Felix Baumgartner. Szturmując niebo - Felix Baumgartner, Thomas Becker - ebook

Felix Baumgartner. Szturmując niebo ebook

Felix Baumgartner, Thomas Becker

4,0

Opis

Od zawsze uwielbiał wyzwania. Kiedy kupił pierwszy rower, nie mógł się zadowolić zwykłą przejażdżką – na swoim bmx-ie jeździł wyłącznie na tylnym kole. Jak wariat. Z czasem zaczął przed sobą stawiać coraz bardziej ryzykowne cele.

Nielegalny skok z najwyższego wówczas budynku na świecie w Kuala Lumpur. Próba oddana z pomnika Chrystusa Odkupiciela w Rio i kolejna przygoda, kiedy zdecydował się polecieć w głąb ciemnej jaskini Mamet w Chorwacji. Wszystko to było tylko preludium do największego z wyczynów: skoku z kosmosu, podczas którego przekroczył prędkość dźwięku i znalazł się na ustach całego świata. Felix Baumgartner – facet, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych. Czego doświadczył, pędząc na oślep z wysokości blisko 39 kilometrów? Jak przez pięć lat przygotowywał się do Misji Stratos? Co go napędzało?

Historia człowieka, który nie marnuje ani sekundy swojego życia. Potężna dawka adrenaliny. Pozycja obowiązkowa dla każdego amatora mocnych wrażeń.

***

21 lipca 1969 roku Neil Armstrong, stając na powierzchni Księżyca, był pewien: „To jest mały krok człowieka, ale wielki skok dla ludzkości”. 14 października 2012 roku Felix Baumgartner dokonał rzeczy równie spektakularnej. Nie ulega wątpliwości – to był wielki skok człowieka, który skupił na sobie oczy ludzkości. Ta historia zaczyna się i kończy na Ziemi, ale sięga gwiazd.
Grzegorz Mikuła,
wydawca magazynu „Champion”

Kiedy usłyszałem o Baumgartnerze, pomyślałem, że to kolejny szaleniec. Później zrozumiałem, jak ciężko trzeba pracować, aby osiągnąć to co on. Po przeczytaniu tej książki wiem, ile jest w tym człowieku pasji i determinacji.
Łukasz Polański,
fan BASE jumpingu, siatkarz AZS Częstochowa

Zajrzyjmy w tryby mechanizmu sukcesu. Zobaczmy człowieka, który planuje i sumiennie realizuje swoje marzenia. Człowieka, który jak każdy z nas ma swoje mocniejsze i słabsze strony. Zapoznajmy się z unikatową lekcją życia, spisaną przez kogoś, kto balansuje na krawędzi śmierci. Najbardziej rozpoznawalny zawodnik marki Red Bull opisuje, jak dochodził do sukcesu, jak docierał do granic swoich możliwości. To nie tylko książka o spektakularnych wyczynach czy inspiracja dla poszukiwaczy przygód. To opowieść o tym, że za każdym sukcesem stoi człowiek, wraz ze swoją wrażliwością, siłą i słabościami.
Grzegorz „Iwan” Kucharczyk,
instruktor spadochronowy

Skok Baumgartnera był wielkim wydarzeniem. W sportach ekstremalnych można go porównać z lądowaniem na Księżycu. Warto przeczytać tę książkę, by przeżyć go jeszcze raz.
Dawid Muszyński,
redaktor naczelny magazynu „EGO”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 244

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (2 oceny)
0
2
0
0
0

Popularność




Tę książkę dedykuję wszystkim matkom tego świata – Wasza bezwarunkowa miłość i oddanie dzieciom jest przykładem miłości bezgranicznej. Bez Was nie bylibyśmy tam, gdzie dziś jesteśmy.

W największym dole najwyższego skoku

Nocą, o wpół do czwartej, zrozumiałem, że chcę do domu. Jadę więc z mojego apartamentu w Santa Monica na lotnisko, organizuję sobie bilet i lecę do Salzburga. Od tygodni nie mogłem spać, ale tej nocy w ogóle nie zmrużyłem oka, bo wiedziałem jedno: jutro czeka mnie podróż do Brooks w San Antonio w Teksasie do miejsca, gdzie przetestowano wszystkie wahadłowce i wytrenowano wszystkich astronautów.

Będę musiał wytrzymać pięć godzin w kombinezonie i pokazać ekspertom z Air Force, że potrafię. A ja doskonale wiem, że nie potrafię…

Co robić? Nie ma rozwiązania. W końcu nadszedł dzień, który tak długo odwlekałem. Jest tylko jedno wyjście – ucieczka. Byle dalej stąd, dalej od kombinezonu, dalej od całego zespołu. Już dawno powinienem był się przyznać ludziom do swojego lęku. Ten olbrzymi zespół miesiącami wypruwał sobie żyły, pracował dzień i noc. Wszyscy we mnie wierzyli. A teraz zostawiam ich na lodzie za pięć dwunasta.

Czegoś takiego nigdy w życiu nie zrobiłem. Zawsze stawiałem czoła swoim demonom, nie odwlekałem spraw, brałem byka za rogi. Jeśli pojawił się jakiś problem, szukałem odpowiedniego rozwiązania. To pierwszy taki przypadek, kiedy próbuję odsunąć przeszkodę z nadzieją, że rozwiązanie znajdzie się samo. Za każdym razem, gdy uciekałem, mówiłem sobie: „Jeśli nie możesz opłacić czynszu, zapłacisz następnym razem”. Wiedziałem jednak doskonale, że następnym razem nie będzie lepiej. Kiedyś i tak trzeba będzie zapłacić. I to się właśnie teraz stało.

