Wydawca: Buchmann Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 581 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Fatum - Karin Slaughter

Karin Slaughter jest ważnym, nowym punktem na kryminalnej mapie świata.

Val McDermid

 

Lena Adams nie mogła przypuszczać, że upragniony powrót do pracy zacznie się tak źle. Na komisariat policji w Heartsdale, spokojnym miasteczku w stanie Georgia, wtargnęło dwóch uzbrojonych mężczyzn, zabili trzech policjantów, kilku innych ranili, przetrzymują zakładników. Lena bardziej niż kiedykolwiek jest zdeterminowana, by rozwiązać tę sprawę – wśród zabitych jest jej wieloletni szef i przyjaciel, Jeffrey Tolliver.

Kilka lat wcześniej komendant Tolliver wybiera się z doktor Sarą Linton na romantyczne wakacje na Florydę. Po drodze zmienia jednak zdanie i postanawia pokazać jej swoje rodzinne miasteczko. Miły urlop szybko zamienia się koszmar: w domu przyjaciół Jeffreya dochodzi do strzelaniny, ginie włamywacz. Sprawa zabójstwa okaże się trudniejsza, niż mogło się na początku wydawać; a co najgorsze, nie będzie jedyną, którą trzeba będzie rozwiązać. Trupów będzie przybywać. Upiorne miasteczko zmusi Jeffreya i Sarę, by zmierzyli się z jego najgłębiej skrywanymi tajemnicami.

Czy to możliwe, by po latach ponownie dopadł ich koszmar Sylacugi?

 

Karin Slaughter jest jedną z lepszych autorek kryminałów w Ameryce.

„The Washington Post”

 

Opinie o ebooku Fatum - Karin Slaughter

Fragment ebooka Fatum - Karin Slaughter

FA­TUM

KA­RIN SLAU­GH­TER

prze­ło­żył An­drzej Lesz­czyń­ski

Warszawa 2013

Ty­tuł ory­gi­na­łu In­de­li­ble

Co­py­ri­ght © 2004 by Ka­rin Slau­gh­ter

All ri­ghts re­se­rved

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Re­dak­cja Han­na Smo­liń­ska

Ko­rek­ta Ka­ta­rzy­na Hu­me­niuk, Anna Ga­jew­ska

Pro­jekt gra­ficz­ny Krzysz­tof Kieł­ba­siń­ski

ISBN 978-83-7881-197-8

Wy­da­nie I

War­sza­wa

Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.

00-372 War­sza­wa, ul. Fok­sal 17

tel. 22 828 98 08, 22 894 60 54

biu­ro@gwfok­sal.pl

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej Mi­chał Olew­nik / Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.i Mi­chał La­tu­sek / Vir­tu­alo Sp. z o.o.

Dla D.A.

jak mo­rza głę­bo­kie, a góry wy­so­kie

18.55

No, pro­szę! Kogo tu przy­nio­sło?! – huk­nę­ła Mar­la Simms, mie­rząc Sarę czuj­nym spoj­rze­niem znad kra­wę­dzi dwu­ogni­sko­wych oku­la­rów w srebr­nej dru­cia­nej opraw­ce. Se­kre­tar­ka ko­mi­sa­ria­tu po­li­cji trzy­ma­ła w po­wy­krę­ca­nych ar­tre­ty­zmem pal­cach ja­kieś ko­lo­ro­we cza­so­pi­smo, ale na­tych­miast je odło­ży­ła, da­jąc tym sa­mym znać, że ma dużo cza­su na roz­mo­wę.

– Cześć, Mar­lo. Co sły­chać? – wy­ce­dzi­ła Sara, si­ląc się na odro­bi­nę sło­dy­czy w gło­sie, cho­ciaż ce­lo­wo przy­szła do ko­mi­sa­ria­tu w cza­sie prze­rwy na kawę.

Star­sza pani po­pa­trzy­ła na nią z lek­ką dez­apro­ba­tą, co praw­da sła­bo za­uwa­żal­ną, bo ką­ci­ki ust mia­ła sta­le wy­gię­te ku do­ło­wi, lecz Sara le­d­wie się po­ha­mo­wa­ła przed gry­ma­sem nie­chę­ci. Mar­la na­ucza­ła w nie­dziel­nej szkół­ce dla dzie­ci przy ko­ście­le pier­wot­nych bap­ty­stów już od dnia za­ło­że­nia pa­ra­fii i wciąż po­tra­fi­ła wzbu­dzać strach w każ­dym, kto przy­szedł na świat w mia­stecz­ku po roku 1952.

– Dość dłu­go się tu nie po­ka­zy­wa­łaś – od­par­ła, świ­dru­jąc ją wzro­kiem.

– No cóż – mruk­nę­ła Sara, pró­bu­jąc po­nad ra­mie­niem se­kre­tar­ki zaj­rzeć w głąb ga­bi­ne­tu Jef­freya.

Drzwi były otwar­te, ale za biur­kiem nikt nie sie­dział. W sali ogól­nej tak­że ni­ko­go nie było, co ozna­cza­ło, że Jef­frey praw­do­po­dob­nie znaj­do­wał się gdzieś na ty­łach. Zda­wa­ła so­bie spra­wę, że może po pro­stu obejść sta­no­wi­sko Mar­li i bez wy­ja­śnie­nia ru­szyć w głąb bu­dyn­ku, jak czy­ni­ła to wcze­śniej set­ki razy, ale in­stynkt sa­mo­za­cho­waw­czy pod­po­wia­dał jej, że wy­jąt­ko­wo nie po­win­na prze­kra­czać tego mo­stu bez opła­ce­nia myta.

Mar­la od­chy­li­ła się na krze­śle i skrzy­żo­wa­ła ręce na pier­siach.

– Pięk­ną mamy po­go­dę – oznaj­mi­ła.

Sara obej­rza­ła się na prze­szklo­ne drzwi wej­ścio­we i wi­docz­ną za nimi Main Stre­et. Po­wie­trze fa­lo­wa­ło nad roz­grza­nym as­fal­tem. Pa­no­wa­ła taka du­cho­ta, że od­no­si­ła wra­że­nie, jak­by sie­dzia­ła w pa­rów­ce w sa­lo­nie ko­sme­tycz­nym.

– To praw­da.

– Ale się wy­stro­iłaś z sa­me­go rana. – Mar­la zmie­rzy­ła tak­su­ją­cym spoj­rze­niem lnia­ną gar­son­kę, któ­rą Sara wy­bra­ła do­pie­ro po wy­rzu­ce­niu nie­mal wszyst­kich ubrań z sza­fy. – Cóż to za oka­zja?

– Nic spe­cjal­ne­go – skła­ma­ła. Uświa­do­mi­ła so­bie na­gle, że ner­wo­wo prze­stę­pu­je z nogi na nogę i prze­bie­ra pal­ca­mi po rącz­ce swo­jej tecz­ki, jak­by z czter­dzie­sto­lat­ki zmie­ni­ła się na­gle w pierw­szo­kla­sist­kę.

W oczach star­szej pani po­ja­wi­ły się trium­fal­ne bły­ski. Prze­cią­gnę­ła jesz­cze tro­chę na­pię­te mil­cze­nie, po czym za­da­ła obo­wiąz­ko­we py­ta­nie:

– Jak się mie­wa two­ja mama i resz­ta ro­dzi­ny?

– Dzię­ku­ję, do­brze. – Sara usi­ło­wa­ła za­cho­wać obo­jęt­ny ton.

Nie była tak na­iw­na, by wie­rzyć, że ży­cie pry­wat­ne jest jej wy­łącz­ną spra­wą, sko­ro w ca­łym hrab­stwie Grant trud­no było na­wet kich­nąć, żeby za­raz nie za­dzwo­nił ktoś z są­siedz­twa z sa­kra­men­tal­nym: „Na zdro­wie”. Nie mia­ła jed­nak za­mia­ru w ja­ki­kol­wiek spo­sób uła­twiać in­nym zbie­ra­nia in­for­ma­cji o swo­jej ro­dzi­nie.

– A co u two­jej sio­stry?

Otwo­rzy­ła już usta, żeby od­po­wie­dzieć, gdy nad­szedł ra­tu­nek w po­sta­ci Bra­da Ste­phen­sa, któ­ry po­tknął się w pro­gu ko­mi­sa­ria­tu. Omal nie ru­nął jak dłu­gi na po­sadz­kę. Zdo­łał zła­pać rów­no­wa­gę, ale spa­dła mu czap­ka i po­to­czy­ła się do nóg Sary, a cięż­ka ka­bu­ra z pi­sto­le­tem i pał­ka za­wie­szo­na na dru­gim boku za­ko­ły­sa­ły się sze­ro­ko ni­czym dwa do­dat­ko­we ra­mio­na. W idą­cej za nim gro­mad­ce kil­ku­let­nich dzie­ci roz­le­gły się tłu­mio­ne chi­cho­ty.

– Uff – syk­nął Brad, spoj­rzał na nią, po­tem na swo­ich pod­opiecz­nych, wresz­cie zno­wu na nią. Pod­niósł czap­kę z pod­ło­gi i za­czął ją wy­cie­rać z ku­rzu, o wie­le sta­ran­niej, niż to było ko­niecz­ne.

Sa­rze prze­mknę­ło przez gło­wę, że na­wet nie po­tra­fi oce­nić, co jest bar­dziej że­nu­ją­ce, peł­ne drwi­ny chi­cho­ty ośmior­ga dzie­się­cio­lat­ków czy wi­dok z tru­dem po­wstrzy­mu­ją­cej uśmiech le­kar­ki, któ­ra zna­ła go od nie­mow­lęc­twa.

Naj­wy­raź­niej do­szedł do wnio­sku, że to dru­gie wpra­wia go w więk­sze za­kło­po­ta­nie, gdyż od­wró­cił się do dzie­ci i oznaj­mił z prze­ko­na­niem:

– Znaj­du­je­my się, rzecz ja­sna, w bu­dyn­ku ko­mi­sa­ria­tu, gdzie po­li­cjan­ci zaj­mu­ją się swo­imi spra­wa­mi. Oczy­wi­ście po­li­cyj­ny­mi. Sto­imy te­raz w lob­by…

Jesz­cze raz zer­k­nął na Sarę. Okre­śle­nie miej­sca, w któ­rym się znaj­do­wa­li, mia­nem „lob­by” było zde­cy­do­wa­ną prze­sa­dą, gdyż przed­sio­nek ko­mi­sa­ria­tu miał nie wię­cej niż dzie­sięć me­trów kwa­dra­to­wych, a w do­dat­ku na wprost drzwi wej­ścio­wych stał goły be­to­no­wy mur, ścia­nę po pra­wej zdo­bił sze­reg opra­wio­nych w ram­ki zdjęć tu­tej­szych funk­cjo­na­riu­szy z zaj­mu­ją­cym cen­tral­ne miej­sce wiel­kim por­tre­tem Mac An­der­sa, je­dy­ne­go po­li­cjan­ta w hi­sto­rii miej­sco­wych służb, któ­ry stra­cił ży­cie pod­czas wy­ko­ny­wa­nia swo­ich obo­wiąz­ków.

Na wprost tej swo­istej ga­le­rii, za wy­so­kim kon­tu­arem o bla­cie kry­tym be­żo­wym la­mi­na­tem, było usy­tu­owa­ne sta­no­wi­sko Mar­li, któ­re od­dzie­la­ło go­ści od sali ogól­nej. Se­kre­tar­ka nie na­le­ża­ła do ko­biet szcze­gól­nie ni­skiej po­stu­ry, lecz za­awan­so­wa­ny wiek wy­giął jej syl­wet­kę w nie­mal ide­al­ny kształt zna­ku za­py­ta­nia. Do tego za­wsze mia­ła oku­la­ry zsu­nię­te na czu­bek nosa, i Sarę – któ­ra tak­że mu­sia­ła już wkła­dać oku­la­ry do czy­ta­nia – nie­ustan­nie ku­si­ło, by je po­pra­wić, le­d­wie mo­gła się po­wstrzy­mać przed tym od­ru­chem. Oczy­wi­ście nig­dy by się na to nie od­wa­ży­ła. Mar­la wie­dzia­ła ab­so­lut­nie wszyst­ko o miesz­kań­cach mia­stecz­ka, a na­wet o ich psach czy ko­tach, o niej wie­dzia­no nie­wie­le. Była bez­dziet­ną wdo­wą, jej mąż zgi­nął na fron­cie w cza­sie dru­giej woj­ny świa­to­wej. Od uro­dze­nia miesz­ka­ła przy uli­cy Hem­lock, czy­li dwie prze­czni­ce od ro­dzin­ne­go domu Sary. Ro­bi­ła na dru­tach, na­ucza­ła w szkół­ce nie­dziel­nej, a przede wszyst­kim pra­co­wa­ła na ca­łym eta­cie w ko­mi­sa­ria­cie po­li­cji, gdzie od­bie­ra­ła te­le­fo­ny i pró­bo­wa­ła za­pa­no­wać nad wiecz­nie po­roz­rzu­ca­ny­mi ster­ta­mi pa­pie­rzysk. Szcze­rze mó­wiąc, nie­wie­le to mó­wi­ło o ży­ciu pry­wat­nym Mar­li Simms. A Sara była prze­ko­na­na, że w cią­gu osiem­dzie­się­ciu z górą lat mu­sia­ły w nim na­stą­pić ja­kieś waż­ne wy­da­rze­nia, na­wet je­śli ko­bie­ta spę­dzi­ła całe ży­cie w tym sa­mym domu, w któ­rym się uro­dzi­ła.

Wska­zu­jąc ob­szer­ne po­miesz­cze­nie za sta­no­wi­skiem se­kre­tar­ki, Brad tłu­ma­czył da­lej dzie­ciom:

– A tam de­tek­ty­wi i funk­cjo­na­riu­sze, tacy jak ja, pro­wa­dzą wszyst­kie spra­wy… roz­ma­wia­ją przez te­le­fon i w ogó­le… prze­słu­chu­ją świad­ków, spi­su­ją ra­por­ty, wpro­wa­dza­ją dane do kom­pu­te­ra…

Umilkł stop­nio­wo, uświa­do­miw­szy so­bie, że chy­ba nikt go nie słu­cha. Więk­szość dzie­cia­ków le­d­wie mo­gła do­strzec su­fit sali ogól­nej nad kon­tu­arem. Zresz­tą, na­wet gdy­by było in­a­czej, wi­dok oko­ło trzy­dzie­stu biu­rek usta­wio­nych w pię­ciu rzę­dach i po­roz­dzie­la­nych roz­ma­ity­mi re­ga­ła­mi oraz me­ta­lo­wy­mi szaf­ka­mi na akta i tak nie przy­kuł­by ich uwa­gi. Sara po­my­śla­ła, że cała gru­pa za­czy­na te­raz gorz­ko ża­ło­wać, iż nie zo­sta­ła dzi­siaj na lek­cjach w szko­le.

– Za parę mi­nut po­ka­żę wam cele, w któ­rych trzy­ma­my aresz­to­wa­nych… – pod­jął Brad. Zer­k­nął ner­wo­wo na Sarę, jak­by się bał, że za chwi­lę wy­tknie mu oczy­wi­stą nie­ści­słość, po czym wy­ja­śnił: – To zna­czy… nie aresz­tu­je­my ich tam, tyl­ko za­my­ka­my już po aresz­to­wa­niu. Prze­trzy­mu­je­my za­trzy­ma­nych w ce­lach.

