10 osób interesuje się tą książką

Opis

 

Wiosenno-kwarantannowy Fenix Antologia - od lat dawnych po przyszłość, z głębi ludzkiej psychiki aż po kosmos.

 

Spis treści

Opowiadania polskie

Tomasz Kaczmarek – Upadła

Dariusz Bednarczyk – Conan GRH*

Dominika Węcławek  – Martwy sezon

Tomasz Kaczmarek – Dzieło stworzenia

Jan Maszczyszyn – Pasje mojej miłości

Marcin Podlewski – Nie powinno mnie tu być

Jan Maszczyszyn – Homo pregnanthus

 

Opowiadanie zagraniczne

Charles L. Fontenay – Prędkość ucieczki

 

Publicystyka

Bartek Biedrzycki – Port

Kamil Muzyka – Skarby kosmicznych gór

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 338

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Czytasz elektroniczną wersję magazynu Fenix Antologia 9/2020

Wersja ta pozbawiona jest grafiki i komiksów dostępnych tylko w wersji drukowanej.

Aby zaopatrzyć się w wersję papierową i poprzednie numery, odwiedź stronę http://fenix-antologia.pl

Spis treści

Opowiadania polskie

Tomasz Kaczmarek – Upadła

Dariusz Bednarczyk – Conan GRH*

Dominika Węcławek – Martwy sezon

Tomasz Kaczmarek – Dzieło stworzenia

Marcin Podlewski – Nie powinno mnie tu być

Jan Maszczyszyn – Pasje mojej miłości

Jan Maszczyszyn – Homo pregnanthus

Opowiadanie zagraniczne

Charles L. Fontenay – Prędkość ucieczki

Publicystyka

Bartek Biedrzycki – Port

Kamil Muzyka – Skarby kosmicznych gór

Stopka redakcyjna

Bartek Biedrzycki – redaktor naczelny

Jarosław Grzędowicz – honorowy rednacz

Andrzej Łaski – logo

Krzysztof Sokołowski – proza polska

Kamila Karaś – okładka

Fenix Antologia wydawany jest przez

Gniazdo Światów – imprint wydawnictwa

timof i cisi wspólnicy

Górna Droga 10/301

02–495 Warszawa

ISBN wydania elektronicznego 978-83-955720-5-0

Bartek Biedrzycki - Port

Pozwolę sobie na początek zacytować Pawła Kukiza z czasów, kiedy jeszcze był muzykiem rockowym: straciłem cierpliwość do tej cholernej choroby.

Serio.

Tak czekaliśmy na tę apokalipsę, żeby wreszcie przyszła, a jak wreszcie przyszła, to wyszło jak wyszło – miało być pięknie, a jest jak zwykle. Nudno, nerwowo, nieciekawie, nie wolno nawet strzelać na ulicy do innych.

W ogóle wszystko nie tak.

Dlatego zabieram was na rejs statkiem po wzburzonym oceanie fantastyki. Fenix Antologia to łajba mała ale zawzięta. Jak trzeba, to pójdzie z wiatrem, jak trzeba, to na wiosłach – nic nam nie straszne, chociaż weszliśmy w trzeci rok działalności z potknięciem.

Pozwólcie, że cofnę się trochę w czasie, konkretnie do lata 2017 roku. Siedzimy z Krzyśkiem Sokołowskim gdzieś w lokalu w stołecznym śródmieściu, patrzymy się na siebie i nagle jeden z nas – a zabijcie, nie pamiętam, który – patrzy na tego drugiego i mówi:

- Beze mnie byS tego nie zrobił.

- Pewnie. Ty byś beze mnie też nie miał szans.

Pokiwaliśmy głowami i tak to właśnie, słuchajcie, jest z Fenixem. Tak było i nie ma w tym kłamstwa.

I tak popłynęliśmy w ten rejs po tym zwykle mało wzburzonym oceanie – jak kapitan, on pierwszy oficer. Czasem jakiś hals, czasem cisza na morzu, jakieś skały czy coś. Bez szaleństw. Ale jednak było nas zawsze dwóch – on pierwszy oficer, a ja kapitan. Dwóch potrzebnych, żeby tą krypą nawigować po mętnych wodach.

A były mętne. Począwszy od marudzenia, że „ja bym to zrobił lepiej, gdybym zrobił cokolwiek przez ostatnią dekadę”, przez beznadziejne okładki, idiotyczną decyzję o braku grafiki w ebookach, w ogóle wszystko źle. Apogeum osiągnęliśmy przy numerze „babskim” – być może najlepszym numerze w historii, który fandom hardo i solidarnie zbojkotował. Serio. Ta sytuacja zresztą doskonale portretuje nie tylko stosunek fandom-Fenix, ale w ogóle cały polski fandom.

I tak to sobie szło.

Aż któregoś razu wstaję z koi, patrzę, a ten stary maruda buchnął szalupę i powiosłował do brzegu. Coś tam jeszcze po drodze wołał, ale nawet nie do mnie, tylko tak ogólnie, na wiatr.

I tyle go widzieli.

No to teraz do sedna. Zawijam do portu tą łajbą. Nie będę dalej płynął sam. Zamykam pismo, chociaż nie ma żadnych powodów pozamerytorycznych, bym nie mógł go dalej prowadzić

Jasne, mógłbym. Jasne, ale to nie byłoby to. Fenix Antologia był wypadkową dwóch mniej lub bardziej toksycznych charakterów, które wchodziły ze sobą w reakcję. Był mostem nad otchłanią między etosem a zadęciem, zabawą a koniecznością, znajomością środowiska a znajomością rynku i tak dalej.

Mam dobre wsparcie, z którego mógłbym zrobić świetną redakcję, ale Jarek Grzędowicz powierzył markę nam dwóm. Kiedy Krzysiek zrejterował, to ja sam trochę jakby nie chcę brać na siebie odpowiedzialności. Bo to już byłoby inne pismo, nie ten sam Fenix Antologia co dotąd. Mogę sobie zawsze założyć inny magazyn, jakiś Rocznik Fantastyczny, czy coś takiego. Mogę też awansowaćŻar-ptaka o stopień wyżej w wydawniczej hierarchii. Mogę wszystko.

I nikt mi nie będzie pyskował. Z wyjątkiem może jedynie kierownika graficznego.

Numer, który czytacie, powstał, bo był w dużej mierze skompletowany. Umówieni autorzy, gotowe teksty. Byłoby szkoda odejść tak bez słowa, wyprzedać magazyn i zniknąć. To dobry materiał - jak zawsze. Z dużymi nazwiskami, z ciekawymi problemami. Na numer pożegnalny - w sam raz.

Te poprzednie trzy lata, od pomysłu aż do tego wstępniaka, który pisałem ze trzy razy, bo po drodze przytrafiła nam się apokalipsa, to był bardzo udany okres. Wydaliśmy sporo fajnych rzeczy: diablo dobra publicystyka, doskonałe opowiadania, komiksy z górnej półki. Przy tym zabawa ze wszystkim, zabawa w przygotowanie, kompletowanie, odbiór, konwenty, spotkania, wszystko, co wiąże się z pismem. To był dobry czas i niczego w nim nie żałuję. I nic chyba bym nie zmienił, gdybym mógł.

Nie wiem jeszcze, co z Biblioteką Fenixa, nie wiem też w tym momencie, co z Fawkesem dla książki z cienia. Pomyślę nad tym i dam wam znać. Ale Fenix Antologia zawija do portu i może ktoś już inny kiedyś tą krypą popłynie na inne wody.

Dziękuję państwu za udział w naszym rejsie.

Tomasz Kaczmarek – Upadła

W sferze marzeń mieszczą się dwa zbiory. Pierwszy odpowiada za wszystko to, czego chciałeś dokonać, ale ci się nie udało. Drugi to wszystko to, czego nadal chcesz dokonać, ale nie wiesz jak.

1. Teraz

Kiedy w nią wchodził leżała nieprzytomna. Po skroni ściekała ciemna krew. Był silny, ale już niezbyt młody. Przez siwe włosy błyskała łysina, oddech miał ciężki i urywany, a palce zgrubiałe, poczerniałe od ciężkiej pracy. Po owłosionych nagich plecach spływały kropelki potu, w kącikach ust pieniła się ślina, a w oczach błyskały ogniki podniecenia. Zacisnął ręce na jej szyi. Natychmiast oprzytomniała przerażona i zdezorientowana. Spojrzała na niego przerażonym wzrokiem, białka poczerwieniały i naszły jej łzami. Twarz zmieniła kolor. Próbowała szeptać:

- Proszę…

Ale mówiła bezgłośnie nie mogąc zaczerpnąć tchu. Wpadła w panikę. Pozbawione kontroli mózgu ręce samodzielnie próbowały rozdrapać twarz mężczyzny.. On jednak opasał je stalowym uchwytem spracowanej dłoni i przycisnął do podłogi.

Poczuła, że to koniec.

2. Wcześniej

To miał być najpiękniejszy dzień w jej życiu. Przyjechała do wielkiej metropolii z małego Niles, tuż przy granicy z Indianą. Odległość może nie była jakaś ogromna, niecałe sto pięćdziesiąt mil. Ale dla niej, to było jak przejście do innego świata.

Zostawiła za sobą biedę, upadające farmy i zapijaczonych starców okupujących okoliczne stacje benzynowe. Został też Jean, choć obiecywał, że do niej dołączy. Nie dołączył.

Jednak ten pierwszy dzień był niesamowity. Środek lata, świeciło słońce. Miasto powitało ją kamiennymi fontannami, dziećmi wesoło biegającymi po zadbanych ulicach, uśmiechniętymi taksówkarzami i lodami truskawkowymi.

Ach, truskawki.

Siedziała na ławeczce pałaszując szpiczaste lody w waflu, gdy dosiadł się do niej Ariel.

- Magdalene? - spytał.

- Tak! - odparła z uśmiechem, a lodowy szpikulec zsunął się z przechylonego wafelka i wylądował między jej stopami. Ariel roześmiał się gładząc ogromny brzuch.

- Całe szczęście, że nie na sukienkę.

Odpowiedziała niepewną miną.

- Ale ze mnie ofiara losu. - machnął na to ręką, wciąż szczerząc się bielutkimi zębami.

- Cieszę się, że w końcu się spotykamy.

