Figurantka - Aniela Wilk - ebook + książka

Figurantka ebook

Wilk Aniela

4,2

Opis

W tej grze można tylko wygrać lub zginąć. Brutalne śledztwo, naginający reguły agent FBI i pozorantka, która nie chce być tylko przynętą – powieść Anieli Wilk wciska w fotel.

Alice, dziennikarka czasopisma modowego, rzadko daje się zaskoczyć. Ale kiedy przez szemrane interesy swojego prawie byłego, dopiero co pochowanego męża trafia w sam środek potężnego przekrętu, ma ochotę kląć, na czym świat stoi.

Bruce, doświadczony agent FBI, z nikim się nie patyczkuje. Jeśli osiągnięcie celu wymaga złamania zasad, robi to bez skrupułów. Od lat ściga groźny kartel. Aby wreszcie go dopaść, musi zrobić z młodej wdowy przynętę. Ale ta Figurantka jest nie tylko krnąbrna, lecz także cholernie seksowna.

W świecie tajemnic, pozorów i wielkich interesów niełatwo odróżnić prawdę od kłamstwa.

Zwłaszcza kiedy wspólny język muszą znaleźć dwie osoby o odmiennych charakterach i podobnym uporze. Powodzenie akcji wisi na włosku, a oni orientują się, że ktoś właśnie zmienił reguły gry. Gdy fałsz goni fałsz, mogą liczyć tylko na siebie. Ale kto tak naprawdę jest tu łowcą, a kto ściganym? I jak odnaleźć się w grze, której reguły ciągle się zmieniają?

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 367

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (330 ocen)
170
85
57
13
5
Sortuj według:
Atina401

Nie oderwiesz się od lektury

nareszcie książka z motywem gangsterskim gdzie nie tylko jest seks ale jest też brutalność Gorąco polecam
00

Popularność




PROLOG

Kochany,

bo jeszcze po raz ostatni mogę się do Ciebie w ten sposób zwrócić.

Odchodzę.

Moja decyzja nie jest podyktowana chwilą, impulsem lub kiepskim momentem w pracy. To się dzieje od dłuższego czasu. Właściwie – od trzech lat. I przykro mi, że funduję Ci tę rewelację za pomocą listu, ale wiem, że tak będzie łatwiej zarówno dla mnie, jak i dla Ciebie. Wybacz mi ostatni raz. Wiem, że jeśli teraz nie zdecyduję się odejść, będziemy trwać w tym związku, aż w końcu pewnego dnia dotrze do nas, że się nienawidzimy. Nie chcę Cię nienawidzić, Adamie. Jesteś cudownym facetem i wierzę, że jeszcze możesz ułożyć sobie życie z kobietą, która Cię pokocha, która będzie dla Ciebie spełnieniem ideału. Mnie do tego ideału bardzo daleko.

Oddaliliśmy się od siebie. Nie chciałeś trzymać się krok obok, zostawałeś coraz bardziej w tyle, a mnie pękało serce, kiedy na to patrzyłam. Pamiętasz, jak przed ślubem marzyliśmy o zjeżdżeniu całego świata? Pamiętasz nasze górskie wędrówki, urokliwe zakątki europejskich stolic albo egzotyczne plaże Azji? Czy pamiętasz jeszcze, jak to jest znajdować czas na beztroskę, pasję i namiętność? Osiadłeś w naszym małżeństwie, nie chcesz zmian, nie chcesz ruchu. Stygniesz i starzejesz się coraz prędzej. Te wszystkie wspólne plany zamieniałeś jedynie na fantazje, których nie miałeś czasu realizować. Czuję, że przy Tobie jedynie schnę, że życie przecieka mi przez palce. Jestem jeszcze dość ambitna i żądna wrażeń, chcę poczuć, że żyję, że krew we mnie wciąż krąży. Czuję, że muszę doświadczać, a nie jedynie obserwować. Ciepłe, ciasne i nudne przedmieścia z jednostajnymi perspektywami nie są dla mnie, przepraszam.

Proszę, Kochany, nie miej mi tego za złe. Tak będzie dla nas obojga lepiej, jestem pewna. Potrzebuję powietrza, a Ty pewnie pragniesz spokoju. Nie zgrywamy się wzajemnie. Zakończmy to jak dorośli ludzie.

Twoja Alice

ROZDZIAŁ 1

ALICE

dwa miesiące później

Kiedy miała pięć lat, pogryzły ją psy. Trzy wielkie rottweilery ich sąsiada, pana McKenny’ego, pewnego dnia wyrwały zawiasy ze swojego kojca i, słysząc dziecięce piski, ruszyły na posesję obok. Co było dziwne, bo te psy nigdy nie wychodziły poza granicę swojego kojca, nikt nie zabierał ich na spacery ani nie pozwalał się wybiegać – dlaczego więc wiedziały, jak najszybciej dostać się do dzieci?

Alice bawiła się na huśtawce, a Rachel była w tym czasie na dachu domku na drzewie, który zeszłego lata wybudował im ojciec. Z poziomu starej wierzby, to jest dobrych trzech metrów nad ziemią, Rachel była bezpieczna, ale jej pozycja zmuszała ją do obejrzenia dramatu młodszej siostry. Zdążyła tylko pisnąć i pokazać ręką w stronę żywopłotu, przez który w szale wypadły psiska.

Alice nie pamiętała bólu ani krwi. Nie pamiętała, jak kły i pazury darły jej skórę na buzi, piersi i rękach. Pamiętała za to własny krzyk, który teraz, po dwudziestu kilku latach, dalej potrafił ją obudzić w sennym koszmarze. Lata terapii pozwoliły jej nie bać się psów, sama miała golden retrieverkę, Goldie, ale to wymagało czasu, uporu i morza łez wylanego w kilku renomowanych gabinetach terapeutycznych.

Dziś po tamtych wydarzeniach zostało niewiele – kilka jasnych plamek blizn pod uchem i tuż poniżej linii szczęki, które nauczyła się ukrywać pod idealnym makijażem i umiejętnym konturowaniem twarzy. Tylko w chwilach takich jak ta dawne rany się odzywały: mimowolnie sięgała dłonią do blizn, czując fantomowe swędzenie, jakby przeszłość przypominała, że w życiu nie może być zawsze kolorowo, że ma do spłacenia dług tylko za to, że żyje.

Cmentarz zasnuty był resztką mgły, którą od kilku chwil rozmywał padający lekko deszcz. Brak wiatru sprawiał, że wszystko było upiornie nieruchome: drzewa wzdłuż alejek, zebrani żałobnicy, nawet kapłan, który w swojej czarnej jesionce wyglądał jak największy kruk w okolicy.

– Wszystko okej? – zapytała Rachel, kładąc dłoń na kolanie siostry i ściskając delikatnie jej palce, by dać znak, że jest, że czuwa, że nic złego się nie wydarzy.

Alice kiwnęła głową, ale bez przekonania. Odsunęła dłoń od policzka i przełożyła do niej srebrną rączkę parasola.

– Nie rozmazałam się? – szepnęła.

– Nie.

Rachel łagodnie się uśmiechała, a młodsza z sióstr wydawała się zupełnie nieobecna. Siedziały obie w drugim rzędzie żałobników, tuż za rodzicami zmarłego Adama, bratem, siostrą i Michaelem – zastępcą dyrektora generalnego jego firmy. Nie mogła uwierzyć, że już w tym momencie została aż tak zdegradowana, do pozycji zwykłej uczestniczki pogrzebu. Uczestniczki, nie żony. Czuła przez skórę, że wszyscy, którzy siedzieli przed nią, jeśli cokolwiek czuli w stosunku do niej, to nienawiść, a w najlepszym wypadku lodowatą obojętność.

