Wydawca: Czarne Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 329 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Felix Austria - Sofija Andruchowycz

„Jestem żylasta, smagła i bystra, mocna jak chłop, zupełnie nieładna” – tak pisze o sobie Stefania Czorneńko, zaradna i rezolutna Rusinka, która gotuje lepiej niż na dworze Najjaśniejszego Cesarza Ferdynanda. Sensem jej istnienia jest wiernie i z oddaniem służyć Adeli, córce doktora, który przygarnął ją do siebie po pożarze rodzinnego domu, oszczędzając tym samym tragicznego losu sieroty. Felix Austria to osobiste zapiski Stefci, kochającej jak nikt inny w całym Stanisławowie. Dziewczyna po ciężkiej i nieodpłatnej pracy służącej pieczołowicie odmalowuje nie tylko perypetie swoje i ukochanej pani, ale także rodzinne sprzeczki i miejskie ploteczki, występy iluzjonisty Thorna i budzące niepokój znikanie religijnych kosztowności.

Jej opowieść to ciepła, dowcipna i znakomicie napisana historia dnia codziennego na austro-węgierskiej prowincji z wątkiem miłosnym w tle.

Opinie o ebooku Felix Austria - Sofija Andruchowycz

Fragment ebooka Felix Austria - Sofija Andruchowycz

Sofija Andruchowycz

Felix Austria

Przełożyła Katarzyna Kotyńska

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Tytuł oryginału ukraińskiego Фелікс Австрія

Projekt okładki Kamil Targosz

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Copyright © by Sofija Andruchowycz, 2016

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2016

Copyright © for the Polish translation by Katarzyna Kotyńska, 2016

Redakcja Magdalena Petryńska

Korekta Malwina Błażejczak / d2d.pl, Paulina Orłowska / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Alicja Listwan / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-339-1

Rozdział 1

9 I 1900

Za grosz spokoju w tym domu.

Zwłaszcza na zimowe święta. Bal za balem: zabawa techników w sali teatralnej, pierwszy „wełniany” wieczór[1] w Towarzystwie Muzycznym imienia Moniuszki, w Kasynie wieczorek akademicki, raut kostiumowy zorganizowany przez miejscowego Sokoła, i tak na dwa miesiące w przód. W sylwestra w Kasynie Miejskim pierwszego kadryla tańczyło zaledwie dwadzieścia osiem par. Dużo gości było za to w Gwieździe i Kole Mieszczan. Powiadają, że wesoło bawili się nasi Żydzi w swoim klubie. Jak zawsze królową balu wybrano panią doktorową Ester Funkelsztajn – i sprawiedliwie: kiedy wysoka pani doktorowa idzie ulicą, nie ma nikogo, kto by się za nią nie obrócił, nie przystanął, nie spojrzał; a potem jej obraz każdemu tkwi w głowie niczym smutna melodia.

Adela lubi rozrywki towarzyskie i wszędzie mnie za sobą ciągnie. Nie szłabym, bo dobrze wiem, jak paniusie w tiulowych sukniach szepcą za jej plecami: „Adèle Anger na zabawy chodzi ze służącą, a ślub wzięła z rusińskim trumniarzem” – ale że Petro nigdy jej nie towarzyszy, to jak ja bym mogła puścić ją samą.

Petro nie jest trumniarzem. Robi figury na groby i do cmentarnych kapliczek. I wszystkie te paniusie płaczą rzewnymi łzami, aż im nosy sinieją, kiedy widzą na cmentarzu Petrowe zasmucone aniołki albo marmurowe dziewice z rozwianymi warkoczami, co ostygły na wieki.

Petro pracuje u Kazimierza Bębnowicza, na Sapieżyńskiej, naprzeciw strzelistej niemieckiej kirchy[2]. Tam, gdzie topolowa aleja prowadzi ku cmentarzowi.

Ale teraz kończy prace w marmurze dla naszej katedry: w głównej nawie marmur będzie ciemnozielony, w bocznych – kremowy. Mówi, że ikonostas jest już pomalowany i pozłocony. Instalują oświetlenie gazowe.

Codziennie zanoszę mu tam obiad: krwawą kiszkę, wędzoną słoninę, fasolę, wątrobiane hałuszki, placki ziemniaczane, krokieciki z grochem. Śnieg z ulic sprzątnięty lada jak, dorożki raz po raz utykają w zaspach. Ściemniać zaczyna się już po trzeciej, ale latarnikowi niespieszno do zapalania latarni. Na każdym kroku gromady rozgrzanych okowitą typów. Miejska propinacja[3] zrobiła im niespotykany prezent świąteczny: litr za sześćdziesiąt sześć centów. Najeść się za takie pieniądze – nie najesz, za to napić się można tak, że nie tylko o głodzie zapomnisz, ale i własnego imienia w głowie nie znajdziesz.

A potem nie wiedzą, co ze sobą zrobić. Dziś w nocy łaził jeden taki pod oknami, wydzierał się, żeby go na noc wpuścić. Krzyczał: nie mam gdzie spać, nogi mi zmarzły. No i znalazł miejsce, żeby je rozgrzać: policja go zabrała, pewnie mu wreszcie było gorąco.

Ostatnimi czasy namnożyło się wokół tyle złodziejów, oszustów, zbójców, że strach wyjść na ulicę. Chciałoby się w domu zamurować i nosa nie wystawiać. Choć czasem myślisz sobie: a kto powiedział, że w domu bezpiecznie? Kto powiedział, że tam nie czyha na ciebie rozbójnik – ktoś, komu ufnie podstawiasz bezbronną szyję?

Petro mówi: przyszły wieści, że z kościoła Świętej Anny w Jezierzanach znikła zabytkowa monstrancja. I znów – żadnych śladów ni świadków, wszystkie zamki i zasuwy w drzwiach pozamykane, okna całe, w środku porządek. Zupełnie jakby przez ściany weszli aniołowie świetliści i zabrali drogocenny przedmiot na Niebiosa, żeby tam przy jego wspomożeniu wysławiać Pana Jezusa.

Trwa to już od dość dawna: w Mikulińcach, gdzie ledwo co odnowiono kościół po pożarze, rozpłynęły się w powietrzu dwie złote pateny, jedna z przedstawieniem betlejemskiego żłóbka, druga – Grobu Pańskiego. Zaledwie w przeddzień ksiądz z diakonem potajemnie schowali je do kutej skrzyni. A rano diakon w krzyk: skrzynia rozwarta i pusta, jedyny klucz u księdza, obu do tej pory trzymają w areszcie.