Umówili się za pośrednictwem jej koleżanki ze szkoły, poczciwej Adelaide Mensport. Pisali listy, potem kilka razy rozmawiali przez telefon na poczcie. Ariel wspominał o swojej tuszy, jednak opowieści to jedno, a rzeczywistość to drugie. Jej wzrok co chwila uciekał na bok. Czuła się skrępowana tym ogromnym człowiekiem.

- Ja też się cieszę. - odrzekła, po czym poczęli rozmawiać o interesach. Ariel zaproponował jej pracę w roli kelnerki w jednym z nocnych klubów dla dystyngowanych gości.

- Nie ukrywam, że praca jest wymagająca i trudna, bywa ciężko. Ale płaca jest przyzwoita, pozwoli ci jakoś się tu ustatkować.

Wyjął z kieszeni marynarki bawełnianą chusteczkę z delikatną falbanką i otarł mokre czoło. Odruchowo spojrzała na pistolet, który nosił ukryty pod okryciem. Zdjął z głowy kapelusz i zaczął się wachlować. Pochwycił jej niepewne spojrzenie.

- To dla bezpieczeństwa. W moim fachu trzeba być przygotowanym na każdą sytuację. Niech cię to nie zniechęci. Musisz zrozumieć, że ja jestem osobą odpowiedzialną za chronienie wszystkich dziewczyn, które dla nas pracują. Moja głowa w tym, żeby nikt nie sprawiał wam kłopotów. Rozumiesz to?

- Tak. - odparła z uśmiechem.

Ale wtedy jeszcze nie rozumiała.

3. Teraz

Feeria barw zaskoczyła ją tak bardzo, że długo siedziała w bezruchu nie potrafiąc wydobyć nawet słowa.

- Kim jesteś? - spytała w końcu z wielkim trudem. A może tylko pomyślała.

Młody mężczyzna nie patrzył na nią. Siedział na parapecie okna opierając długie nogi na dywanie. Opuścił wzrok i wpatrywał się we własne dłonie. Mruczał coś przy tym, nie potrafiła jednak zrozumieć ani słowa. Nie była pewna czy dlatego, że mówi cicho, czy też wypowiadane zdania brzmią zbyt obco. Ciało jej niedoszłego zabójcy wciąż jeszcze parowało uciekającym ciepłem. Czuła jego obrzydliwy zapach. Czuła go na sobie i w sobie.

Wzdrygnęła się w końcu. Wciąż jednak nie potrafiła wstać. Trup czerwienił się na policzkach stygnącą krwią, twarz była poskręcana i wykrzywiona w upiornym grymasie połamanych kości i wybitych zębów.

W powietrzu unosiły się drobinki tęczy - wirujące i tańczące po nieznanych trajektoriach niczym dym wydmuchany przez ujaranego jednorożca. Ten niedotykalny kalejdoskop zrzuciła na garb szoku. Nie brała pod uwagę możliwości, że może być czymś istniejącym realnie. Zdołała podnieść rękę do szyi i jej dotknąć. Bardzo bolało.

Odkaszlnęła głośno i przełknęła zalegającą flegmę. Dopiero wtedy zdał się ją zauważyć.

- Dziękuję. - wyszeptała przechwytując niepewne spojrzenie.

Skinął głową. Wzrok miał rozkojarzony, jakby nie do końca wiedział co tu robi. Ale musiał przecież wiedzieć, prawda? Zabił właśnie człowieka.

- Chodź. - ruszył się z miejsca. Wyciągnął rękę. Kiedy ją chwyciła poczuła, że jest wilgotna i lepi się od krwi. - Lepiej stąd znikajmy.

Nie umiała, ale i nie chciała odmówić.

4. Wcześniej

Początkowo stała na Dwudziestej Pierwszej Ulicy, blisko krzyżówki z Bagley Street. To było dobre miejsce. Prawie samo centrum. Za krzyżówką z Vernor ulica robiła się mała i zakrzaczona. Kiedy prowadziła mężczyzn w ciemne rejony w oddali widziała monumentalny gmach Michigan Central Train Depot, gdzie spotykały się pociągi z całego stanu i nie tylko. Widok tego budynku zawsze jej przypominał, że to tylko zajęcie tymczasowe. Ariel mówił, że wepchnięcie jej w ten rejon kosztowało go masę gotówki i ma u niego spory dług, który stopniowo będzie spłacała. Kiedy skończy, znów zajmie się czymś przyzwoitym. Może nawet spróbuje pracy biurowej na kolei. W Detroit cały czas potrzeba było rąk do pracy, wiedziała, że i dla niej coś by się znalazło.

Do miasta ściągali ludzie z całego świata. Widywała czarnych i białych, Chińczyków i Polaków, a także całą masę mężczyzn i kobiet mówiących językami, o których istnieniu nie miała pojęcia. Centrum jednak należało głównie do białych urodzonych w Ameryce. Tak wyglądały realia. Sytuacji nie poprawiali zarządzający fabrykami. Otwarta w 1921 Clark Street Assembly należąca do General Motors niechętnie widziała czarnoskórych i emigrantów przy liniach montażowych, nie mówiąc o pracy z maszyną do pisania. A wciąż przyjmowali nowych pracowników. Podobnie Fabryka Packarda, z której trzewi wyjeżdżały luksusowe limuzyny. Był też oczywiście Chrysler.

Dobrze wiedziała jacy pracownicy są preferowani tu, a jacy tam. Spotykała w końcu tak wielu mężczyzn, że z zamkniętymi oczami mogłaby określić nasilenie mniejszości narodowych w poszczególnych branżach, systemach zatrudnień, czy dzielnicach.

Czasami zastanawiała się, siedząc na łóżku w zamkniętym pokoju, paląc śmierdzącego papierosa i pocąc się jak w saunie, czy głód i tym razem ją zwycięży. Miewała przebłyski świadomości otaczającego ją zła. Ale krótkie. Najważniejsze było zaspokojenie niezgłębionej otchłani potrzeby.

To był prosty mechanizm. Kupowała heroinę od Ariela. Nie wolno jej było korzystać z usług innych dostawców. Jeśli jej opiekun się dowiedział o złamaniu zakazu bił kobietę do nieprzytomności. Sam sprzedawał jej nieregularnie. Czasem mijały dni narkotycznego delirium, pełnych cierpień i bólu, wymiotów i ograniczonej świadomości. Bywała zdesperowana i nachodziły ją myśli, że skatowanie to nic takiego. Siniaki znikną, krew skrzepnie, rany się zamkną. Ale on zawsze jakoś wyczuwał ten krytyczny moment. Przychodził w ostatniej chwili, ładował jej w żyłę końską dawkę i znowu szła pracować. Nie zwracała do końca uwagi na to, że Ariel nie jest dobrym biznesmenem. Gdyby dbał o interesy tak, jak się należy, miałaby używek pod dostatkiem i mogła pracować codziennie. Może jednak miał inny cel? Może to gdzieś prowadziło?

O ucieczce nie myślała. Było za wcześnie.

Poza tym w kwietniu miała już niemal całkowitą pewność, że jest w ciąży.

5. Teraz

Prowadził ją za rękę. Szedł bardzo szybko, ledwie nadążała. Okolica nie zmieniła się tak wiele od czasu, gdy była tu po raz ostatni. Centrum wciąż wiło się w górę, orząc chmury szpikulcami i dachami budynków. Kamienne ściany nie stawały już tak szybko od czasu, gdy zaczął się kryzys. Minęły lata, gdy robotnicy ledwie skończyli jedno zadanie, a już biegiem rwali się do kolejnego. Narastały konflikty etniczne. Zdarzały się pobicia i prześladowania. Czarni jednak nie wyjeżdżali. Nie mieli dokąd.

Park Campus Martius otoczony był wysokimi gmachami. Wyszli z jednego z nich, odprowadzeni znudzonym wzrokiem portiera. Mężczyzna osłaniał kobietę swoją rosłą sylwetką. Otaczał ją ramieniem w taki sposób, że czuła się niewidoczna. Pozwoliła sobie nawet na myśl, że naprawdę nikt jej nie widzi.

Chłopiec roznoszący gazety trąbił kolejne wieści z kraju ogarniętego kryzysem. W Chicago gangi biły się o wpływy budując kolejne rozlewnie alkoholu. Prohibicja ładowała im rewolwery najczystszym i najdoskonalszym prochem - martwym prawem.

Samochody prężyły się na ulicach, wewnątrz siedzieli mężczyźni w kapeluszach i garniturach. Tylko niektórzy piesi trzymali się prosto. Ci pozbawieni możliwości przetrwania spuszczali głowy między ramiona, przygniatani ciężarem beznadziei. Coraz więcej było obszarpańców, świrów i przyszłych samobójców. Nie jest łatwo znieść smak życiowej porażki.

Szli długo, mijając kolejne przecznice bijące ukośnie w Michigan Avenue, mijając stadion Tygrysów, prosto, aż do skrzyżowania z Vernor. Wieżowce przerzedziły się znacznie odsłaniając jednorodzinną tkankę bezpośredniego sąsiedztwa city. Skręcili w lewo, szli przez Roosevelt Park. Nad drzewami widziała wysoki gmach Michigan Central Train Depot - budynku niespełnionych marzeń. Tego cudownego kamiennego pomnika nadziei na lepsze jutro. Pociągnęła mężczyznę za rękę, dopiero teraz czując, że cuci się z otumanienia. Nie pozwolił jej się zatrzymać, ale obrócił głowę i spojrzał prosto w oczy.

- Nie bój się.

A jednak nokautował pewnością siebie i niemożliwością sprzeciwu. Poszła więc. Świątynia kolei powitała ją tłumem podróżnych, hałasem rozmów i płaczu dzieci oraz zapachami z różnych stron świata. Strop zdobiono barwionym kamieniem, otaczały ją kolumny wzorowane na greckich świątyniach, a przejścia stylizowano na rzymskie łuki. Nie zdążyła się jednak nasycić, bo już mknęła po schodach na samą górę. Większość pasażerów nie miała pojęcia, że szczytowych pięciu pięter osiemnastokondygnacyjnego budynku nigdy nie ukończono. Niżej roiło się od biur i małych zadymionych pokoików. Ale nie na samej górze. Tam korytarze szeptały chłodnym wiatrem, a pokoje nie miały ścian łącząc się w przepastne komnaty poprzedzielane jedynie wąskimi żebrami stalowego szkieletu wypełnionego cegłą. Nie było tam żywego ducha.

A przynajmniej tak się wszystkim zdawało.

6. Wcześniej

- Adelaide! Jesteś!

