Wydawca: Bartek Biedrzycki Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2019

Fenix Antologia: Zajdel 2018 ebook

Różni Autorzy  

3.28571428571429 (7)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo
0,00
Do koszyka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 470

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Fenix Antologia: Zajdel 2018 - różni autorzy

Darmowa antologia opowiadań publikowanych w magazynie Fenix Antologia z rocznika 2018, spełniających kryteria nominacji do Nagrody Fandomu Polskiego im. Janusza A. Zajdla.

Opinie o ebooku Fenix Antologia: Zajdel 2018 - różni autorzy

Fragment ebooka Fenix Antologia: Zajdel 2018 - różni autorzy

Fenix Antologia: Zajdel 2018

Agnieszka Hałas

Marta Kładź-Kocot

Marta Sobiecka

Dominika Węcławek

Rafał Cichowski

Paweł Ciećwierz

Jan Maszczyszyn

Romuald Pawlak

Adam Pietrasiewicz

Radek Rak

ANTOLOGIA POLSKICH OPOWIADAN FANTASTYCZNYCH

Wydanie darmowe

Od redakcji

Nagroda Fandomu Polskiego im. Janusza A. Zajdla – nosząca takie imię na cześć pierwszego laureata, co jest upamiętnieniem jego przedwczesnej śmierci – wzbudza co roku wiele emocji. Większość z tego to, ze względu na powagę słowa pisanego pozwolę sobie stwierdzić – burze w szklankach wody. Woda ta bywa mętna, szklanki zaś czasem jedynie przetarte ścierką.

Faktem jednak jest, że „Zajdel” cieszy się w fandomie zainteresowaniem (innych praktycznych zastosowań nie ma, na sprzedaż na przykład się nijak nie przekłada); nie jest to niczym dziwnym, jako, że to nagroda publiczności. Plebiscyt popularności. Nikt z nas w redakcji nie żywi wątpliwości co do popularności Fenixa Antologii w łonie fandomu (całe szczęście, że istnieją jeszcze czytelnicy, w dodatku ci płacący). Nie nastawiamy się więc na jakieś oszałamiające sukcesy, jednak wstyd było nie skorzystać z okazji.

Dla wszystkich tych, co przez jakieś karygodne niedopatrzenie nie kupili dotąd zeszłorocznych Antologii, oraz dla tych, co czują nieodpartą potrzebę co jakiś czas powtórzyć, że na pewno nas nie kupią, mamy specjalny, „zajdlowy” zestaw.

Znajdziecie w nim wszystkie premierowe polskie opowiadania opublikowane na łamach Fenixa Antologii. Stworzyli je weterani i weteranki polskiej fantastyki, ludzie znani i lubiani, znani i pomijani , a trafiła się nawet debiutantka.

Głupio byłoby nominować kogoś tylko dlatego, że się go lubi, więc zachęcam, abyście przeczytali te opowiadania. Jeżeli wam się spodobają – zagłosujcie na nie.

Nie ukrywam – stać się tegorocznym shitstormem zajdlowym byłoby wybornie, ale jestem realistą. Jest też pewna masa krytyczna różnych aferek, którą fandom jest w stanie znieść, bo potem traci orientację. Na szczęście – jak pisałem wyżej – prócz fandomu są jeszcze w tym kraju czytelnicy fantastyki. Liczę, że po przeczytaniu tych opowiadań sięgną po Antologie archiwalne – te, które jeszcze są w sprzedaży – oraz przyszłe. Pracujemy nad nimi, więc nie będę marnował czasu i się dalej rozpisywał.

A jeśli ktoś wcześniej nie znał nas i na tę antologię natknął się przypadkiem – zapraszam po lekturze na koniec, gdzie znajdziecie kilka przydatnych informacji.

Redaktor naczelny Fenixa Antologii

Bartek Biedrzycki

Paweł Ciećwierz - Mój aniele

Po opuszczeniu bunkra zgolił wąsy i ostrzygł się prawie na zero. Patrząc w lustro dochodził do wniosku, że życie bywa ironiczne.

Podróż była długa, upokarzająca i niewygodna. Potem przez parę miesięcy dochodził do siebie. W samotności. Rozumiał, że samotny będzie już przez całe życie i nie przeszkadzało mu to. Ludzie okazali się gigantycznym rozczarowaniem.

Na pocieszenie trzeba dodać, że wyspa, która stała się jego domem, samotnią, miejscem wygnania, jego Elbą, była piękna. Piękniejsza niż wszystkie stolice Europy razem wzięte, ciepła przez cały rok, chłodny wiatr mierzwił fale oceanu, a plaże usłane były czarnymi, wulkanicznymi głazami. To dobrze. Lubił czerń.

Jego samego dziwiło to, jak niewiele rozmyślał o poprzednim życiu i ludziach towarzyszących mu aż do końca. Ich końca. Teraz czuł się żołnierzem na emeryturze, starym wiarusem, który odsłużył swoje i zapracował na starość w cieniu palm. Jego spuścizna, jego dziedzictwo żyć będzie wiecznie – o to mógł być spokojny. Patrzył na przewalające się za oknem morze oczyma zupełnie innego człowieka. A reszta? No cóż. Ci, którzy narobili bałaganu, będą teraz musieli go posprzątać.

Z przyjemnością powrócił do rzeczy, na które brakowało mu czasu w poprzednim życiu. Dużo czytał, również o sobie. Znów malował. Całymi godzinami wylegiwał się na ganku. Słuchał Wagnera popijając wodę kokosową wprost ze skorupy. Mimo trudnych przejść nie szukał ratunku w alkoholu, jak inni wojownicy, których znał. Był z tego dumny.

Raz w tygodniu zaufani ludzie łodzią dowozili mu zapas żywności i wieści ze świata. Trasa przemytnicza wiodła przez Afrykę, a wcześniej Hiszpanię, ale ładunki przybywały z iście niemiecką punktualnością. Proponowano mu nawet aktualne gazety ze starego kontynentu, ale nie był tym zainteresowany. Stary świat okazał się farsą.

Cieszył się, że nie trafił do Argentyny. Tam ludzi jego pokroju ukrywano jak zwierzęta, przynajmniej na początku. Nie tęsknił za starymi przyjaciółmi. Ci najszlachetniejsi już dawno gryźli ziemię.

Jedyną osobą, która miała wstęp do jego zbudowanej w kolonialnym stylu willi, była lekarka. Starzy żołnierze mają w końcu swoje przypadłości. Za pieniądze, które dawno temu przeznaczył na organizację tego „wyjścia awaryjnego”, mógł się spodziewać najlepszej obsługi.

Pani doktor była Hiszpanką, jedną z tych dorodnych, południowych kobiet, które wyglądają bardziej naturalnie nago niż w ubraniu. Wciąż jeszcze młoda, z pewnością przed czterdziestką. Stary, schorowany żołnierz upominał się czasem w myślach, kiedy zbyt długo zawieszał na niej wzrok. Doktor Sandra miała zdumiewająco delikatne rysy twarzy jak na tę rasę. Przedstawił się jej jako Jacob Miller, dysydent, intelektualista niemiecki, bo trudno mu było ukryć akcent.

– Walczył pan w Wielkiej Wojnie? – zapytała z rozbrajającą szczerością. Ludziom jego pokolenia raczej nie zadawało się dziś takich pytań.

– W największej wojnie dwudziestego wieku – odpowiedział spokojnie. Nowy człowiek, którym się stał, rzadko podnosił głos.

– Taka olbrzymia tragedia! Żołnierze wracali z niej jak strzępy, wyprane z uczuć upiory. Myśli pan, że Europa kiedykolwiek się podniesie? Czy może nasz czas po prostu minął?

Łatwiej się o tym dyskutowało tutaj, na wyspie, gdzie do brzegów Afryki było bliżej, niż do starego lądu. Siedzieli razem na ganku przed willą, rozleniwieni popołudniowym słońcem. Zanim odpowiedział, przyglądał jej się przez chwilę. Blask rozjaśnił kasztanowe oczy. W poprzednim życiu zawsze pociągały go niebieskookie kobiety, może również gust zmieniał mu się na starość?

– Nigdy się po tym nie podniesiemy – powiedział szczerze. – Możemy udawać, że tak się stanie, ale to będzie żałosny spektakl.

– Zbyt ponury wniosek jak na taki piękny dzień. Pozostawmy te rzeczy w rękach Boga. On będzie wiedział, co z nimi zrobić.

Mówiła z takim przekonaniem, że aż jej pozazdrościł. Metafizyki, wielkiej sprawy, w którą najwyraźniej, pomimo wszystkich życiowych doświadczeń, święcie wierzyła.

Sprawa, za którą on walczył, pozostawiła mu w sercu wielką dziurę. Nie tęsknił za władzą, ale za poczuciem słuszności, sensu w amorficznym świecie. Tylko tego brakowało mu na rajskiej wyspie.

Byli skazani na siebie. Im bardziej się zbliżali, tym większy spokój dawała mu jej wiara. Zarażał się nią lub przejmował przez osmozę. Nawet zmiana nazwiska i wyglądu nie zabiła w nim tej jednej, najważniejszej cechy. Miał ją zapisaną w genach: był strażnikiem wielkiej idei. Może nie aż tak ważne, której.

Na początku czuł obawę, że Sandra się nim znudzi. Dziś był już tylko starym, nieatrakcyjnym mężczyzną z głębokimi bliznami, tam w środku i na zewnątrz. Czy to właśnie ją pociągało? Po Wielkiej Wojnie każdy zmagał się z demonami. Przy nim jej problemy wydawały się nieznaczące, chociaż nadal nie powiedział prawdy o swojej przeszłości. To już nie była jego przeszłość.

Po roku na wyspie wiecznej wiosny doszło do cudu, takiego prawdziwego, kiedy w małym, rybackim kościele odpowiedziała mu „tak”. Przysięga przed Bogiem, tym chrześcijańskim, oczyściła go i nawet w koszmarach nie wracał już do czasów wojny. Wtedy po raz pierwszy poczuł, że coś jednak udało mu się w niej wygrać.

Nazajutrz podupadł na zdrowiu. Może to stres, a może wszechobecny na wyspie wiatr sprawił, że złożony przeziębieniem zaległ w łóżku. Wiedział, że jego anioł będzie się nim opiekować.

Bardzo się pomylił. Na pościeli zostawiła mu plik zdjęć umęczonych, zagłodzonych ludzi w pasiakach, mimo że wiedziała, jak bardzo nie lubił takich widoków. Sakwojaż miała spakowany, była gotowa do drogi.

– Sandro, kochanie, Boże drogi… – wyrzucił z siebie nie potrafiąc nawet zwlec się z łóżka.

Uśmiechnęła się na te słowa.

