Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 377 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Fatamorgana - Chika Unigwe

Przełamująca tabu opowieść o kobietach, które za wszelką cenę postanowiły spełnić swoje marzenia.

Losy czterech kobiet z Nigerii łączą się w Antwerpii, która ma stać się ich przepustką do lepszego życia. Każda z nich została zwerbowana przez Delego, któremu oddała swoją wolność w zamian za możliwość ucieczki. Desperacka decyzja o sprzedaży własnego ciała i godności wydaje się dziewczynom jedynym wyjściem.

Fatamorgana to poruszająca historia, która zdobyła uznanie czytelników, recenzentów i pisarzy na całym świecie.

Gorzka prawdę o świecie, bez moralizatorstwa czy pouczania.

Opinie o ebooku Fatamorgana - Chika Unigwe

Fragment ebooka Fatamorgana - Chika Unigwe

Chi­ka Uni­gwe

FA­TA­MOR­GA­NA

przełożyła Maja Por­czyńska-Sza­ra­pa

Tłuma­cze­nie zo­stało do­fi­nan­so­wa­ne przez Fle­mish Li­te­ra­tu­re Fund

Tytuł ory­gi­nału: Fata mor­ga­na

Co­py­ri­ght © 2007 De Bez­i­ge Bij An­twer­pen – WPG Uit­ge­vers Bel­gië, Me­chel­se­ste­en­weg 203, 2018 An­twer­pen and Chi­ka Uni­gwe

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion

by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIV

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion

by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIV

Wy­da­nie I

War­sza­wa

Ja­no­wi i na­szym czte­rem sy­nom za nie­wia­ry­godną ela­stycz­ność, z jaką znoszą moje na­stro­je.

Trium­wi­ra­to­wi ABC, Ara­ce de Ny­eko, Mo­ni­ce, Ba­tan­dze Budeście, Jac­kee i Chic­kwa­vie, i Bria­no­wi, za to, że są przy mnie od początku do końca.

Ar­med with a va­gi­na and the will to su­rvi­ve,

She knew that de­sti­tu­tion wo­uld ne­ver lay cla­im to her1.

Brian Chic­kwa­va, Se­venth Stre­et Al­che­my

12 maja 2006

Świat był dokład­nie taki, jaki po­wi­nien. Może nie lep­szy, ale z pew­nością nie gor­szy. Ko­chał ją do­bry mężczy­zna. Miała dom. I własne pie­niądze. Te ostat­nie były jej naj­now­szym na­byt­kiem: jesz­cze nowe i świeże, w od­cie­niu zdro­wej zie­le­ni. Wspo­mnie­nie o pie­niądzach do­da­wało jej sił i wzbu­dzało w niej taką błogość, że nuciła pod no­sem.

Uli­ce, te same uli­ce, które tyle razy prze­mie­rzała, wy­da­wały się od­mie­nio­ne. Nucąc, roz­ko­szo­wała się myślą o no­wym początku. An­twer­pia stała się dla niej zupełnie in­nym mia­stem, jak­by w in­nej stre­fie cza­so­wej. Roz­myślała nad tym, jak bar­dzo jej życie się zmie­nia. Jak ma­rze­nia krzepną i stają się na­ma­cal­ne. Luc. Pie­niądze. Dom. Już sta­wała się kimś zupełnie in­nym. „Prze­obrażam się” – mówiła so­bie, używając ład­ne­go określe­nia, które pamiętała z lek­cji bio­lo­gii. Nie wie­działa jesz­cze – miała się o tym do­wie­dzieć do­pie­ro za kil­ka go­dzin – jak nie­od­wra­cal­na będzie to zmia­na.

Sisi szła ulicą De Key­ser­lei i roz­myślała nad tym, co jesz­cze może kupić za swo­je nowe bo­gac­two. Że może kupić za­po­mnie­nie, wy­ku­pić na­wet wspo­mnie­nia, które nie znoszą ci­szy. Wspo­mnie­nia, przez które krzy­czała nocą i bu­dziła się nie­spo­koj­na. Skle­py błysz­czały i przy­woływały ją do sie­bie, ten nagły po­ryw wol­ności miał w so­bie coś z cudu; Sisi od­czu­wała radość jak ob­ja­wie­nie, przez które dosłownie ema­no­wała szczęściem i które jak nig­dy wcześniej prze­ko­nało ją nie­zbi­cie, że Prze­po­wied­nia się spełniła. Za­tem to właśnie było praw­dzi­we ob­ja­wie­nie. Nie tam­to, którego doświad­czyła pew­ne­go śro­do­we­go wie­czo­ru na Vin­ger­ling­stra­at. Nie, tam­to ob­ja­wie­nie było fałszy­we. Te­raz zda­wała so­bie z tego sprawę.

Sisi zgłod­niała; wahała się między Pa­nos i Eki. Nowe życie posłało jej uśmiech, sze­ro­ki i życz­li­wy, i po­pchnęło ją de­li­kat­nie w kie­run­ku Eki. Pa­nos już znała, te­raz chciała spróbować Eki. Weszła i kupiła ka­napkę, z której z każdej stro­ny wy­sta­wały liście sałaty, wil­got­ne od świeżości; zamówiła też bu­telkę gęste­go soku owo­co­we­go. Te­raz, kie­dy prze­pełniała ją radość życia, Sisi uznała, że po­win­na na­kar­mić swój en­tu­zjazm zdro­wym je­dze­niem. Usiadła przy sto­li­ku na zewnątrz. Tor­by z za­ku­pa­mi po­sta­wiła obok. Były to re­klamówki; ich górne krawędzie de­li­kat­nie po­ru­szały się na słabym wio­sen­nym wie­trze. Te tor­by były na­ma­cal­nym do­wo­dem ze­rwa­nia z jej nędzną przeszłością. Co by tu jesz­cze kupić? Może jakiś pre­zent dla Luca. Zasłonę do jego sy­pial­ni bez drzwi. Wy­obraźcie to so­bie, sy­pial­nia bez drzwi! Ha! Ar­chi­tekt sta­wiał na prze­strzeń i światło, a że Luc w cza­sie, gdy ku­po­wał dom, właśnie po­wo­li wy­cho­dził z de­pre­sji, prze­strzeń i światło były dokład­nie tym, cze­go po­trze­bo­wał; brak drzwi w ogóle mu nie prze­szka­dzał.

– Co to za sy­pial­nia bez drzwi? – za­py­tała, gdy opro­wa­dzał ją po domu. – Po­ko­je po­win­ny mieć drzwi. Albo cho­ciaż zasłony!

