Wydawca: Niebieska Studnia Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Fight Club. Podziemny krąg ebook

Chuck Palahniuk

5 (1)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Fight Club. Podziemny krąg - Chuck Palahniuk

„Fight Club” reprezentuje głos pokolenia – to opowieść o młodych znudzonych korporacyjną karierą i jednorazowymi znajomościami mężczyznach, którzy zrobią wszystko, żeby nadać swojemu życiu nawet namiastkę sensu. Bezimienny bohater książki tłamsi nie dające mu zasnąć lęki za pomocą zestawów mebli z Ikei. Regularnie uczęszcza na grupy wsparcia dla śmiertelnie chorych. Marzy o tym, żeby choć na chwilę wyrwać się z emocjonalnego otępienia. Kiedy w końcu spotyka Tylera Durdena, zbuntowanego geniusza, kinooperatora i kelnera-sabotażystę, porzuca stworzoną przez siebie iluzję porządku, by na dobre zadomowić się w anarchistycznym chaosie. Razem z Tylerem zakłada klub walki i skupia wokół siebie innych, im podobnych. Jednak klub walki to tylko pierwszy etap pewnej misji. Jakiej? „Pierwsza zasada klubu walki to nie rozmawiać o klubie walki.”

Opinie o ebooku Fight Club. Podziemny krąg - Chuck Palahniuk

Fragment ebooka Fight Club. Podziemny krąg - Chuck Palahniuk

Tytuł oryginału: FIGHT CLUB
Redaktor: HANNA KOŹMIŃSKA
Projekt okładki i opracowanie graficzne: PAWEŁ JOŃCA
Copyright © Chuck Palahniuk, 1996 All rights reserved Copyright © 2013 for the Polish edition by Purpura Izabela Sojka
Wywiad z Chuckiem PalahniukiemLech Jęczmyk
Wydanie II
ISBN 978-83-60979-31-0
Wydawnictwo Niebieska Studniawww.niebieskastudnia.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Dla Carol Meader, która znosiwszystkie moje humory

Podziękowania

Chciałbym z wdzięcznością wymienić następujące osoby za ich miłość i pomoc mimo, wiecie, wszystkich tych strasznych rzeczy, które się zdarzają.

Ina Gebert

Geoff Pleat

Mike Keefe

Michael Vern Smith

Suzie Vitello

Tom Spanbauer

Gerald Howard

Edward Hibbert

Gordon Growden

Dennis Stovall

Linni Stovall

Ken Foster

Monica Drake

Fred Palahniuk

1

Tyler załatwia mi pracę kelnera, a potem wpycha mi do ust lufę pistoletu i mówi, że aby osiągnąć życie wieczne, po pierwsze, trzeba umrzeć. Jednak przez długi czas Tyler i ja byliśmy najlepszymi przyjaciółmi. Ludzie zawsze pytają, czy wiedziałem o Tylerze Durdenie.

– Naprawdę wcale nie umrzemy – mówi Tyler z lufą przyciśniętą do tylnej ścianki mojego gardła.

Językiem wyczuwam otwory, które wywierciliśmy w lufie pistoletu, żeby go wyciszyć. Większość hałasu podczas strzału robią rozszerzające się gazy, a pocisk powoduje małe uderzenie dźwiękowe, bo leci z wielką prędkością. Żeby pistolet wyciszyć, wystarczy przewiercić otwory w lufie, dużo otworów. To pozwala uciec gazom i pocisk zwalnia do prędkości poddźwiękowej.

Jak się źle wywierci te otwory, wybuch urwie ci rękę.

– To nie jest tak naprawdę śmierć – mówi Tyler. – Przejdziemy do legendy. Nigdy się nie zestarzejemy.

Przesuwam językiem lufę do policzka i mówię: Tyler, ty chyba myślisz o wampirach.

Tego budynku, na którym stoimy, za dziesięć minut nie będzie. Bierze się dziewięćdziesięcioośmioprocentowy roztwór kwasu azotowego i dodaje do trzykrotnie większej objętości kwasu siarkowego. Trzeba to robić w kąpieli z lodu. Potem za pomocą kroplomierza dodaje się kropla po kropli glicerynę. I ma się nitroglicerynę.

Wiem, bo Tyler to wie.

Wystarczy zmieszać tę nitroglicerynę z trocinami i już masz piękny plastykowy środek wybuchowy. Wielu facetów miesza nitroglicerynę z bawełną i dodaje sól gorzką jako środek usiarczający. To też działa. Niektórzy mieszają nitro z parafiną. Parafina nigdy, absolutnie nigdy mi się nie sprawdziła.

Tak więc Tyler i ja stoimy na dachu Parker-Morris Building, ja z lufą w ustach, i słyszymy odgłos rozbijanych szyb. Wychylam się za skraj dachu. Dzień jest pochmurny, nawet na tej wysokości. To najwyższy budynek świata i zawsze wieje tutaj zimny wiatr. Na tej wysokości jest tak cicho, że ma się uczucie, jakby się było jedną z tych kosmicznych małp. Wykonujesz proste zadania, do których cię wyćwiczono.