Powód, dla którego zacząłem przed 25 laty skakać ze spadochronem, to nieporównywalne z niczym innym uczucie wolności, którego doświadczasz, gdy spadasz w dół po odbiciu. Kiedy skakałem, to najchętniej w koszulce i dżinsach, czasami w kasku. A teraz? Ubieram się w kombinezon, na to zakładam spadochron, który jest trzykrotnie cięższy niż normalny, do tego dwie butle z tlenem, a na piersi aparatura do rejestrowania danych.

Na koniec jestem dwa razy cięższy niż zazwyczaj! Żadnej swobody. Skok jest mozolny, nie sprawia frajdy. I jeszcze musiałem się wszystkiego nauczyć od nowa, bo dodatkowy ciężar i kombinezon blokowały ruchy. Byłem jak początkujący: bez doświadczenia, bez pewności siebie. Nie wiedziałem, co mnie czeka, ale mimo to skoczyłem.

Od początku bardzo profesjonalnie radziłem sobie ze stroną techniczną kapsuły. Obsługa przycisków, niezależność w kokpicie, procedury bezpieczeństwa, które trzeba znać na pamięć… Wszystko to perfekcyjnie opanowałem w rekordowym czasie. Chwalono mnie za to, że potrafię zapamiętać tyle rzeczy i jeszcze wykonać je w tych warunkach. To właśnie stanowi moje zaplecze: zawsze potrafię w krótkim czasie prawidłowo zareagować. Do tego jestem wytrenowany. Ale ten kombinezon! Mam zaufanie do samego siebie i zawsze mogłem przywołać tę pewność, o ile byłem dobrze przygotowany. Mogłem ją przywołać niezależnie od tego, jak wielu ludzi z NASA by mi się przyglądało – to żaden problem, gdyby tylko nie ten kombinezon…

Projekt „Red Bull Stratos” ma obecnie trzy lata. Problem z kombinezonem ciśnieniowym pojawiał się u mnie podczas testów raz po raz. Bez kombinezonu ten projekt byłby dla mnie czystą przyjemnością. Kwestie bezpieczeństwa, rozwoju, techniki – to wszystko byłaby bułka z masłem. Jednak zamiast radości w oczekiwaniu na skok próbny z wysokości dziesięciu tysięcy metrów pojawiała się tylko jedna myśl: nie chcę się wbijać w ten kombinezon!

To było jak trudny egzamin, którego człowiek się boi. Stałem się przewrażliwiony, reagowałem na drobiazgi nigdy niesprawiające mi problemu. Na przykład przeszkadzało mi światło w pomieszczeniu, w którym Mike Todd – technik od kombinezonu – zawsze mnie ubierał. Nigdy wcześniej nie myślałem o świetle… I jeszcze ten zapach! Hełm ma uszczelkę okalającą twarz i ten zapach gumy zaczął mi niewiarygodnie przeszkadzać. Wszystkiemu mogłem coś zarzucić – nawet dźwiękom. Na szczęście Mike ma bardzo spokojny, miły głos. Były jednak inne osoby, które kiedy wchodziły do pomieszczenia, ich głosy zaczynały mnie drażnić.

Wszystko, co się z tym kombinezonem wiązało, z biegiem czasu zaczęło mi się źle kojarzyć. Było dla mnie oczywiste, że pewnego dnia się poddam. Poczułem się schwytany w ten kombinezon. Fakt, że miałem być bohaterem tego projektu, bo przez ostatnie 20–25 lat zawsze miałem osiągnięcia, mnie przytłaczał. Wielu osobom ze środowiska skoczków spadochronowych i BASE byłem znany jako ten, który wszystko potrafi. I nagle nie jestem w stanie przeskoczyć takiej przeszkody jak kombinezon… Zawiodę na ziemi, a nie na wysokości 39 kilometrów, skacząc z kapsuły na skraju wszechświata. Co za katastrofa!

Dwa lata oszukiwałem siebie i mój zespół. Zawsze starałem się, żebym był w kombinezonie jak najkrócej. Oczywiście lepiej by było, gdybym spędzał w nim więcej czasu, gdybym sam się do tego zmusił: dziś będę w nim godzinę, choć oficjalnie powinienem być tylko 30 minut. Jednak gnało mnie coś w drugą stronę, wymyślałem preteksty, by jak najszybciej wydostać się z kombinezonu. Zespół niczego się nie domyślał. Wychodzili z założenia, że gdyby był jakiś problem z kombinezonem, to pojawiłby się już w pierwszych pięciu minutach. Ze mną było jednak inaczej. Nie czułem się szczególnie komfortowo, ale początkowo przez dziesięć minut dało się wytrzymać. Pierwszy raz nie trwał o wiele dłużej. Potem zaś wymyślałem różne sztuczki typu: „Mogę na chwilę otworzyć wizjer, żeby lepiej nam się rozmawiało?”. Najgorszym momentem był ten, gdy zamykali hełm. Wtedy zostajesz we własnym świecie w tym kombinezonie. Z otwartym wizjerem nie tkwisz w takim zamknięciu. Myślałem, że przyjdzie taki dzień, kiedy założę kombinezon i powiem sobie: „Okej, jest dobrze”. Niestety, taki dzień nigdy nie nadszedł…

I tak pakuję rzeczy po bezsennej nocy w Santa Monica, zamykam pokój i myślę: „Zostawiasz teraz wszystko, na co pracowałeś latami”. Pośrednio przygotowywałem się do tego projektu przez 25 lat. Każdy skok był jednym z elementów większej całości. Wsiadam do samochodu. Zapewne jechałem już tędy z 50 razy na lotnisko, ale tym razem jest tak, jakby czas się zatrzymał – jadę jak w transie. Inaczej odbieram światła nocy. Lecę do domu, wszystko zostawiam za sobą. Nie mogę się cofnąć, muszę złapać trochę oddechu bez względu na to, co tym wywołam. Muszę teraz pomyśleć o sobie.