Luc nic nie po­wie­dział. Kto mil­czy, ten się zga­dza. Ja­sne. Zasłony w ko­lo­ro­we trójkąty i kwa­dra­ty, z dużymi fio­le­to­wy­mi i białymi pla­ma­mi na cze­ko­la­do­wym tle, zna­le­zio­ne w HEM-ie2. Sisi za­sta­na­wiała się, co po­zo­stałe ko­bie­ty po­wie­działyby na bez­drzwiową sy­pial­nię Luca. Próbowała wy­obra­zić so­bie ich zdzi­wie­nie i śmiech.

Ta jed­na myśl wy­star­czyła, by wywołać w niej po­czu­cie winy, które na­tych­miast spróbowała wybić so­bie z głowy. Prze­cież nie zo­sta­wiła ich na pastwę losu. Nie­praw­daż? Po pro­stu… po­wiedz­my, że zaczęła żyć swo­im życiem. Oczy­wiście, na­tu­ral­nie, ma do tego pra­wo. Zresztą pra­wo to po­twier­dziła Prze­po­wied­nia. Ona jed­nak wciąż myślała o ko­bie­tach. Cie­ka­we, co te­raz robią. Kie­dy się zo­rien­tują, że odeszła? Nie wie­działa, że jej życie wpłynie na ich przyszłość. Bo to właśnie życie Sisi miało wskrze­sić ma­rze­nia, z którymi po­zo­stałe ko­bie­ty daw­no się pożegnały, na nowo roz­bu­dzić w nich tęsknotę za prze­pełnio­ny­mi na­dzieją ocze­ki­wa­nia­mi, których już w so­bie nie pielęgno­wały. To jej życie miało roz­kwitnąć i spra­wić, aby za­pragnęły zbie­rać plo­ny no­we­go życia.

W tym cza­sie ko­bie­ty, o których myślała Sisi – Ama, Joy­ce i Efe – w domu przy Zwar­te­zu­sters­stra­at3 w pośpie­chu wbie­gały do łazien­ki i wy­bie­gały z niej. Po­zwo­liły, by ka­fel­ki po­kryły się parą ich ocze­ki­wań: to będzie wspa­niała noc, przyj­dzie mnóstwo mężczyzn, nie będą zbyt wy­ma­gające. A przede wszyst­kim: dzi­siej­szej nocy będą hoj­ne. Bo żeby się utrzy­mać, mu­siały po­le­gać na wiecz­nym stru­mie­niu uciech cie­le­snych, którego źródłem była lu­bieżna część męskiej po­pu­la­cji An­twer­pii.

– Kto wziął mój tusz do rzęs? Gdzie jest ten pie­przo­ny tusz do rzęs? – krzyknęła Ama, wy­wa­lając za­war­tość ko­sme­tycz­ki Mor­ga­ny na po­sadzkę. W tym sa­mym cza­sie Joy­ce upy­chała do tor­by podróżnej dez­odo­rant, ręcznik plażowy i szla­frok oraz Smi­leya – tak na­zwała go kie­dyś roz­ba­wio­na Sisi. Smi­ley to lu­bry­kant Joy­ce, nie­win­nie ukry­ty w prze­zro­czy­stym pla­sti­ko­wym opa­ko­wa­niu w kształcie mi­sia o sze­ro­kim uśmie­chu i w fikuśnej po­ma­rańczo­wej cza­pecz­ce. Równie do­brze mogłaby to być bu­te­lecz­ka kle­ju dla dzie­ci. Na­gle Joy­ce po­pa­trzyła na Smi­leya ze smut­kiem w oczach i wy­krzy­wiła swoją mat­czyną twarz.

– Gdzie jest Sisi? – za­py­tała.

– Jesz­cze jej nie wi­działam. Może już wyszła – po­wie­działa Efe, upy­chając elek­tryczną szczo­teczkę do zębów w ko­sme­tycz­ce. W jed­nej z kie­szo­nek prze­cho­wy­wała zdjęcie chłopca w cza­pecz­ce bejs­bo­lo­wej. Na od­wro­cie za­pi­sa­no ini­cjały L.I. Zdjęcie po­gniotło się już i zma­to­wiało, ale gdy Efe do­pie­ro co je do­stała, było widać, że chłopiec jest do niej bar­dzo po­dob­ny w sposób, w jaki syn może być po­dob­ny do mat­ki. Tę fo­to­gra­fię Efe miała za­wsze i wszędzie przy so­bie.

– Dla­cze­go wyszła tak wcześnie? – za­py­tała Joy­ce.

– A bo ja wiem? – od­po­wie­działa Ama i szyb­kim ru­chem do­tknęła szyi, jak­by chciała się upew­nić, że złoty łańcu­szek z krzyżykiem, który za­wsze nosiła, wciąż jest na swo­im miej­scu. – Sisi to, Sisi tam­to! Słuchaj no, a może wy to ze sobą ro­bi­cie? E tam, pew­nie zno­wu poszła na spa­cer. – Zaśmiała się i lek­ko przy­mknęła oczy, żeby nałożyć tusz do rzęs.

Przy­najm­niej dwa razy w ty­go­dniu Sisi wy­cho­dziła sama do mia­sta. Gdy ktoś pro­po­no­wał, że do­trzy­ma jej to­wa­rzy­stwa, za­wsze od­ma­wiała. Nikt nie wie­dział, dokąd szła, cho­ciaż zda­rzało się, że wra­cała z pudełkami cze­ko­la­dek i tor­ba­mi wy­pcha­ny­mi tysiącem je­den dro­biazgów (japońskie wa­chla­rze i skar­pet­ki nie­mowlęce z ko­ronką, ma­gne­sy na lodówkę i T-shir­ty z na­dru­ka­mi bel­gij­skich ma­rek piwa. „Pre­zen­ty” – burknęła opry­skli­wie, gdy Joy­ce za­py­tała ją kie­dyś, co ma za­miar zro­bić z tymi wszyst­ki­mi rze­cza­mi).

Joy­ce właśnie skończyła szy­ko­wać się w łazien­ce. Na miłość boską, gdzie jest Sisi? Miała na­dzieję, że Sisi pomoże jej z war­ko­czy­ka­mi. Jej buj­na czu­pry­na, jeśli nie ujarz­miła jej trwała lub sta­ran­ne war­ko­czy­ki, była jedną wielką, dziką dżunglą. Ani Ama, ani Efe nie były dość do­bre w za­pla­ta­niu war­ko­czyków. No cóż, jak pech, to pech. Joy­ce będzie mu­siała upiąć włosy i mieć na­dzieję, że Ma­dam nie za­uważy nie­dbałej fry­zu­ry i tego, że kok przy­po­mi­na wyspę oko­loną nie­sfor­ny­mi ko­smy­ka­mi, sterczącymi na wszyst­kie stro­ny. Ma­dam nie to­le­ro­wała nie­dbałości u swo­ich dziew­czy­nek. Ani spóźnia­nia się. Jeśli Sisi jesz­cze nie wyszła i naj­zwy­czaj­niej w świe­cie się spóźnia, wyląduje u niej na dy­wa­ni­ku.

