Figa - Goran Vojnović - ebook

Figa ebook

goran vojnovic

0,0
39,00 zł

lub
Opis

"Figa", trzecia powieść słoweńskiego pisarza Gorana Vojnovicia, to książka intrygująca fabularnie i wielowątkowa. Autor stworzył barwną opowieść o losach kilkupokoleniowej rodziny – dziadka Aleksandra i babci Jany, mamy Vesny i ojca Safeta, narratora Jadrana i jego żony Anji – wzajemnych relacjach, sprawach codziennych i przełomowych chwilach w ich życiu. Akcja powieści rozgrywa się w wielkokulturowej przestrzeni dawnej Jugosławii (Słowenia,Chorwacja i Bośnia), która kiedyś była całością, a obecnie stanowi świat podzielony  w sensie geograficznym, kulturowym i językowym.

Książka jest głębokim studium pamięci, wydobywania z zapomnienia scen z życia najbliższych. Na jej kartach odbijają się echem ważne w historii tego regionu wydarzenia - od czasów tuż przed wybuchem drugiej wojny światowej, przez okres komunizmu do ostatniej krwawej wojny na Bałkanach, masowych wysiedleń i po uzyskanie niepodległości przez Słowenię.
To potężna dawka wiedzy na temat przemian i wydarzeń historycznych w dwudziestowiecznej Jugosławii/Słowenii – od połowy ubiegłego wieku aż do dziś.
W powieści jednak zdecydowanie na plan pierwszy wysuwa się odkrywana stopniowo, nabierająca barw i angażująca emocjonalnie historia rodzinna. Narrator, dokonując wnikliwej analizy doświadczeń i kolei losów trzech pokoleń swojej rodziny, wydobywa jednocześnie z zakamarków przeszłości frapujące i wielowymiarowe sylwetki przodków, przełomowe wydarzenia z ich życia i sceny, uczucia, doznania o charakterze osobistym, bardziej intymnym. Doświadczenia poszczególnych członków rodziny przybliża trzydziestokilkuletni Jadran. Nie mniej ciekawa w narracji wydaje się subtelna zmienność punktów widzenia – kilkuletniego chłopca, nastolatka, młodego mężczyzny, ale też wszechwiedzącego sprawozdawcy czy wtajemniczonego powiernika. Przy czym w każdym przypadku jest to też perspektywa osoby wyjątkowo świadomej i samoświadomej.

Figa to jedno z nielicznych dzieł najnowszej literatury słoweńskiej, do przetłumaczenia którego (na język niemiecki, chorwacki i szwedzki) prawa autorskie były sprzedane, jeszcze zanim ono powstało. Książka otrzymała nagrodę Kresnik (2017) za najlepszą słoweńska powieść.

Goran Vojnović otrzymał Literacką Nagrodę Europy Środkowej Angelus 2020 za książkę „Moja Jugosławia” (nagrodę otrzymała również jej tłumaczka, Joanna Pomorska) wydaną nakładem Wydawnictwa Akademickiego SEDNO w roku 2019.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
PDF

Liczba stron: 464




Tytuł oryginału: Figa
Wydanie polskie na podstawie: Beletrina Academic Press, Ljubljana 2016
Wydawca: Bożena Kućmierowska
Redakcja merytoryczna i korekty: Magdalena Petryńska
Redakcja techniczna: Danuta Przymanowska-Boniuk
Projekt okładki, stron tytułowych i opracowanie typograficzne: Janusz Fajto
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury
Prevod je izšel s podporo Javne agencije za knjigo Republike Slovenije Wydanie książki wsparte finansowo przez Javne agencije za knjigo Republiki Słowenii
Copyright © Beletrina Academic Press, Ljubljana 2016; www.beletrina.com Copyright for the Polish translation by Joanna Pomorska Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Akademickie SEDNO Spółka z o.o. Warszawa 2020
Wszelkie prawa zastrzeżone Kopiowanie, przedrukowywanie i rozpowszechnianie w całości lub we fragmentach jakąkolwiek techniką bez pisemnej zgody wydawcy zabronione
ISBN 978-83-7963-114-8
Wydawnictwo Akademickie SEDNO Spółka z o.o.
00-696 Warszawa
ul. J. Pankiewicza 3
www.wydawnictwosedno.pl
Konwersja:eLitera s.c.

im dwojgu

I

Komisarz Risto Marjanović w roku 1955 czekał w Bujach na przyszłego nadleśniczego Aleksandra Ðorđevicia tak, jak się to robi w jego stronach. Nakrył biurko obrusem i rozłożył na nim specjały, które jego żona Jovana przywiozła z Užica. Słynny kajmak, duvan čvarci, pečenica[1], słonina, mocna morelowa rakija czekały więc na Aleksandra, który co prawda przybywał z braterskiej republiki Słowenii, ale sądząc z nazwiska, był rodakiem, z którym można będzie porozmawiać w ojczystym języku. Risto nie tak dawno objął stanowisko komisarza politycznego w północnej Istrii, lecz zdążył już zatęsknić do rodzinnych stron i odkryć, że w ukochanej Jugosławii żyją również obcy ludzie, którzy mówią niby zrozumiałym językiem, a mimo to on ich nie rozumie. Dziwni byli ci ludzie w Bujach. Najchętniej ich unikał i zamiast wiercić im dziurę w brzuchu – właściwych zapisywać do partii, a niewłaściwych wykluczać z życia społecznego – wolał pozwolić, żeby chodzili własnymi drogami. Dbał przede wszystkim o to, by jak najmniej mieli do czynienia z nim, a on z nimi. Kiedy zawiadomiono go, że z Lublany przybędzie młody człowiek, niejaki Aleksandar Ðorđević, tak się ucieszył, jakby zapowiedziano wizytę Josipa Broza Tity. Coś mu mówiło, że Aleksandar od razu zrozumie, na czym polega problem z mieszkańcami Buj, i Risto będzie mógł zwierzyć mu się z tego, czego nie wolno było mówić w świecie braterstwa i jedności, Aleksandar, tak jak i on, od razu zauważy, że z tymi ludźmi nie można ani po bratersku rozmawiać, ani po bratersku się napić, ani po bratersku brać się za łby, od razu zobaczy, że socjalizm nie ma z nich żadnego pożytku, i zrozumie, że lepiej zostawić ich w spokoju i nie wybijać im Boga z tych dziwnych głów. Przed Aleksandrem, taką miał Risto nadzieję, nie będzie musiał udawać człowieka, który dniami i nocami walczy o postęp w ojczyźnie, i swobodnie wyzna, że woli schować się w swoim biurze, zamknąć na klucz i udawać nieobecnego, kiedy ktoś puka do drzwi, pić swoją morelową rakiję, wspominać strony rodzinne i myśleć o tym, że gdyby to od niego zależało, co rychlej wróciłby do lasu, do partyzantki, że nic nie pozostało z jego wojennej odwagi, a teraz, kiedy jest pokój, czuje się jak ofiara, czeka, aż zrobi się ciemno, przemyka ulicami miasta, nad którym sprawuje kontrolę, przekrada się chyłkiem jak konspirator w czasie wojny, a tych tutejszych ludzi, tych Istryjczyków, boi się bardziej niż dawniej Niemców. Wszystko to Risto chciał powiedzieć Aleksandrowi, choć wiedział, że kiedy już usiądą naprzeciw siebie, z trudem znajdzie odpowiednie słowa, bo Aleksandra w ogóle nie zna, Aleksandar jest młodszy od niego, przybywa z Lublany i może jest tak samo dziwny, jak dziwni są ludzie w Bujach. Kiedy za dużo wypił, zastanawiał się nawet, czy można jeszcze znaleźć normalnych, podobnych do niego ludzi, bo teraz, co gorsza, także w Užicu wszyscy są inni, tak jak tu pozwalają ci mówić i nigdy nie przerywają, tylko patrzą na ciebie szeroko otwartymi oczami, a ty nie potrafisz zgadnąć, o co im tak naprawdę chodzi. Może już nigdzie nie ma nikogo, myślał Risto, kto mógłby mu przytaknąć, boi się szeroko otwartych oczu, w których pogrąża się jak w bagnie, może już nie ma nikogo, komu on, komisarz polityczny, członek partii komunistycznej, mógłby wyznać, że boi się ludzi, którzy tylko stoją przed nim i go słuchają. Dlatego Aleksandar Ðorđević był jego ostatnią nadzieją, on to na pewno zrozumie, będzie wiedział, o czym mówi Risto, bo to przecież nasz człowiek, a nasi ludzie myślą tak samo i w ten sam sposób patrzą na wszystko.