Obok nich siedziało kilka osób z jego pracy, kojarzyła twarze ze spotkań bożonarodzeniowych. Jego sekretarka – ta bezczelnie młoda, która została u niego po stażu tylko dlatego, że pieprzyli się po godzinach. Miała podkrążone czerwone oczy, bo oto ktoś wkładał do ziemi jej szansę na szybszy awans w firmie. Na imię jej było chyba Mia albo coś na M, ale Alice niespecjalnie to obchodziło; być może powinna czuć zazdrość lub chociaż nienawiść względem kobiety, którą jej mąż obdarzał atencją zamiast niej. Nic takiego jednak w duszy jej nie grało. Czuła do niej jedynie obojętność.

Alice poprawiła pukiel ciemnych, kręconych włosów, który przy takiej wilgoci żył własnym życiem i nawet bez udziału wiatru wyplątywał się z upięcia i spadał na twarz.

– Mam ochotę iść na imprezę – mruknęła cichutko, kiedy kapłan akurat kończył modlitwę i zapraszał zastępcę generalnego do wygłoszenia kilku ciepłych słów o Adamie. „Co za bzdura! Niech ta młoda idzie”, pomyślała Alice. „Zapewne powie nam wszystkim bardzo ciepłe słowa o Adamie”. W końcu jej prawie eksmąż miał gest wobec swoich kobiet! Na przykład miewał gesty rozdawnictwa, dziwnie często drogich przedmiotów, które to drobiazgi, w jego mniemaniu, znaczyły więcej niż jakieś tam wyrazy atencji poza sypialnią.

– Zajebiście wygląda w czarnym garniturze – skomentowała starsza z sióstr Michaela, który przepraszająco się uśmiechał w stronę matki Adama i mówił bzdury o byciu świetnym, niezastąpionym człowiekiem. Wolne żarty.

– Mógłby być naszym ojcem – kontynuowała szeptem, taksując wzrokiem jego szczupłą, wysoką sylwetkę, garnitur na miarę i aparycję nowoczesnego, wielkomiejskiego „drwala”, z zarostem wystylizowanym przez speców od PR-u, przyprószonym idealnie symetryczną siwizną.

– Byłabym bardzo niegrzeczną córeczką – zachichotała Alice nerwowo, ale i tak zwróciła na siebie uwagę oraz spojrzenie pani Rozkładam-Nogi-Najchętniej-Na-Biurku.

– Przepraszam.

Alice nie była kobietą bez serca. Nie miała nic wspólnego ze śmiercią Adama, ale jednak fakt, że dwa miesiące wcześniej złożyła papiery rozwodowe, sprawiał, że w oczach wszystkich zebranych – poza siostrą – uchodziła za zimną sukę. To, że teraz nie płakała, tylko utwierdzało ich w przekonaniu na jej temat. Adam, odkąd dostał papiery rozwodowe, zaczął traktować ją źle. Jak obcą osobę. Grał ofiarę i chętnie o tym opowiadał. A jednak dziś, w dniu, gdy urnę z jego prochami zakopywali w ziemi, nie umiała czuć nic poza teatralnym smutkiem.

Po uroczystości wszyscy skupili się wokół rodziców zmarłego. Jego matka, którą Alice traktowała prawie jak własną, była na ciężkich lekach uspokajających, niewiele kojarzyła z tego, co się właściwie działo. Jego ojciec, emerytowany wojskowy, nie uronił ani łzy, był twardy i nie pokazał po sobie śladu żalu.

Wzrok Alice uciekł w stronę cmentarnej bramy. Rozpadało się na dobre. Tam, obok rzeźby płaczącego anioła, stał mężczyzna. Nie wiedziała kto to. Rozejrzała się dyskretnie po terenie nekropolii, aby upewnić się, że ich uroczystość była jedyną. Była, na sto procent. Więc mężczyzna w ciemnym płaszczu, skryty pod szerokim czarnym parasolem, obserwował pogrzeb Adama. Ten jeden, konkretny pogrzeb, i pewnie robił to od dłuższego czasu, choć dopiero teraz zdała sobie sprawę z jego nieoczywistej obecności. Znajomy Adama? Jakiś krewny? Nie widziała jego twarzy. Z tej odległości mogła jedynie dostrzec, że był to wysoki, postawny, biały mężczyzna. Nieruchomy jak smutny anioł za jego plecami, podobny do wyciosanego z kamienia stróża. Kiedy zauważył, że jest obserwowany, skinął głową, dając znak, że należy do świata żywych. Alice poczuła zimny dreszcz na plecach i mrowienie w okolicy łopatek. Jakby przyłapał ją na podglądaniu.

– Wszystko okej? – zapytała Rachel, która właśnie skończyła rozmowę z jakaś ciotką i podeszła do niej.

– Znasz tego faceta?

Popatrzyła dyskretnie ponad jej ramieniem, jednak spojrzenie, którym obdarzyła nieznajomego, nie mogło trwać dłużej niż uderzenie serca.

– Nie… – mruknęła – ale wiesz, że nie bardzo znałam znajomych Adama. Pewnie ktoś z firmy, może jeszcze ze szkoły?

Rachel nie miała najwyraźniej ochoty ciągnąć dalej dyskusji. Alice zmieniła obiekt zainteresowania na bezpieczniejszy:

– Chodź, moje szpilki zaraz się rozpadną w tym błocie – marudziła.

– Jasne – zgodziła się Rachel, poprawiając pasek płaszcza.

Większość uczestników pogrzebu szła niespiesznie w stronę cmentarnej bramy, za którą zostawili zaparkowane samochody. Nikt specjalnie nie rozmawiał, szli jak ciemne ptaszyska, uciekając przed deszczem. Alice miała nadzieję, że spotka faceta spod rzeźby smutnego anioła; był to rodzaj podświadomej potrzeby. Musiała chociaż przez kilka sekund widzieć jego twarz. Nie umiała sobie tego racjonalnie wytłumaczyć, ale przecież skoro tam stał i ich obserwował, to ona mogła chcieć przyjrzeć się jemu! Przez tę niespełna minutę, podczas której go obserwowała, okazał się elementem tak niepasującym do całości, że pragnęła odkryć jego tajemnicę. Życie Adama było skrajnie zaplanowane, poukładane, zapisane w plikach i planerach z limitowanej kolekcji po dwieście dolarów za sztukę. Nie było w nim miejsca dla tajemniczych nieznajomych.

Nie było nikogo. Ani przy rzeźbie, ani na parkingu. Tajemniczy mężczyzna rozpłynął się wraz z mgłą, został tylko deszcz. A Alice czuła, że coś przepadło bezpowrotnie, coś, co sprawiało, że mrowiły ją koniuszki palców.

Już za bramą spojrzała w kierunku nekropolii, ale nie zobaczyła żywej duszy. Czy odczuwała stratę? Nie można stracić kogoś, kogo widziało się raptem minutę, a jedyny jego urok polegał na tym, że nie pasował do otoczenia i śmiał się nie przedstawić. Jednak w tym momencie był dla niej istotny tylko ten nieznajomy facet, a nie garstka osób, z którymi żegnała swego prawie eksmęża. Powinna być może czuć się podle, ale jednak bez żalu opuszczała to miejsce.

– Moje kondolencje, Alice – powiedział Ken. Podszedł do jej samochodu od tyłu, stanął przy drzwiach kierowcy i z udawaną nonszalancją oparł się na wyprostowanym ramieniu o reling. Chciał się wydawać wyższy czy bardziej pochłonąć sobą przestrzeń?