U ojców bazylianów, w klasztorze Podwyższenia Krzyża Pańskiego w Buczaczu, na górze Fedor, było tak: nowicjusz Benedykt, który wyszedł o trzeciej nad ranem ze swojej celi w budynku na prawo od cerkwi i zmierzał do stajni, by nakarmić konie, usłyszał przez mury, zdobione pilastrami o złoconych kapitelach porządku korynckiego, jak o temperowe osiemnastowieczne malowidła religijne szeleszczą skrzydła aniołów. Ani na moment nie zwątpił w naturę tych dźwięków. To przypominało gołębie na dzwonnicy, opowiadał Benedykt, tylko wielkością ptaki musiały dorównywać ludziom.

Rankiem odkryto, że bez śladu zniknął kosmyk włosów z odciętej głowy Jana Chrzciciela, relikwie świętej Mundycji, kolce z wieńca cierniowego i skrawek gąbki, z której Jezusa pojono octem. Wszystkie te święte przedmioty nieocenionej wartości znikły wraz ze złotą skrzynią inkrustowaną drogimi kamieniami.

Rebe Dawid Mosze, założyciel Towarzystwa Badaczy Tory w Czortkowie, doniósł o zniknięciu z tajnego schowka Starej Synagogi srebrnej cukiernicy na giętych nóżkach, ozdobionej roślinnym ornamentem, przeznaczonej do przechowywania owocu etrog[4]. Wprawdzie leżało w niej coś zupełnie innego – ale to, rzekł rebe, tajemnica, której w żadnym razie nie można rozpowszechniać.

Kiedy z synagogi w Brodach (mieście otwartych drzwi i błogosławionego mędrca Baal Szem Towa[5]) zniknął pociemniały ze starości kielich kiduszowy, chanukija z kroczącym złotym lwem i ozdobiony szmaragdem jad[6], ktoś niespodzianie przypomniał sobie pantomimę wędrownych brodersängerów[7], opowiadającą o tym, jak Sabaoth, Pan Zastępów, przenosi lud swój do Niebieskiego Jeruzalem: najpierw przedmioty, a po nich świątynie, zwierzęta i domostwa, zadziwiając ziemskich ludzi niewytłumaczalnymi zniknięciami. Potem rozpływają się w powietrzu święci, mędrcy, muzykanci, dzieci, aż wreszcie na grzesznej ziemi nie będzie już ani jednego Żyda.

Wszystkie te niepokojące wydarzenia nie mogą nie świadczyć o tym, że nasz świat dożywa swych dni. Ktoś Niepojęty sapnie zaraz, przeciągnie się słodko – i przebudzi. W tej samej chwili my wszyscy, z naszymi urokami i przeciągami, lękami, jękami, namiętnościami i łzami, znikniemy. Rozpłyniemy się w niebie niczym czarny, duszący dym pożaru.

Żeby się nad tym nie zastanawiać, ludzie myślą na przykład o świętowaniu. I nie ma za grosz spokoju.

Adela wyciągnęła mnie na koncert młodziutkiego Raula Koczalskiego. Nawet piętnastu lat nie skończył, ale klawisze fortepianu topnieją pod jego palcami – zda się, że kieruje instrumentem za pomocą wzroku, siły umysłu, skinień głowy. Tak jak ja kieruję szatkownicą, kiedy kiszę kapustę z kminkiem.

Raul to popielaty blondyn z okrągłą buzią, jasnymi oczyma i pulchnymi różowiutkimi policzkami. Zupełnie jakby przez tę delikatną skórkę nawet się jeszcze pierwszy wąs nie przebijał. Aż by się chciało uszczypnąć. Tak właśnie szepnęłam Adeli, kiedy wyszedł do publiczności na pierwszy ukłon – a ona wzniosła oczy ku górze i boleśnie szturchnęła mnie w żebra swoim spiczastym, nieznośnym łokciem.

Ale potem, kiedy to dziecko dotknęło swoimi woskowymi, giętkimi palcami wyszczerzonej paszczy fortepianu, ogarnął mnie wstyd. Najpierw grał Mozarta, Glucka i Hummla, potem już tylko walce Szopena i Impromptu fantasie, a mnie było tak niedobrze, tak nieswojo od tych dźwięków, jakbym nie miała prawa tu być i ich słyszeć: ja, taka maluczka, ich, nazbyt pięknych.

Och, teraz już przestało mnie tak bawić, że mając lat siedem, Raul Koczalski otrzymał nagrodę paryskiej Akademii Muzycznej, mając lat osiem, napisał pierwszą operę, jedenaście – zagrał tysięczny koncert, dwanaście – wystąpił przed szachem perskim Naser ad-Dinem, który przed śmiercią z rąk zamachowców zdążył jeszcze nacieszyć się talentem chłopca, a nawet nagrodzić go tytułem Nadwornego Pianisty oraz orderem Lwa i Słońca. Tytułami obdarowali to dziecko również sułtan turecki i król hiszpański. I jak miałam siedzieć teraz tak blisko niego, pulchnego, jasnowłosego Lwa i Słońca, i słuchać jego muzyki.

Za dużo, stanowczo za dużo jest tych zimowych świąt.

Kiedy podawałam rano śniadanie, Petro powiedział: „Mamy taką inteligentną służbę. Nie zdziwię się, jeśli dziś wieczorem wybierze się na wykład o nowoczesnej technice wojskowej”.

Co ja mu zrobiłam, że mnie tak strasznie nie lubi.

Adela z trudem przekonała go, żeby zabrał mnie na przedstawienie słynnego na cały świat iluzjonisty, kawalera Ernesta Thorna. Ona wie, że od małego ciekawi mnie natura różnych cudów, to wszystko, co zwą magią i czarami. Zwłaszcza w naszych czasach, kiedy świat został już niemal wyjaśniony, te ciemne miejsca wabią mnie, zapraszają, bym dotarła do samej ich istoty, znalazła odpowiedź.