Risto oczywiście nie mógł wiedzieć, jaki człowiek kryje się za swojsko brzmiącym nazwiskiem, kiedy w swoim biurze, niecierpliwie czekając na Aleksandra, kieliszek za kieliszkiem wlewał w siebie mocną morelową rakiję i zagryzał ją plasterkami wędliny. Nie mógł wiedzieć, że Aleksandar Ðorđević nawet w niewielkim stopniu nie jest typowym przedstawicielem swojego rodu, ponieważ rodu, na jaki wskazywało jego nazwisko, w ogóle nie było. Aleksandar, urodzony w Nowym Sadzie w roku 1925, początkowo nosił nazwisko swojej mamy, pielęgniarki i właścicielki księgarni Ester Aljehin, natomiast imię, jak twierdziła mama, dostał po ojcu. A o swoim ojcu – poza tym, że podobno pochodził z Ukrainy, miał na imię Aleksandar i tak jak on gęste, krzaczaste brwi – mój dziadek nigdy nie dowiedział się niczego więcej, zresztą aż do śmierci wątpił w całą tę historię. Dla Ester, która po swoim ojcu Mošem odziedziczyła niewielką nowosadzką księgarnię, wojna zaczęła się dużo wcześniej niż w dniu, kiedy do Nowego Sadu wkroczyli pierwsi naziści. Ona też rozpoczęła swoją walkę o wolność dużo wcześniej niż bojownicy o wolność, których zapamięta historia. Wystarczyła jej kapryśna deszczowa wiosna roku 1937, by uwieść dentystę Milorada Ðorđevicia i przekonać go do małżeństwa, po czym bez słowa wyjaśnienia, już jako pani Ðorđević, z synem Aleksandrem Ðorđeviciem opuściła nowego męża i rodzinne miasto i przeprowadziła się do Belgradu. Branislava, bo takie imię nosiła po przybyciu do stolicy, zdobywszy odpowiednie wykształcenie, pracowała jako pielęgniarka i wszystkim przedstawiała się jako wdowa po Miloradzie. Chodziła nawet do cerkwi i paliła za niego świece, a mały Aleksandar musiał nauczyć się modlitw za spokój duszy swojego rzekomo świętej pamięci rzekomego ojca i przyciągać pełne litości spojrzenia belgradzkich pań po to, by widok pani Ðorđević z synem przed cerkiewnym ołtarzem jak najgłębiej zapadł im w pamięć. Wszystko w życiu Ester Aljehin i Branislavy Ðorđević było przemyślane, podporządkowane jednemu celowi – przetrwać bez upokorzeń i prześladowań. Moja prababcia wobec nikogo nie czuła obowiązku przedstawiania się prawdziwym nazwiskiem, wobec nikogo nie czuła potrzeby szczerości, nikt nie zasłużył sobie, żeby ją poznać taką, jaka była bez maski. Gardziła tym światem, który nawet nie próbował ukryć przyziemnej nienawiści do wszystkiego, co inne, i ze szczególną rozkoszą kłamała mu prosto w twarz, udawała, że jest dokładnie taka, jaką chciałby widzieć. Grała rolę osoby należącej do tego nikczemnego świata, z oddaniem wczuwała się w jego lęki i uprzedzenia, prymitywizm i ignorancję. Jak kameleon upodabniała się do otoczenia, którym pogardzała, życzliwie uśmiechała się do ludzi, okazywała im szacunek, z każdym dniem coraz bardziej doskonaliła swoje zakłamanie, aż w końcu zatraciła się w nim i Ester Aljehin, kobieta przebiegła, wyrachowana, wyniosła wobec świata, która w domu po cichu czytała małemu Aleksandrowi Josepha Rotha w oryginale, zniknęła pod fałszywym obliczem małodusznej Branislavy Ðorđević, która wyjaśniała z oburzeniem wielbicielom, że raz zamężna kobieta na zawsze pozostaje mężatką, więc powinni się wstydzić swoich grzesznych myśli. Ale nawet Branislava Ðorđević nie mogła zdusić w sobie strachu Ester Aljehin, kiedy w mieście zobaczyła pierwsze nazistowskie mundury i usłyszała o niewyjaśnionym zaginięciu doktora Štiglica, kiedy dotarły do niej powtarzane szeptem opowieści o tym, że coś się dzieje nocami na terenie belgradzkich targów[2]. Strach wypędził Branislavę Ðorđević z Belgradu, gdzie nikt jej nie zagrażał i nikt nie znał jej tajemnicy, ale strach Ester Aljehin był wielki, a pragnienie przetrwania jeszcze większe, więc Branislava i Aleksandar Ðorđević w lutym 1942 roku znaleźli się w Lublanie, która wtedy pozostawała pod okupacją Włochów, a z jakiegoś powodu Ester bała się ich mniej niż Niemców. Słoweńcy też wydawali się jej mniej straszni od Serbów, przede wszystkim dlatego, że Lublana leżała dalej od Nowego Sadu niż Belgrad i wśród Słoweńców z pewnością mniej było ludzi, którzy mogliby znać jej tajemnicę. Lecz strach wcale nie zniknął wraz z przybyciem do Lublany, co więcej, stał się silniejszy, bo Słoweńcy przyglądali się jej z podejrzliwością podobną do tej, z jaką miejscowi w Bujach trzynaście lat później patrzyli na Rista Marjanovicia. Była to podejrzliwość wobec obcych, ale Branislava nie potrafiła ocenić, co właściwie mieszkańcy Lublany w niej widzą i o co ją oskarżają ich spojrzenia. Dlatego Ester Aljehin jeszcze głębiej zaszyła się w Lublanie. W szpitalu wykonywała swoją pracę w milczeniu, a później zamykała się w skromnym mieszkaniu. Nie spacerowała po mieście, nie bywała w cerkwi, nie chodziła na targ, w ogóle nie pokazywała się między ludźmi, nie próbowała wejść w nową rolę, nie chciała być częścią tłumu, bo ten tłum był tak bardzo obcy, że przekraczało to jej zdolności aktorskie. Wieczorami Aleksandar uczył mamę słoweńskiego, bo w tym języku rozmawiał z kolegami, ona jednak po słoweńsku nie odezwała się do nikogo. Uczył ją też włoskiego, który obowiązywał w szkole, a ona jego niemieckiego, który znała od ojca. Był to język wroga, ale także – jak wyjaśniała synowi – język Josepha Rotha. Nic nie jest jednoznaczne na tym świecie, mówiła ta kobieta patrząca na oszalały świat innymi oczami. Wojna jej zdaniem nie podzieliła świata na dobrych i złych ani na naszych i tamtych, wojna ostatecznie podzieliła świat na nią i jego, Aleksandra, po jednej i wszystkich pozostałych po drugiej stronie, więc każdego dnia Ester Aljehin walczyła w tej swojej wojnie, zawsze przyczajona, wieczna zakładniczka strachu, który pierwszy raz zakiełkował w niej w dawnym 1936 roku w Nowym Sadzie, kiedy jakiś mężczyzna wszedł do jej księgarni i powiedział, że już niedługo skończą się czasy, gdy jedni przeglądają książki, a drudzy harują na polu, że wkrótce nastanie nowy porządek. Ten strach ciągle rósł w Ester Aljehin, w Lublanie nie pozwalała Aleksandrowi zapalać wieczorami lampy, zaczęła mówić szeptem, coraz szybciej pokonywała drogę ze szpitala do domu, a kiedy zimą noc nadchodziła zaraz po południu, biegła przez lublańskie ulice do swojego mieszkania, zamykała drzwi na klucz i opierała się o nie plecami, jakby po drugiej stronie byli jej prześladowcy. Pod koniec 1944 roku, gdy Lublanę okupowali już Niemcy, pewnego wieczoru Aleksandar znalazł Ester leżącą niemal na progu mieszkania. Jej serce pokonał strach, upadła na ziemię przed zamkniętymi drzwiami, w samym środku Lublany, która się nią nie interesowała, która nie znała jej tajemnicy, nie rozumiała i nawet nie mogłaby zrozumieć, czego tak bardzo bała się Branislava Ðorđević, była właścicielka księgarni, wdowa po Miloradzie Ðorđeviciu, pielęgniarka wzorowo wypełniająca swoje obowiązki w lublańskim szpitalu. Ale niewyjaśnione śmierci w tamtych czasach zdarzały się często i nie budziły niepokoju, nikogo nie zaskoczył zawał serca u młodej kobiety, nikomu nie wydało się to czymś nadzwyczajnym w tych niezwyczajnych czasach. Przyszli, złożyli Aleksandrowi wyrazy współczucia i poszli dalej swoją drogą, a jego zostawili samego w mieszkaniu, w którym bał się zapalić lampę i mówić inaczej niż tylko szeptem, żeby nie przestraszyć swojej zmarłej mamy.

W samotnym komisarzu Riście Marjanoviciu, który w roku 1955 w Bujach czekał na niego z resztkami kajmaku, skwarków, wędzonej polędwicy i niemal pustą butelką rakii, Aleksandar Ðorđević rozpoznał pozostałości tego świata, który przestraszył Ester Aljehin, świata, który powinien być jego światem, ale nie był nim ani trochę, świata, którym w równym stopniu pogardzał, co się go bał. Aleksandar Ðorđević, obcy o swojsko brzmiącym nazwisku, w którym Risto Marjanović widział przyszłego przyjaciela, bezwzględnie potrzebną mu bratnią duszę, nie mógł być dla tego nieszczęsnego człowieka bardziej nieodpowiednią osobą jako kandydat na kogoś bliskiego. Risto stwierdził to chyba już w chwili, gdy Aleksandar przekroczył próg jego biura. Coś było w jego postawie, powadze i milczeniu, w cierpliwym oczekiwaniu, aż Risto odezwie się pierwszy, w „per wy”, sposobie, w jaki zwracał się do niego, we wszystkim. Jeszcze jeden, pomyślał rozczarowany Risto, jeszcze jeden z tych obcych, niemożliwych do zrozumienia ludzi, jeszcze jeden, przed którym będę się krył i którego będę unikał. Zmierzył spojrzeniem stojącego w drzwiach i czekającego na instrukcje Aleksandra, pociągnął ostatni łyk morelowej rakii, wstał i ruszył ku drzwiom.

Chodźmy. Im szybciej znajdziemy ci jakiś nocleg, tym lepiej dla nas obu.

Risto zaprowadził Aleksandra do domu na rogu głównego placu. Otworzył drzwi i wszedł do środka.

Kluczy nie mam, ale i tak nie są ci potrzebne. Nikt się tu nie zakradnie, raczej będą przed tobą uciekać.

Pokazał mu kuchnię, łazienkę i sypialnię. Otworzył szafę pełną ubrań.

Jeśli będziesz potrzebował miejsca, możesz to przesunąć albo wyrzucić.

Risto zdjął kilka ubrań z wieszaków i położył je na dnie szafy.

Czyje to jest? spytał Aleksandar.

To? Nie wiem. Jakichś Włochów.

A gdzie oni są?

Kto? Włosi?

Tak.

Skąd mam wiedzieć! Wyjechali.

Bez swoich rzeczy?

Risto tracił już cierpliwość do Aleksandra i jego pytań.

Jeśli chcesz, jutro rano podeślę ci kogoś, żeby opróżnił te szafy.

Nie mogę mieszkać w tym domu.

Dlaczego?

Przecież sami widzicie, tu mieszkają ludzie.