Adelaide Mensport słyszała swoje prawdziwe imię tak rzadko, że prawie zapomniała jak ono brzmi. Ucałowała przyjaciółkę na przywitanie i pociągnęła nosem. Magdalene przytuliła ją i otarła łzy z policzków.

- Miałam ci pomóc, a beczę jak bóbr. Przepraszam… - mruknęła starając się powstrzymać napływającą do oczu wilgoć. Magdalene uśmiechnęła się przyjaźnie.

- Też prawie się poryczałam.

- Ale tylko prawie.

- No, tylko.

Roześmiały się wspólnie, porozumiewawczo spojrzały sobie w oczy. Adelaide miała na sobie bardzo krótką sukienkę odsłaniającą kolana i obcisły płaszcz z lisem na kołnierzu i mankietach. Magdalene nosiła modną fryzurę i dużo biżuterii, oraz mocny makijaż. Jej suknia sięgała połowy łydek, za to dekolt eksponował obfite piersi. Były gotowe do pracy. Magdalene poprosiła przyjaciółkę, by odprowadziła Lucy do opiekunki. Lucy była roczną córką Magdalene. Kobieta, aby móc w spokoju pracować musiała nająć pomoc, którą opłacała z własnej, niezbyt głębokiej kieszeni. Ariel odmówił zapewnienia opieki maleństwu. Cudem nie zmusił prostytutki do usunięcia ciąży. Instynkt macierzyński zwyciężył jednak w tym przypadku i Magdalene po raz pierwszy sprzeciwiła się tak zdecydowanie, że Ariel ustąpił. Później pomogła ekonomia. Aż do porodu Magdalene mogła pracować. Znalazło się bowiem paru stałych klientów, których kręciły ciężarne kobiety. Oczywiście straciła ich zaraz po porodzie, jednak Ariel zyskał dobre kontakty i od tej pory pozwalał niektórym dziewczynom na luksus posiadania dzieci. Po urodzeniu jednak musiały same zadbać o to, by potomstwo nie przeszkadzało w zarabianiu pieniędzy.

A ten płacz?

Adaleaide nawaliła. We wtorki Magdalene miała popołudniową zmianę dosyć blisko ścisłego centrum. Tymczasem jej przyjaciółka najzwyczajniej w świecie zapomniała, że tego dnia to ona miała zabrać małą Lucy do opiekunki. Obiecała Arielowi przejąć dniówkę za inną, silnie gorączkującą koleżankę. Wyszykowała się, wypiękniła i wypachniła. Już miała ruszać, kiedy przypomniała sobie o obietnicy.

Narobiła więc problemu i sobie i Magdalene. Wiedziały obie, że Ariel im tego nie odpuści. Obie spóźniły się i z pewnością za to oberwą.

Powodów do płaczu było więc całkiem sporo.

- Roxanne.

- Sandy.

Ich “zawodowe” imiona przyklejały się do nich coraz mocniej.

7. Teraz

Ominęli wszystkich wartowników. Zamknięte drzwi otwierały się przed nimi po dotknięciu ręką. Podczas całej drogi na górę towarzyszyły im dziwne poblaski i powidoki. Magdalene co chwilę traciła oddech. Przystawali wtedy na moment, a mężczyzna przyglądał się jej z zaciekawieniem. Jego rysy nabierały ostrości, a wzrok można było niemal pochwycić w rękę. Zupełnie tak, jakby wracał z dalekiej podróży. Był coraz bardziej… ludzki.

W końcu znaleźli się na szczycie. Ostatnie dwa piętra nie miały podłóg. Ściany syczały gołą cegłą. Nagie stalowe dźwigary targały na plecach dach. Metalowe schody prowadziły na zewnątrz. Oni jednak zagłębili się w jednym z wymurowanych pomieszczeń z boku. Były tam nawet drzwi zamknięte na klucz. Otworzył je tak jak wszystkie poprzednie - pchnięciem dłoni. Wewnątrz było ciepło i przytulnie. Paliły się świeczki, podłogę wyłożono jasnymi futrami. Było ładne łóżko, stół i kilka krzeseł. Posadził ją i chwycił za dłonie.

- Wszystko będzie dobrze. - rzekł z uśmiechem. - Pomogę ci.

Spojrzała na niego z nadzieją. Przekonywał ją tak łatwo. Zastanowiła się, czy miał w sobie taką moc, czy też to ona po wszystkich przejściach stała się słaba i naiwna? Może tak bardzo chciała uciec, że wystarczył byle pretekst, by zapadła się w świat marzeń i cudacznych dziwów? Ale jednak… Dotknęła piersi i łona. Poczuła, że zaczyna się trząść. Wszystko wracało. I było takie wyraźne. Klient, kolejny klient. Taki jak inni. Brudny i otyły. Nie szeregowy pracownik, ale ktoś z kierownictwa. W brązowym garniaku, przepoconej koszuli i poluzowanym krawacie. Od samego początku wyzywał ją od najgorszych, ale nie zwróciła uwagi. Przywykła. Zrozumiała swój błąd dopiero w chwili, w której wykręcił jej ręce i kopnął kolanem w brzuch. Potem uderzyła głową o kant szafki.

Pomacała głowę. Krew zakrzepła w brunatną skorupę.

Twarz wykrzywił jej grymas bólu.

- Gdzie jest Ariel? - spytała trąc dłonie. - Muszę… Ja muszę…

- Co takiego? - przyklęknął obok niej.

- Muszę… Muszę dostać działkę. Muszę. - wskazała na przedramię. - Masz coś? Daj mi proszę, zrobię ci tak jak lubisz. Wszystko, tylko powiedz. Proszę?

Wstał z zaciętą miną i odwrócił się.

- Teraz zaśniesz. - rzekł.

I tak po prostu zasnęła.

8. Wcześniej

- …żaden wymysł! Pan jest wśród nas! Wszechobecny, wszechogarniający, wypełnia nas sobą i pozwala poczuć swoją obecność. Ja czuję ją przez cały czas. Bo ona tu jest. Wystarczy uwierzyć, poczuć, że Jezus naprawdę jest zbawieniem. I to zbawienie znajduje się w krzyżu! W krzyżu bowiem…

Magdalene robiła wszystko, by nikt jej nie poznał. Obecność prostytutki w Parafii Świętego Alojzego na Washington Boulevard mogła zostać odebrana jako profanacja. Kręciła się po centrum Detroit już ładne parę lat. Jej twarz kojarzyła się. Kojarzyła się jednoznacznie.

Ubrała się skromnie. Głowę okryła czarną woalką. Chusteczkę wyjmowała z torebki tylko, gdy naprawdę nie potrafiła już utrzymać łez. Wzruszenie nie opuszczało jej od chwili, gdy przekroczyła próg świątyni.

- …krzyż jest nie tylko symbolem cierpienia, ale też żywym przykładem na to, że możemy być zbawieni! Każdy z nas bowiem otrzymał dar…

Ksiądz Mark miał jasne oblicze. Przystojny, zawsze schludny i ogolony, miły dla parafian i dla obcych. Widywała go w przytułku, jak rozdawał zupę ubogim. Lubili go praktycznie wszyscy. Bo dla wszystkich był dobry.

- …nie jest tak, że ktoś z nas został przeznaczony do potępienia, o nie! Moi drodzy, bracia, siostry… Wszyscy możemy dostąpić zbawienia. Bez względu na przeszłość, uczynki i grzechy. Potrzeba skruchy. Skruchy! Wyznania grzechów i przyjmowania sakramentów świętych! Amen.

Wierzyła mu. Może i nie miała innego wyboru, w coś bowiem musiała wierzyć. Ale ksiądz Mark był hipnotyzujący. Jego wiara, jego charyzma, wiedza i dobro. Przyciągał ją jak magnes. Bała się nawet myśleć o tym, że mogłaby go poprosić o pomoc. Ale gdyby jednak mógł zmienić jej życie?

Gdyby nie Lucy… Lucy teraz była wszystkim. Ale jak dziecko ma dorastać w takich warunkach? Jak dopilnować, żeby dziewczynka wyrosła na porządnego człowieka, gdy wszyscy wokół to wraki, degeneraci, dziwki i ich porąbani klienci?

Rozpłakała się ponownie i wstała. Powoli wycofała się.

- Nie mogę tego zrobić. - szepnęła do siebie. Lucy. Ariel mógłby coś jej zrobić. Nie, to nie jest rozwiązanie. Skoro nawet w policji ma znajomości. Nawet wśród senatorów. We władzach Detroit. Wszędzie. Co zmieniłby jeden nic nie znaczący ksiądz? Co on może?

Nic. Zero.

Otworzyła drewniane wrota i wypadła na zewnątrz. Było zimno. Otuliła się szalem z lisa. Ruszyła na zachód. W stronę domu. Washington Boulevard to ścisłe centrum. Downtown. Mijały ją eleganckie samochody i bogaci mieszkańcy. Nie uszła jednak nawet kilkudziesięciu metrów, gdy zobaczyła przed sobą mężczyznę. Stał zgarbiony, chwiał się. Ubrany na czarno. Za lekko jak na tę pogodę. Był pijany. Z pewnością nie czuł chłodu. Miał drapieżne, błękitne oczy. I gapił się. Gapił się jak szaleniec.

Pochyliła głowę, chciała jak najszybciej odejść. On jednak chwycił ją za ramię. Wyrwała mu się i podniosła wzrok. Zabrał ręce.

- Ja ciebie znam… - zaczął mruczeć. - Znam cię…

Przełknęła ślinę.

- Myli się pan.

Pokręcił głową.

- Na Boga, nie… Nie mylę. Sandy. To ty, prawda?

Wtedy jednak i ona jego poznała. To był ksiądz Jack. A przynajmniej zawsze jej mówił, że jest księdzem. Ale nigdy mu nie wierzyła. Szal zsunął mu się z szyi. Pod spodem miał koloratkę.

Zamarła. Uciekać? Nie uciekać? Jeśli Ariel się dowie, że zwiała stałemu klientowi…

- Proszę wybaczyć, niestety spieszę się…

- Ależ nie, nie… Nie zatrzymuję. Ja po prostu… Ja… Jaaaa…

Po czym zatoczył się i zrzygał na chodnik, opryskując jej buty mieszanką alkoholu, żółci i soków trawiennych. Czym prędzej ruszyła w swoją stronę. Kiedy była już wystarczająco daleko obróciła się. Ksiądz Jack wchodził do kościoła Świętego Alojzego. Dowiedziała się z jakiej jest parafii.

