Opis

Fenix Antologia poświęcony Maciejowi Parowskiemu i książce "Burza. Ucieczka z Warszawy '40"

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 201

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Czytasz elektroniczną wersję magazynu Fenix Antologia 8/2019

Wersja ta pozbawiona jest grafiki i komiksów dostępnych tylko w wersji drukowanej.

Aby zaopatrzyć się w wersję papierową i poprzednie numery, odwiedź stronę http://fenix-antologia.pl

Spis treści

Opowiadania polskie

Paweł Ciećwierz wg pomysłu M. Parowskiego - Oldskul

Maciej Parowski - Burza, scenariusz

Maciej Parowski - Pomóż swojej gwieździe

Maciej Parowski - Krach w branży weków

Maciej Parowski - Ostatnia przygoda Funky’ego Kovala

Maciej Parowski - To się zdarza co dzień

Maciej Parowski - Euklidesja

Publicystyka

Bartek Biedrzycki - Dokąd, chłopcy, idziecie?

Krzysztof Sokołowski - My się nie żegnamy

Maciej Parowski - BURZA - losy pomysłu

Krzysztof Sokołowski - Oswajanie “Burzy”

Przemysław Pawełek - Tak samo jak ludzie, Funky

Szymon Holcman - Komiks - chłopiec do podziwiania

Krzysztof Sokołowski - Franczyza

Marek Oramus - Dzieje jednego fantasty

Maciej Parowski - Zbuntowany kucyk

Maciej Parowski - Intelektualista Gamaliel

Maciej Parowski – Autolustracja

Marek Oramus - Piąte piwo - Korupcja i upadek Neuta z blokowiska

Stopka redakcyjna

Bartek Biedrzycki – redaktor naczelny

Jarosław Grzędowicz – honorowy rednacz

Andrzej Łaski – logo

Krzysztof Sokołowski – proza polska

Rafał Szłapa – okładka

Fenix Antologia wydawany jest przez

Gniazdo Światów – imprint wydawnictwa

timof i cisi wspólnicy

Górna Droga 10/301

02–495 Warszawa

ISBN wydania elektronicznego 978-83-951671-9-5

Bartek Biedrzycki - Dokąd, chłopcy, idziecie?

- Wolę gadać z wami, młodymi – powiedział do mnie, czterdziestoletniego wtedy faceta, Maciej Parowski pewnej chłodnej październikowej nocy w Zielonej Górze, dosiadając się do naszego stołu, wokół którego siedziała naprawdę niezła zbieranina – pisarze i pisarki, kilkoro młodziaków, tłumacz, ze dwóch redaktorów i ludzie pamiętający powstanie fandomu w Polsce. – Wolę gadać z wami, bo macie coś nowego do powiedzenia – zadeklarował z uśmiechem.

Takim go pamiętam – uśmiechnięty, niezwykle spokojny człowiek, który krążył między ludźmi, grupkami, stolikami, salami, koteriami od jednych do drugich i ze wszystkimi rozmawiał. Mówił, owszem, kiedy go słuchali; słuchał, jeśli nikt go o nic nie zapytał; czasem wtrącał się z pozycji człowieka, który z niejednego pieca już chleb jadł, ale rzadko z pozycji mentora, chociaż niewątpliwie zasłużył na to miano w naszym polskim grajdołku.

Maciek był obecny „na scenie” od tak dawna, że dla większości z nas było to całe nasze świadome fantastyczne życie. Można go było uwielbiać i uważać za filar, można było nie lubić, a niejednokrotnie antypatie te nie były nieuzasadnione ani wyłącznie personalne, niepodobna jednak było go nie znać. Chyba w oczach wielu był jak ten stary mistrz kung-fu, który z pełnym pewności siebie podpartej wiedzą dekad i doświadczeniem uśmiechem w przymrużonych oczach patrzy na nowych adeptów, okładających się kijami na placu treningowym, ale nie wchodzi już między sparrujących wojowników, co najwyżej rzuci sandałem, celnie trafiając któregoś w ucho.

Jasne, niejednokrotnie czytelnicy, pisarze, inni redaktorzy wypowiadali się o Parowskim ostro – w końcu był figurą dość znacznego kalibru, aby niejednemu zaleźć za skórę. Bywało, że obrywał mocniej, dostał nawet „Złotego Meteora” za ataki na fandom i – dwadzieścia lat temu – nagrodę Zajdla (ten cyrk przyjeżdża do miasta co roku, Zajdel bez gównoburzy to nie Zajdel). Po jego śmierci na nowo rozgorzały dyskusje o jego wkładzie w kształt polskiej sceny fantastycznej, o zaniechaniach, niechęci do pewnych zjawisk, o tym, że najzwyczajniej w świecie miał zawsze własne zdanie i czasem na przekór wszystkim był gotów o nie walczyć i je forsować. Sprawiał innym problemy swoją osobą, bo miał osobowość.

Spotykaliśmy się z Parówkarzem przy wielu okazjach – najserdeczniej jednak i najlepiej rozmawiało nam się zawsze w Zielonej Górze na Bachanaliach. Pewnego roku, kiedyśmy dobrze już naoliwieni wkraczali na kwaterę jakoś w środku nocy prosto z dworca kolejowego otwarło się po drugiej stronie zaułka okno, wyjrzał z niego Maciej i zagadnął:

- A dokąd wy, chłopcy, idziecie?

- Na piwo, Maćku!

- Poszedłbym z wami, ale już mi się spać chce. Pogadamy rano.

Liczyłem, że pogadamy także w tym roku. O wszystkim: o książkach, filmach, o opowiadaniach, o tym, czemu spuścił po rynnie „CyberJoly Drim” i jak nam idzie reaktywowany, nowożytny Fenix. Zawsze zresztą chętnie o tym wszystkim rozmawiał, pojawiał się na naszych panelach, miał swoje zdanie, czasem zaprzeczał, wykręcał się albo tłumaczył, albo zwyczajnie mówił „nie tak było, pozapominaliście, wy młodzi” a potem śmiały się zmrużone oczy i robił dobroduszną minę.

„Burzę. Ucieczkę z Warszawy ‘40” postanowiliśmy nagrodzić Fawkesem dla książki z cienia w zasadzie jeszcze jesienią, kiedy opadał kurz po „Upiorze południa”. Książka ta przeszła bez większego echa – osobiście nie dziwię się, jest raczej trudna, wymagająca od czytelnika, zmusza go do wysiłku intelektualnego. Maciek pewnie zaliczyłby ją do „fantastyki problemowej” podczas gdy popularna jest raczej „fantastyka rozrywkowa”. Pisząc ten tekst, który omawiamy zresztą w antologii na więcej niż jeden sposób, chyba wiedział, na co się decyduje – a jednak szkoda, że ta akurat historia alternatywna przeszła bez należnego echa.