Ale Sisi miała już nig­dy nie wrócić do domu przy Zwar­te­zu­sters­stra­at.

Zwar­te­zu­sters­stra­at

Śmiech Sisi brzmiał najgłośniej i prze­bi­jał głosy po­zo­stałych ko­biet. Ude­rzyła się w uda wil­gotną ścierką. Śmiała się tak in­ten­syw­nie, że z roz­ba­wie­nia aż za­cisnęła po­wie­ki.

– Daj spokój, Efe! Two­ja ciot­ka na­prawdę uwie­rzyła mężowi?

– Na­prawdę! Po­wie­dział jej, że nie może wy­je­chać z nim za gra­nicę, po­nie­waż am­ba­sa­da bry­tyj­ska po­trze­bu­je jej świa­dec­twa ma­tu­ral­ne­go, bo bez ocen końco­wych nie wyda jej wizy. To był je­dy­ny po­mysł, na jaki wuj wpadł, żeby wresz­cie dała mu spokój i prze­stała ma­ru­dzić o wspólnej podróży. On miał czte­ry żony! Co ona so­bie myślała, że wolał ją od in­nych? I pomyśleć, że nie była na­wet jego pierwszą żoną! Da­cie wiarę? Ta ko­bie­ta miała nierówno pod su­fi­tem!

– Spryt­nie to wymyślił, ten twój wuj. Cza­sa­mi kłam­stwo jest lep­sze niż praw­da. Oszczędza masę cza­su i ener­gii – po­wie­działa Joy­ce, cho­wając wy­tartą szklankę do szaf­ki nad zle­wem.

– Mężczyźni to gno­je – po­wie­działa Ama.

– Daj spokój, Ama! – zawołała Sisi. – Prze­cież w tej hi­sto­rii nie cho­dzi o to, że mężczyźni to by­dla­ki. Człowie­ku, ty wszyst­ko bie­rzesz za­wsze na poważnie! Z wro­dzoną zręcznością po­tra­fisz ze­psuć taki piękny dzień. Jak­by spra­wiało ci frajdę złoszcze­nie się o każdy dro­biazg! – Sisi wy­tarła ta­lerz, spraw­dziła, czy na pew­no jest czy­sty, i odłożyła go na inny ta­lerz obok zle­wu.

Ama odwróciła się do niej i po­wie­działa kąśli­wie:

– Weź no odłóż te ta­le­rze na miej­sce. Jeśli je tam zo­sta­wisz, za chwilę znów będą mo­kre. Sprzątaj od razu po so­bie, jak wy­cie­rasz na­czy­nia! – Wes­tchnęła nie­spo­koj­nie i zajęła się szo­ro­wa­niem garn­ka. – Boże, Sisi, czy ty na­prawdę mu­siałaś przy­pa­lić ten ryż? Nig­dy nie do­czyszczę tego cho­ler­ne­go garn­ka!

– Nie wiem, co cię ugryzło, Amo, ale nie chcę mieć z tym nic wspólne­go. Nie wiem, co za dia­beł cię tu przysłał, ale po­wiedz mu, że mnie nie wi­działaś. Błagam cię.

– Spa­daj. Może byś tak poszła na je­den z tych swo­ich długich spa­cerów?

Jej głos za­po­wia­dał nad­ciągającą burzę. Efe na­tych­miast podjęła próbę załago­dze­nia sztor­mu.

– Dziew­czyn­ki, dziew­czyn­ki, taki piękny dzień. Bądźcie dla sie­bie miłe – po­pro­siła błagal­nym to­nem. Miała na­dzieję, że nie będzie padać. Dzień był piękny, zupełnie jak nie li­sto­pa­do­wy: w łagod­nym po­wie­trzu liście na drze­wach bar­wiły się na fio­le­to­wo, żółto i biało, a nie­bo zupełnie nie za­po­wia­dało desz­czu. Taki mały cud jak na tę porę roku. – Zo­bacz­cie, jaki mamy piękny dzień dzi­siaj, jak z ob­raz­ka! Nie psuj­cie te­raz at­mos­fe­ry…

– Ja tam ni­cze­go nie psuję. Zresztą właśnie skończyłam. – Ama wyjęła ze zle­wu gar­nek, lśniący jak nowy, i poszła do po­ko­ju stołowe­go. Wnętrze wypełniła ka­ko­fo­nia pusz­czo­nej przez nią mu­zy­ki hi­gh­li­fe’owej4. Ama za­pa­liła pa­pie­ro­sa i zaczęła tańczyć.

Efe prze­rzu­ciła ścierkę nad głową, wes­tchnęła i również skie­ro­wała się do po­ko­ju stołowe­go.

– No, no, jak widać, je­steś go­to­wa na im­prezę, Amo! Ta­aak, kręć tyłkiem, dziew­czy­no! Sha­ke am like your mama te­ach you!5

– Człowie­ku, prze­stań! Co wspólne­go ma moja mat­ka ze spo­so­bem, w jaki tańczę?! – Ama, z błyszczącym na szyi krzyżykiem, ta­necz­nym kro­kiem od­da­liła się od Efe. Jej złość była nie­co prze­sa­dzo­na, prze­ry­so­wa­na. Ale Efe odpuściła. Miała inne spra­wy na głowie.

Or­ga­ni­zo­wała im­prezę, ro­dzaj sty­py po zmarłej bab­ci.

– To nie była moja praw­dzi­wa bab­cia – po­wie­działa ko­bie­tom. – Wpraw­dzie wszy­scy tak na nią mówiliśmy, ale to była po pro­stu ko­bie­ta, która miesz­kała bli­sko na­sze­go domu. W nie­dzielę za­wsze go­to­wała dla mnie moi moi6. A kie­dy cho­dziłam do pod­stawówki, przy­go­to­wy­wała obiad dla mo­ich młod­szych bra­ci, sióstr i dla mnie. Kurczę, ta ko­bie­ta była dla nas za­wsze taka do­bra. Praw­dzi­wa bab­cia się do niej nie umy­wa. Żegnaj, gran­ny. Od­po­czy­waj w po­ko­ju.