9. Teraz

Otworzyła oczy wypoczęta jak nigdy, spokojna i… Nie umiała tego w pierwszej chwili zidentyfikować. Dawno zapomniane uczucie. Takie, które znała z przeszłości, ale zgubiła gdzieś po drodze. Kiedy uświadomiła sobie czym jest nie potrafiła opanować uśmiechu. To było poczucie bezpieczeństwa.

Zniknęło równie nagle, co się pojawiło. Przyszła bowiem myśl o tym, co najważniejsze.

- Lucy? Co z Lucy?

Drzwi do pokoju otworzyły się. Wszedł jej wybawiciel. Otaczała go aura kolorowych poblasków i powidoków. Był piękny. Niczym marmurowy posąg skąpany w porannej rosie i promieniach wschodzącego słońca.

- Jest bezpieczna. - odparł.

- Jest tutaj?

Pokręcił głową.

- Nie.

Zamknął za sobą drzwi i siadł przy stole. Magdalene podniosła się z łóżka, spuściła nogi na podłogę. Było jej ciepło, błogo, przyjemnie.

- Chciałabym ją zobaczyć.

- Nie bój się. Ani tobie ani jej nic nie grozi. Zaufaj mi proszę.

Niepewnie, ale jednak skinęła głową.

- Gdzie jestem?

- Nie pamiętasz?

- Ach tak… Ostatnie piętro…

- No właśnie.

- A ci wszyscy ludzie? Nie widzieli nas. Jak to zrobiłeś?

- Potrafię różne rzeczy. Widzisz… Jestem bogiem.

Skrzywiła się. Szybko dodał:

- Nie takim bogiem, bogiem, jak na mszy. - uśmiechnął się krzywo. - W zasadzie jestem zapomnianym bogiem. W dawnych czasach jednak oddawano mi cześć. Abym nie przychodził. Ale ja pojawiałem się wszędzie i ciągle. Teraz też jestem obecny, ale… Jakby mniej widoczny. Zauważyłem, że w ten sposób… No cóż. Tak jest lepiej. I mogę robić to, co pozwala mi trwać.

Kobieta zmarszczyła brwi.

- Chyba nie rozumiem.

- Jestem bogiem upadku. Rozkładu. Lubię miejsca, które chylą się ku upadkowi. Przyspieszam go. Wzmacniam. Umożliwiam. Pozwalam światu zachować równowagę.

- Jesteś… zły?

Bóg prychnął.

- Zły. Co to w ogóle za kretyńskie określenie. - odwrócił na moment głowę i przeciągnął się. Minę miał poważniejszą niż wcześniej, ale wciąż przyjazną. - Nie lubię takich uproszczeń. Po prostu są rzeczy konieczne. Powinnaś to bardzo dobrze zrozumieć. Popatrz jak żyjesz. Dokąd prowadzi cię ta droga. No, dokąd?

Nagle poczuła wstyd. Wszechogarniający i dogłębny, przenikający ją na wylot. Chciała zaprotestować, obronić się, ale nie potrafiła. Nie wstydziła się jednak swojej profesji, czy rzeczy, które robiła. Najgorszy był fakt, że nie umiała z tego wyjść. Nie widziała dla siebie ucieczki. A jej największa obawa…

- Tak. - odparł zanim jej myśli się skrystalizowały. - Twój alfons ma już plany wobec Lucy. Wielkie plany. Jak dla niego, to twoja córeczka jest w odpowiednim wieku, by zacząć pracować na swoje utrzymanie. Będziecie może nawet obsługiwać niektórych klientów razem. Matka i córka? To dla niego żyła złota. Ten grubas ma smykałkę do interesów. Wie, co jest chodliwym towarem.

- Moja córka nie jest towarem.

- Och, wybacz. Po prostu posługuję się terminologią, która kłębi się w jego głowie. - popukał się palcem w skroń. - On nie widzi w was ludzi. Wszystko postrzega przez pryzmat inwestycji, zysku, strat. Człowiek swoich czasów. Kiedy zaczniesz przynosić straty, pozbędzie się ciebie.

Pokiwała głową ze smutkiem.

- Ale nie wypuści mnie, prawda?

- Oczywiście, że nie.

Oblizała wargi.

- Nie czuję głodu.

- Uwolniłem cię od niego.

- To znaczy, że…

- Nie jesteś już uzależniona. Naprawiłem cię. Fizycznie.

- Dziękuję…

Powstrzymał ją gestem.

- Jeszcze nie dziękuj. Powstrzymałem piękny proces rozkładu. Twojego życia. Twojej osobowości. Duszy. Był cudowny.

- Chyba rozumiem…

- Nie, nie rozumiesz. Ale cieszę się, że się starasz. - wstał w końcu i uśmiechając się podszedł do niej. Chwycił twarz kobiety w ręce. Jego dłonie były zimne i kojące. Delikatne. Mogłaby zapaść się w nie i odpłynąć w nicość. Poczuła błogość. Ale tylko na chwilę, bowiem rzekł:

- Nie uratowałem cię dla kaprysu. Musisz mi pomóc.

Podniosła wzrok. Górował nad nią pod każdym względem. Wzrostem, pewnością siebie, siłą. Był istotą wyższą. Esencją upadku.

- Ja? Jak?

- Pochłonąłem twój upadek by zyskać więcej sił. Pozwolisz mi na sprowadzenie czegoś dużo większego niż możesz sobie wyobrazić.

10. Wcześniej

Widząc ją przed progiem gosposia zamknęła plebanię na cztery spusty. Nie pomogło pukanie, prośby, płacz. Siadła więc na schodkach przed werandą i czekała. Był wczesny ranek dnia powszedniego. Przyszła bezpośrednio z pracy. Po drodze umyła się tylko i przebrała dzięki uprzejmości Dorothy. Starsza kobieta, choć bardzo schorowana opiekowała się nieraz Lucy i innym dziećmi dziewczyn z ulicy. Nie chciała od nich za to żadnych pieniędzy. Utrzymanie zapewniała jej duża kamienica odziedziczona po rodzicach, w której najmowała pokoje. W przybudówce oddalonej od budynku głównego urządziła z kolei niewielkie przytulisko dla biednych i bezdomnych.

Było jej zimno. Zaczęła się trząść. Miała na sobie tylko lekką sukienkę do kostek i sweter, a na to narzucony stary płaszcz, który lata świetności dawno miał za sobą. Szczęknął zamek, jednak ledwie zwróciła na to uwagę. Na jej ramieniu spoczęła silna i twarda ręka.

- Wstań córko.

Ksiądz Mark uśmiechnął się przyjaźnie.

- Wybacz, że musiałaś czekać. Odbywałem poranną modlitwę. Gosposia to porządna, ale prosta kobieta. Nie chciała mi przeszkadzać.

Mary podniosła się korzystając z pomocy duchownego. Stanął na sztywnych nogach i chwycił ją za ramiona.

- Co się stało? Jak mogę ci pomóc dziecko?

- Potrzebuję… Ja…

- Spokojnie, spokojnie. Powiedz.

- Może wejdziemy do środka? Przemarzłam…

Ksiądz wzdrygnął się. Wciąż uśmiechając rzucił okiem na drzwi.

- Och, wybacz córko, musimy jednak porozmawiać tutaj. Co by powiedzieli parafianie, gdyby się dowiedzieli, że gościłem w domu jawnogrzesznicę? Nie, zdecydowanie nie mogę ryzykować utraty posłuchu u wiernych. Misja boża jest najważniejsza. Krzyż! Krzyż moje maleństwo. Nie bój się proszę. tutaj nikt cię nie usłyszy, jesteś bezpieczna. Mogę otworzyć kościół, chcesz się wyspowiadać?

- Nie, nnnie... nie o to… Proszę. Jest człowiek, który mnie zabije, jeśli przestanę. Moja córka. On chce ją, ksiądz rozumie, on… To zły człowiek jest, bardzo zły. Bił mnie i wstrzykuje… - Podciągnęła rękaw i pokazała nabrzmiałe żyły pełne śladów po ukłuciach. Były sine, wystające i twarde jak skała.

Ksiądz odepchnął ją delikatnie.

- To nie są sprawy dla sługi bożego. Zgłoś się na policję.

- Ale on wszystkich zna… Myślałam, że ksiądz…

- Moja droga, jestem księdzem, a nie konstablem! Za kogo się uważasz? Nie mogę narażać wielkiego dzieła szerzenia wiary dla takich drobiazgów. Nie, nie. Przepraszam, wybacz mi. Jest mi przykro i żałuję. Twoja sytuacja jest bardzo trudna. Obiecuję wesprzeć cię modlitwą i błogosławieństwem. - Począł poruszać bezgłośnie ustami i uczynił znak krzyża na jej czole.

- Ale proszę księdza, proszę…

- Tyle mogę zrobić, a teraz idź już. Nie przychodź więcej do mojego domu, ludzie gotowi pomyśleć, że to prywatne wizyty. Zresztą to nie ze mną rozmowy potrzebujesz, a z Jezusem. Bóg jest bowiem zbawieniem i przez krzyż odda ci klucze do bram niebieskich. Dla każdego grzesznika jest nadzieja! Ukorz się córko, ukorz się… - mówił jeszcze zamykając za sobą drzwi.

Stała przez chwilę nieruchomo, po czym opuściła głowę i powoli zeszła po niewielkich schodkach na poziom gruntu i ruszyła w stronę domu. Mijając budowlę kościoła przeżegnała się i westchnęła cicho. Nie uszła jednak daleko.

- Psssst… - Z mijanego zaułka zawołał ją osobnik przypominający niezbyt świeżego i niekoniecznie trzeźwego delikwenta, który potrzebował przysługi lub pieniędzy. Przyspieszyła więc kroku, a on wyskoczył zza rogu i zawołał ją po imieniu: - Sandy.

Wypuściła głośno powietrze. Nie odwracając się odparła:

- Dzisiaj nie pracuję, proszę zostaw mnie. Jutro będę…

Mężczyzna chwycił ją za łokieć i pociągnął. Straciła równowagę i wpadła na niego. Od razu poczuła odór alkoholu, przepoconego ubrania i śmieci. Gdzie on spał, gdzie był… Bała się nawet o tym myśleć. Brała już wdech by zacząć krzyczeć, kiedy go poznała:

- Ksiądz Jack?

- Słyszałem jak gadałaś z tym bufonem.

- Słucham?

Puścił ją w końcu i stłumił beknięcie.

