Wydawca: Bartek Biedrzycki Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 113

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Fenix Antologia 4/2018 - zespół

Specjalne wydanie Fenixa Antologii z okazji pierwszego przyznania nagrody "Fawkes dla książki z cienia" 2018 dla cyklu "Upiór południa" Mai Lidii Kossakowskiej.

Spis treści

Opowiadanie

Maja Lidia Kossakowska – Smak kurzu

 

Publicystyka

Redakcja – Kto, co i po co

Krzysztof Sokołowski – Książka z cienia 2018

Marek Oramus – Stany wewnętrzne

Opinie o ebooku Fenix Antologia 4/2018 - zespół

Fragment ebooka Fenix Antologia 4/2018 - zespół

CzytaszelektronicznąwersjęmagazynuFenixAntologia4/2018

Wersjatapozbawionajestgrafikidostępnejtylkowwersjidrukowanej.

Abyzaopatrzyćsięwwersjępapierową i poprzednie numery,odwiedźstronęhttp://fenix-antologia.pl

FENIXANTOLOGIA4/2018

Opowiadaniepolskie

Maja Lidia Kossakowska–Smak kurzu

Publicystyka

Redakcja – Kto, co i po co

Krzysztof Sokołowski–Książka z cienia 2018

MarekOramus-Piątepiwo–Stany wewnętrzne

Redakcja

JarosławGrzędowicz–honorowyrednacz

AndrzejŁaski–logo

BartekBiedrzycki–redaktornaczelny,ilustracje

LewKor–okładka

KrzysztofSokołowski–prozapolska

FenixAntologiawydawanyjestprzez

GniazdoŚwiatów–imprintwydawnictwa

timoficisiwspólnicy

GórnaDroga10/301

02–495Warszawa

ISBNwydaniaelektronicznego978-83-951671-2-6

Redakcja–Kto, co i po co

Nagrody środowiskowe zawsze budzą wątpliwości. Wątpliwości zawsze budzi czystość intencji: czy to nagradzający lansują nagrodzonego, czy lansują się nagrodzonym? Wątpliwości zawsze budzi proces nominacji, jeśli w ogóle istnieje – dlaczego na liście są „ich” nazwiska, nie „nasze”? Wątpliwości budzą wreszcie laureaci, od których zawsze są godniejsi, dostojniejsi, lepsi i mojsi.

Fandom i nagrody „fantastyczne” są tylko potwierdzeniem tej reguły. I więcej: ciężka ręka fandomu, jego rażące bezguście oraz totalny brak poczucia humoru tylko wyostrzają problem. „Zajdel” kłamstwami stoi: ani to „nagroda fandomu”, skoro głosuje na nią kilkaset osób z tysięcy aktywnych „fandomitów”, ani nagroda dla tego, co „najlepsze”, skoro o „najlepszości” decyduje... głosowanie. Kto się czym lansuje i dlaczego, to też widać na pierwszy rzut oka. Nagrodą rządzą ci, którzy „po kapuścińskiemu” mają „dojście do ucha” cesarzowej. Z uroczej pani Jadwigi zrobiono wdowę narodową, odpowiadającą żywotnym potrzebom całego fandomu, wdowę narodową na skalę jego możliwości, otwierającą oczy niedowiarkom, naszą, przez nas powołaną... i tylko mieć nadzieję, że to nasze ostatnie słowo. Akcydentalni laureaci ni z pierza, ni z mięsa czują się zaszczyceni i docenieni wyłącznie na zasadzie odruchu Pawłowa i nikt już nawet nie udaje, że „Zajdel” ma jakiekolwiek znaczenie praktyczne. Nikt też nie podważa zasadności jego istnienia i – co najgorsze - nie proponuje sanacji. Jest dla fandomu tym, czym Pałac Kultury dla Warszawy: z lekka obrzydliwą żenadą, ale tak wrośniętą w tradycję, że tylko machnąć ręką.

Będzie stał i stał, psując linię nieba i przytłaczając współczesne wieżowce, póki się sam nie zawali.

