Fenix Antologia 1-2/2018 - zespół - ebook

Fenix Antologia 1-2/2018 ebook

zespół

0,0
8,00 zł

Opis

FENIX ANTOLOGIA to antologia polskich opowiadań fantastycznych, w założeniu
cykliczna, wzbogacona o komiksy (tylko w wersji papierowej) oraz publicystykę i krytykę fantastyki jako zjawiska
obejmującego całość popkultury.

Nazwą nawiązuje do ukazującego się w latach 1990-2001 miesięcznika FENIX,
będącego kontynuacją fanzinu Feniks, nieregularnego biuletynu Polskiego Stowarzyszenia
Miłośników Fantastyki z lat 1984-1986. Redaktorami kolejnych wcieleń Feniksa i Fenixa byli
w kolejności: Maciej Makowski, dziś prezes wydawnictwa Prószyński Media, pisarz i
publicysta Rafał Ziemkiewicz oraz bestsellerowy pisarz Jarosław Grzędowicz. Obecnym
naczelnym jest Bartek „Godai” Biedrzycki, pisarz i komiksiarz.

SPIS TREŚCI

Opowiadania

Paweł Ciećwierz - Mój Aniele
Agnieszka Hałas - Czarne i czarniejsze
Paweł Ciećwierz - Straszna
Rafał Cichowski - Wszystko już było
Marta Sobiecka - Autochton
Romuald Pawlak - Skimmo i kamień, który przemówił
Tomasz Fijałkowski - Trzecie piętro
 
Publicystyka

Jarosław Grzędowicz - Jak wchodzić do tej samej wody
Magdalena Białek - Teatrum mundi
Krzysztof Sokołowski - Śmierć klasy średniej
Rafał Cichowski - Wszyscy autorzy płacą
Tomasz Fijałkowski - Objawy, diagnozy, recepty
Marek Oramus - Piąte piwo - QF, czyli Quantum Fiction

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 282

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Czytasz elektroniczną wersję magazynu Fenix Antologia 1-2/2018

Wersja ta pozbawiona jest grafiki oraz komiksów, dostępnych tylko w wersji drukowanej.

Aby zaopatrzyć się w pełny materiał, odwiedź stronę http://fenix-antologia.pl

FENIX ANTOLOGIA 1-2/2018

* Opowiadania

Paweł Ciećwierz - Mój Aniele

Agnieszka Hałas - Czarne i czarniejsze

Paweł Ciećwierz - Straszna

Rafał Cichowski - Wszystko już było

Marta Sobiecka - Autochton

Romuald Pawlak - Skimmo i kamień, który przemówił

Tomasz Fijałkowski - Trzecie piętro

* Publicystyka

Jarosław Grzędowicz - Jak wchodzić do tej samej wody

Magdalena Białek - Teatrum mundi

Krzysztof Sokołowski - Śmierć klasy średniej

Rafał Cichowski - Wszyscy autorzy płacą

Tomasz Fijałkowski - Objawy, diagnozy, recepty

Marek Oramus - Piąte piwo - QF, czyli Quantum Fiction

Fenix Antologia

Jarosław Grzędowicz – honorowy rednacz

Andrzej Łaski – logo

Robert Adler – ilustracje

Ewa Białołęcka – redakcja

Bartek Biedrzycki – redaktor naczelny

Piotr Michalak – okładka

Krzysztof Sokołowski – proza polska

Fenix Antologia wydawany jest przez

Gniazdo Światów – imprint wydawnictwa

timof i cisi wspólnicy

Górna Droga 10/301

02–495 Warszawa

ISBN 978-83-65527-97-4

Paweł Ciećwierz - Mój aniele

Po opuszczeniu bunkra zgolił wąsy i ostrzygł się prawie na zero. Patrząc w lustro dochodził do wniosku, że życie bywa ironiczne.

Podróż była długa, upokarzająca i niewygodna. Potem przez parę miesięcy dochodził do siebie. W samotności. Rozumiał, że samotny będzie już przez całe życie i nie przeszkadzało mu to. Ludzie okazali się gigantycznym rozczarowaniem.

Na pocieszenie trzeba dodać, że wyspa, która stała się jego domem, samotnią, miejscem wygnania, jego Elbą, była piękna. Piękniejsza niż wszystkie stolice Europy razem wzięte, ciepła przez cały rok, chłodny wiatr mierzwił fale oceanu, a plaże usłane były czarnymi, wulkanicznymi głazami. To dobrze. Lubił czerń.

Jego samego dziwiło to, jak niewiele rozmyślał o poprzednim życiu i ludziach towarzyszących mu aż do końca. Ich końca. Teraz czuł się żołnierzem na emeryturze, starym wiarusem, który odsłużył swoje i zapracował na starość w cieniu palm. Jego spuścizna, jego dziedzictwo żyć będzie wiecznie – o to mógł być spokojny. Patrzył na przewalające się za oknem morze oczyma zupełnie innego człowieka. A reszta? No cóż. Ci, którzy narobili bałaganu, będą teraz musieli go posprzątać.

Z przyjemnością powrócił do rzeczy, na które brakowało mu czasu w poprzednim życiu. Dużo czytał, również o sobie. Znów malował. Całymi godzinami wylegiwał się na ganku. Słuchał Wagnera popijając wodę kokosową wprost ze skorupy. Mimo trudnych przejść nie szukał ratunku w alkoholu, jak inni wojownicy, których znał. Był z tego dumny.

Raz w tygodniu zaufani ludzie łodzią dowozili mu zapas żywności i wieści ze świata. Trasa przemytnicza wiodła przez Afrykę, a wcześniej Hiszpanię, ale ładunki przybywały z iście niemiecką punktualnością. Proponowano mu nawet aktualne gazety ze starego kontynentu, ale nie był tym zainteresowany. Stary świat okazał się farsą.

Cieszył się, że nie trafił do Argentyny. Tam ludzi jego pokroju ukrywano jak zwierzęta, przynajmniej na początku. Nie tęsknił za starymi przyjaciółmi. Ci najszlachetniejsi już dawno gryźli ziemię.

Jedyną osobą, która miała wstęp do jego zbudowanej w kolonialnym stylu willi, była lekarka. Starzy żołnierze mają w końcu swoje przypadłości. Za pieniądze, które dawno temu przeznaczył na organizację tego „wyjścia awaryjnego”, mógł się spodziewać najlepszej obsługi.