- Ja tobie pomogę. Chodź ze mną.

- Ale…

- Zejdźmy z ulicy, no dalej!

Ruszył szybkim krokiem w kierunku zaułka, z którego przed chwilą wyskoczył. Po chwili namysłu poszła za nim.

11. Teraz

- Siądź naprzeciw mnie. - zaordynował ciepłym i spokojnym głosem. Gdyby nie objawił jej swojej boskiej natury mogłaby uznać, że ma do czynienia z poczciwym, delikatnym i pogodnym człowiekiem. Tymczasem… Uratował jej życie. A potem uzdrowił. Wchłonął? Tak, pożarł całe cierpienie pochodzące od chemicznych używek i psychicznych zmian w umyśle. Odebrał coś, co sprawiało, że była bezbronna. Ale czy to sprawi, że będzie wolna?

Wykonała polecenie natychmiast, nie zastanawiając się ani chwili. Spojrzała mu w oczy i przez krótką chwilę była niemal pewna, że zobaczyła w nich te same tęczowe powidoki, które smarowały powietrze gdy ujawniał swoją boską moc. Uśmiechnął się i skinął głową.

- Tak. To nie złudzenie. - rzekł i założył nogę na nogę. Przełknął ślinę i spojrzał za okno, na Detroit skąpane w blasku chwały. - To wszystko przeminie jak oddech na mrozie. Czujesz? Dokonało się.

- Nie rozumiem… - powstrzymał ją gestem.

- Ciiii… Nie bój się. Jesteś bezpieczna. Naprawdę. - Wstał i spojrzał na nią z góry. Jak dobry ojciec. - Nie jestem potworem. Tamten człowiek nim był.

- To prawda.

- Skrzywdził cię w sposób, którego nienawidzę. To zwyczajne zwierzę i dostał dokładnie to, na co zasłużył. - Chciałaby zaprzeczyć, sprzeciwić się, jednak zrozumiała, że w głębi serca uważa podobnie. Los, jaki spotkał jej ostatniego klienta napawał spokojem i satysfakcją. Westchnęła otumaniona świadomością dokonanej zemsty.

- Zrobiłeś to dla mnie.

- Oczywiście. Oglądałem cię wiele razy. Wiele razy. Widziałem jak pochłania cię chaos. Pragnąłem cię zasmakować, ale nie zrozum mnie źle. Zrobiłem to inaczej, po swojemu. Tak, jak tego potrzebuję, by trwać.

- Ale to był naprawdę chaos?

- Masz rację, nie do końca. Ludzie mają chaos wpisany w swoją esencję. Jednak upadek, którego doświadczyłaś dokonał się również poprzez twoje decyzje. Świadome, czy nie.

- Sama to na siebie sprowadziłam.

- Pośrednio. Zostałaś okaleczona przez ludzi, którzy czerpali korzyść z twojej słabości. Ale jesteś teraz bogatsza. Gotowa, by się uwolnić?

- Uwolniłeś mnie już.

- Nie, dziecko. Ja tylko zabrałem twój upadek. Czy jesteś gotowa, by się uwolnić?

- Zabijesz go?

- Może już go zabiłem. Ariel to tylko pionek na szachownicy. Twój alfons się nie liczy. Uwolnij się.

- Nie rozumiem.

- Spytaj. Zapytaj mnie.

- Ja… Jak mam się uwolnić?

- Zrzuć cielesność. Oddaj się ukojeniu.

- Co?

- Zakończ cielesną udrękę. Pomogę ci. Chcesz?

- Nie, ja… Mam córeczkę, proszę. Muszę z nią być.

- Jej też pomogę. Dla ciebie moje dziecko. Dla ciebie. Zmienimy twój upadek w piękne zwycięstwo. A zwycięzcy zawsze kończą w krainie szczęścia.

- Ale… Ja nie chcę.

- Ciiiiii… Nie bój się. Jesteś bezpieczna. Naprawdę.

12. Wcześniej

- Co to za miejsce?

Mary zaczynała czuć głód. I nie chodziło bynajmniej o potrzebę jedzenia.

- Świątynia. - Odparł ksiądz Jack zamykając za nimi drzwi. Szczęknięcie zamka powędrowało między kolumnami powidokiem słabnącego echa. Tak jak każdy ich następny krok, słowo i oddech. Dotarli tu klucząc między zaułkami nieznanego Detroit - tego ukrytego przed oczami zwierząt, ludzi i aniołów.

- To kościół?

- Coś więcej.

Mary nachmurzyła się. Było tu ciemno, jedynym źródłem światła były na wpół stopione świece. Skrzepnięte rany wosku ściekały ze ścian, żyrandoli i gzymsów. Z boków czaszki patrzyły ślepymi oczodołami. Pośrodku wznosił się ołtarz.

Owszem, był tam ołtarz składający się z pustego stołu. Okryty był czymś w rodzaju grubego gobelinu.

W powietrzu unosił się zapach dusznej wilgoci i metaliczny posmak śmierci.

- Bywa tu regularnie. Zawsze północ, zawsze równa godzina. Nawet minuty więcej. Nawet sekundy mniej. - ksiądz stłumił wewnątrz beknięcie i wypuścił z sykiem nadmiar powietrza. Uderzył się pięścią w pierś. - Wejdźmy do kaplicy.

- Gdzie?

- O, tu. - poprowadził ją za ołtarz, skręcili w bok. Niewielka jama pełna była pustych spojrzeń żółto-białych czaszek. Mary pisnęła, nogi się pod nią ugięły. Gdyby Jack jej nie trzymał, pewnie by upadła.

- Co on im robi?

- Nie wiem. To znaczy wiem, zabija. Ale czy coś poza tym? Nie mam pojęcia. Obserwuję go na tyle, na ile to możliwe. Boję się Mary, naprawdę się go boję. Widziałem cuda, które czyni.

- Jakie cuda?

- Trudno to jednoznacznie opisać. Każda z jego ofiar jakby odżywała, odzyskiwała wiarę w siebie, siły. To jakiś rodzaj transakcji? Coś w ten deseń. Coś szatańskiego.

- Mój boże! To diabeł!

- Nie, nie diabeł. Nie wiem kim jest, ale… Nie. Jest zupełnie inny. Grzebałem we wszystkich bibliotekach na wschodnim wybrzeżu, szukałem informacji o podobnym demonie. Nic. W chrześcijańskich kronikach nie pojawia się taka postać. Pierwsza moja myśl, że trzeba go podać na policję. Ale boję się, że wtedy po prostu zniknie. Nie da się go tak po prostu zatrzymać. Pojawi się daleko, mordując i niszcząc niewinne kobiety w jakimś innym miejscu. Nie, tak się nie da. Widziałem światła, otaczające go tęcze. Czasami po prostu rozpływał się w powietrzu. Jak zjawa. Innym razem był taki sam jak ja i ty. Pocił się na słońcu, marzł na mrozie.

Mary spojrzała na niego z politowaniem. Oto ksiądz Jack napotkał coś, czego nie rozumiał. Jak prosta dziewczyna z prowincji miała sobie z tym poradzić?

- Powiedz biskupowi.

- Mówiłem. Chciał mnie odesłać do szpitala, więc spróbowałem jakoś się z tego wykpić. Wiesz, że mam problem. Zwaliłem to na whisky.

- I do tego… Do tego mnie chcesz? Co ja mam zrobić? Dać się zabić? Zwariowałeś.

- Nie, nie, nie! Zrozum. Chcesz się uwolnić, prawda? Widziałem cię. Pierwsze spojrzenie i od razu wiadomo, że dajesz w żyłę. Nic fajnego. Męczysz się. Widzę jak czasami ledwo się trzymasz na nogach, a potem znikasz na długo. Pojawiasz się z siniakami, ranami. Ale pełna życia. Nie da się nie poznać że ćpasz, moja droga. Oferuję ci sposób, jedyny. On cię uleczy, tego jestem pewien. On ma kryjówkę w świetle, wysoko. Tam. Najpierw uzdrawia. Widziałem jaki jest na głodzie. Będziesz jak nowo narodzona. A ja w tym czasie pozbędę się tego grubasa, który cię dręczy. W zamian za to narazisz się do czasu, aż nie przyjdę z odsieczą.

- Jesteś szalony. Bardziej szalony od Ariela! Od tego… Tego potwora!

- Nie! - Jack poczuł ogromną złość. Chwycił Mary mocno za ramiona i potrząsnął jak szmacianą lalką. - Nie rozumiesz?! To musisz być ty! Musisz być! Będziesz dla niego jak latarnia morska! Pewnie już cię obserwuje! Co zrobisz jak się do ciebie dobierze? No, co? Albo do twoich psiapsiółek?

- Przestań! - odwróciła głowę. Przez chwilę jeszcze się szarpała, po czym na moment zwiotczała, jakby upadła zupełnie z sił. Wtedy jego stalowy chwyt rozluźnił się nieco. Wcisnęła mu kolano prosto w krocze, a gdy oczy wyszły z orbit duchownego poprawiła jeszcze bijąc łokciem w skroń. Ksiądz padł jak długi trzęsąc się i dygocząc.

Uciekła czym prędzej.

Jackowi zajęło parę chwil, by się zebrać do kupy. Głowa bolała go niemiłosiernie, w kroczu czuł ból przypominający zamkniętą w ciele eksplozję, nieustannie rozrywający go od wewnątrz. Pokuśtykał do wyjścia, wspiął się po schodach i wyszedł na zewnątrz. Mary stała oparta rękami o mur. Odwróciła się i zmierzyła go zimnym wzrokiem.

- Jesteś idealna – wysyczał przez zaciśnięte zęby. - Idealna.

13. Teraz

Tym razem było zupełnie inaczej.

Znów szli niewidoczni dla zwykłych ludzi, przenikając między szarymi postaciami jak powiew wiatru na polu. Ponownie ciągnął ją za rękę, i ledwie nadążała. Po raz kolejny mijała te same domy, wspaniałe biurowce, tętniące życiem ulice. A jednak, wszystko się zmieniło, bowiem kojącą mgłę zaufania zastąpił potężny strach. Zmienił się też wybawca. Wcześniej zdominowany przez lekkość, zamyślenie i spokój, teraz kipiał aż energią. Szarpał głową na boki, obserwując okolicę, szczerzył białe zęby i mruczał do siebie pod nosem. Zachowywał się jak ktoś opętany nieokreśloną żądzą. Nie wiedziała w jaki sposób “nakarmił się” jej upadkiem, jednak bardzo wyraźnie go to odmieniło. Oto bowiem z osoby budzącej sympatię stał się kimś, kogo nie chcesz spotkać w ciemnym zaułku.