A czasy są szybkie, czasy są jasne. Fabrykanci Margoszes i Liberman mkną automobilami po szosie na Tyśmienicę z prędkością piętnastu kilometrów na godzinę. Jeszcześmy nie zdążyli nacieszyć się niezwykłymi latarniami gazowymi, a już nasz dworzec otrzymał oświetlenie elektryczne (jeśli nawet nieustannie ogarnia go mrok, ku uciesze złodziejów kieszonkowych). Jeszcześmy nie nachodzili się do fotoplastykonu, gdzie przed oczami, jak w bajce, zjawiają się przestrzenne obrazy dalekich krajów, a już te obrazy ożyły i puściły się w ruch w teatrze elektrycznym, który przywozi pan Oeser. Bez słoniowego ryku parowozów, bez płatów tłustej sadzy z ich trąb, bez kolejowego zapachu palonego węgla nie wyobrażamy już sobie ni siebie, ni miasta. I tylko śmiejemy się, kiedy czyjaś babcia wspomina, jak przy ratuszu w Kołomyi puszczono kolej lokalną, która musiała raz po raz przystawać, żeby z torów zeszli ludzie razem ze swoimi kozami. Ależ to były dzikie i ciemne czasy!

A dziś – aparaty fotograficzne w kilka minut zachowają na wieki wieków twój dokładny obraz, niczym odbicie w lustrze, tylko jeszcze dokładniejsze. A aparat telefoniczny pozwoli w tej samej chwili, przez trzeszczące warstwy powietrza i wycie wichrów, przez mury, pnie drzew i fałdy pagórków, usłyszeć głos kogoś, do kogo Margoszes swoim rozpędzonym automobilem musiałby jeszcze jechać i jechać. Promienie Roentgena na wskroś widzą ludzkie ciało ze wszystkimi wnętrznościami. A każda najmniejsza cząsteczka co dzień dzieli się na coraz mniejsze i każda z nich trwa w ruchu, i razem krążą wokół nas, w nas, we wszystkim, wszędzie. Kołtun na głowie, jak się okazało, nie powstaje w wyniku „przyrządzania i spożywania ryby po żydowsku”, nie bywa „samcem” ani „samicą”, i jego odcięcie nie powoduje natychmiastowej śmierci. A puszczanie krwi nie tylko kiepsko leczy choroby, ale wręcz może poważnie zaszkodzić.

Jak tak dalej pójdzie, to fizyka nawet Boga zdoła wyjaśnić. Kilkaset lat temu za te słowa spalono by mnie koło ratusza i zostałabym drugą straconą w naszym mieście czarownicą.

Moim zdaniem, jeśli już wierzyć w cuda, to niechaj będą to cuda dla rozrywki – na przykład przedstawienia, które proponuje światowej sławy iluzjonista, chevalier Ernest Thorn, właściciel lwowskiego Colosseum Thorna – przedsiębiorstwa dla prezentacji rozmaitych międzynarodowych sztukmistrzów na sposób zagraniczny. Choć i w tym przypadku nie mam najmniejszych wątpliwości, że każdy cud kawalera to tylko dobrze przemyślana sztuczka, a jej wyjaśnienie jest na wyciągnięcie ręki, przed samym nosem oszołomionego widza.

Przed kolumnami portyku Teatru Miejskiego imienia Moniuszki, gmachu, którego wspaniała złota kopuła jest niczym pokrywka krągłej cukiernicy z drogocennego serwisu, za natchnionymi plecami Mickiewicza z białego kararyjskiego marmuru, zgromadzili się widzowie: „grube ryby” – urzędnicy bankowi, dyrektorzy wielkich firm, dostojnicy kolei żelaznej z bujnymi bakenbardami, zapuszczonymi na znak lojalności wobec monarchii austriackiej (niektórzy w swoich wiernopoddańczych wysiłkach przewyższyli samego Franciszka Józefa, którego bokobrody osiągnęły największy rozkwit w okresie paryskiej Wystawy Powszechnej 1867 roku), ze swymi damami, ubranymi wedle najnowszej mody, którą można obejrzeć dopiero we wnętrzu teatru. Nadążanie za modą nie jest tak łatwe, jak mogłoby się zdawać, bo teraz przeżywa ona okres przejścia od szerokiego kroju do wąskiego, co powoduje nie lada jakie zamieszanie i chaos. Dlatego obok wąskich spódnic angielskich falują liczne robes volantes, obok ciężkich aksamitnych aplikacji wiją się rozedrgane sznury błyszczących kamyków, paciorków i korali, obok wstążek i kwiatów – stroje powściągliwie spięte zapinkami. Wspólne jest jedno: dekolt, który głęboko odsłania nie tylko część piersi, ale i ramiona, a gors trzyma się ledwie na wąziutkiej tasiemce albo lekkiej tiulowej wstawce. Pamiętać trzeba o niewiarygodnie wielkich kapeluszach, dodatkowo rozdętych z powodu piętrowych fryzur mocowanych przedziwnymi grzebykami i szpilkami. Na łabędzich (choć wcale często kurzych albo wręcz indyczych) szyjach – złote łańcuszki z medalionami, sercami i krzyżykami, znów wydobyte z zakamarków wypchanych ozdobami szkatułek. Na takich samych łańcuszkach kołyszą się w przód i w tył wachlarze: ta przewiesiła go przez ramię, tamta przypięła do paska. Pantofelki i pończochy – zawsze pod kolor sukni.

Coś jeszcze zmieniło się w sylwetkach stanisławowskich pań. No jasne – ma się wrażenie, że każda dopasowała sobie nową parę piersi: teraz ich biusty są niższe i mniej wydatne, co zresztą lepiej pasuje do nowego kroju spódnic. Rękawy sukien stają się coraz węższe i dłuższe – tylko tego brakuje, żebyśmy mieli wkrótce pożegnać się z rękawiczkami.

Biustom bardzo pilnie przyglądają się nasi miejscowi fircykowie – wyglansowani i wypachnieni gogusie z cienkimi wąsikami i równiutkim przedziałkiem przez środek głowy. Wszystko w nich jest przesadzone, jakby na siłę rozciągnięte w różne strony: ogromne kołnierze, fantastyczne krawaty w przedziwne wzory, niewiarygodnie wysokie cylindry (chyba nie zmieszczą się w drzwiach).