Pani doktor była Hiszpanką, jedną z tych dorodnych, południowych kobiet, które wyglądają bardziej naturalnie nago niż w ubraniu. Wciąż jeszcze młoda, z pewnością przed czterdziestką. Stary, schorowany żołnierz upominał się czasem w myślach, kiedy zbyt długo zawieszał na niej wzrok. Doktor Sandra miała zdumiewająco delikatne rysy twarzy jak na tę rasę. Przedstawił się jej jako Jacob Miller, dysydent, intelektualista niemiecki, bo trudno mu było ukryć akcent.

– Walczył pan w Wielkiej Wojnie? – zapytała z rozbrajającą szczerością. Ludziom jego pokolenia raczej nie zadawało się dziś takich pytań.

– W największej wojnie dwudziestego wieku – odpowiedział spokojnie. Nowy człowiek, którym się stał, rzadko podnosił głos.

– Taka olbrzymia tragedia! Żołnierze wracali z niej jak strzępy, wyprane z uczuć upiory. Myśli pan, że Europa kiedykolwiek się podniesie? Czy może nasz czas po prostu minął?

Łatwiej się o tym dyskutowało tutaj, na wyspie, gdzie do brzegów Afryki było bliżej, niż do starego lądu. Siedzieli razem na ganku przed willą, rozleniwieni popołudniowym słońcem. Zanim odpowiedział, przyglądał jej się przez chwilę. Blask rozjaśnił kasztanowe oczy. W poprzednim życiu zawsze pociągały go niebieskookie kobiety, może również gust zmieniał mu się na starość?

– Nigdy się po tym nie podniesiemy – powiedział szczerze. – Możemy udawać, że tak się stanie, ale to będzie żałosny spektakl.

– Zbyt ponury wniosek jak na taki piękny dzień. Pozostawmy te rzeczy w rękach Boga. On będzie wiedział, co z nimi zrobić.

Mówiła z takim przekonaniem, że aż jej pozazdrościł. Metafizyki, wielkiej sprawy, w którą najwyraźniej, pomimo wszystkich życiowych doświadczeń, święcie wierzyła.

Sprawa, za którą on walczył, pozostawiła mu w sercu wielką dziurę. Nie tęsknił za władzą, ale za poczuciem słuszności, sensu w amorficznym świecie. Tylko tego brakowało mu na rajskiej wyspie.

Byli skazani na siebie. Im bardziej się zbliżali, tym większy spokój dawała mu jej wiara. Zarażał się nią lub przejmował przez osmozę. Nawet zmiana nazwiska i wyglądu nie zabiła w nim tej jednej, najważniejszej cechy. Miał ją zapisaną w genach: był strażnikiem wielkiej idei. Może nie aż tak ważne, której.

Na początku czuł obawę, że Sandra się nim znudzi. Dziś był już tylko starym, nieatrakcyjnym mężczyzną z głębokimi bliznami, tam w środku i na zewnątrz. Czy to właśnie ją pociągało? Po Wielkiej Wojnie każdy zmagał się z demonami. Przy nim jej problemy wydawały się nieznaczące, chociaż nadal nie powiedział prawdy o swojej przeszłości. To już nie była jego przeszłość.

Po roku na wyspie wiecznej wiosny doszło do cudu, takiego prawdziwego, kiedy w małym, rybackim kościele odpowiedziała mu „tak”. Przysięga przed Bogiem, tym chrześcijańskim, oczyściła go i nawet w koszmarach nie wracał już do czasów wojny. Wtedy po raz pierwszy poczuł, że coś jednak udało mu się w niej wygrać.

Nazajutrz podupadł na zdrowiu. Może to stres, a może wszechobecny na wyspie wiatr sprawił, że złożony przeziębieniem zaległ w łóżku. Wiedział, że jego anioł będzie się nim opiekować.

Bardzo się pomylił. Na pościeli zostawiła mu plik zdjęć umęczonych, zagłodzonych ludzi w pasiakach, mimo że wiedziała, jak bardzo nie lubił takich widoków. Sakwojaż miała spakowany, była gotowa do drogi.

– Sandro, kochanie, Boże drogi… – wyrzucił z siebie nie potrafiąc nawet zwlec się z łóżka.

Uśmiechnęła się na te słowa.

– Ty naprawdę uwierzyłeś? – odpowiedziała tonem, jakiego jeszcze nigdy u niej nie słyszał. – Cholera jasna, nie sądziłam… Zaprawdę niezbadane są…

– …tobie? – szczeknął twardo jak kiedyś, dawno temu. Ale prócz szczekania nic już nie mógł zrobić.

– Nie mnie. W niego. Wszyscy projektujecie sobie swoje raje i swoje piekła. Trochę wam tego zazdroszczę. Nie ma kary dla człowieka, na którego czeka tylko nicość. Ale dzięki mnie ty jesteś teraz w zupełnie innej sytuacji. Nie martw się, to już nie potrwa długo. Tutaj.

– Bóg wybacza – odpowiedział cicho.

– Nie liczyłabym na to za bardzo na twoim miejscu.

Wtedy się rozpłakał, chyba po raz pierwszy w życiu. Stał się nieznośnie sentymentalny.

– Nie odchodź, nie odchodź, mój…

– Nie, nie twój – odparła i cicho zamknęła za sobą drzwi. Potem zeszła ze wzgórza, na którym mieszkali, stromym, wulkanicznym stokiem aż do miasteczka, po drodze myśląc o tym, że nie ma gorszej pułapki niż ta, którą człowiek zastawia sam na siebie.

Paweł Ciećwierz

Jarosław Grzędowicz - Jak wchodzić do tej samej wody

Też nie wiem, co z tego wyjdzie. Powiedzmy, że to eksperyment. Próba przywrócenia czegoś, co może okazać się ponadczasowe, a nie powrotu do lat dziewięćdziesiątych. Każda mutacja magazynu literackiego „Fenix” powstawała w oparciu o te same założenia. Chodziło o stworzenie magazynu, prezentującego dobrą fantastykę na przyzwoitym poziomie. Średnia jakość to zawsze miała być podstawa, absolutne minimum – arcydzieł nikt nie zamierzał odrzucać, gdyby się trafiły, ale przede wszystkim, tekst dla „Fenixa” miał trzymać poziom. Język, styl, wymowa, pointa. Żadnej taniej, błahej masówki i żadnych wysokoartystycznych wykwitów radykalnej awangardy.

I wszystko wskazuje na to, że teraz też tak będzie.

To niby są założenia bardzo proste, wręcz trywialne. Oczywiste, jak chęć otwarcia restauracji, serwującej smaczne posiłki. Tyle że w naszych czasach nic nie jest proste. Zdrowy rozsądek nie jest w cenie.