Rozmowa przez telefon. Zawsze jest łatwiej, gdy nie trzeba komuś patrzeć w oczy. Mówię: „Chłopaki, mam problem z kombinezonem. Wiem, trochę późno was informuję, ale muszę jechać z powrotem do Austrii. Potrzebuję znanego mi otoczenia: rodziców, mojej dziewczyny, ludzi, z którymi dobrze się czuję”.

Tu w międzyczasie wszyscy stali się moimi wrogami. Joe Kittinger, Art Thompson i ludzie, którzy dla mnie pracują – są wrogami, bo mają związek z moim problemem. Bo chcą, bym spędził w tym kombinezonie pięć godzin! Są jak specjaliści od tortur.

Z lotniska dzwonię do Arta, szefa projektu, i mówię mu wszystko jak na spowiedzi. Nie krzyczy i nie klnie, odpowiada tylko: „Czekaj, przyjadę”. Siedzę w kącie i ryczę. Ludzie przyglądają mi się, jakiś policjant pyta, czy wszystko jest w porządku. Nie, nie jest. Poddaję się. Jestem u kresu, w największym dole mojego najwyższego skoku.

Baumgartner na rampie startowej wyścigu Man versus Machine

Pierwszy skok próbny head down

Wczorajsze naleśniki, czyli jak zostałem sportowcem Red Bulla

Główna siedziba światowego koncernu Red Bull mieści się dziś w Fuschl am See niedaleko Salzburga. Na sukces firmy pracuje tam około 500 z 9 tysięcy zatrudnionych na całym świecie pracowników. Na początku lat 80., kiedy koncern został założony, Red Bull rezydował nie nad jeziorem Fuschl, lecz w Salzburgu, przy Alpenstrasse.

Na piętrze Berger Banku miał biuro Dietrich Mateschitz. Tego człowieka, urodzonego w 1944 roku w Sankt Marein w Styrii, który z Red Bullem podbił rynek napojów energetycznych, poznałem przez Wojskowy Klub Sportowy Salzburg. Dziś klub ten nosi nazwę Red Bull Salzburg.

Skakać ze spadochronem zacząłem w 1986 roku jako 16-letni cywil w Wojskowym Klubie Sportowym, którego szefem był Roland Rettenbacher. Dwa lata później zaciągnąłem się do armii i po jakimś czasie trafiłem jako czołgista i instruktor do świetnie prowadzonego Centrum Doskonalenia Spadochroniarzy w Wiener Neustadt. Prócz skoków uczyłem się tam również boksu, bo po służbie często się nudziłem. Doszedłem nawet do zawodowej walki – 5 sierpnia 1992 roku walczyłem z pewnym Chorwatem, którego pokonałem w pierwszej rundzie przez nokaut. To była moja pierwsza i do dziś jedyna zawodowa walka…

W tym samym roku Red Bull zorganizował w Wiedniu swój pierwszy Konkurs Lotów. Pomysł na te zawody, które do dziś się odbywają w różnych miastach świata, jest następujący: uczestnicy spadają do wody ze specjalnej rampy w zbudowanych przez siebie pojazdach latających. Oceniane są długość skoku i oryginalność pojazdu. Na zawody w Wiedniu ludzie z Red Bulla szukali skoczków spadochronowych, którzy podczas otwarcia konkursu wylądują na rampie. Poszukiwania zaprowadziły ich do Salzburga, gdzie w tamtym czasie były tylko dwa kluby – Salzburski Klub Skoczków Spadochronowych i Wojskowy Klub Sportowy, którego byłem członkiem. Moich kolegów i mnie nie trzeba było długo namawiać. Wzięliśmy udział w otwarciu, wylądowaliśmy zgrabnie na rampie, a Dietrich Mateschitz był tak zachwycony, że zdecydował się wspierać nasz klub. Z kwoty, którą przekazał nam do dyspozycji, mogliśmy kupić kilka nowych spadochronów. Oczywiście pojawiły się na nich napisy „Red Bull”. Od tego momentu byłem jednym z pierwszych zawodników Red Bulla. Dziś jest 650 sportowców, są też liczne drużyny.

Jako pomocnik ślusarza zarabiałem wówczas 1550 szylingów miesięcznie. Skok ze spadochronem kosztował 150 szylingów za każde tysiąc metrów. W dobre przedpołudnie skakałem może cztery–pięć razy, więc połowa pensji szybko się rozchodziła. A kiedy inni pytali po południu: „Skoczymy jeszcze raz?”, musiałem zawsze odpowiadać: „Sorry chłopaki, ale dziś jest dopiero 14, mam jeszcze parę innych planów na ten miesiąc”. W tym czasie miałem faktycznie żołd, którym musiałem zawsze bardzo oszczędnie gospodarować, jeśli miało mi wystarczyć na jakieś wyjścia. Podczas gdy wszyscy inni w wieku 16 czy 17 lat dawno już mieli kupiony bądź podarowany w prezencie motorower, ja nadal jeździłem tylko rowerem.

Na skoki ze spadochronem mogłem sobie pozwolić tylko dlatego, że mama podsyłała mi trochę ojcowskich pieniędzy. Nie tysiące szylingów, ale od czasu do czasu 150… Zawsze z komentarzem: „Ale tacie nic nie mówimy!”. Mama była odpowiedzialna za prowadzenie domu, sprzątanie, gotowanie, pranie, wychowywanie dzieci i za przelewy bankowe.

Mój ojciec nieźle zarabiał jako doradca w urządzaniu wnętrz, ale nigdy nie miał czasu zajmować się sprawami finansowymi. Jest bardzo oszczędnym człowiekiem, który nie wydawał wiele na sport. Jego komentarz do moich skoków brzmiał: „Jeśli masz pieniądze na skoki, to możesz je na nie wydać. Ale raczej powinieneś je zaoszczędzić”.

