kolei miękkie, izolowane rury, które kierowały zimne powietrze z klimatyzatora w górę poprzez rozmaite otwory w podłodze. Tak właśnie zwykle reagował na to, co nowe i nieznane. Lubił patrzeć, co się stanie. Badał to, pochłaniał. A potem niszczył. Miałem go zaledwie od godziny, a już kosztował mnie tysiąc dolarów: pięćset zapłaciłem za niego, a drugie tyle za naprawę klimatyzacji. A wówczas była to prawie jedna dwudziesta moich rocznych dochodów brutto. Tego rodzaju działania, często bardzo kreatywne i innowacyjne, miały się powtarzać przez wszystkie lata naszego wspólnego życia. Nie miała baba kłopotu, sprawiła sobie wilka.

Tak więc, drogi czytelniku, jeśli rozważasz kupno wilka, albo mówiąc dokładniej, mieszańca wilka z psem, radzę: daj sobie spokój! Nie rób tego, nawet o tym nie myśl. To zupełnie co innego niż pies. Ale jeśli głupio się upierasz, powiem ci, że twoje życie zmieni się na zawsze.

2

Od kilku lat byłem zatrudniony w moim pierwszym miejscu pracy: jako adiunkt wykładający filozofię na Uniwersytecie Stanu Alabama, w mieście o nazwie Tuscaloosa. W języku Czoktawów „Tuscaloosa” znaczy „czarny wojownik” i tak właśnie, Black Warrior, nazywa się rzeka, która przepływa przez miasto. Tuscaloosa jest najlepiej znane z uniwersyteckiej drużyny futbolu amerykańskiego, Crimson Tide („karmazynowy przypływ”), która w lokalnej społeczności wzbudza zapał przekraczający uniesienia religijne, chociaż pod tym względem mieszkańcom także nie brak zapału. Trzeba powiedzieć, że dużo bardziej nieufnie traktują filozofię, i trudno mieć im to za złe. Przyjemnie mi się tam mieszkało, bawiłem się w Tuscaloosa aż za dobrze. Ale dorastałem z psami – zwykle dużymi psami ras takich jak dog niemiecki — i brakowało mi takiego towarzysza. I tak pewnego popołudnia zacząłem przeglądać rubrykę ogłoszeń drobnych w „Tuscaloosa News”.

Przez większość swego względnie krótkiego istnienia Stany Zjednoczone Ameryki prowadziły politykę systematycznego tępienia wilków, poprzez odstrzał, trutki, pułapki, jak tylko się dało. W efekcie właściwie nie ma już żyjących na wolności dzikich wilków w głównej części Stanów (oprócz Alaski). Teraz, gdy zarzucono już tę politykę, zwierzęta te zaczęły pojawiać się znowu w niektórych rejonach Wyoming, Montany i Minnesoty, a także na niektórych wyspach Wielkich Jezior. Najsłynniejszym przykładem jest Isle Royale, przy północnym wybrzeżu Michigan, głównie dzięki przełomowym badaniom życia wilków prowadzonym przez przyrodnika Davida Mecha. Reintrodukowano je, pomimo gwałtownych protestów farmerów, w najsławniejszym z amerykańskich parków narodowych, Yellowstone.

To odnowienie populacji wilków nie objęło jeszcze Alabamy i generalnie Południa. Jest tu mnóstwo kojotów. Jest też trochę wilków rudych(Canis rufus),na bagnach Luizjany i Teksasu, chociaż nikt nie wie dokładnie, czym właściwie są — być może efektem krzyżówki wilka z kojotem. Ale szare wilki (jak się je niesłusznie nazywa, bywają bowiem także czarne, białe i brązowe) to na Południu tylko odległe wspomnienie.