Ale nie da się nie pamiętać tamtych początków. Teraz patrzy się na lata dziewięćdziesiąte inaczej. Z jednej strony przez pryzmat historii: wiemy o tych wszystkich Magdalenkach, aferach, cudach i dziwach, mamy perspektywę „Psów” Pasikowskiego, pamiętamy (znaczy, pamiętają ci nie najmłodsi) okres panoszenia się mafii, rosyjskiej oraz rodzimej, i różne inne rzeczy. Z drugiej strony, dla wielu najzupełniej dorosłych czytelników to już mgliste czasy wczesnego dzieciństwa.

A jednak to był czas, kiedy dla nas (podówczas bardzo młodych), świat narodził się na nowo. Nagłe pojawienie się normalnych możliwości zwyczajnie zamieszało nam w głowie. Od momentu, w którym nie wolno było nic, do chwili, w której wolno było cokolwiek, upłynęło wręcz parę dni. Założyliśmy własne czasopismo, bo mogliśmy. Rzecz jasna, w tym nowym, podobnym do Dzikiego Zachodu świecie, nie trzeba było upraszać się łaski urzędasa, ale trzeba było zdobyć pieniądze. Pieniądze czyli wydawcę, który nimi dysponował.

Ten pierwszy był postacią, którą mogły zrodzić tylko tamte szalone lata. Ubrany jak z igły, wręcz awangardowo, o fryzurze jak gwiazda futbolu, prezentował się niczym młody milioner. Dosyć szybko okazało się, że cały jego majątek to prezencja, obraz samego siebie jako yuppie, oraz punkt ksero. A jednak gazeta zaczęła wychodzić. Wbrew wszystkiemu.

Oczywiście, po drodze cały czas było to nawigowanie między rafami. Pismo przechodziło najróżniejsze perypetie, ukazanie się każdego numeru stanowiło tryumf rozumu nad rozpaczą i stanowiło istny festiwal improwizacji, wiązania końca z końcem oraz eksperymentów na żywym materiale.

Czasy jak „Ziemi obiecanej”.

Pamiętam to jako przygodę. Większość z nas uczyła się dziennikarstwa w marszu, właśnie na „Fenixie”. Ale w tamtych szalonych czasach wszyscy uczyli się na poczekaniu właściwie wszystkiego. Od odizolowanego cywilizacyjnie dieselpunka przeszliśmy nagle do zaawansowanego świata końca dwudziestego wieku. Choćby pierwszych komputerów – nikt z nas nie chodził na żadne kursy. Włączałeś po raz pierwszy w życiu komputer, (demobil po dziale księgowości, przechodzony na śmierć, przed wyrzuceniem na śmietnik w sam raz dla naszej redakcji) a potem metodą prób i błędów usiłowałeś uruchomić edytor (DOSowy edytor Nortona). A na drugi dzień składałeś gazetę.

Rzecz jasna, czasy się zmieniły. Według wstępnej koncepcji, na razie nie będzie periodyku o stałym cyklu wydawniczym, a z tym wiązały się największe problemy. Nikt nie będzie też uczył się niczego na poczekaniu, bo upłynęły ze dwie epoki i technicznie okrzepliśmy. Ale jedna rzecz pozostanie bez zmian.

Ostatnie dekady to czas, kiedy większość papierowych czasopism fantastycznych poznikała. I stało się absolutnie jasne, że żadne publikacje internetowe, żadne ebukowe selfy i żadne blogi tego nie zastąpią. Nic na świecie nie zastąpi debiutu w piśmie.

W Internecie można wywiesić wszystko. Absolutnie bezkarnie i bez wyboru. Więc teoretycznie debiutować, albo publikować, jest bardzo łatwo. Równie łatwo, jak grać na ulicy. Każdy może to zrobić. A jednak, poza nielicznymi wyjątkami, efekt jest właściwie żaden. Tam, gdzie jest wszystko, w zasadzie nie ma nic.

Nic, w tym także Internet, nie zastąpi pokonania progu wymagań czasopisma. Przejścia etapu weryfikacji. Przekroczenia progu, po pokonaniu którego przestaje się być amatorem. Stania się kimś, kto ma do zaproponowania coś lepszego niż inni. Kimś godnym uwagi. Wyjątkowym.

Stania się autorem.

Im dłużej nie było na rynku „Fenixa”, tym jaśniejsze się stawało, że takie forum jest niezbędne. Choćby dlatego, że te lata posuchy to nie tylko brak płaszczyzny do debiutu, lecz także brak rynku opowiadań. A fantastyka, jak żadna inna literatura, potrzebuje opowiadań. Krótka forma jest zwykle jej najgłębszą częścią. Nawet wiele arcydzieł gatunku to opowiadania, czasami potem rozwinięte w powieść, albo w scenariusz. Od „Kwiatów dla Algernona”, po „Blade Runnera”.

A skoro przy tym jesteśmy – jak zauważyliście, on też powrócił. Po jeszcze dłuższym czasie, ale jednak. I to nie jako jakiś remake, upudrowany i na siłę wtłoczony w nowe czasy oraz nową estetykę. I też swego czasu obrósł w legendę. Jak widać, niektóre rzeczy są po prostu niezbędne.

Jarosław Grzędowicz

honorowy naczelny

Agnieszka Hałas - Czarne i czarniejsze

Przerażał samym wyglądem, a lista bezeceństw, jakich się dopuścił, jest jeszcze dłuższa niż lista zbrodni, które popełnił jego domniemany przodek, również skażony mag, Adrien de Vere.

(Eigan ar Vithanare, Sylwetka truciciela i mordercy Brune Keare zwanego Krzyczącym w Ciemności – monografia wydana przez Elitę)

1.

– Ogień, popiół, krew i kość – mamrotał Mydriakos, obserwując kociołek pełen bulgoczącego ługu, w którym rozpuściły się serca, wątroby, oczy i dłonie trzech trupów. – Niech siedem gwiazd przebudzi bestię, która będzie mym strażnikiem. Niech siedem wichrów tchnie w nią życie… Smoku, przebudź się. Smoku, powstań. Smoku, służ mi.

Smok uparcie nie chciał się przebudzić ani powstać, a co dopiero służyć. Maź w kociołku nadal pozostawała mazią – ciemną, cuchnącą i ohydną. Mydriakos splunął w żar paleniska, sięgnął po rozwidloną wierzbową różdżkę i jął nią kreślić w powietrzu magiczne symbole.

Skulona w kącie pracowni dziewczyna obserwowała to wszystko, modląc się mściwie, by czary nie zadziałały.