Liczyłem, że w tym roku na Bachanaliach Fantastycznych na jego ręce będę mógł przekazać statuetkę Fawkesa dla „Burzy. Ucieczki z Warszawy ‘40”. Liczyłem na to bardzo jeszcze wiosną, kiedyśmy się dowiedzieli, że choruje i jest to choroba raczej z tych poważnych. Do końca podtrzymywał kontakt, zdążył popracować, podomykać część swoich spraw. Nie wszystkie.

Cieszę się jedynie, żeśmy my, młodzi, mieli okazję z nim pójść na piwo i porozmawiać. I – nie oszukujmy się – posłuchać go jak młodzież starszego kolegi. Bo choćbyśmy się czasem gorąco nie zgadzali, to jednak gawędzić – potrafił.

Zostały nam jego książki. W tym ta ostatnia, na którą pisząc te słowa jeszcze czekam.

A dokąd idą chłopcy? Chłopcy idą przed siebie, Maćku. Napić się piwa za Twoje zdrowie i poczytać fantastykę. Dziewczyny, zresztą, dokładnie tak samo.

Krzysztof Sokołowski – My się nie żegnamy

Inni tak, ładnie i jeszcze ładniej, ale ja się z Maćkiem nie żegnam.

Łączę się w bólu z jego rodziną i bliskimi, ale ja mam Macieja Parowskiego nadal blisko, przy boku, o sięgnięcie ręką.

Nasze „układy” są nasze i nic nikomu do tego. Ważne jest tylko jedno: nie interesował mnie jako redaktor, nawet redagujący moje teksty. Jako krytykowi przyznaję mu zrozumiałą wyższość na polach, których sam nie uprawiam regularnie, kronikarstwo nic mnie nie obchodzi i tyle.

Tak naprawdę był Maciek, jest dla mnie i będzie niedocenionym pisarzem. Kiedy mu to mówiłem, kiedy podkpiwałem, że wybrał zawód upasionego na etatach Ojca Redaktora, a powinien głodnego literata zżymał się, protestował, bronił scenariuszami komiksowymi, filmowymi i co tam jeszcze. OK, zdecydowałem kawał czasu temu, niech mu będzie. Ale... ale coś musiało do niego dotrzeć, bo nadszedł taki moment, kiedy to on zaczął wracać do tematów, które ja już sobie odpuściłem.

A potem...

Nie jest tajemnicą, że „książkę z cienia” wybieramy w Fenixie wcześniej i zawiadamiamy autora ze sporym wyprzedzeniem. Tak było i z „Upiorem południa”, i „Burzą...”, i tak planujemy robić to nadal. Do okazjonalnego, „nagrodowego” Fenixa „redaktor wszystkich fantastów” wybrał posłusznie swe stare teksty, udzielił praw, dał wolną rękę i... na wypowiedzianą z obowiązku, w nader niepoważnej formie sugestię, że mógłby dopisać coś nowego zgodził się zaskakująco łatwo. Ot, kilka dni obowiązkowego krygowania się, uwaga, że to już „nie te lata”, moja uwaga, że na dziewczyny go przecież nie ciągnę, a jak na pisarza jest całkiem młody... i tyle.

To był jego pomysł: dwa opowiadania „z Bondem”. W pierwszym 007, w kwiecie wieku i rozkwicie kariery, bada tajemnicę Pogromu Kieleckiego. W drugim stary, zużyty, odstawiony na bocznicę i nikomu nie potrzebny, ma zająć się Katastrofą Smoleńską.

Którą wszyscy mają w dupie, jak jego samego.

Pisał. Riserczował z zapałem, bo słał mi SMSy: „Kupiłem to, przeczytałem tamto”. Uprzedził, że się spóźni.

Normalka.

Ostatnią rzeczą „zawodową”, którą od Maćka usłyszałem, już ze szpitala, było: „Twój ‘Bond’ ma pecha”.

***

Chyba rozumiecie, dlaczego nie mogłem odpuścić. Mężowie, ojcowie, dziadkowie umierają, odchodzą żegnani łzami i mowami, pisarz nie umiera. Nie wszystek. Jeśli Maciek ma zostać, to w tym, co stworzył i co jeszcze chciał stworzyć.

Paweł Ciećwierz zgodził się napisać jedno opowiadanie według pomysłu Maćka, za co zawsze będę mu wdzięczny. Nie wiem, jak udało mu się tak doskonale „podsłuchać” Parowskiego – pisarza, a jak doskonale sprawdźcie sami, zweryfikujcie lekturą „Ostatniej przygody Funky’ego”. Drugie opowiadanie zawieszam na końskim włosie. Ten pomysł – Bond badający sekrety Pogromu Kieleckiego – może wykorzystać, kto czuje się na siłach, ma ochotę i ma marzenia.

W ten sposób Maciej Parowski będzie żył.

Paweł Ciećwierz (wg pomysłu Macieja Parowskiego) – Oldskul

Siedział dłuższy czas w poczekalni z mahoniu i szkła, a fotel wgniatał mu się w tyłek. Mulatka za biurkiem zerkała na niego krytycznie znad laptopa. Uśmiechnął się do niej, wyluzowany mimo okoliczności. To był jeden z jego największych talentów. Potrafił być naprawdę wyluzowanym gościem. No i sprawnie zabijał ludzi.

- M zobaczy się z panem teraz panie…

Podobała mu się skóra koloru kawy z mlekiem i to, że wreszcie zatrudnili tutaj kolorową. Sam nie miał obiekcji pod tym względem. Faceci to lenie, ale kobiety z trzeciego świata były bardzo pracowite.

- Bond. James Bond – przedstawił się sekretarce. Przechodząc koło biurka zawiesił na niej na dłużej wzrok słynnych niebieskich oczu, podkrążonych, uwięzionych w sieci zmarszczek. Szeroka szczęka, krótka, srebrna broda – trzeba iść z duchem czasu.

- Ten Bond? – teraz wreszcie przyjrzała się mu dłużej. – Ten James Bond, którego akcja na Bliskim Wschodzie wywołała falę protestów lata temu? Dziennikarze nie dawali nam spokoju. Myślałam, że pana wylali.

- Nie ma takiego Wschodu, który byłby mi bliski, no chyba, że chodzi o tajlandzkie plaże i tajlandzkie kobiety – odpowiedział z bezczelnym uśmiechem. – Lata temu? Szybko zleciało. Nie jestem tutaj na etacie, panno – zerknął na wizytówkę – Blane – dodał wyraźnie rozczarowany. - Pojawiam się wtedy, kiedy w sąsiedztwie robi się niespokojnie. Wtedy nagle staję się potrzebny Jej Królewskiej Mości

- Dzięki Bogu coraz rzadziej – wyrwało się sekretarce.