W za­pa­dłej na­gle ci­szy wy­raź­nie dał się sły­szeć ner­wo­wy chi­chot do­bie­ga­ją­cy gdzieś z tyl­nych rzę­dów wy­ciecz­ki. Sara, któ­ra zna­ła więk­szość jej uczest­ni­ków ze swo­jej prak­ty­ki w przy­chod­ni dzie­cię­cej, po­wio­dła po gru­pie kar­cą­cym wzro­kiem. Dzie­ła do­ko­na­ła Mar­la, pod­no­sząc się ener­gicz­nie z miej­sca, aż gło­śno za­skrzy­pia­ło jej ob­ro­to­we krze­sło. Le­d­wie wy­tknę­ła gło­wę nad kon­tu­ar, chi­cho­ty umil­kły jak no­żem uciął.

Mag­gie Bur­gess, któ­rej ro­dzi­ce dba­li o re­pu­ta­cję ośmio­lat­ki dużo bar­dziej, niż moż­na by ocze­ki­wać, od­wa­ży­ła się ode­zwać śpiew­nym gło­si­kiem:

– Dzień do­bry, dok­tor Lin­ton.

Sara ski­nę­ła gło­wą.

– Wi­taj, Mag­gie.

– Uff – syk­nął po­now­nie Brad, jak­by chciał w ten spo­sób za­ma­sko­wać głę­bo­ki ru­mie­niec, któ­ry po­ja­wił się na bla­dych po­licz­kach. Sara zwró­ci­ła uwa­gę, że jego spoj­rze­nie zde­cy­do­wa­nie za dłu­go za­trzy­ma­ło się na jej no­gach. – No więc… wszy­scy zna­cie dok­tor Lin­ton.

Mag­gie unio­sła wzrok do nie­ba.

– No pew­nie – pi­snę­ła, a jaw­na iro­nia obec­na w jej gło­sie wy­wo­ła­ła ko­lej­ną falę chi­cho­tów.

– Po­win­ni­ście wie­dzieć, że dok­tor Lin­ton jest nie tyl­ko pe­dia­trą, ale tak­że na­szym pa­to­lo­giem – cią­gnął Brad men­tor­skim to­nem, cho­ciaż mó­wił o rze­czach po­wszech­nie zna­nych. Nie bez po­wo­du był przed­mio­tem wie­lu żar­tów w na­pi­sach zdo­bią­cych ścia­ny to­a­let w pod­sta­wów­ce. – Jak się do­my­ślam, przy­szła dzi­siaj na ko­mi­sa­riat w spra­wie służ­bo­wej. Mam ra­cję, pani dok­tor?

– Oczy­wi­ście – od­par­ła Sara, wcie­la­jąc się w rolę oso­by rów­nej mu sta­tu­sem, cho­ciaż do­sko­na­le pa­mię­ta­ła, jak za­le­wał się rzew­ny­mi łza­mi na samo wspo­mnie­nie o za­strzy­ku. – Przy­szłam na roz­mo­wę z ko­men­dan­tem w spra­wie, nad któ­rą wspól­nie pra­cu­je­my.

Mag­gie już otwo­rzy­ła usta, żeby za­pew­ne wy­pa­plać ja­kąś za­sły­sza­ną od ro­dzi­ców prze­ra­ża­ją­cą plot­kę na te­mat sto­sun­ków łą­czą­cych Sarę z Jef­frey­em, ale szyb­ko ugry­zła się w ję­zyk, gdy znów groź­nie za­skrzy­pia­ło krze­sło Mar­li. Sara obie­ca­ła so­bie w du­chu, że w naj­bliż­szą nie­dzie­lę pod­czas na­bo­żeń­stwa w ko­ście­le po­dzię­ku­je Bogu za tę nie­świa­do­mą in­ter­wen­cję se­kre­tar­ki. Mar­la ode­zwa­ła się jed­nak to­nem rów­nie wy­zy­wa­ją­cym jak mała Mag­gie:

– Le­piej pój­dę spraw­dzić, czy ko­men­dant Tol­li­ver bę­dzie mógł cię przy­jąć.

– Bar­dzo dzię­ku­ję – od­par­ła Sara, po­spiesz­nie re­wi­du­jąc swo­je po­sta­no­wie­nie co do wi­zy­ty w ko­ście­le.

– No więc… – mruk­nął Brad, wciąż strze­pu­jąc pal­ca­mi kurz z czap­ki. – Może przej­dzie­my da­lej? – Otwo­rzył wa­ha­dło­we drzwicz­ki kon­tu­aru, żeby prze­pu­ścić swo­ich pod­opiecz­nych, ski­nął gło­wą Sa­rze i mruk­nął: – Pani wy­ba­czy. – Po czym ru­szył za nimi.

Po­de­szła do ścia­ny za­wie­szo­nej zdję­cia­mi i po­pa­trzy­ła na zna­jo­me twa­rze. Nie li­cząc okre­su na­uki w col­le­ge’u oraz prak­ty­ki w Gra­dy Ho­spi­tal w Atlan­cie, ona rów­nież całe ży­cie spę­dzi­ła w hrab­stwie Grant. Więk­szość męż­czyzn uwiecz­nio­nych na fo­to­gra­fiach gry­wa­ła z jej oj­cem w po­ke­ra. Młod­si za cza­sów jej dzie­ciń­stwa byli mi­ni­stran­ta­mi w tu­tej­szym ko­ście­le czy też pil­no­wa­li po­rząd­ku pod­czas me­czów lo­kal­nej dru­ży­ny fut­bo­lo­wej, gdy mia­ła kil­ka­na­ście lat i bez­sku­tecz­nie pró­bo­wa­ła po­de­rwać Ste­ve’a Man­na, ka­pi­ta­na klu­bu sza­cho­we­go. Za­nim wy­je­cha­ła do Atlan­ty, Mac An­ders przy­ła­pał ją wła­śnie ze Ste­ve’em w nie­dwu­znacz­nej sy­tu­acji na ty­łach baru „Ho­use of Chi­li­dogs”. Kil­ka ty­go­dni póź­niej jego wóz pa­tro­lo­wy sze­ścio­krot­nie prze­ko­zioł­ko­wał w cza­sie po­ści­gu za pi­ra­tem dro­go­wym, z cze­go Mac nie wy­szedł z ży­ciem.

Aż wstrzą­snął nią dreszcz na to wspo­mnie­nie i prze­mknął po ple­cach ni­czym od­ra­ża­ją­cy do­tyk ła­pek bie­gną­ce­go pa­ją­ka. Szyb­ko prze­su­nę­ła się do na­stęp­nej gru­py zdjęć, któ­re uka­zy­wa­ły ob­sa­dę ko­mi­sa­ria­tu w chwi­li ob­ję­cia przez Jef­freya sta­no­wi­ska ko­men­dan­ta. Prze­niósł się z Bir­ming­ham i wszy­scy od­no­si­li się scep­tycz­nie do jego umie­jęt­no­ści, zwłasz­cza po tym, jak przy­jął do służ­by Lenę Adams, pierw­szą po­li­cjant­kę w hi­sto­rii hrab­stwa Grant. Sara od­szu­ka­ła ją na zdję­ciu gru­po­wym. Lena trzy­ma­ła bro­dę wy­zy­wa­ją­co za­dar­tą ku gó­rze, w jej oczach tli­ły się bły­ski za­cię­to­ści. Obec­nie w ca­łym hrab­stwie słu­ży­ło kil­ka­na­ście ko­biet, jed­nak­że Adams na za­wsze mia­ła za­cho­wać pal­mę pierw­szeń­stwa. Mu­sia­ła wte­dy od­czu­wać nie­sa­mo­wi­tą pre­sję oto­cze­nia, choć zda­niem Sary ani tro­chę nie nada­wa­ła się do roli mę­czen­ni­cy. Praw­dę po­wie­dziaw­szy, od­zna­cza­ła się pa­ro­ma ce­cha­mi cha­rak­te­ru, któ­re Sara uwa­ża­ła za od­ra­ża­ją­ce.

– Po­wie­dział, że mo­żesz wejść – ode­zwa­ła się Mar­la, sta­jąc w wa­ha­dło­wych drzwicz­kach. – To smut­ne, nie­praw­daż? – za­py­ta­ła, ru­chem gło­wy wska­zu­jąc zdję­cie Mac An­der­sa.

– Cho­dzi­łam jesz­cze do szko­ły, kie­dy zgi­nął.

– Więc ci nie po­wiem, co zro­bi­li temu by­dla­ko­wi, któ­ry ze­pchnął go z dro­gi – wy­ce­dzi­ła Mar­la z nie­skry­wa­ną sa­tys­fak­cją w gło­sie.

Sara i tak wie­dzia­ła, że pod­czas aresz­to­wa­nia gli­nia­rze tak ska­to­wa­li po­dej­rza­ne­go, że stra­cił jed­no oko. Ben Wal­ker, któ­ry był wte­dy ko­men­dan­tem, w ni­czym nie przy­po­mi­nał Jef­freya.

Mar­la otwo­rzy­ła sze­rzej wa­ha­dło­we drzwicz­ki i po­wie­dzia­ła:

– Sie­dzi nad ja­ki­miś pa­pie­ra­mi w po­ko­ju prze­słu­chań.

– Dzię­ki – mruk­nę­ła Sara i po raz ostat­ni rzu­ci­ła spoj­rze­nie na zdję­cie Maca, za­nim ru­szy­ła do sali ogól­nej.

Ko­mi­sa­riat po­wstał w po­ło­wie lat trzy­dzie­stych, kie­dy to wła­dze le­żą­cych bli­sko sie­bie miast He­arts­da­le, Ma­di­son oraz Avon­da­le po­sta­no­wi­ły po­łą­czyć jed­nost­ki po­li­cji i stra­ży po­żar­nej we wspól­ne służ­by hrab­stwa. Wcze­śniej mie­ści­ła się w tym bu­dyn­ku hala tar­go­wa miej­sco­wej spół­dziel­ni rol­ni­czej. Bur­mistrz od­ku­pił ją za psi grosz, gdy zban­kru­to­wa­ły ostat­nie spół­dziel­cze go­spo­dar­stwa rol­ne. W trak­cie prze­bu­do­wy cał­ko­wi­cie za­tra­co­ny zo­stał cha­rak­ter gma­chu, cze­mu nie za­ra­dzi­ły na­wet licz­ne re­mon­ty w ko­lej­nych dzie­się­cio­le­ciach. Z jed­ne­go ob­szer­ne­go pro­sto­kąt­ne­go po­miesz­cze­nia prze­kształ­co­ne­go w salę ogól­ną wy­od­ręb­nio­no je­dy­nie ga­bi­net ko­men­dan­ta w jed­nym rogu i ła­zien­kę w dru­gim. Syn­te­tycz­na ciem­na bo­aze­ria nadal śmier­dzia­ła za­tę­chłym dy­mem ty­to­nio­wym, po­cho­dzą­cym jesz­cze sprzed wpro­wa­dze­nia ry­go­ry­stycz­nych prze­pi­sów an­ty­ni­ko­ty­no­wych. Pod­wie­sza­ny su­fit spra­wiał wra­że­nie po­kry­te­go gru­bą war­stwą ku­rzu bez wzglę­du na czę­sto­tli­wość wy­mia­ny pły­tek, a te­ra­ko­ta na pod­ło­dze wciąż za­wie­ra­ła azbest, to­też Sara za­wsze wstrzy­my­wa­ła od­dech, ile­kroć szła po spę­ka­nej czę­ści po­sadz­ki przed drzwia­mi ła­zien­ki. Zresz­tą, w tej czę­ści sali i tak mu­sia­ła­by wstrzy­my­wać od­dech, gdyż nic tak wy­mow­nie nie świad­czy­ło o do­mi­na­cji męż­czyzn w tu­tej­szej po­li­cji, jak cha­rak­te­ry­stycz­na woń roz­ta­cza­ją­ca się u wej­ścia do ła­zien­ki ko­mi­sa­ria­tu.

Pchnę­ła ra­mie­niem cięż­kie że­la­zne drzwi prze­ciw­po­ża­ro­we, od­dzie­la­ją­ce salę ogól­ną od tyl­nej czę­ści ko­mi­sa­ria­tu. To skrzy­dło do­bu­do­wa­no przed pięt­na­stu laty, kie­dy bur­mistrz wpadł na po­mysł za­ro­bie­nia do­dat­ko­wych pie­nię­dzy za prze­trzy­my­wa­nie aresz­tan­tów z są­sied­nich hrabstw. Po­wstał wte­dy blok miesz­czą­cy trzy­dzie­ści cel, salę kon­fe­ren­cyj­ną oraz po­kój prze­słu­chań, ro­bią­cy w tam­tych cza­sach wra­że­nie wręcz luk­su­so­we­go, tyle że ze­sta­rzał się wy­jąt­ko­wo szyb­ko i na­wet mimo po­ło­żo­nej nie­daw­no świe­żej far­by wy­glą­dał nie­mal rów­nie ob­skur­nie jak star­sza część ko­mi­sa­ria­tu.

Stu­ka­jąc ob­ca­sa­mi po ka­fel­kach pod­ło­gi, prze­szła pra­wie na sam ko­niec dłu­gie­go ko­ry­ta­rza i za­trzy­ma­ła się przed drzwia­mi po­ko­ju prze­słu­chań, żeby wy­gła­dzić spód­ni­cę i zy­skać tro­chę na cza­sie. Od daw­na nie była już tak zde­ner­wo­wa­na przed spo­tka­niem z by­łym mę­żem, we­szła jed­nak do środ­ka z na­dzie­ją, że ni­cze­go po niej nie wi­dać.

Jef­frey sie­dział przy dłu­gim sto­le za­wa­lo­nym ster­ta­mi do­ku­men­tów i za­pi­sy­wał coś w no­tat­ni­ku. Był bez ma­ry­nar­ki, rę­ka­wy ko­szu­li miał pod­wi­nię­te. Na­wet nie pod­niósł gło­wy, kie­dy we­szła, mu­siał ją jed­nak za­uwa­żyć, bo gdy chcia­ła za­mknąć za sobą drzwi, rzekł:

– Zo­staw otwar­te.

Sta­nę­ła nad nim i po­sta­wi­ła tecz­kę na brze­gu sto­łu. Kie­dy wciąż nie pod­no­sił wzro­ku znad pa­pie­rów, za­czę­ła się za­sta­na­wiać, czy huk­nąć go tą tecz­ką po gło­wie, czy może ra­czej rzu­cić mu się do stóp. Po­dob­ne mie­sza­ne uczu­cia to­wa­rzy­szy­ły jej przez cały okres zna­jo­mo­ści z Jef­frey­em, to zna­czy pra­wie od pięt­na­stu lat, przy czym, jak do­tąd, to on za­wsze się przed nią ka­jał, jesz­cze nig­dy nie było od­wrot­nie. Do­pie­ro nie­daw­no, czte­ry lata po roz­wo­dzie, zdo­ła­li jako tako uło­żyć sto­sun­ki mię­dzy sobą. Trzy mie­sią­ce temu po­pro­sił ją, by po­wtór­nie za nie­go wy­szła, bo ura­żo­na duma nie po­zwa­la­ła mu się po­go­dzić z od­rzu­ce­niem nie­za­leż­nie od tego, ile razy Sara tłu­ma­czy­ła mu swo­je po­wo­dy. Od roz­wo­du spo­ty­ka­li się wy­łącz­nie na grun­cie za­wo­do­wym, jej zaś bra­ko­wa­ło już po­my­słów na wy­szu­ki­wa­nie no­wych pre­tek­stów.

Tłu­miąc gło­śne wes­tchnie­nie roz­pa­czy, mruk­nę­ła:

– Jef­frey?

– Wy­star­czy, jak po­ło­żysz tam swój ra­port – rzekł, ru­chem gło­wy wska­zu­jąc wol­ny róg sto­łu, jak­by cał­ko­wi­cie po­chła­nia­ło go pod­kre­śla­nie nie­któ­rych wy­ra­zów w spi­sa­nych no­tat­kach.

– Są­dzi­łam, że bę­dziesz chciał go przej­rzeć ra­zem ze mną.

