Feniks na Mieczu - Robert E. Howard - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Feniks na Mieczu ebook i audiobook

Robert E. Howard

3,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Zdobył koronę mieczem. Czy zdoła ją mieczem utrzymać?

 

Conan, barbarzyńca, który z dzikich wzgórz Cymmerii doszedł aż na tron Aquilonii, szybko poznaje gorzką prawdę o władzy: korona przyciąga więcej sztyletów niż chwały. W cieniu pałacowych korytarzy zawiązuje się spisek, a niezadowolenie ludu podsycają słowa, których nie sposób uciszyć stalą.

 

Lecz nie wszyscy wrogowie króla są z krwi i kości. W mroku czai się ktoś, kto czekał na tę noc całe lata – i dla kogo zemsta jest warta przywołania sił, jakich żaden władca nie powinien obudzić.

 

Nadciąga noc, która rozstrzygnie los królestwa. Noc, w której barbarzyńca odkryje, że są wrogowie, których nie pokona żadne ostrze – chyba że naznaczy je coś potężniejszego niż człowiek.

 

Pierwsza opowieść o Conanie. Tam, gdzie kończy się polityka, zaczyna się magia – a tam, gdzie zawodzi magia, zostaje miecz.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 46

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 1 godz. 18 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Sebastian Kumor

Oceny
3,0 (1 ocena)
0
0
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Conan Barbarzyńca

Feniks na Mieczu

Robert E. Howard

Przetłumaczył Marcin Gołda

Rozdział I

„Wiedz, oksiążę, że między latami, gdy oceany pochłonęły Atlantydę ijej lśniące miasta, aczasami, gdy wzeszły gwiazdy Synów Aryasa, była Epoka, ojakiej nikomu się nie śniło, kiedy to lśniące królestwa rozpościerały się po świecie niczym błękitne klejnoty pod niebem – Nemedia, Ofir, Brythunia, Hyperborea, Zamora ze swymi ciemnowłosymi niewiastami i wieżami spowitymi pajęczą tajemnicą, Zingara ze swym rycerstwem, Koth graniczący zpasterskimi ziemiami Szemu, Stygia zgrobowcami strzeżonymi przez cienie, Hyrkania, której jeźdźcy nosili stal, jedwab izłoto. Lecz najdumniejszym królestwem świata była Akwilonia, panująca niepodzielnie na rozmarzonym zachodzie. Tam to przybył Conan Cymmeryjczyk, czarnowłosy, oposępnym spojrzeniu, zmieczem wdłoni – złodziej, łupieżca izabójca – pełen przepastnej melancholii irównie przepastnej wesołości, by wswych sandałach deptać klejnotami zdobne trony Ziemi.”

– Kroniki Nemedyjskie

Nad mrocznymi iglicami ilśniącymi wieżycami zaległa widmowa cisza iciemność, jaka poprzedza świtanie. Wciemny zaułek – jeden zcałego labiryntu tajemnych, krętych przejść – czterech zamaskowanych ludzi wsunęło się pospiesznie przez drzwi, które niedostrzegalnie uchyliła smagła dłoń. Nie odzywali się, lecz szybko zniknęli wmroku, szczelnie owinięci wpłaszcze; niczym duchy zamordowanych rozpłynęli się wnocnym półcieniu. Za nimi, wszparze drzwi, ukazało się szydercze oblicze; para złych oczu błyszczała złowrogo wpółmroku.

– Idźcie wnoc, stworzenia nocy – zadrwił głos. – Głupcy, zguba depcze wam po piętach jak ślepy pies, awy nawet otym nie wiecie. – Mówiący zamknął drzwi izaryglował je, po czym ze świecą wdłoni ruszył korytarzem. Był to ponury olbrzym, którego smagła skóra zdradzała stygijskie pochodzenie. Wszedł do wewnętrznej komnaty, gdzie wysoki, szczupły mężczyzna wwytartym aksamicie wylegiwał się na jedwabnej sofie niczym wielki leniwy kot, sącząc wino zogromnego złotego pucharu.

– A więc, Ascalante – rzekł Stygijczyk, odstawiając świecę – twoi durnie wypadli na ulice jak szczury znor. Osobliwych narzędzi używasz do swej roboty.

– Narzędzi? – odparł Ascalante. – Cóż, oni też za takowe mnie uważają. Od miesięcy, odkąd Zbuntowana Czwórka przywołała mnie zpołudniowej pustyni, mieszkam wsamym sercu siedziby moich wrogów, kryjąc się za dnia wtym podłym domu, anocą przemykając ciemnymi zaułkami ijeszcze ciemniejszymi korytarzami. Idokonałem tego, czego nie zdołali owi zbuntowani panowie. Działając przez tych i innych agentów, zktórych wielu nigdy nie widziało mojej twarzy, przeorałem imperium siatką zdrady iniepokojów. Krótko mówiąc, ja, pracując wcieniu, przygotowałem upadek króla zasiadającego na słonecznym tronie. Na Mitrę, byłem mężem stanu, zanim zostałem banitą.

– A ci głupcy, którzy mają się za twoich panów?

