Fenix Antologia 5/2019 - różni autorzy - ebook
Opis

Zimowy numer magazynu Fenix Antologia. Na pokładzie rewelacyjna ekipa polskich pisarek i publicystek zaprezentuje kolekcję opowiadań i artykułów dotykających wszelkich obszarów fantastyki, od humorystycznej do śmiertelnie poważnej, od mitologii do postapokalipsy. Redaktorką naczelną tego wydania antologii jest Aleksandra Janusz.

Spis treści

Opowiadania polskie
Agnieszka Hałas - Schronisko
Magdalena Kucenty - Dziesięciu ludzi, dziesięć kolorów
Katarzyna Rogińska - A kiedy przyjdzie do ciebie Pan
Ewa Białołęcka - Papierowe wyspy
Marta Magdalena Lasik - Nieprzezroczyści
Aleksandra Janusz - Mrówki w Złotych Tarasach

Opowiadanie zagraniczne
Daria Zarubina - Cisza pod podłogą

Publicystyka
Aleksandra Janusz - Od redaktorki
Anna Łagan - Obcy to my
Aleksandra Klęczar - Wszystko jest pelne bogów
Marta Magdalena Lasik - Post-atomowe place zabaw
Zuzanna Śliwa - Zapomniane damy Camelotu
Paulina Braiter - Tygrys szablastodzioby
Marek Oramus - Zmrocza przed wzroczami

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 329

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Czytasz elektroniczną wersję magazynu Fenix Antologia 5/2019

Wersja ta pozbawiona jest grafiki dostępnej tylko w wersji drukowanej.

Ze względów licencyjnych opowiadanie „Srebrna Dama i facet po czterdziestce” znajduje się tylko w wersji drukowanej.

Aby zaopatrzyć się w wersję papierową i poprzednie numery, odwiedź stronę http://fenix-antologia.pl

FENIX ANTOLOGIA 5/2019

Opowiadania polskie

Agnieszka Hałas - Schronisko

Magdalena Kucenty - Dziesięciu ludzi, dziesięć kolorów

Katarzyna Rogińska - A kiedy przyjdzie do ciebie Pan

Ewa Białołęcka - Papierowe wyspy

Marta Magdalena Lasik - Nieprzezroczyści

Aleksandra Janusz - Mrówki w Złotych Tarasach

Opowiadanie zagraniczne

Daria Zarubina - Cisza pod podłogą

Publicystyka

Aleksandra Janusz - Od redaktorki

Anna Łagan - Obcy to my

Aleksandra Klęczar - Wszystko jest pelne bogów

Marta Magdalena Lasik - Post-atomowe place zabaw

Zuzanna Śliwa - Zapomniane damy Camelotu

Paulina Braiter - Tygrys szablastodzioby

Marek Oramus - Zmrocza przed wzroczami

Redakcja

Aleksandra Janusz – redaktorka naczelna

Ewa Białołęcka – redakcja

Magdalena Kucenty – redakcja

Alicja Tempłowicz – korekta, ilustracje

Milena Młynarska – okładka

Agnieszka Hałas – tłumaczenie, korekta

Joanna Krystyna Radosz – tłumaczenie

Bartek Biedrzycki – redaktor techniczny

Andrzej Łaski – logo

Fenix Antologia wydawany jest przez

Gniazdo Światów – imprint wydawnictwa

timof i cisi wspólnicy

Górna Droga 10/301

02–495 Warszawa

ISBN wydania elektronicznego 978-83-951671-3-3

Agnieszka Hałas - Schronisko

1.

Cisza lasu po deszczu ma w sobie mgłę i zapach ziemi, obłędną zieleń trawy i śliskie kapelusze grzybów. Pod świerkami zalega mrok, wilgotna ściółka tłumi kroki. Jeżyny zahaczają o nogawki bojówek.

W tych górach nie ma wiosny, upalnego lata ani śniegu – w nieskończoność trwa szary, mokry schyłek sierpnia. Zbocze, które patroluję, jest dość strome, ale da się tu bez problemu chodzić poza szlakiem, nieliczne jeżynowe mateczniki można omijać. Na przestrzeni lat wydeptałam swoją prywatną ścieżynkę biegnącą od schroniska do Tobiaszowej Skały, a potem wzdłuż potoku do Wodospadu Agaty. Nie wiem, po kim te imiona, nie znam historii Tobiasza i Agaty. Może zna je Andriej, ale ciężko z niego wyciągnąć takie rzeczy.

Wędrowcy zwykle pojawiają się pojedynczo, rzadko grupami. Błądzą po lesie, nie wierząc własnym oczom, bo spodziewali się czegoś całkiem innego.

Tym razem natrafiam na przybyszów kawałek poniżej Tobiaszowej Skały. Zdyszany mężczyzna w średnim wieku, z ciemnym wąsem oraz młoda kobieta w chuście dźwigająca na biodrze niemowlę. Wszyscy troje są smagli, o bliskowschodniej urodzie. Widzę krew na ich odzieży, przerażenie w oczach, choć las jest cichy i pusty.

– Chodźcie – mówię. – Zaprowadzę was do schroniska.

Po drodze dowiaduję się, że mężczyzna nazywa się Omar, kobieta – Dina. Imienia niemowlęcia nie znają, bo to nie ich dziecko. Wiedzą tylko, że zginęło w tym samym bombardowaniu, co oni.

* * *

Schronisko wznosi się w połowie drogi do złotej bramy: niewielki murowany budynek z drewnianą przybudówką. Wokół – niskie kępy kosodrzewiny i wygładzone przez lodowiec skały pokryte żółtą skorupą porostów. Służy nas tu siedmioro. Andriej, Duszan, Marta, Luca, Milan, Katarina i ja.

Nasz chatar Andriej spędził w tych górach najwięcej czasu. Zna wszystkie ich zakątki, wszystkie tajemnice, podstępy i narowy. O jego przeszłości wiemy bardzo niewiele. Podobno jako jedyny z nas przebywał przez jakiś czas za bramą z mosiądzu. Na pamiątkę zostały mu blade blizny na przedramionach – zygzaki i robaczki pisma, które wygląda jak arabskie, ale nim nie jest.

Drobna, uśmiechnięta Marta zajmuje się głównie gotowaniem. Pomaga jej Duszan, nasz człowiek od wszystkiego – barczysty, ponury, z siwym wąsem. Asystuje przy szykowaniu posiłków, zmywa naczynia, sprząta, rąbie drewno.

Brodacz Luca lubi opowiadać o rodzinie, którą pozostawił w rodzinnym Bolzano. Milan i Katarina przypominają rodzeństwo, jednakowo szczupli, jasnowłosi i nieśmiali, choć jedno pochodzi z Chorwacji, a drugie z Hamburga. To my czworo codziennie przemierzamy stoki góry – dzień po dniu i noc po nocy z krótkimi przerwami na posiłki. Po tej stronie się nie śpi.

Nie ratujemy ludzi z grani, nie ściągamy ich znad przepaści. Wyprowadzamy ich tylko z lasu.

Milan patroluje północną stronę góry, Katarina południową, Luca wschodnią. Zachodni stok należy do mnie. Krążymy po ledwie widocznych, ale znanych nam na pamięć ścieżkach, schodząc coraz niżej i przepatrując teren przez lornetki. Wołamy, a później nasłuchujemy, czy nie odpowie nam obcy głos. Zdezorientowanych wędrowców najczęściej spotykamy poniżej granicy lasu, ale bywa, że udaje im się wspiąć wyżej i błądzą wystraszeni wśród kosodrzewiny. Naszym zadaniem jest doprowadzić ich do schroniska, nakarmić i wskazać dalszą drogę. Po krótkim odpoczynku ruszają dalej, do bramy. Sami. Z jakiegoś powodu jest ważne, żeby pokonali tę trasę samodzielnie. Jedynym wyjątkiem są dzieci poniżej siedmiu lat, ale te rzadko widujemy.

Czasem trafiają nam się kłopotliwe przypadki, to znaczy ludzie, którzy twierdzą, że nie dadzą rady dojść na szczyt. Zbyt oszołomieni, przerażeni, bojący się skał, zlodowaciałego śniegu, piargów i przepaści. Lub na odwrót – zbyt przytłoczeni tym, co ich spotkało, ogarnięci apatią. Jeśli nie potrafią czy nie chcą ruszyć w dalszą drogę, po jednej nocy w schronisku muszą wracać na dół. Nikt nie wie, co ich tam czeka. Może po wieczne czasy błąkają się po Ziemi, niewidzialni dla żywych, kradnąc jedzenie ze śmietników? A może prędzej czy później rozwiewają się w nicość? Lub spotyka ich jeszcze inny los?

Katarina lubi wspominać, jak pewnego razu spotkała w lesie niedźwiedzia. Zastąpił jej drogę w miejscu, z którego nie miała jak uciekać, bo zbocze było zbyt strome. Nie próbował atakować, wydawał tylko pomruki. A potem nagle przemienił się w wynędzniałego mężczyznę w wełnianej, połatanej tunice i nogawicach. W starym dialekcie lombardzkim przedstawił się jako Giuseppe z Lecco, zmarły w roku pańskim 1300. (Po tej stronie klątwa wieży Babel nie działa; rozumiemy wszystkie języki, a wędrowcy rozumieją nas.) Nie potrafił lub nie chciał wyjaśnić, czemu przez tyle wieków błąka się poza granicami niebios. Doprowadzony do schroniska zostawił nam drewniany krzyżyk, który nosił na szyi, i odpocząwszy, ruszył w dalszą drogę do bramy.

Opowiadam tę historię Omarowi i Dinie, żeby czymś ich zająć, kiedy powoli pniemy się ścieżką przez las, a potem przez kosówkę. Wiem z doświadczenia, że przybysze czują się lepiej, kiedy odwracamy ich uwagę od wspomnień o niedawnej śmierci.

Dina pyta, jak się nazywam i skąd jestem, ale wyczuwam, że odpowiedź tak naprawdę jej nie interesuje. Kobieta próbuje po prostu jakoś dojść do ładu z dziwnością całej sytuacji. Zginęła podczas bombardowania, a teraz jakieś dziewczątko w bojówkach prowadzi ją, jej sąsiada i zupełnie obce dziecko górskim szlakiem. Doskonale ją rozumiem.

Niemowlę trochę popłakuje, ale Dina uspokaja je huśtaniem na rękach. Widzę po jej zachowaniu, że ma wprawę w obchodzeniu się z maluchami, ale nie pytam, czy po tamtej stronie była matką. To jedno z tych pytań, których lepiej nie zadawać.

W końcu docieramy do schroniska, gdzie panuje ruch i gwar. W sali na dole tłoczy się kilkanaścioro hiszpańskich dzieciaków, na oko środek podstawówki. T-shirty, czapki z daszkiem, kolorowe plecaczki. Tragiczny wypadek autobusu w pobliżu Barcelony, wyjaśnia szeptem Luca. Zostawiam Omara i Dinę z dzieckiem w kącie sali, przynoszę im z kuchni herbatę oraz świeżo naszykowaną porcję kaszki dla malucha. Przepraszam i mówię, że wrócę, gdy tylko ogarniemy ten zamęt.