„Żuławski”, poufale (jeśli nie lekceważąco) zwany po prostu „Żuławiem”, inną drogą dochodzi do tego samego punktu. Wprawdzie jest bez wątpienia godny, wprawdzie jest jak to tylko możliwe obiektywny, wprawdzie angażuje i fandom (przez elektorów) i poważne kręgi naukowe, wprawdzie kończy się nie tandetną „galą”, lecz godnym przyjęciem, podczas którego akademicy dyskutują uczenie przy bułgarskim białym winie w plastiku oraz krakersach z Biedronki z łososiem też z Biedronki na zagrychę, ale w gruncie rzeczy na jedno wychodzi. Zero praktycznego znaczenia, wielki świat przemyka obok nie odnotowując eventu i tylko kilka osób przez kilka chwil ulega złudzeniu, że czegoś dokonały. Że coś znaczą. No to miłych złudzeń.

Śląkfa? Kiedyś, w tandemie ze „Złotym Meteorem”, miała przynajmniej tyle siły, by dało się nią załatwić jakieś partykularne interesy. Dziś jest jak żabia noga: odpowiednio podrażniona nadal się rusza, choć żabę właściwą dawno diabli wzięli.

Coś jeszcze? Aha, oczywiście. „Reflektor” Nowej Fantastyki (a więc nie fandomowy) w założeniu ma dużo sensu. Nie kryje subiektywizmu, jeśli go spytać, komu jest przyznawany, plącze się w zeznaniach (co jest dowodem pewnej koniecznej elastyczności) i może nawet do czegoś by się komuś nadał, gdyby nie fatalna realizacja. „Reflektor” ma – po nowofantastycznemu i fandomowemu – zero seksu, zero poczucia humoru i jest dokładnie tak atrakcyjny, jak jesienna mżawka. Plącze się po wydarzeniach, a każde go lekceważy; na „ceremonię przyznania” nie fatygują się już nawet krewni i znajomi Królika.

Nagroda Fenixa: „Fawkes dla książki z cienia” nie zamierza ani walczyć z sytuacją zastaną, ani jej ratować. Ma ambicję wyłącznie bawić. Oczywiście trzymając możliwie wysoki poziom zabawy – to taka nasza „nowa świecka tradycja”. W szczególności:

1. Jest nagrodą nie dla autora, lecz dla książki.

2. Jest nagrodą dla książki według współczesnych kryteriów starej. Tegoroczny „Fawkes” przyznany został książce, która w przyszłym roku obchodzić będzie dziesięciolecie wydania, a wciągu tych dziesięciu lat nie miała wznowień i dziś jest już doskonale zapomniana. Gdyby było inaczej, nie byłaby przecież „książką z cienia”, prawda?

3. Przyznaje ją ciało anonimowe, ukryte pod ksywką „redakcja Fenixa”, a kryteria są uznaniowe i tak subiektywne, jak to tylko możliwe. Z obfitego zbioru fantastycznych tytułów literacko wybitnych, które przez tę wybitność nie przebiły się „do fandomu”, „Fawkesa” dostaje ten tytuł, a nie dowolny inny, BO TAK.

Konia z rzędem komuś, kto wydedukuje z tego, że ktoś na naszej nagrodzie ugra cokolwiek praktycznego lub choćby ambicjonalnego. To się nie da zrobić. Przy okazji „Fawkesa” można się tylko rozerwać, a rozrywka to coś, czego fandomowi rażąco brakuje. Stąd zresztą poniekąd nazwa: święto Guya Fawkesa, od dawna obrane ze wszystkich znaczeń historycznych, a współcześnie konotujące wolność na granicy anarchii (a nawet poza granicą, co z tego?), jest karnawałem. Oby nasz karnawalik rósł w siłę, oby żyło mu się dostatniej. Żeby, jak zupełnie inny i całkowicie nieprzypadkowy Fawkes potrafił po każdym pożarze od nowa to bordello puszczać w ruch.

Wciskamy się na chama w tradycję I CO PAN NAM ZROBISZ?

Redakcja Fenixa

Maja Lidia Kossakowska – Smak kurzu

-Gulistan- mówi- to ogród róż,

W ogrodzie- mówi- strumienie.