– A w jaki sposób odeszła? – za­py­tała Joy­ce.

Na­wet Efe nie znała oko­licz­ności jej śmier­ci. In­for­ma­cja o niej zo­stała wtrącona mi­mo­cho­dem, między prośbą „Kup mi komórkę Mo­to­ro­li” a „Tata Eu­ge­ne chciałby wie­dzieć, czy łatwo jest stamtąd spro­wa­dzić sa­mochód”. Przez prze­ciążoną, trzeszczącą linię pra­wie nie­zro­zu­miały ko­mu­ni­kat „Iya Ije­bu zmarła dwa ty­go­dnie temu” to­ro­wał so­bie drogę z bud­ki te­le­fo­nicz­nej w La­go­sie do po­miesz­cze­nia ze szkla­ny­mi drzwia­mi w pa­ki­stańskiej ka­wia­ren­ce in­ter­ne­to­wej w An­twer­pii.

– Umarła? Iya Ije­bu? Osa­lo­bua!7 Na co zmarła? – Głos Efe był wy­star­czająco donośny, by do­trzeć do rozmówcy. Próbowała sku­pić uwagę sio­stry na wia­do­mości, którą ta właśnie jej prze­ka­zała. – Jak? Co się stało?

– Co? Nie ro­zu­miem. Słyszałaś, co ci mówiłam o mo­to­ro­li?

Li­nia jesz­cze przez chwilę rzęziła, po czym za­milkła. Efe roz­poczęła gorączko­we przy­go­to­wa­nia do im­pre­zy.

Nie znała przy­czy­ny śmier­ci ko­bie­ty, ale miała za­miar roz­dać na przyjęciu kiep­skiej jakości kse­ro­ko­pie zdjęć zmarłej: ko­bie­ta w ogrom­nej chuście na głowie po­zo­wała uro­czyście – pośmiert­nie – na tle stojącej za nią de­ko­ra­cji z drze­wa­mi pal­mo­wy­mi na­ma­lo­wa­ny­mi bez ładu i składu. Pod spodem będzie na­pi­sa­ne, że zmarła na­gle w wie­ku sie­dem­dzie­sięciu pięciu lat – to był strzał w ciem­no, ale kto by się tam przej­mo­wał dokład­nym wie­kiem. Na kse­ro­ko­piach był też do­pi­sek: WNUCZ­KA EFE DZIĘKUJE BOGU ZA BO­GA­TE ŻYCIE, KTÓRE MIAŁA JEJ BAB­CIA. Lato byłoby od­po­wied­niej­sze, let­nia at­mos­fe­ra bar­dziej sprzy­ja za­ba­wom, ale im­pre­za była dokład­nie tym, cze­go po­nu­ry li­sto­pad po­trze­bo­wał, by go roz­we­se­lić. Efe miała mnóstwo spraw do załatwie­nia: mu­siała wymyślić, co ugo­tu­je, jaką mu­zykę będzie pusz­czać, kogo za­pro­si. Będzie wie­lu Ghańczyków – na­prawdę wszędzie ich pełno – i Ni­ge­ryj­czyków oczy­wiście, to się ro­zu­mie samo przez się. Poza tym garst­ka wschod­nich Afry­kanów – tych dziw­nych Ke­nij­czyków, którzy jedzą sa­mo­sa8, nie noszą tra­dy­cyj­nych strojów i na­rze­kają na pieprz w po­tra­wach ni­ge­ryj­skich; czy można ich jesz­cze na­zwać Afry­ka­na­mi? Trzy Ugan­dyj­ki, które znała i które wciąż mówiły brac­ke­ning i ren­the­ning za­miast blac­ke­ning i len­gh­te­ning, i jesz­cze je­dy­na ko­bie­ta z Zim­ba­bwe z kręgu jej zna­jo­mych, która tańczyła, szu­rając no­ga­mi. Ci goście przy­pro­wadzą in­nych gości, więc li­sta roz­ra­stała się w nie­skończo­ność. Efe cie­szyła się, że była na tyle mądra, by wy­nająć gi­gan­tycz­ny pu­sty ma­ga­zyn nie­da­le­ko Dwor­ca Cen­tral­ne­go za­miast sal­ki pa­ra­fial­nej, którą załatwiła w zeszłym roku na im­prezę uro­dzi­nową.

Tu­taj było wy­star­czająco miej­sca, nie mu­siała się mar­twić o liczbę osób, które się po­ja­wią. Poza tym po im­pre­zie nie trze­ba będzie zo­sta­wić po so­bie należyte­go porządku, jak w wy­pad­ku sal­ki pa­ra­fial­nej. W niektórych miej­scach od­padły płytki, prze­bi­jała przez nie goła zie­mia, jak częścio­wo roz­dra­pa­ne stru­py. Przy ścia­nach stały wy­so­kie me­ta­lo­we regały, większość z nich za­rdze­wiała. Da się na nich po­sta­wić skrzyn­ki z pi­wem i lodówki tu­ry­stycz­ne z je­dze­niem, więc Efe nie będzie mu­siała pożyczać stołów. Przed regałami stały białe krzesła ogro­do­we, a na środ­ku zo­sta­wało dość miej­sca do tańcze­nia.

Kie­dy Sisi, Joy­ce i Ama do­tarły na miej­sce, im­pre­za trwała już w naj­lep­sze. Z głośników roz­brzmie­wała mu­zy­ka, a jakaś ko­bie­ta w wy­so­kich ja­skra­wo­po­ma­rańczo­wych szpil­kach zdjęła buty, trzy­mała je nad głową i jodłowała do su­fi­tu. Błyszcząc w czar­nej su­kien­ce mini, która pod­kreślała jej długie nogi, Joy­ce po­su­wała się w głąb sali i przy­stanęła, by zatańczyć z mężczyzną w za dużej ko­szu­li. Tego dnia wie­lo­krot­nie mówio­no jej, że z ta­kim wzro­stem i urodą po­win­na zo­stać mo­delką. Słyszała to już wcześniej, dla­te­go zby­wała te uwa­gi śmie­chem i słowa­mi: „Cóż, to jest mój plan B”.

Ama ukrad­kiem ob­ser­wo­wała dwójkę gości z Gha­ny, którzy szli już po trze­cią porcję ryżu, i z chy­trym uśmiesz­kiem po­wie­działa Sisi, że Ni­ge­ryj­czy­cy zde­cy­do­wa­nie le­piej go­tują i robią smacz­niej­szy smażony ryż niż Ghańczy­cy. Lu­dzie, którzy wrzu­cają do sosu całe po­mi­do­ry, nie mogą prze­cież do­brze go­to­wać, praw­da?