Dzieci są zdezorientowane i wystraszone, niektóre w zakrwawionych ubraniach. Obrażenia cielesne prawie zawsze zostają po tamtej stronie, pewnie dlatego, że pokonanie piechotą szlaku na górę jest z jakichś względów bardzo ważne. Ktoś tak ustalił, a my dawno przestaliśmy zadawać sobie pytanie dlaczego.

Marta z Duszanem pośpiesznie szykują naleśniki i mnóstwo gorącego kakao. Luca i ja zbieramy zapłatę za pobyt w schronisku: czapki, maskotki, bezużyteczne po tej stronie telefony komórkowe. Po jednym fancie od każdego. Sami wybierają, co chcą oddać.

Ciemnoskóra dziewczynka wręcza mi bluzę, na której widnieją Elsa i Anna z „Krainy Lodu”. Pyta nieśmiało:

– Zostaniemy tutaj?

– Nie, kochanie – odpowiadam. – Kiedy zjecie i odpoczniecie, będziecie musieli wejść na szczyt tej góry.

Wracam do Omara i Diny z dwoma talerzami naleśników. Dina też pyta z nadzieją, czy będą mogli tutaj zostać. To pytanie zadaje mniej więcej połowa dorosłych przybyszy. Oni bardziej się boją tego, co czeka wyżej.

Proszę, żeby zapłacili za pobyt w schronisku. Wtedy Omar nagle wpada w złość. Krzyczy, że wcale nie prosili, żeby ich tu przyprowadzać, a poza tym przecież nie żyje, do cholery, więc jakim prawem musi jeszcze za cokolwiek płacić? Ten rodzaj reakcji też znam bardzo dobrze. Ludzie są wstrząśnięci swoją śmiercią i szukają pretekstu, żeby wyładować na kimś gniew. Tak mówi mi racjonalna część umysłu, ale mimo to zastygam wewnętrznie, bo podniesiony głos mężczyzny sprawia, że przed oczami od razu staje mi Michał.

Na szczęście jakby znikąd pojawia się czujny jak zawsze Andriej. Mówi coś cicho do Omara, a ten z miejsca pokornieje. Już bez protestów daje mi zegarek, który po tej stronie i tak nie działa. Dina zdejmuje z szyi łańcuszek. Od niemowlęcia nie biorę niczego.

Godzinę później prowadzę Omara i Dinę w górę do pierwszego drogowskazu i tłumaczę, którędy biegnie szlak do złotej bramy. Kiwają głowami i dziękują za wskazówki.

Nigdy nie mówimy przybyszom, że złota brama czasem zamienia się w mosiężną. Mogliby się przestraszyć i zawrócić z drogi.

Gdy wracam, zaczyna kropić deszcz, góry kryją się za mgłą. Nagle słyszę warkot – nisko nad granią przelatuje dziwny niebiański wehikuł, ni to wielki staroświecki aeroplan, ni szybujący pierzasty smok. Z kabiny wychylają się roześmiane twarzyczki dzieci.

Przelatuje nad bramą i roztapia się w tak jaskrawym błysku światła, że jeszcze przez długą chwilę wirują mi przed oczami ciemne kręgi.

* * *

Na półce w przedsionku schroniska stoi metalowa przedwojenna lampa karbidowa. Żyje w niej dżinn imieniem Baqi, który dostarcza nam zapasy. Jego stały repertuar to nudna lista zawierająca głównie takie pozycje, jak mąka, cukier i sól, pieczywo, płatki owsiane, mleko w proszku, margaryna, olej rzepakowy, kartofle, konserwy i dżemy, a także butle gazowe i drewno na opał. Jednak ilekroć jest w psotnym nastroju, co zdarza się całkiem często, Baqi przynosi egzotyczne potrawy z różnych stron świata. Harira, biriani, samosy, khao soi, nasi lemak. Kiedyś przytargał wielki półmisek burritos i enchilad z kwaśną śmietaną i sosem guacamole.

To Baqi zabiera wszystkie fanty, jakie dostajemy od gości. Nie wiem, czy je kolekcjonuje, czy rozdaje gdzieś w swoim macierzystym wymiarze. Kto wie, może jego bracia dżinny i siostry dżinnije z upodobaniem noszą dziecięce szaliczki, damskie sweterki i czapki z daszkiem, ozdabiają się ziemską biżuterią i słuchają muzyki z iPodów.

* * *

Trasa do bramy jest męcząca, skalista, miejscami eksponowana, ale bez trudności technicznych; może ją pokonać nawet siedmioletnie dziecko w tenisówkach.

Większość wędrowców przychodzi do nas w miejskiej odzieży. Tym, którzy zjawiają się w lakierkach, szpilkach czy klapkach, wypożyczamy buty turystyczne – dysponujemy szerokim asortymentem rozmiarów – prosząc, by je oddali przy bramie. Dwa razy dziennie ktoś z nas wspina się tam, żeby przynieść z powrotem worek obuwia.

Sporadycznie bywa, że Andriej poleca nam kogoś eskortować w drodze na szczyt. Nigdy nie wyjaśnia powodów takiej decyzji. Pamiętam, że kilka tygodni temu Luca odprowadzał młodą czarnoskórą dziewczynę z Nowego Jorku, ofiarę wypadku samochodowego. Przedwczoraj Katarina asystowała sędziwemu mieszkańcowi Singapuru, który zmarł na serce we własnym ogródku. A dzisiaj otrzymałam polecenie, żeby towarzyszyć dwojgu młodych ludzi, których do schroniska przyprowadził Milan.

Javier i Candela pochodzą z Meksyku, oboje piękni, młodzi i dobrze sytuowani, sądząc po markowej odzieży. Zginęli w wypadku awionetki.

Javier jest gadatliwy. Gdy mozolnie pniemy się w górę, usta mu się nie zamykają. Opowiada o Narodowym Uniwersytecie Autonomicznym, gdzie studiował, o ukończonym niedawno kursie paralotniarskim, o firmie, w której jego ojciec jest prezesem. Candela z rzadka wtrąca parę słów. Z gracją stąpa w pożyczonych, ciut przydużych butach. Chłodna i elegancka, wydaje się zaskakująco spokojna; rzadko widuję przybyszy, którzy aż tak stoicko przyjmują swój los, niczemu się nie dziwiąc. Raz rzuca coś z uśmieszkiem o imprezach w Acapulco Diamante.

W końcu mijamy ostatni zakręt ścieżki i zza skał wyłania się błyszczący w promieniach słońca cel wędrówki. Javier nadal papla, nie zwracając uwagi na otoczenie, ale Candela uśmiecha się z zachwytem na widok wrót.

Milczę. Ja już wiem – oni jeszcze nie – że brama, do której się zbliżamy, nie jest złota. Dostrzegam szczegóły, które nie dały im do myślenia – zapalone pochodnie po obu jej stronach, kopcące i plujące iskrami; płaskorzeźby w kształcie smoków, chimer i wielogłowych hydr. Jednak płomienie są słabo widoczne w jasnym świetle dnia, a polerowany mosiądz błyszczy tak olśniewająco, że bez trudu można się pomylić.

Stajemy przed wrotami. Smoki, hydry i chimery mierzą nas obojętnym wzrokiem. Javier i Candela nadal niczego nie podejrzewają.

– Proszę zakołatać – mówię do dziewczyny.

Ta posłusznie ujmuje kołatkę w kształcie głowy węża. Widzę uniesienie brwi, moment niepewności – ale kołacze śmiało.

Wrota rozwierają się z grzmotem, ukazując kłębiący się wewnątrz dym. Dopiero teraz dociera do nich, że brama prowadzi nie tam, gdzie się spodziewali.

Za późno.

Odchodząc, mam w uszach przeraźliwy krzyk Candeli i przekleństwa Javiera.

2.

Nie wiemy, podług jakich reguł wydaje się wyroki. Góry są ogromne, szerokie jak cała Ziemia i w regularnych odstępach rozmieszczono na ich szczytach wiele identycznych bram, niżej zaś – tyleż samo schronisk. Domyślamy się, że zmarli trafiają do nich według jakiegoś klucza. Luca kiedyś z własnej inicjatywy prowadził przez kilka miesięcy statystykę – notował najważniejsze informacje o przybywających: wiek, płeć, miejsce pochodzenia, przyczyna śmierci. Odkrył, że w okresie obserwacji pojawiali się u nas wyłącznie zmarli z półkuli północnej, z lekką przewagą mężczyzn, i że osoby liczące sobie ponad siedemdziesiąt lat stanowiły wśród nich mniej niż połowę, a dzieci poniżej siódmego roku życia – niecały jeden procent. Coś musiało ich wszystkich łączyć, ale nie wiemy co.

Ostatnimi czasy przez nasze schronisko przewija się coraz więcej starych ludzi, więc możliwe, że obserwacje Luki nie są już aktualne.

Nie umiemy powiedzieć, co łączy przybywających (poza oczywistym faktem, że ponieśli śmierć), ale za to wiemy doskonale, co łączy naszą siódemkę. Wspólny mianownik stanowi w tym wypadku poczucie winy. Wszyscy znaleźliśmy się tutaj z powodu wyrzutów sumienia.

Andriej był kiedyś himalaistą, kierownikiem kilku wypraw. Duszan wojskowym, Marta lekarką, Luca ratownikiem alpejskim, Milan strażakiem, Katarina policjantką. Każde z nas zgrzeszyło uczynkiem lub zaniedbaniem, tylko nie wszyscy są wystarczająco odważni, żeby wyznać pozostałym, na czym polegała ich wina. Wiem, że Duszan na rozkaz przełożonych strzelał do cywilów. Luca dowodził akcją ratunkową, w trakcie której pięciu jego kolegów zginęło pod lawiną. Marta nie przyznała się szefostwu, że ma problem z alkoholem, i w trakcie dyżurów na szpitalnym oddziale ratunkowym popijała po kryjomu wódkę. Pewnego dnia na ruchliwej autostradzie przewróciła się i zapaliła cysterna. Karetki przywoziły kolejnych poszkodowanych, a alkohol nie chciał wyparować z głowy Marty dostatecznie szybko.

Andriej, Milan i Katarina nie opowiadają o swoich grzechach, więc ja również nie. Bardzo możliwe, że za życia czytali o Michale w gazetach, tylko nie są w stanie powiązać wiedzy o nim ze mną.

* * *

Nasza egzystencja po tej stronie jest dziwna, inna niż to, co ludzie na ogół sobie wyobrażają, myśląc o życiu pozagrobowym. Nasze ciała umarły, a przecież nadal je mamy, zamrożone już na zawsze w jednym wieku. Nie śpimy, ale czujemy zimno i głód, mokre buty nas obcierają, męczymy się podczas wspinaczki. Jemy i pijemy, może dlatego, że bóstwom i siłom nadprzyrodzonym od wieków składano w ofierze żywność i napoje. Jednak po tej stronie nie ma chorób, a część wspomnień, myśli i pragnień uległa zatarciu. Nie ma też miłości, a już z całą pewnością nie ma pożądania. Dlatego nie umiem nazwać tego, co mnie łączy z Andriejem. Myślę, że on nawet nie próbuje. Nigdy nie rozmawialiśmy na ten temat.

Nie wiem, w jakim wieku Andriej zmarł, ale po tej stronie trwa w połowie drogi między czterdziestką a pięćdziesiątką: niewysoki, kościsty, o siwiejących włosach. Ma szare oczy i zgrabne dłonie. Mogłabym w nieskończoność patrzeć, jak te dłonie układają w piecu drewno, zszywają rozerwaną kurtkę albo dokonują drobnych napraw.