Róże? Na skronie- mówi- róże włóż,

Strumienie- mówi- to cienie.

„Bal u Salomona” Konstanty Ildefons Gałczyński

Kiedy klęczysz na piasku z lufą rewolweru wepchniętą głęboko w usta, czujesz przez materiał spodni najdrobniejsze kryształki kwarcu wrzynające się w kolana. Powietrze ma smak żelaza i soli. Niebo w kolorze wypranego jeansu lśni kryształowo, a gołębie niepokoju krążą tuż nad twoją głową, śpiewając „hosanna”. Świat rozmazuje się i drga wymalowany barwami pieprzonego Van Gogha, a ty wiesz, że nic już nie będzie tak samo jak kiedyś.

Przed tobą stoi wielki, czarny niczym zbiornik na deszczówkę facet z gębą jowialnego pastora z opakowania „Posiłku kwakra”. Przypomina doktora Doolittle według rysunku autora, ale w topornej, kwadratowej dłoni, zamiast uratowanej z opresji morskiej świnki ściska kolbę największego colta jakiego widziałeś w życiu.

Reszta colta kaleczy ci właśnie podniebienie i uporczywie próbuje wepchnąć się do gardła. Czujesz, że za chwilę się zrzygasz, jak w dziecięcych czasach, w gabinecie laryngologa.

Klęcząc z rękami związanymi na plecach, słyszysz dżdżownice czołgające się pod ziemią i muzykę sfer niebieskich. Szuranie wielu par zdartych zelówek i skupione, pełne namaszczenia oddechy pozostałych mężczyzn.

-Alleluja!- trąbi kwakier nosowym głosem tukana- Bracia, zgromadziliśmy się tutaj, żeby pozbyć się szatańskiego pomiotu! Mocą patriarchów i proroków, zmieciemy go oto z powierzchni ziemi. Zepchniemy w cuchnące głębie piekła! Strącimy do najgorszych otchłani!

Tłumek pomrukuje z aprobatą, znów szura nogami, jakby to była istotna część rytuału.

Beczkowaty Doolittle uśmiecha się triumfalnie. Porusza nieco bronią, lufa szoruje ci o zęby. Jego wielkie, czerwone łapy przywodzą na myśl gotowane kraby. Segmentowane, zrogowaciałe pancerze skóry, pokryte wypustkami krótkich, ciemnych włosków.

Ręce boga.

Próbujesz przełknąć ślinę, ale tylko nerwowo drga ci grdyka, jakby metalowa śmierć w ustach wyssała całą wilgoć z twego serca. Oczy też masz suche. Rozszerzone, błyszczące, wpatrzone w wieczność za plecami kwakra.

-Chwalmy Pana!- wrzeszczy ktoś z tłumu.

-O tak! Zaprawdę!- podchwytuje krabioręki bandyta, który zamierza zepchnąć cię w infernalną ciemność- Chwalmy Pana, albowiem dzięki Jego łasce wytropiliśmy między nami pomiot żmijowy!

Jezu, pomiot to chyba jego ulubione słowo. Pewnie powtarza je częściej niż „dobranoc”, albo „poproszę jeszcze dwa piwa”.

-Bracia! Oczyśćmy nasze dusze! Wyrzeknijmy się Złego! Mocą Jozuego i Mojżesza! Mocą Habakuka i Izajasza, odeślijmy tę wrażą istotę do Piekieł!

Raczej mocą Smith&Wessona. Albo Samuela Colta. Albo innego natchnionego świętego męża od kul i prochu.

Znowu twoja grdyka przeładowuje się na sucho, glyk, glyk. Nagle wydaje ci się bardzo ważne, żeby przypomnieć sobie nazwę i model rewolweru. Chryste, co to jest? Colt Python? Peacemaker? Navy? Było chyba coś takiego. Rozpaczliwie obracasz w głowie te słowa, jak nadzieję na ocalenie, jak zaklęcie, jak modlitwę. Prawdziwe imię da ci magiczną władzę nad każdym. Nawet kawałkiem pieprzonego, zabójczego metalu. W każdym razie Valerie tak twierdzi.