– Od­kry­łaś coś nie­zwy­kłe­go? – za­py­tał, przy­su­wa­jąc so­bie ko­lej­ną ster­tę do­ku­men­tów i wciąż nie pod­no­sząc wzro­ku.

– Owszem. Zna­la­złam w dol­nym od­cin­ku je­li­ta mapę z za­zna­czo­nym miej­scem ukry­cia ja­kie­goś skar­bu.

Nie dał się zła­pać na tę przy­nę­tę.

– Opi­sa­łaś to w ra­por­cie?

– Oczy­wi­ście, że nie – syk­nę­ła roz­pacz­li­wym to­nem. – Nie mam za­mia­ru dzie­lić się taką for­tu­ną z urzę­dem po­dat­ko­wym.

Ob­rzu­cił ją ostrym spoj­rze­niem, świad­czą­cym wy­raź­nie, że nie po­dzie­la jej po­czu­cia hu­mo­ru.

– Nie są­dzisz, że zmar­łym na­le­ży się tro­chę wię­cej sza­cun­ku?

Za­wsty­dzi­ła się i na krót­ko od­wró­ci­ła gło­wę.

– Jaka jest two­ja opi­nia? – za­py­tał.

– Śmierć z przy­czyn na­tu­ral­nych. W prób­kach krwi i mo­czu ni­cze­go nie wy­kry­to. Nie zna­la­złam też żad­nych po­dej­rza­nych śla­dów na cie­le w trak­cie oglę­dzin zwłok. Mia­ła prze­cież dzie­więć­dzie­siąt osiem lat. Ode­szła w spo­ko­ju pod­czas snu.

– To do­brze.

Przy­glą­da­ła się, jak da­lej coś za­pi­su­je. Mia­ła na­dzie­ję, iż w koń­cu do­trze do nie­go, że ona nie za­mie­rza jesz­cze stąd wy­cho­dzić. Miał pięk­ny cha­rak­ter pi­sma, któ­re­go pod żad­nym po­zo­rem nie moż­na by się spo­dzie­wać po by­łym gra­czu fut­bo­lo­wym, a obec­nie po­li­cjan­cie. W pew­nym sen­sie za­ko­cha­ła się w nim mię­dzy in­ny­mi wła­śnie z po­wo­du tego pięk­ne­go cha­rak­te­ru pi­sma.

Ner­wo­wo prze­stą­pi­ła z nogi na nogę.

– Usiądź – za­pro­po­no­wał w koń­cu, wy­cią­ga­jąc rękę po ra­port.

Przy­su­nę­ła so­bie krze­sło, usia­dła, wy­ję­ła do­ku­men­ty z tecz­ki i po­da­ła mu. Po­spiesz­nie prze­biegł je wzro­kiem.

– Pro­sta spra­wa – mruk­nął.

– Już roz­ma­wia­łam z jej dzieć­mi – od­par­ła, czu­jąc się nie­swo­jo na brzmie­nie tego sło­wa, jako że naj­młod­szy syn zmar­łej był trzy­dzie­ści lat od niej star­szy. – Wie­dzą, że ich po­dej­rze­nia były bez­za­sad­ne.

– Do­brze – po­wtó­rzył Jef­frey, skła­da­jąc pod­pis na ostat­niej stro­nie ra­por­tu. Odło­żył go na brzeg sto­łu, za­ło­żył skuw­kę na pió­ro i za­py­tał: – To wszyst­ko?

– Mama prze­sy­ła ci po­zdro­wie­nia.

Z wy­raź­nym ocią­ga­niem za­py­tał:

– A co u Tess?

Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi, nie wie­dząc, co od­po­wie­dzieć, gdyż jej sto­sun­ki z sio­strą znacz­nie się po­gor­szy­ły od cza­su roz­wo­du z Jef­frey­em. Po­sta­no­wi­ła więc spy­tać wprost:

– Jak dłu­go za­mie­rzasz to jesz­cze cią­gnąć?

Na pew­no zro­zu­miał, o co jej cho­dzi, po­stu­kał jed­nak pal­cem w roz­ło­żo­ne pa­pie­ry i rzekł:

– Mu­szę się z tym wszyst­kim upo­rać do roz­pra­wy, któ­ra za­czy­na się w przy­szłym mie­sią­cu.

– Do­brze wiesz, że nie o to py­ta­łam.

– Nie są­dzę, byś mia­ła pra­wo od­zy­wać się do mnie tym to­nem. – Od­chy­lił się na opar­cie krze­sła. Wi­dać było, że jest prze­mę­czo­ny. Bez­pow­rot­nie znik­nął uśmiech, któ­ry nie­mal za­wsze wid­niał na jego war­gach.

– Do­brze sy­piasz?

– To po­waż­na spra­wa – mruk­nął.

Sara po­my­śla­ła jed­nak, że po­wód nie­wy­spa­nia może być cał­kiem inny.

– Cze­go na­praw­dę chcesz?

– Nie mo­że­my po pro­stu po­roz­ma­wiać?

– O czym? – Od­chy­lił się z krze­słem do tyłu, ba­lan­su­jąc na dwóch no­gach. Nie do­cze­kaw­szy się od­po­wie­dzi, do­dał: – No więc?

– Chcia­łam tyl­ko…

– Co zno­wu? – prze­rwał jej i wy­dął war­gi. – Prze­cież roz­ma­wia­li­śmy na ten te­mat set­ki razy. Nie wie­rzę, byś mo­gła mi po­wie­dzieć coś no­we­go.

– Chcia­łam się z tobą zo­ba­czyć.

– Po­wie­dzia­łem już, że je­stem za­wa­lo­ny ro­bo­tą.

– Ale kie­dyś ją skoń­czysz…

– Saro!

– Jef­frey! – spa­ro­wa­ła od­ru­cho­wo. – Je­śli w ogó­le nie chcesz się ze mną wi­dy­wać, po­wiedz to wprost i nie szu­kaj wy­mó­wek. By­wa­li­śmy nie­jed­no­krot­nie bar­dziej za­wa­le­ni ro­bo­tą i ja­koś znaj­do­wa­li­śmy czas dla sie­bie. Je­śli do­brze pa­mię­tam, wła­śnie dzię­ki temu ła­twiej przy­cho­dzi­ło nam to znieść. – Wska­za­ła pię­trzą­ce się przed nim pa­pie­rzy­ska.

Z hu­kiem po­sta­wił z po­wro­tem krze­sło na czte­rech no­gach.

– Nie ro­zu­miem, do cze­go zmie­rzasz.

Po­sta­no­wi­ła jesz­cze raz za­ry­zy­ko­wać.

– Na przy­kład do sek­su.

– Wszę­dzie mogę so­bie zna­leźć part­ner­kę.

Sara unio­sła brwi, ale po­wstrzy­ma­ła się od zło­śli­we­go ko­men­ta­rza. To, że Jef­frey fak­tycz­nie mógł so­bie w każ­dej chwi­li zna­leźć inną part­ner­kę, było jed­ną z pod­sta­wo­wych przy­czyn roz­wo­du. Się­gnął po pió­ro, żeby wró­cić do ro­bie­nia no­ta­tek, lecz gwał­tow­nym ru­chem wy­rwa­ła mu je z ręki. Pró­bu­jąc stłu­mić de­spe­ra­cję w swo­im gło­sie, syk­nę­ła:

– Uwa­żasz, że tyl­ko po­wtór­ny ślub umoż­li­wił­by nam po­wrót do nor­mal­no­ści?

Od­wró­cił szyb­ko gło­wę, naj­wy­raź­niej roz­ba­wio­ny jej re­ak­cją.

– W koń­cu by­li­śmy już mał­żeń­stwem – przy­po­mnia­ła – i omal nie skoń­czy­ło się to dla nas ka­ta­stro­fą.

– Owszem. Pa­mię­tam.

Zde­cy­do­wa­ła się zgrać swo­ją kar­tę atu­to­wą.

– Mógł­byś wy­na­jąć swój dom na przy­kład stu­den­tom z col­le­ge’u.

Za­my­ślił się na chwi­lę i za­py­tał:

– Niby dla­cze­go miał­bym to ro­bić?

– Żeby się prze­pro­wa­dzić do mnie.

– I żyć z tobą w grze­chu?

Za­śmia­ła się.

– Od kie­dy to sta­łeś się taki re­li­gij­ny?

– Od cza­su, gdy twój oj­ciec za­siał we mnie lęk przed karą bo­ską – od­parł na­tych­miast z cał­kiem po­waż­ną miną. – Zro­zum, Saro, ja chcę mieć żonę, a nie tyl­ko ko­goś do łóż­ka.

Za­kłu­ło ją to okre­śle­nie.

– Tak o mnie my­ślisz?

– Sam już nie wiem – bąk­nął, jak­by do­pa­dło go po­czu­cie winy. – Zmę­czy­ło mnie to sza­mo­ta­nie się na koń­cu smy­czy, za któ­rą po­cią­gasz tyl­ko wte­dy, kie­dy czu­jesz się sa­mot­na.

Otwo­rzy­ła już usta, ale od­po­wiedź nie prze­szła jej przez gar­dło.

Jef­frey po­krę­cił gło­wą i mruk­nął po­jed­naw­czo:

– Prze­pra­szam. Nie chcia­łem cię ura­zić.

– Za­tem my­ślisz, że przy­szłam tu ro­bić z sie­bie idiot­kę, bo do­ku­cza mi sa­mot­ność?

– Po­wie­dzia­łem prze­cież, że ni­cze­go już nie je­stem pe­wien poza tym, że na­praw­dę mam kupę ro­bo­ty. – Wy­cią­gnął rękę. – Czy mo­gła­byś mi od­dać pió­ro?

Jesz­cze moc­niej za­ci­snę­ła je w pal­cach.

– Na­praw­dę chcę być z tobą.

– Prze­cież wła­śnie je­steś. – Wy­cią­gnął dłoń jesz­cze da­lej.

Zła­pa­ła go lewą ręką za nad­gar­stek.

– Tę­sk­nię za tobą – po­wie­dzia­ła. – Bar­dzo mi cie­bie bra­ku­je.

Wzru­szył lek­ko ra­mio­na­mi, ale nie cof­nął ręki. Po­spiesz­nie przy­ci­snę­ła do swo­ich warg jego pal­ce pach­ną­ce atra­men­tem i owsia­nym kre­mem na­wil­ża­ją­cym, któ­re­go uży­wał w ta­jem­ni­cy przed wszyst­ki­mi.

– Brak mi do­ty­ku two­ich dło­ni.

Wpa­try­wał się w nią nie­ru­cho­mym wzro­kiem. Prze­cią­gnę­ła jego pal­ca­mi po swo­ich war­gach i za­py­ta­ła:

– A ty nie tę­sk­nisz za mną?

Prze­krzy­wił nie­co gło­wę i po­now­nie lek­ko wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Zro­zum, że na­praw­dę chcę być z tobą. Za­le­ży mi… – Zer­k­nę­ła szyb­ko przez ra­mię, żeby się upew­nić, że w ko­ry­ta­rzu ni­ko­go nie ma, po czym szep­tem przed­sta­wi­ła mu pro­po­zy­cję tego, za co sza­nu­ją­ca się pro­sty­tut­ka na­li­czy­ła­by po­dwój­ną staw­kę.

Jef­frey aż roz­dzia­wił usta i oczy roz­sze­rzy­ły mu się ze zdu­mie­nia.

Za­ci­snął pal­ce na jej dło­ni i rzekł z ocią­ga­niem:

– Nie ro­bi­łaś tego od na­sze­go ślu­bu.

– No cóż… – Uśmiech­nę­ła się lek­ko. – Te­raz znów nie je­ste­śmy mał­żeń­stwem, praw­da?

Za­sta­na­wiał się wciąż nad ku­szą­cą pro­po­zy­cją, gdy roz­le­gło się do­no­śne pu­ka­nie w fu­try­nę otwar­tych drzwi. Za­re­ago­wał tak, jak­by tuż nad uchem ktoś wy­pa­lił mu z re­wol­we­ru. Wy­szarp­nął rękę z jej uści­sku i po­de­rwał się z krze­sła.

Frank Wal­la­ce, jego za­stęp­ca, ode­zwał się nie­śmia­ło:

– Prze­pra­szam, że prze­szka­dzam…

Jef­frey zro­bił po­iry­to­wa­ną minę, tyle że Sara nie po­tra­fi­ła oce­nić, czy to ona jest po­wo­dem tej iry­ta­cji, czy też po­ja­wie­nie się Fran­ka.

– O co cho­dzi?

Wal­la­ce zer­k­nął na te­le­fon wi­szą­cy na ścia­nie i od­parł:

– Nie odło­ży­łeś słu­chaw­ki.

Jef­frey nadal przy­glą­dał mu się w mil­cze­niu.

– Mar­la pro­si­ła, bym ci prze­ka­zał, że w lob­by cze­ka ja­kiś chło­pak. – Wy­cią­gnął z kie­sze­ni chu­s­tecz­kę i otarł spo­co­ne czo­ło. – Wi­taj, Saro.

Otwo­rzy­ła już usta, żeby od­po­wie­dzieć, lecz za­sko­czył ją wi­dok Fran­ka.

– Do­brze się czu­jesz?

Skrzy­wił się i przy­ci­snął rękę do brzu­cha.

– Chy­ba coś mi za­szko­dzi­ło.

Wsta­ła i przy­tknę­ła dłoń do jego po­licz­ka. Skó­rę miał lep­ką od potu.

– Je­steś od­wod­nio­ny. – Zła­pa­ła go za rękę i za­czę­ła mie­rzyć puls. – Po­wi­nie­neś dużo wię­cej pić.

Wzru­szył ra­mio­na­mi.

Jesz­cze przez chwi­lę wpa­try­wa­ła się w tar­czę ze­gar­ka, po czym za­py­ta­ła:

– Wy­mio­to­wa­łeś? Mia­łeś roz­wol­nie­nie?

Po­ru­szył się ner­wo­wo, naj­wy­raź­niej zmie­sza­ny.

– Nic mi nie jest – bąk­nął, prze­cząc oczy­wi­stym fak­tom. – Ślicz­nie dziś wy­glą­dasz.

– Cie­szę się, że w koń­cu ktoś to za­uwa­żył – od­par­ła, po­sy­ła­jąc Jef­frey­owi zna­czą­ce spoj­rze­nie.

Ten za­bęb­nił pal­ca­mi o brzeg biur­ka, wciąż tak samo po­iry­to­wa­ny.

– Idź do domu, Frank. Kiep­sko wy­glą­dasz.

Wal­la­ce po­pa­trzył na nie­go z wy­raź­ną ulgą.

– Je­śli nie po­pra­wi ci się do ju­tra, za­dzwoń do mnie – po­wie­dzia­ła Sara.

Ski­nął gło­wą i zwró­cił się do Jef­freya:

– Nie za­po­mnij o tym chło­pa­ku cze­ka­ją­cym w lob­by.

– Kto to jest?

– Ja­kiś Smith. Nic wię­cej nie wiem… – Zno­wu przy­ci­snął rękę do brzu­cha i jęk­nął gar­dło­wo. Po­spiesz­nie od­wró­cił się do wyj­ścia, rzu­ca­jąc przez ra­mię: – Prze­pra­szam.

Jef­frey za­cze­kał, aż Frank się od­da­li, po czym syk­nął:

– Wszyst­ko na mo­jej gło­wie.

– Prze­cież sam wi­dzia­łeś, jak on się czu­je.

– Na szczę­ście wra­ca dziś Lena – rzekł, na­wią­zu­jąc do by­łej part­ner­ki Fran­ka. – Po­win­na się sta­wić na służ­bie o dzie­sią­tej.

– I co z tego?