– Ty naprawdę uwierzyłeś? – odpowiedziała tonem, jakiego jeszcze nigdy u niej nie słyszał. – Cholera jasna, nie sądziłam… Zaprawdę niezbadane są…

– …tobie? – szczeknął twardo jak kiedyś, dawno temu. Ale prócz szczekania nic już nie mógł zrobić.

– Nie mnie. W niego. Wszyscy projektujecie sobie swoje raje i swoje piekła. Trochę wam tego zazdroszczę. Nie ma kary dla człowieka, na którego czeka tylko nicość. Ale dzięki mnie ty jesteś teraz w zupełnie innej sytuacji. Nie martw się, to już nie potrwa długo. Tutaj.

– Bóg wybacza – odpowiedział cicho.

– Nie liczyłabym na to za bardzo na twoim miejscu.

Wtedy się rozpłakał, chyba po raz pierwszy w życiu. Stał się nieznośnie sentymentalny.

– Nie odchodź, nie odchodź, mój…

– Nie, nie twój – odparła i cicho zamknęła za sobą drzwi. Potem zeszła ze wzgórza, na którym mieszkali, stromym, wulkanicznym stokiem aż do miasteczka, po drodze myśląc o tym, że nie ma gorszej pułapki niż ta, którą człowiek zastawia sam na siebie.

Paweł Ciećwierz - Straszna

„Find, what You love, and let it kill You”

Charles Bukowski

Mijając Wodny Targ zrozumiała, że im nie ucieknie. Podobno lepiej zginąć stojąc, niż żyć na kolanach. Sitha ma teraz parę minut, by zweryfikować to założenie. Wokół niej Kuta smaży się we własnym sosie, w nieruchomym i gorącym powietrzu pory deszczowej. Niektórzy po prostu leżą jej na drodze, bo śpią albo umarli i teraz zawadzają, kiedy przeciska się wąskimi uliczkami splątanymi w pozbawiony centrum organizm. Miasto jak meduza, bez jądra decyzyjnego, z nieskończoną zdolnością regeneracji. Nikt tu nie będzie po niej płakał. Wędrowne stragany i garkuchnie na kanałach i chodnikach, wszędzie. Młode kobiety, które proponują białym turystom masaż, seks lub małżeństwo. Wszystko, byle tylko zagrać o swoje życie według trochę innych reguł niż tutejsze. Poza tym ludzie, mnóstwo ludzi w rikszach, na skuterach, w taksówkach. I ona. Od paru godzin zbyteczny element zdradliwej układanki, którą jest to miasto.

Są coraz bliżej.

Poznaje twarz rozpytującego między straganami. Ma bliskowschodnie rysy, ale tutejsze ulice zna pewnie lepiej od niej. Dla takich jak on Kuta była, jest i będzie źródłem łatwego zarobku. Zna tego człowieka, dlatego ucieka. Kluczy między kramami, ginie w chmurach dymu z warungów, w zapachu kadzidełek, żarcia i potu. Cokolwiek miałoby się zdarzyć – postanawia – cokolwiek, ona już do nich nie wróci. Takie założenie pozostawia ograniczoną pulę możliwości.

Temperatura spada o kilka stopni, teraz jest już tylko nieznośnie gorąco. Pot zbiera się pod włosami. To miasto nigdy nie śpi, tylko stroi się na wieczór. Ponad szpiczastymi dachami świątyń zachodzi słońce, żółte i ciężkie jak nażarty pająk. Przez głowę dziewczyny przebiega myśl, że może widzi je po raz ostatni, ale odpycha ją od siebie. Jeszcze nie teraz. Proszę.

*

Zadziwiające, ile strasznych historii zaczyna się od słów: musisz mi pomóc. Powiedział jej to przy rumie z sokiem cytrynowym w barze La Moomba, nad brzegiem oceanu Indyjskiego, na wyspie Gili Travangan, kilkadziesiąt mil od Bali. Wybór miejsca spotkania był prosty, wielu indonezyjskich gangsterów załatwiało swoje sprawy na Gili T. Była dla nich tym, czym średniowieczne katedry dla banitów – sanktuarium, neutralnym miejscem handlu i negocjacji. Na wyspie nie znano policji, dróg jak również kanalizacji, a na drzwiach każdego baru widniał napis „No weapons”. Przez lata nikt z poważnych graczy nie złamał tej tradycji. Miejscowi bandyci obawiali się zemsty duchów. Nie wiadomo też, co działo się z angielskimi turystami, którzy swoim zachowaniem zakłócali pacyfistyczny nastrój.

Wyspę można było obejść w dwie godziny, znajdując tu prawie wszystko. Luksusowe hotele na północy (wczasowicze rzadko zapuszczali się dalej niż na strzeżoną plażę, na wszelki wypadek). Zlepione ze śmieci i bambusów chaty miejscowych, z krowami, kozami i wszystkimi innymi zwierzakami hodowlanymi, wytrzymującymi tropikalny klimat. Imprezowe wybrzeże na południu, gdzie od lokalnych sprzedawców można było nabyć każdy narkotyk znany człowiekowi, a grzyby halucynogenne reklamowano kolorowymi szyldami w rodzaju: „Even Mario couldn’t handle that mushroom” albo „We have a ticket to the moon and back”. Dodatkowo wszędzie jeździły furmanki zaprzężone w kuce, wzniecając za sobą tumany kurzu, a na pięknych plażach o świcie udawało się czasem spotkać wielkie żółwie.

Alicja Liddell uwielbiała Gili T. chociażby dlatego że za wykonywanie swojego zawodu nie groził jej tu wyrok śmierci. Mężczyzna, który ją zaprosił, nie szukał jednak rozrywki. Odsunęła od siebie zdjęcie i wzięła solidny łyk, żeby trochę się uspokoić.

– Wiem, jak ona wygląda. Przyjaźniłyśmy się.

– Kiedy jeszcze była…?

– Kurwą. To chciałeś powiedzieć. Nie chcę cię martwić, ale po waszym spotkaniu wcale nie przestała nią być.

Spod długich rzęs obserwowała efekt swoich słów. Ruszyło go. Kto wie, może rzeczywiście kochał Sithę. W końcu przysyłał pieniądze. Z drugiej strony wielu bogatych białych tak robiło. Utrzymywało swoje luksusowe zabawki z dała od wścibskich oczu. Z dała od żony i dzieci. Tyle, że chłopak nie wyglądał na bogacza. Jego zawód można było wyczytać z siatki blizn na prawej skroni i policzku. Nie miał więcej niż trzydzieści lat, ale patrzył na świat oczyma starego człowieka.

– Nie wiedziałem, że wróciła do zawodu.

– Myślisz, że miała wybór? Może nie trzeba było jej tu zostawiać, co?

– Miałem kontrakt jeszcze na rok. W tym nasze rzemiosła są podobne. – Uśmiechnął się kwaśno. – Ja też nie miałem wyboru.

– W końcu tak się poznaliście. Dziwka i żołnierz. Dużo mi o tym opowiadała. Przez parę miesięcy była tu obecna tylko ciałem. Całą duszą czekała na ciebie.

Zamiast odpowiedzi poczęstował ją papierosem. Sam też zapalił. Alicja patrzyła, jak trzęsą mu się ręce.

– To coś zmienia? Że pracowała?

– Niczego nie zmienia – odpowiedział ze złością.

– To może się polubimy.

– Nazywasz się Alicja Liddell. Zaskakujące nazwisko dla Balijki.

– Ojciec był Australijczykiem. Nazwisko to jedyna rzecz, jaką zostawił mnie i matce. No i urodę mam po nich. Kundle zwykle są ładne, to sprawa genów.

Rzeczywiście, w tej kwestii skromność byłaby fałszywa. Dziewczyna miała czarne włosy i wielkie kasztanowe oczy oraz ciemną skórę, pod letnią sukienką rysowały się kształty, które nawet indyjskim sathu zakłóciłyby spokój myśli. Była boso, na lewej kostce nosiła złoty łańcuszek.

Chłopak jednak od początku nie zwracał na to uwagi. „Może się polubimy” – powtórzyła w myślach.

– Sitha. Wiem o niej sporo, pewnie tak samo jak ty, ale nie mam pojęcia, co się z nią stało. Gliniarze od razu odpuścili temat. Jeszcze jedna zaginiona kurwa. Nawet wśród nas mało się o tym mówi, wszystko to pogłoski. O tym, że ktoś za nią zapłacił. Jednorazowo i dużo.

– Za jej… towarzystwo?

– Za jej życie. Ale nie wierz w to za bardzo – dodała, widząc jego minę. – Środowisko jest podatne na takie legendy.

– Zabiję każdego, kto…

– Wiem, inaczej bym z tobą nie gadała. Mam dla ciebie nazwisko jej alfonsa. Jeśli Sitha rzeczywiście została porwana, powinien coś o tym wiedzieć. Dla mojego i twojego bezpieczeństwa nie może przeżyć tej rozmowy.

Mężczyzna dopalił papierosa i jednym haustem wypił drinka, choć wcześniej nawet go nie spróbował.

– Nie wystarczy. Chcę nazwisko człowieka, który wysłał ją na ulicę. Tego, który kręci tym waszym biznesem.

Alicja kiwnęła głową. Przed chwilą pomyślała, że chłopak jest rozsądnym człowiekiem. Wnioski były pochopne.

– Zapomnij. Do tego poziomu nawet się nie zbliżysz. Ludzie mogą walczyć z innymi ludźmi, nie z demonami.

– Nie powiesz mi?

Westchnęła. Zawsze fascynowało ją, jak bardzo biali uniwersalizują prawa rządzące ich światem. Tym światem, w którym pensja przychodzi na konto, magia podlega nadzorowi państwa, a w razie kłopotów na końcu pojawi się policja z kocem i kubkiem słodkiej herbaty. A przecież Szymon służył na Bliskim Wschodzie, powinien wiedzieć lepiej.

– Każde dziecko na ulicy w Kucie ci to powie, żadna tajemnica. Wszyscy słyszeli o Szejku, ale to nic nie zmieni.

– Okej. Skoro i tak nic nie mogę zrobić, chwilę sobie o nim porozmawiajmy.

Alicja właśnie zaczęła żałować, że zgodziła się na spotkanie, ale Sitha jest jej przyjaciółką. Takie sprawy się liczą, niezależnie od kultury.

Rozmawiali więc jeszcze długo nad brzegiem oceanu, który wieczorem cofnął się jak nażarte zwierzę pozostawiając po sobie na mokrym piasku lśniące w księżycowym świetle, wyszczerbione białe głazy, kawałki kości.

Dziewczyna przez chwilę zastanawiała się nawet nad tym, czy nie przedstawić żołnierza Białej Małpie, porzuciła jednak ten pomysł. Według niej i tak tkwił po uszy w gównie. Naprawdę nie potrzebował większych kłopotów.