Ken od dobrych dwóch lat nie robił właściwie niczego poza kierowaniem do niej propozycji matrymonialnych i czynił to z gracją godną słonia w składzie porcelany. Okej, facet miał kasę, nawet niezłą aparycję cwaniaka żywcem przeniesionego z Sycylii – oczywiście wraz z mamą, babcią i siostrami, bo mimo prawie czterdziestki na karku dalej chyba pomieszkiwał u matki – ale nie grali w tej samej lidze. Absolutnie nie odpowiadały jej jego nachalna prezencja, garnitury zawsze z wszywaną mieniącą się nitką i markowe zegarki z horrendalnie dużą tarczą, za którą gość chciał schować swoje braki intelektualne, epatując jednocześnie ego wielkości namiotu cyrkowego. A przecież doskonale wiedzieli, że nie zrobił i już raczej nie zrobi zawrotnej kariery – pracował jako jeden z menedżerów salonu Apple. W jednym z wielu takich samych punktów z identyczną kadrą.

– Dzięki, Ken – odpowiedziała z firmowym uśmiechem. Taki sam miała dla mechanika, który naprawiał jej zawieszenie w samochodzie, albo listonosza, który doręczał paczki; po prostu miły uśmiech dziewczyny z sąsiedztwa. – Mógłbyś? Trochę się spieszę, sam rozumiesz. – Dała mu do zrozumienia, że potrzebuje przestrzeni.

Odczekała sekundę, aż mężczyzna odejdzie od samochodu, żeby mogła wsiąść. Ken stał uparcie, poszerzając swój uśmiech i bezczelnie lustrując jej dekolt.

– Pomyślałem, że okej… sytuacja może chujowa, aranżacja tego miejsca też… – bąkał.

– Bo jesteśmy na cmentarzu, pamiętasz? – szepnęła teatralnie. – Pochowaliśmy Adama, kojarzysz?

Boże słodki, jak ona uwielbiała w tak bezceremonialny sposób pokazywać mu, że ten chłodny dystans to nie jedynie gra pozorów. To cholernie realny mur niechęci, którego nie chciała ruszać, bo przecież… od dobrych dwóch lat dawała mu wyraźnie do zrozumienia, że nie jest zainteresowana. Nie pamiętała nawet, skąd ten nieprzyjemny typ wziął się w jej otoczeniu. Był kumplem Adama, może z podwórka?

– Weź, przestań ściemniać. Wyskoczmy dziś na drinka, co? Ja stawiam – zaproponował.

– Wow! Nie wiem, co powiedzieć – skłamała, miała ochotę mu powiedzieć, żeby spieprzał.

– To jak? O ósmej?

Pokręciła głową, jednak jego upór działał na nią coraz bardziej deprymująco.

– Wiesz, nie sądzę, Ken. Mam sporo pracy, wyjazd, poza tym… serio, nie jestem zainteresowana. A teraz, wybacz, chciałabym już stąd odjechać.

– Nie zrozumiałaś mnie – warknął.

I to była jakaś nowość. Alice machinalnie zrobiła krok w tył, ściągnęła brwi, patrząc na faceta jak na wariata. Jak śmiał na nią warczeć?! Ken jednak najwyraźniej poczuł się urażony. Odstąpił od auta, owszem, ale tylko po to, aby podejść do niej blisko. Bardzo blisko. Cholernie za blisko. Złapał ją za nadgarstek, używając zdecydowanie za dużo siły.

– Wolałbym jednak, abyśmy się dogadali, mała – syknął, pochylając głowę.

Był sporo wyższy. Miała jego obojczyk na wysokości oczu. Czuła od niego markowe perfumy i przysięgłaby, że wcale nie taki delikatny zapach burbonu z ust, kiedy mówił.

– Zacznę krzyczeć, Ken. Posuwasz się za daleko! – wycedziła przez zaciśnięte zęby.

Jakby się na moment zawiesił. Zapomniał, co zrobić w sytuacji, kiedy jego genialny plan zastraszenia się nie uda, a na podorędziu nie miał żadnego planu B. Mimo ewidentnej wygranej na argumenty Alice czuła panikę. Nie strach, a panikę. Facet był duży, silny i chyba zdesperowany, a wobec takich warunków rozmowa może nie wypalić. Próbowała wyswobodzić rękę z żelaznego uścisku. Miała na nadgarstku swoją kolekcję Pandory, więc jego chwyt był tym bardziej nieprzyjemny, kiedy ozdobne koraliki wbijały się między ścięgna i drobne kości.

Puścił ją. Miała wrażenie, że jej serce na moment zamarło, a teraz – kiedy przestała czuć jego siłę – zaczęło gnać jak szalone. Adrenalina w żyłach szalała, a w skroniach dudniła krew; pulsowanie było prawie bolesne.

– Będę miał cię na oku. Nie spieprz tego, radzę ci po dobroci – burknął, otwierając jej drzwi.

Miała ochotę wyć, kopać i co najmniej dać mu w pysk. Ale, o ile wcześniej skorzystał z okazji względnego spokoju na parkingu, o tyle teraz większość żałobników właśnie odjeżdżała, przez co zrobił się dookoła spory ruch i – jakkolwiek by patrzeć – wiele spojrzeń ślizgało się po jej samochodzie.

– Zapomnij, Ken – mruknęła, trzaskając drzwiami z nadzieją, że być może uda się jej przytrzasnąć mu fiuta.

Odjechała gwałtownie, podrywając kołami jasny żwir. Być może faktycznie była spanikowana bezczelnym zachowaniem Kena. Spoglądała jeszcze na niego przez tylne lusterko. Stał mniej więcej w tym samym miejscu. Starał się odpalić papierosa mimo wszechobecnej wilgoci. Wzrok Alice powędrował wyżej – na cmentarną bramę. Była pewna, że widzi tam czyjąś sylwetkę. W środku, za bramą, na terenie cmentarza. Ten sam koleś co na pogrzebie? Czy raczej ktoś z zarządu nekropolii – grabarz, stróż czy hiena? Nie zatrzymała się, aby popatrzeć. Sama jednak świadomość, że to mógłby być on, sprawiała, że jej serce zaczynało szaleńczo galopować.

Włączyła prawy kierunkowskaz, z roztargnienia zajeżdżając drogę jakiejś ciotce. Zwykle po takim manewrze poczułaby się zawstydzona, obawiając się, że szanowna starsza pani doniesie innej z ciotek. Teraz jednak odczuła błogosławieństwo nihilizmu. Nie obchodziła jej już ta starsza kobieta ani to, co sobie o niej pomyśli. I nie spowodowała tego śmierć Adama czy pogrzeb. Tam, na parkingu, kiedy atakował ją ten buc Ken, najmocniej odczuła, że nie powinna należeć ani do rodziny, ani do firmy, ani do przeszłości Adama. Że stała się dla nich, w pewnym stopniu, niewidzialna. I było jej z tym cholernie dobrze.

Pogłośniła radio. Z głośników gruchnęło One Day.

Jej myśli stawały się coraz lżejsze i, siłą rzeczy, skoncentrowały się na najbliższych planach zawodowych. Cieszyła się na wyjazd w plener na kilka dni, to pomoże jej ostatecznie odciąć się od śmierci męża. Poza tym czuła, że faktycznie przyda jej się teraz zanurzenie w pracy i niemyślenie. Bieżący projekt miał być jej opus magnum dla magazynu „Folove”, ostatecznym ukoronowaniem sześciu lat pracy jako fotografka. Melania od kilku dni robiła podchody, próbując wybadać, czy Alice jest w stanie zrealizować ten projekt, było to jednak podyktowane zwyczajną, ludzką troską. Nic z tego, nie podda się. Zdjęcia do kolejnej kolekcji zrobi Alice! Uśmiechnęła się i zaśpiewała refren piosenki, zostawiając za sobą ten rozdział życia.