Do diabła, możesz się przynajmniej dowiedzieć, jak się nazywa narzędzie, którym cię właśnie zabijają, co?

-Odejdź czarci pomiocie i nie nękaj już nigdy ludzkich dusz słabych i trwożnych!- grzmi tymczasem kwakier- Apage! Wypędzam cię! Odganiam od naszej wspólnoty!

Co to, jasełka są? „Egzorcysta” część ósma? Boże Święty, naprawdę to zrobi! Zrobi, posraniec jeden! Odbiło mu na poważnie.

Zaczynasz się trząść. Zęby dzwonią o metal jak loretańskie dzwonki. Słyszysz jak serce między twoimi żebrami zatrzymuje się na chwilę, a potem wali na alarm. W skroniach krew zasuwa rwącą rzeką. Jeszcze moment i trzaśniesz na zawał.

-Alleluja!- ryczy doktor Doolittle.

-Alleluja!- podchwytują ochoczo zgromadzeni.

A ty wiesz już, co zaraz nastąpi.

Klęczysz na piasku, z rękami związanymi na plecach, a w ustach masz chłodną gładkość lufy.

Słyszysz dżdżownice czołgające się w głębi ziemi i zgrzyt sfer niebieskich nad tobą.

I modlisz się, żarliwiej niż kiedykolwiek w życiu.

Modlisz się o cud.

Ale, niestety, chłopie. Popyt na cuda zawsze przewyższał podaż.

Więc czerwone szczypce kraba naciskają spust i wielki, gruby pocisk prześlizguje się po twoim języku a potem wylatuje z połową potylicy, rozpieprzonymi kręgami, miazgą z kości, skóry i mięsa, oraz całym tym gównem, które masz w głowie.

To tyle, jeśli chodzi o cuda.

Umierasz. Właśnie tak to wygląda.

Alleluja!

-Znowu to zrobiłeś. Dałeś się załatwić jak dzieciak, Robin. Spieprzyłeś sprawę i tyle. Zawsze wiedziałam, że z ciebie nie będzie krztyny pożytku. Nieudacznik. Bękart. Głupi, męski palant. Cienias bez jaj.

Miłe powianie, co? Ale typowe.

Valerie przeciąga się w pudełku po ołówkach, ziewa bezwstydnie, nawet nie zakrywając ust. Pokazuje długie, cienkie zęby drapieżnika. Bardzo nieludzkie zęby.

Hałas mi szkodzi. Światło też. Głowę mam całą poskładaną z lepkich, kanciastych kawałków. Dobra, wygląda jakby była cała, ale wszyscy wiemy, że przed chwilą rozprysła się niczym rozdeptany arbuz. W środku mieszka ból i oślepiająca jasność, pozostałość po pocałunku rewolweru. Muszę spać. Sen poskleja czaszkę, zmyje osad cierpienia, pozwoli mi jeszcze trochę nieżyć, pogrąży mnie w infernalnym mroku, wedle życzenia mego kumpla kwakra.

Gdybym potrafił mówić, wyjaśniłbym, gdzie najchętniej wsadziłbym fochy Valerie. Ale litościwy sen zamyka mi usta. I powieki. I ocalałe resztki mózgu.

Regeneracja. Długa regeneracja. Oto czego teraz mi trzeba.

-Robin! Palancie! Suczy synu! Dość się naspałeś! Spieprzyłeś wszystko o teraz masz zamiar się wylegiwać w resztkach gówna? I niby co? Myślisz, że ja na to pozwolę? Niedoczekanie!

Reszta ginie w niezrozumiałym bełkocie jakichś walijskich czy staro celtyckich przekleństw.

Valerie. Mój aniołek. Moja dobra wróżka. Elf o motylich skrzydełkach.

Znowu się wkurzyła. Okłada mnie pięściami i ciągnie za włosy. Typowe. Któregoś dnia kopnie w kalendarz w takim ataku szału. A wtedy wyrzucę ją przez okno, jak zdechłego owada. Nie mogę się doczekać.