*

Mohammad Laval był człowiekiem szczęśliwym. Allah obdarzył go łaską, jaka wbrew pozorom dana jest nielicznym mężczyznom na tym świecie. Budził się co rano u boku kobiety, którą kochał, i swojego małego synka. W tej sytuacji sprawą drugorzędną, chociaż niepozbawioną znaczenia był fakt, że działo się to w pałacu w Denpasar, w którym do 1906 roku żyła balijska rodzina królewska. Do 1906, czyli do czasu, kiedy holenderscy kolonizatorzy (dziadkowie dzisiejszych, miłujących pokój, środowisko naturalne i rowery Holendrów) nie zadowolili się rzuconym im pod nogi bogactwem tego kraju. Wyrżnęli i wygwałcili tu wszystko, co się dało. Od tamtego czasu budynek stanowił muzealne wspomnienie zorganizowanego ludobójstwa, które dla niepoznaki nazwano kolonizacją. W dwudziestym pierwszym wieku upomniał się o niego ktoś inny. Teraz mitologiczne ornamenty, te wszystkie zębate Barongi, kwiaty, rzeźbione w drewnie jaszczurki, stapiały się z chromem i elektroniką strzeżonej twierdzy na klifie nad brzegiem oceanu.

Po przebudzeniu patrzył na fale przypływu i nie przeszkadzał mu nawet fakt, że robił to przez kuloodporną szybę. Jego piękna żona, pielęgnowana i rozpieszczana od dziesiątego roku życia, przeciągnęła się rozkosznie. Lubiła dłużej pospać, a Mohammad bardzo troszczył się, żeby w życiu robiła tylko to, co sprawia jej przyjemność. On sam wypijał przyniesioną mu przez służącą luwak cafe, której ziarna swoją delikatność (i cenę) zawdzięczały wstępnemu trawieniu w jelitach małego, łasicowatego stworzenia. Potem wędrował przeszklonym korytarzem po molo, a pod stopami miał wzburzone fale. Pół godziny na siłowni, spokojne śniadanie przed plazmowymi telewizorem, wreszcie parę godzin poświęconych interesom, co niestety zakładało również krótkie spotkanie z Alhazredem. W głębi duszy nie cierpiał tego faceta, stworzenia, jakkolwiek go nazwać, śliniącego się i ślepego, oszpeconego w środku i na zewnątrz. Wiedział jednak, ile zawdzięcza arabskiej magii, dlatego płacił za wszystko. Z czasem stawało się to coraz bardziej kłopotliwe.

Niecierpliwie wyczekiwał godziny trzeciej, kiedy po pracy mógł wrócić do żony i dziecka oddając im się całkowicie na resztę dnia i nocy. Sam wychował się w rodzinie z wiecznie zapracowanym, nieobecnym ojcem. Nie chciał popełnić tego błędu wobec Christophera, a każda chwila spędzona bez Aishy w jakimś stopniu składała się z tęsknoty i myśli o niej.

Stąpał po ziemi na tyle solidnie, by nie przeszkadzało mu to w obowiązkach. Codziennych formalnościach, takich jak na przykład załatwienie imama, który bez zbędnych pytań (i rozmowy z oblubienicami) udzieliłby czasowego ślubu ludziom przygotowującym do eksportu lokalny towar. Na Wyspie Duchów pracownicy stawali się bardzo religijni, a on, który nie był dla nich Mohammadem Lavalem, tylko Szejkiem, musiał się troszczyć o takie rzeczy. Nawet grupowy gwałt trzeba było rozliczyć przed Allahem. Zaiste, indonezyjscy bracia w wierze nie do końca zdawali sobie sprawę z konsekwencji, kiedy witali ich uśmiechem dwadzieścia lat temu. Przygotowany do pełnienia swojej funkcji towar trafiał najczęściej do holenderskich burdeli i tak tworzyła się symbioza starych oraz nowych najeźdźców.

Aisha i Christopher byli jednak od tego wolni, czyści, nieświadomi i niezainteresowani całym brudem tego świata. Tak Szejk dbał o swoją miłość. Balijscy służący wiedzieli, że nie mają prawa nawet patrzeć w oczy księciu i królowej, nie mówiąc już o dotykaniu. Taka poufałość dozwolona była wyłącznie służkom zaufanym i spokrewnionym z Panią. Szejk parę dni temu własnoręcznie ściął głowę posługaczce, której zdarzyło się o tym zapomnieć. Krew chlusnęła na biały marmur tworząc balijskie barwy narodowe, ostrze maczety zaklinowało się między kręgami, coś chrupnęło nieprzyjemnie i trzeba było poprawiać. Na twarzy osiemnastolatki pozostał grymas raczej zdziwienia niż bólu, nawet wtedy, kiedy jej głowa toczyła się już po podłodze. Tak bardzo kochającym mężem i ojcem był ten dziwny człowiek.

*

W wilgotnym powietrzu rozchodził się trupi odór, przesiąkając przez materiał sarongów, ubrań oraz pospolitych worków foliowych, w które owinięte było ciało. To i tak pół biedy, na niedalekim Sulavesi trupy czekały na godny pochówek w domach, zdarzało się, że więcej niż rok. Tutaj zagrzebywano je w pylistej ziemi, do czasu aż rodzina zbierze pieniądze na opał gwarantujący godną kremację. Potem cały klan, liczący kilkaset osób, spotykał się nad brzegiem oceanu, który dawał życie, pozwalał też je wykarmić, ale prędzej czy później dopominał się o zwrot długu. Uczestnicy, bo trudno nazwać ich żałobnikami, zjawiali się odziani na biało. Podczas uroczystości nikt nie lamentował, oczekująca uczta stawała się okazją do śmiechu, tańców i wspomnień. Wyspa była przecież pełna duchów. Przypominały o tym ołtarzyki wotywne na chodnikach (pokarm dla psów z całej okolicy) oraz szarfy opasujące rzeźby, w których duchy zdecydowały się zamieszkać. Jeden więcej naprawdę nie robił różnicy.

Tego wieczora ludzi było sporo. Prócz członków klanu Hadong żegnających ukochaną matkę i babcię pojawiło się też wielu gapiów. Wieść gminna niosła, że pogrzeby w Nusa Dua były bardziej… udane niż gdzie indziej.

Po pudży odprawionej w intencji zmarłej, nikt nie pofatygował się po świeżo wykopane, złożone w bungalowie i śmierdzące pod niebiosa ciało. Zamiast tego cała wioska zamarła wpatrując się w bambusowe drzwi. Dzieci przestały dokazywać, psy – szczekać. Świat pogrążył się w absolutnej, bardzo rzadkiej dla tego miejsca ciszy. Nawet burzowe chmury zastygły na ciemnofioletowym niebie. Światło młodego księżyca budowało klimat scenerii wydarzeń niecodziennych, nawet dla tej wyspy. Jedna rzecz to święcie wierzyć w duchy, ale zobaczyć je na własne oczy, to już zupełnie co innego.

Drzwi rozchyliły się wolno, jakby ktoś wewnątrz mocował się z ich otwarciem. Potem na sztywnych nogach z bungalowu osobiście wyszła nieżyjąca od dwóch miesięcy pani Lima Sai Hadong. Poruszając się trochę jak marionetka w rękach niewprawnego lalkarza, ukochana babcia i matka ruszyła wprost ku zgromadzonym, a ci ledwie powstrzymali się przed ucieczką. Rzeczywiście, od chwili zgonu czas nie był dla pani Limy Sai zbyt łaskawy. Pokryte bielmem oczy, plamy rozkładu na spuchniętej twarzy oraz, co najgorsze, zniekształcający rysy brak dolnej szczęki, gdzie skóra ust wisiała jak guma, budziły grozę nawet wśród ukochanych wnuczków. Po kilkunastu chwiejnych krokach ciało stanęło naprzeciw tłumu. Pokiwało głową na prawo i lewo rozglądając się jak kiepski aktor w spektaklu dla dzieci. Wielu obserwatorów, którzy znali panią Limę Sai i za życia byli jej bliscy, doszukało się wtedy w wyrazie zeszpeconej twarzy osobistego przesłania zza grobu. Ci, którym się to udało, poczuli się lepiej, mimo że pośmiertna maska ze skóry i zgnilizny nie wyrażała niczego. Potem trup rozpoczął swój ostatni, mozolny spacer po plaży, nad brzeg wzburzonego oceanu, wprost na stos.

*

Sprawca całego zamieszania siedział na odciętej od lądu skale, niewidoczny w głębokiej jaskini, a ręce śmierdziały mu trupem. Zarośnięty, kościsty i nagi do pasa wyglądał trochę tak, jakby był tu trzymany siłą, ale miał na sobie wytarte jeansy i całkiem nowe adidasy, a to nie jest raczej strój więźnia. Trzy tłuste, półmetrowe nietoperze zwane latającymi lisami zdążyły się już przyzwyczaić do dziwnego gościa. Powietrze pachniało zastałą wodą morską. Na półce skalnej stał termos ze śladami zielonej substancji na ściankach. Odgłosy uroczystości pogrzebowej docierały tu przytłumione, mężczyzna wcale nie kwapił się, aby podchodzić bliżej. Panią Limę Sai Hadong poznał już i tak nazbyt dobrze, na dodatek w stanie, w którym nie była już zdolna do przyrządzenia smażonego ryżu z warzywami. Magiczne grzybki z wyspy Lombok, kupowane w postaci koktajli na Gili T., robiły robotę. Jego zdolności wyostrzyły się tak bardzo, jakby miał w dłoniach pilota. Wszystko oczywiście ma swoją cenę i jutro będzie to musiał odchorować. Wtedy przyda się ziele albo alkohol. O długoterminowych skutkach nauczył się nie myśleć.

Dokładnie w chwili, kiedy stwierdził, że wszystko idzie świetnie, jego głowa stanęła w płomieniach.

*

– Znamy się tyle lat – Adi zrobił minę dziecka, któremu jest przykro – a ty teraz zadajesz mi takie pytania?

Alicja Liddell zbyt dużą część swojego dwudziestopięcioletniego życia spędziła na ulicy, żeby łyknąć taki kit. Znów miała na sobie krótką, letnią sukienkę i znów była boso, a jej oliwkowa skóra wyglądała świetnie w zestawieniu z błękitem.

– Świadoma swojej urody kobieta potrafi być bardzo niebezpieczna – zauważył filozoficznie Adi, czytając jej w myślach.