To człowiek, którego główną i definiującą cechą jest milczenie. Milczy, gdy inni mówią, i milczy, gdy czekają, aż on coś powie. Odzywa się zazwyczaj wtedy, kiedy musi wydać polecenie albo uciąć konflikt (różnice zdań zdarzają się po tej stronie równie często, co po tamtej, zwłaszcza Marta z Duszanem chętnie kłócą się o drobiazgi).

Dlatego teraz, siedząc na głazie przed budynkiem, milczymy oboje. Jest pochmurna noc, jak zwykle nie widać ani jednej gwiazdy. Niedawno przyprowadziłam na górę sympatyczną Francuzkę, która zmarła na raka piersi. Wzięłam od niej błękitną jedwabną apaszkę firmy Anne Touraine i przekazałam Baqiemu, który wyszczerzył zęby z radości i śmignął z powrotem w głąb lampy tak szybko, że aż się za nim zakurzyło.

W mroku błyska światło czołówki. To Luca. Jest sam. Podchodzi do nas szybkim krokiem.

– Dzieje się coś dziwnego – mówi. – Po tamtej stronie płonie całe wielkie miasto. Z grani widać łunę, a z Przełęczy Juliana ogień.

Zapada milczenie. Za dnia ze szczytów gór rozciąga się rozległa panorama, ale żadne z nas nie wie, jakie miasta stąd widać, nie wiemy nawet, na którą półkulę Ziemi patrzymy. Wszystko jest zbyt odległe, rozmywa się w błękitnej mgiełce.

– Wędrowcy chyba nie wspominali ostatnio, żeby szykowała się jakaś wojna – mówię niepewnie. – W Syrii nadal trwa konflikt, ale poza tym...

– Ja też o niczym nie słyszałem. – Luca spogląda na Andrieja.

Ten oczywiście milczy. Rękaw polara ma podciągnięty i machinalnie wodzi palcami po zygzakowatych bliznach na przedramieniu, jak zawsze, gdy nad czymś się zastanawia.

– Ktoś jeszcze jest w środku? – pyta Luca, wskazując budynek.

– Milan.

– Pójdę z nim porozmawiać, może coś wie.

Odchodzi. Spoglądam na niebo widoczne ponad granią. Istotnie, chmury barwi od dołu rozmyta czerwonawa poświata.

– Idę na przełęcz. – Andriej wstaje, wyjmuje z kieszeni czołówkę i zakłada. – Chcę to zobaczyć na własne oczy. Idziesz?

Waham się. Powinnam już wracać na mój stok. Ale skoro sam chatar proponuje, żebym na chwilę porzuciła obowiązki, nie odmówię. Zresztą ostatnio trafia do nas niewielu wędrowców. Francuzka była pierwszą zmarłą, jaką spotkałam od trzech dni. Przez głowę przelatuje mi myśl, że może to cisza przed burzą.

Wspinamy się na grań i schodzimy ścieżką na Przełęcz Juliana. Dopiero stąd roztacza się szeroki widok na wschód. Wstrzymuję oddech. Tam w dole, daleko, rzeczywiście widać morze ognia. Falujące płomienie liżą od dołu wielką chmurę dymu, która kłębi się jak żywa.

Przypominają mi się cmentarze na Wszystkich Świętych, jedno z najpiękniejszych wspomnień z dzieciństwa – ocean zniczy, tysiące maleńkich płomyków symbolizujących życie wieczne. To, na co teraz patrzę, jest kataklizmem, hekatombą. Widzę sterczące z pożogi czarne szkielety wieżowców. Jeden wali się na naszych oczach.

Uświadamiam sobie, że zaciskam dłoń na ramieniu Andrieja, choć nie pamiętam, kiedy się w niego wczepiłam. Trochę zawstydzona cofam rękę.

Andriej gapi się jak zahipnotyzowany na płonącą metropolię. Ogień tańczy w jego źrenicach. Stoimy tak bardzo długo. Zaczynam dygotać z zimna mimo zapiętej szczelnie kurtki i wełnianej czapki.

– Coś się zmienia – szepcze w końcu chatar.

Wracamy. Przed schroniskiem spotykamy Milana, Martę i Duszana. Oni też wybierają się na przełęcz, chcą zobaczyć na własne oczy, co się dzieje. Relacjonuję im krótko, cośmy widzieli. Duszan spogląda na podświetlone chmury nad granią i robi znak krzyża, chociaż nigdy dotąd nie deklarował się jako wierzący.

– Muszę wracać na stok – mówię. – A nuż ktoś się zjawi.

– Odprowadzę cię kawałek – rzuca Andriej ku mojemu zaskoczeniu.

Schodzimy ścieżką przez kosodrzewinę. Jest ciemno i cicho, słychać jedynie nasze kroki i szelest odgarnianych gałęzi. Teraz czuję się tak, jakby pożoga, którą widzieliśmy z przełęczy, była tylko snem lub wspomnieniem z poprzedniego życia.

– Za co tu jesteś? – pyta raptem Andriej. Jest to tak nieoczekiwane, że przystaję.

– A czemu chcesz wiedzieć?

– Bo nigdy nie mówiłaś.

– Ty też nigdy nie opowiadałeś, za co cię posłano za mosiężną bramę. I jak to się stało, że stamtąd wróciłeś.

– Moja historia jest bardzo podobna do historii Luki – odpowiada po pauzie. Jestem zdumiona, że tym razem nie wybrał milczenia. – Dowodziłem wyprawą, zeszła na nas lawina. Tyle że Luca i jego ludzie próbowali ratować innych, a my chcieliśmy po prostu wspiąć się na wielki kawał skały. A za mosiężną bramę poszedłem sam, bo uznałem, że na to zasługuję.

– I co? Odesłali cię z powrotem?

– Można tak powiedzieć.

Na moment zapada cisza. Przerywa ją Andriej.

– Teraz twoja kolej. Szczerość za szczerość.

Przystajemy wśród kosodrzewiny, kawałek powyżej czarnej ściany lasu. Wbijam wzrok w ziemię, czołówka oświetla moje stopy, kamienie i trawę. O dziwo nagle czuję, że chcę mu o wszystkim opowiedzieć. Potrzebuję tylko chwili, żeby zebrać myśli i poszukać właściwych słów.

– Miałam... miałam brata – zaczynam, lekko się jąkając. – Nazywał się Michał. Mieliśmy trudne dzieciństwo, bo nasz ojciec był wojskowym. Wiesz, chora dyscyplina w domu, lał nas przy każdej okazji. Za każdą dwóję, za bałagan w szafce, czaisz klimat. – Głos trochę mi się łamie. Biorę głębszy wdech. – Michał był ode mnie cztery lata starszy. Bardzo zdolny, wzorowy uczeń, potem świetny student, z nagrodami sportowymi i co tylko. Skończył informatykę i zaraz potem się ożenił. Założył firmę, dochowali się z żoną trójki dzieci, przez kilka lat wydawało się, że wszystko jest super. Ale chciał chyba zbyt dynamicznie rozkręcać interesy i wpadł w długi. Klasyczna spirala pożyczek. Firma upadła. Krótko potem jego żona się wyprowadziła i złożyła pozew o rozwód.

– Tak bywa – komentuje cicho Andriej.

– Po rozwodzie, z komornikiem na karku, załamał się do reszty. Starałam się pomagać, wspierać go, jak umiałam, ale wiesz, jak to jest. Byłam młodszą siostrzyczką, tylko udawał, że mnie słucha, a potem robił swoje. Załatwiłam mu kontakt z kancelarią oddłużeniową, a potem się dowiedziałam, że zerwał z nimi współpracę. Wściekłam się wtedy, przez jakiś czas nie rozmawialiśmy... Nieważne. W każdym razie rok po rozwodzie, w styczniu, mieli mu zlicytować dom. Uparł się, nie chciał negocjować z bankiem o karencję w spłacie kredytu hipotecznego i sprzedać tej cholernej posesji na wolnym rynku, mimo że to zmniejszyłoby jego zadłużenie o kilkaset tysięcy. – Milknę, odpycham wspomnienie kłótni z Michałem, mojej bezsilnej złości, która finalnie okazała się tak idiotycznie nieistotna. – Tuż po Nowym Roku, tydzień przed wyznaczonym terminem licytacji, żona przywiozła mu dzieci na weekend. W sobotę wieczorem poczęstował je colą z dodatkiem środka nasennego. Kiedy zasnęły, po kolei oblał je benzyną, całą trójkę, i podpalił. Podpalił też parter domu, a sam zabarykadował się na piętrze. – Znów robię pauzę. Mdli mnie i czuję ucisk w gardle, nawet po tylu latach. – Strażacy zdążyli wywlec go stamtąd żywego, zmarł dopiero w szpitalu.

Andriej kładzie mi rękę na ramieniu. Nie strząsam jej.

– Słuchaj, ja wiedziałam, że z Michałem nie jest dobrze. Wtedy przed licytacją przypominał tykającą bombę i ja to widziałam. Czułam, że jest zdesperowany i że coś planuje. Rozumiesz? I nic nikomu nie powiedziałam. Ani słowa. Mogłam... Nie wiem. Dać znać jego żonie. Zawiadomić służby.

Andriej potakuje. Patrzy na mnie tak, jakby chciał powiedzieć coś jeszcze, ale milczy. Milczenie rozciąga się między nami jak rzeka Styks.

– Muszę iść tam niżej – mówię w końcu, a on znowu kiwa głową i puszcza mnie.

– Tak. Lepiej idź. Na razie.

Rusza z powrotem w kierunku schroniska, zaś ja zagłębiam się w lesie. Światło czołówki wycina w mroku pod świerkami wąską smugę jasności, w której majaczą gałęzie podobne do wyciągniętych rąk. Powoli schodzę w dolinę jak Orfeusz w głąb Hadesu. Kraina cieni pachnie mokrym, butwiejącym igliwiem.

3.

– Baqi znikł – oznajmia z niepokojem Marta, stawiając lampę na stole w jadalni.

Dnieje. Dosłownie przed chwilą wróciłam przemarznięta. Okiennice w schronisku są pozamykane, ale na zewnątrz chmury wiszą nisko, mgła spowija grań. Jest zimno, temperatura spadła poniżej zera. Tej nocy nie spotkaliśmy nikogo na żadnym ze stoków góry, i dobrze, bo przymrozek sprawił, że zrobiło się cholernie ślisko.

– Kiedy ostatnio go widziałaś? – pyta Katarina.

– Wczoraj po południu.

Duszan i Milan pochylają się nad lampą, oglądają ją i opukują. Na próżno. Dżinna nie ma.

Wchodzi Andriej. Widzę niepokój na jego twarzy.

– Co się stało? – pyta Duszan.

– Chodźcie na dwór – rzuca chatar. – Musicie to zobaczyć.

Wysypujemy się na ganek i po kolei wstrzymujemy oddech.

Niebo, które jeszcze niedawno było szare, jest teraz jaskrawo, wściekle czerwone, jakby nawiedzony malarz pokrył je szerokimi pociągnięciami olejnej farby. Albo jakby ktoś po drugiej stronie chmur postawił zabarwioną szybę i zapalił za nią filmowe reflektory.