Do domu miała niespełna dwadzieścia mil. Wjechała na międzymiastową, kiedy zapadał już zmierzch. Deszcz ustał, ale mgła jak zły duch znów pokazała się nad światem, lepiąc się do wszystkiego tak szczelnie, że Alice musiała solidnie zwolnić. Widziała jedynie przednie światła samochodów jadących z naprzeciwka, a i te właściwie w ostatniej chwili. Nie czuła się w takich warunkach komfortowo. Jechała kilka kilometrów w tym tempie i w takiej aranżacji ciszy i bezczynności. Kiedy poczuła się już pewniej, wróciły myśli o pracy. Cudowne myśli, ale niespodziewane, obawiała się, że dzisiejszy pogrzeb pozostawi ją przybitą. Dlatego, aby nie popaść w melancholię i marazm, skierowała swoją uwagę na pracę. Cudowną pracę. Była jak kotwica, która miała utrzymać ją na powierzchni aż do momentu, gdy rozwinie żagle.

Postanowiła w poniedziałek stawić się w biurze, zwarta i gotowa do wzięcia zlecenia. Da tylko znać Melanii, że żyje, działa i ruszają pełną parą.

– Cześć, kochanie, już po uroczystości? – zaświergotała Mel.

– Tak, to był piękny pogrzeb, życzę nam takiego! – odpowiedziała z uśmiechem i nieskrywaną satysfakcją na samą myśl, co jej powie dalej: – Postanowiłam nie zwalniać tempa. Bądź tak dobra i jeszcze dziś puść info do Rose, że biorę to zlecenie i nie przewiduję obsuwy w terminach. Niech prześle mi szczegóły mailem, zabukuję bilety, jak tylko będę znała jakieś konkrety, dobrze? Wiesz, w naszej branży taki urlopik i można liczyć po powrocie co najwyżej na sesje do gazetek reklamowych sieciówek z największego zadupia Stanów. – Zaśmiała się pod nosem. Ulga, jaką poczuła, była jak ambrozja.

Melania od zawsze okazywała jej życzliwość, odkąd tylko pojawiła się w redakcji. Lubiły się, i chociaż Alice była jej przełożoną, obie tak samo angażowały się w pracę. Alice nie wspomniała w pracy o rozwodzie z Adamem, jednak jego śmierci i pogrzebu nie należało ukrywać. W końcu byli dość młodym małżeństwem, bezdzietnym, ale tak ślicznie pozującym do świątecznych zdjęć w ohydnych sweterkach i z lampką ajerkoniaku w dłoni. To właśnie Melania zaczęła jej perswadować, że w związku z żałobą musi zwolnić tempo, ustąpić jej pola, dać szansę. Niedoczekanie. Oczywiście Alice zdawała sobie sprawę, że młodziutka stażystka w końcu wyfrunie spod jej skrzydeł, ale jeszcze nie teraz.

– Rose jest na Majorce. – W tonie głosu Melanii wyczuwała chłód i zrezygnowanie. Jakby po każdym słowie z ust wypadał jej zamrożony kamień z serca lodowca. Czy żałowała, że jednak nie dostanie szansy na solowy popis? W końcu była tylko stażystką, musiała wyczuwać, że jakaś szansa właśnie przelatywała jej koło nosa.

– Och, dasz radę! Albo prześlij mi do niej kontakt, zostawiłam swój komputer w biurze…

– Okej! Napiszę do niej, ale nie obiecuję, że nie oleje wiadomości w weekend.

– Nie oleje, zapewniam. Poza tym chyba wraca, prawda?

Wjechała w zatopione w rozmytych mgłą światłach Baltimore. Nawigacja prowadziła ją do domu. Nawet nie spoglądała na ekran, nie słuchała poleceń co do trasy – znała ją na pamięć. Nie obeszło jej specjalnie oburzenie elektronicznego przewodnika, kiedy z premedytacją zjechała z wyznaczonej trasy i udała się do portowej części miasta, a nie do domu, jak miała domyślnie zapisane. Dom nie był teraz miejscem, w którym chciała przebywać.

Znała siebie i swoje możliwości, dlatego wchodząc do znajomego klubu, od razu właściwie oddała zaprzyjaźnionemu barmanowi kluczyki od swojego forda. Znała kolesia jeszcze z czasów studenckich, to jest, pracował tutaj już wtedy, kiedy ona studiowała.

– Dzięki, jesteś aniołem – zaświergotała, moszcząc się na wysokim, skórzanym barowym stołku. Ken i pogrzeb stawali się coraz odleglejszym wspomnieniem, ale zdawała sobie sprawę, że jeszcze będzie musiała to wszystko odchorować.

– Chcesz zobaczyć prawdziwego anioła, spójrz w lustro – odpowiedział jej z firmowym uśmiechem, wrzucając kluczyki do małego sejfu wmurowanego na stałe w filar obok wyjścia na zaplecze. Zagrzechotały, obijając się o te, które już tam były; aż serce rosło na myśl, ilu ludzi potrafiło upijać się tutaj w sposób odpowiedzialny, unikając stania się po wyjściu potencjalnymi mordercami.

Zaśmiała się na ten podryw. W jego wykonaniu był nawet uroczy. Gdyby coś podobnego usłyszała od Kena, pewnie z żenady zapadłaby się pod ziemię. Dyskretnie się rozejrzała po bywalcach, jakby obawiając się, że swoimi myślami wywoła go z jakiejś zatęchłej nory i przyjdzie chlać swój burbon akurat tutaj, gdzie ona miała zamiar zarżnąć ten jakże ponury wieczór.

Zamówiła drinka i zanim go dostała, poszła się odświeżyć do toalety. W końcu była młodą wdową! Tak młodą, że nie zdążyła jeszcze zdjąć z siebie małej czarnej i skórzanych botków na wysokiej szpilce. Nie planowała dziś specjalnie balować, ale też nie widziała się w pustym mieszkaniu. Bądź co bądź, dzisiaj pochowała kogoś, z kim spędziła pięć lat. Właściwie nie liczyła całych pięciu, bo od dawna z mężem nie mieli wspólnych tematów do rozmów, w łóżku się nie spotykali, a każde z nich żyło obok drugiego chyba tylko z przyzwyczajenia. To małżeństwo było martwe, ale nie nienawidziła Adama. Nie chciała, aby tak się to kończyło, bo przecież oboje zasługiwali na szczęście – nie razem, a każde z osobna.

W wąskim korytarzu, który łączył główną salę z toaletami i wyjściem na patio, było niewiele światła. I było cholernie wąsko. Przeciskała się w swojej kuriozalnie dopasowanej sukience między balującymi małolatami. Nie czuła się źle ze swoją ponad trzydziestką na karku, wiele tych wytapetowanych smarkul mogło jej pozazdrościć figury. Jednak wkurzyło ją, że kiedy mijała kilku gości, jeden otarł się o jej pośladek.

– Chyba się z własnymi zębami nie lubisz, chłopcze! – fuknęła na winowajcę. Miał nie więcej niż dwadzieścia pięć lat. Chociaż nie, musiał być młodszy… po prostu był duży. Wysoki, z bezczelnym uśmiechem i wydziaranymi rękawami. Taki facet, który mógł zrobić wrażenie w klubie, a rano okazywało się, że Książę Nocy pracował na stacji benzynowej i pożyczał od babci kasę na trawkę.

– Może sprawdzimy, czy ty się z nimi polubisz, śliczna? – odpowiedział, bezczelnie podchodząc do Alice. Kumple, którzy z nim byli, zaczęli go dopingować i pogwizdywać. Jak na zawodach. Albo jak podczas bójki za szkołą w piątkowe popołudnie. „Cholerna dzieciarnia!”, pomyślała ze złością i poczuła frustrację.