I na zewnątrz, i w środku słychać wyłącznie fantastyczne opowieści o magii kawalera Thorna: o tym, jak rozwiewa rzeczy w powietrzu, jak na jego rozkaz unoszą się nad ziemią przedmioty i ludzie, jak rozcina tych ludzi na kawałki, a potem znów łączy w jedno, jak w kilka chwil z maleńkiego ziarenka wyrasta na scenie drzewo i natychmiast wydaje owoc, a z luster, płomieni świec i wody w przezroczystych naczyniach wyłaniają się ruchome cienie, które tańczą niepokojący taniec i odpowiadają na pytania publiczności.

W sali teatralnej panuje zaduch. Ledwie wyczuwalny zapach nafty z kandelabrów miesza się z tłustym aromatem pomady do włosów i słodką wonią pudru i perfum. Szelest jedwabiów i atłasów miękko spowija rozemocjonowane ludzkie szepty. Czerwony plusz, którym obito fotele, jest równocześnie szorstki i delikatny w dotyku. Podniecenie łaskocze nerwy: panie mają rozpalone policzki, panowie, przeciwnie, są powściągliwi i zdystansowani.

Czyjaś bezgłośna sylwetka przepłynęła pod ścianami, gasząc kolejno lampy, kryjąc w ciemności białe kędzierzawe, iskrzące się złotem stiuki, fotele i publiczność, pozostawiając w świetle tylko półokrągłą scenę, zamkniętą krwawoczerwonymi fałdami kurtyny. Sala stopniowo zanurza się w mroku i ciszy, tylko egzotyczne motyle wachlarzy trzepocą ogromnymi, pochmurnymi skrzydłami.

„Bardzo bym panią prosił, żeby zechciała pani zdjąć z siebie tę karawelę” – słychać skądś rozzłoszczony szept.

„To niemożliwe – rozbrzmiewa niewzruszona odpowiedź. – Mój kapelusz jest przypięty szpilkami. Rozsypią się i ktoś może się zranić”.

„Ale pani nie tylko mnie przeszkadza patrzeć, ten kapelusz zasłania widok trzem osobom!” – nalega oburzony mężczyzna.

„Przepraszam, nic na to nie poradzę” – raptownie otwiera się wachlarz, nerwowo ubijając powietrze niczym śmietankę kremówkę.

„No pewnie! – dramatycznie wzdycha mężczyzna. – Czegóż oczekiwać od tej publiczności, czegóż oczekiwać po jej gustach. Skoro nie chodzą na Proskurnicką i koncert Bojana[8] albo na występy Opery Lubelskiej, a za to cieszą ich żarty jakiegoś sztukmistrza!”

„Ach, panie Janowicz! – dźwięczy prześmiewczo dziewczęcy głosik. – Za to pana doktora wszędzie pełno”.

„I to w wyszywanej soroczce[9]!” – szyderczo syczy pani z „karawelą” na głowie. Po sali, niczym szkwał po wodzie, przebiega chichot i nieśmiałe, ciche okrzyki protestu, ale w tej właśnie chwili kurtyna drży i zaczyna rozjeżdżać się na boki, odsłaniając scenę, na której środku stoi czerwono-błękitna chińska pagoda z kilkoma daszkami o brzegach dziarsko wywiniętych ku górze. Pod tymi daszkami wiszą na sznurkach dwa równiutkie snopki słomy.

Zapada cisza, od czasu do czasu przerywana skrzypieniem fotela, czyimś pokasływaniem czy burczeniem w żołądku. Pagoda jest oświetlona od góry i z boków, reszta sceny tonie w półmroku. Widzowie uważnie badają wzrokiem tę przestrzeń, starając się dostrzec choćby najlżejsze drgnienie, uchwycić choćby aluzję do tego, że za moment rozpocznie się niezwykłe wydarzenie. Powstrzymują wewnętrzną sprężynę niecierpliwości, całkowicie gotowi na to, że zaraz wyskoczy skądeś zjawa nie z tego świata albo wytoczy się niewiarygodne czupiradło, objawi się niepojęte dziwowisko, stanie się coś zupełnie nieoczekiwanego, coś, czego nawet wyobrazić sobie nie można. I są na to w pełni gotowi, skupieni i przestraszeni, pobudzeni do granic.

Ale nic się nie dzieje. Mija pięć minut. Siedem. Osiem. Scena jest tak samo nudna i ciemna. Pagoda, zbadana do najmniejszych szczegółów, sterczy głupio, kompletnie bez sensu.

I oto napięta niczym żyłka atmosfera powoli zaczyna obwisać, ustępując miejsca rozczarowaniu i rozdrażnieniu. Żaden linoskoczek nie zdoła teraz po niej przejść, chwiejąc się niebezpiecznie ponad głowami publiczności.

Fotele skrzypią coraz energiczniej, szepty narastają, zlewają się w jednolitą masę dźwięków, z której coraz częściej wyrywają się pojedyncze, prawie donośne okrzyki. Przez salę przetacza się fala ziewnięć, przechodząca z człowieka na człowieka bez jego zgody czy chęci – to bliskość jak przy pocałunku. Jakiś siwy, mocnej budowy pan (w mroku trudno się dopatrzeć, ale to chyba burkotliwy Bibring, magister farmacji), poskrzekując i sapiąc, usiłuje wstać ze swego miejsca, chwyta oparcie fotela przed sobą i wyciągnięte ręce sąsiadów, ale za każdym razem ciężko siada z powrotem, aż z oka wypada mu monokl i bezradnie kołysze się na łańcuszku, podczas gdy pan Bibring (tak, to rzeczywiście on), rozdymając policzki i nozdrza, niemal krzesze iskry z wściekłości.

Kilka osób zdążyło już wyjść, inni nie mogą się zdecydować, co robić: czekać dalej czy żądać zwrotu pieniędzy za bilet.

I nagle cała ta niespokojna piana rozstępuje się, jakby wsiąkła w piasek. „Aaach” – wzdycha publiczność, na moment przeistaczając się w ogromne płuca baśniowego olbrzyma. Ci mniej uważni wypytują w popłochu: „Co? Co takiego? Co się stało?” – i natychmiast milkną, zrozumiawszy, co przegapili. Ale i tak niepojętym sposobem wiedzą dokładnie, co takiego stało się na scenie.

A tam, wprost z powietrza, przed błękitno-czerwoną chińską pagodą, utkał się chevalier Ernest Thorn we własnej osobie.