Gapimy się w milczeniu. Z góry zaczyna prószyć coś jasnego.

– Popiół – szepcze Milan. Katarina wyciąga dłoń, żeby złowić na nią kilka płatków.

– Nie – odpowiada. – Nie, to śnieg.

* * *

Wszyscy już odgadliśmy, co się dzieje, tylko nikt nie ma odwagi powiedzieć tego głośno. Pierwszym, który nazywa sprawy po imieniu, nie jest o dziwo Andriej, ale Duszan. Po krótkiej dyskusji, czy wspiąć się od razu do bramy, czy najpierw pójść na Przełęcz Juliana, ruszamy na przełęcz. To jedyna w swoim rodzaju okazja – obejrzeć apokalipsę z punktu widokowego.

Widok, który rozciąga się z góry, zarazem rozczarowuje nas i przytłacza. Świat przez noc obrócił się w czarną, dymiącą równinę zgliszcz. A na Przełęczy Juliana czeka na nas, jakżeby inaczej, anioł.

Nie jest skrzydlaty ani odziany w białą szatę. Ma na sobie zwyczajne ubranie, ale promieniuje jasnością niczym lampa okryta płótnem. Nigdy nie widziałam równie pięknej twarzy.

– Nadszedł dzień, gdy sprawiedliwi zostaną nagrodzeni – oznajmia, a potem padają kolejne górnolotne frazesy, których sens sprowadza się do jednego: okres przejściowy dobiegł końca. Tam na dole zmarli już wstają z grobów. Jeszcze dzisiaj wszyscy przekroczymy bramę i wypłyniemy na szerokie morze prawdziwej wieczności.

Rozglądam się – wszyscy słuchają jak oczarowani. Marta zaczyna płakać. Uśmiecha się szeroko przez łzy. Tylko Andriej wygląda tak, jakby ważył w myślach trudną decyzję.

– A co ze schroniskiem?

– Nic – odpowiada anioł. – Już nie będzie nikomu potrzebne.

– To mój dom. Zostanę tam – oznajmia Andriej.

Nagle uświadamiam sobie, że właśnie tego się po nim spodziewałam. Czuję ucisk w gardle, muszę odkaszlnąć.

– Ja też – mówię cicho.

W pierwszej chwili wygląda na zaskoczonego, ale obejmuje mnie i lekko przytula. Anioł patrzy na nas ze zdziwieniem. W końcu wzrusza ramionami, bo decyzja w tej sprawie nie należy do niego. Wolna wola, c’nie?

* * *

Złota brama jest otwarta na oścież, a ze środka pada ciepły blask, jakby słońce zstąpiło tam z zachmurzonego nieba, by osobiście witać legiony zmartwychwstałych i powracających z piekieł.

Korowód rozciąga się tak daleko, jak sięgam wzrokiem. Ludzie wyłaniają się z kosodrzewiny i krok za krokiem idą pod górę, wszyscy podobni do siebie, jednakowo zwyczajni i szarzy, uśmiechnięci z nadzieją, a śnieg pada i pada.

Patrzymy, jak nasi towarzysze dołączają do korowodu. Milan, Katarina, Marta, Luca. Ufnie podążają ku bramie, choć w zasadzie nie wiemy, czy po nagrodę, czy na ponowny sąd.

Patrzymy, jak kolejno wkraczają w jasność.

Ludzie idą. Idą. I idą. Mijają nas powoli i dostojnie jak procesja w Boże Ciało, tyle że bez chorągwi. I nie śpiewają żadnych pieśni.

Łzy niemal mnie oślepiają, kiedy w korowodzie nagle rozpoznaję mojego brata. On również mnie widzi i uśmiecha się smutno.

Nie potrafię się uśmiechnąć w odpowiedzi, patrząc, jak odchodzi ku światłu.

– Żegnajcie – mówi cicho Duszan. Został już tylko on.

Andriej i ja spoglądamy na siebie. Duszan odchodzi powoli, by dołączyć do procesji. Stoimy bez ruchu, patrząc, jak się oddala.

4.

Dokonało się.

Po dniach pożogi i dniach sądu nastała cisza. Zostaliśmy sami w opustoszałym schronisku, wokół którego rozciąga się biel.

Mamy dla siebie całą nieskończoność czystego nieba, znieruchomiałych zegarów, skutych lodem grani, po których możemy teraz stąpać boso, podziwiając z góry panoramę spalonego świata.

Już nie potrzebujemy jedzenia, nie czujemy zimna. Nasze sylwetki stopniowo stają się coraz bardziej przezroczyste, ale to nic.

Wieczność jest słoneczna i mroźna, a na skałach, jak okiem sięgnąć, skrzy się biały Bóg.

Aleksandra Janusz – Od redaktorki

Szanowne czytelnictwo,

oddajemy w Wasze ręce numer wyjątkowy pod więcej niż jednym względem. Powstawał z udziałem innego zespołu redakcyjnego, niż zazwyczaj, z autorką niniejszego wstępniaka w roli redaktorki naczelnej. Składając go, starałyśmy się odtworzyć atmosferę dawnych Fenixów, a równocześnie wziąć pod uwagę najbardziej interesujące dla współczesnej polskiej fantastyki tematy.

Opowiadania polskie sięgają przede wszystkim w niedaleką przyszłość – prawdopodobną lub hipotetyczną. Przejmującą wizję miejsca na końcu świata (sic!) kreśli Agnieszka Hałas. W satyrycznych „Papierowych wyspach” Ewa Białołęcka odpowiada na pytanie, co się dzieje z superbohaterami, gdy przejdą na emeryturę? Marta Magdalena Lasik i Magdalena Kucenty w różny sposób podejmują tematykę sztucznej inteligencji oraz cyfryzacji świadomości i związanych z nową technologią dylematów moralnych. Powraca jedna z autorek sprzed lat, Katarzyna Rogińska, z tekstem „A kiedy przyjdzie do ciebie Pan” osadzonym w scenerii, która może jest światem fantasy, a może tylko jednym wielkim symulakrum? Natomiast całkowicie namacalny charakter ma Warszawa po kryzysie wywołanym zmianą klimatu w nowelce „Mrówki w Złotych Tarasach” niżej podpisanej autorki.

Wśród opowiadań zagranicznych przeczytacie „Ciszę pod podłogą” Darii Zarubiny – tekst, który zdobył srebrną nagrodę największego rosyjskiego konwentu fantastycznego RosCon w 2017 – oraz „Srebrną Damę i faceta po czterdziestce” autorstwa Megan Lindholm (znanej także pod pseudonimem Robin Hobb). Opowiadanie to, napisane na czterdzieste urodziny męża autorki, uzyskało nominację do nagrody Nebuli w 1989 roku i znajduje się tylko w drukowanym wydaniu czasopisma, w nakładzie ograniczonym licencją.

W publicystyce najwięcej mamy treści popularnonaukowych. Marta Magdalena Lasik rozprawia się z kliszami fantastyki post-apo. Zuzanna Śliwa przypomina o mniej znanych damach Camelotu, natomiast Aleksandra Klęczar, kontynuując tematykę mitologiczną, proponuje współczesne zajęcia pomniejszym bóstwom grecko-rzymskim.

Prócz tego przeczytacie esej Anny Łagan przybliżający sylwetkę Octavii Butler – laureatki nagród Hugo, Nebuli oraz Locusa, pierwszej czarnoskórej pisarki science fiction. A na deser felieton Pauliny Braiter z pamiętnego cyklu „Tygrys szablastodzioby”.

Wspaniałą okładkę, która być może zachęciła Was do zapoznania się z czasopismem, stworzyła Milena Młynarska. Natomiast za ilustracje wewnętrzne odpowiada Alicja Tempłowicz. Redakcją tekstów zajęły się Ewa Białołęcka i Magdalena Kucenty, korektą – Alicja Tempłowicz, a tłumaczeniem opowiadań zagranicznych Joanna Krystyna Radosz (jęz. rosyjski) oraz Agnieszka Hałas (jęz. angielski).

Dodatkowo w cyklicznej rubryce „Piąte piwo” publikuje, tym razem w charakterze parytetu, Marek Oramus, toteż stałego elementu czasopisma Wam nie zabraknie!

Trzeba wiele odwagi i zaufania, aby powierzyć swoje czasopismo innej ekipie, choćby na jeden numer. Inna redaktorka naczelna to także inny gust, znajomości, a nawet światopogląd. Dlatego dziękuję Bartkowi Biedrzyckiemu i Krzysztofowi Sokołowskiemu – oto projekt, który zaczął się jako ciekawy eksperyment, a jego efekt trzymacie w dłoniach (lub oglądacie na czytniku).

Chciałabym też serdecznie podziękować całemu zespołowi za niezapomnianą atmosferę i zaangażowanie. Niniejszą Fenixę tworzyłyśmy wspólnym wysiłkiem, ten numer nie ma szefowych, a jedynie organizatorki.

Z fantastycznym pozdrowieniem

Redaktorka naczelna numeru

Aleksandra Janusz

Magdalena Kucenty - Dziesięciu ludzi, dziesięć kolorów

Po przebudzeniu Czerń potrzebowała chwili, by przypomnieć sobie, że znajduje się w jednym z piekieł Jigoku. Zimnym, wywnioskowała sennie, skoro nawet pod kołdrą nie było jej za gorąco. Zimnym i szarym. Z drugiej strony nie mogła też narzekać na dokuczliwy chłód… Może więc trafiła do jakiegoś wyjątkowego miejsca? Piekła o temperaturze pokojowej? Albo do Meido, gdzie miała odbyć trzy próby, nim trafi gdziekolwiek indziej?

Właściwie dla niej to nie stanowiło różnicy – i tak nie liczyła na zbawienie. Nie, kiedy Seledyn patrzył na nią. Tak jak teraz.

Jak każdego ranka.

Siedział na brzegu łóżka, lekko pochylony, śledząc jasnozielonymi oczami każdy jej ruch. A ona próbowała wypatrzyć w jego źrenicach choć okruch gniewu. Jakiś ślad pretensji. Ale nie… Seledyn wciąż spoglądał na nią bez cienia złych emocji.

Nawet po śmierci.

– Dlaczego? – spytała na głos.

Zamiast odpowiedzieć, mężczyzna uśmiechnął się delikatnie. Nie drgnął nawet, kiedy z kącika jego ust pociekła cienka strużka krwi. Ten spokój, ta pogoda ducha – wiecznie obecne w jasnozielonym spojrzeniu – sprawiały, że Czerni robiło się słabo.

– Ech, dosyć! – Straciła cierpliwość, szczupłymi palcami dźgnęła roześmiane oczy. Te po chwili rozpłynęły się w nicość.

Kolejny raz to samo.

Nie tak wyobrażała sobie Jigoku i wredne oni, które je zamieszkiwały. Żadnych tortur, płomieni czy wrzasków… Poranne duchy patrzyły tylko, jak i ona patrzyła. Spozierały na nią z twarzy, którą znała i kochała. A przeganiane znikały posłusznie, zabierając ze sobą resztki snu.

Czerń nie potrafiła już zasnąć, więc wyplątała się z fałd przepoconej pościeli. Zaraz potem sprawdziła, czy oni na pewno zniknęło.

Pokój był czysty. Nie dostrzegła nawet smużki kolorów.