– Nie na­tknę­łaś się jesz­cze na Mat­ta? Dzwo­nił rano i pró­bo­wał się wy­mó­wić cho­ro­bą, ale ka­za­łem mu przy­jeż­dżać na ko­mi­sa­riat.

– Po­dej­rze­wasz, że dwóch naj­star­szych ran­gą śled­czych spe­cjal­nie się za­tru­ło, żeby nie spo­tkać dzi­siaj Leny?

Jef­frey pod­szedł do te­le­fo­nu i od­wie­sił słu­chaw­kę na wi­deł­ki.

– Pra­cu­ję tu już od pięt­na­stu lat i jesz­cze nig­dy nie wi­dzia­łem, żeby Matt Ho­gan ku­po­wał chiń­skie żar­cie.

Może i coś w tym było, Sara wo­la­ła jed­nak trak­to­wać te przy­pad­ki jak zwy­kły zbieg oko­licz­no­ści. Nie­za­leż­nie od tego, co Frank mó­wił o Le­nie, z pew­no­ścią nie była mu obo­jęt­na. W koń­cu pra­co­wa­li ra­zem pra­wie przez dzie­sięć lat. Wie­dzia­ła z wła­sne­go do­świad­cze­nia, że po tak dłu­gim cza­sie trud­no po pro­stu o kimś za­po­mnieć.

Jef­frey prze­łą­czył apa­rat na gło­śnik i wy­brał nu­mer we­wnętrz­ny.

– Mar­la?

Roz­le­gła się se­ria trza­sków i po chwi­li do­le­ciał głos se­kre­tar­ki.

– Słu­cham, ko­men­dan­cie.

– Czy Matt się już po­ja­wił?

– Jesz­cze nie. Za­czy­nam się mar­twić, czy nie roz­cho­ro­wał się na do­bre.

– Jak tyl­ko przy­je­dzie, po­wiedz mu, że go szu­ka­łem. Nadal ktoś tam na mnie cze­ka?

– Tak. I za­czy­na się po­wo­li de­ner­wo­wać – od­par­ła ści­szo­nym gło­sem.

– Za­raz przyj­dę. – Prze­rwał po­łą­cze­nie i mruk­nął pod no­sem: – Nie mam cza­su na żad­ne po­ga­węd­ki.

– Jeff…

– Mu­szę spraw­dzić, o co cho­dzi – rzu­cił i wy­szedł z po­ko­ju.

Ru­szy­ła za nim ko­ry­ta­rzem pra­wie bie­giem, chcąc go do­go­nić.

– Je­śli skrę­cę so­bie kost­kę w tych prze­klę­tych szpil­kach…

Zer­k­nął na jej buty.

– Czyż­byś my­śla­ła, że jak przy­drep­czesz tu z nie­przy­zwo­itą pro­po­zy­cją, w szpil­kach i gar­son­ce, od razu za­cznę cię bła­gać, że­byś po­zwo­li­ła mi do sie­bie wró­cić?

Ro­sną­ce za­kło­po­ta­nie do­pro­wa­dzi­ło ją do zło­ści.

– Jak to jest, że gdy mi na tym za­le­ży, mó­wisz o nie­przy­zwo­itych pro­po­zy­cjach, ale gdy nie mam ocho­ty, a mimo wszyst­ko to ro­bię, jest to wy­łącz­nie kwe­stią sek­su?

Za­trzy­mał się przed że­la­zny­mi drzwia­mi prze­ciw­po­ża­ro­wy­mi z ręką na klam­ce.

– To nie w po­rząd­ku.

– Pan też tak uwa­ża, dok­to­rze Freud?

– Dla mnie to nie jest za­ba­wa, Saro.

– A my­ślisz, że dla mnie jest?

– Nie wiem, z ja­kim za­mia­rem tu przy­szłaś – syk­nął ze zło­ścią, a lo­do­wa­te bły­ski w jego oczach zmro­zi­ły ją do szpi­ku ko­ści. – W każ­dym ra­zie nie mogę tak dłu­żej żyć.

Po­ło­ży­ła mu dłoń na ra­mie­niu i szep­nę­ła:

– Za­cze­kaj. – Kie­dy nadal wpa­try­wał jej się pro­sto w oczy, zmu­si­ła się, by wy­znać: – Ko­cham cię.

Uśmiech­nął się lek­ce­wa­żą­co.

– Dzię­ki.

– Pro­szę. Prze­cież nie­po­trzeb­ny nam urzę­do­wy świ­stek, by­śmy mo­gli so­bie na­wza­jem po­wie­dzieć, co na­praw­dę czu­je­my.

– Czy nadal do cie­bie nie do­cie­ra, że mnie on jed­nak jest po­trzeb­ny? – wy­ce­dził, otwie­ra­jąc drzwi.

Wkro­czy­ła za nim do sali ogól­nej, lecz ura­żo­na duma na­ka­za­ła jej zwol­nić kro­ku. Kil­ku funk­cjo­na­riu­szy z pa­tro­li i de­tek­ty­wów przy­stą­pi­ło już do pra­cy, sie­dzie­li przy swo­ich biur­kach i pi­sa­li ra­por­ty, bądź roz­ma­wia­li przez te­le­fon. Brad za­cią­gnął grup­kę swo­ich pod­opiecz­nych w kąt przy eks­pre­sie do kawy, gdzie za­pew­ne tłu­ma­czył dzie­ciom, ja­kie­go typu fil­trów pa­pie­ro­wych na­le­ży uży­wać w tym urzą­dze­niu albo ile ły­że­czek kawy trze­ba wziąć na dzba­nek na­po­ju.

W lob­by sta­ło dwóch mło­dych lu­dzi. Je­den tkwił w nie­dba­łej po­zie, opar­ty ra­mie­niem o ścia­nę, dru­gi cze­kał przed sta­no­wi­skiem Mar­li. Sara do­my­śli­ła się, że to wła­śnie on chciał się wi­dzieć z Jef­frey­em. Oce­ni­ła, że Smith jest bar­dzo mło­dy, mniej wię­cej w wie­ku Bra­da. Ubra­ny w czar­ną pi­ko­wa­ną skó­rza­ną kurt­kę, za­pię­tą pod szy­ję mimo sierp­nio­we­go upa­łu, z wy­go­lo­ną do gład­kiej skó­ry gło­wą. Na­wet gru­be ubra­nie nie było w sta­nie ukryć jego mu­sku­lar­nej, atle­tycz­nej syl­wet­ki. Ner­wo­wo wo­dził spoj­rze­niem po ca­łej sali, na ni­kim nie za­trzy­mu­jąc dłu­żej spoj­rze­nia. Do tego przy każ­dym ob­ro­cie gło­wy zer­kał na drzwi fron­to­we, jak­by uważ­nie lu­stro­wał uli­cę przed ko­mi­sa­ria­tem. W sa­mej jego po­sta­wie było coś, co ka­za­ło go wią­zać z woj­skiem, a co do­dat­ko­wo na­si­li­ło po­de­ner­wo­wa­nie Sary.

I ona za­czę­ła się roz­glą­dać po sali, pró­bu­jąc zi­den­ty­fi­ko­wać obiekt za­in­te­re­so­wa­nia Smi­tha. Jef­frey za­trzy­mał się na chwi­lę przy jed­nym ze sta­no­wisk, żeby za­mie­nić parę słów ze swo­im pod­wład­nym. Prze­su­nął ka­bu­rę z bro­nią bar­dziej do tyłu i przy­siadł na brze­gu biur­ka, żeby wpi­sać coś do kom­pu­te­ra. Brad wciąż tłu­ma­czył coś dzie­ciom, trzy­ma­jąc rękę na tkwią­cym za pa­sem po­jem­ni­ku z ga­zem łza­wią­cym. Poza tym w sali na­li­czy­ła jesz­cze pię­ciu po­li­cjan­tów, wszy­scy byli za­ję­ci spi­sy­wa­niem ra­por­tów albo mo­zol­nym stu­ka­niem w kla­wi­sze kom­pu­te­rów. Po­czu­cie bli­żej nie­okre­ślo­ne­go za­gro­że­nia prze­szy­ło ją ni­czym wstrząs elek­trycz­ny. Mia­ła wra­że­nie, że ob­raz przed ocza­mi na­gle za­dzi­wia­ją­co się wy­ostrzył.

Fron­to­we drzwi otwo­rzy­ły się z ci­chym szu­mem i do środ­ka wszedł Matt Ho­gan. Na jego wi­dok Mar­la po­wie­dzia­ła:

– No, je­steś wresz­cie. Wszy­scy tu na cie­bie cze­ka­ją.

Mło­dzie­niec po­spiesz­nie wsu­nął dłoń pod połę kurt­ki, a Sara krzyk­nę­ła ostrze­gaw­czo:

– Jef­frey!

Wszyst­kie gło­wy zwró­ci­ły się w jej kie­run­ku, ona jed­nak nie spusz­cza­ła z oczu Smi­tha, któ­ry bły­ska­wicz­nie wy­szarp­nął zza pa­zu­chy ob­rzyn­ka z opi­ło­wa­ną lufą, wy­mie­rzył Mat­to­wi w twarz i na­ci­snął oba spu­sty.

Krew i sza­ra tkan­ka mó­zgo­wa try­snę­ły na oszklo­ne drzwi ni­czym roz­py­lo­ne z węża pod wiel­kim ci­śnie­niem. Ho­gan, z krwa­wą mia­zgą w miej­scu twa­rzy, po­le­ciał do tyłu i grzmot­nął ple­ca­mi o drzwi, w któ­rych szy­ba po­pę­ka­ła pro­mie­ni­ście, ale się nie stłu­kła. Dzie­ci pod­nio­sły chó­ral­ny pisk, a Brad po­spiesz­nie pchnął je na pod­ło­gę i zwa­lił się na całą gru­pę, przy­gważ­dża­jąc ją swo­im cię­ża­rem do po­sadz­ki. Wy­bu­chła bez­ład­na strze­la­ni­na. Je­den z po­li­cjan­tów zwa­lił się na zie­mię u stóp Sary z wiel­ką dziu­rą w pier­si, a jego pi­sto­let wy­pa­lił od ude­rze­nia o ka­fel­ki i z brzę­kiem po­to­czył się w głąb sali. Wszę­dzie do­ko­ła sy­pa­ły się okru­chy szkła z roz­trza­ski­wa­nych fo­to­gra­fii, w po­wie­trzu la­ta­ły róż­ne przed­mio­ty pod­ry­wa­ne z biu­rek przez po­ci­ski. Spa­da­ły mo­ni­to­ry kom­pu­te­rów, sy­pa­ły się iskry, roz­cho­dził się swąd pa­lo­nej izo­la­cji. Do­ku­men­ty fru­wa­ły ni­czym su­che li­ście mio­ta­ne po­ry­wa­mi gwał­tow­ne­go wia­tru, a huk wy­strza­łów był tak ogłu­sza­ją­cy, że Sara od­nio­sła wra­że­nie, iż lada mo­ment po­pę­ka­ją jej bę­ben­ki.

– Ucie­kaj! – wrza­snął Jef­frey.

W tej sa­mej chwi­li po­czu­ła ostre ukłu­cie w po­li­czek i bły­ska­wicz­nie przy­tknę­ła dłoń do miej­sca, w któ­rym ja­kiś odła­mek roz­ciął jej skó­rę. Uświa­do­mi­ła so­bie, że klę­czy na pod­ło­dze za biur­kiem, cho­ciaż nie mia­ła po­ję­cia, jak się tu zna­la­zła. W po­śpie­chu dała nura za naj­bliż­szą me­ta­lo­wą szaf­kę na akta. Swąd pro­chu tak moc­no dra­pał w gar­dle, jak­by się na­pi­ła żrą­ce­go kwa­su.

– Te­raz! – huk­nął Jef­frey przy­kuc­nię­ty parę biu­rek da­lej.

Z lufy jego pi­sto­le­tu za­czę­ły raz za ra­zem blu­zgać bia­łe ję­zy­ki ognia, kie­dy pró­bo­wał osło­nić jej od­wrót. Na­gle całą fron­to­wą czę­ścią bu­dyn­ku wstrzą­snął po­tęż­ny huk, po­tem dru­gi.

– Tędy! – krzyk­nął Frank kry­ją­cy się za że­la­zny­mi drzwia­mi prze­ciw­po­ża­ro­wy­mi i strze­la­ją­cy zza nich na oślep w kie­run­ku lob­by.

Je­den z funk­cjo­na­riu­szy rzu­cił się do uciecz­ki na tyły ko­mi­sa­ria­tu i otwo­rzył sze­rzej drzwi, na krót­ko od­sła­nia­jąc przy­cup­nię­te­go za nimi Wal­la­ce’a. W dru­gim koń­cu sali inny gli­niarz pró­bo­wał sko­czyć na ra­tu­nek dzie­ciom, lecz tyl­ko skrzy­wił się gwał­tow­nie z bólu, zwa­lił na pod­ło­gę i po­czoł­gał za osło­nę re­ga­łu. W po­wie­trzu było już gę­sto od dymu, swąd pro­chu dła­wił w gar­dle, a w lob­by huk strza­łów tyl­ko przy­bie­rał na sile. Sarę ob­le­ciał śmier­tel­ny strach, gdy roz­po­zna­ła cha­rak­te­ry­stycz­ny ter­kot pi­sto­le­tu ma­szy­no­we­go. Ban­dy­ci byli świet­nie przy­go­to­wa­ni na rzeź.

Ktoś za­wo­łał:

– Dok­tor Lin­ton!

Chwi­lę póź­niej po­czu­ła na swo­jej szyi parę drob­nych dzie­cię­cych rą­czek. Mag­gie Bur­gess ja­kimś cu­dem zdo­ła­ła się prze­do­stać aż tu­taj, a Sara in­stynk­tow­nie ob­ję­ła ją i przy­tu­li­ła do sie­bie. Do­strze­gł­szy to, Jef­frey się­gnął do ka­bu­ry na no­dze i gwał­tow­nym wy­ma­chem ręki dał jej znać, żeby sko­czy­ła z dziew­czyn­ką do wyj­ścia, gdy bę­dzie je osła­niał. Szyb­ko ścią­gnę­ła z nóg szpil­ki i przy­cza­iła się w kuc­ki za sza­fą. Mia­ła jed­nak wra­że­nie, że mi­nę­ła cała wiecz­ność, za­nim Jef­frey w koń­cu wy­chy­lił się zza biur­ka i za­czął strze­lać z obu pi­sto­le­tów jed­no­cze­śnie. Po­de­rwa­ła się na nogi, do­pa­dła drzwi prze­ciw­po­ża­ro­wych i wci­snę­ła małą w ob­ję­cia Fran­ka. Mimo że kule świ­sta­ły w po­wie­trzu i na wszyst­kie stro­ny bry­zga­ły odłam­ki roz­trza­ska­nych ka­fel­ków, po­spiesz­nie wy­co­fa­ła się na czwo­ra­kach pod osło­nę że­la­znej szaf­ki na akta.

Ob­ma­ca­ła się bły­ska­wicz­nie, żeby spraw­dzić, czy nie zo­sta­ła ran­na. Była cała za­krwa­wio­na, ale zo­rien­to­wa­ła się, że to nie jej krew. Frank po­now­nie uchy­lił drzwi pro­wa­dzą­ce na tyły bu­dyn­ku i po­ci­ski za­bęb­ni­ły o nie ze zdwo­jo­ną siłą. Wy­cią­gnął rękę i znów za­czął na oślep od­po­wia­dać ogniem w kie­run­ku lob­by.

– Ucie­kaj! – krzyk­nął po­now­nie Jef­frey, szy­ku­jąc się, by znów za­pew­nić jej osło­nę.