Byłem więc nieco zdumiony, kiedy mój wzrok przyciągnął anons: „Sprzedam szczeniaki wilka, 96 procent”. Po krótkiej rozmowie telefonicznej wsiadłem do samochodu i ruszyłem do Birmingham, mniej więcej godzinę jazdy na północny wschód, niezupełnie pewien, co tam znajdę. I w ten sposób nieco później stanąłem oko w oko z największym wilkiem, o jakim kiedykolwiek słyszałem, nie mówiąc o zobaczeniu na własne oczy. Właściciel zaprowadził mnie na tyły domu, pokazał mi stajnię i zagrodę dla zwierząt. Kiedy basior o imieniu Yukon usłyszał, że idziemy, skoczył na drzwi stajni, akurat gdy tam doszliśmy, pojawiając się jakby znikąd.

Potężny i imponujący, gdy stał na tylnych łapach, był nieco wyższy ode mnie. Musiałem podnosić głowę, by spojrzeć na jego pysk i dziwne żółte oczy. Ale to łapy zapamiętałem na zawsze. Ludzie nie zdają sobie sprawy — a w każdym razie ja nie zdawałem sobie sprawy — jak wielkie są wilcze łapy, dużo większe niż psie. To one były sygnałem jego obecności. To była pierwsza rzecz, jaką zobaczyłem, gdy stanął, by wyjrzeć sponad drzwi stajni. Teraz przewieszały się przez krawędź, dużo większe niż moje pięści, jak futrzaste rękawice do baseballa.

Ludzie często zadają mi pytanie nie o tę konkretną sytuację, bo tutaj opowiadam o niej po raz pierwszy, ale o posiadanie wilka w ogóle: czy pan się go czasami nie boi? Odpowiedź brzmi, oczywiście: nie. Chciałbym myśleć, że to dlatego, że jestem niepospolicie odważny, ale tej hipotezie przeczyłoby całe mnóstwo innych faktów. Potrzebuję na przykład kilku solidnych drinków, żeby wsiąść do samolotu. Tak więc teza o mojej rzekomej odwadze jest raczej nie do podtrzymania. Ale mam w sobie wiele spokoju, jeśli chodzi o psy. Jest to w znacznej mierze efekt wychowania: jestem patologicznym wytworem raczej patologicznej rodziny. Na szczęście ta patologia — o ile wiem — ograniczała się tylko do naszych relacji z psami.

Kiedy byłem może trzylatkiem, mieliśmy taką zabawę z Bootsem, naszym labradorem. On się kładł, a ja siadałem mu na grzbiecie, trzymając się obroży. Potem mój ojciec go wołał. Boots, w latach młodości szybki jak błyskawica, w ułamku sekundy zrywał się do biegu. Moim zadaniem — i celem zabawy — było utrzymanie się na jego grzbiecie. Nigdy mi się to nie udało. Czułem się jak talerz z zupą, spod którego ktoś wyszarpnął obrus. Czasami magiczna technika tego psa była perfekcyjna i ogłupiały zostawałem na piasku, w miejscu, gdzie chwilę wcześniej leżał Boots. Czasem jednak Boots nieco się spóźniał, a ja leciałem głową do przodu na ziemię. Ale w tej zabawie jakikolwiek ból traktowany był jako drobna niedogodność, zrywałem się więc z trawy cały szczęśliwy, błagając, żebym mógł spróbować jeszcze raz. Pewnie nie można by się tak bawić dzisiaj, w naszej chorobliwie obawiającej się ryzyka kulturze, nerwowo traktującej możliwość, że dziecko może sobie coś złamać. Ktoś pewnie wezwałby opiekę społeczną albo policję od zwierząt, a może jedno i drugie. Ale ja przeklinałem dzień, kiedy ojciec powiedział, że jestem już za duży i za ciężki, żeby bawić się tak z Bootsem.