Nie wyszedł z kulis, nie wypełznął z pagody, nie wyślizgnął się z mroku sceny. Nie nastąpił żaden ruch, nic nie wzburzyło zastałego powietrza. Każdy z obecnych w sali mógłby przysiąc: chevalier Thorn cały czas był tam, na środku sceny, od kiedy rozstąpiła się kurtyna, stał nieporuszenie i obserwował widzów.

Dlaczegośmy go nie widzieli?

Thorn zastygł jak owad, który udaje gałązkę albo zeschły liść. Widzę: nie mruga, a jego piersi nie wznoszą się w oddechu. Twarz spokojna, skupiona, odprężona. Patrzy wprost przed siebie – ale ma się wrażenie, że widzi równocześnie całą salę, loże, tylne rzędy, widzi ukrytych w zakamarkach pracowników teatru. Lewe oko, lekko przymrużone, wydaje się mniejsze od prawego, lewa brew – niższa od prawej. To nadaje twarzy kawalera wyraz starego spryciarza. Nos z leciutko rozdwojonym koniuszkiem. Krótko strzyżone, nastroszone szare wąsy i starannie utrzymana bródka.

Na głowie chevalier ma jedwabny cylinder, odziany jest we frak z jaskółczymi połami, podkreślający jego arystokratyczną figurę. Pod frakiem – śnieżnobiała koszula z wykrochmalonym, wysokim kołnierzykiem o wywiniętych skrzydełkach. Światło budzi szmaragdowe iskry na jego wymownie kosztownych spinkach do mankietów. Na koszuli biała pikowa kamizelka, zapięta na trzy guziki. Jedwabna mucha. W brustaszy biała poszetka, na dłoniach białe rękawiczki. Iluzjonista jak się patrzy. Na spodniach jedwabne lampasy. Błyszczą czarne lakierki. Ze zgiętej w łokciu prawej ręki zwisa czarna tkanina. W dłoni Thorn trzyma niewielki kuferek podróżny ze skórzanymi paskami.

„Wiem, jak on to zrobił” – szepcę na ucho Adeli, która siedzi między mną a Petrem, mocno trzymając nas za ręce. Petro też przysuwa się bliżej, żeby słyszeć moje słowa. Zauważam, jak obrzuca mnie krzywym spojrzeniem pani Helena Festenburgowa, jedna z organizatorek naszego amatorskiego kółka teatralnego, jak zaciskają się w sznureczek jej nerwowe wargi.

Ale ja ciągnę dalej, chcąc zaspokoić ciekawość Adeli i Petra:

„Od stóp do głów był przykryty tym materiałem, który trzyma w ręku. Od wewnątrz jest niebiesko-czerwony, pstrokaty jak pagoda, dlatego się z nią zlewa”.

Jestem pewna, że tego nie wymyśliłam, że wyraźnie widziałam, jak płynnie ześlizgiwała się w dół jedwabna osłona – jakby ktoś zdarł z powietrza górną, najcieńszą warstwę.

Dla rozwiania iluzji wystarczy być uważnym. I uczciwie przyznawać: widzi się właśnie to, co się widzi.

Adela przecząco kręci głową. To wieczne dziecko chce wierzyć w cuda. Petro chytrze mruży oczy, uśmiecha się do mnie porozumiewawczo.

Kiedy w sali znów zapada cisza, Thorn niemal niedostrzegalnie porusza głową, odczekuje jeszcze kilka dłużących się chwil, po czym zwinnymi palcami otwarłszy kuferek, zaczyna wyciągać z niego jakieś kolorowe gałganki, długie wyszywane koszulinki, szerokie pantalony z kokardkami i falbankami, tiule, koronki i szale z kolorowymi aplikacjami, skórzane trzewiczki o zakrzywionych w górę czubkach. Wszystko to niespiesznie demonstruje publiczności, przedmiot za przedmiotem, ze wszystkich stron – i składa na stos na podłodze. A potem, obróciwszy kuferek do góry dnem, wytrząsa go i prosi, by sprawdzić, że w czerwonym atłasowym wnętrzu nie skryła się żadna rzecz. Może oprócz kilku motków sznurka.

Thorn zdejmuje z pagody snopek słomy i starannie ją ubijając, zaczyna wypychać kolejne części ubrania. Niebawem staje obok niego kobieta-chochoł, mocno związana sznurkami – twarz z workowej tkaniny, wysoki turban spięty pośrodku broszą, długie odzienie opadające do samej podłogi. Chevalier bierze się do kolejnej postaci, wyćwiczonymi ruchami, niczym masarz wypełniający mocną świńską kiszkę mieszanką kaszy i krwi, wypycha słomą spodnią koszulę. Druga lalka to mężczyzna w ciemnych szarawarach i białej koszuli, na nagiej twarzy czernieją sztuczne, chwacko podkręcone wąsy.

Dziewczynkę Thorn wypycha słomą błyskawicznie, kilka okrężnych ruchów, kilka mocnych supłów – i może dołączyć do rodziny. Sadza ją u stóp dużych chochołów, krzyżuje po turecku bezwładne nogi w pantalonach, w ręce wkłada sitar. Potem nakrywa słomianą postać jedwabną tkaniną, ostrożnymi, czułymi ruchami wygładza ją na głowie, ramionach, nogach lalki, poklepuje z wyczuciem, przebiera w palcach fałdy, poprawia i wyrównuje, znów wraca do twarzy – i nieoczekiwanie staje się jasne, że tam, gdzie przed chwilą była tylko gładka płócienna kula wypchana sianem, nagle ujawniły się rysy twarzy: zarys oczu, koniuszek nosa, wypukłe policzki. Równocześnie rozlega się cichy, przeciągły brzęk, który budzi mdłe, pulsujące echo we wnętrznościach widzów. Dźwięki stają się coraz głośniejsze, melodia wyraźnie płynie spod tkaniny, która zaczyna już drgać pod dłońmi iluzjonisty. Thorn leciutko, dwoma palcami, chwyta okrycie i powoli ciągnie ku sobie.

„Achchch” – wzdycha publiczność. Koło dwóch chochołów siedzi prawdziwe żywe dziecko, maleńkie i zgrabniutkie, z miękkimi policzkami i poważnymi oczyma, mocno podkreślonymi ciemną farbą. Poszarpuje palcami struny sitaru i płynnie kiwa głową owiniętą w duży turban.