James zmrużył oczy i znowu się uśmiechnął, jednym kącikiem ust, tak, że na policzku utworzyła się seksowna zmarszczka. Zęby, już nie takie białe po dekadach nałogu, nadal sprawiały przyzwoite wrażenie. Kilka nawet rzeczywiście było jego.

- Ależ nie, panno Blane, świat nie stał się ani trochę bezpieczniejszym miejscem przez ostatnie pięćdziesiąt lat. Tylko teraz mniej jest ludzi, którym to przeszkadza. Martini z wódką? Wstrząśnięte, nie zmieszane – zasugerował jeszcze.

- Z pewnością jest doskonałe. Takie wstrząśnięte. Od paru lat mamy tutaj zakaz spożywania alkoholu, tytoniu oraz środków odurzających. To w końcu siedziba rządowa.

Bond pokiwał głową ze smutkiem. Dzieciaki.

***

Telekonferencja międzynarodowa. Mało jest na świecie tak bardzo strzeżonych linii.

- Jest tutaj, czeka w hallu. Co ja mam ci powiedzieć? Nie możemy go dłużej trzymać w zamrażalniku. Wiesz, ile kosztują Koronę te jego wakacje?

- Koronę? Proszę cię. Raczej angielskiego podatnika. Pewnie mniej niż suknia ślubna Meghan Markle.

- Amerykanie… James wie za dużo, żeby go wyrzucić, jest zbyt skompromitowany i zbyt pięćdziesięcioletni, żeby nadal pracować na najwyższym stopniu wtajemniczenia, a na kolejne parę lat jego wakacji nas nie stać, również wizerunkowo.

- Czy ty coś sugerujesz?

- Ja? W życiu. Ale hipotetycznie, czy jakoś dyskretnie mógłbyś… To znaczy, czy CIA mogłaby…

- Chyba żartujesz. Wy to trochę jak Niemcy. Nowe idee, stare sposoby. Wyślij go gdzieś. Wyślij go na koniec świata. Niech obala komunizm na Kubie albo niech pomoże dzidziusiowi zwalczać żółte kamizelki. W końcu jeszcze jesteście w Unii.

- I tak do usranej śmierci, jak mniemam. Nie, nic dla niego nie wymyślę.

- Dla dzidziusia?

- Dla Jamesa.

- Zniedołężniał na starość?

- Nadal dałby radę dziesięciu twoim, tylko świat wokół się zmienił. Już nie pasuje do obrazka. I burmistrz Londynu go nie lubi.

- Chyba z wzajemnością. Prosisz mnie o przysługę? Mam coś dla niego. Stara sprawa, ale biorąc pod uwagę obecną ekspansję Ruskich w Gruzji można to jakoś uzasadnić.

- Gdzie?

- Koniec świata. Europa Wschodnia.

- Zorientuje się, że wysyłamy go na łączkę.

- Może i tak, ale zrobi swoje. Znasz go. Poza tym od zawsze lubił spuszczać wpierdol czerwonym.

- Już nie ma czerwonych. Teraz wszystkie kolory się mieszają. Jedna wielka tęcza.

- I problem załatwiony?

- Jasne. Od dziś tylko uczciwi politycy, tolerancyjne służby, kierowana moralnym kompasem prasa, przyjaźni uchodźcy i uniwersalne wartości.

- Czyli nie ma się już o co martwić.

- Zupełnie. Właściwie oboje możemy zwijać interes i zostawić wszystko w rękach Amnesty International.

- Nowy wspaniały świat?

- Właśnie.

***

- Tutaj jest zakaz spożywania alkoholu.

- Od kiedy?

- Od pięciu lat. – M podeszła do swojego agenta, matczynym gestem dotknęła jego ramienia, a potem zdecydowanym gestem szefa ważnej rządowej instytucji, któremu nie należy podpierdalać, wyjęła mu z dłoni piersiówkę. Powąchała przy zakrętce.

- Tequila?

- Proszę, nie mów nikomu.

Nie zmieniła się, odkąd pamiętał. Jest taki typ urody, który predystynuje kobiety do bycia królowymi matkami albo szefowymi rządu i M tak właśnie wyglądała. Jak ktoś, kto bez cienia uśmiechu potrafi powiedzieć: „zamknij oczy i myśl o Anglii”.

W sumie, właśnie coś takiego przed chwilą od niej usłyszał.

- Nigdy nie byłem w Polsce. Nie potrzebujecie kogoś bardziej obytego w terenie?

- Migasz się? Z wiekiem odechciewa się podróży?

- Chyba z wiekiem do trumny – żachnął się. Zawsze wiedziała, jak go podejść.

Siedział zamyślony w głębokim fotelu z lewą ręką wzdłuż oparcia i prawą macającą co jakiś czas na ślepo w poszukiwaniu szklanki. M. musiała przyznać, nadal wyglądał dobrze z tą siwą brodą, błękitnymi oczyma i głębokimi zmarszczkami na policzkach. Pewnie regularnie trenował, bo nie zapuścił brzucha, a sylwetkę miał nadal sprężystą, w tym trochę już niemodnym garniturze i z nieśmiertelnym przedziałkiem w jedną stronę.

- Może ci się spodoba. Podobno ludzie tam specyficznie patrzą na świat, trochę tak, jak ty. A sprawa jest ważna.

- Skoro jest taka ważna, dlaczego nie zajęliście się nią wtedy?

- Relacje między nami i panem Putinem są dynamiczne. Kiedy wreszcie dojdzie do brexitu, trzeba będzie ponownie przetasować karty. Wtedy każda informacja na ten temat może okazać się ważna.

- Na temat Polski. Poważnie? A kogo w ogóle obchodzi ten kraj?

- Oj, nie lekceważ - obruszyła się M. - O Krystynie Skarbek słyszałeś? O Sosnowskim? Albo o 303?

- Historia – odmruknął Bond. Przez te lata zrobił się zgryźliwy – pomyślała.

- My też jesteśmy już historią. My i nasze sposoby załatwiania spraw. Wytyczne się zmieniły, po drugiej stronie nie ma już wroga. Teraz to przyjaciel mówiący innym językiem.

- Zachwycające. Właściwie o taki właśnie świat walczyliśmy. Nadszedł kres historii, epoka wielkiego grillowania. Zgadzam się, M. Pojadę do tej Polski, sprawdzę twoje źródła i będę dla wszystkich niezwykle miły. Zupełnie po nowemu. Tylko na wszelki, zupełnie nieprawdopodobny wypadek, gdyby ci przyjaciele po drugiej stronie mówili językiem na tyle obcym, że trudno by im było wytłumaczyć naturę łączących nas wszystkich demokratycznych relacji, zostawcie na liście płac paru gości z dwoma zerami przed numerem, dobrze wam radzę.