– Morf! – zawołała, gramoląc się z łóżka, które zaraz zniknęło w ścianie. Słychać było, jak brudna pościel zostaje wessana do zsypu. – Morfik! – znowu krzyknęła Czerń, przejeżdżając dłonią po wilgotnej twarzy i jeszcze wilgotniejszym karku. Jej nagie ciało lepiło się od wyśnionych koszmarów. – Gdzie jesteś, ty mały glucie?!

Najpierw sprawdziła łazienkę, po cichu licząc, że nie znajdzie tam nikogo ani niczego. Oczywiście, przeliczyła się. Gdy tylko zajrzała do środka, zobaczyła rozanieloną gębę kąpiącego się w umywalce żelostworka. Jego galaretowate macki beztrosko rozchlapywały wodę, ogromniaste oczy błyszczały radośnie.

Urokliwość nie do odparcia. Sto procent kawaii.

– Ile razy muszę ci powtarzać… – Czerń wyjęła niesfornego pupila z umywalki i bezceremonialnie upuściła go na podłogę.

Morfik plasnął o kafelki, zmieniając się w kałużę żelu kinetycznego. Zaraz jednak odzyskał domyślną postać i wydał z siebie urażone burknięcie.

– Nawzajem, glucie – parsknęła śmiechem Czerń.

W ramach odpowiedzi żelostworek wykorzystał cały wachlarz morficznych umiejętności, by pokazać, jak bardzo go zraniła. Wilgotne oczy wyrażały smutek tak wielki, że w głowie słychać było zawodzenie skrzypiec. Wykrzywiony w podkówkę pyszczek drżał na granicy łkania, a długie, oklapłe uszy, których nie miał wcześniej, robiły się coraz dłuższe i coraz bardziej oklapnięte.

– No, już-już. – Czerń wzięła go z powrotem na ręce.

Nie musiała długo czekać, by Morfik przestał się boczyć i zaczął wspinaczkę po jej ramieniu, mrucząc jak zadowolony kociak. Wsłuchana w ten miarowy dźwięk spuściła wodę z umywalki i odkręciła kran, by opłukać twarz zimnym strumieniem. Miała nadzieję, że zdoła ukoić rozedrgane nerwy. Kolejny raz się przeliczyła.

Kiedy uniosła głowę, z lustra spoglądał na nią Seledyn.

***

Weszła pod prysznic.

Najpierw puściła lodowatą wodę, co ewidentnie nie spodobało się Morfeuszowi. Żelostworek wystawił jedną z macek i natychmiast wzdrygnął się, chowając ją w przezroczystym ciele. Gdyby woda była ciepła, wślizgnąłby się do kabiny i zawisł pod deszczownicą, nonszalancko ograniczając Czerni możliwość umycia się. W obecnej sytuacji zaczekał jeszcze chwilę, drugi raz sprawdził temperaturę wody, po czym z ostentacyjnym zawodem opuścił łazienkę. Niestety sztuczka zadziałała tylko na jednego natręta.

Kiedy silne ręce pojawiły się znikąd, odnajdując jej małe, sterczące piersi oraz spięte ramiona, Czerń zadrżała i jęknęła cicho. Łaskoczący, widmowy dotyk sprawił, że dostała gęsiej skórki. To niewłaściwe, powtarzała sobie, zaciskając powieki. Chore. Złe.

Nie wytrzymała długo.

Z jej gardła wyrwał się głośniejszy jęk. Otworzyła oczy, z impetem wydmuchując powietrze, i odkręciła gorącą wodę. W kabinie buchnęło parą. Kłęby białej mgły otuliły chudą sylwetkę, skrywając Czerń przed własnym wzrokiem, maskując jej strach i wstyd. To było jak nieśmiałe zaproszenie do gry, a Seledyn nie potrzebował więcej zachęty. Bez wahania zjechał dłonią niżej, gładząc brzuch kobiety, po czym wsunął palce między jej drżące uda, obsypując pocałunkami szyję. Nie było już odwrotu, więc ulegle oparła się o ścianę kabiny i wypięła pośladki.

Wszedł w nią powoli, delikatnie. Z czasem jednak przyspieszył, drapieżnie przygryzając jej kark, pieszcząc dłonią krągłe, ciemne sutki. Odkąd zaczął powracać z zaświatów, rżnął ją dokładnie tak, jak lubiła, dawał tyle przyjemności, ile było tylko możliwe, samemu nie otrzymując nic w zamian.

Nie mogąc nic otrzymać.

– Cholera! – krzyknęła, uderzając czołem o mokre kafelki. – Niech to szlag – powiedziała ciszej, osuwając się na dno kabiny.

Orgazm jeszcze chwilę wstrząsał jej ciałem. Wyciskał łzy z oczu. I napełniał żołądek obrzydzeniem do samej siebie.

Czuła się, jakby właśnie zdradziła Seledyna.

Tymczasem on, nieodmiennie uśmiechnięty i pogodny, roztapiał się w strumieniu gorącej wody jak rzeźba z wosku.

***

Qing przyglądał się chudej neurotechniczce, której oblicze wyzierało z wyświetlacza 3D. Kobieta miała nijakie rysy, podkrążone oczy i cienkie, rozjaśnione sztucznie włosy. Jak na reprezentantkę firmy, która leczyła ludzi z nieszczęścia, nie wyglądała zbyt szczęśliwie.

– Dzień dobry – przywitała się wypranym z emocji głosem. – Nazywam się Liu Lang i będę dzisiaj pańską psyche-konsultantką.

– Dzień dobry – odpowiedział Qing. – Dzwonię w sprawie Kuroki Ayano.

– Czy jest pan członkiem rodziny?

Zawahał się, mimo że odpowiedź mogła być tylko jedna.

– Tak, jestem.

Oczywiście, to nie wystarczyło. Musiał podać swoje pełne dane wraz z kodem autoryzacji, a neurotechniczka sprawdziła jeszcze, ile miał punktów w systemie reputacyjnym. Jego wynik zapewniał mu natychmiastową obsługę, co znaczyło, że Qing był dobrym obywatelem.

Niekoniecznie dobrym człowiekiem.

– Scenariusz wciąż ulega zmianom. – Linijki tekstu prześlizgiwały się po soczewkach Liu Lang. Jej oczy były pełne danych. – Aktualna iteracja przebiega bez zakłóceń.

Qing westchnął ciężko. Sam nie był pewien, czego się spodziewał.

– Czy mogę jeszcze w czymś pomóc? – spytała neurotechniczka, kiedy jego milczenie zaczęło się nieznośnie przedłużać.

– Nie, nie… Dziękuję.

***

Teoretycznie Morfik był sztucznym multizwierzem sprzątającym, porządkującą mieszkanie zabawką, którą w poprzednim życiu dostała od Seledyna. Skoro jednak trafiła do tych dziwnych szarych zaświatów, Czerń zgadywała, że tak naprawdę miała do czynienia z opiekuńczym yokai. Zachowanie żelostworka tylko potwierdzało jej przypuszczenia, a zachowywał się jak zuchwała niańka, której wszystko wolno – na nieszczęście jego podopiecznych.

Gdy tylko Czerń weszła do salonu, zaczął na swój jedyny i niepowtarzalny sposób przypominać jej o zjedzeniu śniadania. Najpierw przyjął kształt jajek sadzonych, potem obrósł świeżymi warzywami, by na koniec przekształcić się w smakowity, oblany jogurtem placuszek. O ile placuszek z oczami może być smakowity.

– Idź. – Próbowała odgonić go stopą. Bezskutecznie. Drogę natychmiast zastąpiły jej postawione na baczność rzędy sushi. – Bo cię zjem!

Ryżowa armia odpowiedziała jej powątpiewającym spojrzeniem. Przez chwilę Czerń mierzyła się wzrokiem z rolkami sushi. Aż w końcu Morfik wzruszył glonami nori, po czym zmienił się w ogromny, jak wszystko wokół pozbawiony kolorów owoc kaki i nonszalancko przetoczył w stronę kuchni. Kobieta westchnęła z rezygnacją i podążyła za nim.

W środku stanęła przed drukarką kuchenną. Na drzwiach urządzenia znajdowały się dwie wnęki – od plastkarki i od miksownicy. Wsunęła czystą miskę do tej drugiej i wklepała kod generacyjny na panelu dotykowym.

Drukuchnia zatrzęsła się, zapiszczała i wypluła z siebie porcję gorącego ramenu. Po drugim piknięciu Czerń chwyciła pełne naczynie i zaczęła szukać pałeczek oraz łyżki. Morfik, z powrotem w swojej domyślnej formie, wylądował na głowie kobiety. Macki trzymające potrzebne sztućce zawisły przed jej oczami.

– Dziękuję – powiedziała, odbierając przedmioty. Potem ruszyła do salonu, a tam, rozsiadłszy się wygodnie na kanapie, zaczęła w końcu jeść.– No, zadofolony? – spytała z wypchanymi policzkami.

Żelostworek, zawisłszy nad nią do góry nogami, a raczej do góry mackami, mruknął z aprobatą. Kolejne minuty spędzili w ciszy mąconej okazjonalnym mlaśnięciem lub siorbnięciem. Aż Czerń zakrztusiła się głośno. Jej oczy zogromniały.

Zamiast miski trzymała w dłoniach kapelusz. Zielony kapelusz.

Nagle Morfik skoczył jej na kolana. Żelowe ciało było krąglutkie i najeżone kolcami niczym u wystraszonej ryby rozdymki. Jego kreskówkowe oczy stały się przerażająco ludzkie. Ludzkie i…

…zielone.

Seledyn.

Ostry ból przeszył głowę Czerni.

Zacisnęła powieki, a gdy rozwarła je z powrotem, nie widziała nic poza chaosem kolorów, za to miała wrażenie, że słyszy wszystko. Cały świat wraz z opływającą go muzyką i każdą stąpającą po nim istotą. Jęknąwszy, zasłoniła uszy. To musiało być jednak Kyoukan Jigoku – Piekło Krzyku, jedno z ośmiu gorących. Albo Dai-kyoukan Jigoku – Piekło Wielkiego Krzyku, gdyby zwykłe wrzaski okazały się niewystarczająco dokuczliwe.

Dla Czerni były aż nadto.

Kolory darły się w niebogłosy, rozsadzając jej głowę. Ból wypełniał arterie i żyły. Krew dudniła w uszach, łzy spływały po policzkach. Zielony kapelusz powoli zsuwał się z kolan…

Cisza.

Wszystko ucichło.

Czerń nadal siedziała na kanapie, lecz coś istotnego uległo zmianie. Ciuchy, uświadomiła sobie. Spojrzała po sobie. Była ubrana w jedwabne kimono bardziej odpowiednie na przyjęcie niż do noszenia po domu. Halucynacje to jedno, ale zaniki pamięci i przebieranie się za księżniczkę to już coś nowego.

Spróbowała się podnieść. Zaraz jednak opadła z powrotem na siedzenie. Kręciło jej się w głowie.

– Za dużo sake, moja droga – powiedziała Ochra.

Czerń drgnęła, spoglądając na drugą kobietę. Zupełnie o niej zapomniała. Nie przypominała sobie nawet, by ją zapraszała…

Ach, no tak. Wyglądało na to, że była pijana.