Kiedy teraz o tym myślę, uświadamiam sobie, że jeśli chodzi o psy, moja rodzina, a w konsekwencji ja, nie jesteśmy normalni. Często braliśmy dogi ze schroniska. Czasem były to cudowne zwierzęta, a czasem naprawdę szurnięte. Blue, dog niemiecki, którego to nie my nazwaliśmy mało oryginalnie od jego koloru, jest tu dobrym przykładem. Miał mniej więcej trzy lata, kiedy moi rodzice go uratowali. Nietrudno było pojąć, dlaczego znalazł się w schronisku. Blue miał hobby: gryzienie jak popadnie ludzi i zwierząt. Uściślijmy: niezupełnie jak popadnie. Miał on po prostu, tak to nazwijmy, rozmaite idiosynkrazje. Jedna z nich polegała na tym, że nie pozwalał ludziom wyjść z pomieszczenia, w którym był. Nie można było nigdy zostać z Blue w pokoju sam na sam. Zawsze trzeba było mieć kogoś, kto odwróci jego uwagę, gdy ty będziesz się ewakuować. Oczywiście, ten ktoś także później potrzebował kogoś, kto odwróci uwagę psa, gdy sam będzie chciał wyjść z pokoju. I tak toczyło się życie Blue. Jeśli nie udało się skutecznie go zdezorientować, kończyło się to trwałymi śladami na tylnych częściach ciała. Mój brat Jon może to potwierdzić.

Nienormalność mojej rodziny polegała nie tylko na tym, że gotowa była zaakceptować te dziwactwa, zamiast wysłać go w podróż w jedną stronę do weterynarza, jak zrobiłaby większość ludzi. Co więcej, postrzegali oni tę raczej uciążliwą cechę doga jako źródło niezmiernej wesołości: w istocie była to raczej zabawna gra. Większość ludzi doszłaby pewnie do słusznego wniosku, że Blue jest stałym zagrożeniem dla kończyn oraz być może życia i że biorąc wszystko pod uwagę, nikomu by nie zaszkodziło, gdyby zszedł z tego świata. Ale mojej rodzinie podobała się ta gra. Myślę, że wszyscy nosimy na sobie ślady jego idiosynkrazji, i to nie tylko na tylnych częściach ciała: Blue miał także inne dziwactwa. Tylko mnie udało się uciec, ale to dlatego, że wyjechałem na studia, kiedy on się pojawił. Ślady ugryzień uważano jednak nie tyle za powód do współczucia czy troski, ale raczej okazję do przekomarzania i kpinek.

Szaleństwo oczywiście jest rodzinne i być może nie powinienem mieć nadziei, że uda mi się go uniknąć. Kilka lat temu w pewnej wiosce we Francji codziennie bawiłem się z dogiem argentyńskim, który mieszkał obok. Dogi argentyńskie to białe, potężne psy, trochę jak powiększona wersja pitbula; w Wielkiej Brytanii ich hodowli zakazuje ustawa o niebezpiecznych rasach psów. Kiedy ta suka była szczeniakiem, zawsze na mój widok z podnieceniem podbiegała do ogrodzenia i skakała, żebym ją pogłaskał. Jako duży pies nie porzuciła swego zwyczaju. Ale w pewnym momencie stwierdziła, że właściwie nie byłoby źle również mnie ugryźć. Na szczęście dogi argentyńskie, choć wielkie i silne, nie są szybkie. Nie są też szczególnie inteligentne: niemal widziałem, jak w jej łbie obracają się trybiki, kiedy rozważała szanse i konsekwencje ugryzienia mnie. I tak co dzień bawiliśmy się w tę samą grę. Ja przechodziłem, ona rzucała się na ogrodzenie, ja klepałem ją po łbie, ona cieszyła się tym przez kilka sekund, wpychając mi nos w rękę i wesoło merdając ogonem, ale potem spinała się i obnażała wargi. Po czym kłapała zębami. Uczciwie mówiąc, robiła to bez wielkiego zapału. Właściwie mnie lubiła, ale czuła się w obowiązku mnie ugryźć z powodu towarzystwa, w jakim się obracałem (jak się przekonacie, miała powody, żeby nie lubić moich kompanów, zwłaszcza jednego z nich). Błyskawicznie cofałem rękę, jej paszcza zamykała się z kłapnięciem, a ja mówiłem jej „pa, pa”, życząc więcej szczęścia następnym razem. To była tylko gra i byłem naprawdę ciekaw, ile czasu upłynie, zanim dog da sobie spokój. Nigdy jednak nie przestał próbować.