Gdy Mydriakos na nią skinął, podeszła z rezygnacją i pochyliła głowę, pozwalając, by przyłożył jej ręce do skroni. Wbrew temu, co opowiadano, czarni magowie nie żywili się krwią, nie składali w ofierze dzieci ani zwierząt. Karmili się siłą życiową oraz cierpieniem, jedno i drugie wchłaniali przez dotyk. Wszyscy nosili w sobie ziarno szaleństwa. W tym starym dworze, który kiedyś miał innych właścicieli, ale po ich śmierci tajemniczym sposobem przeszedł w posiadanie jej pana, napatrzyła się na rzeczy, które teraz prześladowały ją w koszmarach. Służyła potworowi.

Oddałaby wiele, by cofnąć czas. Wszystkie pułapki mają to do siebie, że łatwo do nich wejść, trudniej się uwolnić.

Cóż, za błędy się płaci.

2.

Krople deszczu marszczyły powierzchnię jeziora, w którym odbijały się chmury i górskie szczyty. Na brzegu, wśród sitowia, martwy człowiek gapił się w niebo z twarzą wykrzywioną w przedśmiertnym grymasie.

Brune Keare zwany Krzyczącym w Ciemności ukląkł i zamknął powieki swojej ofierze. Pośpiesznie przetrząsnął ubranie zabitego, zabrał sakiewkę, złoty łańcuch z szyi oraz broszę spinającą płaszcz. Cienkim, ostrym jak skalpel nożem uciął prawą dłoń, na której błyszczały cztery pierścienie. Zawinął trofeum w batystową chustkę z wyhaftowanym imieniem nieboszczyka. Potem nakreślił obok głowy trupa kilka znaków na mokrej ziemi i cofnąwszy się wyszeptał zaklęcie. Siny ogień natychmiast zaczął pochłaniać zwłoki, nie tykając roślinności.

Brune cierpliwie patrzył, jak doczesne szczątki Heremonda d’Eigle czernieją i rozpadają się trawione przez czarodziejski żar. Po chwili wśród sitowia spoczywała już tylko kupka popiołu i kilka zwęglonych odłamków kości, zupełnie pozbawionych aury.

Deszcz przybrał na sile, mącąc taflę jeziora tak, że odbijające się w niej góry zniknęły. I dobrze – ulewa zatrze ostatnie ślady wykonanego wyroku. Krzyczący w Ciemności generalnie nie zabijał na zlecenie, ale uważał też, że od każdej reguły można czasem zrobić wyjątek.

Odszedł kawałek brzegiem jeziora i zdematerializował się, by po krótkiej podróży przez wielobarwne, lodowato zimne wiry pomiędzy wymiarami odzyskać materialność setki mil dalej, po drugiej stronie Morza Tęsknot. W Alkarze, w majątku rodziny de Firin nad rzeką Eltą.

Wiedział, że jest bezpieczny. Echo dematerializacji w deszczu, zwłaszcza w pobliżu wody, rozwiewało się błyskawicznie. Zresztą – tam, nad jeziorem Tun-Edall w księstwie Feresti, gdzie zginął Heremond, nie było nikogo, kto mógłby podążyć śladem zabójcy. Żadnych magów, ani srebrnych, ani czarnych.

Nagła materializacja czasem zaburzała równowagę magicznych prądów w miejscu docelowym, ale nie tym razem. Brune nie dostrzegł na zamglonym wieczornym niebie ani śladu łuny. Słońce właśnie zachodziło za zalesionymi wzgórzami, odbijając się złociście w oknach pałacyku, do którego wiodła aleja obsadzona kasztanowcami. Na pobliskiej łące kobiety zbierały płótno rozłożone do wybielenia, przy rzece pojono dworskie bydło. Krzyczący w Ciemności przesunął dłońmi po twarzy, nakładając iluzję, i dopiero wtedy zsunął mokry kaptur. Obdarta dziewczynka pędząca drogą stadko gęsi obrzuciła go lękliwym spojrzeniem.

Zawsze lubił przebrania, bawiły go. Zjawiając się tutaj pod postacią wstrętnego odmieńca o zdeformowanym obliczu radykalnie zmniejszał ryzyko zdemaskowania. Pani de Firin sądziła, że wynajmuje płatnego mordercę, nie żmija. Oczywiście była inteligentną kobietą i pewnie miała swoje podejrzenia, ale obu stronom zależało na starannym przemilczaniu prawdy. W Alkarze czarną magię zwalczał królewski aparat sprawiedliwości – niezbyt ochoczo i niezbyt kompetentnie. W praktyce odrobina dyskrecji niemal gwarantowała bezkarność.

Pani de Firin chciała, aby sprawę załatwić cicho i bez komplikacji. Klasyczna zemsta tam, gdzie legalne środki zawiodły. Krzyczący obiecał, że w miesiąc będzie po wszystkim i obietnicę spełnił. Mógłby uwinąć się szybciej, choćby i w tydzień, ale wtedy byłoby jasne, iż jego kompetencje nie ograniczają się do fachowego zadawania śmierci.

We dworze powitano go uprzejmie, kazano zaczekać w bawialni. Pani domu zjawiła się już po chwili – odziana w żałobną suknię, wątła i przygarbiona, prowadzona pod ramię przez młodego kuzyna. Nie wzdrygnęła się, gdy Brune wyłożył na stolik rzeczy zabrane martwemu panu Heremondowi, po czym pokazał zakrwawioną chustkę i to, co zawierała.

Składając zwięzły raport z wyprawy, żmij ukradkiem grzał się w aurze cierpienia otaczającej tę wyniszczoną kobietę.

Wszystko zaczęło się przed kilku laty – od polowań, które Heremond d’Eigle lubił urządzać ze swoją wesołą kompanią, nie bacząc na to, że tratuje zasiewy sąsiadom, niszczy płoty. Pijani myśliwi nieraz dla śmiechu poszczuli psami wiejskie dzieci czy puścili z dymem chłopską chatę. W końcu miarka się przebrała i de Firinowie pozwali go do sądu. Pan d’Eigle wyparł się odpowiedzialności i odmówił zapłaty odszkodowania.

Zatarg zdemoralizowanego arystokraty ze znacznie mniej wpływową, ale dumną i bogatą szlachtą, gotową zaciekle dochodzić swych racji, nie mógł skończyć się dobrze. Po dwóch wyrokach i dwóch odwołaniach pan d’Eigle, nie troszcząc się specjalnie o to, co orzeknie sąd trzeciej instancji, wyjechał w podróż – najpierw do malowniczej górskiej miejscowości Irinn Kye, gdzie spędził parę tygodni, rzekomo kurując się z bronchitu, a później za granicę, daleko, aż do Feresti. Trzeci wyrok zapadł zaocznie, a po jego ogłoszeniu pan de Firin odgrażał się wszem wobec, że jeśli nie doczeka się zapłaty odszkodowania wraz z odsetkami i kosztów sądowych, doprowadzi do tego, by przebywającemu za morzem arystokracie zlicytowano majątek, już obciążony innymi długami.