Wtedy cierpiałem z powodu jego oszczędzania, a dziś chce mi się z tego śmiać. Przypominam sobie, jak ojciec jeździł kiedyś na rowerze z parą butów na bagażniku, żeby znaleźć szewca, który mu je podzeluje. I nie mówimy tu o parze eleganckich, wykonanych na miarę skórzanych trzewików, tylko o takich zwyczajnych. Gdy wrócił, buty były nadal przypięte do bagażnika.

– Co robiłeś tak długo? I dlaczego na butach są nadal stare podeszwy? – zapytałem.

– No, znalazłem szewca, który chce siedem euro, ale przypomniałem sobie, że jest taki, który robi za pięć. Tylko ten już miał zamknięte…

Ojciec jeździł więc dwa dni rowerem, by na koniec zaoszczędzić dwa euro.

*

Kiedy w wieku 22 lat, po czterech latach służby, opuszczałem austriacką armię, chciałem zrobić jeszcze dyplom mechanika pojazdów. Specjalizacja: motocykle. W wieku 18 lat kupiłem sobie pierwszy motocykl – Yamahę RD 500 – maszynę po wypadku, którą sam doprowadziłem do porządku. Byłem już wówczas mechanikiem samochodowym i uwielbiałem grzebać się w motorach. Teraz chciałem się tego rzetelnie nauczyć. Podjąłem pracę w warsztacie, dla którego zatrudnienie mnie nie wiązało się z żadnymi kosztami, bo w dalszym ciągu płaciło mi wojsko. Tak dostałem możliwość wdrożenia się w pracę zawodową, co miało mi się przydać po wyjściu do cywila. Ten epizod jednak nie trwał długo…

Pewnego dnia, w piątek, pojawił się w warsztacie klient i poprosił o pilny przegląd motocykla. Chciał następnego ranka o czwartej wyruszyć z przyjaciółmi do Grecji, a w ostatniej chwili zauważył, że w czasie tej długiej trasy wypadnie obowiązkowy przegląd. Zapewniłem go, że sprawa zostanie załatwiona i jego motor będzie gotowy przed zamknięciem warsztatu jeszcze tego samego dnia. Ledwo motocykl stanął na podnośniku, przyszedł do mnie kierownik działu sprzedaży:

– Nie zrobimy mu tego motoru.

– Ale przecież przyjęliśmy ten przegląd.

– Ten facet chciał niedawno kupić sobie nowy motocykl i poskarżył się szefowi, że nie chciałem dać mu większego rabatu. Dostało mi się od szefa.

– Ja jestem tu tylko uczniem, ale ten facet chce jutro jechać z kumplami do Grecji. Jak przyjdzie i maszyna nie będzie gotowa…

– To nie twój problem. Zdejmuj ją z tego podnośnika!

Nie wierzyłem własnym uszom… Trzeba było facetowi od razu zaproponować inny termin! Jak można komuś obiecać usługę i po prostu nie tknąć motoru? To się kłóciło z moim poczuciem sprawiedliwości, które miałem z jakiegoś powodu szczególnie silnie wpojone.

Gdy wreszcie klient przyszedł późnym popołudniem, musiałem się tłumaczyć: „Mieliśmy dzisiaj takie urwanie głowy, że nie zdążyłem się za niego zabrać”. Mężczyzna zrobił się biały jak ściana i zaczął płakać jak małe dziecko. Jego wyprawa do Grecji zaplanowana była od miesięcy i gdyby teraz jego motocykl miał jakąś awarię, to naprawa nie byłaby już objęta gwarancją. Dla niego świat się skończył. Pobiegłem do sprzedawcy, który ukrył się w biurze, i powiedziałem mu:

– Teraz zajmij się sam tą sprawą. Ten klient siedzi w warsztacie i rozpacza. Ty to wyprostujesz.

Szef działu sprzedaży poszedł do klienta i powiedział:

– Jeśli Felix przyjdzie jutro rano o piątej, a twoi koledzy wyruszą nieco później – motor będzie zrobiony.

Po tych słowach poprosiłem szefa sprzedaży o krótką rozmowę w cztery oczy:

– Okej, nie ma problemu. Przyjdę jutro o piątej i będę pracował w mój wolny weekend, na który sobie zasłużyłem. Ale podbiję kartę pracy. To są nadgodziny. Mój tydzień roboczy trwa od poniedziałku do piątku.

– To on powinien zapłacić, jeśli przychodzisz po godzinach. Dogadaj się z nim – odpowiedział na to szef sprzedaży.

– Ten facet był umówiony na dziś – zaprotestowałem – ale nie zrobiliśmy mu motocykla. Jego kumple wyjeżdżają tylko ze względu na nas dwie godziny później i jeszcze ma do tego dopłacać?

Następnego dnia zrobiłem przegląd i nie policzyłem sobie za to dodatkowo. W poniedziałek rano szef działu sprzedaży sprawdził moją kartę pracy i powiedział:

– Podstemplowałeś sobie.

– Tak, oczywiście. – I od tego dnia zostałem zaszufladkowany jako „niewygodny współpracownik”.

Ciągle były jakieś problemy. Z każdym tygodniem rozumiałem coraz lepiej, że warsztat naciągał klientów, jak chciał. Dziennie robionych było od pięciu do ośmiu motocykli. Każda naprawa trwała około trzy i pół godziny. Osiem razy trzy i pół daje dwadzieścia osiem godzin roboczych. Doba ma tylko dwadzieścia cztery, a dzień pracy jedynie osiem. Kiedy musieliśmy wyregulować zawory, mieliśmy tylko krótko posłuchać, czy słychać stukanie. Nie? No to w porządku, przetrzeć silnik i gotowe. Filtrów oleju czasami w ogóle nie wymienialiśmy, tylko czyściliśmy je, by wyglądały na nowe. Rzekomo wymienione części wpisywaliśmy do wykazu.