Tymczasem naciągam kołdrę na głowę.

-Spadaj. Jestem zmęczony.

-Zmęczony?- turkusowe oczy Valerie robią się okrągłe z oburzenia- Coś podobnego! To już szczyt chamstwa! Marnujesz mój czas, dajesz się rozwalić, wracasz bez jednego, nędznego, krzywego skarbu i jeszcze ośmielasz się narzekać! Nie wierzę! No nie wierzę, Robin, ty durny bastardzie!

No i koniec ze spaniem. Teraz to i ja się wkurzyłem.

Siadam na łóżku.

-Mówiłem, że to idiotyzm. Ostrzegałem. Nie ma sensu wysyłać mnie do jakichś kretyńskich sekt. Wcale nie mają więcej potencjału, niż normalni ludzie. Ze zwykłego połowu wracam z lepszymi wynikami. Od takich posrańców tylko z rozwaloną głową. To wasza wina, że teraz przez kilka dni będę do niczego. Twoja i Connachta! I możesz mu to ode mnie przekazać, razem z serdecznymi powinszowaniami. Jeśli zdechniecie przez ten czas, to wiedz, że mało mnie to obchodzi. Ja przez was umarłem piąty raz! Piąty raz, Valerie! I o te cholerne pięć za dużo! A teraz znikaj! Wypad z baru i nie ośmielaj się wchodzić mi w oczy przed następną pełnią. Wynocha! Muszę się przespać.

Valerie jakby straciła rezon. Wraca na nocny stolik i siada na pudełku po ołówkach.

-Rany, Robin. Nie bierz tego tak bardzo do serca. Raz się udaje, raz nie. Jestem trochę porywcza i tyle. No, nie złość się. Wieczorem znów spróbujemy.

Jakim wieczorem? Durna laska. Nie wkroczę w przędzę snów przez dobry tydzień.

Boże, jak mnie głowa boli. Ściskam dłońmi skronie. To nic miłego paść na piach z rozwalonym łbem. Przysięgam, to wcale nie jest fajne. Nawet jeśli wiesz, że prawdopodobnie znów ożyjesz, boisz się jak diabli. Umiera się zawsze tak samo. Za każdym razem naprawdę.

Proszek. Gdzie ja położyłem proszki przeciwbólowe?

-Robin?

-Nie mów tak do mnie!- warczę wściekle- Nie tak mam na imię!

-Och, też coś. Wszyscy tak macie na imię- wydyma usta- Po waszym wspólnym, kosmatym, jurnym tatku, szanownym panie Goodfellow. Nie bzdycz się już, to nudne.

To właśnie jest najgorsze w fairies. Zachowują się jakby miały cyklofrenię z atakami co trzy minuty. Przed chwilą mnie opluła i skopała, a teraz cieszy pyszczek i wdzięcznie zakłada nóżkę na nóżkę.

-Wiesz jak się naprawdę nazywam, kwiatuszku. Inaczej nie miałabyś nade mną żadnej władzy. Nie musiałbym harować, żeby spełniać wasze idiotyczne zachcianki.

Valerie wybucha jasnym jak górski strumyk śmieszkiem. Jakbym opowiedział dobry dowcip.

-Jej, głuptasie. Jasne, że wiem. Ludzie są tacy niemądrzy. Ich nazwiska można przeczytać na każdym świstku papieru. Ale twoje drugie, prawdziwe imię, to najstarsze, zdradziła mi twoja mamusia. Dla dobra całego L’Autre Monde.

-A ja przeżywam właśnie le merveilleux breton, cudowności bretońskie. Podróże do krainy Fairies i podobne atrakcje.

-Przecież jesteś częścią Fairies. Zawsze byłeś- chichocze Valerie- Jesteś dzieckiem Tamtego Świata, mój biedny, głupiutki petit Robin.

Ano, ma rację. Inaczej nie byłoby jej tutaj. Inaczej nigdy nie mógłbym jej zobaczyć. Wróżki. Elfa. Cyklofrenicznej wiedźmy. Jak tam wolicie.

Valerie podrywa się z pudełka, trzepocze skrzydełkami.