Czego ty właściwie chcesz? Żebym zbudował ci hotel? Wszystkie domy są takie. Oni wyjechali, my przyjechaliśmy. Tak to jest w życiu.

A jeśli wrócą?

Zrobisz im kawę i zaproponujesz coś do zjedzenia.

Kiedy wyszedł, Aleksandar wrócił do sypialni i pozbierał z podłogi ubrania rozrzucone przez Rista. Powiesił je na wieszakach, zamknął szafę i zszedł do kuchni. Ostrożnie okrążył stół, starając się niczego nie dotknąć. W szklance stojącej koło zlewu pod cienką warstwą kurzu zobaczył wyschnięte fusy po kawie, a na dnie garnka pozostawionego na płycie kuchenki poczerniałe resztki jedzenia, w piecu leżała zwęglona szczapa i niewielkie kawałki gazetowego papieru z cienką obwódką sadzy. Na ścianie na wysokości oczu jaśniała prostokątna plama, ślad po obrazie albo fotografii. Aleksandar pomyślał, że pewnie ktoś zabrał to, co tu wisiało, może Risto, a może ktoś inny, kto odważył się wejść do opuszczonego domu. Był już zmęczony, wrócił do sypialni, ale przystanął przed łóżkiem. Nie mógł spać w cudzej pościeli, położył się więc na podłodze między łóżkiem a szafą, wsunął pod głowę kurtkę i zasnął w jednej chwili. Szczęśliwie jego młode ciało nie zdążyło się przyzwyczaić do wygody, jaką dawało miękkie lublańskie posłanie.

Rano Aleksandar jeszcze raz powtórzył Ristowi, że nie może zostać w tym domu. Komisarz, który z powodu koszmarnego bólu głowy siedział ze zmrużonymi oczami w ciemnościach, za przymkniętymi okiennicami, wyjaśnił Aleksandrowi, że wszystkie domy w mieście wyglądają podobnie, a jeśli chce mieć nowy, musi wybudować go sobie sam. Skacowany Risto oczywiście nie myślał poważnie, chciał tylko jak najszybciej pozbyć się natręta, ale na nieszczęście dla niego nadleśniczemu, temu dziwnemu młodemu człowiekowi, zbudowanie nowego domu wydawało się łatwiejsze niż zamieszkanie w cudzym.

Kiedy Risto stwierdził, że Aleksandar go nie zrozumiał, otworzył oczy i odezwał się innym tonem:

Słuchaj no, Ðorđević, jeśli wszyscy mogli wprowadzić się do takich domów, możesz i ty. Rozumiesz? Nie udawaj mi tu świętoszka i nie rób sobie jaj, tylko wynoś się do swojego domu.

To nie jest mój dom, towarzyszu Marjanović.

Nie twój?

Nie.

Teraz wszystko jest nasze, prawda?

Prawda.

Więc jeśli mówię, że dom jest twój, to znaczy, że jest.

Nasze to nie to samo co moje.

Co powiedziałeś?

Nasze to nie to samo co moje.

Robisz mnie w konia?

Nie.

Chodź.

Risto wyprowadził Aleksandra na ulicę i pokazał ręką na północ.

Widzisz te pagórki? Do tamtego miejsca sięga moja władza. Do granicy. Tam możesz sobie zbudować swój dom. Żebyś przez okno mógł widzieć Słowenię.

Tak oto skacowany Risto położył fundamenty pod dom Aleksandra we wsi Momjan, tuż przy granicy słoweńskiej, pięć kilometrów od miasta, myśląc, że w ten sposób należycie karze młodego leśnika za jego zuchwałość.

Tydzień później Aleksandar i jego ciężarna żona Jana szli długich pięć kilometrów z Buj do Momjanu. Aleksandar co kilka metrów odwracał się ku żonie, czekając na jej pełne potępienia spojrzenie, czekając, aż zmęczona Jana zatrzyma się i spyta, czy nie zapomniał, że jest w ciąży, i jak daleko jest jeszcze do ich parceli. Ale Jana szła za nim bez słowa.

Aleksandar wiedział, że milczenie żony nie jest dobrym znakiem, a na końcu drogi nie czeka go entuzjazm, lecz nie pozostało mu nic innego, jak w milczeniu iść dalej i niewłaściwym słowem nie pogorszyć sytuacji. Nigdy, ani wcześniej, ani później, droga z Buj do Momjanu nie wydawała mu się dłuższa niż tamtego poranka, nigdy nie było więcej przebytej drogi za nimi i nieprzebytej przed nimi, nigdy droga nie pięła się bardziej stromo i nigdy bardziej nie wiła się między pagórkami Istrii.

Jana mimo widocznego już brzucha nie zostawała w tyle. Jeśli on szedł żwawym krokiem, szybciej maszerowała też ona, Aleksandar wiedział, że to nie wróży niczego dobrego, miał nadzieję, że Jana zatrzyma się przed Momjanem i już w czasie wędrówki wyrzuci z siebie wszystkie te słowa, które się w niej nagromadziły. Ale Jana milczała nawet wtedy, gdy Aleksandar przystanął i rozłożył ręce.

No to jesteśmy.

Pokazał jej lśniącą w słońcu zatokę, potem palcem powędrował wzdłuż wybrzeża, aż do Umagu, który ginął w wiosennej mgle, pokazał jej Buje, które stąd wyglądały jak malutka, zwarta wioska, trochę większa niż Momjan, i Słowenię, która zaczynała się u stóp ich wzgórza.

Jakby natura całowała moje oczy, Aleksandar opisywał Ristowi widok, chcąc mu powiedzieć, że kara, którą mu wymierzył, jest dla niego niczym dar od Boga. Tak Aleksandar, zaprzysięgły ateista, nazwał swoją parcelę, żeby wkurzyć ateistę jeszcze bardziej zagorzałego niż on sam, nie zdając sobie sprawy, że tego załamanego, zdesperowanego człowieka coś takiego na pewno nie ruszy...

Dar od Boga.

Jana nigdy nie podnosiła głosu. Kiedy wpadała w złość, mówiła niewiele, powoli, cedziła słowa przez zęby, oddzielając je przerwami, a od jej głosu, tak cichego, że prawie nie było jej wtedy słychać, wszystkim wokoło cierpła skóra. Patrzyła pustym wzrokiem przed siebie, jakby krew krzepła jej w żyłach, budząc strach najpierw w Aleksandrze, potem w dzieciach, a na końcu we wnukach. Ale Aleksandar opowiadał, że jej spojrzenie nigdy nie budziło takich dreszczy, jak tamtego poranka w Momjanie.

Dar od Boga, powiedziała Jana i ani słowa więcej, dopóki nie wrócili do Buj, do domu na skraju placu, gdzie na podłodze w kuchni rozkładali wieczorami włosiany materac, wyjmowali swoje rzeczy z pudeł i z powrotem je w nich chowali, gdzie jedli i pili z naczyń, które przywieźli z Lublany, i urządzili sobie małe awaryjne schronienie w środku dużego cudzego domu.

Wszystko powiedziała Aleksandrowi w tych trzech słowach, które były historią wędrówki ciężarnej kobiety z Buj do Momjanu, odą ku czci domu na końcu świata i lamentem nad tym, co zostawili w Lublanie. Te trzy słowa były buntem przeciw wszystkiemu, ale Aleksandar wciąż wierzył w młodzieńczym zapale, że w tej opowieści uda mu się przeciągnąć Janę na swoją stronę, i zaczął budować dom w Momjanie z nadzieją, że i ona, gdy w końcu zostanie wzniesiony, znajdzie w nim swój prawdziwy dom.

Kto wie, czy popychało go do tego pragnienie, by pierwszy raz w życiu stanąć na własnej ziemi, schronić się w końcu na swoim i uciszyć w sobie strach Ester Aljehin, czy też była to tylko wrażliwość człowieka sprawiedliwego, która kazała mu dzień w dzień rzucać całemu światu prosto w twarz, że on, Aleksandar Ðorđević, woli codziennie przejść dziesięć kilometrów z Momjanu do Buj i z powrotem, niż spocząć w cudzym łóżku. I że coś, co robią wszyscy, nie oznacza jeszcze, że jest to dobre i że on może to zaakceptować. Jakkolwiek było, jedno stawało się jasne: każdego dnia, z każdym kamieniem położonym w fundamentach domu z Aleksandra przemawiała jego matka, która nauczyła go, że czasami – i jest to normalne – zdarza się powszechne szaleństwo, a wysługiwanie się tłumowi nie zawsze wystarcza, żeby przeżyć.

Jana nie chodziła z nim do Momjanu, ale zostawała w Bujach i drobnymi, niedostrzegalnymi ruchami przeobrażała obcy dom, w którym musieli żyć, we własny. Wszystkie rzeczy dawnych właścicieli usunęła daleko od oczu Aleksandra. Naczynia wyniosła z kuchni, ubrania z szaf, pościel z łóżek, nawet firanki, które zdjęła z karniszy, schowała w piwnicy. Posprzątała dom i wypędziła jego duchy, wszystko po to, żeby Aleksandar mógł w nim zamieszkać, choć on wolał tamto miejsce na końcu długiej, krętej drogi donikąd.

Z każdym położonym kamieniem było go więcej na tym podarowanym kawałku ziemi, a mniej z nią, z każdą kroplą potu, która spłynęła mu po twarzy i wsiąkła w czerwoną ziemię, coraz bardziej przenikał w tę glebę. Malutki kawałek świata był teraz jego, nie nasz, lecz tylko jego. Czuł różnicę i nie wstydził się jej, bo w posiadaniu doświadczał sprawiedliwości, zapłaty za lata bez dachu nad głową. Często pod wieczór siadywał na swojej ziemi i spoglądając ku morzu, zadawał sobie pytanie, czy to jest szczęście, o którym się tyle mówi, czy to uczucie, że po prostu istniejesz, nigdzie się nie wybierasz, że mógłbyś tak siedzieć bez końca i nigdy się stąd nie ruszyć.