Miesiąc później nieznany sprawca rzucił na mieszkańców Elte-Firin klątwę, która zebrała ponure żniwo. Senior rodu konał w mękach przez siedem dni. Lżejszą, bo szybszą śmierć ponieśli jego trzej niedorośli synowie i połowa służby. Pani de Firin ciężko zaniemogła, ale przeżyła, aczkolwiek było jasne, że zdrowia już nie odzyska. Choć minęło pół roku, odkąd podniosła się z łoża, jej aura nadal pozostawała czarna od bólu, gorąca jak opuchlizna nad ropniem.

Brune z ukłonem przyjął swoje wynagrodzenie. Wynosiło tyle, ile mógłby zażądać zwykły najemny zabójca, nie mag.

– To wszystko – wskazał upierścienioną dłoń zabitego, łańcuch, sakiewkę i broszę – trzeba wywieźć gdzieś daleko stąd i zakopać. Dowody to dowody, lepiej się ich szybko pozbyć.

– Zajmę się tym jeszcze dziś – zadeklarował młody de Firin, przystojny chłopak z ciemnym wąsikiem.

Wdowa po seniorze rodu poruszyła się na krześle. Wyraźnie chciała coś powiedzieć, ale się wahała. Brune spojrzał na nią pytająco.

– Żmij, który rzucił klątwę, nadal pozostaje na wolności – przypomniała.

– Dołożył starań, aby nie dało się go łatwo wytropić. – Krzyczący rozłożył ręce. – Tłumaczyłem wam już. Brak jakiegokolwiek punktu zaczepienia. Nie ma poszlak, nie zostawił żadnego śladu. Samo tylko zaklęcie, jakie rzucił, to za mało.

– Przeprowadziliśmy na własną rękę coś na kształt śledztwa – odrzekła. – Może jednak uda się dopaść tego łotra. W południowej prowincji żyje jeszcze jedna rodzina, którą skrzywdził, d’Orossowie z Duen-Oross.

– Skąd wiadomo, że skrzywdził ich właśnie on, a nie ktoś inny?

Kuzyn pani domu wyjął z wewnętrznej kieszeni kaftana złożony, gęsto zapisany arkusz papieru.

– Mój przyjaciel mieszka dwadzieścia mil od Irinn Kye – powiedział. – Ma tam krewnych. Wydałem trochę złota, żeby się dowiedzieć, z kim Heremond d’Eigle wszedł w konszachty u wód. Tutaj – pomachał listem – jest trochę ciekawych informacji, w tym imię i nazwisko. Gerjan de Keis.

Zrobił pauzę. Krzyczący, który domyślał się dalszego ciągu, zachęcająco uniósł brwi.

– Kto zacz?

– Czarny mag podający się za szlachcica. Bawidamek, hulaka, kawał łobuza. Dwa lata temu nawiązał romans z małżonką pana d’Oross, a gdy postanowiła z nim zerwać, rzucił klątwę na nią i jej synka, nadając im poczwarny wygląd. Po dziś dzień nie odzyskali ludzkiej postaci.

– Ciekawe. Klątwy zwykle albo zabijają szybko, albo słabną z czasem – powiedział z namysłem Krzyczący, nim sobie przypomniał, że powinien konsekwentnie grać rolę kogoś, kto z magią styka się jedynie na odległość ostrza. – No dobrze. Wezmę ten papier – oświadczył, wyciągając rękę. – Ale nie chcę tym razem żadnych pieniędzy i niczego nie obiecuję.

Pani de Firin zerknęła na swojego kuzyna. Młodzieniec ledwie dostrzegalnie wzruszył ramionami. Kobieta zawahała się, w końcu jednak wręczyła Krzyczącemu zapisany arkusz.

– Jeśli Gerjan de Keis poniesie śmierć, dostarczcie mi dowody, że zginął – powiedziała spokojnie, choć żmij bez trudu wyczuwał płonące w niej emocje, te same, które dostarczały jej sił w chorobie, rekonwalescencji i trwającej dotąd żałobie. – Nie pożałujecie.

Skłonił się bez słowa.

3.

Gdyby urodził się w innych czasach, Krzyczący w Ciemności pewnie zostałby szanowanym mistrzem czarnej szkoły. Ale odkąd ta barwa magii uległa skażeniu w wyniku intrygi demonów, już tylko srebrni magowie, Elita, działali w majestacie praw ludzkich i boskich. I robili wszystko, by tępić skażone talenty – dla dobra świata, ma się rozumieć.

Czarni magowie – żmije i żmijki, ka-ira – albo ginęli szybko, albo egzystowali poza prawem, niepewni jutra. Z biegiem lat można było się przyzwyczaić do takiego życia. Bezpieczne kryjówki na ziemi i w astralnym świecie, źródła zarobku rozsiane po wszystkich Siedmiu Krainach, udawanie alchemika, demonologa, egzorcysty. Znikanie bez wieści, gdy tylko pojawiały się kłopoty.

Poszukiwany za rozmaite przestępstwa, w tym takie, których nie popełnił, Brune w ciągu swej kariery dorobił się tylu fałszywych tożsamości, że sam nie był pewien, czy umiałby je wszystkie wymienić. Od współpracy z gildiami przestępczymi po służenie Otchłani – na przestrzeni lat zasmakował prawie wszystkiego, czym może parać się czarny mag. Ale pewnych zasad nie łamał nigdy i nie czuł się zobowiązany do lojalności wobec tych braci w darze, którzy je łamali.

Zapoznawszy się z informacjami, zebranymi przez młodego de Firina w Irinn Kye, Brune rozłożył karty, a później rzucił jeszcze proste zaklęcie wróżebne, by się upewnić, czy ludzie, którzy opowiedzieli to wszystko, przypadkiem nie łgali. Z zapisków wynikało, że żmij znany jako Gerjan de Keis istotnie pomordował mieszkańców Elte-Firin na zlecenie Heremonda d’Eigle, a oprócz tego ma na sumieniu szereg innych paskudnych sprawek. Dość, by prawo w Alkarze przewidywało dla niego spalenie na stosie, a wcześniej szarpanie rozpalonymi kleszczami, kastrację i kilka innych atrakcji. Najwidoczniej był na tyle silny i doświadczony, żeby się nie obawiać ani sprawiedliwości królewskiej, ani Elity. Zarazem jego czyny świadczyły, że niebezpiecznie blisko mu do granicy szaleństwa – do tej pory może już ją przekroczył.