Ko­bie­ty były zgod­ne co do tego, że Ghańczy­cy to nie­do­szli Nigeryjczy­cy, że An­twer­pia, mimo swo­ich wad, jest naj­lep­szym mia­stem na świe­cie i że Bel­gia ma naj­lep­sze piwa świa­ta: lef­fe, west­mal­le, stel­la ar­to­is. Ta­kie­go piwa nie ma prze­cież nig­dzie in­dziej, czyż nie?

Efe po­deszła do nich i po­skarżyła się, że bolą ją sto­py od tańcze­nia. Po­wie­działa, że nie po­win­na była wkładać tak wy­so­kich ob­casów.

– Ale ty za­wsze cho­dzisz na wy­so­kich ob­ca­sach! Dzi­siaj na­rze­kasz, a ju­tro znów je włożysz – prze­ko­ma­rzała się z nią Sisi.

– Jak­bym przy swo­im wzroście nie nosiła wy­so­kich ob­casów, trze­ba by mnie szu­kać z lupą.

Właści­wie Efe nie była ni­ska. Była nie­wie­le niższa od Sisi, która uważała, że jest śred­nie­go wzro­stu. W jej wy­pad­ku śred­ni wzrost ozna­czał sto sie­dem­dzie­siąt czte­ry cen­ty­me­try. Ale z ich czwórki to Efe była naj­niższa i z tego po­wo­du miała kom­plek­sy.

– Wca­le nie je­steś ni­ska, Efe. Po pro­stu lu­bisz nosić wy­so­kie ob­ca­sy!

Wy­so­kie ob­ca­sy i pe­ru­ki były zna­kiem fir­mo­wym Efe. Ama na­zy­wała ją Imeldą Mar­cos9 pe­ruk. Dzi­siaj założyła krótką czarną pe­rukę, w której wyglądała, jak­by miała na głowie be­ret. Współlo­ka­tor­ki jesz­cze jej nie wi­działy, mu­siała być nowa, ku­pio­na spe­cjal­nie na tę okazję. Nie była zbyt ob­fi­ta w porówna­niu z pe­rukami, które Efe zwy­kle nosiła, przez co nad­mier­nie pod­kreślała rysy jej twa­rzy: nos, usta i oczy wyglądały jak na­dmu­cha­ne, jak oglądane przez szkło powiększające.

Ama nie­cier­pli­wie prze­bie­rała sto­pa­mi w rytm mu­zy­ki.

– Te two­je koślawe nogi jak zwy­kle aż się rwą do tańca – do­ku­czyła jej Efe.

– Gdzie ten al­ko­hol, do cho­le­ry? – Sto­py Amy wciąż po­ru­szały się do tak­tu.

Za­nim Efe zdążyła od­po­wie­dzieć, już jej nie było. Poszła szu­kać swo­je­go ulu­bio­ne­go piwa psze­nicz­ne­go. Pijąc je wiel­ki­mi łyka­mi, tańczyła sama ze sobą na środ­ku par­kie­tu, obi­jała się o in­nych tan­ce­rzy i krzy­czała, że życie jest piękne. Piękne! Czar­ny mężczy­zna z gęsty­mi krótki­mi dre­da­mi po­ma­chał do niej znie­wieściałym ge­stem, na co Ama zro­biła krok do tyłu.

– What’s wrong with ya, si­ster?10 – za­py­tał z ame­ry­kańskim ak­cen­tem. Chciał złapać ją za rękę, ale Ama wy­rwała się i rzu­ciła mu wściekłe spoj­rze­nie.

– Nie je­stem twoją si­ster – syknęła, gwałtow­nie odwróciła się do nie­go ple­ca­mi i odeszła ta­necz­nym kro­kiem.

Wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Blo­ody Afri­cans11 – bąknął pod no­sem i wy­ru­szył na po­szu­ki­wa­nie chętniej­szej part­ner­ki do tańca. Prze­cisnął się do Efe sączącej sok jabłkowy i pociągnął ją na par­kiet. Oka­zała się bar­dziej ustępli­wa. Po­spiesz­nie od­sta­wiła szklankę i wśliznęła się na szyb­ko zapełniający się par­kiet.

– Wema, you’re an aw­ri­ght si­ster! You Afri­cans can re­al­ly par­dy!12

– Jezu, a ty skąd je­steś? – za­py­tała Efe ze śmie­chem.

– Seth Afri­ca. The real deal13. Ty też po­cho­dzisz z Gha­ny?

– Z Ni­ge­rii.

– Wow, Ni­ge­ryj­ka? W Jo’bur­gu roi się od tych ma­kwe­re­kwe­res14. Mnóstwo Afry­kanów. Ci wszy­scy Ni­ge­ryj­czy­cy siedzą w prze­my­cie, co nie? I nar­ko­ty­kach, oczy­wiście. W domu, w Seth Afri­ca, wciąż mówią o nich w wia­do­mościach.

Efe po­wie­działa, że musi wrócić po sok. O co cho­dziło tym Południo­wo­afry­kańczy­kom, dla­cze­go za­wsze za­cho­wy­wa­li się tak, jak­by byli z in­ne­go kon­ty­nen­tu? W szczególności czar­ni Południo­wo­afry­kańczy­cy. Prze­cież RPA też leży w Afry­ce! Zo­ba­czyła Joy­ce, dzi­ko wy­wi­jającą do­cze­pia­nym czar­nym końskim ogo­nem, tańczącą ze śnia­dym mężczyzną w ko­szu­li ken­te15. Uśmiechnęła się do niej i bezgłośnie prze­sy­la­bi­zo­wała: „du­pek”, wska­zując na mężczyznę z RPA, który właśnie roz­ma­wiał z ko­bietą z war­ko­cza­mi sięgającymi ra­mion. Sisi tańczyła tuż za Joy­ce, w jed­nej ręce trzy­mała bu­telkę piwa, drugą dzi­ko ma­chała; w jakiś ma­gicz­ny sposób jej dwa złote pierścion­ki uchwy­ciły światło i je odbiły.

Sisi stanęła bli­sko Joy­ce i szepnęła, że na szczęście Amie po­pra­wił się hu­mor.

– Ta Ama… Cza­sa­mi bywa strasz­nie męcząca. Cze­go ona od nas chce? Żebyśmy cho­dziły na pa­lusz­kach w na­szym własnym domu?

Sisi i Joy­ce do­pie­ro dwa mie­siące temu wpro­wa­dziły się do wspólne­go miesz­ka­nia.