Ona jed­nak nie mo­gła ode­rwać wzro­ku od na­stęp­ne­go dziec­ka kry­ją­ce­go się za kil­ko­ma prze­wró­co­ny­mi krze­sła­mi. Roz­po­zna­ła zna­ne­go jej z przy­chod­ni Rona Ca­rve­ra, któ­ry wy­glą­dał na rów­nie prze­ra­żo­ne­go jak ona. Unio­sła obie ręce, da­jąc mu na migi znać, żeby po­zo­stał na miej­scu, do­pó­ki ko­men­dant nie za­cznie strze­lać. Ale chłop­czyk nie wy­trzy­mał i rzu­cił się w jej kie­run­ku z ni­sko po­chy­lo­ną gło­wą i bro­dą wbi­tą w pier­si, sze­ro­ko wy­ma­chu­jąc rącz­ka­mi. Jef­frey po­spiesz­nie za­czął strze­lać, chcąc od­cią­gnąć od nie­go uwa­gę ban­dy­ty uzbro­jo­ne­go w pi­sto­let ma­szy­no­wy, lecz po­cisk tra­fił Rona w nogę i omal nie ode­rwał mu sto­py. Chło­piec zwa­lił się na bok i w pa­ni­ce za­czął się gwał­tow­nie czoł­gać, od­py­cha­jąc się od te­ra­ko­ty na­wet zra­nio­ną nogą, byle tyl­ko jak naj­szyb­ciej wy­do­stać się z sali.

Kie­dy padł wresz­cie w ob­ję­cia Sary, po­czu­ła, że jego ser­dusz­ko tłu­cze się w osza­la­łym ryt­mie ni­czym spło­szo­ny ptak w klat­ce. Bły­ska­wicz­nym ru­chem ścią­gnę­ła z Rona ba­weł­nia­ną ko­szul­kę, szarp­nię­ciem ode­rwa­ła rę­kaw i zro­bi­ła z nie­go pro­wi­zo­rycz­ny opa­tru­nek na sil­nie krwa­wią­cej no­dze chłop­ca. Resz­tą ko­szul­ki przy­wią­za­ła dyn­da­ją­cą na skraw­ku cia­ła sto­pę, mo­dląc się w du­chu, by w szpi­ta­lu dało się ją ura­to­wać.

– Niech mnie pani nie za­bie­ra do wyj­ścia – chli­pał mały. – Pro­szę, dok­tor Lin­ton. Niech mnie pani stąd nie ru­sza.

– Mu­si­my wyjść, Ron­ny – od­par­ła, si­ląc się na su­ro­wy ton.

– Pro­szę! Niech mnie pani nie za­bie­ra! – za­pisz­czał gło­śniej.

– Sara! – krzyk­nął Jef­frey.

Przy­tu­li­ła Rona do sie­bie i wyj­rza­ła zza szaf­ki w ocze­ki­wa­niu na sy­gnał. Jak tyl­ko Jef­frey za­czął strze­lać, z chłop­cem w ra­mio­nach po raz dru­gi sko­czy­ła do drzwi prze­ciw­po­ża­ro­wych.

Le­d­wie wy­nu­rzy­li się w przej­ściu, chło­piec za­czął wierz­gać i hi­ste­rycz­nie pisz­czeć na cały głos:

– Nie! Ja nie chcę! Pro­szę mnie zo­sta­wić!

Za­kry­ła mu dło­nią usta i po­bie­gła, le­d­wie zwra­ca­jąc uwa­gę na do­tkli­wy ból w dło­ni, gdy zęby ma­łe­go wbi­ły jej się głę­bo­ko w skó­rę. Frank wy­cią­gnął ręce i wy­rwał Rona z jej ob­jęć. Za­nim od­wró­cił się i po­gnał ko­ry­ta­rzem, ją tak­że pró­bo­wał zła­pać pod pa­chę, ale wy­szarp­nę­ła się i po­bie­gła z po­wro­tem za osło­nę szaf­ki na akta, roz­glą­da­jąc się za po­zo­sta­ły­mi dzieć­mi. Ja­kiś po­cisk świ­snął jej tuż koło ucha, lecz nie ba­cząc na za­gro­że­nie, sko­czy­ła w głąb sali.

Dwu­krot­nie pró­bo­wa­ła po­li­czyć, ile jesz­cze dzie­ci zo­sta­ło pod opie­ką Bra­da, ale z po­wo­du kul świsz­czą­cych w po­wie­trzu i pa­nu­ją­ce­go wo­kół cha­osu za każ­dym ra­zem tra­ci­ła ra­chu­bę. Za­czę­ła się więc roz­glą­dać za Jef­frey­em. Do­strze­gła go ja­kieś pięć me­trów da­lej, prze­ła­do­wu­ją­ce­go broń. Le­d­wie ich spoj­rze­nia się ze­tknę­ły, po­le­ciał na­gle do tyłu, jak­by szarp­nię­ty za ra­mię, i zwa­lił się mię­dzy biur­ka. Za nim kwia­tek spadł z pa­ra­pe­tu, a do­nicz­ka roz­trza­ska­ła się w drob­ny mak. Cia­łem Jef­freya wstrzą­snę­ły dresz­cze, kil­ka razy kon­wul­syj­nie wierz­gnął no­ga­mi i znie­ru­cho­miał. Nie­spo­dzie­wa­nie w sali za­pa­dła ci­sza. Sara dała nura pod naj­bliż­sze biur­ko, wciąż ma­jąc w uszach huk gwał­tow­nej ka­no­na­dy. Do­tarł do niej tyl­ko hi­ste­rycz­ny pisk Mar­li, któ­rej głos to wzno­sił się, to opa­dał, ni­czym za­wo­dze­nie sy­re­ny.

– Boże… – szep­nę­ła, pró­bu­jąc pod biur­ka­mi ro­zej­rzeć się po sali.

Przy brze­gu kon­tu­aru w se­kre­ta­ria­cie za­uwa­ży­ła Smi­tha sto­ją­ce­go z dwo­ma pi­sto­le­ta­mi w rę­kach i roz­glą­da­ją­ce­go się w po­szu­ki­wa­niu ja­kie­go­kol­wiek ru­chu. Jego ko­le­ga stał obok, mie­rząc z pi­sto­le­tu ma­szy­no­we­go o dłu­giej lu­fie w drzwi fron­to­we. Smith pod roz­pię­tą czar­ną kurt­ką miał ka­mi­zel­kę ku­lo­od­por­ną i na pier­si umo­co­wa­ne dwie ka­bu­ry z ko­lej­ny­mi pi­sto­le­ta­mi. Ob­rzy­nek le­żał na kon­tu­arze. Obaj męż­czyź­ni sta­li na otwar­tej prze­strze­ni, lecz nie było już komu do nich strze­lać. Sara pró­bo­wa­ła so­bie przy­po­mnieć, ilu po­li­cjan­tów znaj­do­wa­ło się w sali, ale było to po­nad jej siły.

Wy­ło­wi­ła ja­kieś po­ru­sze­nie na lewo od sie­bie. W tej sa­mej chwi­li padł po­je­dyn­czy strzał, po­cisk z brzę­kiem od­bił się od me­ta­lo­wej szaf­ki na akta, ale to­wa­rzy­szył temu stłu­mio­ny okrzyk. Roz­legł się też zdu­szo­ny pisk któ­re­goś dziec­ka. Roz­płasz­czy­ła się na pod­ło­dze, żeby le­piej wi­dzieć całą prze­strzeń sali. Doj­rza­ła w od­le­głym ką­cie le­żą­ce­go nie­ru­cho­mo Bra­da, któ­ry sze­ro­ko roz­po­star­ty­mi ra­mio­na­mi przy­ci­skał swo­ich pod­opiecz­nych do po­sadz­ki. Wszyst­kie dzie­ci za­no­si­ły się od szlo­chu.

Ran­ny gli­niarz, któ­ry padł nie­da­le­ko nich, za re­ga­łem z pa­pie­ra­mi, pró­bo­wał jesz­cze unieść broń. Do­pie­ro te­raz roz­po­zna­ła w nim Bar­ry’ego For­dha­ma, funk­cjo­na­riu­sza z pa­tro­lu miej­skie­go, z któ­rym tań­czy­ła na ostat­nim balu po­li­cyj­nym.

– Odłóż to! – wrza­snął Smith. – Sły­szysz?! Odłóż broń!

Bar­ry jed­nak wciąż pró­bo­wał w nie­go wy­mie­rzyć, choć nie był w sta­nie utrzy­mać w ręku pi­sto­le­tu, któ­re­go lufa chwia­ła się na wszyst­kie stro­ny. Chło­pak z pi­sto­le­tem ma­szy­no­wym od­wró­cił się po­wo­li w jego stro­nę i z prze­ra­ża­ją­cą pre­cy­zją od­dał po­je­dyn­czy strzał w gło­wę Bar­ry’ego. Jego czasz­ka huk­nę­ła o re­gał i za­bi­ty osu­nął się na pod­ło­gę. Za­nim Sara zdą­ży­ła się przyj­rzeć dru­gie­mu ban­dy­cie, ten jak­by nig­dy nic od­wró­cił się z po­wro­tem do drzwi fron­to­wych ko­mi­sa­ria­tu.

– Kto jesz­cze?! – ryk­nął Smith. – Kto tam zo­stał?!

Sara usły­sza­ła za sobą ja­kiś szmer. Za­uwa­ży­ła tyl­ko nie­wy­raź­ną syl­wet­kę, gdy któ­ryś z oca­la­łych de­tek­ty­wów rzu­cił się w otwar­te drzwi ga­bi­ne­tu Jef­freya. Na­tych­miast po­sy­pał się za nim grad kul. Chwi­lę póź­niej roz­legł się brzęk wy­bi­ja­ne­go okna.

– Zo­stać na miej­scach! – wrza­snął ban­dy­ta. – Wszy­scy mają zo­stać tam, gdzie są!

Z ga­bi­ne­tu ko­men­dan­ta do­le­ciał pisk dziec­ka, cze­mu to­wa­rzy­szył ko­lej­ny brzęk wy­bi­ja­nej szy­by. Ja­kimś cu­dem okno w ścian­ce dzia­ło­wej od­dzie­la­ją­cej ga­bi­net od sali ogól­nej zo­sta­ło nie­tknię­te. Smith wy­bił je te­raz jed­nym strza­łem. Sara za­sło­ni­ła gło­wę rę­ko­ma, gdy do­oko­ła po­sy­pa­ły się odłam­ki szkła.

– Kto tam jesz­cze jest?! – krzyk­nął Smith, ła­du­jąc za­pa­so­wy ma­ga­zy­nek do pi­sto­le­tu. – Po­ka­zać się, bo in­a­czej za­strze­lę rów­nież tę star­szą pa­nią!

Gło­śniej­szy wrzask Mar­li urwał się wraz z od­gło­sem wy­mie­rzo­ne­go jej po­licz­ka.

Sara po­now­nie od­szu­ka­ła wzro­kiem Jef­freya le­żą­ce­go bli­żej środ­ka sali. Mo­gła stąd do­strzec tyl­ko jego ra­mię i od­rzu­co­ną w bok rękę. Le­żał na wznak. Nie ru­szał się. Przy jego ra­mie­niu na pod­ło­dze szyb­ko po­więk­sza­ła się ka­łu­ża krwi. Pi­sto­let, któ­ry wcze­śniej trzy­mał w ręku, te­raz le­żał w jego roz­war­tej dło­ni. Dzie­li­ło ją od nie­go pięć biu­rek, ale na­wet z tej od­le­gło­ści mo­gła do­strzec na jego pal­cu błysz­czą­cy zło­ty sy­gnet dru­ży­ny pił­kar­skiej z Au­burn.

Gdzieś z pra­wej do­le­ciał ją stłu­mio­ny szept:

– Saro!

Frank ku­cał za uchy­lo­ny­mi drzwia­mi prze­ciw­po­ża­ro­wy­mi, trzy­ma­jąc broń w po­go­to­wiu. Ener­gicz­nym ru­chem ręki dał jej znak, żeby sko­czy­ła do wyj­ścia, ale po­krę­ci­ła gło­wą. Po­wtó­rzył więc z na­ci­skiem:

– Saro!

Znów po­pa­trzy­ła na Jef­freya, bła­ga­jąc go w my­ślach, żeby się po­ru­szył, dał ja­kiś znak ży­cia. Z kąta pod eks­pre­sem do kawy do­la­ty­wa­ły tłu­mio­ne przez strach szlo­chy dzie­ci przy­ci­ska­nych przez Bra­da do pod­ło­gi. Nie mo­gła ich tam zo­sta­wić. Dała to Fran­ko­wi do zro­zu­mie­nia, wska­zu­jąc gru­pę szyb­kim ru­chem gło­wy. Prych­nął ze zło­ścią.

– Kto jesz­cze zo­stał?! – po­wtó­rzył Smith. – Po­ka­zać się na­tych­miast, bo jak nic za­strze­lę tę sta­rą sukę! – Mar­la pi­snę­ła gło­śniej, ale za­głu­szył ją wrzask ban­dy­ty: – Kto tam jesz­cze jest, do kur­wy?!

Sara chcia­ła już od­po­wie­dzieć, kie­dy roz­legł się głos Bra­da:

– Je­stem tu­taj.

Sara nie­mal od­ru­cho­wo prze­śli­znę­ła się na czwo­ra­kach do na­stęp­ne­go biur­ka, ma­jąc na­dzie­ję, że cała uwa­ga Smi­tha jest sku­pio­na na Bra­dzie. Wstrzy­ma­ła od­dech, spo­dzie­wa­jąc się w każ­dej chwi­li ko­lej­nych strza­łów.

– A gdzie są dzie­ci?!

– Tu­taj, ze mną – od­po­wie­dział Brad nad­zwy­czaj spo­koj­nym gło­sem. – Nie strze­laj. Zo­sta­łem tyl­ko ja i trzy małe dziew­czyn­ki. Nie za­mie­rza­my ci się prze­ciw­sta­wiać.

– Wstań!

– Nie mogę, czło­wie­ku. Mu­szę osła­niać dzie­ci bę­dą­ce pod moją opie­ką.

– Pro­szę, nie… – za­czę­ła hi­ste­rycz­nie Mar­la, ale na­tych­miast uci­szy­ło ją ude­rze­nie w twarz.

Sara za­mknę­ła na chwi­lę oczy, pró­bu­jąc wró­cić my­śla­mi do swo­jej ro­dzi­ny i przy­po­mnieć so­bie wszel­kie nie­do­mó­wie­nia, ja­kie zo­sta­ły mię­dzy nimi. Za­raz jed­nak ode­pchnę­ła od sie­bie te roz­wa­ża­nia i spró­bo­wa­ła się skon­cen­tro­wać na dzie­ciach le­żą­cych w ką­cie sali. Wciąż wpa­try­wa­ła się w pi­sto­let spo­czy­wa­ją­cy na otwar­tej dło­ni Jef­freya, jak­by od nie­go wszyst­ko te­raz za­le­ża­ło. Roz­wa­ża­ła swo­je szan­se, gdy­by uda­ło jej się nie­po­strze­że­nie do­paść bro­ni. Dzie­li­ły ją od niej jesz­cze czte­ry biur­ka. Tyl­ko czte­ry. Prze­nio­sła wzrok na wy­cią­gnię­tą w bok rękę Jef­freya. Wciąż le­żał nie­ru­cho­mo. Na­wet nie drgnął.

Smith nadal był za­ję­ty Bra­dem.

– Gdzie masz pi­sto­let?!

– Przy so­bie.

Rzu­ci­ła się za na­stęp­ne biur­ko, ale źle ob­li­czy­ła od­le­głość, omal nie huk­nę­ła w nie gło­wą, to­też w po­śpie­chu dała nura za sto­ją­cy obok ni­ski re­ga­lik za­sła­nia­ją­cy wi­dok na przej­ście mię­dzy rzę­da­mi biu­rek.