Pociągnij za dźwignię.

Naciśnij guzik.

Nic z tego nie rozumiesz, a potem masz po prostu umrzeć.

Sto dziewięćdziesiąte pierwsze piętro w górze, wyglądasz za skraj dachu i ulica w dole jest pokryta pstrym, włochatym dywanem ludzi, którzy stoją i patrzą w górę. Tłuczone szkło sypie się z okna tuż pod nami. Okno wybucha ze ściany budynku, a w ślad za nim wypada szafka biurowa wielkości czarnej lodówki. Tuż pod nami sześcioszufladowa metalowa szafka odrywa się od urwiska budynku i spada, powoli koziołkując, spada coraz mniejsza, spada i znika w zbitym tłumie.

Gdzieś tam na stu dziewięćdziesięciu jeden piętrach pod nami kosmiczne małpy z Sekcji Psot Operacji Masakra szaleją, niszcząc najdrobniejsze skrawki historii.

To stare powiedzenie, że zawsze zabijamy tych, których kochamy, popatrzcie tylko, działa w obie strony.

Z pistoletem w ustach i z lufą tego pistoletu między zębami można wymówić tylko samogłoski.

To nasze ostatnie dziesięć minut.

Następne okno wylatuje z budynku i szkło rozsypuje się jak stado połyskliwych gołębi, a za nim cal za calem wyłania się ze ściany budynku wypychane przez Sekcję Psot mahoniowe biurko, aż wreszcie biurko przechyla się, ześlizguje z okna i przemienia w czarodziejski latający przedmiot, który obracając się w powietrzu, ginie w tłumie.

Za dziewięć minut nie będzie Parker-Morris Building. Jeżeli się weźmie odpowiednią ilość żelatyny wybuchowej i owinie nią podpory konstrukcji czegokolwiek, to można wysadzić każdy budynek na świecie. Trzeba tylko dobrze upchać ładunek i docisnąć go workami z piaskiem, żeby wybuch poszedł w podporę, a nie na podziemny garaż wokoło.

Takich informacji nie ma w żadnym podręczniku historii.

Trzy sposoby uzyskania napalmu: Pierwszy, można zmieszać równe części benzyny i mrożonego koncentratu soku pomarańczowego. Drugi, można zmieszać równe części benzyny i dietetycznej coli. Trzeci, można rozpuścić utłuczony żwirek dla kota w benzynie, aż mieszanka zgęstnieje.

Spytajcie mnie, jak zrobić gaz paraliżujący. Och, i te wszystkie zwariowane samochody pułapki.

Dziewięć minut.

Parker-Morris Building zwali się, całe sto dziewięćdziesiąt jeden pięter, powoli jak drzewo padające w lesie. Drewno. Wszystko można wysadzić. Dziwne jest, jak się pomyśli, że miejsce, gdzie stoimy, będzie tylko punktem w powietrzu.

Tyler i ja na skraju dachu, pistolet w moich ustach, a ja zastanawiam się, czy ta lufa jest czysta.

Zupełnie zapominamy o całej teorii Tylera na temat morderstwa-samobójstwa, kiedy patrzymy, jak kolejna szafka wyślizguje się ze ściany budynku, szuflady wypadają w powietrzu i stosy białych papierów krążą w prądzie wznoszącym, a wiatr je porywa i niesie.

Osiem minut.

Potem pojawia się dym, wydobywa się z wybitych okien. Zespół eksplozyjny wysadzi ładunek indukcyjny może za osiem minut. Ładunek indukcyjny zdetonuje ładunek podstawowy, podpory konstrukcji runą i seria zdjęć Parker-Morris Building trafi do wszystkich podręczników historii.

Seria pięciu zdjęć robionych w równych odstępach czasu. Tutaj budynek stoi. Drugie zdjęcie, budynek przechyli się pod kątem osiemdziesięciu stopni. Potem siedemdziesięciu stopni. Na czwartym zdjęciu budynek będzie przechylony pod kątem czterdziestu pięciu stopni, kiedy szkielet zaczyna pękać i wieżowiec jest lekko wygięty w łuk. Ostatnie zdjęcie, wieżowiec, całe jego sto dziewięćdziesiąt jeden pięter, wali się na muzeum narodowe, które jest właściwym celem Tylera.

– To jest teraz nasz świat, nasz świat – mówi Tyler – i ci starożytni ludzie są martwi.

Gdybym wiedział, jak to się skończy, wolałbym sam być teraz martwy i w niebie.

Siedem minut.

Na dachu Parker-Morris Building z pistoletem Tylera w ustach. Podczas gdy biurka, szafki i komputery sypią się jak rój meteorów na tłum wokół budynku, dym unosi się z wybitych okien, o trzy przecznice dalej zespół eksplozyjny patrzy na zegarki, a ja wiem, że pistolet, anarchia, eksplozja, że w tym wszystkim chodzi o Marlę Singer.

Sześć minut.