Aleksandar i Jana, budując w dwóch miejscach swój dom, przywoływali się nawzajem. Była to dziecinna gra dwojga niedojrzałych kochanków, którzy różnie wyobrażali sobie dorosłe życie. Usprawiedliwieniem dla Aleksandra było dzieciństwo, które przeżył w strachu, strachu Ester Aljehin, usprawiedliwieniem dla Jany jej wiek, niespełna dwadzieścia lat, a ich wspólnym usprawiedliwieniem miłość, niepojęta, magnetyczna siła, która przyciągała ich i jednocześnie odpychała przez całe życie.

Pewnego dnia rano Aleksandar, wędrując swoją zwykłą trasą przez miasto, zdecydował się pójść trochę naokoło i zajrzeć do domu, do Jany. W ciągu dnia zwykle zajmował się pracą, której przeważnie sam sobie szukał, więc często błądził bez celu po lasach, znakując drzewa do wyrębu, a popołudnia spędzał w Momjanie, gdzie pojawiły się już pierwsze zarysy domu. Przyszło mu do głowy rozbić ten powtarzający się schemat i zaskoczyć żonę niezapowiedzianą wizytą. Po raz pierwszy od dawna wszedł do domu oświetlonego przedpołudniowym słońcem i w jednej chwili zrozumiał, co zrobiła z nim Jana. Od razu zobaczył to, czego wieczorami nie widziały jego zmęczone oczy. Zniknęły wszystkie obce przedmioty, cudzy dom był teraz pełen ich dwojga. Ich resztek jedzenia, ich brudnej bielizny, ich naczyń, ich gazet.

Wszedł po schodach do sypialni, na łóżku leżała nowa pościel, ich poduszki, kołdry i prześcieradła, w szafie wisiały jego i jej koszule. Ubrań, które Risto rzucił na podłogę, a które on podniósł i powiesił z powrotem, nie było. Po tych, co kiedyś tu jedli i spali, nie pozostał żaden ślad. Wreszcie byli w domu sami, wreszcie nie było nikogo, kto niewidzialnie siedziałby obok nich, niesłyszalnie stąpał po skrzypiących schodach, kto wraz z przeciągiem przechadzałby się po pokojach.

Teraz w domu widział tylko Janę, na dole, w kuchni, szykowała kolację, wieszała pranie na rozciągniętym przez ulicę sznurze, widział, jak stoi w oknie i czeka, aż on zmęczony wróci z Momjanu, widział, jak – kiedy on odsuwa stół i rozkłada materac na podłodze w kuchni – w łazience przebiera się w nocną koszulę, staje w drzwiach i czeka, aż zostanie przygotowane posłanie i będzie mogła się położyć. I wiedział, że widzi ją, bo jego wspomnienia wypełniły każdy zakątek tego domu i usunęły z niego inne, obce. Dom podporządkował się im, Janie i Aleksandrowi. Nagle poczuł pragnienie, żeby zamknąć się tutaj i kochać z nią, zapomnieć o mijających dniach i nocach.

Dopiero wtedy zrozumiał, że Jany nie ma. Wybiegł w panice na dwór i jak szalony zaczął przemierzać miasto w poszukiwaniu ciężarnej żony.

Tymczasem ona w Momjanie przechadzała się między ścianami jego niewybudowanego domu, przesuwała po nich rękami, jakby chciała usunąć więź Aleksandra z tym odludnym miejscem, jakby chciała poczuć dotknięciem to jego przywiązanie, wchłonąć je i nim nasiąknąć.

Krążyła wśród ścian, wyobrażając go sobie: popołudniami ściga się z nocą, stara się zrobić jak najwięcej, dopóki jeszcze coś widać, zanim zapadnie zmrok i każe mu wrócić do miasta, do niej. Wyobrażała sobie męża, który stoi przed gołą ścianą jak malarz przed płótnem i próbuje namalować dom. Coś ciepłego, skrzypiącego, z zapachem odgrzanej zupy i ścianami, które w dotyku są tak delikatne, jak naga skóra. Widziała go, zamkniętego w tych ścianach razem z nią i ich dzieckiem, ukrytego przed wszystkim, co nie było nimi, nie było ich trojgiem. Nigdy nie pytała go, jaki ma być ten dom, ale teraz zobaczyła wyraźnie Aleksandra, który palcami nadaje kształt ich ciepłemu schronieniu.

A potem się zaczęło. Chwyciła się za brzuch i od razu wiedziała, że nie wróci do Buj, że urodzi właśnie tu, w Momjanie, koło szkieletu nieukończonego domu Aleksandra. Wyszła na drogę i rozejrzała się wokoło, szukając jakiegoś człowieka.

Ani za pierwszym razem, gdy Aleksandar przyprowadził ją tutaj, ani teraz, gdy przyszła tą drogą sama, nie spotkała żywej duszy. Domy wzdłuż drogi wyglądały na opuszczone, tak samo jak w Bujach, choć tam mieszkali jeszcze ludzie. Zjawy, które dostrzegała kątem oka, wyglądały ukradkiem przez okna albo przemykały w głębi podwórka. Czasem słyszała niezrozumiałe głosy, dochodziły z placu, ale Jana miała wrażenie, że są to głosy ludzi, którzy mieszkali w jej domu, że ją wyganiają, bo jest w nim intruzem, zamykała wtedy okna ze strachu i chowała się w kuchni wśród hałasu garnków.

Ale teraz chciała zobaczyć zjawy, usłyszeć ich głosy, usłyszeć, jak podeszwa buta dotyka podłogi, jak ostrze noża nacina łupinę ziemniaka, jak szeleści tkanina, która ociera się o zlew, cokolwiek, co by zdradzało ich obecność za przymkniętymi okiennicami. Nie chciała wierzyć grobowej ciszy, dziecko opuszczające jej ciało też nie chciało wierzyć tej ciszy, podeszła więc do drzwi i zaczęła w nie walić. Z całej siły uderzała pięściami w grubą dębinę, wydawało się jej, że słyszy głosy, dokładnie takie same jak w Bujach, niezrozumiałe, których się bała, ale nie przestawała walić, bo dziecko opuszczające jej ciało nie wiedziało, co to strach, nie bało się zjaw, drzwi musiały się otworzyć, musiały się otworzyć przed dzieckiem, które chciało wejść do domu.

To dziecko nie było intruzem, nie chciało się ukrywać, chciało żyć między zjawami i ludźmi, dla niego wszyscy byli jednakowi, wszystkich też rozumiało, dlatego dalej waliło w drzwi, które się w końcu otworzyły. Na dziecko spojrzały drobne oczy staruszki i powiedziały coś, czego nie dało się zrozumieć, ale tym razem Jana wszystko zrozumiała.

Aleksandar szedł pod górę, potykając się z wyczerpania, kiedy zobaczył staruszkę, która stała pośrodku drogi, jakby na niego czekała. Pomyślał, że to przywidzenie. Widywał ją czasem, ale zawsze bezgłośnie kręciła się wokoło własnego domu, cofała się przed nim, znikała za rogiem, teraz jednak patrzyła mu prosto w oczy i zapraszała do środka. Nawet zjawy są lepsze niż rozpacz, przeleciało mu przez myśl. Ruszył za staruszką, a gdy usłyszał płacz dziecka, przyśpieszył kroku. Po chwili stanął jak zaczarowany obok nieznanej kobiety, która w objęciach trzymała jego córkę.

Dar od Boga, powiedział, kiedy nieznajoma złożyła drobniutkie ciałko dziecka w jego duże dłonie. Dar od Boga, powtórzyła za nim półżywa Jana i dopiero wtedy w kącie pokoju zobaczył żonę. Usiadł przy niej na łóżku i chciał ją pocałować, ale Jana się odsunęła.

Obiecaj, zaczęła i przerwała. Jej ciało cały czas drżało z wysiłku. Obiecaj mi, że już nigdy nie pozwolisz, żeby nas... żeby nas rzucali gdzieś po świecie.

Obiecuję, powiedział, całując ją w zroszone potem czoło.

Wtedy w pokoju rozległy się niezrozumiałe głosy, które ich głaskały i obejmowały, śpiewały im. Aleksandar spojrzeniem poszukał staruszki.

Grazie, donna sante.

Pierwszy raz po wojnie odezwał się po włosku. Odczarował urok, który rzucił sam na siebie, głosy w domu nagle stały się zrozumiałe. Nieznajome kobiety szeptem opowiadały o urodzie jego córeczki, oczach mamy i ustach taty.

Z czasem dar od Boga w opowieściach Aleksandra przeobraził się w znak od Boga i zdecydował, który z ich dwóch domów – w Bujach i w Momjanie – będzie domem prawdziwym. Dla niego bożym znakiem było to, że jego pierworodna córka przyszła na świat w Momjanie, a nie w Bujach, które oficjalnie zostały uznane za miejsce jej urodzenia, dlatego rodzina Ðorđević–Benedejčič zamieszkała w Momjanie, a dom w Bujach pozostawiła nowym intruzom.

Ale Jana wolała mówić o karze bożej, którą Bóg wymierzył Aleksandrowi za jego upór i za to, że zmusił żonę do wędrówki z Buj do Momjanu, przez co nie zdążył na narodziny córki, a on za każdym razem odpowiadał: Jeśli to prawda, to Bóg jest zwykłym głupcem.

II

1

Z taboretu koło łóżka, który dziadkowi służył też za nocną szafkę, wziąłem książkę i otworzyłem w miejscu zaznaczonym kawałkiem gazety. Zawsze było mu szkoda skórzanych, bawełnianych lub papierowych zakładek, które zamiast tkwić w książkach, poniewierały się w przepełnionych szufladach lub innych nieposprzątanych zakątkach jego domu, podczas gdy ich rolę odgrywały ołówki, wykałaczki, monety i długie, cienkie, płaskie przedmioty, które znalazł pod ręką. Jego życie w późnej starości było sumą mało ważnych szczegółów. Nieschodzące plamy na koszulach, wyschnięte resztki jedzenia na talerzach, różnokolorowe sznurowadła, przepalone żarówki, wyszczerbione kieliszki, zużyte długopisy, nieważne legitymacje, dawno nieaktualne horoskopy, klucze bez kłódki i kłódki bez kluczy – były to mało znaczące drobiazgi, na które nie miał ochoty tracić swojego odmierzonego czasu.