Zawsze mówiłem: „Chłopaki, to jest świństwo. Bierzecie za to kupę kasy. To oszustwo”. Aż w końcu pewien sprytny klient wpadł na nasz trop. Na zakrętkach akumulatora położył włos, oznaczył filtr oleju, wszystko sfotografował i oddał maszynę do serwisu. Przy odbiorze powiedział: „Chodźcie, spójrzcie: sfotografowałem to wcześniej. Odkręcić i zakręcić zawór akumulatora tak, żeby włos nie spadł – to niemożliwe. A filtr oleju nie został wymieniony – widać, że jest oznaczony. Nie zrobiliście przy moim motorze zupełnie nic!”.

„Spokojnie, bez nerwów – mistrz próbował uspokoić klienta. – Zaraz zobaczę, co tam nasz uczeń znowu nabroił”.

Ale tym razem nie chciałem grać w te gierki. „Jeśli zrzucisz to na mnie, to będziecie jutro w gazecie. Zawsze wam mówiłem, że nie chcę brać udziału w tych przekrętach, a wy mówiliście, że mam się zamknąć i robić to, co do mnie należy. Możesz być pewien, że cały ten interes się rozleci”.

Mistrz odczekał do dnia, gdy kończyła się moja służba wojskowa – wtedy zostałem wyrzucony na ulicę: dziękujemy i do widzenia.

Chętnie zostałbym mechanikiem motocyklowym, ale moje poczucie sprawiedliwości, którego trzymałem się bez względu na straty, pokrzyżowało mi plany.

Zostałem więc bez pieniędzy i bez pracy. Żeby sfinansować skoki ze spadochronem, zacząłem pracować na budowie i łapać fuchy. Jedną z nich była praca kuriera u uznanego producenta samochodów – dwa razy w tygodniu. Szybko zostałem tam zatrudniony i dostawałem pensję marzeń w wysokości 3650 szylingów miesięcznie.

Szczególnie lubiany stałem się po tym, jak w jednym z biur trzeba było przesunąć jakąś olbrzymią metalową skrzynię, do czego żaden z zatrudnionych nie był wystarczająco silny.

– Panie Baumgartner, mógłby pan tę skrzynię…?

– Tak, jasne! Już zawijam rękawy.

Czułem się trochę jak facet z reklamy coca-coli, w której wszystkie sekretarki z biurowca podchodzą o wpół do pierwszej do okien, żeby podziwiać rozebranego do pasa robotnika budowlanego w czasie przerwy śniadaniowej: „Panie Baumgartner, nie napiłby się pan z nami kawy?”. W każdym biurze, gdzie oddawałem przesyłkę, gawędziłem przez dziesięć minut z damską częścią personelu. Było ciepło, miałem dach nad głową, a od czasu do czasu mogłem się przejechać eleganckim wozem szefowej, żeby odebrać jej ciuchy z pralni albo pierścionek od jubilera. Ja miałem wtedy starego volkswagena busa… Ta praca naprawdę sprawiała mi frajdę. Aż do historii z książką.

Miałem dostarczyć przesyłkę, na której nie można było odcyfrować ani nadawcy, ani odbiorcy. Po krótkim namyśle zdecydowałem się otworzyć paczkę i rzucić okiem na załączone druki, żeby zobaczyć, kto jest adresatem. Zamiast nich w przesyłce była książka pod tytułem 1000 usterek… z nazwą jednego z najlepiej sprzedających się modeli samochodów w Europie. Co to było? Moja ciekawość była nieopanowana i zacząłem wertować książkę. To był rodzaj instrukcji traktowania klientów licencjonowanych stacji diagnostycznych. Jak ta czy inna usterka w samochodzie może być wyjaśniona szaremu klientowi? Któremu dociekliwemu zorientowanemu w technice klientowi trzeba będzie usunąć usterkę bezpłatnie? Jaką historyjkę, od której włosy stają dęba, można opowiedzieć starej schorowanej rencistce? Ta książka była kamieniem milowym w moim osobistym rozwoju. A więc tak wygląda życie – pomyślałem sobie. Jeśli się znasz – wyjdziesz na swoje. Jeśli jesteś łatwowierny – wystrychną cię na dudka.

To, co wtedy przeczytałem, skojarzyło mi się od razu z pewną cechą mojego ojca, którą bardzo w nim ceniłem. Nikt nie mógł go oszukać. Jeśli miał do złożenia reklamację, wchodził do sklepu i wychodził z tym, z czym chciał wyjść. Moja matka wstydziła się w takich chwilach, ale ja szedłem za każdym razem z ojcem, stawałem obok niego, słuchałem i myślałem sobie: „Nieźle!”. „Musisz otworzyć usta i dobrze argumentować. Wrzaski nic nie pomogą”, tłumaczył mi ojciec. Sam nigdy nie krzyczał, tylko dobitnym tonem mówił, o co mu chodzi. Zauważyłem, że można wyegzekwować swoje prawa, nawet jeśli łączy się to z pewnym wysiłkiem. Na pewno nauczyłem się tego od ojca. On był w tym mistrzem.

Po historii z książką zacząłem łączyć fakty i uznałem, że muszę zacząć kierować swoją przyszłością w sposób zaplanowany. Nawet jeśli – w obliczu mojej trudnej sytuacji finansowej – oznaczało to, że chwilowo mogłem stać się jedynie mistrzem improwizacji.

W międzyczasie zmieniłem dyscyplinę: ze skoków spadochronowych na skoki BASE, czyli swobodne skoki z budynków (building), wież przekaźnikowych (antenna), mostów (span) i półek skalnych (earth). Przy takich skokach zostajesz w ostatniej chwili wyhamowany przez spadochron, który pozwala ci bezpiecznie wylądować. Przy normalnych skokach spadochron otwiera się jakieś 800 metrów nad ziemią. Jest tak złożony, że rozkłada się łagodnie, a więc stosunkowo powoli. Poza tym jest też spadochron zapasowy. Nawet jeśli główny miałby jakiś defekt, to skoczek i tak jest bezpieczny.