-Rany, Robin! Która godzina?- potyka się o mój zegarek- Cholera! Pięć po dziewiątej! Czego nic nie mówisz!

Wzbija się w górę i pędzi w kierunku telewizora. Słyszę jak obija się po salonie niczym pijana ćma.

-Robin, ty piekielny kretynie! Gdzie pilot?! Zaraz się zaczną „Wichury miłości” a ty znów podziałeś gdzieś pilota. Doprowadzasz mnie do szału, zezwierzęcony bastardzie! No nie! Leży na kanapie! I jak ja go teraz podniosę, idioto?

Na szczęście pudełko środków przeciwbólowych czeka spokojnie w szufladzie stolika. Połykam wesołą, czerwoną kapsułkę. Wsuwam się pod kołdrę i próbuję złapać choć odrobinę snu. Wtedy proszki lepiej działają. W salonie Antonia nie może zrozumieć dlaczego Enrique tak bezlitośnie potraktował biedną Soledad. Valerie, jak zwykle, poradziła sobie z pilotem.

Valerie naprawdę jest elfem. Malutką istotką z motylimi skrzydłami i charakterem lady Makbet, która panoszy się w moim domu i uwielbia brazylijskie telenowele. Przecież to bajki, nie? A fairies kochają zmyślone historie.

Przybyła z rok temu, żeby wywrócić do góry nogami moje uporządkowane życie. Prawie mnie nie opuszcza. Myślę, że Connacht nie pozwala jej zbytnio się stąd oddalać. Czasami jednak na posterunku zastępuje ją Kryspin, Barnaba albo nudna jak śnięta ryba Viviana.

Valerie ma trójkątny, wąski pyszczek, najczęściej do złudzenia przypominający ludzką twarz, ale czasem obcy, jak maska upiora w chmurną noc. Mordkę widmowej łasicy pod cmentarnym kamieniem. Nie umiem tego inaczej opisać. Jej włosy są rude barwą jesiennych klonów a oczy zupełnie turkusowe. Przywodzą na myśl dwa czyste, martwe jeziorka na alpejskim stoku.

Valerie sepleni i udaje francuski akcent. Kiedy wpada w furię klnie w niezrozumiałym języku, zupełnie pozbawionym samogłosek. To chyba walijski bo pełno w nim jakichś „nn” , „gwn” i „mwr”. Lubi piwo, na które uporczywie mówi „cwrw”.

Ma wzrost i figurę mini lalki Barbie. W każdym razie takiej, jaką miewały dziewczynki w czasach mojego dzieciństwa. Kiedy oderwało się głowę takiej lalce, na końcu szyi pozostawała mała, gładka kulka, pozwalająca obracać się w różne strony różowej, plastikowej czaszce. Czasem, gdy mam ochotę urwać łeb Valerie, myślę, że na jej cienkim, magicznym karku zobaczyłbym podobną gałkę. Nadprzyrodzony, martwy mikrocefal z motylimi skrzydłami.

Ale Valerie wcale nie przyszła sama. To nie ona powitała mnie w pięknym, rozległym, pieprzonym L’Autre Monde, kiedy umarłem po raz pierwszy.

Niestety, wcale nie Valerie.

Connachta ujrzałem, kiedy przejechał mnie samochód. Wyszedłem późno z gabinetu, dzień miałem ciężki jak nagrobek z lastriko, więc wstąpiłem na drinka do „Bugatti”. Maleńki bar świecił w mroku nocy niczym porzucona choinkowa lampka. Na szczęście pan Tymoteusz, stały bywalec, spał już snem utrudzonego cieśli, z głową wdzięcznie opartą o stolik, więc nie zasypywał mnie mętnymi teoriami o wszechświatowym spisku bezimiennych „onych”. I cudnie. W pracy mam dość podobnego bełkotu. Wypiłem trzy„Chivasy”, niech tam, prywatna praktyka szła mi wtedy całkiem nieźle, a potem wkroczyłem w mgliste, listopadowe zimno, żeby przespacerować się do domu. Mieszkam ledwie kilka przecznic do „Bugatti”, taksiarze patrzą na mnie jak na zużyty kondom, jeśli ośmielę się wezwać do baru taryfę, więc zwykle wracam piechotą. Zresztą spacer przed snem to samo zdrowie, nie?