***

Ostatniej deszczowej nocy w Londynie nie spędził sam. Jej skóra nawet smakowała jak kawa z mlekiem. Szczupłe nogi spięły się ciasno na jego plecach, a pełne usta pozostawały nienasycone tak bardzo, że James wymknął się na chwilę do łazienki. Cuda współczesnej chemii nigdy go nie rozczarowały. Połowę swoich misji robił w końcu na metamfetaminie, a panna Blane miała dwadzieścia parę lat. To o trzydzieści mniej od niego. Ale w końcu on nazywał się James Bond. Stoczył tę walkę z przeważającymi siłami wroga i wytrzymał na pozycji aż do parady zwycięstwa. Pot skraplał się na wewnętrznej stronie jej uda, kiedy leżała obok w pościeli, bezwstydna, z rozłożonymi nogami, obnażona tak bardzo, jak tylko kobieta może się obnażyć przed mężczyzną. James przykrył swoją nagość prześcieradłem.

- W biurze odniosłem wrażenie, że niezbyt mnie polubiłaś – powiedział, zaciągając się głęboko papierosem. Potem podał go jej. Zauważył, że koło biurka miała e-fajkę, ale teraz zaciągnęła się ze smakiem na oba płuca. Są takie chwile, kiedy namiastkowość wszystkich rzeczy zaczynających się na „e” z myślnikiem nie wystarcza.

- Ja nadal niezbyt cię lubię, James. Nie wyślę ci kartki na Winter Holidays (musiał chwilę pomyśleć, żeby stwierdzić, że chodzi jej o Boże Narodzenie) i nie poznasz moich znajomych. Są jednak rzeczy, do których potrzeba mężczyzny w starym stylu.

- Aż tak źle? Nie wiedziałem. Przez te parę lat spędzonych w Indonezji wypadłem z obiegu.

- Ludzie dzisiaj są zajęci. Faceci są zajęci. Dlatego nie chcą, nie potrzebują pierdolić tak bardzo, jak ty potrzebujesz. To stymulujące. Chociaż przez chwilę zobaczyć w oczach mężczyzny taką rządzę. Poza tym są zbyt grzeczni. Pytają o pozwolenie i przepraszają za każde pociągnięcie za włosy. Z tobą jest inaczej.

- Czy zrobiłem coś?...

- Nic nie mów. Nie psuj tego. Było świetnie, a teraz przez chwilę nic nie mów.

Kochali się jeszcze dwa razy. I za każdym razem miała wrażenie, że dawał z siebie wszystko, pierdolił do utraty przytomności. Jakby to miał być ostatni raz, nie tylko między nimi, ale w ogóle. Dla niego.

- Opowiedz mi o sobie, James.

- Teraz już mogę mówić? –zapytał z przekąsem, jednak to była tylko poza. Miał butelkę, miał kobietę i resztę nocy przed sobą. Nie znał lepszej definicji szczęścia.

***

Kilka kolejnych dni poświęcił na zapoznanie się ze sprawą. Niewiele mu to pomogło. Służby i rząd Polski działały przy tym tak, że zaczął podejrzewać istnienie jakieś spiskowej konstrukcji, przyczynowo skutkowej struktury, której mógłby się uczepić. Ale logiki w tym nie było.

Nie wiedział, czego się spodziewać po tym kraju, mimo że na wschodzie bywał już wiele razy. Pamiętał czerwone gwiazdy na czołgach. Z sentymentem wspominał czasy, kiedy łatwo było odróżnić tych złych, bo nosili inne mundury. Pamiętał małą, wiecznie uśmiechniętą Krysię z seksownymi dołeczkami na policzkach, która okazała się najtwardszym i najzdolniejszym polowym agentem, z jakim współpracował albo walczył, trudno powiedzieć. Nigdy jej nie zapomni. Czego dziś można spodziewać się po takim kraju?

Było normalnie. Na ulicach czysto i raczej bezpiecznie. Ładniej na prowincji niż w stolicy. Politycy dawali się korumpować, a media kupować w stopniu, który pozwalał obywatelom wolno się bogacić. Komunistyczne złogi ciągle dawały się we znaki, ale biologia była nieubłagana i kolejni czerwoni watażkowie stawali się historią żegnani bardzo ogólnikowymi laurkami w gazetach. Ich świat, a więc również jego świat, odchodził do lamusa. I nikogo dziś nie obchodziło, kto wygrał wieczną wojnę. Na pocieszenie powiedział sobie, że gdyby wygrali tamci, obchodziłoby na pewno.

***

Przeczuwał, że wizyta w urzędzie wojewódzkim miasta Katowic pozwoli mu poznać Polskę od najgorszej strony i miał rację, ale upalne lato przegnało stąd i urzędników, i petentów. Człowiek, który go tutaj zaprosił, pewnie o tym wiedział. Nie znalazłbyś go na liście płac żadnej instytucji. Tacy ludzie mają konta bankowe w egzotycznych krajach i księgowych zajmujących się wyłącznie praniem kasy. Dlatego biuro, w którym rozmawiali, było zupełnie puste, a niewysoki, gładki mężczyzna w drogim garniturze strzepywał popiół z papierosa wprost na mahoniowe biurko, bo nie było nawet sekretarki, która mogłaby przynieść popielniczkę. Zanim zaczęli, otworzył przed nim barek. Bond nalał sobie Jose Cuervo na trzy palce, z lodem i plastrami cytryny. No, bo ileż można. Na starość ludziom zmienia się gust w kwestii kobiet, polityki i alkoholu. Jego okrąglutki, rumiany rozmówca założył gogle, a Bond okulary (bardziej dyskretne, technologicznie punkt dla Królowej) i obaj przeskanowali pomieszczenie w poszukiwaniu aktywnych obwodów elektrycznych. Potem sprzęt wraz z telefonami trafił do izolowanej teczki. Gdyby lokalnym politykom ktoś powiedział, że tak można, rzeczywistość tego kraju byłaby dziś zupełnie inna.

- Wiedzą, że pan tu jest – powiedział bez wstępów anonimowy rozmówca. Sierpniowe powietrze tężało w upale. Za panoramicznym oknem widać było gmach wydziału humanistycznego lokalnej, niewiele znaczącej uczelni. Na postumencie pomnika jakiegoś wąsacza dzieciaki jeździły na deskach.

- Kto wie?

- Ruscy.

Bond uśmiechnął się w duchu. Lepszy znany diabeł od nieznanego.

- Oni wysadzili ten samolot?