I tak samo miasto stało się dla niej miejscem kompletnie odmienionym. Niby je znała, a jednak dostrzegała jakąś wyraźną rysę na tej gładkiej tafli. Jakby wszystko wyglądało jeszcze w miarę solidnie, ale za moment miało rozpaść się na drobne kawałki.

- I jestem wszystkim, czego potrzebujesz. I jestem jedynym, który opiera się samotności dręczącej ludzkie dziecię. Ja bowiem wstałem z kwiatu doskonałości i zmieniłem je w popiół. I zmienię w popiół wszystkie kwiaty. Wszystkie róże, fiołki i chryzantemy. Ich pył sczeźnie w entropii, a dym zasłoni porządek, ogień pochłonie wodę, a ziemi połknie powietrze… - mówił i mówił bez końca.

Słuchała tego monologu przez cały czas czując narastające otępienie. Była to cena szczęścia, które poczuła? Płaciła właśnie za wolność, jaka została jej pozornie dana?

Dobrze wiedziała dokąd zmierzają. To miejsce pokazał jej ksiądz… Jak on miał na imię? John? Jim? Jack! Jak Jack Daniels! I z taką samą zawartością procentów! Zachichotała, a bóg upadku spojrzał na nią. Wzrok miał coraz bardziej dziki. Podniecony.

- Zbliża się pożoga. - nakręcał się z każdą chwilą. Śmiech utkwił jej w gardle jak źle połknięty kawałek chleba. Rozkaszlała się wtem czując, że płuca wypełnia jej gorące powietrze. Z ust i nosa buchnął niknącym obłoczkiem czarny dym. Żar ustąpił.

Jack wiedział. Jack powiedział! Żartowniś z niego!

- Co się… Co się dzieje…

Wymruczała przez ogarniające ją tęczowe powidoki. Oczy zachodziły spektrum wszystkich barw spektrum światła widzialnego. Przez te warstwy widziała znajomy zaułek i drzwi skrywające za sobą wysokie schody i świątynię.

- Zmierzcha! - ryknął jej prosto do ucha. - Czujesz to? Czujesz?

- Co takiego?

- Siłę!

Wtedy dowiedziała się, czym jest ów żar w płucach. I uświadomiła sobie, że w ten czy inny sposób spali ją na popiół. Rozsadzi od środka, rozedmie i rozerwie. Otrzymała dar pełni życia. Czym jest bowiem poczucie bycia niezwyciężonym? Chwilą ulotną jak jeden oddech. Kiedy wciągnie powietrze po raz kolejny, będzie to dla niej początek końca. Żar stanie się ogniem. Upadła zostanie wyniesiona do samego nieba!

Po schodach niemal sfrunęła uczepiona jego ręki. Zbiegał połykając po trzy-cztery stopnie.

- Zawsze… Zawsze tak jest?

- Nie, o nie! Dziś jest szczególna okazja! Wchłonąłem utraconą niewinność! Tak przeżartą zepsuciem, beznadzieją i głupotą, że mogę przenosić góry! Dzisiaj zrobię to! Zrobię to!

- Co zrobisz?

Spojrzał na nią. Jeszcze wczoraj miał oczy koloru spokojnej wody, a dziś zdawały się tropikalnym sztormem. Błyskawice cięły niebo. Czy to prawdziwa burza rozpętała się na zewnątrz, czy tylko jej głowa skrywała huragan?

- Zakwitną kwiaty! I rozpadną się w pył!

Przeszli przez salę, którą wcześniej zwiedzali z księdzem. Poznała ją głównie po zapachu powietrza i aurze śmierci unoszącej się w eterze. Oczy bowiem wciąż miała pełne tęczowych barw, zmieniających postrzeganie. Czaszki odpoczywające na kamiennych półkach nie groziły, a śmiały się razem z nią. Świece nie były do połowy stopione, lecz niemal sięgały nieba. Zagłębienia i gzymsy miały kilometry głębokości. Wiedziała, że to złudzenie. Potrzebowała jednak dłuższej chwili, by dostrzec ułudę

Dotarli do samego końca, a potem ruszyli wgłąb. Jak, gdzie i kiedy? Zobaczyła za sobą ołtarz. Minęli go i szli dalej. Tylna ściana nie istniała, zagłębili się w długim i krętym korytarzu prowadzącym głęboko w dół.

Poczuła na skórze gorące powietrze i zapach spalenizny.

14. Wcześniej

Jack ledwo zipiał. Zgiął się w pół i rozkaszlał. Ślina pociekła mu po zarośniętej brodzie. Zacharczał przeciągle i splunął pod nogi. Coś rzężącego zagnieździło mu się w płucach. Nie mógł się tego pozbyć. Oddychał coraz wolniej i głębiej, aż w końcu podniósł wzrok ku niebu i zaklął na cały głos - paskudnie i złorzecząco, obrażając wszystkie świętości, jakie cenić mógł człowiek służący Bogu.

Mary chwyciła go za ramię i podała butelkę. Pociągnął porządnie, aż wódka wypaliła mu gardło. Zacisnął szczękę i oblizał wargi.

Uśmiechnęła się do niego smutno. Odpowiedział tym samym i wzruszył ramionami.

- Taki mój los.

- Zapić się na śmierć?

- Jedni się zapijają, żeby mieć siły. Inni nie mają sił, choć nie tykają butelki. I co?

- Chyba nic. Ja nie jestem lepsza. Prawda?

Pokiwał głową.

- Prawda. Albo nawet gorsza.

- Dzięki.

- Nie oceniam cię! Nie, nie. Sama wiesz, że właśnie to go do ciebie przyciąga. Nie oprze się. Bogu dziękuję za to, jaka jesteś. I jaki jestem ja. Znaczy… - wskazał palcem w górę. - Temu prawdziwemu. A nie cudakowi o rozbieganym wzroku.

- Rozumiem już, czemu uważasz, że ktoś taki jak ja go przyciągnie. Ale ty? Nie wspominałeś, że lubi też cuchnących podstarzałych pijaków z koloratkami.

Posłał jej ostre spojrzenie. Nie było w nim jednak gniewu, a czujność.

- Pyskata z ciebie dziwka.

- Lepiej ci już?

- Lepiej. Chodź. - prowadził ją obok kościoła, ku zakrystii. Nie poszli jednak do głównego wejścia, a skręcili w bok, zagłębiając się w zaułku oddzielającym budynek od świątyni. Były tam schody prowadzące do piwnicy. Zeszli. Ksiądz wyciągnął klucz i wkroczyli do zgrabnie urządzonej piwnicy.

- Mark każe mi tu siedzieć kiedy piję, żebym nie straszył parafianek. Wiesz jak to jest. Impreza musi trwać.

- Bez względu na wszystko.

- O! - wystawił palec wskazujący. - Dokładnie! Siadaj!

Opadła na miękkiej kanapie.

- Gdzie to ja… O tu! - grzebał w szafie przeglądając kolejne półki, aż w końcu ściągnął na stół niepozorną książkę pokrytą okładką ze starych gazet. Na pożółkłych stronach znajdował się tekst drukowany czcionką niskiej jakości. Miejscami była krzywo złożona, a ilustracje ledwie dały się rozczytać. Kartkował i kartkował. Ręce mu się trzęsły i strony przeciekały między palcami.

- Tu!

Rozłożył wolumen przed jej nosem wskazując na zdanie umieszczony na samym dnie strony.

- Co to?

- Jak to co?! To on!

- Przecież mówiłeś… Że nigdzie nic o nim nie ma.

- Ha! W pismach chrześcijańskich, owszem. To nie jest księga chrześcijańska, a katarska. Heretycka. Spójrz.

- Na co?

- O, tutaj. Na podpis.

- Coś nabazgrane.

- Przyjrzyj się.

- Lux ferre. Lux ferre?

- To alternatywny zapis łaciny. Używano go przez kilkaset lat w Montsegur i innych rejonach zamieszkiwanych przez skrajny odłam jednej z sekt gnostyckich, aż do ich końca jakieś piętnaście lat po ostatniej krucjacie przeciwko katarom. To był trzynasty wiek, jak księga przepadła. Ukryta.

Spojrzała na niego z pytającym wyrazem twarzy. Zamachał rękami.

- Nieważne, nieważne! To tylko szczegóły! Liczy się wolne tłumaczenie, nie rozumiesz? Pokażę ci drugi podpis, na końcu, o tu! Już rozumiesz?

- Satel.

- Satanael! Lux ferre, nieodmienna wersja łaciny, nieść światło, czyli po przekształceniu imię. Niosący Światło. Świetlisty Anioł. Świetlisty Upadły. Lucyfer.

- Bóg upadku to diabeł? - wstała przerażona. - Diabeł?

- Nie! Nie rozumiesz? On istniał wcześniej, istniał zawsze! Lucyfer to tylko imię! Nadane przez tłumaczenie imienia z języka starszego, o wiele starszego!

- Więc to nie diabeł?

- Diabeł to wymysł! Przydomek nadany tej istocie! Nosi ich pewnie o wiele więcej. Założę się, że każda religia ma w swojej mitologii kogoś podobnego! Kogoś, kto odpowiada za zniszczenie!

- Nie znam się na religiach…

- Nieważne! Patrz tutaj! - siadła i znów wlepiła wzrok w jedną z pożółkłych kartek.

- Co? Rysunek.

- Co przedstawia? Hm? Kogo widzisz?

- Widzę mężczyznę… Niesamowite. Wygląda zupełnie jak on. Sylwetka… Twarz…

- Tak! Co się z nim dzieje?

- Jest przebijany lancą. Ale jak?

- Lanca to metafora. Tutaj jest napisane, jak go zabić… Czekaj. - zabrał jej książkę sprzed oczu i począł intensywnie kartkować. - Czekaj… O tu. Te słowa.

- ?