Moje słodkie, brzydkie miasto o tej porze trwało już w kompletnym letargu, jak odwrotny wampir. Nie świeciły nawet pojedyncze okna. Już po paru chwilach zmarzłem na kamień, więc klnąc pod nosem wydłużyłem krok. Echo odbite od ścian kamienic oklaskiwało szyderczo moje maratońskie wyczyny.

Facet w Mercu był chyba pijany, bo nawet nie przycisnął hamulca. Wielki, krawaciarski samochód wyskoczył zza rogu niczym szarżujący nosorożec. Takie też miałem szanse. Jak w starciu z afrykańską żywą skamieliną. Dymnął mnie całym impetem rozpędzonej góry metalu, przewodów, chromów i skóry, aż oderwałem się od ziemi i poszybowałem w bok. „Mamo, mamo ja fruwam, robię to samo co Sowa!”, jak skwitowałoby Maleństwo.

Czarodziejski lot zakończył się, gdy walnąłem potylicą o chodnik. Usłyszałem tylko obrzydliwy dźwięk, jakby ktoś rozdeptał wielkiego owada i wokół zapadł wiekuisty mrok. Gęsty, atramentowy, utkany z ciszy i bezwładu. Mrok śmierci.

Wiem co mówię, umierałem jeszcze cztery razy i za każdym tak to wygląda.

A potem rozsunęła się magiczna kurtyna i zobaczyłem Connachta. Wrzasnąłem chyba. Malo kto by nie wrzasnął. Człowiek tuż po zgonie jest wystarczająco zestresowany, naprawdę. Jeśli spodziewa się wizyt, to raczej kochanej dawno zmarłej babuni, świetlistego anioła stróża o słodkim uśmiechu, poczciwego staruszka Piotra, lub ostatecznie różowego obłoku boskiego miłosierdzia.

Nie ponad dwumetrowego stwora o końskiej twarzy, zielonych włosach i błękitnej skórze.

I żeby było zupełnie jasne. Nie chodzi o to, że Connacht ma wydłużone oblicze. On po prostu wygląda jak uczłowieczony koń stojący na tylnych łapach. Morski koń, dla ścisłości.

Uśmiechnął się, a był to najbardziej upiorny widok, jaki ujrzałem w życiu. Do tej pory staram się odwracać spojrzenie, kiedy Connacht się śmieje.

Ukucnął obok mnie, wyciągnął strasznie długi, trupio zielony palec i dźgnął mnie potężnie w klatę.

-No, proszę. Puk. Ale bastard. A to dobre. Los mi sprzyja, bracie.

Mówił łagodnym, melodyjnym głosem wieczornej fali, a w jego oczach o stalowym błysku nieustannie przelewał się ocean.

Oczywiście, wyglądał jak potwór, ale jednocześnie wydał mi się nieziemsko, niewiarygodnie piękny. Prastary, koński anioł. Fomorianin. Ale tego nie mogłem wtedy wiedzieć.

-No wstawaj. Nic ci nie będzie. Musimy pogadać, pukoludku.

Nie mogłem wstać, nie potrafiłem się odezwać, tylko bezwiednie kłapałem ustami, niczym ryba rzucona na piach. Schwycił mnie za ramię i pociągnął. Jakby dotknęło mnie morze, uderzyła fala, poniósł cichy, zaklęty sztorm. Uśpiony huragan. Takie to było uczucie.

Usiadłem na trawie, która gęsto porastała chodnik. Rozległe, szaleńczo zielone wzgórza ciągnęły się aż po skalisty kliff oceanicznego brzegu. Ogromny, szary przestwór wody zlewał się w nieskończonej dali z horyzontem. Śpiewał. Przysięgam, że śpiewał, a gdyby tylko przerwał swoją potężną, przerażającą, monotonną pieśń, świat zawaliłby się jak wieża z zapałek.