- Nie wiem. I jakoś szczególnie mnie to nie obchodzi. Burdel potem zrobili taki, że chyba nie chcą za bardzo ujawniać jakichkolwiek informacji na ten temat. Robił pan rozeznanie, pewnie pan wie. Kawałki różnych ciał zamknięte w jednej trumnie, jakieś niedopałki papierosów. Cały ten postsowiecki syf. Z nimi nigdy nie wiadomo, czy to celowe, czy inaczej nie umieją.

- Polacy odpuścili? – Bond inaczej to sobie wyobrażał.

- Odpuścili. Sytuacja była wtedy inna i ekipa była inna. Nikt nie chce, żeby teraz pan w tym grzebał. Poza tym wasza znajomość sięga przecież starych czasów. Sporo słyszałem. Mają rachunki do wyrównania, a matuszka Rosja nie zapomina. Może zmienić imię i narzędzia, ale pamięć ma dobrą.

- Przywykłem do otrzymywania pozdrowień z Rosji. Nie chcę przedłużać mojego pobytu goniąc za miejskimi mitami.

- To nie mit. Jedna stewardesa przeżyła. Tylko my wiemy, gdzie jest.

- I tak za darmo podzieli się pan ze mną tą wiedzą.

- Nic nie jest za darmo – odpowiedział agent najlepszego wywiadu na świecie. Bond często im zazdrościł. Który jest najlepszy? Ten, o którym nigdy nie słyszałeś. Przeczytał kartkę z adresem, trochę zdziwił się na widok kraju. Czeka go kolejna podróż. Zapamiętał i spalił. Prawdziwy oldskul. Ekrany ciekłokrystaliczne mają trochę zbyt długą pamięć.

- Nic nie jest za darmo. Ale w czasach brexitu jest z wami czym handlować. Ten dług będą spłacać ludzie wyżej postawieni od pana, panie Bond. Trochę dziewczynie pomogliśmy się zorganizować po katastrofie. Wie pan, nie trzeba skakać po dachach i strzelać do ludzi, skoro większość elektronicznego sprzętu używanego na świecie jest naszej produkcji. Dostał pan ode mnie adres miejsca jej pobytu. Proszę kupić krem przeciwsłoneczny, bo bywa tam upalnie. Nie chcielibyśmy też, żeby przy okazji stała się komuś jakaś krzywda. Taki świadek może się kiedyś przydać, w odległej przyszłości.

- Odległa przyszłość to coś, w czym się specjalizujecie, prawda?

- I to od dawna, panie Bond. Nasza perspektywa wykracza poza czas życia jednostki, partii, rządu, a nawet systemu politycznego. Moi przodkowie wygrali dla mnie wojny, które prowadzimy dzisiaj. Bo ta odległa przyszłość właśnie nadeszła, panie Bond. I nie jest dla was łaskawa.

***

Gmach urzędu wojewódzkiego miał postsowiecki wdzięk starej kurwy w sylwestrowym makijażu. Gdzieniegdzie przemykały sprzątaczki, paru schowanych w swoich klimatyzowanych biurach urzędników niższego szczebla grało w pokera online. Generalnie ogromny budynek zdawał się opuszczony, masa niewykorzystanej przestrzeni i zmarnowanych środków. James z nawyku przejrzał się w szklanych drzwiach do kibla. Szósty krzyżyk, a nadal wygląda nieźle. Włosy, nie tak gęste jak kiedyś, posiwiały, ale ładnie kontrastowały z błękitnymi oczyma. Do tego siwa broda, szczupła sylwetka, markowe ciuchy, każualowa, niewymuszona elegancja. Gwałtowny tryb życia zostawił wiele blizn; miał nadzieję, że dodają mu uroku. Uśmiechnął się zdawkowo mijając ciecia na parterze, pogrążony w myślach, które w niewielkim stopniu dotyczyły katastrofy samolotowej, w znacznie większym terminu przydatności do spożycia emerytowanych agentów Jej Królewskiej Mości. Kurwa mać, bądźmy szczerzy, ona też najlepsze lata miała dawno za sobą.

Cieć nie zareagował na pozdrowienie, trudno by mu było z poderżniętym gardłem. Ostrze z kompozytu świsnęło w powietrzu. Tylko wyrobione przez dekady instynkty sprawiły, że zdążył się zasłonić przedramieniem. Instynkty i dużo szczęścia. Szczupły, śniady zabójca w czarnym stroju (musiało mu dziś być bardzo gorąco) przeskoczył kontuar stróżówki i rzucił się na niego z drugim nożem w ręce. Paradoksalnie, całkiem niezłe miejsce na zasadzkę - oceniła analityczna cząstka jego mózgu, kiedy reszta zajęta była walką o życie. Wykrywacze metalu przy wejściu, grube mury tłumią dźwięki, a żaden patrol tu nie wpadnie bez pozwolenia z góry. No dobrze, kolego.

Napastnik był połowę młodszy od Bonda. Przed trzydziestką. I tyle w zupełności mu wystarczy – postanowił James. Uchylił się przed cięciem jak bokser, potem instynktownie skontrował sierpem w szczękę, blokując przedramieniem uzbrojoną rękę napastnika. Mocowali się przez chwilę, przelecieli przez kontuar. W trakcie szamotaniny James wykręcił się tak, żeby wylądować na górze. Na ziemi zyskał dosiad i z rozmachu uderzył kilka razy czołem w nasadę nosa. Ból sprawił, że jego niedoszły zabójca wypuścił broń, żeby zrzucić go z siebie. Dał radę. Silny skurwysyn. Kiedy zbierał się do ucieczki, Bond wbił mu własny nóż w trzewia. Chciał zrobić więcej, ale jego dłonie osłabły, a wizja straciła ostrość. No świetnie. Nie może tu przecież zjechać. Ktoś kiedyś się zorientuje. Jakiś pracownik w końcu wyjdzie zza załomu korytarza, nawet w pieprzonym katowickim urzędzie wojewódzkim ktoś będzie miał coś do załatwienia.

Tymczasem jego przeciwnik trzymając się za brzuch tam, gdzie wystawała rękojeść, zmierzał do wyjścia na plac. Bond zrozumiał, że w ten sposób realizuje swój plan B. Zlecenie nie wyszło, ale może go jeszcze zdekonspirować jako zabójcę w samym środku obcego kraju. „W przypadku jakichkolwiek problemów firma nie wie o pana istnieniu, panie Bond”. Nie może wyjść z budynku. James na trzęsących się nogach ruszył za Rosjaninem. Nie może opuścić budynku. Siedem kroków, pięć. Nie może mu na to pozwolić. Gdyby tylko mięśnie reagowały na sygnały nerwów. Gdyby tylko światło z zewnątrz nie oślepiało tak bardzo. Trzy kroki. Prawie.