Mamy tutaj coś na kształt trójkąta. Ja chcę Tylera. Tyler chce Marli. Marla chce mnie.

Ja nie chcę Marli i Tyler nie chce, żebym ja się koło niego kręcił, już nie. Tu nie chodzi o miłość, jak kiedy się o kogoś troszczymy. Tu chodzi o posiadanie, nawłasność.

Bez Marli Tyler nie miałby nic.

Pięć minut.

Może przeszlibyśmy do legendy, a może nie. Nie, mówię, zaczekaj.

Gdzie byłby Jezus, gdyby nikt nie napisał Ewangelii?

Cztery minuty.

Przesuwam językiem lufę do policzka i mówię: Chcesz być legendą, Tyler, chłopie, ja cię zrobię legendą. Ja byłem tutaj od początku.

Ja wszystko pamiętam.

Trzy minuty.

2

Potężne ramiona Boba zamknęły się wokół mnie, byłem ściśnięty w ciemności między nowymi, spoconymi cyckami Boba, które wisiały olbrzymie, tak jak myślimy o Bogu, że jest wielki. Obchodząc pełne ludzi podziemia kościoła, witaliśmy się co wieczór: to jest Art, to jest Paul, to jest Bob. Potężne ramiona Boba przywodziły mi na myśl horyzont. Jego gęste blond włosy były przykładem tego, co się dzieje, kiedy zwykły żel staje się musem do układania włosów, tak były gęste i jasne, a przedziałek tak prosty.

Ramiona Boba mnie oplatają, a dłonie przyciskają moją głowę do tych nowych cycków, które mu wyskoczyły na potężnej klatce piersiowej.

– Wszystko będzie dobrze – mówi Bob. – Popłacz sobie teraz.

Od kolan do czoła czuję reakcje chemiczne zachodzące w Bobie, spalanie jedzenia i tlenu.

– Może odkryli to odpowiednio wcześnie – mówi Bob. – Może to tylko nasieniak. Nasieniak jest prawie w stu procentach uleczalny.

Ramiona Boba unoszą się w długim wdechu, a potem spazmatycznymi łkaniami opadają w dół, w dół, w dół. Unoszą się w górę i w dół, w dół, w dół, w dół.

Przychodzę tutaj co tydzień od dwóch lat i co tydzień Bob obejmuje mnie ramionami, a ja płaczę.

– Wypłacz się – mówi Bob i robi wdech, a potem w dół, w dół, w dół. – Dalej, popłacz sobie.

Jego wielka, mokra twarz opiera się o moją głowę i jestem cały zagubiony w środku. Wtedy płaczę. Płacz jest pod ręką w duszącej ciemności, kiedy jesteś zamknięty wewnątrz kogoś innego, kiedy widzisz, jak wszystko, co człowiek mógłby kiedykolwiek osiągnąć, skończy jako śmieć.

Wszystko, z czego jesteś dumny, będzie wyrzucone.

A ja jestem zagubiony wewnątrz.

Od tygodnia nie byłem bliższy zaśnięcia.

W ten sposób poznałem Marlę Singer.

Bob płacze, ponieważ sześć miesięcy temu usunięto mu jądra. Potem przeszedł wspomagającą terapię hormonalną. Bobowi urosły cycki, bo ma wysoki poziom testosteronu. Jak się za bardzo podniesie poziom testosteronu, organizm dla równowagi podnosi poziom estrogenu.

Płaczę, bo właśnie teraz twoje życie sprowadza się do zera, nawet nie do zera, do całkowitego niebytu.

Za dużo estrogenu i wyrastają ci babskie cycki.

Łatwo jest płakać, kiedy sobie człowiek uświadomi, że wszyscy, których kocha, odrzucą go albo umrą. Na dłuższą metę współczynnik przeżycia dla wszystkich spada do zera.

Bob mnie kocha, bo myśli, że mnie też usunięto jądra.

Wokół nas w podziemiach episkopalnego kościoła Świętej Trójcy, umeblowanego kraciastymi kanapami z dobroczynnego sklepu, znajduje się może dwudziestu mężczyzn i tylko jedna kobieta, wszyscy ściskają się parami i większość z nich płacze. Niektóre pary stoją pochylone, głowy przyciśnięte ucho do ucha, spleceni jak zapaśnicy. Mężczyzna z jedyną kobietą opiera łokcie na jej ramionach po obu stronach głowy, jej głowa między jego rękami, i płacze z twarzą wtuloną w jej szyję. Kobieta zwraca twarz w bok i jej ręka podnosi papierosa.

Rozglądam się spod pachy Wielkiego Boba.

– Całe moje życie – szlocha Bob. – Nie wiem, po co w ogóle coś robię.

Jedyna kobieta w naszej grupie wsparcia raka jąder „Mężczyźni razem do końca”, ta kobieta pali papierosa przygnieciona ciężarem nieznajomego i jej wzrok spotyka się z moim.

Oszust.

Oszust.

Oszust.