– Przepraszam – wymamrotała, po czym odruchowo uniosła dłoń i musnęła palcami podbródek. – Ja… wymiotowałam?

Ochra przytaknęła.

– A gdzie…? – Czerń próbowała zebrać myśli, lecz sprawiało jej to równie dużo trudności, co bólu. – Gdzie Morfik?

– Podłączyłam go do ładowania – wyjaśniła Ochra.

– A Seledyn?

– Zapomnij o Seledynie.

– Co…? Dlaczego?!

– Przecież po to szłyśmy do baru! – Uśmiech na twarzy Ochry wyglądał jak żołnierz na obcym, nieprzyjaznym terenie. – Miałyśmy zapomnieć o rodzaju męskim.

Cholera, zaklęła w duchu Czerń. Jedyne, czego nie pamiętała, to wychodzenia z Ochrą na miasto. Ale poza tym…

– Wypadek! – Zachłysnęła się własną śliną.

Przed oczami stanęły jej szczątki rozbitego samochodu. Rosnąca na asfalcie kałuża krwi.

– Spokojnie, napij się. – Nie wiadomo skąd Ochra wyciągnęła szklankę wody i przystawiła ją do warg koleżanki.

Czerń piła długo i łapczywie. Nigdy w życiu nie była aż tak skacowana.

– I co… Co teraz? – spytała ogłupiała, odsunąwszy naczynie od ust.

– Teraz, moja droga, grzecznie ułożysz się do snu.

***

Znowu męczyły go wyrzuty sumienia. Tym razem jednak nie zamierzał dzwonić na infolinię Psyche Clinics.

– Kochanie, dokąd idziesz? – zapytała Jin, kiedy wkładał na twarz maseczkę.

– Do sklepu – skłamał.

Jin zdążyła go jeszcze ucałować, nim wyszedł z apartamentu.

W mieście panowała typowa szarówka – ciemne chmury i zasnute smogiem wieżowce jak okiem sięgnąć. Na ulicach przeważały samochody elektryczne, głównie e-trzydziestki marki BYD, model dofinansowywany przez system reputacyjny jako najbardziej eko.

Qing machnął ręką na jeden z pojazdów. Taksówka zahamowała automatycznie, odczytawszy jego imponujący wynik z systemu. Prawdopodobnie jechała po kogoś innego, lecz skoro ktoś ważniejszy jej potrzebował, to ktoś mniej ważny będzie musiał poczekać.

Kiedy pojazd ruszył, Qing zaczął się zastanawiać, co właściwie chciał zrobić. Odwiedzić Ayano w klinice? Tak po prostu? Nawet w myślach zabrzmiało to absurdalnie.

Przecież trafiła tam przez niego.

***

Toukatsu Jigoku, przemknęło przez myśl Czerni, kiedy zaczęła się budzić. Piekło Wskrzeszenia, gdzie dusze umierają w męczarniach, by moment później odrodzić się na nowo.

Nie, to nie to, uprzytomniła sobie po chwili. Jeden kac to za mało.

W końcu zmusiła się, by unieść ociężałe powieki. Znajome oni unosiło się nad łóżkiem.

– Nie męcz mnie dzisiaj, proszę… – Czerń skuliła się w mokrej pościeli, znów pochwycona przez sidła rozmiłowanego w niej spojrzenia.

– Mówię prawdę, to wszystko – usłyszała jeszcze, a kiedy odważyła się zerknąć znad brzegu kołdry, ducha już nie było. Został po nim tylko zielony kapelusz.

Czerń wzięła go w ręce i przyjrzała mu się z osłupieniem. Nie była pewna, co ją bardziej zszokowało – pojawienie się kapelusza czy fakt, że Seledyn coś powiedział. Dłuższą chwilę zajęło jej przejście do porządku dziennego nad oboma tymi wydarzeniami. Potem zebrała myśli i siły, by rozpocząć kolejny smętnoszary dzień.

Odrzuciwszy kołdrę, stanęła gołymi stopami na dziwnie miękkiej podłodze.

I natychmiast upadła.

Przed oczami zrobiło jej się całkiem ciemno. Jakby straciła wzrok.

Spanikowana wymacała brzeg łóżka. Dotyk chłodnego plastiku sprawił, że zadrżała, mrugnęła kilka razy i naraz zapomniała, czego właściwie się boi.

Z roztargnieniem przejrzała się w lustrze, strąciła Morfika z głowy i rozpoczęła swój codzienny rytuał – umywalka, zimna woda, prysznic, lodowata woda, na końcu tryb suszenia. Tym razem Seledyn w ogóle się nie pojawił. Tylko coś było nie tak z kolorami, zauważyła Czerń. Nie zdążyła jednak zatrzymać przelotnej myśli na dłużej. Piskliwy dźwięk interkomu odwrócił jej uwagę.

Ktoś czekał pod drzwiami mieszkania. Znając życie, nikt przyjazny. Wolała zatem nie wpuszczać złośliwego ducha ani nawet nie sprawdzać, kto to. Ignorując melodyjkę, przykucnęła tylko na wypadek, gdyby tamten mógł widzieć przez ściany. Skulona, z Morfem na ramieniu i gorącą miską ramenu w rękach, czuła się jak dziecko, które zawsze przegrywa zabawę w chowanego.

Olśnienie przyszło nagle.

Przecież Ochra wspominała, że przyjdzie. Zanim jednak Czerń poderwała się, by otworzyć znajomej (przyjaciółce?), spojrzała na trzymaną w dłoniach miskę. Dałaby sobie rękę uciąć, że dzisiaj jeszcze nie przygotowywała śniadania.

***

– Mówię prawdę, to wszystko – zakończył Qing, chwytając jej chłodną, odrętwiałą dłoń między swoje – ciepłe i żywe. Wciąż nie wiedział, co mógłby jeszcze zrobić.

Co jeszcze powiedzieć.

***

Kiedy miała sześć lat, przyjechali do dalekiego zimnego kraju, a dziadek zabrał ją do muzeum kinematografii. Pamiętała wyraźnie, że jedna z wystaw zrobiła na niej szczególne wrażenie.

– Dziadku, czy świat był kiedyś szary? – spytała wtedy niemądrze.

Okazało się, że nie. Nie był. Ale piekło to co innego… Piekło było szare.

No, poza kilkoma wyjątkami.

Krew, do kogo by nie należała, zawsze miała czerwoną barwę. Morfik też bywał kolorowy. I Seledyn… Oczy Seledyna się nie zmieniły. A także włosy Ochry. I usta Turkusa. Stąd mogła przypuszczać, że Szarak, którego zamiast Ochry ujrzała pod drzwiami, wcale nie był jej bratem – choć łudząco go przypominał.

– Dobrze się czujesz, onee-chan? – spytał od progu.

Nie siostrzyczkuj mi tu, miała ochotę odfuknąć Czerń. W głosie Szaraka pobrzmiewała, wydawałoby się, szczera troska, lecz zarówno ona, jak i wyłupiastooki Morfik patrzyli na niego z jawną podejrzliwością.

– Nie wyglądasz najlepiej – dodał chłopak.

– Powiedz mi coś, czego nie wiem.

Ciągle nie wpuściła Szaraka do mieszkania, więc stali u progu – ona w białym szlafroku, z żelostworkiem wciąż okupującym jej ramię, on w jednym z tych niepraktycznych uniformów konfigurowalnych. Obecnie ubranie zwisało na nim jako luźny hanten.

– Wpuścisz mnie? – spytał, ignorując kąśliwą uwagę.

Nie wiedziała, co powinna zrobić.

Przegoń kolejne wredne oni, podpowiedział cichy głosik w głowie. Tylko wcale nie miała pewności, czy stojący naprzeciwko chłopak był złośliwym demonem.

Może oszalała? To by wiele tłumaczyło.

– No? – Szary niby-Turkus nie odpuszczał.

– Dobra, wchodź – ustąpiła Czerń. Przecież rozpozna brata.

– Co się z tobą dzieje, siostrzyczko? – Szarak podążył za nią do salonu. – Nie odpowiadasz na wiadomości, nie dajesz znaków życia…

– Widzę go.

– Kogo?

– No a kogo miałabym widzieć? – obruszyła się, nie kryjąc irytacji.

Oboje zatrzymali się i umilkli. Tylko Morfik wydawał z siebie nieartykułowane dźwięki, okazując Szarakowi jawną wrogość.

– Nie, że dosłownie widzę – wbrew sobie Czerń pierwsza przerwała ciszę. Nie mogła się oprzeć wrażeniu, że kiedyś już odbyła tę rozmowę, tyle że w kolorze. – Po prostu nie przestaję o nim myśleć...

Oczywiście mijała się z prawdą o całe lata świetlne. Przecież widziała Seledyna całkiem dosłownie – nie tylko w łóżku, pod prysznicem czy w lustrze. Wszędzie. Jednak kłamstwo w tej sytuacji wydało jej się… właściwe. Jakby miało pociągnąć rozmowę według wcześniej sporządzonego scenariusza.

– Rozumiem… – przyznał uspokajająco Szarak. – Ale minęło już osiem miesięcy. Nie możesz zadręczać się tym do końca życia.

– To ile mogę? Jeszcze dwa? Trzy? – Czerń wybuchła eksplozją słów tak wściekłych i tak nienagannie dopasowanych do taktu tej z góry ustalonej melodii, że aż paliły gardło: – A może wcale? Nie zrozumiesz tego. Powinnam zginąć. – Ja, dodała w myślach. Nie on. Zabiłam go. – I wiesz co? W środku i tak jestem martwa. Tylko takie moje pierdolone szczęście, że muszę z tym żyć.

Jej złość udzieliła się nawet Morfikowi. Multizwierz urósł dwukrotnie, górując nad bezczelnym Szarakiem. Ten zdawał się jednak nie zauważać wibrującego od złości stworzenia.

– Rozumiem – powtórzył.

– Wątpię.

Milczeli długo.

– Pozwól sobie pomóc, siostrzyczko.

– Dziękuję za taką pomoc! – odfuknęła Czerń. – Piguły dobre na wszystko, też coś! Gdyby sprzedawali tabletki wywołujące depresję, też byś łykał. A co!

Szarak na moment uciekł wzrokiem. Jego oczy wypełniała niekłamana udręka.

– Po prostu martwię się o ciebie. – Rozłożył dłonie, jakby chciał objąć siostrę, lecz Morfik odepchnął je mackami.

Czerń nawet nie drgnęła. Usta miała zacięte, spojrzenie ostre jak brzytwa, tylko w środku cała się trzęsła.

– Czemu tak bardzo chcecie, bym o nim zapomniała?

Tym razem Szarak nie odwrócił wzroku.

– Gdybyś mogła, nie wrzucaj mnie do jednego worka z matką – poprosił chłodno.

– To nie wymagaj, bym zapomniała o Seledynie, tak jak ona wymaga.

– Dobrze. Ale pamiętaj, że to nie był koniec świata... tylko jeden głupi facet.

Czerń zesztywniała. Z jakiegoś powodu wiedziała, że brat to powie, lecz znowu nie umiała powstrzymać gniewu. Nie potrafiła rozdzielić teraźniejszości od wspomnień.

– Wyjdź – zażądała.

Szarak nie ruszył się ani na milimetr.

– Wyjdź! – powtórzyła dobitnie.