Joy­ce wzru­szyła ra­mio­na­mi. Chciała się za­ba­wić, a nie mar­twić się Amą. Spośród wszyst­kich ko­biet w domu Sisi była je­dyną, której trochę ufała. Ama to bez­na­dziej­ny przy­pa­dek, ko­bieta, którą na­tu­ra ob­da­rzyła wo­jow­ni­czym tem­pe­ra­men­tem i która przy byle oka­zji wpa­da w szał. Efe po­zo­sta­wała dla niej wciąż za­gadką, ale może z cza­sem da się z nią do­ga­dać. W każdym ra­zie była mil­sza od Amy, cho­ciaż też miała swo­je za­gra­nia. Wczo­raj Joy­ce na­zwała ją „mamuśką”, po­nie­waż próbowała załago­dzić sprzeczkę między Sisi i Amą. Wszyst­kie wie­działy, że to żart, na­wet Ama (na­wet Ama!) śmiała się z tego, tyl­ko Efe nie. „Nie je­stem ni­czyją matką” – powie­działa szorst­kim głosem w taki sposób, jak­by zo­stała zdra­dzo­na, jak­by była roz­cza­ro­wa­na. Mimo wszyst­ko jed­nak była sym­pa­tycz­niej­sza od Amy.

– Siku mi się chce – po­wie­działa Sisi, po czym poszła szu­kać ubi­ka­cji. Ama wi­działa, jak to­ru­je so­bie drogę między ludźmi stłoczo­ny­mi na par­kie­cie, i po­deszła do niej.

– Znów się ulat­niasz? – za­py­tała, pusz­czając fi­lu­ter­nie oko.

Sisi za­cisnęła usta i wy­sy­czała:

– Po pro­stu szu­kam to­a­le­ty. Zresztą to nie two­ja spra­wa.

– Jezu, co ci jest, do cho­le­ry?

– Ty, ty mi je­steś.

– Daj spokój! Wciąż je­steś zła o Se­gu­na? – Ama wzięła potężny łyk piwa. – Jeśli to nie­praw­da, to po co się złościsz?

– Za­mknij się, Amo! – Sisi pod­niosła głos. Od in­cy­den­tu z Se­gu­nem Ama za­cho­wy­wała się nie­znośnie. Pusz­czała oczka i robiła głupie uwa­gi, w domu ciągle śpie­wała rzew­ne kawałki o Se­gu­nie i Sisi. – Wy­da­je ci się, że wszyst­ko wiesz.

– Ooo? A cze­go to niby nie wiem? – Ama po­deszła jesz­cze bliżej, ich ra­mio­na ze­tknęły się. Wpraw­dzie Sisi była wyższa, ale gdy­by doszło do ręko­czynów, sama wszyst­kie pie­niądze po­sta­wiłaby na Amę. Ama często miała z ludźmi na pieńku i biła od niej nie­uda­wa­na od­wa­ga, dla­te­go Sisi nie miała za­mia­ru pro­wo­ko­wać jej do bójki. Cofnęła się o krok. Ama zro­biła krok do przo­du. Wte­dy tuż obok nich wy­rosła Efe.

– I jak, dziew­czy­ny? Do­brze się ba­wi­cie?

Przy­pa­dek? Łut szczęścia? Co­kol­wiek spro­wa­dziło Efe, Sisi na­tych­miast to wy­ko­rzy­stała, dając nogę.

Kie­dy wróciła z ubi­ka­cji, Joy­ce wciąż stała na par­kie­cie. Sisi po­deszła do niej i klepnęła ją w ramię.

– O której wy­cho­dzi­my? – za­py­tała Joy­ce, od­wra­cając się tyłem do mężczy­zny w ko­szu­li ken­te.

– Koło siódmej. Chcę się jesz­cze odświeżyć przed pracą wie­czo­rem.

– Tak się ob­jadłam, że w pra­cy po pro­stu usnę – po­wie­działa Joy­ce, śmiejąc się. W szpa­rze między przed­ni­mi zębami można było do­strzec ko­niu­szek jej języka.

– Spa­nie? Cóż, skar­bie, ja wolę myśleć o swo­ich pie­niądzach! Nie mam cza­su na sen i ty też nie! – po­wie­działa Sisi, siląc się na su­ro­wy ton. – Chcę mieć złoty pierścio­nek na każdym pal­cu!

Ta­necz­nym kro­kiem udała się do stołu po chru­piące ku­rze udko, mając na­dzieję, że nie na­tknie się po dro­dze na Amę. Roz­myślała o Prze­po­wied­ni i jej osta­tecz­nym wypełnie­niu się. Wy­brała udko, za­to­piła zęby w so­czy­stej skórce i myślała: Mam szczęście, że tu je­stem, że mogę spełnić swo­je ma­rze­nie. Tyl­ko je­den Pan Bóg wie, kim bym się stała, gdy­bym zo­stała w La­go­sie.

Szyb­ko jed­nak po­rzu­ciła tę smutną myśl. Wolała nie wspo­mi­nać La­go­su ani domu w Ogbie czy Pe­te­ra. Za­miast tego próbowała myśleć o rychłym spełnie­niu się wróżby, dzięki której jej życie rozbłyśnie oszałamiającą fe­erią barw.

Ale wspo­mnie­nia są upar­te.

A na początku…

Byli piel­grzy­mi.

Je­den po dru­gim zno­si­li dary – ze słów,

Ze światów,

Z życia.

Praw­dy.