Przy skokach BASE, ze względu na niewielką wysokość odbicia, spadochron musi się otwierać dużo szybciej i ostrzej wyhamować spadanie. Dlatego też spadochron jest najczęściej większy, by móc osiągnąć możliwie dużą siłę hamowania, i jest wyciągany przez spadochron pomocniczy z tak zwanego base rig na plecach. Spadochronu awaryjnego najczęściej nie ma wcale, bo i tak nie byłoby czasu na jego użycie. Przy szczególnie niskich wysokościach skoku spadochron pomocniczy trzyma się w ręku już w chwili odbicia. W ten sposób znacznie szybciej można otworzyć spadochron właściwy.

Postanowiłem, że postaram się o włączenie dobrych nagrań wideo moich skoków do Red Bull Sports Compilation, w której co roku na Boże Narodzenie prezentowane są najlepsze projekty sportowców Red Bulla. Nawet dziś filmiki z tej kompilacji są pokazywane na całym świecie w dyskotekach, zajazdach i innych miejscach publicznych. Red Bull nie miał jeszcze wtedy własnej ekipy operatorów filmowych, ale jako sportowiec mogłem sobie wypożyczyć kamerę. Oczywiście sam z takim klocem nie mógłbym się filmować w powietrzu. Zadzwoniłem więc do mojego kumpla z Niemiec, Wolfganga di Ruggerio, którego poznałem przy skokach BASE. Był operatorem i miał własne studio montażowe: „Możesz pojechać ze mną do Norwegii? Opłacę ci przelot i jedzenie, a ty mnie nakręcisz. Może nic nie zarobisz, ale też nic nie stracisz”.

Niewiele później siedzieliśmy już razem na kempingu pośrodku niczego. Alkohol i jedzenie – wszystko było koszmarnie drogie, bo musiało być dowożone statkiem. Właściciel kempingu – nazywał się Einar – powiedział mi pewnego ranka: „Smażę codziennie naleśniki, jeśli zostaną mi jakieś z poprzedniego dnia, możesz je sobie wziąć za darmo”. Stare, wysuszone naleśniki? Było mi wszystko jedno. Najważniejsze, że miałem coś do jedzenia. Zadowoliłem się więc naleśnikami, podczas gdy Wolfgang siedział obok mnie z olbrzymią pizzą. Byłem skoczkiem, a żywiłem się gorzej niż kamerzysta, któremu zafundowałem podróż. Facet z porządnym apetytem, który powiedział: „Nie gniewaj się, ale zjem tę pizzę sam. Przecież jutro muszę znowu wchodzić z tobą pod górę”.

Było mi obojętne, ile starych naleśników muszę zjeść, bo wiedziałem jedno: wracam do domu ze świetnym materiałem wideo i wchodzę w kolejną fazę mojej sportowej kariery. I faktycznie trafiłem tamtego roku do Sports Compilation. Wideo z Norwegii było pokazywane na całym świecie. Jasno postawiłem sobie cel i robiłem wszystko, co konieczne, żeby go osiągnąć, a to przyniosło efekty. Kiedy w końcówce kompilacji na ekranie przewijała się lista występujących w niej sportowców, po raz pierwszy uświadomiłem sobie, jak to dobrze, że moje nazwisko rozpoczyna się od litery B…

*

Kilka lat po imprezie w Wiedniu szefem marketingu Red Bulla został Raymond Dulieu, który trafił tam z Tour de France. To facet, z którym doskonale się rozumiałem. Zaprosił wszystkich skoczków spadochronowych, w tym mnie, na swoje urodziny do Fuschl. Postanowiłem opowiedzieć mu na przyjęciu o moich planach wzięcia udziału w słynnym Bridge Day, czyli mistrzostwach w skokach BASE w Fayetteville w Wirginii Zachodniej. Kiedy zdradziłem mu swój pomysł, powiedział:

– Chcesz zajmować się profesjonalnie skokami BASE? Potrzebujesz porządnego spadochronu.

– Wypożyczę sobie jakiś, odpowiedziałem.

– Nie, opłacę ci spadochron. Ile to kosztuje?

– Trzy tysiące marek albo coś koło tego.

– Okej, nie ma sprawy. Dostaniesz od nas kask, a za spadochron zapłacę ja.

Jednak krótko przed zawodami Dulieu odszedł z firmy, by pracować dla piłkarskiej Ligi Mistrzów. Odpowiedzialnym za sponsoring sportowy został wówczas Thomas Überall, który nie był szczególnie zainteresowany BASE jumpingiem. Kiedy chciałem, by Red Bull opłacił mi bilet lotniczy na Bridge Day, powiedział: „Sponsorujemy już twój klub spadochroniarski. Jeśli chcesz się rzucać z mostu, to nie ma to nic wspólnego ze spadochroniarstwem. Za to płacić nie możemy”.

Byłem już bliski odpuszczenia sobie tej wyprawy, ale kilka dni przed zawodami mój klub decyzją zarządu podjął uchwałę, że zrobi dla mnie wyjątek i opłaci mi bilet do Wirginii Zachodniej. Z imprezy wróciłem jako mistrz świata BASE jumpingu 1997.

Dziś dobrze dogaduję się z Thomasem, ale na początku wcale się nie lubiliśmy. Po jego odmowie przed Bridge Day postanowiłem, że na naszą kolejną rozmowę o sponsorowaniu przyniosę wideo moich skoków zmontowane przez Wolfganga di Ruggiero. „Wolfgang, w przyszłym tygodniu mam rozmowę z nowym szefem marketingu w Red Bullu – powiedziałem mu. – Chodzi o sponsoring i potrzebuję porządnego wideo tematycznego”. Dostarczyłem Wolfgangowi wszystkie materiały, które miałem i poprosiłem: „Zróbmy z tego coś odjazdowego!”.