Nagle świat dookoła niej oszalał. Ściany mieszkania zamieniły się w setki czarno-białych filmów. Widziała siebie, widziała Seledyna. Widziała pierwszy dzień, który z nim spędziła. Widziała ostatni.

Zobaczyła też mnóstwo innych wydarzeń. Pogrzeb dziadka. Kłótnie rodziców, kiedy wyszło na jaw, że Bezbarwny ma kochankę. Potajemne schadzki matki z innymi mężczyznami. Jak potem zmieniała mężów, niczym znoszone buty, po kolei będąc Srebrną, Złotą i Platynową Damą, aż wreszcie stała się nieskazitelnie Biała. Wszystkie związane z jej karierą podróże. Liczne przeprowadzki po krajach Europy, wreszcie przyjazd do Chin. Dzień, w którym Czerń i Turkus wyprowadzili się z domu.

To było istne Mugen Jigoku. Piekło nieustającego cierpienia.

Czerń musiała przestać patrzeć. Spróbowała skupić wzrok na jednej rzeczy. Turkus wciąż był w pokoju. Po jego policzkach spływały ciemne łzy, a z boku szyi wyrosła gula bladej tkanki, powoli przybierająca kształt kobiecej twarzy. Wypranej z emocji, pozbawionej ludzkich cech, takich jak bruzdy na skórze czy pory; wygładzonej do granic możliwości, jakby z Photoshopa miała zaraz trafić na okładkę dowolnego zinu o modzie.

Czerń znała tę twarz.

– Okaasan… – wyszeptała.

– Nie dajesz mi wyboru, Ayano – stwierdziła z ostentacyjnym żalem Biała Dama. – Co za wstyd!

– Przepraszam, przepraszam – załkała wciąż obecna głowa Turkusa. – Chciałem tylko pomóc.

– Zmówiłeś się z nią przeciwko mnie! – przypomniała sobie Czerń. – Jak mogłeś?

– Obiecała, że nie zamknie cię w domu wariatów. Że pójdziesz do tej kliniki, o której…

Z poskręcanego ciała brata wyrosła kolejna głowa – rodem z jakiejś reklamy – o nienaturalnie połyskliwej, nieskazitelnej skórze, porażająco białych zębach i całkowicie pustym spojrzeniu.

– Zapraszamy do poradni Psyche. Dla nas to ty i twoje potrzeby jesteście najważniejsi. Oferujemy całkowicie nieinwazyjną metodę modulacji ośrodkowego układu nerwowego. Najnowsza europejska technologia! Nie musisz już przyjmować leków psychoaktywnych, by poczuć się szczęśliwym! Nasza metoda jest w stu procentach skuteczna! Bez efektów ubocznych, bez uzależnień, bez recepty! Psyche oferuje państwu szczęście bez ponoszenia zbędnych kosztów emocjonalnych. I to w atrakcyjnej cenie…

Oszołomiona Czerń zamknęła na chwilę oczy. Gdy otworzyła je ponownie, trzy ociężałe głowy nosiły zielone kapelusze i wciąż chwiały się na rachitycznych szyjach, przekrzykując nawzajem:

– Będzie dobrze – zapewniał Turkus. – I tak nigdy dupka nie lubiłem.

– Rozumiesz, że… – wtrąciła Biała Dama.

– Zadzwoń już teraz! – krzyknął bot reklamowy.

Bała się.

Nie wiedziała, co robić.

Zatkała uszy, zamknęła oczy i spróbowała wyprzeć osaczające ją obrazy. Na niewiele się to zdało. Wrzaski wciąż penetrowały mózg, wizja trójgłowego potwora przebijała zaciśnięte powieki.

 – Zobaczysz! Będzie dobrze.

– Musisz mnie słuchać!

– Nasza oferta!

– Dobrze!

– Słuchać!

– Oferta!

– Będziesz! – zaskrzeczeli w trójgłosie.

Czerń zaczęła krwawić z oczu. Jej ciałem wstrząsnęły gwałtowne konwulsje, wymiociny wezbrały w gardle. Przez pewien czas, który zdawał się wiecznością, wymiotowała na podłogę i własne, wsparte o nią dłonie. Aż nagle ponad oszalałym tercetem przebił się zdecydowany głos, jednym słowem ucinający cały ten harmider:

– Dosyć!

Uniosła powieki. Wydawało się, że wszystko wróciło do normy. Tylko Turkus zniknął, a ona wciąż czuła metaliczny posmak krwi w ustach. I coś jeszcze.

Silne ręce trzymały ją za ramiona.

– Seledyn – wyszeptała.

***

Ayano zaczęła się zachowywać dziwnie, gdy tylko puścił jej rękę. O ile można tak określić zachowanie kogoś, kto spędza swoje życie, lunatykując w rozszerzonej rzeczywistości.

– Dobra… – wymamrotała, kierując wzrok gdzieś ponad jego ramieniem.

Trudno było powiedzieć, co widziała przez soczewki. W pewnym momencie jednak coś musiało ją rozgniewać, bo wykrzywiła twarz w upiornym grymasie, a potem zaczęła bełkotać.

Qing wyciągnął ręce, lecz Ayano odepchnęła je, wpadając w jeszcze większą złość. Nie krzyczała, nawet nie mówiła za dużo, jej gniew dało się wyczytać tylko z mimiki twarzy i ospałych gestów. Wrażenie było upiorne.

– Ayano! – Wystraszony Qing znowu zbliżył się do niej, lecz uciekła kilka kroków do tyłu.

Potem zaczęła chodzić w kółko, aż w końcu zatrzymała się, pochylając plecy i zwymiotowała gwałtownie.

– Dosyć! – Złapał ją za ramiona.

Dosyć tego całego leczenia, powtórzył w myślach.

Tymczasem Ayano, wchodząc w kałużę u swoich stóp, uśmiechnęła się i przytuliła do niego.

***

Nie mogła uwierzyć, że nie znikał. Że mogła go normalnie dotknąć.

– Nie jesteś duchem? – musiała się upewnić.

– Jestem prawdziwy – odparł Seledyn. – To znaczy na tyle, na ile można być tutaj prawdziwym. – Omiótł pomieszczenie wzrokiem. Coś w jego spojrzeniu sugerowało, że dostrzegał więcej niż tylko szare ściany. – Złośliwe oni były moimi kopiami. Wypranymi ze świadomości… Morfik tworzył je dla ciebie.

– Morfik? – Czerń zdębiała. – Jak?

– To… skomplikowane. Jego SI wykryło mnie jako pierwsze.

– Czekaj. – Uwolniła się z objęć Seledyna. – Kim… Czym ty właściwie jesteś?

– Zwykłym cieniem – odpowiedział gorzko. – Umysłem wpisanym do kodu. Zanim umarłem, wgrałem na twoje augumenty prototyp siebie, czyli właściwie… mnie. Nie przewidziałem tylko, że po modyfikacjach będę funkcjonować jako byt niezależny, taki pasażer na gapę. Bezsilnie oglądałem twoją rozpacz po moim… Po jego odejściu. Przepraszam za to wszystko. – Kiedy przyciągnął ją do siebie, poczuła ciepły oddech tuż przy uchu. Oddech zakodowanego umysłu? To wszystko było takie pogmatwane. – Dopiero po wpięciu do senjawy stałem się bardziej… funkcjonalny. Na tyle, żeby spróbować cię wyciągnąć. Stąd cały chaos.

W pokoju zapadła cisza.

– Daj mi moment na zastanowienie. – Czerń delikatnie odsunęła od siebie Seledyna. Natłok informacji, zamiast rozwiać wątpliwości, tylko powiększył mętlik w jej obolałej głowie. – Czyli byłeś tutaj… gdziekolwiek to przeklęte miejsce się znajduje… cały czas?

Seledyn wyraźnie posmutniał.

– Byłem.

– Dlaczego nie pojawiłeś się od razu?

– System śledzenia błędów znalazłby mnie i wykasował. Nawet teraz ryzykuję, choć nauczyłem się ukrywać swoją obecność.

– Po co? – To było pierwsze pytanie, które przyszło jej do głowy. Zawahała się jednak, nim je wypowiedziała. Jakby mogło zabrzmieć niewdzięcznie.

– Mówiłem już. Żeby cię stąd wydostać. Zabrać do domu.

– Stąd… czyli skąd? – ledwie skończyła mówić, przed oczami mignęły jej wyszczerzone zęby bota reklamowego. – Psyche Clinics… – wyszeptała.

Europejska firma, którą upodobał sobie jej brat.

– Dokładnie. – Seledyn skinął głową.

Nagle Czerń poczuła się słabo.

– Wielki Buddo… – Przysiadła na piętach i wsparła dłonie o kolana. Jeśli dobrze zrozumiała wywód Seledyna, była we wnętrzu własnej głowy. Nic dziwnego, że wzięła to miejsce za piekło. – Czy ja…? – nie potrafiła dokończyć pytania.

Czy uprawiała seks z kupą żelu sprzątającego? Albo jakimś kodem odpowiadającym za sprzątanie kliniki? Na samą myśl chciało jej się znowu rzygać. Dobrze, że nie miała czym.

– Spokojnie, oddychaj. – Seledyn położył jej dłoń na ramieniu.

– Gdzie jest Morf?

– System go odesłał. Technicy już wiedzą, że coś jest nie tak. Dlatego musimy się spieszyć.

– Spieszyć? – powtórzyła za nim. Jej myśli były jedną wielką plątaniną wątpliwości. Zadarła głowę. Jasnozielone oczy patrzyły na nią z wyczekiwaniem. – Co muszę zrobić?

– Zostaw wszystko mnie. – Seledyn uśmiechnął się pokrzepiająco, nie odrywając dłoni od jej ramienia. – Musisz się tylko rozluźnić.

Nagle ogarnęła ją senność. Czerń ziewnęła.

– Czekaj! –  Potrząsnąwszy głową, próbowała rozwiać gęstniejącą w umyśle mgłę. – A co z tobą? Nie chcę…

Nie chcę znowu być sama, zdążyła dokończyć myśl, nim zapadła w głęboki sen.

***

Do pomieszczenia weszła kolejna osoba.

– Co ty tu robisz? – pytanie było zadane tonem, który nie pozostawiał wątpliwości, jakie uczucia żywił przybysz do Qinga.

Aoi szczerze go nienawidził.

– To mąż nie może już odwiedzić własnej żony? – zripostował Qing.

Uczucie niechęci było wzajemne.

– Dziwi mnie, że w ogóle śmiesz się nazywać jej mężem – wycedził Aoi, zamykając za sobą drzwi. Górował nad szwagrem, jak na Japończyka był niespotykanie wysoki.

– Widzę, że ciągle się malujesz – zauważył sarkastycznie Qing, spoglądając prosto w twarz chłopaka. Nie zamierzał się przed nikim tłumaczyć, a już na pewno nie przed sfrustrowanym dwudziestoparolatkiem, który nosił makijaż, by wyglądać jak jakaś idiotyczna postać z anime.

– Ty też się nie zmieniłeś, ni-san – odparł Aoi, a po dłuższej chwili dodał: – Wciąż mieszkasz z tą kobietą?

Milczenie musiało mu wystarczyć za odpowiedź.

– No tak. Bycie samotnym to ujemne punkty. Rozwód też. Godne podziwu.