Ranny mężczyzna wytoczył się za drzwi, w oślepiające słońce, w gwar i skwar śląskiego popołudnia w dużym mieście. Bond chcąc nie chcąc wyszedł za nim. Wiedział, że ta chwila kiedyś nadejdzie. Obiektywnie rzecz biorąc i tak długo utrzymał się w biznesie. Rosjanin runął na twarz tuż za drzwiami, wbijając sobie ostrze po rękojeść. James wyszedł za nim sprawdzić, kto pierwszy z gapiów wyciągnie telefon, kto pierwszy zadzwoni po policję.

Okazało się jednak, że ofiar jest więcej. Leżały rozrzucone bezładnie na schodach w dramatycznych pozach, z wykrzywionymi twarzami i zamkniętymi oczyma. Jego niedoszły zabójca wcale się wśród nich nie wyróżniał. James pochlebiał sobie, że po wielu latach służby nic już nie jest go w stanie zaskoczyć, ale zdębiał, kiedy zobaczył, że jedna z ofiar przesunęła się, zrobiła Ruskowi miejsce na schodach, gdzie upadł.

- Co wam się stało? - zagadnął tego, który się jeszcze ruszał. Wszyscy byli młodzi, mieli dramatycznie wykrzywione twarze i markowe ciuchy. Ktoś co jakiś czas dostawał konwulsji.

- Wymarliśmy – wyjaśnił ten bardziej ruchawy. – Globalne ocieplenie zabiło nas wszystkich.

- Aaa… - agentowi Jej Królewskiej Mości zabrakło języka w gębie, jak rzadko. Protestu strzegło paru policjantów w przepoconych mundurach, jeden ziewał, reszta siedziała na telefonach.

- Pan nie wymiera? – zainteresował się najbliższy glina.

- Nie – odparł James zasłaniając jak tylko się dało pokaleczone przedramię – ale jestem gatunkiem zagrożonym.

Ulotnił się tak szybko, jak tylko się dało, zostawiając rosyjskiego trupa w dobrym towarzystwie.

***

W samolocie na Zakhyntos zastanawiał się jeszcze, czy to jego okrąglutki rozmówca z Katowic wydał go FSB, czy może on sam nie docenił konkurencji. Jaki miałby w tym cel? W końcu dostarczył mu informację kluczową dla sprawy. A może o to chodziło? Żeby ustawić naprzeciwko siebie dwie strony i spokojnie czekać, rozgrywając toczący się konflikt. Czy tak wygląda przyszłość wywiadu? Czy tak wygląda przyszłość świata? Otyli, nijacy goście z dostępem do sieci zastąpią wyszkolonych agentów polowych. Miał jebany rację. Po co w ogóle angażować się w konflikty, kiedy większość komputerów na świecie pracuje na twoich podzespołach? Nie warto myśleć o rzeczach, na które nie ma się wpływu. Szczególnie po takiej odświeżająco-krwawej konfrontacji.

To był mądry pomysł, żeby schować kluczowego świadka na wyspie. Zante poza sezonem jest spokojnym miejscem, łatwiej zauważyć obcych, a Grecja po ostatnim kryzysie i niemieckiej ekspansji ekonomicznej z dużym sceptycyzmem traktowała propozycje współpracy międzynarodowej, w kwestiach bezpieczeństwa też.

Cieszył się na ten wyjazd i wyspa nie sprawiła mu zawodu. Krystaliczne, ciepłe morze, piaszczyste plaże, białe domki lśniące w słońcu, rozsypane na zielonych wzgórzach, odcinające się na tle błękitu w szumie fal i odgłosach cykad. Labirynt uliczek, zaułków, podcieni, balkonów i dachów – to było praktyczne. Poza tym Grecy nie donosili, nawet na obcych. Bond dobrze czuł się wśród takich ludzi. Lepiej niż w nowoczesnym, multikulturowym, wegańskim Londynie, w którym burmistrz był muzułmaninem, a wszystkie wnuki kolonialnych gangsterów urodziły się wczoraj.

Przez parę pierwszych dni z przyjemnością rozgrywał swoją przybraną tożsamość utracjusza na wakacjach pływając w basenie, pijąc tequilę (bo naprawdę, ileż można) i przygotowując się do akcji. Nie było pewności, że dziewczyna zdecyduje się na rozmowę z nim dobrowolnie. I że nie będzie miała towarzystwa. Potem dowiedział się z lokalnej telewizji, że pod adresem, który otrzymał, w nocy wybuchł pożar i dom spłonął do szczętu. Bez słowa wyjął i przeładował berettę, sprawdził telefon, nóż, i zmienił letni garnitur na czarną koszulkę, wojskowe buty i workowate spodnie z wieloma kieszeniami. Wściekłość czyniła z niego oszczędną, pragmatyczną maszynę. Spóźnił się. Niemożliwe. On się przecież nie spóźnia. Zawsze zdąża na ostatnią chwilę, kiedy licznik detonatora jest już na jedynce, z kolejnym nick of time rescue.

Nie pozbyliście się jej, nie jesteście aż tak głupi. Za parę dni spróbujecie jakimś tajnym lotem przerzucić ją do Rosji. Ja bym tak zrobił. Tymczasem istnieją sposoby, żeby was znaleźć, bo to nie jest wcale taka duża wyspa.

Jego dawni - nowi wrogowie jak on nie słynęli z dyskrecji.

***

Dlaczego to zawsze muszą być tak absurdalne miejsca? Gdyby ją schowali w jakimś portowym kontenerze, nigdy by jej nie znalazł. Dlaczego to zawsze muszą być jakieś niedostępne góry, strome szczyty, pieprzone bazy wojskowe na końcu świata? Nie szkoda im kasy? Tak im się przelewa w tej Rosji? Niezauważony, głęboką nocą podpłynął pod klif. Teraz morze było czarne jak smoła i niebezpieczne, ponton już kilka razy otarł się o skały. Wyspa teoretycznie była bezludna, a wstęp na nią zabroniony. Oficjalnie mieściły się tu tereny lęgowe wielkich żółwi carreta carreta. James nie sądził, żeby Rosjan jakoś szczególnie to ruszało. Skalna ściana była stroma, krawędzie ostre. Noktowizyjne gogle pozwalały w ciemności dojrzeć chwyty, ale tych też jak na lekarstwo. Zabrakło czasu na załatwienie sprzętu, tajna przesyłka z Anglii miała tutaj trafić dopiero za parę dni. Pieprzony brexit. Zdany tylko na swoje umiejętności oraz parę bazowych gadżetów wspinał się mozolnie badając chwyty, a przepaść pod stopami rosła. Jeden fałszywy ruch albo zwietrzały kamień i poszybuje w pachnącą morską wodą ciemność, a nad ranem nikt nie przyzna się do roztrzaskanego o skały ciała. Na górze był już niemiłosiernie zmęczony, tymczasem noc dopiero się zaczęła.