Krótkie matowoczarne włosy, wielkie oczy jak na japońskich filmach animowanych, chuda jak odciągane mleko, blada jak maślanka, w sukience w tapetowy deseń z ciemnych róż, ta kobieta była też w mojej grupie wsparcia gruźlików w piątek wieczorem. W środę wieczorem była na okrągłym stole osób z czerniakiem. W poniedziałek wieczorem była w mojej grupie rapowej chorych na białaczkę „Niezłomni w wierze”. Przedziałek pośrodku jej włosów stanowi zygzakowatą błyskawicę białej skóry.

Kiedy się szuka tych grup wsparcia, to wszystkie mają jakieś takie podnoszące na duchu nazwy. Moja czwartkowa grupa od pasożytów krwi nazywa się „Wolni i czyści”.

Grupa od pasożytów mózgu, na którą chodzę, nazywa się „Ponad i poza”.

I w niedzielę na zebraniu „Mężczyzn razem do końca” w podziemiach episkopalnego kościoła Świętej Trójcy ta kobieta znów jest.

Najgorsze, że nie mogę płakać, kiedy ona patrzy.

To powinna być moja ulubiona chwila, kiedy Wielki Bob mnie obejmuje i płaczemy bez nadziei. Wszyscy tak ciężko pracujemy przez cały czas. To jest jedyne miejsce, gdzie tak naprawdę się rozluźniam i odpuszczam sobie.

To są moje wakacje.

Po raz pierwszy poszedłem na grupę wsparcia dwa lata temu, po wizycie u lekarza w sprawie bezsenności, nie pierwszej.

Przez trzy tygodnie nie zmrużyłem oka. Po trzech tygodniach bez snu cały czas masz wrażenie, że wyszedłeś z własnego ciała.

– Bezsenność to tylko objaw czegoś poważniejszego – powiedział mój lekarz. – Znajdź prawdziwą przyczynę. Wsłuchaj się we własne ciało.

A ja chciałem tylko spać. Chciałem małych dwustumiligramowych niebieskich kapsułek amytalu sodu. Chciałem czerwono-niebieskich, przypominających pociski kapsułek tuinalu, krwistoczerwonych sekonali.

Lekarz powiedział, żebym żuł korzeń waleriany i zażywał więcej ruchu. Kiedyś w końcu zasnę.

Moja obtłuczona jak stary owoc twarz zapadła się i można by pomyśleć, że jestem nieboszczykiem.

Lekarz powiedział mi, że jeżeli chcę zobaczyć prawdziwe cierpienie, to powinienem zajrzeć we wtorek wieczorem do Pierwszego Eucharystycznego. Zobaczyć pasożyty mózgu. Zobaczyć zwyrodnieniowe choroby kości. Organiczne zaburzenia mózgu. Zobaczyć, jak sobie radzą ludzie z rakiem.

To poszedłem.

W pierwszej grupie ludzie się przedstawili: to jest Alice, to jest Brenda, to jest Dover. Wszyscy się uśmiechają, a każde z nich ma przystawiony do głowy niewidoczny pistolet.

Nigdy nie podaję swojego prawdziwego imienia w tych grupach wsparcia.

Szkielecik kobiety imieniem Chloe z siedzeniem spodni obwisłym i pustym, Chloe powiada mi, że najgorszym skutkiem jej pasożytów mózgu jest to, że nikt nie chce uprawiać z nią seksu. Chloe, tak bliska śmierci, że jej firma ubezpieczeniowa wypłaciła jej siedemdziesiąt pięć tysięcy dolarów, chciała jednego, żeby ją ktoś po raz ostatni przeleciał. Żadnych czułości, tylko seks.

Co na to mówi mężczyzna? To znaczy, co tu można powiedzieć?

Całe to umieranie zaczęło się od tego, że Chloe była trochę zmęczona, a teraz jest zbyt znudzona, żeby poddać się leczeniu. Filmy pornograficzne, ma w domu filmy pornograficzne.

Chloe powiedziała mi, że podczas rewolucji francuskiej kobiety w więzieniu, księżne, baronowe, markizy i kto tam jeszcze oddawały się każdemu mężczyźnie, który chciał z nich skorzystać. Chloe dyszała mi w szyję. Połóż się na mnie. Albo na pieska, wiesz. Pieprzenie się zabija czas.

La petite mort, nazywali to Francuzi.

Chloe miała filmy pornograficzne, gdybym był zainteresowany. Azotan amylowy. Smarowidła.

Normalnie miałbym już wzwód. Jednak Chloe to szkielet moczony w żółtym wosku.

Wobec takiego wyglądu Chloe jestem do niczego. Nawet i to nie. Mimo to ramię Chloe trąca moje, kiedy siedzimy kręgiem na włochatym dywanie. Zamykamy oczy. Była kolej Chloe, żeby pokierować medytacją, i zaprowadziła nas do ogrodu szczęśliwości. Szliśmy pod górę do pałacu o siedmiu bramach. Wewnątrz pałacu było siedmioro drzwi, zielone, żółte, pomarańczowe drzwi i Chloe kazała nam otwierać każde drzwi, niebieskie, czerwone, białe, żeby zobaczyć, co jest za nimi.