Ośmieliłem się obrócić nieco głowę.

Za moimi plecami stał las pokręconych, gigantycznych drzew, tak starych i pokracznych, że przywodziły na myśl budowle obcych. Ale były żywymi roślinami, których skłębione, szumiące, rosochate myśli prześlizgiwały się tuż na granicy mojej świadomości. Rozmawiały ze sobą, a raczej snuły niekończące się wspomnienia o czasach gdy gwiazdy były młode, a człowiek nie powstał jeszcze z gliny i boskiego zamysłu.

A pod tym wszystkim wciąż była listopadowa noc. Ciemne zarysy kamienic majaczyły w głębi zieloności wzgórz, trawa przebijała się przez asfalt jezdni, mech pokrywał chodniki, drzewa wrastały w witryny sklepów i klatki schodowe domów.

To właśnie kolejny problem z Fairies. Jest zawsze tuż za rogiem.

-Co…?- jęknąłem- To…?

Connacht ponownie się uśmiechnął, a moje flaki wykonały fikołka ze zgrozy.

-Wróciłeś do L’Autre Monde, Farlandii, Szczęśliwego Kraju. Witaj w domu, pukoludku- powiedział.

A potem wyjawił mi całą prawdę o moim nieprawym pochodzeniu.

Są w życiu chwile rodem z serialu. Zdarzają się. Momenty, w których się dowiadujesz, że twoja siostra tak naprawdę jest twoją matką, matka babką, a ojciec smolarzem z dzikiego lasu, ulubionym wujciem, kuzynem cioci, kochankiem babci, listonoszem czy co tam jeszcze chcesz. Że cię adoptowano, i to nie do końca tak, że po prostu ładnie się opalasz, tylko twój tato był Zulusem. Straszne chwile konfrontacji, gdy krzyczysz wszystkim w twarz: „Och, dlaczego mi o tym nie powiedzieliście!”.

To trudne dni. Wiem, bo niektórym ludziom potrafi się całkiem od tego pomieszać a głowie, a wtedy ja i podobni do mnie czarodzieje od psychiki starają się im pomóc.

Ale chłopie, ostrzegam cię, jeśli twoim narodzinom towarzyszyły dziwne, chętnie przemilczane okoliczności, jeśli ciotki i babki łapią się wzdychając za serce, a mężczyźni prezentują kamienne twarze, albo opowiadają o cudach medycyny, miej się poważnie na baczności. Jeśli byłeś wcześniakiem odratowanym na progu śmierci, pulchnym bobaskiem, który zaczął dziwnie schnąć i kwękać, i równie niespodziewanie wrócił do zdrowia, maleństwem, które zaginęło na kilka godzin, a potem dzięki szczęśliwemu zrządzeniu losu odnalazło się całe i nietknięte, uważaj.

Bo istnieje realna szansa, że masz przesrane jak mało kto.

Ja podobno przyszedłem na świat martwy. Odłożono mnie wiec na stolik, i zajęto się pilniejszymi rzeczami. Na przykład moją matką, która też wykazywała chęci, żeby podążyć w zaświaty. Dopiero kiedy operacja się skończyła, pielęgniarka zbierająca narzędzia zauważyła, że domniemany trupek rusza się wcale żwawo i coś do siebie cichutko mruczy.

Wszyscy odetchnęli z ulgą, a cała ta dramatyczna sytuacja na szczęście nie odbiła się znacząco na moim dalszym rozwoju.

W dzieciństwie byłem nieco samotniczym typem, zagłębionym w krainie fantazji, ciągle otoczonym rzeszą wymyślonych przyjaciół, święcie wierzącym w magię i cudowne krainy, do których można się dostać odwiedzając składzik na strychu, starą pralnię, czarodziejską jabłoń czy przełażąc przez lustro jak Alicja. Lustra lubiłem szczególnie. Gotów byłem przysiąc, że fragmenty pokoju niewidoczne w tafli wyglądają zupełnie inaczej niż w moim domu, a nocą i w cichych, sennych chwilach słonecznego popołudnia coś przemyka pod nogami odbitych w zwierciadle mebli.