Parasol z trawy chronił przed skwarem południa, barman miał rozpuszczone włosy a na twarzy, tak jak zwykle, szeroki uśmiech. Biali turyści współczuli mu, kiedy dowiadywali się, że sypia na podłodze za kontuarem, a jego jedynym bogactwem jest deska surfingowa oraz zwiezione tu przez nich z całego świata płyty, z których nauczył się angielskiego. Adi uśmiechał się, oczywiście, w głębi duszy współczując im tego współczucia. Istniały jednak takie tematy, których nie należało z nim poruszać. Alicja posuwała się za daleko. I rozmyślnie założyła dziś tę błękitną sukienkę, mógł się o to założyć.

– Nigdy dla niego nie pracowałam. Zrezygnowałam, kiedy Egipcjanie przejęli interes. Ulica zmieniła się, przestało być bezpiecznie. Ale ty znasz ich bliżej, ty znasz wszystkich, Adi.

– Znam. Trochę. I dlatego nie lubię o nich za dużo gadać. Ten cały Szejk… lepiej o nim zapomnijcie. Facet jest nie do ruszenia. Mieszka w pieprzonej fortecy. Niewiele złych rzeczy dzieje się na wyspach bez jego wiedzy.

– Dziesięć lat temu było inaczej.

– Gadasz jak staruszka. Dziesięć lat temu nie było tu Arabów.

– Całkiem rasistowsko jak na czarnego muzułmanina.

– Co ty mi tu pierdolisz, Ala? Oni przybyli tu właśnie jako bracia w wierze, a potem wzięli wszystkich za pysk. Mają swojego czarodzieja, kumasz to? Mogą znaleźć i zabić każdego. Przycisnęli nas bardziej od niewiernych. Tak to już jest, że najpierw bierzesz się za swoich. Zanim się ktoś kapnął, Szejk został królem podziemia na Bali. Ludzie się go boją. Mówią, że rozmawia z duchami. Znasz Balijczyków, to dobrzy ale przesądni ludzie.

– Balijczyków? A ty skąd niby jesteś?

– Ja jestem surferem – odpowiedział naśladując Bogarta. – Moja rada jest prosta: nie mieszaj się do tego. Sithy i tak nie odnajdziecie, pewnie od dawna jest gdzieś w Europie. Jeśli sama nie ucieknie, nie ma szans. Chcesz, żeby z tobą stało się to samo?

– Jestem świadoma zagrożenia – skłamała.

– Czy ty przegapiłaś fragment naszej rozmowy, kiedy mówiłem, że oni mają u siebie czarodzieja? Pieprzonego maga. Wzywa dżiny, które dopadną cię na końcu świata.

Próbowała pokazać, że słowa barmana z La Moomby nie zrobiły na niej wrażenia.

– Okłamałeś mnie, jednak jesteś Balijczykiem. Dobry człowiek, ale bardzo przesądny.

Adi skapitulował. Jego angielski był zbyt ubogi, żeby dyskutować z panną w takiej sukience.

– Wiesz, z kim musiałabyś pogadać, prawda? Jeśli naprawdę chcecie szukać tej małej…

*

Kuta wyglądała jak tradycyjna balijska wioska – taka z grubymi murami i zawsze otwartymi wszystkimi drzwiami – która obrosła grubą warstwą brzydkiego miasta. Azjatyckiego, to znaczy takiego z chaosem na drogach, tłumem na ulicach, warungami, ołtarzykami wotywnymi na chodniku, gorącym powietrzem pachnącym kwiatami, jedzeniem i zgniłymi owocami, kablami od elektryczności taplającymi się w kałużach oraz miliardem spraw i biznesów tworzących to mrowisko.

Hotel miał kształt pagody, w pokojach karaluchy toczyły wieczną wojnę z gekonami, ramiona wentylatora miesiły nad głową kłęby papierosowego dymu, które przy tej temperaturze i wilgotności powietrza w ogóle nie chciały się rozpraszać. Parę dni temu przeszedł na swoją wojenną dietę mistrzów: fajki, rum i czarna kawa. Na froncie sprawy takie jak zdrowe odżywianie okazywały się nieznaczące. Teraz było tak samo. Beznadziejnie nudno. Tak właśnie wspominał wojnę. Minuty przechodzą w godziny i całe dni bezruchu w upalnym powietrzu. Długie okresy nudy przerywane z rzadka wybuchami absurdalnej przemocy. Tak jak kiedyś, przez celownik optyczny przygląda się celowi.

Gość przybył tu z Bliskiego Wschodu, razem z kolegami. Wyspiarze byli zupełnie nieodporni na arabską magię i arabskie know how. Odwieczny podział na tych, którzy mają broń i tych, którzy kopią, okazał się trwalszy od religijnych więzi. Alfons nosił złote zegarki i zęby, wpisywał się w każdy rasistowski stereotyp. Po mieście woził się jak watażka, ale sam mieszkał w przeludnionym mrówkowcu na trzydziestu metrach kwadratowych. Gość prawie nie sypiał, dwadzieścia cztery na siedem na amfetaminowym haju. Wystarczyło parę dni, aby ustalić, że do obowiązków zawodowych alfonsa należała ochrona ulicznych dziwek (albo bicie, kiedy się stawiały) oraz dilowanie dragów dostarczanych na skuterze.

Szymon, obserwujący go cierpliwie z hotelowego okna naprzeciwko, przypomniał sobie opowieści na temat rezydencji Szejka. Faruk Khan, alfons, dla którego pracowała Sitha, nie był chyba najbardziej obrotnym bliskowschodnim gangsterem w okolicy. Po dwóch dniach i rozrysowaniu sobie mapy pomieszczeń oraz okolicznych ulic żołnierz doszedł do wniosku, że czas się poznać osobiście.

*

– Do kurwy nędzy, co ty robisz, stary? – Khan dopiero w salonie zorientował się, że ma gościa. Potem dostał dwa proste, przed którymi nawet niezbyt się zasłaniał. Kiedy ospale podniósł ręce do gardy, Szymon sierpem posłał go na ziemię.

– I tyle? – zdziwił się żołnierz. Potem dwa razy kopnął leżącego, żeby się uspokoić. – No to sobie porozmawiamy. Nawet nie wstawaj, mam broń, mogłem wyjąć, ale bardzo chciałem cię pobić. Nie przedłużajmy niepotrzebnie naszej znajomości. Sitha. Pracowała dla ciebie. Parę miesięcy temu chciała zrezygnować i zniknęła. Ten ciąg przyczynowo–skutkowy wygląda bardzo niekorzystnie. Czujesz to, prawda? Przekonaj mnie, że powinieneś przeżyć.

Egipcjanin najpierw próbował kłamać, ale popatrzył w oczy Szymonowi i zmienił zdanie.

– Opiekowałem się nią…

– Tak bym tego nie nazwał. Mów dalej.

– …przez parę lat. Rzeczywiście chciała zrezygnować. Groziła mi…

Żołnierz wysłuchał go bez zmiany wyrazu twarzy, jedynie drewniane oparcie krzesła zatrzeszczało mu w rękach.

– Nie zabiłem jej. – Egipcjanin wypluwał słowa z prędkością karabinu maszynowego. – Miałem ją tylko do kogoś przewieźć. Zdjąć z ulicy.

– Pewnie nie szła dobrowolnie, co? – Szymon solidnie skopał go po nerkach, a potem wyciągnął zza paska pistolet. – Jak Boga kocham, naprawdę trudno mi cię polubić. Kiedy?

– Trzy miesiące temu. Wtedy, kiedy chciała odejść. Długo ci zajęło, żeby sobie o niej przypomnieć.

– Odgryzasz się, skurwysynu… – Żołnierzowi przez chwilę zabrakło powietrza. Alfons trafił w czuły punkt.

– Do kogo więc ją zawiozłeś?

– Przecież i tak już się domyślasz. Bali to bardzo mała wyspa. Nie ma takiej rzeczy, której oni ze mną nie zrobią, jeśli ci to potwierdzę. Nawet źli ludzie miewają dzieci, dlatego nie mogę panu władzy odpowiedzieć.

Przemknęło mu przez głowę, że gangster bierze go za gliniarza. Niezłych tu muszą mieć policjantów. Wyjątkowy pech Szymona polegał na tym, że pięć minut później się o tym przekonał.

*

Na widok dwóch facetów w mundurach odruchowo podniósł ręce. Zachodzące słońce mieli za plecami, podświetlało ich sylwetki w otwartych drzwiach. Sąsiedzi dawno już znaleźli się jak najdalej od tego miejsca. Oślepiony blaskiem niczego nie dostrzegł, ogłuszyła go seria z pistoletu maszynowego w klaustrofobicznej przestrzeni mieszkania.

Siwy, krótko ostrzyżony mężczyzna w wojskowych spodniach i koszulce z bóstwem Ganeshą popijał sajgonki piwem Bintang na przednim siedzeniu zdezelowanego forda. Pionowe bruzdy na zarośniętych policzkach upodabniały go do wyliniałego kojota. Cienie pod oczami widać było nawet zza ciemnych szkieł. Obserwując okolicę odrzucił już dziesięć propozycji masażu z happy endem, panienki spławiał zwitkiem stutysięcznych banknotów, żeby nie narobiły hałasu. W przeliczeniu to tylko kilkanaście dolców. Żołnierzyk ruszył na alfonsa kwadrans temu. Kiepska synchronizacja czasowa. Biała Małpa przyszedł tu tylko pogadać, a wygląda na to, że może nie mieć z kim. Gliniarzy podjechało dwóch i coś za bardzo się rozglądali. Odruchowo schował głowę w ramionach, kiedy usłyszał strzały. Potem ten cały Szymon, o którym opowiadała mu Alicja, wyszedł z mieszkania na piętrze razem z szybą. Trochę biegł, trochę spadał ze schodów. Dwa kamienne Barongi po obu stronach wejścia do klatki schodowej przyglądały się temu krytycznie.

Siwy gość w samochodzie nie wyrzucił resztek posiłku przez okno – tak marnotrawią jedzenie tylko gliniarze w amerykańskich filmach. Zamknął je starannie w styropianowym kubku, dopiero potem odpalił silnik.

*

– Średnio to widzę, Alu. Gość w ogóle nie myśli i jest tu sam. A oni o tym wiedzą.

– Bez urazy, nie dało się wybrać bardziej dyskretnego miejsca na rozmowę? – Alicja rozglądała się zdezorientowana. Człowiek zwany Białą Małpą (tłumaczyła sobie, że są pewne podobieństwa, fajnie się ogląda, ale do domu byś nie wpuścił) dopiero co się we wszystko wmieszał, a sprawy już zrobiły się dziwne. No i ta świątynia…

Wznosiła się na burych skałach, kilkanaście metrów ponad niespokojnym morzem. Powierzchnia wody zmącona deszczem, fale rozbijały się o kamienie niemal pod stopami, w pianie i huku. Niewielki ołtarz Ramajany w pagodzie z jedenastoma coraz mniejszymi dachami. Prócz tego na skalistej wyspie rosło jeszcze sporo drzew i wszystko to ledwie mieściło się na kilkudziesięciu metrach kwadratowych. Z grubych liści i z bogatych ornamentów ściekała deszczówka. Podczas odpływu wyspa łączyła się z lądem i organizowano tu nabożeństwa, ale w nocy, w deszczu byli zupełnie sami.