Satelitarne zdjęcia i szacunki wielkości okazały się precyzyjnie. Część stropu jaskini, nad którą właśnie się znajdował, zawaliła się wieki temu na skutek trzęsienia ziemi tworząc szczelinę na tyle dużą, że dorosły człowiek mógł się przez nią przecisnąć kosztem zdartej w paru miejscach skóry. Teraz przyszła kolej na linkę i kotwiczkę. James pracował z tym sprzętem od samego początku, od czasu zimnej wojny nikt nie wynalazł nic lepszego. Klnąc na czym świat stoi przecisnął się przez szczelinę, a potem powoli, bezszelestnie zjechał w mrok tak gęsty, że nawet noktowizor średnio się tu spisywał.

Wszystko zmieniło się nagle i nieodwołalnie, kiedy na dole rozbłysło światło latarki.

Było ich trzech, zaniepokojonych hałasem. Noktowizor dawał przewagę, ale snopy światła krążyły wokół niego, to tylko kwestia czasu. Mimo tłumika zamknięta przestrzeń jaskini sprawiała, że wizg sprzężonego powietrza rezonował echem. Jeden ze strażników był już martwy, zanim stopy Anglika dotknęły ziemi. Pozostali zaczęli strzelać. To tyle jeśli chodzi o dyskrecję. James dopadł jakieś skrzyni. Racjonalna część umysłu zadała sobie pytanie, po co w każdej podziemnej bazie skrzynie? Byłoby dużo trudniej, gdyby tu posprzątali.

Kolejny trafiony. Rykoszetujące pociski krzeszą iskry metr od jego głowy. Odbija się to bolesnym echem w uszach, wszystko zwalnia, jakby walczył w kisielu. Teraz już wiedzą, gdzie jest. Rzuca się przed siebie i przetacza po kamiennej posadzce. Strzela z ziemi trafiając ostatniego z patrolu w kolano, a potem dobija, kiedy jest już na jego wysokości. Zrywa się na nogi, przeładowuje broń. Nie ma pojęcia, gdzie szukać dziewczyny, ale instynktownie rusza w dół, w głąb podziemi. Przecież nie ukryli jej przy wyjściu.

Głębiej założyli prowizoryczny system oświetleniowy. Także lampy, rozstawione jak na planie jakiegoś staroświeckiego filmu akcji, wskazują na to, że dziewczyna przetrzymywana jest w trzewiach góry. Dziewczyna lub jej ciało – Bond przypomniał sobie metody kolegów zza żelaznej kurtyny. Żelaznej kurtyny od dawna nie ma, ale mógłby się założyć, że metody pozostały. Skuteczność to skuteczność.

W biegu trafia w reflektory. Niezła sztuczka. Nie każdy tutaj ma pewnie gogle noktowizyjne. Tam, gdzie nigdy nie brakuje haków i kijów, zdarzają się niedobory bardziej nowoczesnego sprzętu. Ciemność jest teraz jego sojusznikiem. Strzela już prawie każdy, co tylko potęguje chaos. Kule rezonują echem wśród kamiennych ścian i nie sposób stwierdzić, ilu jest intruzów i gdzie się przemieszczają. Bond spostrzega, że strażnicy są bardzo młodzi, dwudziestoparoletnie dzieciaki. Doskonale. Za pierwszym razem każdy wacha się przez chwilę, zanim strzeli komuś w twarz. Kierując się instynktem wpada butami w jeziorko z błękitną, opalizującą wodą. Po drugiej stronie dwóch strażników odwraca się zaalarmowanych pluskiem. Stoją obok siebie, więc z pełnym impetem wchodzi im w nogi i dobija, zanim wylądują na kamiennej posadzce. Wstaje ścierając z twarzy nieswoją krew. Ktoś zagląda z drugiej strony w korytarz i dostaje między oczy. Zaraz po strzale Bond przytula się do przeciwległej ściany. Tam, gdzie był przed chwilą, rykoszetują kule. Oddaje niczym rewolwerowiec, bez przymierzania, opierając broń na biodrze. Z drugiej strony odpowiada mu jęk bólu. Jest w tym ciągle tak niezwykle skuteczny, jakby sam Bóg nie zostawił mu wyboru.

***

Wnętrze jaskini, w której wielu ludzi próbowało tego dnia zakończyć nawzajem swoje życie, jest piękne. Stalaktyty i stalagmity koloru kości zrastają się po obu stronach, a w środku, w świetle reflektorów (niewiele ich zostało) opalizuje czystym, nieskażonym błękitem słodko - słone jeziorko, rozlewające się do pozostałych komnat. Pewnie kiedyś przychodzili tutaj turyści, teraz po kamieniach spływa krew, a James Bond, agent Jej Królewskiej Mości numer operacyjny zero zero siedem walczy o przetrwanie po raz pierwszy popełniając poważny błąd w ocenie liczebności przeciwnika. Tymczasem woda szemrze tak samo, mech i gałęzie drzew wrastają przez szczeliny w białym kamieniu obojętne na takie incydenty.

***

Przywódca jest oczywiście olbrzymem w mundurze, z włosami zgolonymi do skóry i poparzoną twarzą, z którą na teren Rosji powinni wpuszczać bez paszportu.

- Dawno się nie widzieliśmy, panie Bond.

- My się znamy? – kajdanki zaciskowe uwierają, w ustach czuje smak krwi. Przypięte do metalowego krzesła nogi straciły czucie.

- Spotkaliśmy się już kiedyś. Albo wiele razy. Tylko ostatnio jakby mniej okazji…

- Dziewczyna jest tutaj? Co jej zrobiliście?

- Chyba jeszcze niewiele – odpowiada Rosjanin spoglądając przelotnie na drzwi wykutego w skale pomieszczenia. – Nie było czasu.

- Czyli to jednak wy jesteście odpowiedzialni za tamten samolot?

- Pochopny wniosek, panie Bond. Ale nie chcielibyśmy, żeby prawda o całej sytuacji, jakakolwiek by była, trafiła wraz z naocznym świadkiem do Brytyjczyków jak prezent świąteczny. Relacje między naszymi krajami się zmienią wraz z brexitem. To zwykłe negocjacje. Wolelibyśmy nie zostawiać zbyt wielu argumentów w waszych rękach.