Thorn ożywia kobietę i mężczyznę, po kolei nakrywając ich tkaniną. Twarz kobiety jest obficie umalowana: rumiane policzki, jadowicie purpurowe wargi, czarne jak węgiel brwi. Mężczyzna jest dość drobnej postury, szczupły, tak samo wątły jak jego towarzyszka; na wąskiej twarzy (oczy i brwi też ma obficie pociągnięte farbą) sterczą sztuczne wąsy, równie niedorzeczne jak na płóciennej kuli, która służyła za głowę chochołowi.

Para tańczy przy chaotycznych dźwiękach sitaru, niezbyt to przypomina melodię. Zresztą ruchy mężczyzny i kobiety też trudno nazwać tanecznymi: kołyszą się niczym senne mary, ospale kręcą głowami, wyginają plecy, jakby przeciągali się po długim śnie, dotykają się nawzajem samymi koniuszkami palców, jakby usiłowali przypomnieć sobie kogoś zapomnianego.

„A to jak wyjaśnić, pani wszechwiedząca?” – słyszę za sobą zjadliwy szept. Petro uśmiecha się prawą połową ust.

„Potem, potem powiem – opędzam się od niego. – Teraz trzeba wszystko zapamiętać”.

Festenburgowa syczy na nas jak rozzłoszczona gęś, i jeszcze wole nadyma. Patrzę na Adelę: oczy ma szeroko otwarte, usta na wpół rozchylone, wydaje się, że przestała oddychać. Petro śledzi mój wzrok, przez moment wpatruje się w jasną twarz Adeli i widzę, jak przetacza się przezeń fala uczuć – cały się rozświetla i zapiera mu dech. Odwracam się znów ku scenie, ale coś już psuje mi radość z przedstawienia, jakiś pasożyt przyssał się do mojego serca i zatruwa krew.

Tymczasem dziecko odkłada sitar na podłogę (sitar nadal gra, sam – widać nawet drganie strun) i włącza się w taniec. Chodzi na rękach, stopy ma zarzucone na potylicę i ułożone na turbanie. Zwija się w kłębek i kilka razy obraca. Wstaje na równe nogi, potem wygina w tył, opiera rękami o podłogę, podchodzi dłońmi do stóp i robi kilka kroków na czterech kończynach, zgięte dokładnie wpół. A potem zwija się w kłębek i toczy Thornowi pod nogi. Chevalier ostrożnie podnosi żywą piłkę obiema rękami i wkłada do okrągłego pudła – niewiele większego niż pudło na cylinder.

Widzę, że pani Festenburgowej zrobiło się słabo: odwróciła głowę, oparła czoło na ręce i zamknęła oczy. Widzowie zasłaniają twarze dłońmi, wydają okrzyki i chwytają się za piersi.

Thorn kładzie pudło na nie wiedzieć kiedy rozścielonym małym dywaniku, przy nogach pary zakochanych, którzy wciąż tańczą jak zaczarowani, a potem, jednym płynnym skinieniem rąk, okrywa całą trójkę wciąż tą samą jedwabną materią. Jeszcze przez jakąś minutę pod tkaniną rysują się wypukłe części ciała, ale raptem wszystko zamiera. Iluzjonista ciągnie okrycie ku sobie i odchodzi na bok. „Achchchch – wzdycha oszołomiona publiczność – achchchch, achchchchch”.

Mężczyzna i kobieta znikli. Nie ma ani ich, ani chochołów, ani ubrań. W powietrzu, kilka metrów nad podłogą, siedzi dziecko: ogromny turban przedziwnie spowija maleńką główkę, twarzyczka nie po dziecięcemu poważna, spod wiszącego w luźnych fałdach ubrania wystaje tylko ręka, która trzyma drewniany kostur – jedyne, co dotyka ziemi.

Thorn chowa dziecko pod tkaniną, powoli obchodzi dokoła, czule wygładzając i poprawiając – i znów ściąga okrycie.

Dziecko nadal wisi w powietrzu. Chociaż nie – to nie dziecko: ten sam strój, tak samo podkreślone czernią oczy. Rysy i kształt twarzy, jej wyraz i powaga – wszystko to bardzo podobne, ale na scenie jest teraz dorosła kobieta: ubranie opinające krągłe piersi, zmęczona skóra wokół oczu, gorycz w kącikach ust.

Kobieta znika pod materią i po chwili pojawia się w nowej postaci. Teraz to staruszka z głębokimi zmarszczkami i ziemistą cerą. Obwisłe powieki niemal zupełnie zasłaniają wyblakłe oczy, bezbarwne wargi opadają łukiem w dół. Siedzi nieporuszenie, bez żadnego widocznego wysiłku, suchą ręką trzyma kostur. Jeśli uważnie się przyjrzeć, można w niej rozpoznać niezwykłą dziewczynkę, która grała na sitarze.

Niezmiernie smutne to widowisko. Porzucony sitar wciąż gra, jakby mówił: wy przemijacie, a ja trwam. W jego dźwięki wtrąca się nieprzyjemny, szeleszczący odgłos. Wydaje się, że kawalerowi Thornowi też to przeszkadza: jego twarz nie jest już tak spokojna, tak nieporuszona, spogląda pytająco na starą kobietę. Statecznym krokiem podchodzi do niej, wyciąga ręce, szykując się do nakrycia jej jedwabiem. Stara chrypi, z jej szarych warg w ataku kaszlu pryska pienista ślina. Kobieta przechyla się do przodu i opada czołem na rękę z kosturem. Thorn robi nerwowy krok w przód, chwyta ją dłońmi za szyję, odskakuje. Jedwabne okrycie wznosi się niczym złowieszczy ptak. Kurtyna skrzypi, powoli zaczyna się zasuwać. Publiczność zdąża dostrzec, jak Thorn zrzuca cylinder, zrywa z rąk rękawiczki i rzuca je na podłogę.

Rozlegają się pojedyncze, niepewne brawa.

Reszta publiczności siedzi w milczeniu, boi się drgnąć. Przedstawienie okazało się krótsze, niż obiecywały afisze.

Rozdział 2

[…]

Przez ponad dwa dziesięciolecia, aż do samej śmierci, doktor Anger krzyczał przez sen: śnił mu się pożar. Krzyczał długo i przeraźliwie, jakimś obcym głosem, wył jak syrena, puchacz, pociąg i przeciąg.