Spojrzała hardo na gnojka. Zrobiła pół kroku w jego stronę i chwyciła go za krocze. Zarżał jak ucieszony ogier, podnosząc łapska i pchając biodra w jej dłonie jak stary zboczeniec. Nie należała do nadmiernie pruderyjnych kobiet, właściwie wcale taka nie była. A im bardziej młody się cieszył, tym ona przyjmowała coraz bardziej wyrachowany wyraz twarzy. I kiedy myślał, że ten wieczór będzie dla niego szczęśliwy, ona po prostu zaczęła go ściskać.

– No, mała, widzę, że lubisz na osstroooooszkurwa! – Końcówka mu nie wyszła, bo kokietowana z najwyższą delikatnością kobieta nie dała mu jednak rozkoszy, a ból skręcanej nagle moszny.

– Już cię lubię za ten sopran – mruknęła.

Puściła go. Nie był w stanie utrzymać się na nogach. Czuła się, jakby wygrała bójkę na tyłach szkoły w piątkowe popołudnie. Rzecz brutalna i zwierzęca, ale jakże kojąca dla nerwów. Kumple adoratora teraz byli po jej stronie, wiwatowali na jej cześć jak grono wiernych fanów, którzy szybko przenosili swoje zainteresowanie ze starego szkolnego łobuza na nowego pretendenta do tytułu.

– Jesteś! Powiedziano mi, że jesteś, ale nie mogłam cię namierzyć – zaświergotała Diana, kiedy Alice wróciła do baru. Barman przysunął w jej stronę wysoki kieliszek z kolorowym alkoholem.

– Byłam zajęta tłumieniem dynamicznej fali testosteronu. Napijesz się ze mną? Dziś jest taki wieczór, że nie możesz mi odmówić.

Otóż odmówiła. Diana była współwłaścicielką tego pubu, a dziś miała braki w obsadzie. Jednak została z Alice, ile mogła. Trwał październik, za oknami padało jak z cebra. I chociaż był początek weekendu, nic nie zapowiadało, że puby będą miały rekordowe utargi. Po prostu nie chciało się na taką pogodę nawet psa wyganiać z domu.

– Może nie powinnaś tego tłumić, hmm?

– Nie rozumiem, co masz na myśli, kochanie – odwarknęła jej Alice, kiedy kiwnęła na barmana, aby powtórzyć zamówienie. Pierwsze wypiła prawie duszkiem.

Diana wskazała dyskretnie jakiegoś mężczyznę z drugiego końca sali.

– Nie odwracaj się aż tak gwałtownie, ale… jesteś wdówką, a facet… czekaj, opiszę ci go. Dwadzieścia pięć, może trzydzieści, wygląda na miłego, grzeczny, przyszedł z dwoma kumpami, więc pewnie pracuje pięć dni w tygodniu. Ma na sobie musztardowy sweter i jestem pewna, że nieźle ogarnia siłkę. O… właśnie podnosi do ust… ciemne piwo! Więc być może jest Irlandczykiem… w sumie to bardziej ruda broda wskazuje na to, że nim jest, prawda?

Alice prawie zakrztusiła się nowym drinkiem.

– Jesteś pieprznięta! Nie będę dziś zarywała. Dość, że patrzyli tam na mnie jak na ostatniego parszywca, bo nie zachowywałam się jak płaczka na pogrzebie faceta, dla którego nie byłam niczym więcej niż dawno zawiązaną umową. Nieatrakcyjną i przestarzałą.

– Zachowujesz się, jakbyś przedawkowała prozak. – Diana cmoknęła z niezadowoleniem.

– Co masz na myśli?

– No jak to? Wyglądasz jak milion dolarów, a zachowujesz się jak emerytka!

– Nie mam dziś nastroju.

– Chrzanić to! Jesteś młoda, seksowna i rozumiem, że może dziś nie musisz mieć weny na dziki seks z nieznajomym. Ale jesteś wolna, rozumiesz? Cholernie wolna! Nie daj się zakopać w robocie. Weź się zabaw czy coś. Jeśli przy Adamie gryzło cię sumienie na myśl o każdym przystojnym kolesiu, którego mijałaś i na którego miałaś ochotę, to teraz się to skończyło. Wiem, że to okrutne, ale właśnie wróciłaś do gry, skarbie. – Zaśmiała się perliście, jasno, seksownie i cholernie ładnie. Tak ładnie, że Alice prawie dała jej wiarę, że oto stał się mały cud i wszystko wskoczyło na właściwie tory. Jak w Hollywood.

Diana nie należała do najbardziej rozgarniętych znajomych Alice. Ale nadrabiała prostodusznością i sercem na dłoni. Wdowa śmiała się tak głośno na tę tyradę, że musiała zasłonić dłonią usta. Jej spojrzenie uciekło w stronę Irlandczyka, którego zdradzały albo piwo, albo rudawa broda.

– W każdym razie – zaczęła Alice – wzięłam to zlecenie od Rose. Lecę do Kanady.

– Och! – Diana się ucieszyła i klasnęła w dłonie. Wstała, a barmańską tacę, którą wciąż miała ze sobą, wsunęła pod pachę. – Kiedy? Zresztą nieważne, trzeba to uczcić!

Wzruszyła ramionami. Nie była pewna, było wiele, wiele zmiennych, na które nie miała wpływu. Jak choćby agencje modelek, które musiały zwyczajnie znaleźć pasujące do koncepcji dziewczyny. Nie chciało jej się o tym teraz ani myśleć, ani tym bardziej mówić. Za to czuła, wyraźnie czuła całą sobą, że wyjazd dobrze jej zrobi. Uwielbiała Baltimore, ale ostatnio zdarzyło się zbyt wiele kiepskich zbiegów okoliczności. Potrzebowała tej zimnej Kanady z jej łosiami, syropem klonowym i komarami u schyłku jesieni!

Obserwowała, jak Diana znika za barem, a potem podchodzi do Irlandczyka z drinkiem. Postawiła przed nim szklankę i powiedziała mu coś, wskazując na nią. Co za pinda! Alice poczuła, że zalewa ją wściekłość na przyjaciółkę. Facet odwrócił się w jej stronę i uśmiechnął lekko, leciutko, ale w oczach oprócz rozbawienia błyszczała ciekawość.

– Baw się dobrze, nie dziękuj! – szepnęła jej do ucha Diana, która przechodząc obok, starała się jednocześnie być seksownie tajemnicza i uniknąć zderzenia z jej łokciem albo innego kuksańca.

No dobra, skoro karma tak chciała, to należało złapać byka za rogi. Irlandczyk nie wyglądał źle: jak wymuskany, ale jednak brutal i trochę zwierzę. Może nie niedźwiedź, ale rosomak – to coś, co by jej wystarczyło. Dotarło do Alice, że ostatnie lata życia z Adamem to był wieczny marazm: seks dwa razy w miesiącu, w co drugą sobotę między dwudziestą trzecią a dwudziestą trzecią dwadzieścia. Nadpłynęło wspomnienie, płaskie i nieciekawe niczym woń odświeżacza powietrza. Jednego z tych, co noszą nazwę typu Knieja Po Deszczu, a w praktyce walą mydłem.

Jedno wspomnienie. Bo też i wszystkie te noce były do siebie podobne.

*

– To co, wskakujemy do łóżeczka? – spytał mąż tonem, który zapewne uważał za figlarny. Alice wzdrygnęła się lekko na tę ugrzecznioną banalność.