Z zamkniętymi oczami wyobrażaliśmy sobie nasz ból jako kule białego, uzdrawiającego światła, unoszącego się koło naszych stóp i wzlatującego wyżej, do naszych kolan, do pasa, do piersi. Otwierały się nasze czakry: czakra serca, czakra głowy. Chloe poprowadziła nas do jaskiń, gdzie spotkaliśmy swoje zwierzęta mocy. Moim był pingwin.

Dno jaskini pokrywał lód i pingwin powiedział: Zjeżdżajcie. Bez żadnego wysiłku ślizgaliśmy się przez tunele i galerie.

Potem był czas obejmowania się.

Otwórzcie oczy.

To jest terapeutyczny kontakt fizyczny, powiedziała Chloe. Każdy powinien wybrać sobie partnera. Chloe rzuciła się na moją głowę i płakała. Miała w domu seksowną bieliznę i płakała. Chloe miała olejki i kajdanki i płakała, a ja tymczasem spoglądałem, jak druga wskazówka na moim zegarku robi jedenaste okrążenie.

I w ten sposób nie płakałem na mojej pierwszej grupie wsparcia dwa lata temu. Nie płakałem też na drugiej i na trzeciej. Nie płakałem na pasożytach krwi ani na raku jelit, ani na organicznej demencji.

Tak to już jest z bezsennością. Wszystko jest takie dalekie. Odbitka odbitki odbitki. Bezsenność wszystko oddala, nie możesz niczego dotknąć i nic nie może dotknąć ciebie.

A potem ten Bob. Kiedy po raz pierwszy przyszedłem na raka jąder, ten kawał niedźwiedzia, ta góra mięsa, zwalił się na mnie w grupie „Mężczyźni razem do końca” i zaczął płakać. Jak nadszedł czas obejmowania się, ten człowiek niedźwiedź ruszył na mnie z drugiego końca pokoju z rękami przy bokach, z opuszczonymi ramionami. Z wielkim niedźwiedzim podbródkiem na piersi, z oczami już pełnymi łez. Nie odrywając stóp od ziemi, z kolanami razem, Bob niewidocznymi krokami sunął po podłodze podziemia, żeby się na mnie zwalić.

Wreszcie wylądował na mnie.

Jego ogromne ramiona otoczyły mnie ze wszystkich stron.

Wielki Bob powiedział, że jest pijakiem. Piękne lata na dianabolu i potem na sterydach dla koni wyścigowych, wistrolu. Własna siłownia, Bob miał własną siłownię. Był trzy razy żonaty. Reklamował różne produkty, czy widziałem go kiedyś w telewizji? Cały program rozbudowy mięśni klatki to był właściwie jego pomysł.

Tak szczerzy nieznajomi sprawiają, że wymiękam, jeżeli wiecie, co mam na myśli.

Bob nie wiedział. Może tylko jedno z jego huevos zstąpiło i rozumiał, że to jest czynnik ryzyka. Bob opowiedział mi o pooperacyjnej terapii hormonalnej.

Wielu kulturystów zażywających zbyt dużo testosteronu dostaje, jak mówią, babskich cycków.

Musiałem spytać Boba, co rozumie przez huevos.

Huevos, powiedział Bob. Gonady. Klejnoty rodzinne. Jądra. W Meksyku, gdzie się kupuje sterydy, nazywają je jajami.

Rozwód, rozwód, rozwód, powiedział Bob i wyjął z portfela zdjęcie siebie, wielkiego i nagiego na pierwszy rzut oka, pozującego na jakimś konkursie. To jest głupi sposób na życie, powiedział Bob, ale kiedy stoisz na scenie, napakowany i ogolony, pozbawiony tkanki tłuszczowej do około dwóch procent masy ciała, a środki moczopędne sprawiają, że jesteś zimny i twardy na dotyk jak beton, oślepiony reflektorami i ogłuszony sprzężeniem aparatury nagłaśniającej, a sędzia mówi:

– Wyprostować prawy czterogłowy, napiąć i zatrzymać.

– Wyprostować lewą rękę, napiąć biceps i zatrzymać.

To jest lepsze niż prawdziwe życie.

Przewijamy taśmę, powiedział Bob, do raka. Wtedy zbankrutował. Ma dwóch dorosłych synów, którzy nie odpowiadają na jego telefony.

Kuracja na babskie cycki polegała na tym, że lekarz robił nacięcia pod mięśniami piersiowymi i odsysał płyn.

To wszystko, co zapamiętałem, bo wtedy Bob zacisnął wokół mnie ramiona, a głową przykrył mnie od góry. Zatraciłem się w niepamięci, ciemnej, bezdźwięcznej i całkowitej, a kiedy wreszcie cofnąłem się o krok od jego miękkiej piersi, na koszuli Boba pozostało odbicie mojej zapłakanej twarzy.

To było dwa lata temu podczas mojego pierwszego wieczoru z grupą „Mężczyźni razem do końca”.