Z powodu upływających godzin dziadek nigdy nie szukał w zakamarkach domu rzeczy stworzonych w określonym celu, na przykład po to, żeby je włożyć między strony książek, bo przecież pod bokiem zawsze było dużo innych przedmiotów, które równie skutecznie mogły odgrywać tę albo nawet jeszcze bardziej wymagającą rolę. Kawę trzymał w słoiku po majonezie, z którego sypał ją do dżezwy i mieszał końcówką zapalarki do gazu, a potem nalewał do kubeczków po jogurcie, tymczasem piękne babcine pojemniki na cukier, sól i kawę, pozłacane łyżeczki i porcelanowe filiżanki pokrywały się warstwą kurzu w kredensie.

Mamie puściły nerwy, kiedy do oznaczenia miejsca, gdzie skończył czytać, wykorzystał swój dowód osobisty, po czym książkę oddał do biblioteki, skąd dowód wrócił dopiero wtedy, gdy ktoś ponownie wypożyczył książkę. Wkurzyła się i urządziła polowanie na zakładki, wywróciła do góry nogami szuflady, odsunęła fotele, szafy, a nawet lodówkę, weszła pod stoły i łóżka, w końcu zacietrzewiona położyła na taborecie dziadka siedem zakładek i próbowała wbić mu do głowy, że powinien ich używać. Wbrew oczekiwaniom mamy obiecał, że będzie stosował się do jej zaleceń.

Ale dziadek czytał tylko wieczorem, przed snem, tam gdzie miał pod ręką taboret, na którym kończyły tylko nieliczne książki, więc szybko znowu zaczął wkładać między kartki najróżniejsze przedmioty, od wizytówek elektryków po ulotki świadków Jehowy, najczęściej jednak oderwany skrawek gazety. Kiedyś, gdy czytał naprawdę grubą książkę, przez kilka miesięcy sterczał z niej nekrolog ze zdjęciem świętej pamięci Julii Morosin.

Jej pogodzona z losem twarz patrzyła na mnie ze stołu w pokoju dziennym, z oparcia fotela dziadka, z pieca, z komody w sieni, nawet z podłogi w toalecie. Wiele razy liczyłem jej osiemdziesiąt siedem lat, trzy córki z rodzinami i dni do pogrzebu, zanim zacząłem uciekać przed nią spojrzeniem, w końcu uwolniłem nieszczęsną Juliję od jej pośmiertnych obowiązków i w stylu dziadka zastąpiłem ją fragmentem artykułu o regatach żeglarskich.

Choć w jego domu rzeczy cieszyły się nieograniczoną wolnością, ręczniki kąpielowe opalały się na podłodze w sypialni, a słowniki odpoczywały na spłuczce w łazience, mój roztargniony dziadek był wyjątkowo zdyscyplinowanym czytelnikiem. Lektury nigdy nie kończył w połowie strony, tym bardziej w połowie zdania. Kiedy czytał, nie pozwalał, żeby coś mu w tym przeszkadzało, nawet jeśli ktoś dzwonił do drzwi albo coś, co miało być ričetem[3], kipiało z garnka, który stał na kuchence. Zawsze czytał rozdział od początku do końca, a gdy rozdziały były zbyt długie, kończył na pierwszym akapicie po lewej stronie. Dlatego bez trudu można było stwierdzić, gdzie dziadek zaprzestał lektury poprzedniego wieczoru i które zdanie było ostatnim zdaniem w jego życiu.

Książkę leżącą na taborecie otworzyłem tam, gdzie wetknął kawałek gazety. Na górze lewej strony zdanie nie miało początku, więc odwróciłem kartkę i przeczytałem cały akapit, aż do końca na następnej stronie.

Jakieś sto lat temu – od tamtej pory w tej części świata niemało się wydarzyło – moi przodkowie ze strony ojca wyjechali z Galicji, wschodniej prowincji ck monarchii (dzisiaj zachodnia Ukraina), i osiedlili się w Bośni, którą niedawno przyłączono do imperium Habsburgów. Ich chłopscy protoplaści przywieźli ze sobą kilka uli, pług, wiele pieśni o porzucaniu ojczyzny i przepis na barszcz, potrawę wcześniej nieznaną na Bałkanach[4].

W pewnej chwili poczułem, że za moimi plecami stanął koroner i czeka, aż ustąpię mu miejsca, żeby mógł przeliczyć plamy opadowe na karku dziadka, zmierzyć szerokość źrenic, przezroczystość rogówki i stwierdzić, kiedy nastąpiła śmierć, ale tak samo jak dziadek, musiałem przeczytać akapit do końca. To był mój obowiązek, spóźnione przeprosiny za wszystkie odwołane wizyty. Wiedziałem, że te przeprosiny nie znajdą adresata, lecz mimo to czytałem dalej, by w końcu dojść do ostatniego słowa, ostatniej litery. Przerwałem dokładnie tam, gdzie poprzedniego wieczoru skończył dziadek.

– Niewielu ludzi koło łóżka ma książkę. Prędzej kobiety, mężczyźni prawie nigdy. Czasopisma, gazety, owszem, ale najczęściej pilota. Takie czasy. Nie zdają sobie sprawy, że dzięki książkom sami tworzą obraz swoich snów, że czytając, rozwijają i pielęgnują wyobraźnię, tymczasem telewizja narzuca im te obrazy. Obrazy, które pojawiają się nam przed oczami przy lekturze książek, są nasze, a w telewizji widzimy cudze. Programy telewizyjne to gwałt na naszym świecie snów. Wszystko, co oglądamy, znajduje drogę do naszej podświadomości, dlatego coraz bardziej jesteśmy rozkojarzeni i niespokojni. Obrazy naszej podświadomości to obrazy pełne grozy.

Odwróciłem się i zobaczyłem przed sobą młodego człowieka z Piranu, który znalazł pracę po chorwackiej stronie granicy. Zapewne odpowiednio przeszkolony, stał w stosownej odległości od osoby pogrążonej w żałobie i spoglądał wzrokiem pełnym stosownego współczucia. Śmierć to jego zawód, mówił więc swobodnie, lecz z powagą w głosie, jakby chciał wywołać wrażenie, że każde ciało, na które spogląda, przeprowadzając oględziny, jest dla niego nową historią i że jeszcze nie uległ zobojętnieniu nabywanemu wraz z rutyną. Ale mnie wydawało się, że postępuje zgodnie z jakąś zawodową instrukcją i celowo wypełnia ciszę, która przed jego przybyciem roztoczyła się wokół ciała, a jego pełna frazesów przemowa to tylko jeden z obowiązków służbowych.

Korciło mnie, żeby rozbić ten schemat, nie kiwać już grzecznie głową, lecz jak najbardziej serio spytać, skąd jego zdaniem w dawnych wiekach brały się w podświadomości ludzi te wszystkie nierzeczywiste, mroczne obrazy opisywane przez średniowiecznych fantastów, skąd nocne koszmary, zanim pojawiły się telewizja i film, skąd nasi dalecy przodkowie wzięli te wszystkie smoki o trzech głowach i ludożerców z jednym okiem, bo przecież nie oglądali ich w nocnym programie komercyjnej stacji.

Nie zareagowałem na jego słowa, a on ominął mnie i podszedł do łóżka, na którym leżało ciało dziadka.

Śmierć dziadka była dla mnie pierwszą śmiercią. Odwróciłem się od ciała, które budziło we mnie strach. Omiotłem spojrzeniem pokój, szukając miejsca, gdzie mój wzrok mógłby znaleźć schronienie, ale wszystko wokoło coś do mnie mówiło. Na stole leżały okulary dziadka, których używał do oglądania telewizji, niedbale porzucone na zaplamionym obrusie. Na ziemi kilka sporych okruchów chleba, które nie trafiły na dłoń wsuniętą pod krawędź stołu. Kąt pokoju wypełniał stos starych gazet, pod nimi stał ukryty koszyk. Z krawędzi łóżka zwisała skarpetka, którą chyba w czasie snu ściągnął jednej z ostatnich nocy. Pomyślałem, że wciąż jeszcze przesiąknięta jest jego zapachem, jego smrodem, ma dziurę albo i dwie, które wytarły niestarannie obcięte paznokcie. Na podłodze pod oknem leżały dwie otwarte książki, kto wie kiedy zsunęły się z parapetu. Po drugiej stronie pokoju koło telewizora stał pusty kieliszek, pewne przylepiony do zakurzonej szafki. Róg dywanu był podwinięty – widziałem, jak dziadek potyka się w tym miejscu – a dwie z czterech szuflad komody tylko przymknięte, z obu coś wystawało. Pod kanapą zobaczyłem zarys łyżeczki, chyba kilka dni temu niepostrzeżenie spadła ze stołu. Albo, co bardziej prawdopodobne, nie chciało mu się schylić i zostawił ją tam, gdzie wylądowała.

Dziadek był wszędzie, tylko nie tam, gdzie leżał, nie na łóżku. Nie było go ani za odbarwionymi szarozielonymi oczami, ani za rozbieganymi siwymi brwiami i wąsami, które teraz pierwszy raz posłusznie spoczęły na twarzy. Siedziałem przy jego nieruchomym ciele, niemal dotykałem go ręką, ale nadal nie zdawałem sobie sprawy, że umarł. Wszystko w domu było jak zwykle, jak codziennie. Pokój wciąż wypełniała gęsta woń dymu, odgłosy z zewnątrz bez przeszkód docierały przez stare okna, drobiny kurzu tańczyły w snopach światła. Na pozór nic się nie zmieniło od moich ostatnich odwiedzin. Tylko dziadek umarł.

Powtarzałem to sobie w kółko, a potwierdził to również koroner. I mama pokiwała głową.