W każdym razie nigdy nie bałem się psów. A to w naturalny sposób przeniosło się na wilki. Przywitałem się z Yukonem tak, jakbym się witał z dogiem niemieckim, którego widzę po raz pierwszy: byłem rozluźniony i przyjacielski, ale trzymałem się standardowego protokołu. Yukon okazał się zupełnie niepodobny do Blue, ani nawet do mojej przyjaciółki argentynki. Był łagodnym wilkiem, ufnym i otwartym. Ale nawet w przypadku najlepszych zwierzaków mogą się zdarzyć nieporozumienia. Psy – i podejrzewam, że odnosi się to także do wilków — najczęściej gryzą dlatego, że tracą z oczu naszą rękę. Ludzie wyciągają dłoń, żeby poklepać psa po grzbiecie albo z tyłu głowy. Kiedy psu ta dłoń znika z zasięgu wzroku, robi się nerwowy, podejrzewa, że możesz go zaatakować, no i gryzie. To ugryzienie ze strachu — najczęstszy rodzaj. Pozwoliłem więc Yukonowi powąchać swoją rękę, pogłaskałem go po gardle i po piersi, żeby się do mnie przyzwyczaił. Natychmiast przypadliśmy sobie do gustu.

Matka Brenina, Sitka — nazwana tak, jak sądzę, na cześć pewnego gatunku jodły — była równie wysoka jak Yukon, ale dużo smuklejsza i nie tak potężna. Wyglądała bardziej jak wilk, a w każdym razie jak wilki na wszystkich obrazkach, jakie widziałem: długa i smukła. Jest wiele podgatunków wilków. Sitka, jak się dowiedziałem, była wilkiem mackenzie (wilk kanadyjski,Canis lupus occidentalis)z północno-zachodniej Kanady. Ich odmienne cechy fizyczne wskazywały, że stanowią osobny podgatunek.

Sitka była zanadto zajęta sześcioma małymi niedźwiadkami, które biegały dookoła niej, żeby zwracać na mnie uwagę. Tak chyba najlepiej można je było określić — małe niedźwiadki: okrąglutkie, miękkie i puchate, bez żadnych ostrych krawędzi. Niektóre z nich były szare, niektóre brązowe, trzech chłopaków i trzy dziewczynki. Miałem zamiar tylko przyjrzeć się maluchom, a potem pojechać do domu, by poważnie przemyśleć, czy jestem gotów wziąć na siebie odpowiedzialność, jaką jest posiadanie wilka i tak dalej. Ale kiedy zobaczyłem wilczki, wiedziałem, że jeszcze dziś zabiorę jednego z nich. Aż mi się ręce trzęsły z niecierpliwości, gdy wyciągałem książeczkę czekową. A kiedy hodowca powiedział, że nie przyjmuje czeków, pognałem do najbliższego bankomatu, jakby się paliło.

Wybranie jednego wilczka było łatwiejsze, niż sądziłem. Przede wszystkim chciałem samca. Były trzy. Największy z nich, i zarazem największy z całego miotu, był szary i, jak sądziłem, miał być kiedyś kropka w kropkę jak jego ojciec. Wystarczająco znałem się na psach, żeby wiedzieć, że mogą być z nim problemy. Śmiały, energiczny, dominujący nad braćmi i siostrami, miał stać się kiedyś samcem alfa i trzeba by nad nim zapanować. Ponieważ wciąż stał mi przed oczami Blue — i ponieważ to miał być mój pierwszy wilk — stwierdziłem, że lepsza czasem rozwaga niż odwaga. Wybrałem więc drugiego co do wielkości wilczka w miocie. Był brązowy, umaszczeniem przypominał lwiątko. Nazwałem go więc Brenin, co po walijsku znaczy „król”. Na pewno byłby zażenowany, gdyby wiedział, że dostał imię po kocie.