Prawie na każdym spotkaniu od tego czasu Wielki Bob doprowadzał mnie do płaczu.

Ani razu nie byłem już u lekarza. Nigdy nie żułem korzenia waleriany.

To była wolność. Utrata wszelkiej nadziei była wolnością. Jeżeli nic nie mówiłem, ludzie z grupy zakładali najgorsze. Płakali mocniej. Ja też płakałem mocniej. Spójrz w gwiazdy i już po tobie.

Wracając z grupy wsparcia do domu, czułem, że żyję bardziej niż kiedykolwiek dotąd. Nie miałem raka ani pasożytów we krwi, byłem małym, ciepłym ośrodkiem życia w zatłoczonym świecie wokół mnie.

I spałem. Niemowlęta tak dobrze nie sypiają.

Co wieczór umierałem i co wieczór się rodziłem.

Zmartwychwstały.

Aż do dzisiejszego wieczoru, dwa lata sukcesów aż do dzisiejszego wieczoru, bo nie potrafię płakać, kiedy ta kobieta mi się przygląda. Ponieważ nie mogę odbić się od dna, nie mogę być zbawiony. Mój język myśli, że mam usta wyłożone welurową tapetą, tyle razy zagryzłem sobie policzki od środka. Nie spałem od czterech dni.

Kiedy ona patrzy, ja jestem kłamcą. Ona jest oszustką. Ona kłamie. Na przywitanie dzisiaj przedstawiliśmy się: jestem Bob, jestem Paul, jestem Terry, jestem David.

Nigdy nie podaję swojego prawdziwego imienia.

– To jest rak, prawda? – spytała.

– No to cześć – powiedziała wtedy. – Jestem Marla Singer.

Nikt nigdy nie wyjaśnił Marli, o jakiego raka chodzi. Wszyscy byliśmy zbyt zajęci usypianiem naszego wewnętrznego dziecka.

Podczas gdy mężczyzna nadal płacze z twarzą wtuloną w jej szyję, Marla zaciąga się papierosem.

Obserwuję ją spomiędzy wstrząsanych szlochami cycków Boba.

Dla Marli jestem oszustem. Odkąd zobaczyłem ją po raz drugi, nie mogę spać. Jednak to ja pierwszy byłem oszustem, chyba że wszyscy ci ludzie oszukują na temat swoich schorzeń, swoich kaszli i tumorów, nawet Wielki Bob, ten niedźwiedź. Ta kupa mięsa.

Spójrzcie no tylko na jego rzeźbione włosy.

W tej jednej chwili kłamstwo Marli staje się odbiciem mojego kłamstwa i widzę wkoło tylko same kłamstwa. Wśród całej ich prawdy. Wszyscy są w siebie wczepieni i ryzykują dzielenie się swoją najgorszą obawą, że zbliża się zderzenie czołowe ze śmiercią i lufa pistoletu siedzi każdemu głęboko w gardle. Cóż, Marla pali i przewraca oczami, a ja, ja jestem przywalony łkającym dywanem i nawet śmierć i umieranie plasują się gdzieś na dole listy razem z plastykowymi kwiatami na wideo jako nic ważnego.

– Bob – mówię – miażdżysz mnie. – Próbuję szeptać, ale nie mogę. – Bob. – Próbuję cicho, a potem wrzeszczę: – Bob, muszę do kibla!

Nad umywalką w łazience wisi lustro. Jeżeli schemat się powtórzy, zobaczę Marlę Singer w „Ponad i poza”, grupie schorzeń mózgu wywołanych pasożytami. Marla tam będzie. Naturalnie, Marla tam będzie, a ja usiądę obok niej. I po tym, jak się przedstawimy, po kierowanej medytacji, po siedmiu drzwiach pałacu i białej kuli uzdrawiającego światła, kiedy już otworzymy swoje czakry, kiedy przyjdzie czas obejmowania się, wtedy wreszcie dorwę tę małą sukę.

Przycisnę jej ręce ciasno do boków, przyłożę wargi do jej ucha i powiem: Marla, ty wielka oszustko, wynoś się stąd.

To jedyna prawdziwa rzecz w moim życiu i ty ją psujesz.

Ty wielka turystko.

Kiedy się spotkamy następnym razem, powiem: Marla, nie mogę spać, jak ty tu jesteś. Mnie to jest potrzebne. Wynoś się.

3

Budzisz się na Air Harbor International.

Przy każdym starcie i lądowaniu, kiedy samolot przechylał się za bardzo na jedną stronę, modliłem się o katastrofę. Ta chwila, kiedy możemy zginąć bezradni jak ludzkie sardynki w puszce, leczy mnie z bezsenności narkolepsją.

W ten sposób poznałem Tylera Durdena.

Budzisz się na O’Hare.

Budzisz się na LaGuardia.

Budzisz się na Logan.

Tyler dorabiał jako kinooperator. Z powodu swojego charakteru mógł pracować tylko na wieczorną zmianę. Jeżeli kinooperator zachorował, związek dzwonił po Tylera.