Ze zmontowanym wideo, za które Wolfgang wziął tylko połowę normalnego honorarium, poszedłem dumny do Thomasa. Oglądał wideo, podczas gdy ja przyglądałem się temu w napięciu. Po filmie milczał w nieskończoność, aż wreszcie odezwał się: „Sądzisz, że naprawdę potrzebujemy czegoś takiego dla Red Bulla?”.

W tamtym czasie skakałem niemal wszędzie. Dobre relacje z Raymondem Dulieu, który kupił mi nowy spadochron, były dla mnie wsparciem. Wszystko szło jak po maśle, byłem na dobrym kursie. I oto pojawia się krytycznie nastawiony do skoków BASE Thomas. Ogląda moje wideo, na które wydałem ostatni grosz, i mówi: „Czy nam się to w ogóle przyda?”, po czym żąda czasu do namysłu. No, brawo…

Na następną rundę negocjacji z Thomasem ściągnąłem posiłki. Przyprowadziłem Hansa Huemera, mojego ówczesnego nauczyciela spadochroniarstwa. Pamiętam dokładnie, co mu powiedziałem przez telefon przed tym spotkaniem: „Hans, wkrótce mam kolejne rozmowy z Red Bullem. Mógłbyś wpaść? Jesteś biznesmenem i jesteś bardziej wygadany niż ja. Sam czuję się trochę niepewnie”.

Niedługo potem spotkaliśmy się we trójkę w restauracji nad jeziorem Mond. Moje oczekiwania były następujące: 100 tysięcy szylingów rocznie, siedem tysięcy na start i nowy spadochron. Po długim wahaniu Thomas uległ: „Dobra, załatwione”. Parę tygodni później wysłałem mu fakturę, a on natychmiast zadzwonił:

– Felix, dostałem fakturę na ponad 100 tysięcy, a zgodziliśmy się tylko na 50.

– 100 tysięcy szylingów rocznie i nowy spadochron. Jestem tego pewien – odpowiedziałem.

– 50 tysięcy szylingów, o 100 nie było nawet mowy – odparł Thomas.

Wściekły zadzwoniłem do Hansa Huemera:

– Hans, na czym stanęło z Überallem?

– Na 100 tysiącach szylingów.

– A ten mówi, że na 50.

– Zwariował? 100 i nowy spadochron.

– Właśnie, tak się cieszę, że przy tym byłeś. Bo już myślałem, że mam jakąś schizofrenię.

Zadzwoniłem ponownie do Thomasa:

– Słuchaj, Hans słyszał to samo, co ja.

– To znaczy, że obaj się mylicie. Ja jestem najzupełniej pewien. 100 tysięcy nie mam nawet w budżecie. 50 i więcej nie mogę ci zapłacić.

Ależ byłem zły! 100 tysięcy szylingów podzielone przez 12 miesięcy oznaczało tak czy siak niewielką miesięczną pensję, ale dla mnie to dobry start, za który byłbym wdzięczny. W wyobraźni już rozdzieliłem tę sumę między swoje projekty. I nagle ten facet nie może sobie niczego przypomnieć! Moja pierwsza myśl była taka: „No to zadzwonię do samego pana Mateschitza!”. Wiedziałem, że mam rację, a moje poczucie sprawiedliwości znów się odezwało. Gdyby ktoś powiedział mi wtedy: „Weź te 50 tysięcy! Jeśli napiszesz pismo do szefa, to i tę kwotę możesz stracić, jeśli coś pójdzie nie tak”, to bym mu odpowiedział: „Nie interesuje mnie to. Najwyżej znów mnie wyrzucą. Uzgodniliśmy 100 tysięcy”. Z niesprawiedliwością nie umiem się pogodzić i potrafię być bardzo uparty.

Napisałem więc pismo do Dietricha Mateschitza i zadzwoniłem jednocześnie do jego sekretarki: „Słuchaj, napisałem list do pana Mateschitza, ale chciałbym, żeby dostał go do rąk własnych. Czy możesz dopilnować, żeby tak się stało? Żeby nikt inny go nie przeczytał?”. Wysłałem więc list, a dwa dni później zadzwonił Thomas i zaprosił mnie do Fuschl. Kiedy wszedłem do biura, zobaczyłem na biurku Thomasa mój list do Mateschitza. Najpierw pomyślałem sobie: „Dzwonię specjalnie do sekretariatu szefa, a list i tak ląduje na biurku Überalla. I jeszcze ten go czyta, zanim przekaże go Mateschitzowi…”. Stało się dla mnie jasne, że znów dostałem kolejną lekcję: jeśli chodzi o pieniądze – nie można ufać nikomu.

Przeszedłem do ofensywy i zapytałem Thomasa, w co sobie pogrywa: „Uzgodniliśmy 100 tysięcy szylingów. Hans Huemer przy tym był i może potwierdzić. A więc pomyłka leży po twojej stronie. Niestety, muszę ci to powiedzieć, a teraz idę prosto do pana Mateschitza. Wiele zrobiłem dla firmy. Zawsze się starałem, zawsze byłem w porządku. 100 tysięcy szylingów jest uczciwą sumą za moją pracę”. Trwało to dłuższą chwilę, zanim Thomas w końcu powiedział: „Dobrze, tak zrobimy. Ale w przyszłości pierwszym adresem w takich przypadkach jest dla ciebie moje biurko, a nie biurko piętro wyżej”.