– Jasne – odrzekła, pilnując, by jej głos pobrzmiewał entuzjazmem. Odwróciła twarz od telewizora i spojrzała na niego. Adam był, obiektywnie rzecz biorąc, atrakcyjnym mężczyzną: wysokim, należycie rozrośniętym w ramionach, w biodrach zaś wąskim. Miał urodę lekarza z ckliwych seriali, tego, co zawsze w końcu wyleczy każdego pacjenta: mocną szczękę, jasne oczy wesołego chłopca i włosy w kolorze buro-beżo-blond, opadające zawadiacko na czoło.

Ale był nudziarzem. Potwornym nudziarzem.

– Chodź tu – zaproponował, błyskając uśmiechem. Uśmiech też miał nienaganny.

Alice podeszła, tłumiąc w sobie melancholijne refleksje. Na co one komu? „To było jak taniec. Nie…”, poprawiła się w myślach. „Raczej jak protokół dyplomatyczny”. Jak w Anglii, kiedy osoba z ludu wita się z królową. Ona podchodzi, on kładzie jej dłonie w talii, obejmuje, przyciąga blisko, całuje, przekrzywiając głowę. Podejrzewała, że przed nią Adam całował wyłącznie swoją pierwszą dziewczynę i nigdy nie miał okazji rozwinąć techniki. W każdym razie po serii ceremonialnych cmoknięć jego język zaczął zwiedzać wnętrze jej jamy ustnej, a Alice się nudziła. Wiedziała doskonale, że wkrótce zacznie nudzić się jeszcze dotkliwiej.

Adam zakończył to, co w swej prostoduszności zapewne uważał za grę wstępną, puścił żonę, usiadł na łóżku i spojrzał na nią wyczekująco. Alice miała chęć wywrócić oczami, ale posłusznie klapnęła obok.

Zawsze miał na twarzy ten sam łagodny uśmiech, gdy zsuwał jej bluzkę z ramion i rozpinał stanik. Alice współpracowała. Koronkowe cacko w gustownym kolorze gołębiego skrzydła zostało z pietyzmem odłożone obok poduszki. Adam ujął jej piersi w dłonie, ścisnął je lekko (to akurat było miłe), ale zaraz przestał i zamiast tego zajął się ślinieniem jej brodawek. Normalnie jak jakiś niemowlak.

– Lubię, mmmm... twoje cycki – oznajmił entuzjastycznie w przerwach od czynności cmoktających. „Wiem, mówiłeś”, pomyślała. Cały dowcip w tym, że jej sutki nie były wybitnie wrażliwe na dotyk; teraz czuła tylko, jak chłodny powiew od okna ziębi jej wilgotną skórę. Ale mężowi brak widocznego entuzjazmu z jej strony jakoś nigdy nie przeszkadzał.

Po obcmokaniu przyszedł czas na następną fazę operacji. Adam uniósł płową głowę i znów się do niej uśmiechnął, pewien, że żona pojmie, o co mu chodzi. Pojęła. Pozwoliła mu się chwycić solidnie w pasie, objęła go nawet za szyję, gdy unosił ją i kładł na wznak na pachnącej pościeli. Krzepę to on miał, ten Adam. Szkoda, że nie robił z nią nic ciekawego.

Alice pozwoliła sobie na ciche, wesołe parsknięcie. Jej ślubny wziął je za przejaw niecierpliwości.

– No już, już – zapewnił raźno, zsuwając z niej ołówkową spódnicę, rajstopy i majtki. Wszystko powyższe odłożył z pietyzmem na bok. Adam nigdy niczego nie ciskał na podłogę. Nawet rachunków.

Nastąpiła pauza, a potem stłumione szelesty koło łóżka dały jej znać, że mąż pozbywa się własnej garderoby. Nigdy nie proponował, żeby mu w tym pomogła. Zatem nie pomagała. Alice leżała bez ruchu tak, jak ją zostawił, z ramieniem zarzuconym nad głowę, i starała się wyłuskać z zakamarków pamięci, czy kupiła w końcu te maliny do bezy, czy nie. Jeśli nie, to jutro trzeba będzie gdzieś podjechać…

– No! – Adam dziarskim skokiem znalazł się tuż obok niej, aż zazgrzytały sprężyny materaca. Był nagi. Prawdopodobnie. Nie chciało jej się podnosić głowy i sprawdzać, czy zapomniał o skarpetkach.

Zwykle zapominał o skarpetkach.

Nachylił się nad nią, blisko, aż płowy kosmyk musnął jej policzek. Pachniał wodą Fuel for Life Diesela, słodkim, sympatycznym, pozbawionym ikry zapachem. Zapachem, który pasował do niego idealnie.

Wygięła wargi w uśmiechu i spojrzała mu w oczy, bo to był ten etap protokołu.

– No hej – wyszczerzył się jej mąż. – Jaka pogoda tam na dole?

„Kończ, waść, wstydu oszczędź”.

Alice splotła ramiona na jego karku i pocałowała go – gwałtowniej, niż to było konieczne, w nieznoszący sprzeciwu sposób. Jej wargi przywarły do jego warg. Była w tym prośba: „Zrób wreszcie coś prawdziwego. Błagam, nie bądź nudny...”.

Adam oddał jej pocałunek i odsunął głowę, wyraźnie nie wiedząc, co począć z tym przejawem inicjatywy. Wzrok miał spłoszony, choć pokrywał zmieszanie uśmiechem.

– Słuchaj, żabko – wydyszał jej w ucho. – Rozgrzejesz mnie trochę?

„A kto mnie rozgrzeje?”, pomyślała Alice, ale gniew osłabł szybko, stłumiony przez marazm. Cóż, uchybiła kolejności protokołu. Na tym etapie żadnego całowania nie przewidziano.

Usiadła, nie patrząc mu w oczy. Z miną Giocondy pchnęła męża rozpostartą dłonią, aż upadł miękko na plecy i wydał z siebie stłumiony rechocik. Pochyliła się nad nim, przelotnie kontemplując obiektywnie miłą dla oka linię brzucha. Rosła na niej jasna ścieżynka sierści, wiodąca do samego sedna.

Splotła palce obu rąk na jego członku. Myślała o tym narządzie tak technicznie – członek. Był przyjemnego rozmiaru i nawet dość kształtny, ale od lat budził w niej tyle ekscytacji, co mężowski łokieć albo stopa.

Usłyszała, jak Adam gdzieś tam w górze wciąga powietrze.

Nie był jeszcze twardy. Co najwyżej konsystencji rozgotowanego makaronu.

To się zaraz zmieni.

Alice nabrała tchu i włożyła sobie Adama do ust. Nie od razu. Zacisnęła wargi na wrażliwym czubku – Adam stęknął – a potem zsunęła je dalej, głębiej, aż jego żołądź stuknął ją w podniebienie. Wiedziała, jak to lubi. I jeszcze raz, tym razem z dołu do góry, posuwistym ruchem. Czynność powtórzyć.

Wystarczyły trzy albo cztery razy. Na szczęście.

– Kotku, chodź tu… – wydyszał.

Alice uniosła oczy, otarła usta, podciągnęła się wyżej, obok męża, oparła na zgiętym łokciu i posłała mu enigmatyczny uśmiech.

Adam znów płynął na fali kojącej rutyny, gdy dźwigał się do pozycji klęczącej, kładł na niej – Alice uprzejmie rozsunęła nogi – a następnie spędził dobrą chwilę, próbując wetknąć swój sztywny już teraz narząd we właściwy otwór. Miał przy tym minę jak człowiek, który w skupieniu dopasowuje wtyczkę do gniazdka.

Nawet wchodził w nią w sposób cywilizowany. Miarowymi, powściągliwymi pchnięciami. Cóż. Alice przymknęła oczy, odrzuciła głowę do tyłu i oddała się rozmyślaniom o malinach.