- Tłumaczę parafrazując… “I przyszedł pożeracz cierpienia zbierając choroby, kalectwo i upadłe duchy. Nie kazał przyobiecywać nic w zamian, nie pragnął pieniędzy ni sławy. Spełniał wszystkie zachcianki, marzenia i pragnienia. A potem niszczył. Niszczył wszystko, co tylko napotkał. Zostawiając po sobie same zgliszcza.” I dwie strony dalej… O tu. “Oddał mi władzę w nogach, a bratu Franciszkowi proste palce. Bla, bla… Dzieci w mieście pogubiły krosty. Żebracy przestali gnić. Bla, bla… Boże jedyny, miej nas w swojej opiece. Nie zdołaliśmy odebrać mu skradzionego zepsucia, które pożarł. Przegapiliśmy jedyny moment, w którym mogliśmy go zatrzymać. Zapisano bowiem w…” Nieważne, nieważne, nieważne… “Tylko krew upadłego sługi bożego, który pragnie odkupienia może zranić Satanaela. Pobłogosławienie, skropienie, modlitwa i skrucha.” Widzisz? Mamy go!

Maria przez chwilę patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami.

- Nie rozumiem. Co ty chcesz zrobić?

- Nie ja! Nie ja, ale ty! Rozetniesz mnie i schlapiesz krwią upadłego sługi bożego!

- Oszalałeś!

- Nie mówię, że masz mnie zabijać. Weźmiesz nóż i wbijesz mi w rękę albo nogę, a potem go spryskasz. Pobłogosławię ostrze jak kropidło. Może i Nim gardzę, ale wciąż wierzę, że istnieje i mogę to zrobić. Wyznajesz skruchę za swoje grzechy?

- Jestem nikim. Wyznaję skruchę za to, że żyję.

- Świetnie! Wspólnie zniszczymy największe zło kroczące po świecie! Razem! Zrób to, a jestem pewien, że Bóg wybaczy ci każdy grzech.

Spojrzała na niego z wyrzutem.

- Przerażasz mnie. Ale to wszystko… To jest prawda. Jego boję się jeszcze bardziej. - spuściła głowę. - Dla Lucy. Dla jej dobra. Zrobię to.

15. Teraz

Zgnilizna ustąpiła pylistej zawiesinie, którą wciągała z każdym oddechem. Schody wciąż ciągnęły w dół, choć zdawało się jej, że podążają nimi od wielu godzin. Ściany z kamiennych bloków poczęły się zmieniać w miękkie powierzchnie pokryte galaretowatą błoną. Każde ich dotknięcie pozostawiało na palcach lepką substancję pachnącą miętą i piżmem.

W dole pojawiło się blade światło.

Ścisnął jej dłoń mocniej i przystanął uśmiechając się szaleńczo. Posłał jej dzikie spojrzenie i otulił gorącym oddechem.

A potem była już na samym dnie tej kloaki, wokół siebie mając miękkie ściany poruszające się w rytm powolnego oddechu. Ożebrowanie katedralnego stropu przecinały śnieżnobiałe kości. Pana zniszczenia nigdzie nie widziała. Domyślała się jednak, gdzie zniknął.

- W końcu mnie masz! - krzyknęła przełykając łzy. - W końcu mnie masz… - powtórzyła po raz drugi o wiele ciszej, mając pewność, że nikt nie może jej już usłyszeć. Powietrze wciąż było gęste i suche, jakby naelektryzowane. Ciężko było jej oddychać. Płuca wciąż płonęły, a głowa gotowa była pęknąć na pół. - Jak blisko nieba jestem w tej pieczarze?

- Mamo? Mamusiu?

- Lucy? - głos dziecka sprawił, że poderwała się jak rażona piorunem. Poczęła się rozglądać, nerwowo szukać skąd dochodzi roznoszący się po przepastnej świątyni odgłos płaczu córeczki. Ogromne kościane kolumny zdawały się skrywać gdzieś pomiędzy stwardniałymi paluchami małą, zgarbioną postać. Kiedy jednak była już pewna, że ją widzi ta rozpływała się w nicość. W końcu padła na kolana, zrezygnowana i załamana. A dziecięcy płacz był coraz głośniejszy i zawodzenie nabierało coraz bardziej zbolałego charakteru. Zatkała uszy i zacisnęła zęby. Ryknęła wściekle z niemocy i cierpienia.

- Okłamałeś mnie… Okłamałeś! - wyła na zmianę przeklinając Jacka i błagając go o pomoc. - Skurwysynu! Miałeś wszystko załatwić! Wszystko!

Boga nie można pobić. Bogu nie można się sprzeciwić. Ja jestem Bóg. Ja jestem porządek i zniszczenie. Ha, ha, haaaaaaaa

- Wypuść mnie!

Poczęła biec przed siebie. Towarzyszyły jej szepty i delikatny płacz małej dziewczynki odczuwającej potworny ból. Wiedziała, że dłużej tego nie wytrzyma. Tortura była zbyt wielka. Poczuła, że nadszedł ten moment, w którym ostatecznie zerwie z tym, co ją zniszczyło i zrzuci cielesną powłokę. Wypuściła ogień i eksplodowała świetlistą kulą słonecznego blasku.

Otworzyła oczy. Jack stał odwrócony do niej tyłem, przygarbiony w pozycji gotowej do wściekłego ataku. W ręce trzymał nóż. Bóg zniszczenia chwiał się na nogach. Jedną ręką trzymał się za szyję próbując utrzymać wypływającą krew wewnątrz ciała.

Ksiądz śmiał się na głos i szydził z niego:

- Patrzcie tylko! Taki to bóg, któremu krew ścieka jak tylko go drasnąć scyzorykiem!

Mężczyzna zacisnął wargi i wypalił:

- Faktycznie, mogłem dać się ukrzyżować. - otworzył oczy szerzej i skoczył do przodu odsłaniając ranę, z której trysnęła brunatna posoka. Jack wziął zamach i ciął na oślep rozcinając mu dłoń. Bóg jednak nie zatrzymał się i wpadł w księdza z impetem, wytrącając ostrze, przewracając go na ziemię i tłukąc pięściami. Osłabiony latami hulaszczego trybu życia Jack nie był w stanie się mu przeciwstawić. Po chwili otrzymał cios w szczękę, który pozbawił go przytomności. A siedzący na nim bóg bił dalej, aż do utraty tchu. Ciało przeszył mu bolesny spazm, wygiął plecy w łuk przypominając sobie o ranach i bólu. Opadł na ziemię znów trzymając się za szyję. Był blady i słaby. Dostawał drgawek.

Maria z trudem dźwignęła się z podłogi i pochwyciła nóż w obie ręce. Szła trzymając przed sobą ostrze. Zbliżała się do leżących mężczyzn. Bóg wpatrywał się w nią. Wzrok miał taki, jak wcześniej, gdy ją ratował - wodnisty, głęboki, niemierzalny.

- Widzisz je?

Widziała. Od kiedy się ocknęła w kącie oka widziała tęczowe powidoki. Nie odpowiedziała jednak. Klęknęła przed nim i wcisnęła siłą ostrze w jego pierś. Stęknął, zacharczał i zatrząsł się. A potem umarł.

Splunęła na niego i przeklęła. Powlokła się do leżącego obok Jacka. Miał strasznie obitą twarz. Oczy napuchły mu tak mocno, że przybrały kształt wąskich szczelin. Nos miał z pewnością złamany i stracił kilka zębów. Poczęła do niego mówić i szturchać.

Ocknął się. Jęknął i począł się gramolić. Chwilę to zajęło, ale wspólnymi siłami podnieśli go do pozycji siedzącej. Dotknął policzka i natychmiast cofnął rękę. Mówił z trudem, niewyraźnie.

- Nie szyje?

- Martwy. - obejrzała się jeszcze dla pewności, ale trup wciąż był trupem. - Nie rozumiem co się stało. Zabrał mnie gdzieś, głęboko. Schodziliśmy w dół, a potem byłam chyba w nim. Byłam w nim?

Ksiądz wskazał na ołtarz. Dopiero teraz zrozumiała, że była na nim ułożona kiedy przyszła pomoc. Musiała się bezwiednie zsunąć, albo została zrzucona. Pomacała czoło i wyczuła skrzepniętą krew. Obok ofiarnego stołu znajdował się mały stolik - taki zwyczajny, metalowy, na skrzeczących kółkach. A na nim zestawy narzędzi, strzykawek i pojemników z podejrzanymi płynami.

Jack śmiał się, choć brzmiało to jak chrząkanie żaby z zapaleniem płuc.

- Pokonaliśmy go. - rzekła Maria. - Ale… Ale co właściwie się stało?

- Nie fnam się na nafkotykaf. Patszf tam. Wszczyknął ci cośf. Byłaś na chaju.

- Że co? Jak to na chaju? Co z twoją książką?

- Dałem się ponieść wyofraźni. Jak nify cię ufdrowił? Władofał ci w szyłę dhagi. Rheszte wmówiłł. - począł poruszać szczęką w lewo i w prawo, aż coś chrupnęło. Włożył sobie do ust palce i wyjął ząb. Splunął krwią. Wyglądało to paskudnie, ale zaczął mówić trochę wyraźniej. - To był tylko człowiek. Tylko człowiek. Zrozumiałem to, kiedy obserwowałem jak szliście… Jak cię ciągnął. Byłaś taka nieobecna. Napompował cię jakimś śmieciem. Pefnieee… Byś nie poczuła. Chciał cię kroić. Patrz. - wskazał na stolik z narzędziami, a potem na leżącą na ziemi strzykawkę. - Wszczyknąłem ci syntet… Środek ze szpitala. Nosiłem go ze sobą od dawna bo… Bo sam brałem też dużo razy. To detoks. Barco dobry. Utfyma cię w fołmie przez godzinę, może dfie. Pofem przyjdzie zjazd. I twoje uzdhowienie zniknie tak szybko, jak się pojawiło.

Maria wstała i zmierzyła go zimno.

- Tak nagle zmieniłeś zdanie? Jest człowiekiem, bo krwawi? Pan Jezus też krwawił.

Ksiądz wzruszył ramionami.

- Zwyczajny śfir… Ekchhhe… Źle się czuję.

- Chodź.

Minęło dobre kilka minut nim wstał wspierając się na jej wątłym ciele. Szli kuśtykając - powoli i uważnie, by nie stracić równowagi.

- A Ariel?

Ksiądz uśmiechnął się i pokiwał głową.

- Zajmiemy się nim. Jak wydobszejemy.

- Ale miałeś…

- Fiem, fiem. Zajmiemy się nim. Ofiecuję. Jak tylko odpocznę.

Podniosła wzrok na schody.

- Czuję głód.

- Dam ci morfiny. Chodź do mnie. Mam co trzeba. Ulżymy ci.