Wymuszony budżet nie był oczywiście wymarzonym początkiem współpracy…

Po naszych corocznych rozmowach byliśmy obaj – Thomas i ja – w takim samym stopniu szczęśliwi, że dobiegły one końca. Nie było między nami „chemii”, ale ja nie miałem też ochoty pracować tak przez kolejnych pięć czy dziesięć lat. Po jednej z takich rozmów zostałem jeszcze przy stole i powiedziałem: „Zobacz, nie mieliśmy łatwego startu, głupio wyszło. Ja jednak niczego nie schrzaniłem i nie mam sobie nic do zarzucenia. Ty pewnie powiesz to samo o sobie. Ale tak dalej się nie da. Nie jesteś moim wielkim fanem, a ja nie jestem twoim. Możemy teraz obaj trochę odpuścić i mieć frajdę ze współpracy. Albo zostawiamy to tak, jak jest”. To był pierwszy krok we właściwym kierunku.

Wkrótce potem Thomas wpadł na pomysł, żeby ktoś skoczył z najwyższego budynku świata – Petronas Twin Towers w Kuala Lumpur, stolicy Malezji. W rozmowach dotyczących projektu pojawiały się trzy nazwiska: Szwajcar Ueli Gegenschatz, Amerykanin Frank Gambali i ja. Ostatecznie zdecydował Thomas, który był zdania, że jeśli już ktoś ma skakać, to powinien być to Austriak. Skok był moim pierwszym wspólnym projektem z Thomasem i jednocześnie wielkim sukcesem. Na czołówkach gazet całego świata pojawił się mój wyczyn i marka Red Bull.

Jeszcze tego samego roku skoczyłem ze statui Chrystusa Zbawiciela w Rio de Janeiro – był to projekt, który wspólnie z Thomasem wymyśliliśmy przy biurku i wcieliliśmy w życie. To był przełom w naszej współpracy, bo od tego momentu wiedzieliśmy: obaj jesteśmy dobrzy, obaj jesteśmy profesjonalistami.

Oczywiście pieniądze były bezpośrednią przyczyną różnicy zdań między mną a Thomasem, ale mnie chodziło przy tym jeszcze bardziej o sprawiedliwość i honor – nawet, jeśli brzmi to trochę staroświecko. Moja ofensywa mogła się przecież przemienić w klęskę. Nie znałem wtedy dobrze Dietricha Mateschitza i nie wiedziałem, czy w razie czego pomoże mnie czy Überallowi. Większość szefów firm trzyma stronę swoich pracowników, Dietrich Mateschitz prawdopodobnie nie był inny – tak wtedy myślałem. Mógł więc równie dobrze powiedzieć: „Jeśli sądzisz, że powinieneś pisać listy i donosić na współpracowników, to nie masz cech charakteru sportowca Red Bulla”. Wtedy mógłbym swój spadochron i kask zawiesić na kołku.

*

Nieprędko zapomnę moje pierwsze osobiste spotkanie z Dietrichem Mateschitzem. Podczas mistrzostw Red Bulla w Berlinie w 1997 roku zobaczyłem go, jak idzie w moją stronę. Miły z wyglądu, charyzmatyczny człowiek – pomyślałem i zacząłem się zastanawiać: „Mam mu mówić na »ty«, czy raczej »proszę pana«? Gdybym zaczął na »ty«, a on by to podchwycił, to byłbym na »ty« z szefem Red Bulla. Byłoby nieźle”. Ale nie byłem pewien. Z każdym krokiem, kiedy się do mnie zbliżał, siedem razy przebiegało mi przez głowę: „Właściwie mogę być z nim na »ty«. Jestem sportowcem, zrobiłem już sporo dla wizerunku jego firmy. Nie sądzę, żeby on miał z tym problem. A potem wszyscy by pytali: »Co? Jesteś z Dietrichem po imieniu?«”. Gorzej by było, gdyby zareagował: „Hej, chłopcze, opamiętaj się, dobrze? To, że skoczyłeś gdzieś tam parę razy, nie oznacza jeszcze, że jesteśmy na »ty«”. Myślę, że decyzja zapadła w chwili, gdy on wyciągnął rękę: dzyń, dzyń, dzyń, dzyń i potem jak w wolno obracającym się Kole Fortuny – stuk, stuk, stuuuuk: „Cześć, witaj”. Stało się jasne – wszystko grało.

Z Dietrichem Mateschitzem od początku znalazłem wspólny język. Okazywałem mu szacunek, a on był tak samo miły i charyzmatyczny, jaki zdawał się być na pierwszy rzut oka. Kolejnym powodem, dla którego stosunki między nami są tak dobre, jest to, że nigdy mu się nie naprzykrzałem. Wprawdzie od początku miałem jego numer telefonu, ale tylko kilka razy w życiu powiedziałem: „Słuchaj, Didi, potrzebuję czegoś…”. Nie robiłem czegoś w stylu: „Dietrich to, Dietrich tamto. Nie mógłbyś załatwić? Mojemu kumplowi i mnie przydałoby się…”. Jako sportowiec Red Bulla starałem się od początku działać samodzielnie. Cieszę się zawsze, gdy spotykam Dietricha, ale przecież nie muszę zaraz spędzać wakacji na jego wyspie. Nie chcę popaść w osobistą zależność: „O nie, teraz powinienem zrobić to i to, ale wcale nie mam na to ochoty. Tylko że tyle mu zawdzięczam… W końcu większość przysług w życiu wymaga odwzajemnienia”.

Wraz z Red Bullem pojawiły się potrzebne pieniądze, jakich nigdy wcześniej nie miałem. Byłem jednak świadomy, że do swoich skoków BASE muszę mieć nieprzeciętne pomysły, żeby dalej było tak, jak jest. Skoczyć skądś to jedno. Skakać ze znanych na całym świecie obiektów – to zupełnie inna bajka. Jako skoczek BASE bardzo wcześnie zacząłem świadomie wybierać słynne miejsca. Chodziło o to, by znaleźć coś jedynego w swoim rodzaju. Nie chciałem się też ukrywać.

W