Krzyczący w Ciemności nie przyjąłby zapłaty za życie brata w darze – nawet nie chodziło o honor, a o to, że tylko głupiec mógłby tak jawnie złamać prawo magów. Zemsta losu byłaby szybka i bolesna. Ale co innego zabić kogoś dla zysku, a co innego odstrzelić drapieżnika.

Cóż, na początek należało go wytropić.

Podróż do Duen-Oross przy sprzyjającym układzie gwiazd wymagała poświęcenia tylko odrobiny energii, więc Brune w pierwszej kolejności postanowił się wybrać właśnie tam. Zawsze pasjonowały go klątwy, rzec można, że stanowiły jego zawodową specjalność. Chciał zobaczyć poszkodowanych i uzyskać więcej informacji na temat sprawcy, ale nie wykluczał też próby zmierzenia się z samą klątwą – ot tak, z czystej ambicji.

Panu Hespeltowi d’Oross, właścicielowi majątku, przedstawił się jako uczony doktor Tarklund, specjalista od nauk tajemnych, fałszywy mag – jeden z tych, którzy zgłębiają tajniki Zakazanej Sztuki, nie posiadając daru. Oznajmił, że pisze traktat na temat klątw i byłby wielce zobowiązany, gdyby mu pozwolono zbadać porażonych.

Rozmawiali w gabinecie, gdzie na ścianach pyszniły się poroża jeleni oraz zdobyczne nedgvarskie tarcze, hełmy i krzywe szable – pamiątki, które przywiózł ongi z wojny chalkiryjskiej generał Hesming d’Oross. Jego portret wisiał nad kominkiem; drugi, większy, zdobił jadalnię piętro niżej. Generał sportretowany z półprofilu miał grzywę siwych włosów, medale na piersi i minę gniewnego buldoga.

Jego wnuk, dziedzic majątku i obecny właściciel gabinetu, bardziej przypominał szczura w peruce. Upudrowanej i ufryzowanej tak, by dodać mu wzrostu, bo nawet w trzewikach na wysokim obcasie Hespelt d’Oross mierzył niewiele ponad pięć stóp. Elegancko odziany, dość pretensjonalny w obyciu, był przekonany, że rozmawia ze zwykłym śmiertelnikiem, jednym z wielu teoretyków magii, którzy nie potrafiliby nawet zapalić zaklęciem świeczki.

Opowiadając o nieszczęściu, jakie spadło na jego rodzinę, raz po raz zerkał na twarz rozmówcy i równie szybko uciekał wzrokiem. Występując jako mistrz Tarklund, Brune nie tylko dodawał sobie lat, ale też maskował swoje słynne szramy na policzku iluzją starych blizn po oparzeniu. Z jakiegoś powodu trzymała się znacznie lepiej niż miraż gładkiej skóry.

Uważnie słuchał opowieści szlachcica. Żona pana Hespelta, Elsemilla, przed dwoma laty poważnie zaziębiła się zimą i długo nie mogła doleczyć kaszlu. Medyk podejrzewał początki suchot. Doradził, by piła ośle mleko, a gdy to nie pomogło, stanowczo zalecił wyjazd w góry, do Irinn Kye.

Zmiana klimatu na szczęście podziałała. Po kilku tygodniach pani Elsemilla czuła się już zupełnie dobrze, rzec można – kwitnąco. Na tyle kwitnąco, że wzbudziła zainteresowanie pewnego szarmanckiego młodziana. Pan Hespelt wyraźnie nie miał ochoty wdawać się w szczegóły; chrząkał, jąkał się i unikał wzroku żmija.

Z pokrętnej, niepełnej relacji Brune wywnioskował, że szlachcic zrazu nie podejrzewał swej małżonki o nic zdrożnego. Nie protestował, gdy chadzała bez niego do łaźni i pijalni wód, na spotkania towarzyskie i spacery po łąkach, rzekomo z przyjaciółkami. Gdy ktoś życzliwy w końcu go oświecił, co się dzieje, przedstawiając niezbite dowody (przy tych słowach pan d’Oross spiekł raka i nie chciał rzec, jakie konkretnie), chęć uniknięcia skandalu sprawiła, że wstrząśnięty mąż zarządził po prostu natychmiastowy powrót do domu. Nie próbował publicznie skompromitować kochanków ani wyzwać rywala na pojedynek, nie rozważał też – jeszcze – rozwodu. Kochał swoją młodą żonę i był skłonny jej wybaczyć chwilową utratę rozsądku. Sam zresztą, jak napomknął przyciszonym głosem, też miał na sumieniu kilka grzeszków, serce wszak nie sługa.

Krótko mówiąc, przygoda pani Elsemilli mogłaby nie mieć poważniejszych konsekwencji, gdyby sprawy niespodziewanie się nie skomplikowały. Człowiek, którego pan d’Oross uważał po prostu za amanta uwodzącego znudzone mężatki, okazał się żmijem. I najwyraźniej potraktował znajomość z Elsemillą jak coś poważniejszego, niż tylko przelotny romansik.

– Kilka tygodni po naszym powrocie odnalazł ją tu, w Duen-Oross. – Szlachcic dyskretnie uczynił znak chroniący przed złymi siłami. – Do tej pory się wzdrygam, gdy o tym pomyślę. Wybrał dzień, gdy nie było mnie w domu, bom wyjechał w interesach… Elsemilla twierdzi, że próbował ją przekonać, by z nim uciekła. A gdy odmówiła, rzucił klątwę.

– Próbowaliście szukać kogoś, kto mógłby zdjąć ten czar?

– Sprowadzałem medyków, ba, nawet znachorów, ale żaden nie umiał nic poradzić. Z magami, jak możecie się domyślić, nie chcemy już mieć więcej do czynienia. Zresztą srebrnych teraz w Alkarze nie uświadczysz, a czarni… Jeśli chcecie znać moje zdanie, miejsce tych zwyrodnialców jest głęboko pod ziemią, w ołowianych trumnach.

Brune z niewzruszoną miną skinął głową, a w duchu uśmiechnął się cierpko.

*

Pokoje pani domu, usytuowane na piętrze w lewym skrzydle dworku, były skromniej urządzone niż Krzyczący się spodziewał. W izbie, do której zaprowadził go Hespelt d’Oross, pachniało starym drewnem i lawendą. Proste meble bez wątpienia wykonał wiejski stolarz. Na stoliku stał mały globus, leżało też kilka zabawek oraz pokryta woskiem tabliczka z rylcem.