Są ludzie nocni i są ludzie dzienni. Ja mógłbym pracować tylko w dzień.

Budzisz się na Dulles.

Ubezpieczenie na życie płaci potrójnie, jeżeli umrzesz w podróży służbowej. Modliłem się o efekt uskoku wiatru. Modliłem się, żeby do turbiny wessało pelikana, modliłem się o obluzowane sworznie i oblodzone skrzydła. W czasie startu, kiedy samolot rozpędzał się na pasie startowym i klapy szły do góry, oparcia foteli wyprostowane, stoliki opuszczone, cały bagaż osobisty w schowkach nad głową, kiedy koniec pasa startowego pędził nam na spotkanie, papierosy pogaszone, modliłem się o katastrofę.

Budzisz się na Love Field.

Jeżeli kino było odpowiednio stare, Tyler robił w kabinie projekcyjnej przejścia. Z przejściami w kabinie ma się dwa projektory i jeden projektor pracuje.

Wiem to, bo Tyler to wie.

Drugi projektor ma założoną następną szpulę filmu. Większość filmów ma sześć albo siedem małych szpul filmu, puszczanych w określonej kolejności. Nowsze kina sklejają wszystkie taśmy w jedną dużą rolkę. W ten sposób nie trzeba korzystać z dwóch projektorów i robić przejść, przeskakiwać z jednego na drugi, szpula pierwsza, zmiana, szpula druga na drugim projektorze, zmiana, szpula trzecia na pierwszym projektorze.

Zmiana.

Budzisz się na SeaTac.

Oglądam ludzi na laminowanej karcie pokładowej. Kobieta pływa w oceanie w aureoli rudych włosów, przyciskając do piersi poduszkę ze swojego fotela. Oczy ma szeroko otwarte, ale ani się nie uśmiecha, ani nie krzywi. Na drugim obrazku pasażerowie, spokojni jak hinduskie krowy, sięgają ze swoich foteli po maski tlenowe, które wyskoczyły z sufitu.

To widocznie awaria.

Och...

Kabina uległa rozhermetyzowaniu.

Och...

Budzisz się i jesteś na Willow Run.

Stare kino, nowe kino, żeby przesłać film do następnego kina, Tyler musi z powrotem podzielić film na oryginalne sześć albo siedem szpul. Małe szpule pakuje się do dwóch sześciokątnych metalowych pudeł. Każde pudło ma na górze rączkę. Podnieś jedno i masz zwichnięte ramię. Tyle ważą.

Tyler jest kelnerem bankietowym, obsługującym stoliki w hotelu w centrum, i Tyler jest operatorem filmowym, należącym do związku zawodowego. Nie wiem, od jak dawna Tyler pracuje przez wszystkie te nieprzespane przeze mnie noce.

W starych kinach, które wyświetlają film z dwóch projektorów, kinooperator musi stać w pogotowiu i zmieniać projektory co do sekundy, żeby widzowie nie zauważyli przerwy, kiedy jedna taśma się kończy, a druga zaczyna. Trzeba wypatrywać białych kropek w prawym górnym rogu ekranu. To jest ostrzeżenie. Oglądajcie film, a zauważycie dwie kropki na końcu taśmy.

W żargonie zawodowym nazywają się „dziurami po papierosach”.

Pierwsza kropka to ostrzeżenie dwuminutowe. Uruchamiasz drugi projektor, żeby nabrał prędkości.

Druga biała kropka to ostrzeżenie pięciosekundowe. Emocja. Stoisz między dwoma projektorami i w kabinie jest gorąco jak w łaźni od ksenonowych lamp, w które nie wolno spojrzeć, bo się oślepnie. Na ekranie błyska pierwsza kropka. Dźwięk filmowy pochodzi z wielkiego głośnika za ekranem. Kabina operatora jest dźwiękoszczelna, bo w jej wnętrzu panuje hałas bębnów zębatych, przewijających film przed obiektywem z prędkością sześciu stóp na sekundę, dziesięciu klatek na stopę, sześćdziesięciu klatek na sekundę, z terkotem karabinu maszynowego. Dwa projektory chodzą, a ty stoisz między nimi i trzymasz dźwignię przesłony obu. W naprawdę starych projektorach masz dzwonek na osi szpuli podającej.

Nawet kiedy film idzie w telewizji, ostrzegawcze kropki są widoczne. Nawet na filmach w samolotach.

Kiedy większa część filmu nawinie się na szpulę odbierającą, szpula odbierająca obraca się wolniej, a szpula podająca musi się obracać szybciej. Pod koniec rolki szpula podająca obraca się tak szybko, że odzywa się dzwonek, ostrzegając, że zbliża się zmiana.

W ciemności jest gorąco od żarówek wewnątrz projektora i dzwonek dzwoni. Stań między dwoma projektorami z obiema rękami na dźwigniach i obserwuj róg ekranu. Błyska druga kropka. Policz do pięciu. Zamknij jedną przesłonę. Jednocześnie otwórz drugą przesłonę.