Powiem panu jedno: w tej sprawie prawda nie jest tak istotna jak fakt, że dobrze się stało. Ci ludzie w samolocie, część z nich, byli tacy jak pan i ja. Nie rozumieli współczesnych uwarunkowań, współczesnej polityki. Ech, to przywiązanie do kwestii dobra i zła... przez nie trudno robiło się z nimi interesy. Dlatego, wypadek czy wyrok boski, dobrze się stało. To już nie jest świat dla nich. Ani dla nas, panie Bond. Tylko że my na szczęście mamy siebie – uśmiech wypełza na pełną blizn twarz Rosjanina. Wokół niego stoją jego ludzie uzbrojeni w karabiny AK 47, najważniejsze dzieło sztuki użytkowej dwudziestego wieku. Sprzęt brytyjskiego agenta: telefon, broń, nawet pasek od spodni leży na polowym stoliku za plecami Ruska. Beznadzieja. Równie dobrze mógłby być teraz w Londynie.

- Pana czas się kończy, panie Bond – mówi złym głosem oprawca, słowom towarzyszy oczywiście odgłos przeładowywanego do komory pocisku.

- Wiecie co? – głos ledwo wydobywa się z wysuszonego gardła. – Macie rację, wszyscy tu jesteśmy reliktami zimnej wojny. Tylko niektórzy mniej, a niektórzy bardziej, skoro żaden z was, geniusze, nie ogarnął jeszcze tematu sterowania głosem.

- Co? – pyta Rosjanin.

- Ciri, wypierdol to wszystko w diabły – odpowiada James.

Ścianami jaskini wstrząsa wybuch.

***

W gruzowisku i płomieniach zostaje ich tylko dwóch, nadludzi. W tej chwili tylko oni się liczą. Cienie uciekających tańczą na wyszczerbionych ścianach. W oddali wyje syrena alarmowa. Coraz więcej świateł gaśnie, więc stoją twarzą w twarz w półmroku. Obaj urodzili się po to, żeby tutaj teraz być.

Rosjanin wali cepy, a potem nurkuje po obalenie, trochę za wolno. James jest na to gotowy. Trafia kolanem w twarz i uskakuje w bok zanim potężne dłonie przeciwnika zacisną się na jego ciele. Kopie w kolano, dwa razy, żeby spowolnić wojenną maszynę. Za drugim razem dostaje pięścią w czoło, trochę powyżej gardy. Gdyby weszło na szczękę, nie byłoby o czym gadać.

Bond puszcza dwa markujące proste i uderza obszernym sierpem prosto w wątrobę. Musi istnieć jakiś sposób, żeby go powstrzymać. Ciało przeciwnika na chwilę zamiera sparaliżowane ciepłą i mdłą falą bólu, ale utrzymuje się na nogach. Po takim uderzeniu? Nieprawdopodobne. Ciągle jeszcze szprycują ich sterydami. Anglik znowu nadziewa się na kontrę, tym razem życie ratuje mu bokserski nawyk osłaniania głowy ramieniem, redukujący siłę ciosu.

Bond kopie jeszcze raz, w przeprost kolanowy. To zawsze robi wrażenie. Rosjanin traci cierpliwość, próbuje go złapać i robi miejsce na dwa czyste sierpy. James korzysta z otwarcia i bije raz z lewej, raz z prawej, zapominając o defensywie, nie dając przeciwnikowi okazji na strząśnięcie pajęczyn z oczu. Kiedy wróg się przewraca, kopie jeszcze kilkakrotnie, a potem sięga po broń.

Wokół szaleje ogień, walą się kamienie, na zewnątrz ktoś krzyczy i strzela. Światło i cień tworzą niezwykły spektakl na wyszczerbionych ścianach. A James Bond mierzy w twarz przeciwnika, bez emocji. Bywał już w takich sytuacjach dziesiątki, setki razy. Twarz Rosjanina też jest spokojna, nie prosi o litość. Każdy jest na swoim miejscu. Każdy ma swoją rolę do odegrania. Anglik przygląda mu się przez chwilę z ciekawością. Potem odpuszcza bezpiecznik i chowa broń.

- Agent zero zero ma skrupuły? – pyta plując krwią i poszczerbionymi zębami jego odwieczny wróg. Jeden z wielu wrogów.

Bond wzrusza ramionami. Zabił już kilka osób, żeby się tu dostać, tylko dziś. Jeden więcej martwy komunista, jakby było się nad czym zastanawiać. Naprawdę nie o to chodzi.

- Do sleduyushchego raza – mówi na do widzenia.

Sylwetka agenta Jej Królewskiej Mości roztapia się w dymie i ciemnościach.

***

Dziewczyna była przestraszona, ale cała. Wywiózł ją z wysp awionetką z leśnego lotniska. Nie tylko Mosad może robić takie rzeczy. Opowiedziała wszystko, nawet nie musiał specjalnie naciskać. Wyznała mu prawdę o tragedii, a Bond upewnił się, że zamieszka gdzieś na Zachodzie ze zmienioną tożsamością. Była piękną dziewczyną. Zbyt wiele takich dziewczyn zostało skrzywdzonych przy okazji przeróżnych wielkich spraw.

***

- To wszystko – agent zero zero siedem skończył swoją historię i swoją tequilę. M była usatysfakcjonowana. Za oknami, na drzewach, na tle Buckingham Palace złociły się liście.

- Świetnie. Zeznania dziewczyny nie pozostawiają wątpliwości, prawda? Nie musiałeś się nawet specjalnie spocić.

Bond przypomniał sobie wnętrze jaskini i zmilczał. Z perspektywy Londynu wiele rzeczy wydawało się prostych. Przez chwilę bił się z myślami czy zadać pytanie. W końcu jego robota już się skończyła. Na starość robił się ciekawski.

- Jak zamierzamy użyć tych informacji?

M spojrzała na niego ponad szkłami okularów, zdzwiona.

– A kto powiedział, że będziemy ich używać? Tym, którzy rządzą Polską, ujawnienie prawdy nie jest na rękę, prawda? Nie burzy się mitów założycielskich, wypracowanych z takim trudem. Ci drudzy tym bardziej nie mają w tym swojego interesu. Bez względu na okoliczności tragedii sfuszerowali potem wszystko, co się dało i pozostawili wrak oraz śledztwo w rękach Rosjan. Ty znasz prawdę, ale co to zmienia, skoro jest ona niewygodna dla każdego bez wyjątku?

- To tak, jakby u nas odstrzelić Królową. Każdy chciałby dorwać sprawcę.

- Nie czytujesz klasyków? Ludzie nie chcą znać prawdy. Oni chcą potwierdzenia, że to, w co wierzą, jest prawdą. Tym bardziej w kraju, w którym starzy pamiętają niewolę, a wielu szanowanych, znanych z pierwszych stron gazet obywateli wręcz aktywnie ją współtworzyło. To dzikie pola, James. Skomplikowana sytuacja.

- …która daje nam świetną dźwignię i możliwość szantażu w przyszłości?

- Oczywiście.