Nie wiem, jak to się mogło stać, ale obrazy ze snów doktora Angera są przemieszane z moimi wczesnymi wspomnieniami. Widzę oczami doktora: za oknami sali operacyjnej niemal upalny, oślepiający słonecznym blaskiem ranek pod koniec września, chłód i cisza tego wnętrza, białe kafelki, ostry zapach środków dezynfekcyjnych wypełnia krtań i płuca i do bólu wyostrza ich wrażliwość. Sanitariuszka w szeleszczącym śnieżnobiałym fartuchu i czepku, niczym wyciosana z bryły śniegu, w skupieniu układa sterylne narzędzia na lśniącej chromowanej tacy. Spadają na nią z czystym, zimnym brzękiem.

Doktor Anger często w tych snach przeprowadzał operację: odmierzonym ruchem rozcinał skórę leżącego przed nim pacjenta, ale z wąskiej szczeliny nie zaczynała płynąć krew, bo okazywało się, że to nie człowiek, o którego życie trzeba walczyć, tylko wypchana słomą i śmieciami lalka.

Zresztą fabuła snów zawsze była inna. Niezmienne pozostawało tylko miodowe powietrze beztroskiego poranka, szpitalna przestrzeń, powściągliwa i cicha, i przeczucie katastrofy, które napierało od wewnątrz, niemal rozrywając płuca, nie dając złapać tchu.

W pewnej chwili doktor Anger zauważał, że za oknem przelatują drobne czarne płatki. Przybywało ich – i oto już widok z okna był gęsto pocętkowany i przypominał negatyw zdjęcia zrobionego w śnieżny dzień. Oblepiały drzewa, ziemię, woźniców i przechodniów, całe powietrze było już całkiem czarne niczym wdowia chusta.

Zrozpaczony doktor otwierał okna na oścież, odpędzając sanitariuszki, które ze szlochem czepiały się jego rąk. Czarne śnieżynki wdzierały się do sali operacyjnej, osiadały na kafelkach, na narzędziach, na probówkach i kolbach z kobaltowego szkła. Wpadały do ust, nozdrzy i oczu.

Wraz ze śnieżynkami do wnętrza wdzierał się zapach pogorzeliska – gorzki, cierpki, nieznośny. Powietrze zdawało się rozżarzone i trujące.

Nie słychać żadnego dźwięku: cisza, głucha, beznadziejna, zasypana pierzyną czarnego popiołu, trzymała wszystko pod swoją czapą.

Doktor Anger wiedział, że to znów się stało, jak już tysiące razy wcześniej, że znów przeszedł wszystko od samego początku do samego końca, że koniec tak naprawdę jeszcze nie nastąpił i niczego nie można zmienić, na nic wywrzeć wpływu. Nie mogąc wytrzymać palącego wewnętrznego bólu, krzyczał na całe gardło wypełnione popiołem i dymem. Krzyczał, jak tylko mógł.

Odkąd sięgam pamięcią, natychmiast budziłam się na krzyk doktora, wyplątywałam z objęć Adeli i szybko mknęłam po schodach na dół. Doktor spał w gabinecie, gdzie często przyjmował pacjentów: pod portretem swego ojca, na wąs­kiej sofie, która gęstymi frędzlami zamiatała dywan.

Zazwyczaj gdy tam wbiegałam, doktor siedział na sofie, wzburzony i spocony, z niewidzącymi oczami, w które zaglądałam w nadziei, że zobaczę odbicie tego, co wtedy się stało. Ale widziałam tylko popękane żyłki, szaleństwo i przerażenie, ból i poczucie winy.

Sama jeszcze dziecko, szeptałam łagodnie, uspokajałam go, gładziłam po mokrych jak wodorosty włosach, próbowałam ułożyć na sofie. Doktor się nie poddawał, wykrzykiwał coś niezrozumiale, protestował, wyrywał się, płaczliwie wykrzywiając ukryte w brodzie usta. Poiłam go wodą, odmierzałam na łyżkę krople uspokajającej tynktury z kobaltowego flakonika, ręcznikiem wycierałam doktorowi głowę i piersi, szybko zmieniałam wilgotną pościel.

Tylko w tych chwilach, kiedy już nie spał, ale jeszcze się nie rozbudził, mogłam wyciągnąć od niego cokolwiek, co dotyczyło pożaru.

W owym pożarze, 28 września 1868 roku, kiedy w sadzie Lotringera smażono powidła i spłonęło pół miasta, zginęła jego żona, matka Adeli, i do samej śmierci nie mógł przeboleć tej straty, nawet powideł od tamtej pory nigdy nie było na naszym stole.

Zginęli wówczas i moi rodzice, w małej chatynce tuż obok. Po tej chacie nie pozostał nawet ślad, ale ja lubię siadywać tam wiosną, w gąszczu bzów, zastanawiając się, co moja mama mogła gotować dla doktorostwa, kiedy pomagała im w gospodarstwie.

Mnie i Adelę wyratowali sąsiedzi. I oddali nas doktorowi obie razem, zawinięte w śmierdzące spalenizną i dymem gałgany. Kobiety, które doktor najmował, by się nami opiekowały, zmieniały się nieustannie, pomimo że płacił im dobrze, dwakroć więcej, niż zarabiali ich mężowie w gorzelni czy tartaku parowym – nie wiem, czy to prawda, ale byłam pewna, że nie wytrzymywały z mojego powodu. Z Adelą wszystko idzie gładko i spokojnie, a ja jestem krzykliwa i znerwicowana, płaczę nawet przez sen. To złoszczę się i przeklinam, to słowa nie można ze mnie wyciągnąć. Tak czy inaczej, twarze tych kobiet płynęły przede mną jak rzeka – nie sposób ich spamiętać. A twarz Adeli zawsze była tuż obok.

Spośród moich dziecięcych fantazji najbardziej lubiłam melodramat o tym, jak przypadkiem dowiaduję się, że doktor Anger jest w rzeczywistości moim prawdziwym ojcem, że miał przelotny związek z moją matką, która wtedy przygotowywała dla pani doktorowej śnieżną babkę z bitą śmietaną. Spędzałam przed lustrem długie godziny, doszukując się we własnych rysach podobieństwa do Adeli, żeby marzenie mogło stać się ciałem.

To było śmieszne: ja i Adela to niebo i ziemia. Adela jest blada i na wpół przezroczysta, z obłokiem blond włosów, cienkich jak puch, delikatna niczym śnieżna babka, rozmarzona, wrażliwa i skora do łez.