Ale kota nie przypominał pod żadnym względem. Wyglądał raczej jak mały niedźwiadek grizzly, taki, jakie widuje się na kanale Discovery, kiedy idą za matką w parku narodowym Denali na Alasce. Miał wtedy sześć tygodni, jego brązowa sierść była przetykana jaśniejszymi plamkami, ale brzuch kremowy, od czubka ogona aż do podgardla. I tak jak mały niedźwiadek, cały był duży: wielkie stopy, grubokościste łapy i potężny łeb. Jego oczy były ciemnożółte, prawie miodowe — i ten kolor nigdy się nie zmienił. Nie powiedziałbym, że był przyjacielski, w każdym razie nie tak, jak zwykle szczeniaki. Nie przejawiał ani krztyny entuzjazmu, nie był egzaltowany ani przymilny. Był raczej przede wszystkim podejrzliwy — i taki miał pozostać wobec wszystkich oprócz mnie.

Dziwne. Pamiętam to wszystko o Breninie, Yukonie i Sitce. Pamiętam, jak podniosłem Brenina, przysuwając go do twarzy, i patrzyłem w jego żółte wilcze oczy. Pamiętam dotyk jego miękkiego szczenięcego futra, kiedy go trzymałem. Wciąż widzę wyraźnie Yukona, jak staje na tylnych łapach, wpatrując się we mnie, a jego wielkie łapy przewieszają się przez dolną część drzwi. Wciąż też pamiętam siostry i braci Brenina biegających po zagrodzie, jak się potykają i przewracają jedno przez drugie, po czym znów, uszczęśliwione, zrywają się na nogi. Ale człowieka, który sprzedał mi Brenina, nie pamiętam właściwie wcale. Coś zaczęło się już wtedy, jakiś proces, który w miarę upływu lat miał być coraz bardziej wyraźny. Już wówczas przestawałem zwracać uwagę na ludzi. Kiedy ma się wilka, zajmuje on w twoim życiu takie miejsce, jakie rzadko zająłby pies. Towarzystwo ludzi staje się natomiast stopniowo coraz mniej ważne. Pamiętam dokładnie

Brenina, jego rodziców i rodzeństwo, jak wyglądały te wilki, jaka była w dotyku ich sierść, co robiły, jakie dźwięki wydawały. Pamiętam nawet ich zapach. Ich cechy, całą ich żywość, złożoność, bogactwo i wspaniałość wciąż mam przed oczami równie wyraźnie jak tamtego dnia. Ale ich właściciela pamiętam tylko w zarysie. Pamiętam jego historię — tak mi się przynajmniej wydaje — ale nie jego samego.

Przeprowadził się z Alaski, zabierając ze sobą parę wilków do hodowli. Jednak handel wilkami czystej krwi oraz ich posiadanie jest zabronione, nie jestem pewien, czy to prawo stanowe, czy federalne. Można kupować, sprzedawać i mieć w domu mieszanki psa z wilkiem, ale zgodnie z prawem wilka może być w takim mieszańcu najwyżej dziewięćdziesiąt sześć procent. Zapewnił mnie, że jego zwierzęta to wilki, nie mieszańce. A ponieważ jeszcze przed kilkoma godzinami nawet nie myślałem, że mógłbym mieć mieszańca wilka z psem, nie obchodziło mnie to. Zapłaciłem pięćset dolarów, które wyjąłem z bankomatu, w zasadzie ogołacając w ten sposób konto, i tego samego popołudnia zabrałem Brenina do domu. A tam zaczęliśmy na drodze ciężkich negocjacji ustalać warunki naszego współżycia.

3

Po początkowym destrukcyjnym szale, który trwał około piętnastu minut, Brenin popadł w głęboką depresję, zrobił sobie norę pod moim biurkiem i nie chciał ani z niej wyjść, ani nic jeść. Trwało to kilka dni. Sądziłem, że jest zrozpaczony po utracie braci i sióstr.