Zmiana.

Film toczy się dalej.

Nikt na widowni niczego nie zauważa.

Dzwonek na szpuli podającej jest po to, żeby kinooperator mógł się zdrzemnąć. Kinooperator robi wiele rzeczy, których mu nie wolno. Nie każdy projektor ma dzwonek alarmowy. W domu czasem obudzisz się po ciemku w swoim łóżku przerażony, że zasnąłeś w kabinie i przegapiłeś zmianę. Widzowie obrzucą cię obelgami. Ich filmowe marzenie legło w gruzach, a kierownik zadzwoni do związku.

Budzisz się na Krissy Field.

Urok podróżowania polega na tym, że gdziekolwiek się człowiek znajdzie, życie jest takie miniaturowe. Idę do hotelu, malutkie mydełko, maleńkie szamponiki, masełko na jeden raz, maleńki płyn do ust i szczoteczka do zębów do jednorazowego użytku. Wciśnij się w standardowy fotel lotniczy. Jesteś olbrzymem. Problem w tym, że masz za szerokie ramiona. Twoje nogi jak u Alicji w Krainie Czarów są nagle o całe mile za długie i dotykają stóp osoby przed tobą. Przychodzi obiad, kurczak Cordon Bleu, miniaturowy zestaw dla majsterkowiczów, rodzaj modelu do składania, żeby ci się nie nudziło.

Pilot włączył sygnał zapiąć pasy i prosimy o pozostanie na miejscach.

Budzisz się na Meigs Field.

Co jakiś czas Tyler budzi się w ciemnościach, drżąc z przerażenia, że przegapił zmianę taśmy albo że film się zerwał, albo że taśma się przesunęła i zęby bębna dziurawią ścieżkę dźwiękową.

Jeżeli film zostanie w ten sposób uszkodzony, światło żarówki prześwieca przez ścieżkę dźwiękową i zamiast dialogu jest się bombardowanym odgłosem jakby łopat helikoptera, łup, łup, łup, kiedy każdy błysk światła przechodzi przez dziurę po zębie szpuli.

Czego jeszcze kinooperator nie powinien robić – Tyler robi slajdy z najlepszych pojedynczych klatek filmów. Pierwsze pełne nagie ujęcie od przodu za ludzkiej pamięci przedstawiało aktorkę Angie Dickinson.

Zanim kopie tego filmu dotarły z Zachodniego Wybrzeża do kin Wschodniego Wybrzeża, rozebrana scena wyparowała. Jeden kinooperator wyciął sobie klatkę. Drugi kinooperator wyciął sobie klatkę. Każdy chciał mieć slajd z nagą Angie Dickinson. Potem do kin dotarło porno i niektórzy operatorzy filmowi stworzyli kolekcje epickich rozmiarów.

Budzisz się na Boeing Field.

Budzisz się na LAX.

Mamy prawie pusty lot dziś wieczorem, pozwól więc sobie na schowanie poręczy w oparcia foteli i wyciągnij się. Wyciągasz się zygzakiem – kolana zgięte, biodra zgięte, łokcie zgięte wzdłuż trzech albo czterech foteli. Cofam zegarek o dwie godziny albo przesuwam o trzy godziny do przodu, czas zachodni, górski, środkowy, wschodni; godzinę tracisz, godzinę zyskujesz.

To twoje życie, które ucieka minuta po minucie.

Budzisz się na Cleveland Hopkins.

Budzisz się na SeaTac, znowu.

Jesteś kinooperatorem, jesteś zmęczony i zły, ale na ogół jesteś znudzony, zaczynasz więc od tego, że bierzesz sobie pojedynczą klatkę pornografii, wyciętą przez jakiegoś innego operatora, którą znajdujesz schowaną w kabinie, i wklejasz tę klatkę ze zbliżeniem nabrzmiałego czerwonego penisa albo rozdziawionej wilgotnej pochwy do jakiegoś filmu fabularnego.

To może być jeden z tych filmów o zwierzakach, w których pies i kot zostają zgubione przez podróżującą rodzinę i muszą znaleźć drogę do domu. Na taśmie trzeciej, zaraz po tym, jak pies i kot, które mają ludzkie głosy i rozmawiają ze sobą, pożywiły się z kubła na śmieci, nagle błyska erekcja.

Tyler robi takie rzeczy.

Pojedyncza klatka filmu jest na ekranie przez jedną sześćdziesiątą sekundy. Podzielcie sekundę na sześćdziesiąt równych części. Tak długo jest na ekranie erekcja. Wznosząca się na cztery piętra nad pochłaniającą popcorn widownią, śliska, czerwona i okropna, i nikt jej nie widzi.

Budzisz się na Logan, znów.

To jest okropny sposób podróżowania. Latam na spotkania, w których mój szef nie chce uczestniczyć. Robię notatki. Wrócę do was.

Gdziekolwiek się udaję, robię to, żeby zastosować wzór. Jest to moja pilnie strzeżona tajemnica.

To prosta arytmetyka.

Kwestia podejścia.