Brat Ayano nie miał racji. Nie całkiem. Gdyby nie to, co zrobiła jego siostra, już dawno byłoby po wszystkim. Qing przystąpiłby do egzaminu małżeńskiego i postarał się nie zdać, choć odcisnęłoby to ogromne piętno na jego dumie i reputacji – oblanie testu ze znajomości własnej żony – by dostać od urzędnika zgodę na rozwód. Punkty nie miały tu jednak decydującego znaczenia. Przecież nie był potworem.

– Nie rozumiem, dlaczego przyszedłeś – ciągnął Aoi.

To zaczynało być już irytujące. Zdaniem Qinga, kiedy mężczyzna maluje sobie usta na niebiesko, używa mangowych soczewek i nosi kolczyki w uszach, nosie, a nawet brwiach, nie powinien kwestionować niczyich decyzji. Zwłaszcza gdy jeszcze nie zakłada rodziny i gówno wie o życiu.

Mimo to Qing próbował załagodzić rozmowę:

– Chciałem wiedzieć, co się dzieje z Ayano. Wiesz, że zwymiotowała, kiedy tam byłem? – Wskazał ręką na przezroczysty ekran komory psychowizyjnej.

Bariera zajmowała całą ścianę ciasnego pomieszczenia obserwacyjnego. Po drugiej stronie znajdował się typowy pokój bez klamek – żadnych okien, białe, miękkie obicia i samotna lampa pod sufitem. Tylko łóżko Ayano było dziwaczne. Leżała na nim albo raczej wewnątrz niego, jak pisklę w skorupce jajka, które ktoś wydrążył po bokach i wyłożył żelowym materacem. Biała osłona rozciągała się wokół i nad głową nieprzytomnej kobiety, a otwory pozwalały na dostęp do środka. Korzystając z tego, znajomo wyglądająca neurotechniczka doprowadzała ubrudzoną Ayano do porządku.

Aoi spojrzał na górę poplamionej piżamy, którą tamta ściągała z jego siostry. Spochmurniał.

– Może zrobiłeś coś nie tak?

– Nic nie zrobiłem – wycedził Qing. – To przez to całe pseudoleczenie. A nie zapominaj, że potrzebujecie na nie mojej zgody. Ty… i ta wasza mamusia.

Na wspomnienie rodzicielki chłopak zacisnął zęby i uciekł wzrokiem. Trudno się dziwić. Stara Riko była istną potworzycą – poskładanym z implantów, wypełnionym botoksem i silikonem, obciągniętym wyhodowaną w labach skórą japońskim bakemono.

– Dobra, pójdę po nią – ustąpił Aoi, wskazując głową na techniczkę za ekranem komory.

Parę sekund później wrócił z kobietą do pomieszczenia obserwacyjnego. Liu Lang na żywo sprawiała wrażenie jeszcze bardziej zmęczonej niż podczas rozmowy videofonicznej.

– Co z Ayano? – zapytał szorstkim tonem Qing. Nie miał zamiaru bawić się w zbędne uprzejmości.

– Nie grozi jej żadne niebezpieczeństwo – odparła Liu. – Gdy ktoś ingeruje w senjawę, może dojść do niezgodności odbieranych przez zmysły bodźców. Sygnały z błędnika kolidują z sygnałami wzrokowymi, co prowadzi do mdłości. Podobnie jak w chorobie lokomocyjnej.

Aoi posłał wymowne spojrzenie szwagrowi, lecz Qing nie był wcale przekonany. Od kiedy chwycenie za rękę mogło namieszać komuś w głowie? Wywoływać panikę i wymioty? Dlaczego zresztą pracownicy kliniki nie ostrzegli go wcześniej?

Chciał o to wszystko zapytać, lecz brat Ayano był szybszy.

– Co się z nią dzieje? Co teraz widzi?

– Proszę dać mi chwilę – odpowiedziała techniczka i dotknęła ekranu komory.

Kiedy poruszała dłońmi, na jej soczewkach wyświetlały się obrazy. Nic konkretnego. Wielobarwny misz-masz, z którego gołym okiem nie dało się wyłowić żadnego sensu.

– Zaczęła się faza końcowa scenariusza – oznajmiła w końcu.

– I co to ma niby znaczyć? – Qing zbliżył się do ekranu i dotknął przezroczystej bariery, nie odrywając wzroku od twarzy żony. – Końcowa, czyli mogę z nią porozmawiać?

Liu popatrzyła na mężczyznę rozświetlonymi kolorowo oczyma.

– Teraz? Nie. Podczas uśpienia zmysły działają wybiórczo, a wszystkie bodźce zewnętrzne są wplatane do scenariusza. Albo, gdy nie jest to możliwe, kontekst ulega zmianie. Poza tym percepcja czasu w senjawie odbiega od…

– A może tak po ludzku? – zirytował się Qing. Powoli tracił cierpliwość.

Techniczka odchrząknęła.

– Wszystko, co jak dotąd zrobił pan w komorze, mogło w ograniczonym zakresie przeniknąć do psyche. Chociażby jako reklama odgrywana gdzieś w tle senjawy. Czyli, prościej rzecz ujmując, jako coś mało znaczącego. Z kolei czas płynie tam po prostu inaczej.

Qing spojrzał na nieruchomą postać Ayano.

– A co z moim dotykiem…? – nie umiał się zmusić do dokończenia pytania.

Wyglądało jednak, że Liu zrozumiała go bez problemu.

– Chwileczkę. Muszę połączyć się z Morfeuszem. – Znowu dotknęła ekranu, a kolory jej oczu zawirowały w szaleńczym tempie. – Pierwszy dotyk... Dotyk pańskich dłoni… to była miska z gorącym ramenem.

Co? Qing zdębiał. Był dla Ayano ciepłą zupą?

Za jego plecami Aoi parsknął śmiechem. Wesołość chłopaka szybko jednak zniknęła, gdy techniczka wymieniała kolejne wcielenia Qinga.

– Ayano pomyliła go ze mną? – spytał z niechęcią Japończyk.

Liu potwierdziła krótkim skinieniem głowy.

– Moment… – wtrącił Qing. – A kim jest Morfeusz?

Aoi odpowiedział za techniczkę:

– Patrzysz na niego. – Wskazał dziwne łóżko.

***

W ciemności rozbrzmiewały głosy.

– Zdradziłem cię – mówił jeden z nich.

To musiał być jej brat. W końcu oboje ją zdradzili – Turkus i Biała Dama. Tyle że brzmiał jakoś inaczej, niż zapamiętała.

– Ale próbować się zabić? Przeze mnie? Nie jestem tego wart.

To już nie miało sensu.

– To nie ma sensu.

No właśnie!

– Czy mogę poprosić panią na chwilę? – Mówiący się zmienił. Teraz brzmiał dokładnie jak jej brat.

– Oczywiście, już idę – odpowiedziała jakaś kobieta.

Trwało chwilę, nim Czerń skojarzyła głos Ochry.

– Nie słuchaj ich wszystkich – a ten rozpoznała bez trudu – tylko ja naprawdę cię kocham.

To był Seledyn.

***

– Martwy?! Zabiła mnie? Czy to nie lekka przesada?

– Do tego doprowadziły kolejne iteracje scenariusza – tłumaczyła beznamiętnie Liu. – W pierwszej Morfeusz powtarzał wydarzenia z jawy. W kolejnych zaś podświadomość pacjentki wybrała inny… rozwój wypadków.

Qing z trudem przełknął ślinę. Nie mógł w to wszystko uwierzyć. Ayano wolała wierzyć, że umarł, niż że ją zdradził?

– Czyste szaleństwo.

– Pańskie obawy są zrozumiałe – podjęła Liu – ale zapewniam, że…

– Nie. Usłyszałem wystarczająco dużo.

– Zaczekaj – poprosił stojący za nim Aoi.

– Nie – powtórzył Qing. – Koniec z tym cyrkiem.

Niestety chłopak tak łatwo nie dał za wygraną. Liu obserwowała ich w milczeniu, gdy się sprzeczali.

– Proszę wybaczyć – Qing w końcu zwrócił się do neurotechniczki – ale chcielibyśmy porozmawiać na osobności.

– Oczywiście. – Liu skłoniła się lekko i bez ociągania opuściła salę.

Tymczasem Aoi zaczął się uspokajać. Z każdym oddechem iskry w mangowych oczach przygasały, a rumieńce na policzkach bladły.

– Zgodzę się na wybudzenie, ale pod jednym warunkiem – poważny ton głosu nie pasował do jego młodzieńczej, ostro umalowanej twarzy.

– Jakim? – zapytał Qing.

– Zostawisz tamtą kobietę. Zapomnisz o niej i nigdy nawet nie wspomnisz jej imienia.

– I co to zmieni?

– Dla Ayano – cały świat.

– Ayano już nie wie, kim jestem!

– Nigdy nie wiedziała.

Obaj umilkli.

Qing zdawał sobie sprawę, jak wyidealizowane mniemanie miała o nim żona. To był jeden z wielu powodów, dla których szczerość rzadko gościła w ich rozmowach. Nigdy jednak nie podejrzewał, że Aoi też jest tego świadom.

– Lepiej zastanów się – chłopak popatrzył Qingowi prosto w oczy – co zrobisz, kiedy się obudzi. Chcesz, żeby znowu przez to wszystko przechodziła?

– A ty chcesz ją dalej oszukiwać?

Aoi umilkł. Przebiegł wzrokiem po wnętrzu komory.

– Mamy w domu takie powiedzenie – podjął moment później. – Juunin tooiro, dziesięciu ludzi, dziesięć kolorów… Każdy jest inny. I może ci się to nie podobać, ale według mnie Ayano właśnie tego potrzebuje.

Nie, zaprzeczył w duchu Qing. Znał Ayano na tyle, by wiedzieć, że nie chciałaby takiego życia. Teraźniejszości bazującej na wirtualnej przeszłości. Z drugiej strony...

Popatrzył na bladą twarz nieprzytomnej żony.

...czy mógł być czegokolwiek pewnym? Nawet nie podejrzewał, że ona… Że mogła... Że zrobi sobie krzywdę. Więc co, jeśli Aoi miał rację? Jeśli potrzebowała tej dziwnej senjawy, by wydobrzeć? Albo kojących kłamstw, aby w ogóle żyć? W końcu wymyśliła sobie człowieka, który nigdy nie istniał. A może to ta dziwna maszyna go dla niej stworzyła?

Qing ze złością stwierdził, że nie umie sobie odpowiedzieć.

– Idź po tę całą Lang – rozkazał szwagrowi.

Japończyk skinął głową i nie oglądając się za siebie, ruszył do wyjścia. Tymczasem Qing zbliżył się do ekranu. Własne odbicie spojrzało na niego z gładkiej powierzchni. Jego oczy wyglądały dziwnie. Wyrażały jawną niechęć i były… zielone? Mężczyzna potrząsnął głową. Popatrzył znowu.

Tym razem wszystko się zgadzało. Jak większość Chińczyków miał ciemne oczy, choć kiedyś rzeczywiście nosił jasnozielone soczewki. Pierwszy raz w życiu oszukał Ayano, twierdząc, że to naturalny kolor. W ich małżeństwie zieleń nie znaczyła więc harmonii i dobrobytu. Raczej jak w tym starym przesądzie z zielonym kapeluszem...

Oznaczała zdradę.

***