Kiedy umarła babcia, wszystko wyglądało inaczej. Wtedy przyjechałem do dziadków dopiero po pogrzebie, mama zdążyła już pochować rzeczy babci, a dom wysprzątała bardzo dokładnie, po babci pozostała tylko fotografia nad jej łóżkiem, na której wcale nie była podobna do siebie. I szczoteczka do zębów.

Mama uważała, że żadna śmierć nie powinna kłaść tamy życiu, że ślady po zmarłym należy co rychlej uprzątnąć, zetrzeć, zmyć, wyprać, a rzeczy jedną po drugiej wynieść z domu, jak wcześniej wyniesiono jego ciało, więc dzień po śmierci babci zapakowała jej ubrania do starych skórzanych walizek, które na szafach cierpliwie czekały na swoją ostatnią drogę, i zaniosła je do Caritasu, biżuterię babci włożyła do plastikowego pudełka po lodach i podarowała wnuczce sąsiadki, kosmetyki wyrzuciła do śmieci.

Przez cały czas dziadek obserwował ją w milczeniu, a kiedy mama przyniosła mu z łazienki dwie szczoteczki do zębów i spytała, która jest jego, a która babci, powiedział: Nie wiem. Sądząc, że nie zrozumiał pytania, mama wyjaśniła mu, że chciałaby wyrzucić szczoteczkę babci, niech więc powie, którą myje zęby. Ale dziadek znowu powtórzył: Nie wiem. W końcu do mamy dotarło, że nie mówi prawdy, wobec czego z uporem spytała jeszcze raz, wtedy dziadek zmienił odpowiedź.

Obie są moje. Odnieś je do łazienki.

To może mi powiesz, którą bardziej lubisz, poprosiła.

Po co?

To bez sensu mieć dwie szczoteczki do zębów.

Mogę mieć tyle szczoteczek, ile mi się podoba.

Chcesz, żebym ci zostawiła szczoteczkę mamy na pamiątkę?

Gdybym chciał mieć coś na pamiątkę, zostawiłbym jakąś sukienkę. Albo korale.

Pytałam cię, czy masz coś przeciw temu, żebym się ich pozbyła.

Tak.

I co powiedziałeś? Żebym zrobiła, co chcę, tak?

Tak.

A teraz mi mówisz, że chciałbyś zatrzymać korale albo sukienkę.

Nie powiedziałem tego, Vesno.

A co powiedziałeś?

Powiedziałem: jeśli chciałbym mieć jakąś pamiątkę. Jeśli.

A czy to nie jest przypadkiem pretensja?

Nie.

No to co wobec tego?

To nie jest pretensja.

Kiedy mama miała wyrzuty sumienia, gryzła. Trzymała obie szczoteczki do zębów przed nosem dziadka.

Masz trzy sekundy, żeby się zdecydować, która jest twoja, potem jedna z nich ląduje w śmieciach.

Lubię jedną i drugą.

Raz, dwa, trzy...

Jedną ze szczoteczek mama wypuściła z ręki, szczoteczka wpadła do worka na śmieci, w którym gromadziła niepotrzebne jej zdaniem rzeczy.

Dziadek nie odezwał się ani słowem, więc mama myślała, że to koniec historii ze szczoteczkami, ale kiedy wróciła nazajutrz, w łazience była nowa szczoteczka, którą dziadek kupił rano i którą mył zęby aż do śmierci. Ta stara, babcina albo dziadkowa, ta, która nie skończyła w worku na śmieci, stała razem z nową w kubeczku, ale nigdy więcej jej nie użył. Od tamtej pory w czerwonym plastikowym kubku na brzegu umywalki, pokrytej kamiennym osadem i innymi brudami, były dwie szczoteczki do zębów. I nadal tam stoją.

– Trudno o lepszą śmierć. Umrzeć we śnie, to umrzeć bez bólu. Mówi się o tym królewska śmierć.

Tak powiedział koroner, wkładając w sieni buty. Był jednym z tych, którzy je zdejmują, choć domownicy zapewniają, że nie trzeba tego robić. Mama kiwnęła mu głową, a ja poszedłem zamknąć drzwi, potem oboje wróciliśmy do dziadka. Cały czas trzymałem w ręku książkę.

– Czytał jej zawsze rano, przy kawie. Codziennie jeden rozdział. Jak dziecku.

– Przecież była dzieckiem – powiedziała mama.

To prawda. Dzieckiem o starczych rękach, które delikatnie dotykają cię i próbują przytulić. Dzieckiem o proszących, pełnych dziecięcej ciekawości oczach, które niemal zupełnie schowały się pod ciężkimi powiekami, pokrytymi siecią drobniutkich brodawek i plamek.

Przypomniałem sobie to dziecko z opowieści cioci Mai, które zwróciło się do swojej córki – ciocia wpadła wtedy z krótką popołudniową wizytą – i cichym, bojaźliwym głosem spytało:

Czy zna pani moją mamę?

Tak, odparła ciocia, która nigdy nie poznała swojej babci Marii, krawcowej, ponieważ Marija w młodości zmarła na gruźlicę.

Mogłaby pani zadzwonić do niej, żeby po mnie przyszła? poprosiła babcia. Chcę pójść do domu.

Przestraszona Maja zaczęła wzywać pomocy, pomyślała, że jej ojciec zna odpowiedzi na te pytania i wie, co trzeba powiedzieć biednemu dziecku, które siedzi obok niej na kanapie.

Dziadek przybiegł z kuchni przerażony, lecz kiedy Maja wyjaśniła mu, że babcia chciałaby zobaczyć swoją mamę, od razu uspokoił się i wyjaśnił żonie:

Już do niej dzwoniliśmy, zaraz tu będzie.

Maja nie mogła zrozumieć tej niezwykłej łatwości kłamstwa. Słowa dziadka wydawały się jej niedopuszczalnym oszustwem, nieprzyzwoitością, na którą babcia nie zasłużyła sobie niczym. Pomyślała, że jej ojciec jest pozbawiony uczuć, a obojętność, z jaką ożywił teściową, przyprawiła ją o dreszcze.

Dopóki nie przyjdzie, pobaw się z panią, powiedział dziadek i wrócił do kuchni.

Maja chciała coś za nim krzyknąć, ale babcia ją uprzedziła:

Czy umie pani grać w wisielca?

Czytał jej codziennie rano. Babcia siedziała na krawędzi kanapy, nieco pochylona nad stołem, gdzie stała kawa i ciastka, a dziadek w fotelu pod oknem. Książkę zawsze trzymał lewą ręką, prawą od czasu do czasu unosił okulary, żeby spojrzeć na nią, jakby pilnował, czy przypadkiem mu nie uciekła. Potem czekał chwilę, aż noski w okularach znowu spoczną na swoim miejscu, a litery nabiorą ostrości, i czytał dalej. Zawsze powoli, słowo za słowem, zdanie za zdaniem. Czas leniwie rozpływał się po pokoju jak gęsty miód, który niepostrzeżenie przelewa się przez brzegi słoików. Bohaterowie zakochiwali się i rozstawali, rodzili i umierali, a lekko ochrypły głos dziadka nieprzerwanie rozbrzmiewał w czterech ścianach pokoju, choć jego właściciel nigdy nie wczuwał się bez reszty w historię, którą opowiadał. Przez cały czas skupiał uwagę na niej, czyhał na niezauważalne dla oczu ruchy, czekał, żeby coś w niej drgnęło. Ale ona siedziała, jakby była bez życia, tylko palce wędrowały między filiżankami, chwytały kostki cukru albo łyżeczki do kawy i odkładały z powrotem. Była to jej zemsta, która nie miała związku ze światem.

Kiedy słyszała ten brzmiący jak metronom głos, jej myśli bezszelestnie splątywały się w supełki i szła ich śladem tam, gdzie słowa nie miały już swoich znaczeń i gdzie myśli były tylko niewyraźnymi obrazami. W jej spojrzeniu pojawiało się coraz więcej pustki, oddech stawał się płytszy, a ręce spokojniejsze, wreszcie zapadała w odrętwienie, jakby coś ją odurzyło. Przerwy dziadka należały do najcichszych chwil dnia. Gdy kończył, odkładał książkę i okulary na stół, wynosił do kuchni tacę z kawą. Zostawiał tylko jej filiżankę. Ta filiżanka będzie stała przed nią do wieczora, przypominając, że już wypili dzisiaj kawę, że został zaliczony ich kolejny wspólny poranek.

Gdy dziadek wracał z kuchni, przywoływał ją z powrotem. Czasem reagowała, prosiła, żeby sprzątnął pustą filiżankę po kawie, czasem tylko patrzyła na niego pytającym wzrokiem, a czasem wcale nie czekał na jej reakcję. Dzień mijał, nadchodził czas na inne obowiązki, inne rytuały.

Nie musisz być sam, żebyś był samotny, powiedział mi pewnego razu, ale wtedy nie zrozumiałem tych słów. A może nawet nie usiłowałem zrozumieć. Przeleciały mi koło ucha, nie przyjąłem do wiadomości, że mówił o sobie, o długim odchodzeniu babci, ucieczce wspomnień, swojej utracie nadziei. Wtedy jeszcze nie zastanawiałem się, ile jego świadomości ubywało wraz z nią, nie pomyślałem, że bez niej nie byłoby ich dwojga, że to właśnie ona przechowywała ich podwojoną historię, że przez cały ten czas musiał patrzeć, jak wszystko się przed nim rozwiewa, jak on w niej powoli umiera.

Nigdy nie przyszło mi do głowy, że pełna smutku musi być chwila, gdy dociera do ciebie, że nie rozpoznaje cię ktoś, kto śpi pod tą samą kołdrą, gdy w jego oczach, w których odbijała się twoja nagość i podskórne dreszcze, przeobrażasz się w całkowicie obcego człowieka. Jak bardzo jesteś wtedy sam. I samotny, nieskończenie samotny.