– To kwestia estetyczna. Zobaczcie, jak tu pięknie.

– Chyba sobie żartujesz. – Żołnierz półleżąc próbował włączyć się do dyskusji.

– Widzę, że odkąd rana okazała się powierzchowna, koledze wraca pewność siebie? Bardzo dobrze. Niedługo się przyda. Oprócz względów estetycznych, rodaku, jesteśmy tutaj, bo magia wynaturzenia, które przywiózł ze sobą Szejk, jest magią zmysłów i żywiołów. W zawodzie nazywamy to elementalizmem. Na wyspie prześladowcy gubią trop.

– Taki jesteś tego pewien?

Alicja westchnęła ciężko.

– Zaoszczędzimy naprawdę masę czasu, jeśli tu i teraz zaufasz temu człowiekowi. Odradzałam ci, sam zdecydowałeś się w to brnąć. Obecność Białej Małpy zwiększa zarówno ryzyko jak i szanse powodzenia. Poza tym wywiózł cię z Kuty i tak jakby uratował ci życie.

Drewno pagody przesiąkło wilgocią, pachniało morzem i roślinnością. Od nocnego powietrza kręciło się w głowie. To było właśnie takie miejsce.

– Dziękuję – powiedział żołnierz i zaczął słuchać. Dobrze to o nim świadczyło.

– Widzisz, wiem o tym wszystkim, bo ja też jestem takim wynaturzeniem. Chyba nawet gorszym, chociaż bliższym kulturowo. Jedziesz prosto z kraju?

– Nie. Zdezerterowałem po paru miesiącach braku wieści od Sithy. Czułem, że grozi jej niebezpieczeństwo. Wierzysz w takie rzeczy?

– Robię w tym biznesie, synku. Szkoda. Jestem ciekawy, co u nas słychać. Tak z pierwszej ręki. Byłeś żołnierzem?

– Zawodowym. Podwójna tura na Bliskim Wschodzie, dokładnie pomiędzy dżinami bojowymi Arabów i zaporą Kabalistów. Trochę się napatrzyłem na te ich sztuczki.

– Robiłeś to dla kasy?

– Wolałbyś, żeby się okazał najemnikiem? – wtrąciła Alicja. Nie tylko faceci mogą sobie pogadać.

– Prawdę mówiąc, tak. Byłoby bezpieczniej. Ale w końcu władował się w tę awanturę z miłości. Nie jest najemnikiem, jest romantykiem. To znacznie gorsze.

– Sitha to moja kobieta i jej przyjaciółka, dlatego tu jesteśmy – powiedział żołnierz. – Ciągle jeszcze nie znamy twojej motywacji i nie wiem jak Alę, lecz mnie to niepokoi. Dlaczego mi pomagasz, Biała Małpo… tak mam się do ciebie zwracać? Trochę głupio brzmi…

Siwy mężczyzna skrzywił się, jakby go zabolały zęby.

– Rzeczywiście głupio. Nazywam się Brighella. I znów mam kłopoty. Ale tym razem ty większe, więc nie mam życzenia aż tak bardzo ci się zwierzać. Może się dowiesz, w swoim czasie. Jako wynaturzenie zachowuję dla siebie przywilej dyskrecji. Pogodzisz się z tym, bo nie masz innego wyjścia. Powiem ci tylko szczerze, że jako lojalny spadkobierca swojej tradycji narodowej bardzo nie lubię Szejka i uważam, że powinna mu się stać krzywda.

Żołnierz milcząco pokiwał głową. Średnio mu się to wszystko podobało. W dodatku Alicja była wyraźnie podekscytowana całą historią. Nie mogła się doczekać konfrontacji.

– Wyjechałeś z kraju? Czy uciekłeś?

– Mam pentagram w paszporcie. To bardzo smutna historia. Kończy się śmiercią, ale już zapomniałem czyją.

– O mój Boże… – zdziwiła się dziewczyna. – Biała Małpo, czyżbyś kiedyś był rewolucjonistą? Wrogiem Inkwizycji? Chyba muszę inaczej na ciebie spojrzeć.

– W życiu. – Brighella uśmiechnął się ponuro. – To była kwestia zawodowej rozbieżności interesów. Ja tam szanuję swoich przeciwników. Być może przetrwaliśmy w tym skrajnie nieprzyjaznym miejscu na mapie tylko dzięki nim? Spójrz na Szejka. Zamieniłbyś się?

– Dziwnie stawiasz sprawy – burknął Szymon.

– Przyzwyczajaj się. Tutaj (Alicja zastanowiła się, czy Biała Małpa ma na myśli Bali, czy może cały świat) wydarzenia eskalują bardzo szybko. Oficjalnie nazywa się to zasadą entropii. Zdecydowałeś się walczyć o swoją kobietę. Podziwiam to i nawet trochę ci zazdroszczę. Zastanawiam się też, co jesteś w stanie poświęcić, żeby ją odzyskać.

Oczy Szymona zwęziły się, zacisnął szczęki.

– Nie słyszałeś mnie wcześniej? Zdezerterowałem. Już poświęciłem całą swoją przyszłość.

– Parę miesięcy zajęło ci podjęcie tej decyzji. Zastanawiasz się czasem, co by było, gdybyś zareagował wcześniej? Może pomyliłeś miłość z wyrzutami sumienia?

Żołnierz zbladł. Zacisnął zęby i wściekły próbował zwlec się z karimaty.

– Leż spokojnie, godzinę to bandażowałam, a ty zaraz wszystko spaprzesz – skarciła go Alicja. – Będziesz musiał się przyzwyczaić do jego poczucia humoru.

– Poświęciłem całą swoją przyszłość – powtórzył.

Nad ranem robiło się chłodno, Brighella wyjął piersiówkę i puścił oko do Alicji Liddell.

Dziewczyna wzięła łyka od serca i podała butelkę żołnierzowi.

– Bardzo dobrze, że tak to widzisz. Bo my wprost uwielbiamy ludzi, którzy nie mają już nic do stracenia.

*

Bali jest wyspą wulkaniczną i równikową. Deszcze zdarzają się często i są dwojakiego rodzaju. Pierwszy to mżawka, zawiesina kropel unosząca się w powietrzu jakby nie miała zamiaru spaść, która przynosi ulgę w upalne dni. Drugi to całkowite oberwanie chmury, prawdziwy prysznic zmieniający ulice w rzeki i przyginający do ziemi tropikalną roślinność.

W dniu, kiedy Mohammad Laval odwiedził Alhazreda, lało jak z cebra. Najwierniejsi pretorianie strzegli wejścia do siedziby maga. Elita żołnierzy Szejka przybyła razem z nim z Egiptu, ich żony zostały obrzezane, a oni sami modlili się pięć razy dziennie. Dla nich magia była haram. Z trudem tolerowali obecność takiego odmieńca. Na całe szczęście ślepy czarodziej nie kwapił się wychodzić.

Szejk również nie znosił wizyt w lochach i bywał tam tak rzadko, jak tylko możliwe. Myślał o sobie jak o biznesmenie. Przedsiębiorcy, który dla swoich celów wykorzystuje konieczne środki. We własnym mniemaniu nie różnił się niczym od maklerów z Wall Street. Miał tylko pecha urodzić się w mniej rozwiniętym cywilizacyjnie kraju, więc narzędzia, którymi się posługiwał, z konieczności były bardziej prymitywne.

Schodząc do lochów poczuł, jakby ktoś przeniósł go w czasie o tysiąc lat wstecz. Zastanawiał się, czy świat nie byłby przypadkiem lepszym miejscem, gdyby ludzkość nie nauczyła się posługiwać magią. Być może problem nie tkwił w czarach, tylko w sposobie ich użycia? Może to ludzkość sama w sobie była problemem? Laval nie miał filozoficznej natury, takie refleksje psuły mu nastrój. Działo się tak za każdym razem, gdy w pobliżu był Alhazred.

Czarodziej znał każdy metr swoich lochów, poruszał się tutaj cicho i sprawnie jak kot, mimo że obie jego powieki zostały dekady temu zaszyte grubą nicią, a rozszarpane gałki oczne gniły pod nimi jeszcze przez wiele miesięcy. Przeżył tylko dzięki magii, która wniknęła w jego ciało, gdy najbardziej cierpiał. Mohammad, chociaż rzadko rozmawiał z magiem o sprawach innych niż zawodowe, kiedyś nie wytrzymał. Musiał wiedzieć.

„Kto ci to zrobił?” – zapytał, a Alhazred uśmiechając się szeroko bezzębnymi dziąsłami wskazał samego siebie.

Korytarze przesiąkły zapachem krwi, spermy i pleśni. Wnętrze było prawdziwym labiryntem ułożonym z niepotrzebnych rzeczy. Zniszczone, europejskie meble, spreparowane głowy zwierząt, stare książki i obrazy zebrane zupełnie bez ładu i składu. Do drzwi mahoniowej szafy za grube tysiące dolarów przybito zardzewiałym gwoździem obraz przedstawiający jelenie na rykowisku, głowę greckiej rzeźby przyozdobiono burleskową peruką i pomazano szminką. Kurzu w powietrzu było tyle, że Szejk kichał całą drogę do komnaty. To wszystko za jego pieniądze. Dobrze zainwestowane pieniądze.

Pokój oświetlony był żarówką małej mocy, zwisającą na kablu z sufitu. Alhazred siedział tyłem do drzwi, w fotelu z epoki Ludwika XVI, w szlafroku angielskiego gentelmana i palił opium z fajki wodnej. Nic, dosłownie nic nie trzymało się tu kupy. Nie odwrócił się, gdy usłyszał swojego pracodawcę. Laval miał okazję wcześniej przyjrzeć się jego twarzy, więc był mu za to wdzięczny.

Bez powitań, bez gadki o pogodzie, od razu do rzeczy. Szejka i Alhazreda łączyły sprawy tak mroczne, że nie musieli udawać wobec siebie sympatii.

– Źle się dzieje. Cudzoziemcy pytają o jedną z dziewczyn sprzed paru miesięcy. Musiałem kazać odstrzelić pracownika, na którego trafili. A ty nie potrafisz mi pomóc ich zlokalizować. Nie potrzebuję tutaj obcych dziennikarzy rozpytujących o jakąś kurwę.

– Nie znajdą jej – odpowiedział Alhazred.