Dariusz Bednarczyk – Conan GHR*

Nuda, cokolwiek, ale niechaj się zdarzy, inaczej nuda pochłonie mnie do szczętu. Toż nie masz nic gorszego nad wysiadywanie owo na tym królewskim stolcu. Zaprawdę o takiej nudzie przenigdy nie pisał żaden nemedyjski kronikarz. Nie masz ci już królestwa ni czarnoksiężnika, którego nie dosięgnąłby mój triumfujący miecz. Nie masz krainy dokąd onegdaj nie powiódłbym swych niezwyciężonych zastępów. Nie masz uciemiężonych, którym można by tak przywrócić jutrznię wolności. Toż nawet Lemurejczycy z dawien wyzwoleni spod barbarzyńskiego jarzma, a gdzież te lądy niezbadane i bezkresne kraje na wschodzie, gdzież straszliwe rasy przedludzkie. Dokądkolwiek hufce powiodę, wszędy pieśni pochwalne na cześć i chwałę Conana…

Na Croma! Ta nuda wprost zabija, toż przecie czuję, jakaż ogromna gnuśność powoli mnie ogarnia, bez celu i chwalebnej wędrówki okrutny czerw nudy mnie toczy jako kloc drzewa powalony, nic jeno w próchno czas zamienić…

Nie przeczę dalekom zaszedł. Na drodze miecza, pośród szczęku oręża, sandały brocząc we krwi wrażej. Aliści kres nastał, snadnie kurz pokryje ostrze ręką ojca wykute?

Żeby choć tak potwory jakie, choć jeden czarnoksiężnik znad pełnej kwasu kadzi wyzwanie rzucił. Wbić ostrze w gardło godnego przeciwnika. Azali jeno wypchane złotem sakiewki pozostało liczyć? Usłużne piękności na wyciągnięcie ręki jako te wierzchowce paradne, a niezdatne w boju, gdyż bez charakteru.

No, wielem przeszedł, nie przeczę, ze stepów ojczystej Cymmerii, od Zachodniego Oceanu, aż po straszliwe pustkowia Turanu wprost po koronę Aquilloni, lecz na Croma! Co zasię?! Naprawdę czuję, niemalże jak wrastam w ten tron wyściełany skórami potworów, azali przyjdzie mi zawezwać zasuszonych kronikarzy? Toż nawet wino nie smakuje, jeśli dzień toczy się za dniem, a na horyzoncie nie wzbija kurz wrogich zastępów. Jak tu sobie golnąć, nim pierwej czoło z krwawego potu nie otrzeć? Takowego aromatu nie dostąpi bukiet najwymyślniejszych z najdalszych królestw trunków sprowadzany.

Wiem! Umyślnych na wszystkie strony jako liście na wietrze rzucić. Zwiadowców rączych, a zmyślnych. Niech zatętnią rącze kopyta! Niechaj wieść wszędy niesie, że ja Conan we własnej osobie wyzywam czarnoksiężników, wrażych władców, okrutników najtęższych, a niechby i piratów. A za każdego potwora, którego mnie wieść dosięgnie, czystym kruszcem zapłacę.

Ech, przecie marne widoki. Gdzież to szukać rywali na miarę dawnych herosów miecza i magii? Khalar Singh, władczy Thorgrin, a choćby niczym skała twardy małpolud Thak? Ech, stabilizacja…

Alboż to poczuć w skroniach żywe tętno krwi, ciężar miecza, jeszcze raz by tak do ataku na pełną kanibali Górę Mocy.

A ten Thak… Nadludzkiej siły małpolud, godny przeciwnik o duszy człowieka. Spaść by mu tak znienancka na mocarne ramiona, wbić sztylet i dźgać aż po rękojeść! Kły, ciosy, bryzgi juchy! Tworząc walczący wir sczepionych w zapamiętaniu, w naprężeniu trzaskających stawów i te oczy zaskoczone na chwilę nim owinie je mgła ostateczności…

Brrr, demony… Khosatral Khel, Thoth Amon, a Thugra Kotan Yara? Jeszcze teraz włos jeży się na głowie i patrz, niechby tylko pojawił się jaki, to mimo ciar bez wahania ruszyłbym, ale gdzież szukać? Dziś prawdziwych demonów już nie ma, jak na lekarstwo, czyżby koniec sławetnej ery hyboryjskiej nadejść miał szybciej niźli zapowiadały proroctwa?

Jak żyć? Jak żyć, jeśli kolejny dzień w niczym nie różni od poprzedzającego?

Praktycznie nic mi nie smakuje. Sok z czerwonego mięsa? Smak wina? Toż to były delicje, solidna wyżerka, beknięcie, a potem zdrowo golnąć, a teraz masz, jakbym jaką sieczkę szamał.

A dawne piękności o bielutkich ramionach? Yasmela, Sancha, Thalis, Livia? Ech, krew aż kipiała. Gdzież tam do nich usłużnym pięknościom tronu jak na wyciągnięcie ręki? Jako te rumaki paradne niezdatne w boju, bo bez charakteru, a i mnie to niesmaczne bez bitewnego uniesienia. Umówmy się, jakbym całkiem utracił pierwotny smak. Szczęściem, że chuci staje, jeszcze by tego brakowało…

Jakże mi tego brak. Szybkość, refleks, garda, cięcie, odskok! Proste, niechby i Valhalla Nordheimczyków, lecz przynajmniej wiesz, że żyjesz póki życia staje, prawdziwe mięcho, bo jutra wcale nie ma!

Twarzą w twarz, wytoczyć juchę z największego zakapiora, zaś potem usłyszeć szloch jego kobiety. Uczta do rana, jesz i pijesz, czujesz to w trzewiach i padasz w bieluchnych ramionach…

Poślę umyślnych na wszystkie strony, do wszystkich królestw Hybaryjskich, dumnych miast Corynthi, na północ, do Hirkani i Khitaia na wschód, na południe, a nawet na wyspy, nuże rumaki kulbaczyć! Na Croma, pokażcie mi choćby jedno imperium czarnoksiężne! Jeszcze dziś wyruszę na pustkowia świata po krwawy szkarłat!

Posłańcy wrócili. O, przywiedli posłów, czyżby coś na rzeczy? Ruchawka jakaś, trzeba im Conana? W końcu? Na Croma, w końcu przypomnieli sobie chwałę mego miecza! Ja Conan wojownik, zdobywca, mściciel, niezwyciężony wyzwoliciel. Ja waleczny, niezłomny i zuchwały. Sława nie zagasła. Jeszcze nie pora pierdzieć w stołek, choćby królewski i wyściełany. Ja nieustraszony gladiator, nieugięty, niczym nieokiełznany Conan wyzwoliciel.

Widzę proporce dzikich Piktów, nie zapomniał Vanaheim i Asgarg, powiewają na wietrze znaki Hirkanii i Khitaia. Punt z południa, Keshan, Darfur, Kush, Estiglia znad Rio Estigio. Widzę dzielne rumaki Turanu, a owoż i sąsiedzi: Brythania, Nemedia, Koth, Ophir i Argos. Jednym słowem wszyscy, są wszyscy. Ot, ile znaczy chwała we krwi ciemiężców, czarnoksiężników i demonów mieczem zdobyta!

Na Croma! Chyba śnię! O czym oni ględzą? Że niby bohater, wielka historia?

Że niby co? Wielka przeszłość, na chwałę dla potomnych? Że niby ja, to co? Jakiś kombatant? Conan z postumentu? Szczegółowość w odwzorowaniu? Nie trza mi nic innego jak miecz, sztylet, topór i dzielny rumak! We łbach z tej gnuśności już całkiem im się pomieszało! Wiele się zmieniło i czy aby dam radę? Ja?! Conan? Że niby pojawiły się całkiem nowe okoliczności, zgoła nowe oczekiwania i potrzeby na miarę nowych czasów, wręcz historyczna konieczność gloryfikacji herosów. Potrzeba upamiętnienia chwalebnych czynów, czym należy wyjść ku oczekiwaniom młodej generacji. Co za bełkot Toż nad czym deliberować po próżnicy? Spaść na ramiona, na odlew ciąć, wbić sztylet aż zazgrzyta na kości, po rękojeść, przydusić, utrącić kręgosłup. Po kiego mi jeszcze jakiś skryba, jak to robota dla jednego, byleby mocno stanąć na rozstawionych nogach i ciąć na wydechu. Zawsze sobie radziłem, poradzę i tym razem, dajcie mi tylko parę dni, niech no tylko porozciągam stawy. Jakem Conan rychło stawię się na wyznaczonym miejscu!

A jednak nie zapomnieli. Stawili u mego stolca na pierwsze wezwanie, nikt nie zbył i nie odegnał moich umyślnych. Jest ci jeszcze mir i poważanie. Od razu lekko tak jakoś, gnuśność sama odeszła precz, no, aż mi wrócił apetyt. Muszę se golnąć podwójnie, a co, należy się. Koniec kombatanctwa. Conan wraca do gry.

Nareszcie. Tego mi było trzeba. Dzielny rumak, niezawodny miecz, topór w kulbace i poczet jak na potężnego króla przystało. Aż mi w sercu coś śpiewa z tej radości. Aż mnie rozpiera. Wszystko jedno z kim przyjdzie się zmierzyć, mag, demon czy inna potwora, byleby coś się działo, a nie gnuśnieć w tych kobiercach, co aż mi apetyt odbiera. A może potężny władca- czarnoksiężnik? Już ty poznasz tę lodowatość oczu…

Jest. Wiele tu się zmieniło. Miasto wypiękniało, a i zamek jak się patrzy, nie tak jak niegdyś. No i popatrz, minęła już cała dekada, jak ten czas leci… Ale dobrze im się wiedzie, a wszędzie twarze uśmiechnięte i syte, a poznają mnie, ciekawe czy sami tak poustawiali w szpalery, czy raczej z nakazu władcy. Ale, ale, jeżeli w mieście spokój i dostatek, pewnie na zamku problemy, inaczej po cóż by mnie wzywano. Ciekawe jakąż to mają tajemnicę i kto zagraża? No, ale najpierw bym coś wszamał i przepłukał gardło, przecie należy się. Hmmm, niewiasty ładne mają lica, wartałoby poznać księżniczkę…

Ale co jest, nie wiodą na zamek? Na Croma, cóż to za dziedziniec i co znaczy ten cały napis?! „Festyn Rekonstrukcji Historycznej”.

* Grupa Rekonstrukcji Historycznych

Dominika Węcławek – Martwy sezon