Z sąsiedniego pomieszczenia dobiegło pojękiwanie, które szybko przeszło w dziecięcy ryk protestu. Pan d’Oross wkroczył tam ze srogą miną, by interweniować siłą ojcowskiego autorytetu. Rozległ się trzask uderzenia i wrzask ucichł. Chwilę później drzwi uchyliły się i stanęła w nich groteskowa postać, wypisz wymaluj jak z jarmarcznej sztuki albo z historyjek, którymi straszy się niegrzeczne dzieci.

Pan d’Oross na pewno uprzedził małżonkę, że uczony doktor przybędzie tego dnia, żeby zbadać ją i syna. Pani Elsemilla miała na sobie niebieską aksamitną suknię z szydełkowanym kołnierzykiem oraz czepeczek obszyty koronką.

Między kołnierzykiem a czepeczkiem tkwił porośnięty burą sierścią łeb, ni to psi, ni koźli, o zwisających włochatych uszach. Wypukłe brązowe ślepia popatrzyły na żmija z zawstydzeniem i obawą. Brune, który nie takie rzeczy już widział, skłonił się uprzejmie i przedstawił.

– Wybaczcie mojej małżonce, że milczy – powiedział Hespelt d’Oross. Pojawił się w ślad za żoną, prowadząc za rękę opierającego się syna w odświętnym ubranku. Chłopiec wyglądał podobnie jak matka, tylko sierść miał jaśniejszą, a uszy królicze. Pochlipywał z cicha, lecz skarcony ojcowskim spojrzeniem zamilkł. – Ten czar odebrał jej mowę, Rispeltowi też. Ilekroć chcą coś powiedzieć, muszą pisać na tabliczce.

Do pokoju zajrzała służąca, ale pan domu odprawił ją gestem.

Brune z namysłem potarł policzek – ukryte pod iluzją szramy swędziały lekko. Dla jego wewnętrznego wzroku klątwa przypominała ciemne wodorosty pokrywające sylwetki obojga porażonych, a zarazem przywodziła na myśl fałszywy, drażniący akord rozbrzmiewający na granicy świadomości. Silna, głęboko wżarta, przypuszczalnie z biegiem czasu nie słabła, a wręcz nabierała mocy. Jej bliskość wywoływała dreszcze i natrętne przeczucie zagrożenia, ale żmij potrafił ignorować takie rzeczy.

Uspokoił panią Elsemillę, że badanie potrwa tylko chwilkę, po czym przyłożył dłoń do zwierzęcego pyska, studiując zmysłami maga sploty czaru. Tak się na tym skupił, że dopiero po chwili wyczuł reakcję pacjentki.

Strach. Bezradny, paniczny strach sarny, której szyja uwięzła między sztachetami ogrodzenia. Serce kobiety waliło jak młot, spocone dłonie bezwiednie mięły materiał sukni. Nie dała się zwieść iluzją, odgadła, z kim w rzeczywistości ma do czynienia. Może należała do tych wrażliwych osób, które łatwo wyczuwają czarną aurę, a może to klątwa wyostrzyła u niej ten zmysł. Brune spróbował ostrożnie zajrzeć w jej myśli, ale napotkał tak potężną mentalną blokadę, że wycofał się jak niepyszny.

Dziwne. Rzadko się zdarzało, by ktoś pozbawiony magicznego daru potrafił się skutecznie bronić przed telepatyczną ingerencją. Albo pani Elsemilla przeżyła wyjątkowo traumatyczne dzieciństwo, albo tę blokadę nałożył mag, który rzucił klątwę. Nie chciał, by ktokolwiek obdarzony mocą mógł czytać we wspomnieniach jego kochanki? Ciekawe, co można byłoby z nich wyczytać. Jego prawdziwą tożsamość? Brune miał swoje sposoby, żeby ją ustalić tak czy owak, jeśli będzie trzeba.

Ujął panią Elsemillę za nadgarstek i wprawnie, delikatnie wpłynął na jej umysł, dezorientując ją tak, by zapomniała o prawdziwej naturze mistrza Tarklunda. Kobieta odetchnęła, jej spojrzenie straciło błędny, spanikowany wyraz.

Chłopiec w odróżnieniu od niej nie wydawał się przestraszony, choć boczył się z lekka i z zawstydzeniem wbijał wzrok w podłogę. Brune upewnił się, że ciąży na nim ten sam czar co na matce, bez modyfikacji. Przy okazji dyskretnie zajrzał w myśli dziecka, ale nie wyczytał z nich niczego ciekawego. Mały Rispelt d’Oross już od dawna nie liczył, że zostanie wyleczony. Przepełniała go mroczna dziecięca wściekłość na wszystkich nieznajomych, którzy przychodzili tu kręcić nad nim głowami i macać go bez pytania, jakby był koniem na jarmarku.

– Ach, zapomniałem wam coś rzec – odezwał się nagle pan Hespelt. – Wtedy, dwa lata temu, moja żona miała pokojówkę, Lietta jej było na imię. Lietta Wirsel. Leniwa, nierozgarnięta dziewczyna, nigdy jej nie lubiłem. I wiecie, tamtego dnia, gdy stało się nieszczęście, Lietta zniknęła. Przepadła bez wieści, jak kamień w wodę. Przypuszczamy, że była z tym magiem w zmowie i to ona pomogła mu tutaj dotrzeć.

– Mogła mu przede wszystkim dostarczyć jakieś osobiste przedmioty należące do ofiar. Albo kosmyk włosów, chustkę z kroplą krwi… Bez tego czar nie trzymałby się latami. – Krzyczący lekko poklepał małego Rispelta po ramieniu i odwrócił się do pana domu. – To mi wygląda na zwierzęcą klątwę Melisparda. Z pewnymi… hm… autorskimi modyfikacjami, ale – zniżył głos – znam kogoś, kto umiałby ją złamać za opłatą.

Przerwał mu nieartykułowany jęk. Pani Elsemilla zamachała dłońmi, jej emocje znów uderzyły w żmija jak gorąco z ogniska. Popatrzyła błagalnie na męża.

– Medycy mówili nam – odezwał się pan Hespelt – że jeśli czar wżarł się dostatecznie głęboko, nie da się ot tak zniweczyć szkód, które spowodował. Ponoć bywa, że gdy klątwa zostaje zdjęta po latach, człowiek umiera albo zostaje kaleką.