– Zro­zum, czło­wie­ku, że mam tu kil­ka ma­łych, bez­bron­nych dziew­czy­nek. Nie od­wa­żył­bym się strze­lać stąd do cie­bie. Na­wet nie wy­ją­łem pi­sto­le­tu z ka­bu­ry.

– Rzuć go na śro­dek.

Sara znów wstrzy­ma­ła od­dech i gdy usły­sza­ła brzęk bro­ni o pod­ło­gę, prze­sko­czy­ła do na­stęp­ne­go biur­ka.

– Nie ru­szaj się! – wrza­snął Smith.

Za­sty­gła bez ru­chu. Spo­co­ne sto­py śli­zga­ły się po te­ra­ko­cie, po­nad­to cią­gnę­ły się za nią dwie gru­be krwi­ste smu­gi na ka­fel­kach. Z im­pe­tem omal nie wy­nu­rzy­ła się po dru­giej stro­nie biur­ka, zdo­ła­ła wy­ha­mo­wać w ostat­niej chwi­li.

– Pro­szę! – za­wy­ła Mar­la.

Tym ra­zem od­głos ude­rze­nia był jesz­cze gło­śniej­szy. Ob­ro­to­we krze­sło w se­kre­ta­ria­cie za­skrzy­pia­ło ża­ło­śnie, jak­by roz­dzie­ra­no je na czę­ści. Sara wy­cią­gnę­ła się na pod­ło­dze i po­pa­trzy­ła pod biur­ka­mi w samą porę, by do­strzec wa­lą­ce się bez­wład­nie cia­ło Mar­li. Z ust pry­snę­ła jej śli­na prze­mie­sza­na z krwią, a pro­te­za po­to­czy­ła się po te­ra­ko­cie.

– Ka­za­łem ci się nie ru­szać! – ryk­nął Smith i z wście­kło­ścią kop­nął krze­sło, któ­re za­krę­ci­ło się jak bąk i od­je­cha­ło pod ścia­nę.

Wstrzy­mu­jąc od­dech, Sara wyj­rza­ła ostroż­nie zza rogu w kie­run­ku Jef­freya. Dzie­li­ło ich już tyl­ko jed­no biur­ko, ale było prze­su­nię­te i ta­ra­so­wa­ło dal­szą dro­gę. Gdy­by się zza nie­go wy­nu­rzy­ła, zna­la­zła­by się na li­nii strza­łu ban­dy­tów. Ale za to mo­gła stąd doj­rzeć dziew­czyn­ki w ką­cie. Znaj­do­wa­ły się trzy biur­ka da­lej. Gdy­by tyl­ko zdo­ła­ła do­się­gnąć pi­sto­le­tu… Na­gle ser­ce po­de­szło jej do gar­dła. Cóż mo­gła­by zdzia­łać na­wet uzbro­jo­na, sko­ro dzie­się­ciu wpra­wio­nych po­li­cjan­tów nie po­tra­fi­ło się obro­nić przed na­past­ni­ka­mi?

Przy­szło jej do gło­wy, że mia­ła­by za sobą ele­ment za­sko­cze­nia. Prze­cież Smith i jego kum­pel nie mie­li po­ję­cia o jej obec­no­ści w sali. Mo­gła­by ich za­sko­czyć.

– Gdzie masz za­pa­so­wą broń? – za­py­tał ban­dy­ta.

– Słu­żę w pa­tro­lu miej­skim. Nie no­szę za­pa­so­wej…

– Nie kłam!

Smith strze­lił w kie­run­ku Bra­da, lecz za­miast spo­dzie­wa­ne­go okrzy­ku bólu da­lej pa­no­wa­ła ci­sza. Sara jesz­cze raz spoj­rza­ła tuż nad pod­ło­gą, pró­bu­jąc doj­rzeć, czy Brad przy­pad­kiem nie zgi­nął na miej­scu. Na­po­tka­ła szkli­sty wzrok trzech roz­sze­rzo­nych z prze­ra­że­nia par oczu. Dziew­czyn­ki były w głę­bo­kim szo­ku. Pa­nicz­ny strach do resz­ty ode­brał im głos.

Prze­dłu­ża­ją­ca się ci­sza za­le­ga­ła w sali ni­czym ob­łok tru­ją­ce­go gazu. Sara do­li­czy­ła aż do trzy­dzie­stu je­den, za­nim pa­dło ko­lej­ne py­ta­nie Smi­tha:

– Je­steś tam jesz­cze?

Przy­ci­snę­ła dłoń do pier­si w oba­wie, że gło­śny ło­mot ser­ca zdra­dzi jej kry­jów­kę. Nie wie­dzia­ła, co się sta­ło z Bra­dem. Oczy­ma wy­obraź­ni uj­rza­ła tru­pa z krwa­wą mia­zgą za­miast gło­wy i sze­ro­ko roz­rzu­co­ny­mi ra­mio­na­mi, przy­gważ­dża­ją­ce­go swo­im cię­ża­rem do pod­ło­gi trzy prze­ra­żo­ne dziew­czyn­ki. Aż za­ci­snę­ła po­wie­ki, pró­bu­jąc wy­pę­dzić ten ob­raz z my­śli.

Od­wa­ży­ła się jesz­cze raz wyj­rzeć zza rogu biur­ka na Smi­tha, któ­ry tkwił nie­ru­cho­mo do­kład­nie w tym sa­mym miej­scu, gdzie Mar­la wi­ta­ła ją na ko­mi­sa­ria­cie le­d­wo kil­ka­na­ście mi­nut temu. W jed­nym ręku trzy­mał cięż­ki pi­sto­let ka­li­bru dzie­więć mi­li­me­trów, a w dru­gim ob­rzy­nek. Na ka­mi­zel­ce ku­lo­od­por­nej pod roz­pię­tą skó­rza­ną kurt­ką za­uwa­ży­ła nie tyl­ko dwie do­dat­ko­we ka­bu­ry z pi­sto­le­ta­mi, ale tak­że pas z za­pa­sem na­bo­jów do strzel­by. Dru­gi pi­sto­let miał te­raz we­tknię­ty za pa­sek dżin­sów na brzu­chu, a obok nie­go sta­ła na pod­ło­dze dłu­ga czar­na ny­lo­no­wa tor­ba spor­to­wa, za­wie­ra­ją­ca praw­do­po­dob­nie dal­szy za­pas amu­ni­cji. Jego ko­le­ga stał za kon­tu­arem, wciąż mie­rząc z pi­sto­le­tu ma­szy­no­we­go w drzwi fron­to­we. Wy­glą­dał na spię­te­go, go­to­we­go do dzia­ła­nia. De­li­kat­nie mu­skał pal­cem spust bro­ni. Ner­wo­wo żuł gumę i na Sarę te ryt­micz­ne ru­chy jego szczę­ki po­dzia­ła­ły jesz­cze bar­dziej de­ner­wu­ją­co niż wy­krzy­ki­wa­ne groź­by Smi­tha.

– Je­steś tam czy nie? – po­wtó­rzył ban­dy­ta. – No jak? Nic nie sły­szę!

– Je­stem – ode­zwał się po chwi­li Brad.

Sara ode­tchnę­ła z ulgą i roz­luź­ni­ła mi­mo­wol­nie na­pię­te mię­śnie ra­mion. Roz­płasz­czy­ła się na pod­ło­dze i szyb­ko oce­ni­ła, że naj­lep­szą dro­gą do­tar­cia do Jef­freya bę­dzie prze­czoł­ga­nie się za osło­ną prze­wró­co­ne­go re­ga­łu. Po­wo­li ru­szy­ła, przy­wie­ra­jąc ca­łym cia­łem do zim­nych ka­fel­ków i wy­cią­ga­jąc ręce da­le­ko przed sie­bie. Wresz­cie, do­się­gnę­ła czub­ka­mi pal­ców man­kie­tu jego ko­szu­li. Za­ci­snę­ła po­wie­ki i prze­su­nę­ła się jesz­cze tro­chę. Pi­sto­let le­żą­cy w jego dło­ni był bez ma­ga­zyn­ka. Ostro skar­ci­ła się w du­chu, bo prze­cież po­win­na o tym pa­mię­tać, gdy­by się tyl­ko do­brze za­sta­no­wi­ła. Jef­frey prze­ła­do­wy­wał broń, kie­dy zo­stał tra­fio­ny, i upu­ścił trzy­ma­ny ma­ga­zy­nek, któ­ry od­je­chał ja­kiś metr da­lej po śli­skiej pod­ło­dze. Do­ko­ła wa­la­ły się na­bo­je, te­raz już cał­kiem bez­u­ży­tecz­ne. W gło­wie ko­ła­ta­ło jej tyl­ko, że nie po­win­na być za­sko­czo­na tym wi­do­kiem, tak samo jak zim­ną skó­rą, gdy w koń­cu zdo­ła­ła za­ci­snąć pal­ce na jego nad­garst­ku, w któ­rym nie dało się wy­czuć pul­su.

29.22

Ethan – jęk­nę­ła Lena, do­ci­ska­jąc ra­mie­niem słu­chaw­kę do ucha i za­wią­zu­jąc jed­no­cze­śnie sznu­rów­ki no­wych czar­nych bu­tów z wy­so­ką cho­lew­ką. – Mu­szę już koń­czyć.

– Dla­cze­go?

– Prze­cież wiesz dla­cze­go – rzu­ci­ła ze zło­ścią. – Nie mogę się spóź­nić na służ­bę pierw­sze­go dnia po urlo­pie.

– Nie po­do­ba mi się, że wra­casz do służ­by.

– Na­praw­dę? Czyż­by nie do­tar­ło do cie­bie nic z tego, co pró­bo­wa­łam ci wy­tłu­ma­czyć mi­lion razy?

– Wiesz co? – burk­nął ze śmier­tel­ną po­wa­gą, jak­by rze­czy­wi­ście był na tyle głu­pi, by są­dzić, że zdo­ła ją jesz­cze na­mó­wić do zmia­ny de­cy­zji. Cza­sa­mi po­tra­fisz być cho­ler­nie nie­przy­jem­na.

– Tro­chę dłu­go ci za­ję­ło od­kry­cie tego fak­tu.

Roz­po­czął zwy­kłą dla sie­bie mo­no­ton­ną ty­ra­dę, ale ona go już nie słu­cha­ła. Przej­rza­ła się w lu­strze na drzwiach sza­fy. Oce­ni­ła, że wy­glą­da cał­kiem nie­źle. Wło­sy ze­bra­ła gum­ką w koń­ski ogon, a gar­son­ka, któ­rą ku­pi­ła w ze­szłym ty­go­dniu na wy­prze­da­ży, le­ża­ła jak ulał. Po­pra­wi­ła ją tyl­ko na ra­mio­nach i wy­pro­sto­wa­ła się, opie­ra­jąc dłoń na kol­bie tkwią­ce­go w ka­bu­rze służ­bo­we­go pi­sto­le­tu ka­li­bru dzie­więć mi­li­me­trów. Do­tyk zim­ne­go me­ta­lu po­dzia­łał na nią ko­ją­co.

– Słu­chasz mnie? – za­py­tał nie­co gło­śniej Ethan.

– Nie – od­par­ła. – Zro­zum, że je­stem po­li­cjant­ką. De­tek­ty­wem. I ni­kim in­nym nig­dy nie będę.

– Do­brze wiem, kim je­steś – syk­nął nie­co ostrzej, ze zło­ścią. – I obo­je do­sko­na­le wie­my, do cze­go je­steś zdol­na.

Za­milkł na chwi­lę. Lena aż przy­gry­zła war­gi, żeby po­wstrzy­mać się od cię­tej ri­po­sty na tę jaw­ną za­czep­kę. Naj­wy­raź­niej po­sta­no­wił zmie­nić tak­ty­kę, gdyż za­py­tał:

– Czy twój szef już wie, że zno­wu się spo­ty­ka­my?

– Prze­cież nie prze­my­ka­my się ka­na­ła­mi przez mia­sto.

Mu­siał wy­czuć de­fen­syw­ność w brzmie­niu jej gło­su, bo rzekł z na­ci­skiem:

– To z pew­no­ścią bar­dzo ci po­mo­że w pra­cy, nie są­dzisz? Nie mi­nie na­wet ty­dzień, nim wszy­scy za­czną plot­ko­wać, że zwią­za­łaś się ze ska­zań­cem.

Opu­ści­ła rękę opar­tą na kol­bie pi­sto­le­tu, le­d­wie się po­ha­mo­wu­jąc, żeby nie za­kląć na głos.

– Co po­wie­dzia­łaś? – za­py­tał.

– Że na pew­no już wszy­scy o tym ga­da­ją, kre­ty­nie. Wszy­scy na ko­mi­sa­ria­cie mu­szą już wie­dzieć, że je­ste­śmy ra­zem.

– Ale nie wie­dzą jesz­cze wszyst­kie­go – od­parł mięk­ko, jak­by chciał, żeby po­trak­to­wa­ła to jak po­gróż­kę.

Spoj­rza­ła na bu­dzik sto­ją­cy przy łóż­ku. Za nic w świe­cie nie mo­gła się spóź­nić pierw­sze­go dnia po urlo­pie. I tak cze­kał ją trud­ny dzień, nie mu­sia­ła jesz­cze po­gar­szać sy­tu­acji choć­by pię­cio­mi­nu­to­wym spóź­nie­niem. Tyl­ko da­ła­by Fran­ko­wi ko­lej­ny po­wód do tego, żeby się sprze­ci­wiał jej po­wro­to­wi do służ­by, co jego za­go­rza­ły po­plecz­nik, Matt, z pew­no­ścią gor­li­wie by po­parł. Nie wąt­pi­ła, że tak samo jak wte­dy wszy­scy będą uważ­nie pa­trzy­li jej na ręce, cze­ka­jąc na ja­kąś wpad­kę. Zmie­ni­ło się tyl­ko tyle, że za to, za co przed laty spo­ty­ka­ły ją je­dy­nie drwi­ny, te­raz mo­gła ocze­ki­wać wy­łącz­nie współ­czu­cia. Praw­dę po­wie­dziaw­szy, wo­la­ła­by już na­wet naj­bar­dziej cię­te kpi­ny od prze­ja­wów li­to­ści. Nie mia­ła po­ję­cia, co zro­bi, je­śli ten pierw­szy dzień po urlo­pie za­koń­czy się dla niej po­raż­ką. Może się gdzieś prze­nie­sie? A nuż nadal po­szu­ki­wa­li chęt­nych do służ­by na Ala­sce?

– Po­dej­rze­wam, że będę mu­sia­ła dziś zo­stać po go­dzi­nach – po­wie­dzia­ła do słu­chaw­ki.

– Nie ma spra­wy – od­parł swo­bod­nie, naj­wy­raź­niej za­kła­da­jąc, że i tak spo­tka­ją się wie­czo­rem. – Może byś tym ra­zem wpa­dła do mnie?

– Nie ma mowy. U cie­bie za bar­dzo cuch­nie rzy­go­wi­na­mi i szczy­na­mi.

– To może ja przy­ja­dę do cie­bie.

– Pew­nie, jesz­cze le­piej. Z ko­chan­ką mo­jej zmar­łej sio­stry pod­słu­chu­ją­cą przez ścia­nę? Nie, dzię­ku­ję.

– Daj spo­kój, złot­ko. Na­praw­dę chcę się z tobą zo­ba­czyć.

– Nie wiem, o któ­rej skoń­czę. Poza tym, pew­nie będę za bar­dzo zmę­czo­na.

– To pój­dzie­my od razu spać. Wszyst­ko mi jed­no. Chcę się z tobą zo­ba­czyć.