Myślałem, wyjątkowo naiwnie, jak zawsze, gdy nie chodzi o nas samych i nasz własny ból, że dziadkowi najtrudniej było patrzeć na cierpienie gasnącej babci, dzień po dniu stawać twarzą w twarz z jej zapominaniem, wymyślać sposoby, by pamiętała o zielonej tabletce przed obiadem i żółtej, zanim weźmie czerwono-czarną, powtarzać w nieskończoność, że jest dopiero południe i jeśli teraz zaśnie, nie będzie mogła spać w nocy, przedstawiać babci jej własne córki i przekonywać, że nie kłamie, że oni oboje naprawdę są we własnym domu i ten dom jest naprawdę ich. Myślałem, że najtrudniej jest znosić wieczny strach, bać się, że ona, kiedy ty stoisz w kolejce po chleb albo płacisz rachunki za prąd, otworzy drzwi, które może zapomniałeś zamknąć, bo przecież też jesteś już stary, tobie też zdarza się zapominać, i wyjdzie na ulicę, sama, a nikt jej nie zauważy, bo starych ludzi, prawdę mówiąc, nikt nie zauważa.

Nigdy nie zastanawiałem się nad tym, że właściwie tylko troska i współczucie pomagały przeżyć dziadkowi, tylko to go trzymało nad powierzchnią samotności i nie pozwalało całkowicie pogrążyć się w przekonaniu, że został oszukany. Tak kuszące było poczucie, że zostało się oszukanym, tak łatwo było mu ulec, ale dziadek nigdy sobie na to nie pozwolił. Nigdy nie przestał się troszczyć, nigdy nie zabrakło mu współczucia.

Mama siedziała naprzeciw mnie za stołem, wydawała się niezwykle spokojna i w refleksyjnym nastroju. Tylko jej prawa ręka w nierównym rytmie zbliżała się i oddalała od twarzy. Palce wskazujący i środkowy dotykały lekko rozchylonych warg, jak w czasach, gdy jeszcze wkładały do ust papierosa. Ale za każdym razem, gdy uświadamiała sobie to urojone palenie, ręka jak ścięta opadała na blat stołu.

– Trzeba by trochę posprzątać. Będą przychodzić ludzie.

Nie zaczekała na moją odpowiedź, tylko wstała, poszła do kuchni i zabrała się do zmywania naczyń, które nagromadziły się w zlewie. Jak wtedy, gdy umarła babcia, tak i teraz zacierała ślady po zmarłym. Ze zlewu unosiła się para, a ona przyglądała się resztkom ostatniej kolacji dziadka znikającym w odpływie. Ale z jakiegoś powodu rozmyśliła się, odłożyła na bok nieumytą dżezwę i ze ścierką, w którą wytarła ręce, wróciła do pokoju.

– Wiesz, co sobie w tej chwili przypomniałam?... Chociaż nie wiem, czy mogę teraz... ale jesteśmy tylko we dwoje... Kiedy byłam młodsza, jeszcze mieszkałam w domu, musiałam mieć z piętnaście lat, i naprawdę połykałam książki... miał paskudny zwyczaj, jeśli zobaczył, że czytam, załóżmy, wracał z pracy wieczorem, a ja byłam u siebie w pokoju, przychodził i coś mi zaczynał tłumaczyć. Nic ważnego... w gruncie rzeczy same głupstwa. I nigdy nie spytał, czy nie przeszkadza... On wtedy wcale nie czytał. Nie miał czasu na książki. A my, którzyśmy czytali, trochę działaliśmy mu na nerwy. Bo on chciał rozmawiać. Lubił z nami rozmawiać. No a teraz, spójrz tylko... wszystkie te książki. Umarł z książką w rękach... A ja nawet nie pamiętam, kiedy ostatni raz rozmawialiśmy poważnie... Wtedy rzeczywiście wszystko się zmieniło. Ten Egipt go zmienił. I jego, i ją, i nas wszystkich. Jakby cały Kair wcisnął się między niego i resztę świata, oddalił go od nas. Kiedyś tak bardzo był nasz, tylko nasz. Pełen jakiegoś niezwykłego ciepła, aż miało się ochotę do niego przytulić. Wiem, że to brzmi dziwnie, ale było w nim coś kobiecego... Coś delikatnego, łagodnego... A potem...

Chociaż wiedziałem, że mama nie pozwoli sobie na łzy, podszedłem do niej i objąłem ją mocno. Nie przepadała za uściskami, ale oparła głowę na moim ramieniu i wtuliła się we mnie. Przez chwilę staliśmy bez ruchu w przestrzeni i czasie, a ona pozwoliła, by ścierka wysunęła się jej z rąk i upadła na podłogę.

W nocy zaskoczył mnie dzwonek do drzwi, usiadłem na łóżku przekonany, że nocny marek, kimkolwiek był, zrozumiawszy pomyłkę, pójdzie dalej swoją drogą. Jednak po chwili dzwonek odezwał się znowu. A gdy mama wstała i z wyraźną niechęcią ruszyła do sieni, domyśliłem się, kto stoi na progu.

Otwieraniu drzwi towarzyszyła długa cisza. Nie zajmowałem dobrej pozycji, więc tylko z daleka mogłem obserwować stojącą w drzwiach mamę i wyobrażać sobie dwie równie nieruchome postacie po drugiej stronie progu. Przez moment bałem się nawet, że mama nie pozwoli im wejść do środka, do czego na pewno była zdolna, choć w domu leżało ciało dziadka, ale cofnęła się o krok.

Cały czas stała w niewielkiej sieni, gdzie z trudem można było przecisnąć się obok siebie. Albo wcale nie dawało się przecisnąć, jeśli osobą, która chciałaby to zrobić, byłaby ciocia Maja. Co oznaczało, że goście wciąż nie mogą wejść, bo musieliby zderzyć się z mamą albo przynajmniej otrzeć się o nią, a byłby to pierwszy fizyczny kontakt obu skłóconych sióstr po siedmiu z górą latach.

Kiedy mama się odsunęła, Maja przestąpiła próg i wtedy ją zobaczyłem. Widać było, że czuje się niezręcznie, nie wiedziała, czy iść dalej, czy poczekać, aż mama jeszcze bardziej usunie się z drogi. Może liczyła na moją pomoc, ale ja nie chciałem uczestniczyć w ich grze i uciekłem spojrzeniem w bok.

Jakby miała już dość tej niepewności, Maja zdecydowanie wkroczyła do sionki, objęła mamę i przytuliła ją mocno. Znowu mogłem obserwować obie siostry, no i Danego, któremu udało się zająć miejsce Mai na progu domu.

Zakłopotana mama poklepywała zapłakaną Maję po szerokich plecach, a ja bawiłem się widokiem Danego, który bez powodzenia próbował zamknąć drzwi, pozostać w sieni i nie przesunąć objętych sióstr, co z powodu podstawowych praw fizyki było po prostu niemożliwe.

W końcu postanowił zdjąć buty i zaraz się zorientował, że nie ma ich gdzie postawić. Trzymał je w ręku, obracał się na wszystkie strony, ale szafka na buty była za plecami mamy, a tam Dane nie sięgał.

W tej chwili Maja, wycierając nos w rękaw rozciągniętego swetra, skierowała się w moją stronę. Od dawna tworzyli z Danem niedobraną parę, on elegancki, jak przystoi urzędnikowi państwowemu, ona nawet w sukni wieczorowej, prosto od fryzjera, wydawała się zaniedbana. Problem tkwił nie tylko w otyłości, Maja sprawiała wrażenie osoby wiecznie zmęczonej, jakby w pracownicy działu kadr na Wydziale Pedagogicznym kumulowały się wszystkie troski jej męża, sekretarza stanu w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych.

– Dlaczego go nie przykryliście?

Maja zwróciła się do mnie, ale ja o przykrywaniu zmarłych nie miałem pojęcia, nawet przyszło mi przez moment do głowy, że jest to chyba jeden ze zwyczajów nieświadomie przejętych z amerykańskich filmów.

– Nie chcieliśmy tego robić przed twoim przyjazdem – powiedziała mama, która poczuła, że to pytanie było do niej.

Zawsze zadziwiała mnie lekkość, z jaką potrafiła owijać ludzi wokół palca. Umiała odgadnąć, co chcieliby usłyszeć, a kiedy chciała, była wobec nich nadzwyczaj spontaniczna.

– Dziękuję.

Maja wzruszona wymyślonym gestem ponownie zaczęła szlochać. I wyciągać kołdrę spod dziadka. Mama chciała jej pomóc, ale Maja powstrzymała ją ruchem ręki.

Ciężkie ciało zmarłego leżało na kołdrze, więc Maja, która najwyraźniej nie chciała go przesunąć, wyciągała ją po kawałku, trochę spod ud, potem trochę spod ramion, w końcu spod pośladków, co oczywiście było najtrudniejsze. Maja zajadle walczyła z kołdrą, a ja, mama i Dane, któremu tymczasem udało się zostawić buty w sionce i wejść do pokoju, obserwowaliśmy tę scenę w milczeniu. Kiedy powoli krążyła wokół ciała, jakby dopełniała jakiegoś odświętnego obrzędu, wyglądało to jak uroczystość pogrzebowa przed pogrzebem i tylko jej niezręczność i zbyt krótkie ręce, którymi nie mogła sięgnąć tam, gdzie chciała, wyraźnie zaburzały to wrażenie.

Mai wreszcie udało się wysunąć kołdrę, a gdy zaczęła okrywać nią ciało dziadka, odwróciłem głowę. Nie byłem jeszcze na to gotowy, nie chciałem patrzeć, jak zakrywa jego twarz. Symbolika tej sceny okazała się zbyt silna. Nawet jeśli było to bardzo nierealne, nawet jeśli ciotka była bardzo niezręczna, to jednak było to pożegnanie, w którym nie miałem zamiaru uczestniczyć.

Dlatego wyszedłem do kuchni i nalałem sobie szklankę wody. Nie czułem pragnienia, ale nie chciałem, by mama pomyślała, że chcę uciec.

– Dane, zanim wyjedziemy, mógłbyś pójść z Jadranem do garażu po ten stół, o którym mówiliśmy?