– Owszem, istnieje takie ryzyko – potwierdził Krzyczący. – Zdjęcie klątwy Melisparda raczej nie doprowadzi do śmierci, ale na pewno pozostałyby takie czy inne ślady, kłopoty z mową, może zniekształcone rysy… To wasza decyzja, nie namawiam.

Pan Hespelt szepnął coś swej małżonce na ucho. Pokręciła głową, w zwierzęcych ślepiach zabłysły łzy. Napisała na tabliczce jedno jedyne słowo i pokazała je mężowi. Ten gestem dał znać żmijowi, że pora wyjść.

*

– Wasz znajomy, ten, który miałby podjąć próbę zdjęcia klątwy, jest czarnym magiem? – zapytał bez ogródek pan Hespelt, kiedy wrócili do gabinetu piętro niżej.

Brune wyczuł z jego tonu, że grunt stał się grząski.

– Tak – odparł, uznając, że półprawda będzie lepsza od kłamstwa.

– Zatem nie ma o czym mówić – stwierdził szlachcic. – Za duże ryzyko. Pod każdym względem.

Żmij skinął głową. Skoro nie chciano tutaj jego pomocy, cóż, nie zamierzał się narzucać, choć współczuł obu ofiarom, zwłaszcza małemu Rispeltowi.

Chętnie zadałby jeszcze kilka pytań na temat człowieka, który w Irinn Kye przedstawiał się jako Gerjan de Keis, ale nie chciał wzbudzić podejrzeń pana Hespelta. Miał własne sposoby, żeby zdobyć więcej informacji. Metodycznie, bez pośpiechu. Po nitce do kłębka.

4.

Nagi mężczyzna wiszący na gałęzi głową w dół zakrztusił się, jęknął i znieruchomiał z wytrzeszczonymi oczami. Krew z jego licznych ran wciąż jeszcze kapała na trawę i sitowie.

Roos Ley wyjął nóż o srebrnej klindze i chuchnął na ostrze. Chwilę deliberował nad zwłokami, szukając nienaruszonego fragmentu skóry, gdzie byłoby dość miejsca, żeby wypisać formułę. W końcu uznał, że dolna część pleców się nada.

Nakreśliwszy ostatni symbol pstryknął palcami. Zwłoki przesłuchiwanego zajęły się sinym ogniem, który pochłaniał tylko ciało, nie tykając sznura ani kory drzewa.

Zbliżało się południe. Nad brzegiem jeziora bzyczały muchy. Znudzony Zębaty łapał je długim lepkim językiem i zjadał. Chrząszcz obserwował to z obrzydzeniem.

Chrząszcz i Zębaty narodzili się w laboratoryjnej retorcie. Nikt nie wiedział, gdzie i kiedy narodził się Roos Ley, ich szkarłatnooki herszt. Wszyscy trzej służyli srebru, nie będąc srebrnymi magami. Byli łowcami nagród.

Potrafili wędrować tropem ściganego przez trzy morza i trzy kraje. Potrafili się zaczajać po odwrotnej stronie rzeczywistości i czatować tam, czekając, aż ofiara wkroczy w zastawioną pułapkę. Umieli walczyć prawie każdą bronią znaną w Siedmiu Krainach i nosili tyle talizmanów chroniących przed czarną magią, że piorun kulisty mogliby schwycić w powietrzu gołą ręką.

Byli chciwi, czego nie kryli. Wysoko wyceniali swe usługi. Lecz Heremond d’Eigle, majętny cudzoziemiec, miał na książęcym dworze w Feresti jeszcze bogatszych i potężniejszych przyjaciół. Miał też wrogów – w dodatku powiązanych ze stronnictwem przeciwników księcia. Kiedy zniknął w zagadkowych okolicznościach, wybrawszy się na polowanie tylko z jednym sługą, natychmiast podjęto kroki, by wyjaśnić sprawę. Gdy zawezwany jasnowidz oświadczył, że doszło do morderstwa, a sprawca jest czarnym magiem, dopilnowano, aby śledztwo przejęli specjaliści.

Człowiek, który przed chwilą wyzionął ducha, był za życia pachołkiem Heremonda d’Eigle i towarzyszył swemu panu podczas feralnego polowania. Został już przesłuchany w książęcych lochach, ale kat nie zdołał z niego wyciągnąć żadnych przydatnych informacji. Książę zezwolił, aby Roos Ley i jego towarzysze przeprowadzili ponowną indagację, stosując takie środki, jakie uznają za słuszne. Niestety, póki żył, więzień zaklinał się z płaczem, że nic nie wie. Tu, nad jeziorem, stracił swego chlebodawcę z oczu, a później koń pana Heremonda powrócił galopem bez jeźdźca.

Roos Ley i jego towarzysze wiedzieli, że jezioro to ważna poszlaka, podobnie jak deszcz padający w dniu, gdy pan d’Eigle zaginął. Echa wszelkich zaklęć najszybciej wygasają w pobliżu wody. Ponieważ nie dysponowali niczym więcej, żadną wskazówką, a potencjalny świadek nie wyznał nic pomimo tortur – pozostała tylko jedna możliwość, żeby czegoś się dowiedzieć.

Ciało pechowego sługi zdążyło już obrócić się w popiół. Roos Ley ujął zwisający z gałęzi okopcony sznur i popatrzył w zadumie na ubrudzone sadzą palce. Zaklęcie wróżebne wypisane na zwłokach, opłacone życiem nieszczęśnika, właśnie nabrało mocy.

Roos Ley wsunął palec do ust, zamknął oczy i trwał tak dłuższą chwilę. Towarzysze milczeli, obserwując go w napięciu.

– Jasnowidz miał rację – oznajmił w końcu. – Doszło do morderstwa, a sprawcą jest żmij. Jeden. Pracujący na zlecenie. Przybył tu z Alkary, zabił tego arystokratę i zbiegł.

– Jak go znajdziemy? – zapytał Chrząszcz.

– To szczwany lis, zatarł za sobą ślady, żadne wróżby nie powiedzą nam nic więcej. Pozostaje tylko nasz stary sposób.

– Trzeba spytać zabitego? – zapytał Zębaty.

– Tak jest. Niech książę pan ufunduje wołu. Gdy rozlejemy krew tu nad jeziorem, duch Heremonda powinien się zjawić jako jeden z pierwszych.

5.

Kiedy Mydriakos jej nie potrzebował, dziewczyna snuła się po pustych pokojach albo przesiadywała w kuchni. Gotowała i prała, bo ktoś musiał, choć te proste obowiązki wydawały jej się teraz swoistym makabrycznym absurdem.