*

Teraz więc, w obliczu nieznajomego, drinków na jej koszt i nagłej, brutalnej wręcz wolności – chciała spróbować, jak ta może smakować. I miała nadzieję, że będzie smakowała jak sierść i wiatr. Na samą myśl czuła, że minimalnie brakuje jej tchu, że mrowią ją koniuszki palców i stają te najdrobniejsze włoski na karku. Mimowolnie przygryzła wargę, psując idealną taflę matowej pomadki.

„Uspokój się”, zganiła się w myślach, bo jej organizm z jakiegoś powodu właśnie produkował hormonalny koktajl i kazał jej się czuć jak kotka w marcu. Nie podobało jej się to. To było jak utrata kontroli, a brak kontroli oznaczał chaos. Poza tym po prostu postawiła drinka facetowi.

A potem on podszedł do jej stolika i odwdzięczył się tym samym, dokładając swoje towarzystwo oraz zapach, w którym dominowały piżmo i chyba palone drewno, i morze. Pachniał jak bitwa morska – brakowało żelazistego zapachu krwi i prochu strzelniczego. Jej oczy zaszły mgiełką, a warga znów trafiła między zęby. Krótkie ukłucie bólu otrzeźwiło ją.

Był od niej dobre dziesięć lat młodszy. I nie chrzanił, że ma śliczne oczy, nie wyliczał premii i awansów. Właściwie nawet nie dał po sobie poznać, czy tarcza markowego zegarka przykrywa szczelnie jego ego. Był młody, świeży, modny i ładnie pachniał. Co mogło pójść nie tak, skoro Alice dobrze znała sposób, w jaki ma założyć nogę na nogę, aby otrzeć się łydką o jego kolano? I tylko sam diabeł wiedział, dlaczego zdecydowała się dziś włożyć czekoladowe pończochy, które skutecznie zagotowały krew w młodym Irlandczyku.

ROZDZIAŁ 2

BRUCE

Przejechał kawałek dalej, niż sięgał usypany żwir na parkingu przy cmentarnej bramie. Nie chciał zostawiać samochodu na widoku. Spojrzał na zegarek; dochodziła szósta, więc miał jeszcze dość czasu.

Poprawił wideorejestrator przy lusterku, pamiętając, aby zmienić tryb kamery na szeroki kąt nagrywania. Wyłączył wszystkie możliwe powiadomienia dźwiękowe. I czekał. Pierwsi z żałobników zajeżdżali pod bramę. Potem karawan z urną, kapłan. Napływało czasowych gospodarzy tego ponurego terenu. Zlatywali się na umówioną godzinę jak kruki do padliny.

Bruce się nie spieszył. Uchylił szybę, zapalił papierosa, zaciągając się dymem, aż poczuł znajome, ożywcze ukłucie w płucach. Jego ojciec zmarł przez to gówno na raka, on też powinien rzucić w cholerę. Z jakiegoś jednak powodu ten drobny właściwie i bezsensowny nałóg był jedynym, któremu się poddawał, i nie walczył z nim zbyt zaciekle. Jeszcze ten deszcz, który co chwilę padał – wszystko wprawiało go w niezdrową odmianę melancholii. Usypiało i dołowało. A przecież musiał zachować maksymalną czujność.

Widział żałobników: mało istotna rodzina, jeszcze mniej istotni znajomi, niedoszła eksżona… i w tym momencie adrenalina uderzyła. Przez tę reakcję ciała na widok kobiety – jakby była potencjalnym zagrożeniem – czuł się parszywie. A przecież to tylko chemia. Nic ponad zwykłą pracę trzustki, serca, mózgu. Boże słodki! Mógł się z łatwością pozbyć tej ludzkiej przywary reagowania, zażywając kilka fajnych tabletek od George’a!

Odpalił kolejnego papierosa, ale tylko po to, aby trzymać coś między palcami, aby zająć umysł dwoma, a nie jednym zadaniem, bo bał się, że schrzani, jeśli zaangażuje się za mocno. Nie chciał ryzykować, chciał mieć pole do bezpiecznego wycofania się. Papieros? Dawał radę.

Obserwował dalej. Dopiero kiedy jako jeden z ostatnich wszedł pół-Meksykanin, zareagował. Zatrzymał nagrywanie – miał to, czego chciał. Dopalił papierosa i wysiadł z auta, zabierając z sobą parasol. Zanosiło się na porządny deszcz.

Nie musiał słyszeć uroczystości. Wystarczył mu widok niewielkiego tłumu przy otwartym grobie. Kapłan odczynił swój rytuał, potem ktoś przemawiał, wychwalając fałszywie nieboszczyka. Zastanawiało go, jak bardzo trzeba samemu się nagiąć, aby wychwalać, nawet pośmiertnie, taką ludzką wszę, jaką był Adam. Skurczybyk, jakich mało, cynik pod płaszczykiem profesjonalnego korposzczura pnącego się bezwzględnie po szczeblach kariery, po trupach, byle do celu.

Pół-Meksykanin siedzący z tyłu na składanym krześle był nieruchomy, ale czujny jak wyżeł czekający na spadające z nieba kacze truchło. Bruce kontrolował oddech, spokojnie i metodycznie zwalniając własną akcję serca. Oddech był ważny, musiał być spokojny. Każdy dobry strzelec był piekielnie opanowanym kolesiem, inaczej był sztywnym i zimnym strzelcem.

Wszystko wyglądało jak najbardziej w porządku. Co prawda, obecność tego jednego spośród żałobników przypominała obecność szerszenia w pokoju w słoneczny dzień – wolał nie tracić go z pola widzenia, nawet jeśli mógł wyeliminować go bez ponoszenia większego ryzyka. Kabura z bronią ciążyła. Jak metalowa żmija, dodawała spokoju i pewności, że nie ten ciemnoskóry koleś będzie w razie czego tryumfował, tylko on – Wilczur, którego posyłają w największe gówno, wierząc, że byłby gotów samego diabła ubić gołymi pięściami, a potem odrąbać rogaty łeb szpadlem. Jak profesjonalista. Bo takie było mniejsze zło.

Alice na niego spojrzała. Przez kilka chwil czuł, jak przeszywa go spojrzeniem. Jak ta nieświadoma kobieta skupia na nim całą swoją uwagę. Jest dla niej niewiadomą, elementem egzotycznym, niepasującym do logicznej układanki pogrzebu. Wplatał się w jej myśli. A ona bezczelnie weszła w jego, kiedy ogarniał wzrokiem jej szczupłą sylwetkę w małej czarnej. Wyglądała cholernie dobrze, całemu światu obwieszczając bezbłędnie, że i owszem – jest wdową – ale na tym wdowieństwie jedynie zyskuje. Ona na wszystkim potrafiła tylko zyskać, w co wierzył, z czego zdawał sobie sprawę, bo w końcu obserwował ją jak szczur z ukrycia. Znał jej nawyki i przyzwyczajenia. Pamiętał, jak składa usta do papierosa, a jak trzyma tekturowy kubek ze Starbucksa. Wiedział o niej prawie wszystko, a gdyby trochę bardziej się postarał, pewnie dotarłby do historii jej leczenia dentystycznego. Alice Black, freelancerka z Baltimore, trzydzieści cztery lata, bezdzietna, od niedawna wdowa. Uosobienie kobiety, która dokładnie wie, czego powinna w tym wieku i w swoim stanie oczekiwać od życia.

Uśmiechnął się do siebie. Jakimś okrutnym zrządzeniem losu on będzie tym, który udowodni jej, że nie ma pojęcia, czego oczekuje od życia, od siebie. On będzie tym, który pokaże jej, jak wiele będzie musiała oczekiwać od niego, jeśli będzie chciała zachować swój status, tożsamość i siebie.

To spojrzenie było jak sygnał do wymarszu. Krótki rozkaz. Jeszcze nie teraz, słodka Alice.