Maja lubiła decydować, co trzeba zrobić oraz kto, jak i kiedy to zrobi. Dane, przynajmniej w mojej obecności, nie protestował, jakby z pokorą przyjmował swoje podporządkowanie. Właściwie trudno było zrozumieć, co ich łączy. To nie mogły być dzieci, bo Miha i Špela już dawno odcięli pępowinę. Miha z milionami innych technicznych geniuszy w Dolinie Krzemowej tworzył nowy piękny świat, a Špela po wielu kłótniach z Mają wyprowadziła się do Postojnej i rzadko przyjeżdżała do Lublany. Dane i Maja mieszkali więc sami w za dużym dla nich mieszkaniu na osiedlu Župančičeva jama, a ich wspólne życie pozostawało dla mnie zagadką.

– Przecież zaraz musimy wracać.

– To idźcie od razu.

Dane poddał się w imieniu nas obu, ruchem głowy pokazał, żebym mu towarzyszył. Mama odwróciła się w drugą stronę, nie chciała się mieszać, więc nie pozostało mi nic innego, jak tylko pójść za nim.

Kiedy znaleźliśmy się na dworze, ogarnęła nas gęsta ciemność, ale obaj znaliśmy wydeptaną ścieżkę w ogrodzie, szliśmy więc jeden za drugim, nie czekając, aż nasze oczy przyzwyczają się do całkowitego mroku i wydobędą z niego kontury domu i drzew. Danemu się śpieszyło, chciał jak najprędzej wykonać otrzymane zadanie i wrócić do Lublany.

Lampa nad garażem była upstrzona zwęglonymi ciałkami zbyt ciekawskich ciem, dlatego dawała niewiele światła. Dane stanął pod nią i wyciągnął pęk kluczy dziadka, z których większość pasowała do dawno wymienionych kłódek i starych samochodów. Ręce mu się trzęsły. Gdy podszedł do drzwi i zaczął po kolei wsadzać klucze w zamek, a światło lampy oświetliło mu twarz, na jego czole zobaczyłem błyszczące kropelki potu.

– Kurwa!

Dane podniósł klucze z ziemi i zaczął od nowa. Tym razem udało mu się skupić, oddzielał klucze, które już wypróbował, od niesprawdzonych, więc szybko znalazł właściwy.

W środku leżały stosy starych rzeczy, które zapełniają wszelkie składy, szopy, piwnice i garaże tego świata. Garaż dziadka był tylko jedną z wielu poczekalni przed wysypiskiem śmieci. Gdzieś między próchniejącymi i zardzewiałymi rupieciami był stół, po który posłała nas Maja, ale w ciemnościach trudno było go dostrzec.

Dane wyjął z kieszeni telefon, oświetlił drogę i wszedł do garażu, ale już po dwóch krokach musiał się zatrzymać. Nerwowo omiótł światłem plastikowe kanistry, dziecinny wózek, dwa drewniane leżaki, antenę telewizyjną, trzy opony samochodowe, stos pożółkłych komiksów, zamrażarkę, płyn chłodniczy, parasol, łopatę i inne niedające się rozpoznać w półmroku przedmioty. Bez przerwy o coś zahaczał, jakby znalazł się w sieci pająka i wszystko się do niego przyczepiało.

– Kur...

Nagły i bardzo głośny dźwięk sprawił, że światło z telefonu Danego poszybowało w górę, potem przeleciało obok mnie i wylądowało na ziemi, a cień Danego odskoczył i uderzył w coś szklanego, co stało pod ścianą. Kiedy przewrócone przedmioty potoczyły się po ziemi i znieruchomiały, a brzęki i trzaski ucichły, usłyszałem głęboki oddech zawałowca. Spanikowany Dane wybiegł z garażu i wściekle trzasnął drzwiami.

– W dupę jeża! Mam wyciągać stół w tych ciemnościach?! Bez sensu. Pół garażu trzeba byłoby wynieść, żeby się do niego dokopać. Co za pomysły, kurwa!

Prawie biegiem wrócił do domu, nie czekając ani przez chwilę na moją reakcję. Nie pamiętam, czy kiedyś widziałem go w takim stanie, pomyślałem, że może dyskomfort, jaki odczuwał w moim towarzystwie, w końcu przerodził się w strach.

Mógłby się bać tego, co wiedziałem o nim i o moim ojcu Safecie, o roli, którą odegrał w jego zniknięciu. Nie sądzę, żeby wiedział, co opowiedziała mi mama o wydarzeniach sprzed wyjazdu Safeta, ale chyba domyślał się, że poznałem niemal całą prawdę, a przynajmniej to, czego można się było dowiedzieć.

Dane właściwie unikał mnie już od dawna, minęły lata, odkąd ostatni raz staliśmy tak blisko siebie, całkiem sami, twarzą w twarz.

Kiedy Dane zniknął za drzwiami, zostałem sam na pogrążonym w mroku podwórku. Do niczego mi się nie śpieszyło, oczy przywykły już do ciemności, bez trudu rozróżniałem zarysy niewielkiego ogrodu dziadka. Podszedłem do figi, pod którą dziadek postawił sobie drewnianą ławeczkę i z niej, tak mówił, obserwował, jak rosną owoce. Moja ręka sama wyciągnęła się ku gałęziom i dotknęła jednej z fig. Po ciemku nie widziałem jej koloru, ale czułem, że jest nabrzmiała i miękka, dlatego pomyślałem: nadszedł czas fig, czas dziadkowej marmolady.

Zanim zdążyło mnie ogarnąć słodkie wspomnienie zbierania fig, zobaczyłem dziadka, jak następnego dnia, który nigdy nie nadejdzie, ze zręcznością dziecka wdrapuje się po grubych gałęziach figowca i długimi, szczupłymi rękami zrywa dojrzałe owoce ukryte pod dużymi, chropowatymi liśćmi. Zobaczyłem go, jak dzwoni do mamy i mówi, że może przyjechać po figi, bo już dojrzały. Wiedział, że nie przyjedzie, ale wiedział też, że mama bardzo lubi figi i że jest to jeden z nielicznych telefonów od niego, który ją ucieszy. Jej odpowiedź zawsze brzmiała tak samo: może wysłać figi autobusem albo poczekać na mój przyjazd.

Zobaczyłem dziadka, który ostrożnie układa figi w pojemniku Vesny – tak nazywał swój największy plastikowy pojemnik – i smaży dla mnie figową marmoladę do naleśników, z zamrażarki wyjmuje swoje figowe lody, którymi nie częstował nikogo, bo w niczym nie przypominały lodów.

Widziałem go. Stał tuż obok wsparty o pień drzewa. Poczułem dreszcz, w tym roku dziadek nie zerwie swoich fig, a drzewo wciąż będzie rosło i rodziło słodkie owoce. Tylko jego już nie będzie, żeby jak dziecko wdrapywał się po gałęziach figowca.

Ale nie pokonały mnie wspomnienia o dziadku. Po jego śmierci będą takie same jak do tej pory. Zwyciężyły przywołane w myślach obrazy przyszłych dni, które zostały nam odebrane. I smutny widok drzewa – osamotnione stoi przed pustym domem dziadka i patrzy na zamknięte drzwi.

Coś mnie ścisnęło za gardło. U swoich stóp spostrzegłem grubą, przejrzałą figę, która pod ciężarem zgromadzonych w niej soków spadła z gałęzi. Widziałem, jak smętnie gnije na ziemi, i poczułem łzy w oczach. Usiadłem pod drzewem, cały czas opierając się plecami o jego pień, schowałem głowę w ramionach. W końcu dosięgła mnie śmierć dziadka.

2

Kiedy wróciłem do domu, Maja i Dane właśnie wychodzili, wszystkie usprawiedliwienia – że nie mogą zostać dłużej – zostały już przedstawione, a mama przyjęła je w swoim i moim imieniu. Pozostała nam tylko wymiana żałobnych spojrzeń. Nikt nie czuł potrzeby powiedzenia jeszcze kilku słów na pożegnanie. Kiedy Maja mnie objęła, poczułem jej bezgłośny szloch. Dane, podając mi rękę, spojrzał na mnie pełnym zrozumienia wzrokiem.

– Opiekuj się mamą – rzucił.

Maja jeszcze raz popatrzyła na dziadka zakrytego kołdrą. Dane otworzył drzwi i puścił ją przodem, a sam przystanął na chwilę, jakby chciał coś powiedzieć, lecz najwyraźniej zmienił zdanie. Poczekałem, aż światło z sieni pomoże im znaleźć drogę do samochodu, a potem zamknąłem drzwi i wróciłem do mamy.

Siedziała za stołem zasłanym starymi fotografiami. Grzebała w nich, brała je do rąk i przyglądała im się długo. Tak była pochłonięta tym zajęciem, że kiedy odezwała się do mnie, nawet nie uniosła oczu, by sprawdzić, czy słucham.

– Wiesz, że nie ma zdjęć z ich ślubu? Żadnych fotografii z czasów, kiedy byli młodzi. Nic, zupełnie nic, kiedy ja i Maja byłyśmy małe, z żadnych wakacji, żadnych urodzin. Mają zdjęcia do dowodu osobistego. Ich pierwsze wspólne są z naszego ślubu. Wcześniej nic. Ich historia nie została uwieczniona. Znamy ją tylko taką, jaką nam opowiedzieli. Jak w książkach. Nikt nam nie może opowiedzieć ich historii inaczej niż tak, jak sami chcieli to zrobić. Czy to nie piękne? Całkiem jak w bajce. Zostały tylko obrazy, które sami stworzyliśmy sobie w głowach, kiedy opowiadali nam swoją historię.

Schyliłem się pod łóżko dziadka i z podłogi podniosłem pustą brązową buteleczkę. Poznałem ją. Kiedyś były w niej niebiesko-białe kapsułki. Lek babci na obniżenie ciśnienia. Pomyślałem, że fiolka leżała tam od jej śmierci, tak samo zresztą jak mnóstwo innych drobiazgów, które poniewierały się po kątach domu, pokrywając się kurzem. Ale nie było na niej kurzu, co oznaczało, że leżała pod łóżkiem dopiero dzień, może dwa.