– Bardziej interesuje mnie to, dlaczego ty ich nie możesz znaleźć. Wywąchać, po swojemu. – Szejk starannie ukrywał obrzydzenie.

– Mają ze sobą kogoś… kto wie, jak się ukryć.

– Maga?

Starzec roześmiał się, rozkaszlał, zaczął świszczeć.

– To nie jest żaden mag. To jest…

Szejk patrzył na niego wyczekująco.

– …abominacja.

– Nie wiem, skąd znasz takie słowa. Dziewczyna jest nasza, nie znajdą jej. Może nie o to im chodzi? Może to tylko pretekst? Może przysłali ich Chińczycy? Od zawsze chcą przejąć rynek.

– Nikt ich nie wysłał i nikt nimi nie steruje. To tylko śmieci. Nie masz teraz poważniejszych zmartwień?

Szejk pokręcił z powątpiewaniem głową. Smród robił się nie do wytrzymania. Zbierało mu się na wymioty. Naprawdę chciał być teraz daleko stąd.

– Załatwmy to jak najszybciej. Na ten czas odeślę Christophera i Aishę na Lombok, mam tam parę hoteli.

– Przesadzasz, jak zawsze.

– Być może. Z drugiej strony sam powiedziałeś, że tamtymi nikt nie steruje. Tacy ludzie są zawsze niebezpieczni.

*

Dokładnie w tym samym czasie człowiek zwany przez niektórych Białą Małpą a przez innych Brighellą patrzył w lustro. Połączenie grzybów halucynogennych i wyspiarskiego rumu mieszało mu w głowie. Magia mieszała mu w głowie. Obskurny pokój w samym sercu Gili T., skrzydła wentylatora wirujące ospale w upalnym powietrzu, przepocona pościel i jaszczurki na ścianach. Halucynacje jak fale przypływu pochłaniające racjonalne resztki mózgu.

I lustro. Dokładnie naprzeciwko łóżka, twarz w lustrze śledziła każdy jego gest jak Mona Lisa w Luwrze. Brighella z trudem skoncentrował wzrok, kształty nabierały ostrości, liczba wymiarów zredukowała się do trzech. Tylko twarz w lustrze nadal wpatrywała się w niego uporczywie.

„To normalne” – uspokoił się w myślach. Po to właśnie wynaleziono lustra, prawda?

Podniósł głowę, otarł ślinę z brody i spojrzał jeszcze raz. Prosto w czarne jak węgiel oczy młodej dziewczyny.

*

– Nie ufam mu. Nie daliście mi żadnego powodu, żeby mu zaufać.

Upalny wieczór w hotelowym lobby, granatowe chmury zwieszały się nisko i znów zbierało się na deszcz. Zameldował się tu pod nazwiskiem Simon Reed. Gdyby nie fałszywy paszport i ciągłe zmiany miejsca pobytu, gniłby już dawno w indonezyjskim więzieniu. Sztuczka bycia niewidzialnym polegała na tym, żeby wymeldowywać się w środę, bo w czwartek rano dyrekcja hotelu miała obowiązek przekazać dane gości prefekturze policji. Na wyspie system działał właśnie w taki sposób – z opóźnieniem i prowizorycznie. Na początku dwudziestego wieku rządziły tu jeszcze rady klanowe, a kobiety paradowały topless. Błogosławieństwo cywilizacji przekazane przez Holendrów tym tubylcom, których nie zdążyli zabić, zgwałcić lub zniewolić, póki co sprawdzało się średnio na Wyspie Duchów. Nic dziwnego, że Szejk zdecydował się właśnie tutaj rozwinąć swój interes.

Alicja wzruszyła ramionami.

– Wybór należy do ciebie. Znasz Ramajanę?

– Słucham?

– Gdybyś znał, wiedziałbyś, że nie odnajdziesz Sithy bez pomocy Białej Małpy.

– To jakiś kryminalista. Uciekł z kraju przed sprawiedliwością.

– Na tej ziemi ty też jesteś kryminalistą.

– I w dodatku czarodziej. U nas takie rzeczy są zakazane.

– Czarodziej najgorszego rodzaju – uśmiechnęła się dziewczyna.

Woda kokosowa, którą pili przez słomki wprost ze skorupy, stanęła żołnierzowi w gardle.

– Nekromanta?

– Dobrze kombinujesz. Wskrzesza zmarłych. Widziałam to kiedyś na własne oczy. Działa tylko przez chwilę, ale robi wrażenie.

– Na tyle długo, żeby babcia zdążyła podpisać testament? To obrzydliwe.

Westchnęła ciężko. Mężczyźni…

– Szymon, bądźmy ze sobą szczerzy. Ty żyjesz z wojny, ja byłam kurwą, a on wskrzesza trupy. Naprawdę chcesz w tej dyskusji używać moralnej dźwigni?

– Używasz bardzo mądrych słów do opisania…

– Bo my jesteśmy takie oczytane. Spędzamy dużo czasu na plecach, to zostawia czas na lekturę.

– Nie chciałem…

– Wyluzuj, biały człowieku. Tak naprawdę wszystko już się wydarzyło. A raczej wydarzało wiele razy wcześniej. Twoja kobieta została uprowadzona, ty chcesz ją odzyskać. To wciąż ta sama historia.

– I jak się kończy?

Alicja gniotła w palcach słomkę, zastanawiała się przez chwilę.

– Zależy na której wyspie – odparła w końcu. – Wkrótce się przekonasz.

– Powinniśmy wyruszyć jak najszybciej. Czas działa na naszą niekorzyść. Nie wiadomo, gdzie ona teraz jest i dokąd będą ją chcieli wywieźć.

– Nie ma pośpiechu – odpowiedziała flegmatycznie Alicja. Dla żołnierza to już było zbyt wiele.

– No, kurwa mać, mówię ci przecież! – Zerwał się od stołu, ściągając krytyczne spojrzenia tubylców. W Indonezji takie rzeczy nie przechodzą. Chamstwo jest domeną Zachodu. – Znam się na tym, musimy działać natychmiast.

– Siadaj. Siadaj człowieku, ściągasz na nas uwagę. I nie masz racji. Gówno wiesz o tym, jak tu załatwia się sprawy. Większość ludzi Szejka to miejscowi. Tylko do najgorszych rzeczy zatrudnia swoich rodaków albo białych. Taniej wychodzi zblatować się z lokalną policją, kumasz? Miałeś już okazję ich poznać.

– I co z tego?

– Ano to, że jeśli akcja ma mieć cień szansy powodzenia, poczekamy sobie jeszcze trochę i pierwszego dnia nowego roku wybierzemy się z wizytą do Szejka.

– Nie rozumiem.

– Naprawdę nie musisz. To nie Kansas, Dorotko. Nie jesteś już w Europie. Tylko u was da się wszystko zrozumieć. Powiedziałam: tutaj sprawy wyglądają zupełnie inaczej.

*

Wyspa Duchów ma zaledwie osiemdziesiąt kilometrów szerokości. Ludzie znają się, czasem sami nie wiedzą skąd. Na zajęciach jogi na wolnym powietrzu nawet dziwka może zaprzyjaźnić się z żoną milionera. Aisha Laval nie miała pojęcia o interesach swojego męża. Alicja doszła do takiego wniosku po kilku wspólnych wieczorach przy pizzy. Lokal był wtedy pusty, ochroniarze pilnowali ich jak oka w głowie, a Aisha beztrosko opowiadała o tym, że poznała znaną amerykańską aktorkę, gdy ekipa z Hollywood przyjechała tutaj kręcić film. Była dużym dzieckiem wychowanym w wielkim ogrodzie, zaprojektowanym przez męża. Całe jej życie przebiegało w równoległej rzeczywistości lecz mimo to dobrze im się rozmawiało o rodzajach podkładów wybielających i najnowszych serialach. No i oczywiście o problemach z dzieckiem – tutaj Alicja mogła tylko słuchać. Polubiła więc tę uroczo nieświadomą młodą matkę do tego stopnia, że przed wyjazdem na Lombok podarowała jej małego pluszowego misia. Zniszczoną pamiątkę z dzieciństwa. Balijczycy doceniają takie gesty.

– Będzie się tobą opiekował. Towarzysz zabaw dziecinnych, amulet na szczęście. Strzeże od złych duchów – powiedziała żonie gangstera i była to prawda. Ale nie cała.

*

Jest taki dzień w roku, kiedy złe duchy przelatują nad wyspą. Demony wszystkich nieszczęść, które przez pozostałe dni mieszkają w morzu, tego jednego spotykają się nad głowami Balijczyków szukając ofiar, ale tubylcy są sprytniejsi, dlatego wtedy pozostają w domach, za zamkniętymi drzwiami i spuszczonymi roletami. Nawet posiłki przygotowują sobie dzień wcześniej i tuż przy łóżku, żeby za daleko nie chodzić. Tego dnia wyspa jest wymarła. Ludzi Zachodu drażnią wszystkie związane z tym niedogodności. Pozamykane sklepy, odwołane loty, nieczynne szpitale. Jak można wierzyć w złe duchy? Rozsądny Balijczyk każe wtedy im się rozejrzeć po świecie, przeczytać parę książek historycznych i obejrzeć wiadomości. „Jak można nie wierzyć?” – odpowiada.

Ten dzień to Nowy Rok według balijskiego kalendarza.

*

Wieczorem ciepły deszcz spłukiwał wymarłe ulice. Zdezorientowane psy pożerały resztki wczorajszych ołtarzyków wotywnych, bo nikt nie przyniósł nowych. Czapa chmur skłębiła się wokół wulkanicznego stożka niczym źle naciągnięta płachta namiotu. Opuszczone świątynie, pozamykane sklepy, jednostajny szum deszczu jak w filmie o apokalipsie zombie, a nad tym wszystkim księżyc nabrzmiały czerwienią.

– No właśnie – zreflektował się Brighella, oglądając świat zza szyby starego forda. – Skoro już jesteśmy przy zombie… Mam nadzieję, że pokojóweczka odnajdzie drogę do domu.

– Czarodziej nas nie wyczuje? – Szymon przed akcją zachowywał spokój.

– Jasne, że wyczuje. Pewnie już wyczuł. Ale większość bandytów ukrywa się teraz po domach. A obecność naszej pokojóweczki na chwilę odwróci uwagę reszty.

– I co dalej?

– Dalej to już ufam, że jesteś tak dobry w swojej robocie, jak ja w swojej. Ten plan rozpisano na zbyt małą ilość osób. – Brighella odwrócił się do żołnierza. – Jesteś absolutnie przekonany, że chcesz się w to pakować?

– Mówiłem, że zrobię wszystko.