Pół-Meksykanin grzebał w swoim telefonie. Bruce widział rozjarzony ekran, odbijający na jego zakazanej gębie jaskrawe, elektroniczne światło. Czy na pewno nie zrobi nic pochopnego? Zapewne gdyby miał rozkazy, nie zawahałby się ani przez moment. Teraz jednak bił od faceta spokój, byli więc tutaj obaj dokładnie w tym samym charakterze – obserwowali.

Wilczur spuścił głowę, potrząsając nią, jakby chciał strząsnąć z włosów resztki jesiennej wilgoci. Spojrzał na kamienne nogi anioła, pod którym przez cały czas stał. Co za ironia!

Wrócił na parking, wycofał samochód i przeparkował tak, aby być możliwie niewidoczny dla uczestników pogrzebu. Widział akcję z Kenem. Nie kojarzył faceta, więc z początku wziął tę rozmowę za nic ponad – no właśnie – rozmowę. Dopiero kiedy posunął się za daleko, życzył w myślach Alice, żeby była dzielna. Cóż za przeurocze życzenie w obliczu pięści, które mimowolnie zacisnął, aż pobielały mu knykcie. Wilczur nie lubił komplikacji, nie lubił krzywych akcji i niepotrzebnych zgrzytów. Był cholernie spokojnym człowiekiem, ale uzmysłowił sobie, że jego dzień jeszcze się nie skończył.

Alice nie musiała mieć skomplikowanych systemów lokalizujących, aby z łatwością mógł ją odnaleźć na międzymiastowej. Cóż za problem, skoro wiedział, dokąd jechała. Tym mocniej się zdziwił, że zamiast do domu skierowała się do pubu.

– Jakbyś nie mogła po prostu wrócić do domu – stęknął sam do siebie, wystukując na komputerze tytuł ostatnio słuchanego albumu. Zapowiadało się, że trochę jeszcze tutaj posiedzi, a przynajmniej tyle, aby upewnić się, że nic się nie wydarzy.

– Co tam, Ax? – zapytał, kiedy ekran komputera pokazał przychodzące połączenie.

– Wszystko gra?

– Tak. Siedzę przed knajpą, ta mała chyba poszła się zabawić po pogrzebie męża.

Chwila ciszy, być może w tle usłyszał parsknięcie albo to tylko szumy połączenia.

– A Julius?

– Widziałem chuja na miejscu. Nic nie kombinował. Po prostu był, jak mówiłeś. Prześlę ci nagranie.

– To znaczy, że nie odpuścił.

– Tak, jak pieprzony szakal wpadł sprawdzić, czy Adam jest dostatecznie martwy – warknął, wciskając po chwili kolejnego papierosa w zęby i szukając po omacku benzynowej zapalniczki w kieszeni płaszcza. Znalazł. Ciche, charakterystyczne pyknięcie mechanizmu i już rozkoszował się zgubnym, rakotwórczym dymem.

– Na pewno masz na oku tę dziunię?

– Weszła do knajpy. Sama. Nie będę wbijał i upewniał się, czy umyła rączki po orzeszkach do piwa. Jestem sterany jak pies. Wracam. Też mi się należy szklanka czegoś mocniejszego.

– Okej, podeślę zmiennika, niech ktoś ma ją na oku. By the way, Monika o ciebie rozpytywała. Wie, że wróciłeś, albo ma instynkt. – Zaśmiał się.

– Mam ochotę na coś mocniejszego, a nie jej gierki, płacze i fochy. Serio, jestem zmęczony. Jakby coś chciała, pytała, po prostu ją spław. Powiedz, że wstąpiłem do zakonu, nie żyję albo wyjechałem do Tybetu grać na dzwonkach.

– Dobra, ale bądź pod telefonem.

– Jasne.

Wyrzucił kiepa przez okno. Monika była sprawą przegraną od samego początku, kiedy tylko zaczęła mieć pretensje o jego nieobecności. Oboje sie starali, aby między nimi było cokolwiek poza seksem, ale nie wychodziło. Nie zgadzali się gdzieś na poziomie komórkowym. A Bruce nie czuł już nawet chemii, nic.

ROZDZIAŁ 3

ALICE

Irlandczyk wcale nie okazał się Irlandczykiem, nie miał tego zabawnego, wyspiarskiego akcentu. Nie wiedziała, skąd pochodził, nie pytała. Szybko złapali kontakt i spędzili najwyżej godzinę w pubie przy kilku drinkach. Nic zobowiązującego, ale oboje wiedzieli, że to ten rodzaj znajomości, który skończy się dziś. On nie zapyta, czy może zostać na noc, ona nie zaproponuje.

Wylądowali w jej mieszkaniu. Ceglany szeregowiec, jakich wiele, z mikroskopijnym podwórkiem, w portowej części miasta. Alice przestało coś pasować już za progiem, kiedy pokonali te kilkanaście stopni, a Trevor – bo tak się przedstawił – posunął się najwyżej do delikatnego skubania jej ucha wargami. Cholera! Nie o to chodziło! Nie po to upolowała sobie faceta o aparycji rosomaka, aby ten fundował jej czułe gesty.

Miał być jak dobry shot – miał dawać mocnego, brutalnego kopa, który wyśle wszystkie jej wątpliwości i całość tego parszywego dnia w chwilowe zapomnienie.

Opadła na skórzaną kanapę, posyłając rudemu powłóczyste spojrzenie spod rzęs. Orientuj się, typie.

Trevor podszedł, ale przysiadł o irytujące dwadzieścia centymetrów obok. A potem zamiast rzucić się na nią i przelecieć bez zbędnych ceremonii, zajął się jej nogą!

Poważnie. Alice sama nie wierzyła w to, co widzi; mając pod nosem całą rozkraczoną na kanapie w sposób niebudzący wątpliwości kobietę, typ zdecydował się ująć ją... za łydkę. Piegowate palce gładziły skórę obleczoną matową pończochą.

– Masz piękne nogi – powiedział, uśmiechnięty jak idiota.

– Dziękuję – odrzekła chłodno. Chyba nie dość chłodno, bo facet nie zrozumiał. Zlazł z mebla, opadł na cztery łapy i przycisnął wargi do skóry tuż pod jej kolanem.

„Rany boskie”, pomyślała Alice, podczas gdy ryży całował ją przez pończochę, przymykając oczy w skupieniu, jakby dane mu było brać udział w uczcie bogów.

Schodził coraz niżej, na przemian całując i głaszcząc. Trwało to wieki oraz było (przynajmniej z punktu widzenia Alice) całkiem bezcelowe.

Chociaż miłe. Tak, chłopak sprawiał przecież wrażenie miłego, prawda? Cholera jasna.

– Trevor… – spróbowała ostrożnie. – Co ty robisz?

Rudy zamrugał jasnymi rzęsami i posłał jej irytująco rozanielone spojrzenie.

– Lubię nogi – oznajmił uśmiechnięty od ucha do ucha.

– To fajnie – parsknęła. – Chodź no tu. Tu, wyżej, chodź.

Brodacz puścił jej cholerną łydkę, choć w wodnistych oczach błysnął żal. Posłusznie przysunął się bliżej. Teraz głowę miał na wysokości, na której nogi Alice przechodziły w rejony bardziej interesujące. Spojrzała na niego z nadzieją. Facet pocałował ją w udo, dość niepewnie, zerknął, czy dobrze to robi (miała chęć nim potrząsnąć!), uzyskał wyrozumiałe kiwnięcie głową i kontynuował. Nie był prędki, nie okazał się władczy. Był... słodki.

A dłonie miał niepewne. Co być może działałoby na jego korzyść, gdyby szukała mięciutkiego misia na długie zimowe wieczory. Ale to nie tak miało wyglądać!