Sisi

Na ścia­nach miesz­ka­nia w Ogbie wi­siały trzy opra­wio­ne fo­to­gra­fie. Pierwszą zro­bio­no w dniu ślubu ro­dziców Chi­som. Pan­na młoda była ładną dziew­czyną w krótkiej, kręco­nej pe­ru­ce (taka pa­no­wała wte­dy moda), o nieśmiałym uśmie­chu. Pan młody miał prze­działek na środ­ku i fi­glar­nie pa­trzył w obiek­tyw, z jedną dłonią spo­czy­wającą za­bor­czo na ra­mie­niu siedzącej pan­ny młodej, drugą ukrytą w kie­sze­ni spodni; ta po­sta­wa dawała ja­sno do zro­zu­mie­nia: „Świat należy do mnie”. To była szczęśliwa para, uwiecz­nio­na w sty­lo­wej se­pii, na­dającej jej cze­goś ete­rycz­ne­go. Dru­gie zdjęcie, to w środ­ku, przed­sta­wiało Chi­som li­ce­alistkę, w to­dze do zie­mi, stojącą między ro­dzicami. Oj­ciec lek­ko po­chy­lał głowę; z tru­dem dało się do­strzec jego uśmiech. Uśmiech mat­ki był o wie­le bar­dziej wi­docz­ny: pro­mien­nie odsłaniała w nim zęby. Uśmiech Chi­som był naj­szer­szy, sy­gna­li­zo­wał nowy początek. Miała na no­gach nowe buty, ku­pio­ne spe­cjal­nie na roz­da­nie świa­dectw ma­tu­ral­nych, wie­działa, że jej życie za chwilę się zmie­ni. Trze­cie zdjęcie, naj­większe, zo­stało opra­wio­ne w piękną ramkę zdo­bioną musz­la­mi i ko­ra­li­ka­mi. (Zro­bio­no ją na wy­miar na zamówie­nie ojca. „Naj­lep­sza z naj­lep­szych. Wyłącznie naj­lep­sza z naj­lep­szych! Dzi­siaj pie­niądze nie grają roli”.) Zdjęcie wy­ko­na­no w dniu, w którym Chi­som ukończyła stu­dia; wszy­scy tro­je mie­li sze­ro­kie uśmie­chy, ich oczy były większe niż na po­przed­nich fo­to­gra­fiach. Po tym jak fo­to­graf usta­wił ich do zdjęcia, Papa Chi­som powie­dział, że byłoby wspa­nia­le, gdy­by mogła być z nimi ko­bie­ta, która przy na­ro­dzi­nach ich córki prze­ma­wiała w imie­niu bogów. „Faj­nie by było, gdy­by ona też była na tym zdjęciu. Jej słowa dały nam na­dzieję”.

Mat­ka Chi­som po­wie­działa: „Cóż. Szko­da, że się prze­pro­wa­dziła. Po­win­niśmy byli utrzy­my­wać z nią kon­takt”.

A Chi­som rzekła: „Po pro­stu cieszę się, że ukończyłam stu­dia!”.

Nie mogła się do­cze­kać zisz­cze­nia wszyst­kie­go, o czym ma­rzyła. Kładze­nia się spać i wsta­wa­nia w ma­rze­niach, które nosiła w so­bie, odkąd była wy­star­czająco duża, by pragnąć życia in­ne­go, niż wie­dli jej ro­dzi­ce. Nie po­trze­bo­wała już Prze­po­wied­ni, by zo­ba­czyć swoją przyszłość – prze­cież uzy­skała dy­plom do­bre­go uni­wer­sy­te­tu. Będzie miała własny dom. Wy­naj­mie ja­kieś duże lo­kum dla ro­dziców. Po­nie­waż od za­wsze gnieździ­li się we trójkę w dwóch po­ko­jach, chciała mieć ogrom­ny dom, wy­star­czająco dużo miej­sca do tańcze­nia i or­ga­ni­zo­wa­nia so­bot­nich im­prez.

Prze­po­wied­nia utwo­rzyła nad ich głowa­mi au­re­olę, halo z błyszczącym od­bi­ciem rozświe­tlającym szkło. Do cza­su wy­ru­sze­nia z An­twer­pii w od­wie­dzi­ny do ro­dziców Chi­som zmądrze­je na tyle, by przej­rzeć ten błysk, zo­ba­czy jak­by zmarszczkę na zdjęciu, le­d­wie do­strze­galną za­po­wiedź zła, które przyćmi każdy blask.

Chi­som za­wsze ma­rzyła o tym, by opuścić La­gos. Wie­działa, że to jest miej­sce bez przyszłości. Próbowała wy­obra­zić so­bie, jak wyglądałby ko­lej­ny rok w wy­naj­mo­wa­nym przez ojca miesz­ka­niu w Ogbie. Nie po­tra­fiła już dłużej znieść tych ścian, które przez lata pożółkły, przy­brały ko­lor owsian­ki, czuła się, jak­by ich żółte odnóża łapały ją za gardło, kur­czo­wo trzy­mały się jej życia. Próbowała nie wciągać do płuc po­wie­trza, aby nie mu­sieć wdy­chać smro­du za­pleśniałych ma­rzeń, dla­te­go w domu wstrzy­my­wała od­dech jak pływak pod wodą. Od­dy­cha­nie ozna­czałoby śmierć.

– Je­dyną na­dzieją na lep­sze życie jest wy­kształce­nie. Akwu­kwo16. Za­nurz się w książkach, a świat będzie leżał u twych stóp. Spełnie­nie Prze­po­wied­ni jest w two­ich rękach – to były od­wiecz­ne słowa ojca. Kie­dy po raz pierw­szy od wy­jaz­du Sisi wróci do miesz­ka­nia, szep­nie ojcu do ucha, że się mylił. „Myliłeś się” – po­wie, ale on jej nie usłyszy.

Po szko­le śred­niej oj­ciec zre­zy­gno­wał z dal­szej na­uki i często wska­zy­wał to jako powód, dla którego do ni­cze­go w życiu nie do­szedł. Na­wet los nie podał mu po­moc­nej dłoni, nie za­ofe­ro­wał wi­doków na bez­pieczną przyszłość.

– Daję ci szansę, której sam nig­dy nie miałem. Po­trak­tuj ją z roz­wagą. – Jak­by szan­sa była pre­zen­tem, czymś sta­ran­nie za­pa­ko­wa­nym w folię bąbel­kową, chro­niącą przed uszko­dze­niem. Jak­by wy­star­czyło, że Chi­som roz­pa­ku­je po­da­rek, by w eks­pre­so­wym tem­pie doszła do za­wrot­nej sławy i chwały. Oj­ciec za­wsze mówił o swo­jej przeszłości. Ro­dzi­ce ka­za­li mu po­szu­kać pra­cy, aby ro­dzi­na mogła związać ko­niec z końcem. (Trze­ba było opłacić cze­sne. Kupić ubra­nia. Napełnić brzu­chy. „Wy­kształciliśmy cię, te­raz two­ja ko­lej, by wy­kształcić resztę. Przej­mij od nas opiekę nad dzie­więcior­giem bra­ci i sióstr. Do­brze ich wy­kształć, a w ciągu dwóch lat bliźnięta też zdobędą dy­plo­my i będą mogły pójść do pra­cy. Co ci po dzie­ciach, jeśli nie mogą się tobą za­opie­ko­wać na sta­re lata? Wresz­cie możemy się na­cie­szyć tym, że mamy do­rosłego syna!”). Ale mając dzie­więtnaście lat, nie bar­dzo czuł się do­rosły. Chciał iść na uni­wer­sy­tet w Ife, nosić kra­wat i ele­ganc­kie ko­szu­le stu­den­ta. Nie ma­rzył o po­sa­dzie pra­cow­ni­ka ad­mi­ni­stra­cyj­ne­go w fir­mie, z którą nie czuł się związany, jako podwładny tak-proszę-pana-nie-proszę-pana mężczyzn nie­wie­le mądrzej­szych od nie­go, bo w szko­le za­wsze był pry­mu­sem.