Na ra­zie mó­wił jesz­cze ła­god­nym to­nem, do­brze jed­nak wie­dzia­ła, że jest go­tów na kłót­nię, je­śli bę­dzie się dłu­żej opie­rać. Ethan miał do­pie­ro dwa­dzie­ścia trzy lata, był pra­wie dzie­sięć lat od niej młod­szy i nie do­cie­ra­ło jesz­cze do nie­go, że jed­na noc spę­dzo­na osob­no nie musi ozna­czać ze­rwa­nia. Nie­mniej w ta­kich chwi­lach jak ta Lena cza­sa­mi ża­ło­wa­ła, że nie da się z nim tak pro­sto ze­rwać. Może te­raz, gdy znów mia­ła pra­cę i znacz­nie waż­niej­sze spra­wy na gło­wie niż tyl­ko pro­gram te­le­wi­zyj­ny, nada­rzy się ja­kaś oka­zja, żeby się wresz­cie od nie­go uwol­nić.

– Lena? – za­gad­nął, jak­by szó­sty zmysł mu pod­po­wie­dział, że ona za­sta­na­wia się nad spo­so­bem ze­rwa­nia. – Tak bar­dzo cię ko­cham, skar­bie – wy­ce­dził jesz­cze bar­dziej przy­mil­nym to­nem. – Przy­jedź dziś wie­czo­rem do mnie. Przy­go­tu­ję ja­kąś ko­la­cję, może na­wet ku­pię do­bre wino…

– Opóź­nia mi się mie­siącz­ka.

Tyl­ko syk­nął przez za­ci­śnię­te zęby, aż po­ża­ło­wa­ła, że nie może te­raz zo­ba­czyć jego miny.

– To wca­le nie było za­baw­ne.

– My­ślisz, że żar­tu­ję? Opóź­nia mi się już trzy ty­go­dnie.

Za­tka­ło go na ja­kiś czas. Wresz­cie bąk­nął:

– To może być wina sil­ne­go stre­su, praw­da?

– Prę­dzej sper­my.

Znów za­milkł. W słu­chaw­ce dał się sły­szeć tyl­ko szmer jego od­de­chu.

Lena zmu­si­ła się do cze­goś, co po­win­no za­brzmieć jak chi­chot.

– Nadal mnie ko­chasz, skar­bie?

– Prze­stań – syk­nął spię­tym gło­sem, jak­by z tru­dem nad sobą pa­no­wał.

– Po­słu­chaj – rze­kła po­jed­naw­czo, ża­łu­jąc, że w ogó­le o tym wspo­mnia­ła. – Nie masz się czym przej­mo­wać. Ja­sne? Sama się tym zaj­mę.

– Jak mam to ro­zu­mieć?

– Do­kład­nie tak, jak po­wie­dzia­łam. Je­śli je­stem… – urwa­ła, nie mo­gąc wy­du­sić z sie­bie tego sło­wa – …je­śli coś się wy­da­rzy­ło, sama się tym zaj­mę.

– Prze­cież nie mo­żesz…

Te­le­fon pi­snął ci­cho. Chy­ba jesz­cze nig­dy w ży­ciu nie była ni­ko­mu tak wdzięcz­na za prze­rwa­nie nie­zręcz­nej roz­mo­wy.

– Mam dru­gi te­le­fon. Zo­ba­czy­my się nie­dłu­go.

Prze­łą­czy­ła apa­rat na dru­gą roz­mo­wę, za­nim Ethan zdą­żył co­kol­wiek po­wie­dzieć.

– Lee? – roz­legł się w słu­chaw­ce chra­pli­wy głos.

Lena z tru­dem po­wstrzy­ma­ła jęk roz­pa­czy. Prze­mknę­ło jej przez gło­wę, że chy­ba już le­piej było kon­ty­nu­ować roz­mo­wę z Etha­nem.

– Cześć, Hank.

– Wszyst­kie­go naj­lep­sze­go z oka­zji uro­dzin, dzie­ci­no!

Uśmiech­nę­ła się mi­mo­wol­nie.

– Do­sta­łaś moją kart­kę z ży­cze­nia­mi i cze­kiem?

– Tak. Dzię­ku­ję – mruk­nę­ła.

– I ku­pi­łaś so­bie coś ład­ne­go?

– Owszem.

Jesz­cze raz po­pra­wi­ła ża­kiet na ra­mio­nach. Nie mo­gła się uwol­nić od my­śli, że dwie­ście do­la­rów od wuja Han­ka po­win­na prze­zna­czyć na bie­żą­ce wy­dat­ki albo na spła­tę raty za sa­mo­chód, ale ten je­den raz w ży­ciu po­sta­no­wi­ła za­sza­leć. W koń­cu dzi­siaj był dla niej bar­dzo waż­ny dzień. Mo­gła się zno­wu czuć po­li­cjant­ką.

Tym ra­zem pi­snął jej te­le­fon ko­mór­ko­wy. Po­pa­trzy­ła na ekra­nik. Znów dzwo­nił Ethan, mimo że na tej li­nii wciąż byli po­łą­cze­ni.

– Mu­sisz ode­brać? Coś pil­ne­go? – za­cie­ka­wił się Hank.

– Nie – od­par­ła, wy­łą­cza­jąc ko­mór­kę w po­ło­wie ko­lej­ne­go sy­gna­łu i cho­wa­jąc ją do kie­sze­ni.

Otwo­rzy­ła drzwi i wy­szła na ko­ry­tarz, tyl­ko jed­nym uchem po raz ko­lej­ny słu­cha­jąc opo­wie­ści Han­ka o tym, jak to dzień, w któ­rym ona wraz z sio­strą bliź­niacz­ką Si­byl zo­sta­ły od­da­ne pod jego opie­kę, stał się naj­szczę­śliw­szym dniem jego ży­cia. We­szła do ła­zien­ki i jesz­cze raz przej­rza­ła się w lu­strze. Mia­ła wy­raź­nie pod­krą­żo­ne oczy, ale pu­der w kre­mie, któ­rym za­ma­sko­wa­ła ciem­ne pół­ko­la, nie­źle speł­niał swo­je za­da­nie. Nic nie mo­gła tyl­ko za­ra­dzić na krwi­stą prę­gę na dol­nej war­dze, w miej­scu, gdzie za­gry­zła ją aż do krwi.

Za ramę lu­stra było we­tknię­te zdję­cie Si­byl. Zo­sta­ło zro­bio­ne mniej wię­cej na mie­siąc przed jej śmier­cią i cho­ciaż Lena bar­dzo chcia­ła je stąd usu­nąć, to jed­nak nie była w swo­im domu. Jak co dzień rano, po­rów­na­ła swój wy­gląd z po­do­bi­zną sio­stry i ani tro­chę nie spodo­bał jej się re­zul­tat tej kon­fron­ta­cji. Do śmier­ci Si­byl wy­glą­da­ły pra­wie iden­tycz­nie. Na­to­miast te­raz mia­ła za­pad­nię­te po­licz­ki, a jej ciem­ne wło­sy utra­ci­ły po­łysk i spra­wia­ły wra­że­nie prze­rze­dzo­nych. Wy­glą­da­ła po pro­stu sta­ro jak na swo­je trzy­dzie­ści trzy lata, do cze­go przy­czy­niał się głów­nie su­ro­wy, lo­do­wa­ty wy­raz oczu. Na­wet cery nie mia­ła tak gład­kiej jak kie­dyś, cho­ciaż wie­rzy­ła, że ten efekt się cof­nie. Upra­wia­ła jog­ging i pra­wie każ­de­go wie­czo­ru ćwi­czy­ła z Etha­nem, ko­rzy­sta­jąc z dar­mo­we­go wstę­pu na si­łow­nię.

Te­le­fon zno­wu pi­snął, sy­gna­li­zu­jąc po­łą­cze­nie, i aż za­zgrzy­ta­ła zę­ba­mi, ża­łu­jąc, że po­wie­dzia­ła Etha­no­wi o swo­im okre­sie. Nig­dy nie mie­siącz­ko­wa­ła re­gu­lar­nie, ale też nig­dy jesz­cze nie mia­ła aż ta­kie­go opóź­nie­nia. Może fak­tycz­nie wy­ni­ka­ło to ze stre­su oraz in­ten­syw­nych przy­go­to­wań do po­wro­tu do służ­by. Przez ostat­nie sześć ty­go­dni tre­no­wa­ła tak, jak­by szy­ko­wa­ła się do star­tu w ma­ra­to­nie. Ethan mógł mieć ra­cję. Znaj­do­wa­ła się ostat­nio pod bar­dzo sil­ną pre­sją. Zresz­tą, nie tyl­ko ostat­nio, pod pre­sją była już od dwóch lat.

Przy­ci­snę­ła pal­ca­mi ką­ci­ki oczu. Nie mo­gła te­raz za­wra­cać so­bie gło­wy ta­ki­mi roz­wa­ża­nia­mi. W ubie­głym roku dość zna­na psy­cho­te­ra­peut­ka po­wie­dzia­ła jej, że cza­sa­mi od­mo­wa bar­dzo do­brze robi. Więc dzi­siej­szy dzień zde­cy­do­wa­nie nada­wał się na to, żeby pójść w śla­dy Scar­lett O’Hary. Po­sęp­ne roz­my­śla­nia na­le­ża­ło odło­żyć do ju­tra. Do dia­bła, może na­wet do przy­szłe­go ty­go­dnia.

Prze­rwa­ła mo­no­log Han­ka, któ­ry jak zwy­kle po­mi­jał mil­cze­niem pew­ne istot­ne szcze­gó­ły, jak choć­by to, że gdy opie­ka spo­łecz­na od­da­ła mu bliź­niacz­ki pod opie­kę, był al­ko­ho­li­kiem i no­to­rycz­nie zbie­rał man­da­ty za nie­do­zwo­lo­ną pręd­kość, co fak­tycz­nie moż­na było jesz­cze uznać za szczę­śliw­szą część tej hi­sto­rii. Za­py­ta­ła:

– Jak prze­szedł week­end?

– Le­piej, niż się za­po­wia­da­ło – od­rzekł z en­tu­zja­zmem w gło­sie.

Ostat­nio prze­kształ­cił The Hut, swo­ją roz­sy­pu­ją­cą się knaj­pę na przed­mie­ściach za­pa­dłej dziu­ry, w któ­rej mu­sia­ły się wy­cho­wy­wać, w week­en­do­wy bar ka­ra­oke. Bio­rąc pod uwa­gę prze­krój sta­łej klien­te­li owe­go przy­byt­ku, było to co naj­mniej ry­zy­kow­ne po­su­nię­cie, jed­nak­że suk­ces Han­ka zda­wał się po­twier­dzać od daw­na wy­zna­wa­ną przez Lenę teo­rię, że na­wet ża­ło­sny pi­ja­czy­na może do cze­goś dojść, je­śli tyl­ko nie bę­dzie mu się świe­ci­ło re­flek­to­rem po oczach.

– Ko­cha­nie – ode­zwał się po chwi­li zde­cy­do­wa­nie po­waż­niej­szym to­nem. – Wiem, że dzi­siaj jest twój wiel­ki dzień, i w ogó­le…

– Bez prze­sa­dy – od­po­wie­dzia­ła. – Zwy­kła rzecz.

– Przede mną nie mu­sisz ni­cze­go ukry­wać – rzu­cił ostro. Cza­sa­mi po­tra­fił re­ago­wać tak gwał­tow­nie, że mimo upły­wu lat nadal ją za­ska­ki­wał. – W każ­dym ra­zie chcia­łem po­wie­dzieć, że gdy­byś cze­goś po­trze­bo­wa­ła…

– Wszyst­ko w po­rząd­ku – prze­rwa­ła mu po­now­nie, chcąc jak naj­szyb­ciej zmie­nić te­mat.

– Po­zwól mi skoń­czyć, do dia­bła! – wark­nął. – Otóż chcia­łem po­wie­dzieć, że gdy­byś cze­goś po­trze­bo­wa­ła, za­wsze mo­żesz na mnie li­czyć. Nie cho­dzi mi tyl­ko o pie­nią­dze, choć i pod tym wzglę­dem mo­żesz być pew­na, że za­wsze ci po­mo­gę.

– Na­praw­dę ni­cze­go mi nie trze­ba – od­par­ła z na­ci­skiem, roz­my­śla­jąc, że prę­dzej wy­ga­sną ognie pie­kiel­ne, nim ona zwró­ci się do Han­ka z ja­ką­kol­wiek proś­bą.

Te­le­fon zno­wu pi­snął, lecz zi­gno­ro­wa­ła sy­gnał. We­szła do kuch­ni i już w pro­gu mia­ła za­wró­cić, gdy Nan zła­pa­ła ją za ra­mię.

– Wszyst­kie­go naj­lep­sze­go z oka­zji uro­dzin! – za­wo­ła­ła i kla­snę­ła w ręce z ra­do­ści.

Z kie­sze­ni far­tusz­ka wy­ję­ła pu­deł­ko za­pa­łek i za­pa­li­ła sa­mot­ną małą świecz­kę we­tknię­tą w gru­bo po­lu­kro­wa­ną żół­tą ba­becz­kę. Dru­ga taka sama ba­becz­ka, rów­nież z we­tknię­tą świecz­ką, sta­ła na bla­cie ku­chen­nym, lecz tam­tą Nan zo­sta­wi­ła nie­za­pa­lo­ną. Za­czę­ła śpie­wać:

– Hap­py bir­th­day to you…

Lena po­spiesz­nie rzu­ci­ła do słu­chaw­ki:

– Mu­szę koń­czyć.

– Jesz­cze raz wszyst­kie­go naj­lep­sze­go! – po­wtó­rzył, jak­by chciał się do­łą­czyć do chó­ru.

Prze­rwa­ła po­łą­cze­nie. Na­tych­miast roz­legł się sy­gnał wy­wo­ła­nia, ale szyb­ko włą­czy­ła apa­rat i go wy­łą­czy­ła, za­nim Nan skoń­czy­ła śpie­wać.

– Dzię­ki.

Zdmuch­nę­ła świecz­kę, ma­jąc na­dzie­ję, że go­spo­dy­ni nie każe jej od razu zjeść tej ba­becz­ki. W żo­łąd­ku czu­ła nie­zno­śny cię­żar, jak­by po­łknę­ła wiel­ki ka­mień.

– Po­my­śla­łaś ja­kieś ży­cze­nie?

– Oczy­wi­ście – od­par­ła, my­śląc, że za żad­ne skar­by nie zdra­dzi, ja­kie to ży­cze­nie.

– Do­my­ślam się, że je­steś za bar­dzo zde­ner­wo­wa­na, by ją te­raz zjeść – po­wie­dzia­ła Nan, od­chy­la­jąc marsz­czo­ny per­ga­min przy­kle­jo­ny po bo­kach ba­becz­ki. Uśmiech­nę­ła się i od­gry­zła spo­ry kęs. Cza­sa­mi od­zna­cza­ła się tak nie­zwy­kłą in­tu­icją, że Lena czu­ła się przy niej nie­swo­jo, jak­by były sta­rym, do­brym, zna­ją­cym się na wy­lot mał­żeń­stwem.

– Mogę coś dla cie­bie zro­bić? – spy­ta­ła.

– Nie, dzię­ki.

Na­la­ła so­bie kawy do ku­becz­ka. Eks­pres do kawy był jed­nym z nie­wie­lu no­wych sprzę­tów, ja­kie Lena zo­sta­wi­ła do wspól­ne­go użyt­ko­wa­nia. Więk­szość cza­su i tak spę­dza­ła za­mknię­ta w swo­im po­ko­ju, czy­ta­jąc książ­ki czy oglą­da­jąc te­le­wi­zję na ma­łym tu­ry­stycz­nym czar­no-bia­łym od­bior­ni­ku, któ­ry do­sta­ła w pre­zen­cie od ban­ku, gdy otwo­rzy­ła nowe kon­to oszczęd­no­ścio­we.