– Jestem pod wrażeniem. Musisz ją naprawdę kochać. Wiesz, że taka miłość to bardzo niebezpieczny żywioł? Na swój sposób dużo gorszy od magii, nawet mojej. Zróbmy więc tak, żeby był niebezpieczny dla innych. Trzymam cię za słowo, żołnierzu. – Mag wskazał na spory pokrowiec na kolanach pasażera. – AK 47?

– Nigdy nie wynaleziono niczego lepszego.

– Jedyne prawdziwe arcydzieło sztuki współczesnej.

– Ty niczego ze sobą nie zabierasz? Jakiejś różdżki magicznej czy coś?

Brighella parsknął.

– To nie tak działa.

Potem podniósł bluzę pokazując kolbę beretty.

– Mam jeszcze nóż. Magia bywa zawodna.

Zrobili wielkie koło wokół rezydencji. Dzięki swoim kontaktom Szymon zdobył zdjęcia satelitarne tego miejsca, więc wiedzieli, gdzie zacząć. Posiadłość była położona nad brzegiem oceanu, jedyna droga prowadziła przez tradycyjną balijską wieś, parę lat temu wysiedloną i dziś zamieszkaną wyłącznie przez pracowników Szejka. Ciekawe, ilu z nich będzie miało odwagę wyjść dziś z domu? W Europie tradycja zwykle przegrywa z chęcią zysku, ale w Indochinach jest odwrotnie. Brighella wysadził żołnierza kilkaset metrów od bramy wejściowej, a sam pojechał nad brzeg oceanu. Tam zatrzymał się na chwilę i białą mazią na zarośniętej twarzy wymalował sobie trupią czachę w stylu kapłana voodoo. Obaj byli w czarnych ciuchach i kapturach. Nocą taki widok musi robić wrażenie.

Choć może nie aż takie, jak widok małej pokojóweczki z dofastrygowaną głową, spacerującej na sztywnych nogach między kamiennymi budowlami. Krzyk dobiegł od strony wejścia. Potem rozległy się strzały.

Brighella uśmiechnął się, wciągnął kreskę i zapalił silnik. Zupełnie jak za starych czasów. W ten Nowy Rok złe duchy naprawdę zdecydowały się wylądować na wyspie.

*

Szymon nie potrzebuje chemicznych wzmocnień. To uczucie, od którego jest uzależniony bardziej niż sądzi, uczucie fizycznego zespolenia z bronią i bolesnego wyczulenia zmysłów na każdy ruch w okolicy – tego nie da się zapomnieć. Być albo nie być. Noktowizor działa. A magik miał rację – przez szkła widzi, że wielu ludzi Szejka pozostało w domach. Demony są dziś po stronie gości.

Pierwszego gangstera trafia tuż za bramą. Nawet wyglądał podobnie do ludzi, do których strzelał kiedyś na pustyni. Wtedy miał pewne wątpliwości, dziś nie ma żadnych. Jeśli Sitha jest gdzieś tutaj przetrzymywana, on ją znajdzie. Pięćdziesiąt kroków i kolejny strzał. Przeciwników jest dwóch. Odpowiadają niecelnie zza kamiennego posągu smoka. Seria z kałasznikowa rozwala głowę rzeźbie, a potem trafia w ludzkie ciało. Mężczyzna pada i wije się na ziemi przytrzymując rękami wypływające jelita. Jego kumpel jest w szoku. Widać go. Na sekundę opuszcza broń i dostaje kulę w łeb. Orientalny deseń z krwi, mózgu i kawałków czaszki zdobi rozstrzelaną rzeźbę. Może Brighella ma rację z tą sztuką współczesną?

Szymon jest wyszkolonym i doświadczonym wojownikiem, lecz w takich chwilach, kiedy koło głowy gwiżdżą pociski, cienie zlewają się z mrokiem, pot zalewa oczy, a ręce trzęsą się na adrenalinowym haju, każdy się wystawia, opuszcza gardę. Pytanie tylko: kiedy i ile wtedy masz szczęścia.

To nóż. Ostrze wślizguje się z boku, pod kamizelkę kuloodporną. Nawet nie boli. Żołnierz reaguje instynktownie. Jego przewaga nad egipskimi bandziorami polega właśnie na odruchach. Kopie przeciwnika w kolano, zyskując pół metra i jedną sekundę. Nadal za blisko na strzał. Próbuje odskoczyć, ale nogi odmawiają mu posłuszeństwa. Wilgotny T–shirt lepi się do boku. Smagły mężczyzna, podobny do innych, których kiedyś zabijał, opada na niego z ostrzem. Zza chmur wyłania się krwawy księżyc.

*

Nazywali go „Białą Małpą”, gdyż tak jak bohater ich mitów, był obok. Obok ich zwyczajów i zobowiązań, obok całej tej afery z gośćmi z Bliskiego Wschodu. I nikt nie wiedział, po czyjej stał stronie. Teraz też parkuje z dala od centrum wydarzeń, przy zwieńczonym drutem kolczastym murze otaczającym posiadłość. Ma ze sobą linę z kotwiczką i cęgi do cięcia metalu. Jeśli jego prywatny zombie i dzieciak zrobili swoje, nie będzie alarmu. Każdy, kto tutaj nie trzęsie tyłkiem w obawie przed duchami, będzie teraz zajęty czymś innym. Tylko stare kości ciężko znoszą takie eskapady – ale co zrobić? Tak naprawę on też nie ma innego wyjścia. Spoglądając na księżyc, ostatni raz zaciąga się papierosem. Kto by, kurwa, przypuszczał, że kiedyś sam zatęskni za egzorcystą? Czas do pracy.

*

Ten sam księżyc nad Lombok wygląda zupełnie inaczej. Brak mu złowróżbnej aury, bo miejscowi nie wierzą w noc demonów. Światło odbija się od spokojnej powierzchni jeziora. Pięciogwiazdkowe apartamenty po sezonie zostały w całości wynajęte przez Szejka i Aisha czuje się tu jak w luksusowym więzieniu. Wraz z nią Mohammad wysłał paru oddanych służących, którzy spełniają swoje obowiązki sprawnie i w milczeniu, niczym zjawy. Dwuletni Christopher jest inteligentnym dzieckiem, ale jako jedyny rozmówca przez dwa tygodnie sprawdza się średnio. Ochroniarze strzegą obiektu od zewnątrz, im również zakazano zbliżać się do królowej. Aisha dużo czyta, pływa w basenie, ćwiczy jogę, zabija czas projektując wnętrza, w których nikt nigdy nie zamieszka. Nigdy nie pracowała, nigdy też nie poznała innego życia, jednak nie chodzi tylko o przyzwyczajenie. Aisha kocha swojego mężczyznę miłością bezwarunkową i bezkrytyczną. Każda święta księga i każdy romantyczny serial mówi o tym, że miłość jest najważniejszą rzeczą na świecie. Aisha to rozumie i dlatego jest szczęśliwa, kiedy fale pluskają o brzeg jeziora, a po powierzchni błądzą refleksy światła.

*

Simon Reed w swojej ojczyźnie nazywał się kiedyś Szymonem Czerwieniem. Żołdacki epizod w życiu zmusił go do zmiany nazwiska, a kobieta, którą kochał, sprawiła, że porzucił wojenną profesję. Teraz wszystkie te historie miały się gwałtownie zakończyć w błysku noża i kałuży krwi. Przed czasem i bez sensu. Piękne epilogi zdarzają się tylko w książkach.

Napastnik zwala się na niego całym ciężarem, mierząc ostrzem w oczy. Atakuje z impetem i na tym polega jego błąd. Żołnierz nie stawia oporu, instynktownie przewala się razem z nim. Ma rozciętą dłoń, ale ląduje na górze. W takim dystansie przydaje się zapaśnicze doświadczenie z wojska. Utrzymuje przeciwnika pod sobą, wiedząc, że czas się kończy. Słabnie z upływu krwi. Prędzej czy później ktoś uzbrojony przyjdzie go dobić. Uderza więc z byka dwa razy, kalecząc sobie czoło o zęby bandyty, a potem mu zakłada niezdarne duszenie. Mężczyzna charczy pod nim, po brodzie cieknie mu ślina, traci przytomność, ale żołnierz nie zwalnia uchwytu.

Wstaje, podpierając się o trupa, zajmuje mu to trochę czasu. Niezdarnie podnosi broń. Jest tak słaby, że nie ma nawet siły się rozejrzeć. Zgubił gdzieś gogle noktowizyjne, ból paraliżuje całą prawą stronę ciała. Jest jak ten gość z „Predatora”: nie ma czasu krwawić. O dziwo, nikt do niego nie strzela. Większość tutejszych zbirów jest przerażona. Siedzą w swoich kwaterach, a odgłosy, które dobiegają z zewnątrz, tylko utwierdzają ich w przekonaniu, że dobrze robią. Szymon kuśtyka w stronę pałacu, prawie wlecze za sobą broń. Sitha gdzieś tutaj jest, a jeśli nie, to ten skurwysyn powie mu, gdzie jej szukać.

*

Brighella schodzi w głąb korytarza jak do piekła. Zbrojone drzwi zamykane są od wewnątrz, ale w całym tym zamieszaniu udało mu się zlokalizować kontrolkę zabezpieczeń i zamek centralny. Widać Szejk lubi mieć swojego maga pod kontrolą. Stalowe stopnie sprowadzają go w coraz bardziej wilgotny i zagracony mrok. W sumie to oczywiste, skoro czarodziej jest ślepakiem. Brighella przeklinając w myślach oświetlać sobie drogę małą latarką aż do momentu, kiedy fala ognia przewraca go na ziemię. Wszystko trwa tylko chwilę, wystarczającą, żeby w powietrzu rozszedł się smród palonych włosów.

– Kula ognia? No chyba żartujesz. Kim ty, kurwa, jesteś? Gandalfem? Mamy dwudziesty pierwszy wiek, człowieku – krzyczy w mrok i na wszelki wypadek czołga się za załom korytarza. Nie ma w arsenale odpowiedniej kontry. Nigdy nie był zbyt dobrym nekromantą, a w dodatku teraz jego magia jest… limitowana. Pistolet też gdzieś mu wypadł, więc sięga po składany nóż. Doświadczenie uczy, że kiedy wszystko zawodzi, sprawdzają się uliczne metody.

Teraz mrok wokół niego nabiera życia i staje się cielesny, obły, pokryty łuską. Odbiera dech i wpełza wszędzie, w niemalże pornograficzny sposób penetrując zakamarki ciała.

– O, ty skurwysynu. Niewyżyty staruch! – Gadanie okazuje się błędem, coś wpełza mu do gardła, szarpie się, przesuwa gorączkowo tam i z powrotem.