Adelę chciałoby się chronić, spowijać jak dziecko, karmić srebrną łyżeczką. Chciałoby się wyjmować jej z rąk ostre noże, lampy naftowe, ciężkie przedmioty. Chciałoby się zasłaniać jej oczy i uszy, kiedy dzieje się coś, co może ją przestraszyć albo zasmucić.

Ja, Stefania Czorneńko, jestem żylasta, smagła i bystra, mocna jak chłop, zupełnie nieładna. Ładne mam tylko włosy: lśniące, mocne i proste, w cieniu ciemne jak kora drzewa, w słońcu połyskujące miedzianymi iskrami. Jeśli ich nie zaplotę, przypominają drogocenną materię jedwabną albo wodospad z oliwy. Grzech mówić, ale nieraz widziałam, jak Petro się im przygląda – zresztą wcale się z tym nie krył. Petro to artysta, żyje w świecie obrazów i konturów, w fakturach, pozach i załamaniach światła. Przygląda się grudkom ziemi, okruchom szkła, kałuży rozlanej nafty. A najuważniej – zmarłym, dla których robi pomniki.

Chociaż nie, najuważniej – Adeli, dla której jeszcze za życia wzniósł mauzoleum.

Dziad i ojciec doktora Angera byli jednymi z założycieli Neudorfu; przybyli z północnych Niemiec w 1783 roku, w czasach kolonizacji józefińskiej. Ale nie tamtego Neudorfu, który jest niedaleko Drohobycza, ani nie tego koło Sambora. Ich Neudorf znajdował bardzo blisko innej szwabskiej kolonii – Bredtheim, mniej więcej w pół drogi między Kołomyją a Stanisławowem, które z Nadwórną tworzą trójkąt równoboczny.

Neudorf rodziców doktora Angera niespecjalnie różnił się od innych kolonii. Była to bardzo długa ulica, wybrukowana płaskimi kamieniami, po obu stronach zabudowana solidnymi, przeważnie parterowymi domami krytymi słomą. Z dachów sterczały ceglane kominy, obwiedzione wąskimi gzymsami i przepaskami, od góry zaokrąglone – można było odnieść wrażenie, że to ślimak ostrożnie wystawił jedno oko, by rozejrzeć się dokoła.

Wzdłuż ulicy splatały się w jeden wieniec zadbane róże, otaczające kwietniki i studnie, i prowadzące na sam początek osady, do kirchy ostrymi sygnaturkami skierowanej ku niebu.

Młody ojciec doktora Angera był, rzecz jasna, dumny z dzieła, którego jego rodacy dokonywali dla tego biednego, pod wieloma względami nieporadnego jak dziecko narodu. Lud tutejszy trzeba było uczyć najprostszych rzeczy: jak dbać o bydło, o las, o ziemię, o własne domy i samych siebie. Jak by sobie poradzili bez rzepaku, chmielu, rabarbaru, bez kolorowej koniczyny?

Inna sprawa, że miejscowi niespecjalnie chcieli się uczyć. I można ich było zrozumieć: większość z nich nie była swoją własnością, mikroskopijne skrawki ziemi, wielkości chustki do nosa, dzielono między dzieci na jeszcze mniejsze. Przywykłszy do sposobu swego życia, niezdolni byli, jak się zdawało, dostrzec innych możliwości, zwyczajnie nie mogli ich widzieć. Nie wierzyli w nie – a więc ich nie mieli. Uporządkowane szwabskie kolonie były tylko ułudą, marami ze snów, do których nie było im sądzone wstąpić.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Polecamy także:

Premiera: wrzesień 2016

Nakładem Wydawnictwa Czarne ukazały się również inne książki Sofii Andruchowycz:

Przypisy

[1] Tak nazywały się wieczory taneczne, popularne w wielu miastach Galicji, na których damy – przez wzgląd na trudne czasy – występowały w ostentacyjnie skromnych sukniach. (Jeśli nie zaznaczono inaczej, przypisy pochodzą od autorki).

[2] Kircha – tu: kościół luterański.

[3] Propinacja – monopol właściciela galicyjskiego majątku na wyrób i sprzedaż na swoim terytorium alkoholu, przeważnie piwa i wódki.

[4] Etrog – cytron, owoc cytrusowy, jedna z czterech roślin tworzących bukiet na święto Sukot.

[5] Baal Szem Tow – właśc. Izrael ben Eliezer (1700–1760), cadyk, pierwszy nauczyciel chasydyzmu polskiego.

[6] Kielich kiduszowy – kielich na czerwone wino używany z okazji szabatu; chanukija – świecznik dziewięcioramienny zapalany przez osiem dni święta Chanuka; jad – specjalna wskazówka w kształcie ręki używana przy czytaniu Tory.

[7] Brodersängerzy – grupy wędrownych śpiewaków i aktorów z Brodów, którzy śpiewali w jidysz żydowskie pieśni ludowe, uzupełniając swoje występy o pantomimę, żarty i tańce.

[8] Bojan – ukraińskie towarzystwo muzyczno-śpiewacze. Takie towarzystwa powstawały pod koniec XIX wieku we Lwowie, w Brzeżanach, Kołomyi, Czerniowcach, Tarnopolu, Stryju, Stanisławowie i istniały do II wojny światowej.

[9]Soroczka – ukraińska koszula wyszywana w tradycyjne wzory, w Galicji zazwyczaj haftem krzyżykowym (przyp. tłum.).

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

mateusz@czarne.com.pl,tomasz@czarne.com.pl

dominik@czarne.com.pl,ewa@czarne.com.pl

edyta@czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

redakcja@czarne.com.pl

Sekretarz redakcji: malgorzata@czarne.com.pl

Dział promocji: ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa

tel./fax +48 22 621 10 48

agnieszka@czarne.com.pl,dorota@czarne.com.pl

zofia@czarne.com.pl,marcjanna@czarne.com.pl

magda.jobko@czarne.com.pl

Dział marketingu: honorata@czarne.com.pl

Dział sprzedaży: piotr.baginski@czarne.com.pl

agnieszka.wilczak@czarne.com.pl,urszula@czarne.com.pl

Audiobooki i e-booki: anna@czarne.com.pl

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków, tel. +48 12 432 08 52

info@d2d.pl

Wołowiec 2016

Wydanie I