Prze­pro­wa­dzi­ła się do Nan wy­łącz­nie z po­trze­by chwi­li i nie­za­leż­nie od tego, jak bar­dzo go­spo­dy­ni sta­ra­ła się uprzy­jem­nić jej po­byt, Lena wciąż czu­ła się obco w jej domu. Co praw­da, Nan była wręcz ide­al­ną współ­lo­ka­tor­ką, je­śli tyl­ko umie się to­le­ro­wać ten ro­dzaj per­fek­cji, ale Lena osią­gnę­ła ten etap, kie­dy bar­dzo chcia­ła mieć wła­sny dom za­peł­nio­ny wła­sny­mi sprzę­ta­mi. Pra­gnę­ła mieć lu­stro, w któ­rym swo­bod­nie bę­dzie się mo­gła prze­glą­dać co rano bez kon­fron­ta­cji z na­tło­kiem wspo­mnień z ostat­nich dwóch lat. Pra­gnę­ła wy­kre­ślić Etha­na ze swe­go ży­cia. Pra­gnę­ła uwol­nić się od ka­mie­ni za­le­ga­ją­cych jej w żo­łąd­ku. I chy­ba po raz pierw­szy w ży­ciu bar­dzo chcia­ła mieć mie­siącz­kę.

Te­le­fon za­dzwo­nił po raz ko­lej­ny. Po­spiesz­nie wci­snę­ła dwa razy kla­wisz od­bio­ru, prze­ry­wa­jąc po­łą­cze­nie.

Nan od­gry­zła na­stęp­ny kęs ba­becz­ki, uważ­nie zer­ka­jąc na Lenę znad war­stwy lu­kro­wej po­le­wy. Po­wo­li prze­żu­ła cia­sto i prze­łknę­ła.

– Tak mi szko­da, że te­raz nie mo­żesz się ru­szyć na krok bez ma­ki­ja­żu. Masz pięk­ną cerę.

Te­le­fon zno­wu za­dzwo­nił i bez na­my­słu po­wtó­rzy­ła tę samą czyn­ność.

– Dzię­ki.

– Wiesz co? – za­gad­nę­ła Nan, przy­sia­da­jąc na brze­gu ku­chen­ne­go sto­łu. – Nie mia­ła­bym nic prze­ciw­ko temu, gdy­by Ethan cza­sa­mi zo­stał tu z tobą na noc. – Sze­ro­kim ge­stem omio­tła całą kuch­nię. – Prze­cież to tak­że twój dom.

Lena pró­bo­wa­ła od­po­wie­dzieć rów­nie mi­łym uśmie­chem.

– Masz reszt­ki lu­kru na gór­nej war­dze.

Nan Tho­mas z gra­cją otar­ła usta ser­wet­ką. Nig­dy nie ob­li­zy­wa­ła warg ani nie ocie­ra­ła ich wierz­chem dło­ni. Zresz­tą była je­dy­ną zna­ną Le­nie oso­bą, któ­ra dba­ła o to, żeby w sto­ja­ku na sto­le za­wsze były ser­wet­ki. Choć Lena sama za­li­cza­ła się do wiel­bi­cie­lek po­rząd­ku i pil­no­wa­ła, by wśród jej rze­czy pa­no­wał ład, nie­mniej wie­lo­krot­nie czu­ła się za­że­no­wa­na pe­dan­te­rią go­spo­dy­ni, któ­ra nie­mal wszyst­ko mu­sia­ła trzy­mać w po­jem­ni­kach z do­pa­so­wa­ny­mi po­kryw­ka­mi, naj­le­piej ozdo­bio­ny­mi wi­ze­run­kiem plu­szo­we­go mi­sia albo z ob­szy­ciem z tka­ni­ny z frę­dzel­ka­mi.

Nan do­ja­dła ba­becz­kę i tą samą ser­wet­ką zgar­nę­ła okru­chy ze sto­łu. W mil­cze­niu za­pa­trzy­ła się na Lenę, gdy po raz ko­lej­ny za­dzwo­nił te­le­fon.

– A więc nad­szedł ten twój wiel­ki dzień – po­wie­dzia­ła. – Pierw­szy dzień służ­by po urlo­pie.

Lena bły­ska­wicz­nie roz­łą­czy­ła po­łą­cze­nie.

– Owszem.

– My­ślisz, że urzą­dzą ci przy­ję­cie po­wi­tal­ne?

Lena prych­nę­ła po­gar­dli­wie. Frank i Matt dali ja­sno do zro­zu­mie­nia, że nie za­li­cza­ją jej już do ob­sa­dy ko­mi­sa­ria­tu. W licz­nych chwi­lach zwąt­pie­nia była na­wet go­to­wa po­dzie­lić ich zda­nie, ale dzi­siej­sze­go ran­ka, kie­dy tyl­ko za­pię­ła na bio­drach pas z ka­bu­rą i we­tknę­ła kaj­dan­ki na miej­sce, po­czu­ła się tak, jak­by wresz­cie znów po­dej­mo­wa­ła nor­mal­ny tryb ży­cia.

Za­dzwo­nił te­le­fon i Lena roz­łą­czy­ła go po raz ko­lej­ny. Zer­k­nę­ła na Nan, żeby spraw­dzić jej re­ak­cję, ale go­spo­dy­ni była bez resz­ty po­chło­nię­ta skła­da­niem cien­kiej per­ga­mi­no­wej fo­rem­ki po ba­becz­ce w ide­al­nie rów­ny, ma­leń­ki kwa­dra­cik, jak gdy­by nic szcze­gól­ne­go się nie wy­da­rzy­ło. Gdy­by to Nan Tho­mas zde­cy­do­wa­ła się wstą­pić na służ­bę w po­li­cji, prze­stęp­cy usta­wia­li­by się w ko­lej­ce, żeby wy­znać przed nią swo­je winy. A gdy­by po­sta­no­wi­ła wkro­czyć na dro­gę zbrod­ni, z pew­no­ścią nig­dy nie zo­sta­ła­by schwy­ta­na.

– W każ­dym ra­zie – pod­ję­ła Nan – wca­le nie mu­sisz się wy­pro­wa­dzać. Ani tro­chę mi nie prze­szka­dza, że miesz­kasz u mnie.

Lena utkwi­ła spoj­rze­nie w dru­giej ba­becz­ce sto­ją­cej na bla­cie ku­chen­nym. Nan jak zwy­kle ku­pi­ła dwa ciast­ka, jed­no dla sie­bie, a dru­gie dla Si­byl.

– W ciast­kar­ni była pro­mo­cja, da­wa­li dwie ba­becz­ki w ce­nie jed­nej – po­spie­szy­ła Nan z wy­ja­śnie­nia­mi, jak­by czy­ta­ła w jej my­ślach. Za­raz jed­nak spro­sto­wa­ła: – Nie, kła­mię. Si­byl uwiel­bia­ła ba­becz­ki. To był je­dy­ny ro­dzaj sło­dy­czy, ja­kim nie gar­dzi­ła. Ku­pi­łam je po nor­mal­nej ce­nie.

– Tak my­śla­łam.

– Prze­pra­szam.

– Nie masz za co prze­pra­szać.

– No tak… – Nan od­su­nę­ła się od sto­łu i po­de­szła do ko­sza na śmie­ci, ozdo­bio­ne­go zie­lo­ny­mi i żół­ty­mi kró­licz­ka­mi, po­dob­nie jak jej far­tu­szek. – Ale po­szłam do cu­kier­ni spe­cjal­nie, żeby ku­pić coś dla cie­bie. Chcia­łam uczcić two­je uro­dzi­ny. Tyle że od śmier­ci Si­byl…

– Dzię­ku­ję, Nan. Je­stem ci wdzięcz­na. Na­praw­dę to do­ce­niam.

– Bar­dzo się cie­szę.

– To do­brze – bąk­nę­ła Lena.

Nan, cho­ciaż na swój spo­sób była pe­dan­tycz­na, to jed­nak nig­dy nie zmy­wa­ła szkla­nek i ku­becz­ków. Z da­le­ka wi­dać było na nich tłu­ste od­ci­ski pal­ców. Ale pod wpły­wem świ­dru­ją­ce­go spoj­rze­nia oczu, któ­re przez gru­be szkła oku­la­rów wy­da­wa­ły się wiel­kie jak u sowy, Lena ugry­zła się w ję­zyk i za­cho­wa­ła ką­śli­wą uwa­gę dla sie­bie.

– Bar­dzo mi cięż­ko bez niej – po­wie­dzia­ła Nan. – Chy­ba sama to wiesz. Ro­zu­miesz, co te­raz czu­ję.

Po­ki­wa­ła gło­wą, czu­jąc nie­przy­jem­ne ści­ska­nie w gar­dle, na któ­re nie po­mógł na­wet tak duży haust kawy, że omal się nie za­chły­snę­ła.

– I ro­zu­miesz też, dla­cze­go się cie­szę, że za­miesz­ka­łaś ze mną.

– Bar­dzo ce­nię to, że po­zwo­li­łaś mi zo­stać u sie­bie tak dłu­go.

– Mó­wiąc szcze­rze, Lee, mo­żesz tu zo­stać na za­wsze. Ani tro­chę mi to nie prze­szka­dza.

– Ja­sne.

Lena zmu­si­ła się, żeby po­cią­gnąć jesz­cze je­den łyk kawy. „A co byś po­wie­dzia­ła na dziec­ko?” – prze­mknę­ło jej przez myśl. O mało nie jęk­nę­ła. Nan pew­nie bar­dzo po­ko­cha­ła­by dzie­cia­ka, ro­bi­ła­by mu na dru­tach mięk­kie weł­nia­ne bu­ci­ki i szy­ko­wa­ła ja­kieś idio­tycz­ne prze­bra­nia na Hal­lo­we­en. Może na­wet zre­zy­gno­wa­ła­by z pra­cy na peł­nym eta­cie w bi­blio­te­ce, żeby po­ma­gać jej przy dziec­ku. Wte­dy już bez wąt­pie­nia przy­po­mi­na­ły­by sta­re do­bre mał­żeń­stwo, bę­dą­ce ze sobą tak dłu­go, aż po­wy­pa­da­ją im wszyst­kie zęby i obie będą po­trze­bo­wać bal­ko­ni­ków do cho­dze­nia.

Jak­by na przy­po­mnie­nie roli Etha­na w tej wi­zji, znów za­dzwo­nił te­le­fon. Jak po­przed­nio, roz­łą­czy­ła go bez na­my­słu.

– Si­byl też by się cie­szy­ła, że miesz­kasz z nami – cią­gnę­ła go­spo­dy­ni. – Za­wsze my­śla­ła o tym, jak cię ochro­nić.

Lena od­chrząk­nę­ła ner­wo­wo, czu­jąc, że za­czy­na się in­ten­syw­nie po­cić. Czyż­by Nan cze­goś się do­my­śla­ła?

– Chro­nić cię przed rze­cza­mi, co do któ­rych tyl­ko ci się zda­je, że sama so­bie z nimi po­ra­dzisz.

I tym ra­zem na sy­gnał te­le­fo­nu za­re­ago­wa­ła od­ru­cho­wo, na­wet nie pa­trząc na kla­wia­tu­rę.

– Dla­te­go bar­dzo się cie­szę, że mam przy so­bie ko­goś, kto do­brze znał Si­byl – cią­gnę­ła Nan. – Ko­goś, kto ją ko­chał i… – urwa­ła, sły­sząc ko­lej­ny dzwo­nek te­le­fo­nu, za­nim Lena wy­łą­czy­ła apa­rat – …trosz­czył się o nią. Ko­goś, kto świet­nie wie, jak trud­no bez niej żyć. – Po­now­nie umil­kła, ale tym ra­zem nie z po­wo­du sy­gna­łu te­le­fo­nu. – Te­raz na­wet nie wy­glą­dasz już tak jak ona.

Lena spu­ści­ła wzrok na swo­je dło­nie.

– Wiem.

– Jej też by się to nie spodo­ba­ło, Lee. Na pew­no by­ła­by zła jak nie wiem co.

Obu rów­no­cze­śnie łzy na­pły­nę­ły do oczu, choć za­pew­ne z od­mien­nych po­wo­dów. Kie­dy zno­wu za­dzwo­nił te­le­fon, Lena ode­bra­ła tyl­ko po to, żeby prze­rwać kło­po­tli­we mil­cze­nie.

– Lena? – wark­nął Frank Wal­la­ce. – Gdzie ty się po­dzie­wasz, do cho­le­ry?!

Szyb­ko spoj­rza­ła na ze­gar nad kuch­nią. Roz­po­czy­na­ła służ­bę do­pie­ro za pół go­dzi­ny.

Frank nie cze­kał na jej od­po­wiedź.

– Do­szło do na­pa­du na ko­mi­sa­riat, ban­dy­ci wzię­li za­kład­ni­ków. Przy­jeż­dżaj tu jak naj­prę­dzej.

Gło­śny trzask na li­nii ob­wie­ścił ko­niec po­łą­cze­nia.

– Co się sta­ło? – za­py­ta­ła Nan.

– Na­pad. Ban­dy­ci wzię­li za­kład­ni­ków – po­wie­dzia­ła po­wo­li, od­kła­da­jąc te­le­fon na stół. Le­d­wie się po­wstrzy­ma­ła, żeby nie przy­ci­snąć ręki do pier­si, bo ser­ce tłu­kło się jak osza­la­łe, aż czu­ła pul­so­wa­nie na kar­ku. – Ktoś na­padł na ko­mi­sa­riat.

– Mój Boże… – jęk­nę­ła go­spo­dy­ni. – To nie do wia­ry. Czy ktoś ucier­piał?

– Tego nie wiem. – Jed­nym hau­stem do­pi­ła kawę, cho­ciaż nie mu­sia­ła już pod­no­sić po­zio­mu ad­re­na­li­ny we krwi. Za­czę­ła się ner­wo­wo roz­glą­dać za swo­imi klu­czy­ka­mi.

– Pa­mię­tasz, jak coś po­dob­ne­go wy­da­rzy­ło się w Lu­do­wi­ci?

– Sła­bo – od­par­ła, co­raz bar­dziej zde­ner­wo­wa­na.

Sześć lat wcze­śniej w są­sied­nim hrab­stwie aresz­tan­ci zdo­ła­li zła­pać pa­tro­lu­ją­ce­go po­li­cjan­ta. Za­strze­li­li go z jego wła­sne­go pi­sto­le­tu, za­bra­li klu­cze i uwol­ni­li się. Ob­lę­że­nie trwa­ło trzy dni, zgi­nę­ło lub zo­sta­ło ran­nych aż pięt­na­stu więź­niów. Jak rów­nież czte­rech po­li­cjan­tów. Stąd też za­czę­ła szyb­ko przy­po­mi­nać so­bie tu­tej­szych funk­cjo­na­riu­szy, za­cho­dząc w gło­wę, czy któ­ryś mógł od­nieść rany w cza­sie na­pa­du.

Od­ru­cho­wo spraw­dzi­ła wszyst­kie kie­sze­nie, choć była pew­na, że nie wi­dzia­ła od rana klu­czy.

Zno­wu za­dzwo­nił te­le­fon.

– Gdzie moje… – za­czę­ła.

Nan bez sło­wa wska­za­ła na znaj­du­ją­cy się przy drzwiach ha­czyk w kształ­cie ka­cze­go dziób­ka. Kie­dy roz­legł się dru­gi sy­gnał, nie­pro­szo­na pod­nio­sła apa­rat ze sto­łu i nie włą­cza­jąc go, za­py­ta­ła:

– Co mam mu po­wie­dzieć?

Lena ze­rwa­ła klu­czy­ki z ha­czy­ka i nie oglą­da­jąc się, ru­szy­ła do wyj­ścia, burk­nąw­szy przez ra­mię:

– Że już wy­szłam do pra­cy.