Runiczny pierścień ochronny, który nosi zawieszony na sznurku na szyi, parzy skórę – macka rozpada się, kawałki spływają do przełyku i natychmiast zaczynają tam wibrować. Niewiele myśląc, mag pakuje sobie dwa palce w gardło, pada na kolana i rzyga dalej niż widzi.

– To wszystko, co dla mnie masz, skurwysynu? – szepcze ścierając żółć z warg. Na kolanach, po wykafelkowanej podłodze pokonuje kolejne metry lochu. Latareczka wypada mu z ręki i oświetla ściany. Tutaj podziemia wyglądają jak stary szpital i tak też śmierdzą. Walczy z chęcią, żeby natychmiast wydostać się stąd, uciec gdzieś na powierzchnię i nigdy więcej nie zajmować się takimi sprawami. Pomyśleć, że kiedyś, dawno temu, magiczne rzemiosło wydawało mu się całkiem romantyczne.

Wstaje resztkami sił, podnosi komórkę i wtacza się do okrągłego pomieszczenia – wypisz, wymaluj sali operacyjnej. Alhazred tam na niego czeka. Nie jest sam.

Magdalena, Adam, Skud… – wszyscy ludzie, których zabił, do których śmierci się przyczynił, są tam razem ze ślepym elementalistą. Wszyscy mówią do niego i oczekują odpowiedzi. Zalewa go chór głosów i kalejdoskop uczuć. Przytłacza świadomość tego, co mogło się wydarzyć, kim mógłby być, gdyby tylko…

Ostrze przecina skórę starą i cienką jak papier. Brighella wbija je gładko, pod brodę, w głąb czaszki.

– To był błąd, dziadku. Ja nie mam serca.

Podtrzymując słabnące ciało, ma szansę przyjrzeć mu się po raz pierwszy. Bezzębny, szary, pokryty liszajami i zmarszczkami tak głębokimi, że prawie nie widać spod nich zaszytych powiek. Czarodziej.

*

Reguły opowieści wymagałyby teraz katharsis – finalnej konfrontacji Szejka, uosobienia wszelkiego zła, ze szlachetnym wojownikiem, Szymonem. Winni zostaliby ukarani, na świecie zapanowałby porządek, Sitha wróciłaby do swego Ramy. Ale to tak nie działa. Szejk, zamiast zachować się jak na wielkiego złego przystało i stanąć twarzą w twarz z żołnierzem, wynosi się tylnym wyjściem z jednym ochroniarzem wprost do opancerzonego wozu i odjeżdża nie niepokojony przez nikogo. To jego plan B na wypadek problemów związanych z noworocznymi zabobonami, które przewidział, bo nie jest idiotą. Nie zaszedłby tak daleko, gdyby nim był. Dlatego do ostatecznego starcia dobra ze złem nie dojdzie, a maybach dowiezie Szejka wprost do portu.

*

Tego samego wieczora Aisha wraz z synem pływa łodzią po jeziorze. Plusk fal ją uspokaja. Nigdy nie wypytuje męża o jego sprawy, ale instynktownie wie, kiedy należy się o niego martwić. Christopher też jest marudny, wyczuwa niepokój matki, tuli do siebie misia. Wiosłuje kobieta. Szejk woli, żeby bezpośrednie towarzystwo żony było żeńskie. Aisha czasem uśmiecha się do niej, ale służąca, nauczona smutnym doświadczeniem poprzedniczek, nie podnosi wzroku. Świat był i pozostanie oplątany siecią feudalnych zależności, tylko objawia się to różnie w różnych miejscach.

Powinni już wracać, słońce zaszło pół godziny temu. Księżyc świeci jednak tak jasno, że Aisha zwleka z wydaniem polecenia. Blask osiada na karbowanej wiatrem powierzchni wody. Posiadłość na drugim brzegu wydaje się zdumiewająco odległa, jak z innego świata. Aisha nie ma jeszcze ochoty tam wracać. Mały Chris szybko się uspokoił. Świeże powietrze jest dla jego licznych alergii zdrowsze niż klimatyzowane wnętrza. Wokół panuje cisza.

Kobieta otula się szczelnej płaszczem i spogląda w nieprzejrzystą toń. Trzyma dziecko na rękach. Wiatr ustaje na chwilę. Nieruchome powietrze robi się ciężkie, jakby zmieniło fakturę, jakby mrok zgęstniał. Służąca czuje dreszcz rodzący się u podstawy kręgosłupa. Nie podnosi wzroku.

Zarys twarzy odbitej w mrocznym zwierciadle wody zmienia się, wyostrza, nabiera złowrogiego blasku. Ma teraz oczy jak węgle i zbyt szeroki uśmiech. Żona Szejka chce się poruszyć, krzyknąć, ale język odmawia jej posłuszeństwa, ręce tracą czucie. Kobieta, wbrew sobie, wychyla się bardziej za burtę. Bezwolna jak pionek przesuwany po szachownicy. Dziecko, dziwnie ciche i nieruchome, wymyka się jej z ramion i znika w głębinie bez dźwięku, jak lalka. Aisha rzuca się za nim, lecz ręce i nogi nie należą już do niej. Powierzchnia wody zamyka się nad głową, zimna ciecz wypełnia usta. Aisha i Christopher toną w ciszy. Ich sylwetki znikają w głębinach. Łódka kołysze się z jedyną, przerażoną do utraty zmysłów pasażerką, która nauczona, wytresowana przez Szejka, nie podnosi wzroku.

*

– Gdzie ona jest? Gdzie ją trzymają? – Szymon wpada do podziemi siejąc wokół kroplami krwi. Swojej i cudzej.

Nekromanta jest pełen podziwu, bo nie sądził, że młodemu się uda. Zdążył już do tego czasu rozejrzeć się trochę. Do przewieszonej przez ramię torby wpakował starą, oprawną w skórę książkę. Szkoda, żeby po śmierci Alhazreda murszała gdzieś w muzeum. Milcząco wskazuje małe drzwi w najdalszym kącie pomieszczenia. Snop światła pada na pokryte grzybem ścienne kafle i urządzenie, które też kojarzy się bardziej z laboratorium niż lochem. Plastikową tubę wielkości trumny z truchłem w środku.

– Komora deprywacyjna. Umiera się w niej powoli, bez dźwięków, w ciemnościach, bez bodźców dotykowych. Mózg dokonuje czegoś w rodzaju autokanibalizmu wszelkich myśli i wspomnień. Osiąga stan graniczny. Dla wystarczająco zdegenerowanego maga ofiara może stać się w ten sposób źródłem energii. Tlen dostarcza się przez maskę na twarzy, z piciem jest gorzej, dlatego najczęściej kona się z pragnienia – mówi Brighella. Obawiał się tego momentu. Chwili, kiedy Szymon pozna prawdę. – Z drugiej strony może właśnie dzięki temu doświadczeniu udało jej się na chwilę pokonać granicę śmierci.

– To nie ona – odpowiada żołnierz. Upływ krwi osłabił go, opiera się o ścianę.

– Obawiam się, że nie masz racji.

– Skąd możesz wiedzieć?

– Przedstawiła mi się. Widzisz, nie mam pojęcia, co tam jest po drugiej stronie i wiem, że tak naprawdę nie da się stamtąd wrócić, ale można na chwilę oszukać śmierć. Uwierz mi, robię to zawodowo. A cholerna obecność Sithy od tygodni przeszkadza mi pracować. Nawiedza mnie. Stałem się zakładnikiem twojej martwej kobiety. Chcąc, nie chcąc wypełniam jej wolę.

Szymon patrzy na niego. Nie rozumie. Pobladł, po policzkach ciekną mu łzy. Widać je w świetle latarki.

W końcu udaje mu się wydukać w miarę składne pytanie:

– Czego od ciebie chciała?

– Po pierwsze zemsty, lecz tym zajęła się nasza przyjaciółka, dostarczając żonie Szejka maskotkę, w której ukryty był kosmyk włosów Sithy. Szlag mnie trafia, jak pomyślę, co tam się może wydarzyć, jednak twoja była potrafi być bardzo uparta. Śmierć Szejka to dla niej za mało. Znalazła gorszy sposób. Jest też drugi warunek – tłumaczy Brighella, wspierając ramieniem żołnierza, a potem wbija mu ostrze w potylicę, przynosząc szybką i bezbolesną śmierć.

– Drugim warunkiem jest to, że znowu będziecie razem – mówi cicho i powoli opuszcza ciało Szymona na ziemię. Wtedy rozkładający się zewłok w szklanej trumnie na chwilę podnosi głowę. A może tylko mu się tak wydaje. Może to strach podpowiada wizję czarnych oczu i trupiego uśmiechu, który tym razem wydaje się dziwnie łagodny. Brighella potrząsa głową i czym prędzej wynosi się z komnaty, z podziemi, z posiadłości. Miłość jest straszna.

*

Następnego ranka lokalne gazety pisały tylko o masakrze w rezydencji Szejka i o zagadkowym wypadku jego rodziny na sąsiedniej wyspie. Nikt nie powiedział tego głośno, ale Balijczycy wiedzieli swoje. To w końcu była noc demonów. Mohammad szalał z rozpaczy, na oślep wydając wyroki śmierci, jego ludzie starli się z policją. Ulice spłynęły krwią.

Brighella i Alicja byli już wtedy na lotnisku, oczekując na odprawę. Zanim ktoś wpadnie na pomysł, żeby powiązać ich z masakrą, będą już daleko. Balijska policja nie należy do najskuteczniejszych. Nekromanta w skrócie opowiedział kobiecie o wszystkim. Nie wydawała się specjalnie zmartwiona faktem, że przyczyniła się do śmierci rodziny Mohammada.

– Tak właśnie tutaj wygląda karma – odpowiedziała Europejczykowi. – Biznes Szejka się teraz rozpadnie, wiele dziewczyn na ulicy odetchnie z ulgą.

Magik miał na ten temat inne zdanie. I bardzo chciał już znaleźć się w Europie, może nawet wrócić do domu. Książkę Alhazreda spakował w bagażu podręcznym, z wydrukowanym rano fałszywym zaświadczeniem z Indonezyjskiego Muzeum Antyków. Dziewczyna, jak to dziewczyna, taszczyła ze sobą mnóstwo rzeczy. Gdy już byli na pokładzie, a samolot wzbił się w niebo, przysypiała spokojnie na jego ramieniu. Wyspa Duchów stała się jedną z wielu zielonych plam na powierzchni oceanu. Potem wszystko zniknęło za chmurami.

– Wiesz co, Biała Małpo? Wielu ludzi ostrzegało mnie przed tobą. Podobno śmierć cię goni. Podobno przynosisz pecha. Nie mieli racji. Może się polubimy.

Brighella bez słowa wpatrywał się w ocean, kontemplując złowrogie echo jej słów.