– Będą sądzić, że im służę, dopóki nasze obecne dzieło nie zostanie dopełnione. Któż znich może równać się przebiegłością zAscalantem? Volmana, karłowaty hrabia Karabanu; Gromel, olbrzymi dowódca Czarnego Legionu; Dion, opasły baron Attalusu; Rinaldo, postrzelony minstrel. To ja jestem siłą, która spoiła stal w każdym z nich, a przez glinę w każdym z nich skruszę ich, gdy nadejdzie pora. Ale to sprawa przyszłości – tej nocy umrze król.

– Kilka dni temu widziałem, jak cesarskie szwadrony opuszczały miasto – rzekł Stygijczyk. – Wyruszyły ku granicy, którą nękają pogańscy Piktowie – awszystko za sprawą mocnej gorzałki, którą przemyciłem przez rubieże, by doprowadzić ich do szału. Umożliwiło to ogromne bogactwo Diona. Volmana zkolei sprawił, że można było pozbyć się reszty cesarskich wojsk, jakie pozostały wmieście. Dzięki jego książęcym krewniakom wNemedii łatwo było przekonać króla Numę, by zażądał obecności hrabiego Trocera zPoitain, seneszala Akwilonii; aten, rzecz jasna, wyruszy zcesarską eskortą, własnym wojskiem oraz Prosperem, prawą ręką króla Conana. Wmieście pozostaje więc jedynie osobista straż królewska – prócz Czarnego Legionu. Za pośrednictwem Gromela skaptowałem rozrzutnego oficera tej straży iprzekupiłem go, by opółnocy odprowadził swoich ludzi spod drzwi króla.

Wtedy, wtowarzystwie szesnastu moich gotowych na wszystko zabójców, wejdziemy do pałacu sekretnym tunelem. Agdy rzecz zostanie dokonana, choćby nawet lud nie powstał, by nas powitać, Czarny Legion Gromela wystarczy, by utrzymać miasto ikoronę.

– A Dion sądzi, że ta korona przypadnie jemu?

– Tak. Ten tłusty głupiec rości sobie do niej prawa zracji odrobiny królewskiej krwi wżyłach. Conan popełnia poważny błąd, pozostawiając przy życiu ludzi, którzy wciąż chełpią się pochodzeniem od dawnej dynastii, której wydarł koronę Akwilonii.

– Volmana pragnie odzyskać królewskie łaski, jakimi cieszył się za poprzednich rządów, by móc dźwignąć swe podupadłe włości do dawnej świetności. Gromel nienawidzi Pallantidesa, dowódcy Czarnych Smoków, iz całym uporem rodowitego Bossończyka pożąda dowództwa nad całą armią. Jeden Rinaldo spośród nas wszystkich nie ma osobistych ambicji. Widzi wConanie barbarzyńcę oskrwawionych dłoniach inieokrzesanych obyczajach, który przybył zpółnocy złupić krainę cywilizacji. Idealizuje króla, którego Conan zabił, by zdobyć koronę, pamiętając jedynie, że ów monarcha bywał patronem sztuk, azapominając oniegodziwościach jego panowania – isprawia, że lud również onich zapomina. Już otwarcie śpiewają „Lament po królu”, wktórym Rinaldo wynosi pod niebiosa tego świętoszkowatego łotra, aConana piętnuje jako „dzikusa zotchłani o czarnym sercu”. Conan śmieje się z tego, ale lud szemrze.

– Czemu Rinaldo go nienawidzi?

– Poeci zawsze nienawidzą tych, którzy są uwładzy. Doskonałość zawsze majaczy im tuż za rogiem, za który jeszcze nie zajrzeli, albo gdzieś za następnym zakrętem. Uciekają od teraźniejszości wmarzenia oprzeszłości iprzyszłości. Rinaldo jest płonącą pochodnią idealizmu, która – jak mu się zdaje – wznosi się, by obalić tyrana iwyzwolić lud. Aco do mnie... cóż, jeszcze kilka miesięcy temu pozbyłem się wszelkich ambicji prócz tej, by do końca życia napadać na karawany; teraz dawne marzenia znów się we mnie budzą. Conan zginie; Dion zasiądzie na tronie. Apotem ion umrze. Jeden po drugim wszyscy, którzy mi staną na drodze, polegną – od ognia, stali albo tego zabójczego wina, które tak znakomicie umiesz warzyć. Ascalante, król Akwilonii! Jakże ci się podoba to brzmienie?

Stygijczyk wzruszył szerokimi ramionami.

– Był czas – powiedział znieskrywaną goryczą – kiedy ija miałem ambicje, przy których twoje wydają się tandetne idziecinne. Jakże nisko upadłem! Dawni moi sojusznicy irywale otworzyliby szeroko oczy, gdyby ujrzeli Thoth-amona Mistrza Pierścienia służącego niczym niewolnik cudzoziemcowi, ado tego banicie, ipomagającego spełniać marne ambicje baronów ikrólów!

– Pokładałeś ufność wczarach imagicznych sztuczkach – odparł niedbale Ascalante. – Ja ufam memu rozumowi imieczowi.

– Rozum imiecze są jak źdźbła słomy wobec mądrości Ciemności – warknął Stygijczyk, aw jego ciemnych oczach zamigotały groźne błyski i