– Miałem do tego głowę. Miałem głowę do książek, isi akwu­kwo, mogłem zo­stać le­ka­rzem lub inżynie­rem. Mogłem być kimś.

Często rozglądał się z po­gardą wokół sie­bie: pa­trzył na ścia­ny, na trzy nie­pa­sujące do sie­bie krzesła ze znisz­czo­ny­mi sie­dzi­ska­mi, na ze­psutą wieżę ste­reo (sym­bol czasów, kie­dy jesz­cze myślał, że będzie bo­ga­ty, ku­pio­ny po pod­wyżce, która dała mu złudną na­dzieję, że kie­dyś zo­sta­nie zamożnym człowie­kiem). Rozglądał się i wzdy­chał, jak­by te gra­ty były prze­szkodą w osiągnięciu celu, jak­by wy­star­czyło po­zbyć się tych rze­czy, żeby nadać jego życiu – ta­dam! – inny bieg.

Sisi w szko­le ciężko pra­co­wała, po­nie­waż zda­wała so­bie sprawę z wyśru­bo­wa­nych ocze­ki­wań ojca: do­bra pra­ca za­raz po skończe­niu na­uki na uni­wer­sy­te­cie w La­go­sie. Wy­obrażała so­bie, że czte­ro­let­nie stu­dia Fi­nan­ce & Bu­si­ness Ad­mi­ni­stra­tion au­to­ma­tycz­nie za­owo­cują po­sadą w ban­ku, w jed­nym z tych no­wych banków, które wy­ra­stały w La­go­sie jak grzy­by po desz­czu.

– Może do­sta­niesz nie tyl­ko sa­mochód służbowy, ale i oso­bi­ste­go kie­rowcę – mówił oj­ciec.

Mat­ka do­da­wała, że usiadłaby z nią z tyłu.

– Ty po stro­nie właści­cie­la, a ja obok. A twój kie­row­ca prze­wie­zie nas – fia fia fia17 – po La­go­sie.

We tro­je śmia­li się ser­decz­nie na myśl o po­sia­da­niu ta­kie­go auta. Ford? Da­ewoo? Peu­ge­ot?

– Mam na­dzieję, że to będzie peu­ge­ot, po­nie­waż ta mar­ka od wieków wier­nie służy temu kra­jo­wi. Gdy pra­co­wałem jesz­cze dla UTC… – I wte­dy wy­po­wia­da­na qu­asi-udręczo­nym głosem mo­dli­twa błagal­na mat­ki w de­li­kat­ny sposób za­my­kała usta pa­pie Chi­som.

Dziew­czy­na od­po­wia­dała:

– Nie ob­cho­dzi mnie, ja­kie auto do­stanę, jeśli tyl­ko będę nim mogła jeździć do pra­cy i z po­wro­tem!

– Mądrze. Mądrze. Na­sza mądra córka przemówiła – mówił oj­ciec mi­mo­cho­dem, ale jego głos zdra­dzał, że jest z niej dum­ny, że prze­lał na nią całą swoją na­dzieję, że ma wiel­ki sza­cu­nek dla jej mądrości, wie­dzy, którą zdo­była na uni­wer­sy­te­cie. Jej umysł był ich bi­le­tem w jedną stronę z dusz­ne­go dwu­po­ko­jo­we­go miesz­ka­nia do bo­gat­szej, bar­dziej ele­ganc­kiej dziel­ni­cy, bo zgod­nie z ocze­ki­wa­nia­mi poza au­tem Chi­som miała dys­po­no­wać także od­po­wied­nio dużym do­mem z prze­stron­ny­mi po­miesz­cze­nia­mi dla ro­dziców. Sy­pial­nia dla nich. Sy­pial­nia dla niej. Sa­lon z dużym ko­lo­ro­wym te­le­wi­zo­rem. Kuch­nia z ku­chenką elek­tryczną i szaf­ki na wszyst­kie po­trzeb­ne garn­ki i pa­tel­nie (skończyłoby się trzy­ma­nie ich pod łóżkiem). Kuch­nia w sub­tel­nym ko­lo­rze, la­wen­do­wo­nie­bie­ska lub beżowa, która po­zwo­liłaby im raz na za­wsze za­po­mnieć o kuch­ni w Ogbie, czar­nej od dymu z palącej się ke­ro­zy­ny. Ge­ne­ra­tor prądu – nig­dy więcej uza­leżnie­nia od NEP-y18. I ochro­niarz. I służąca. Wy­so­ka bra­ma z ciężkimi zam­ka­mi. Mur z wy­stającymi kawałkami szkła, który od­stra­szyłby na­wet naj­bar­dziej doświad­czo­nych włamy­wa­czy. Ogród pełen kwiatów. Nie. Żad­nych kwiatów. Ogród wa­rzyw­ny. Co ci po ogro­dzie z rośli­na­mi, których nie można jeść? Ale kwia­ty są ładne. Szpi­nak też jest ładny. Po­mi­do­ry też są ładne. Ogród z kwia­ta­mi i wa­rzy­wa­mi. Okej, okej. Już do­brze. Śmia­li się i ma­rzy­li, zachęceni wy­ni­ka­mi Chi­som, które nie były może zna­ko­mi­te, ale wy­star­czająco do­bre, by nadal mo­gli ma­rzyć.

No i oczy­wiście była jesz­cze Prze­po­wied­nia, której tak na­prawdę Chi­som nie po­trze­bo­wała, by się sta­rać ze wszyst­kich sił.

Dni po ukończe­niu stu­diów wypełniały wesołe śmie­chy i od­po­wie­dzi na ofer­ty pra­cy, różne pla­ny i li­sty z rze­cza­mi do zro­bie­nia (za­wsze po­prze­dzo­ne ko­men­ta­rzem: „Jak tyl­ko Chi­som będzie miała pracę” lub: „Jak tyl­ko znajdę pracę”). Bo jak po­wie­dział oj­ciec, w ich życiu tyl­ko dwie rze­czy są pew­ne: śmierć i wy­ma­rzo­na po­sa­da Chi­som. Śmierć jest stałą (za wie­le, wie­le lat, o ile Bóg po­zwo­li, amen), a kie­dy Chi­som zdobędzie dy­plom uni­wer­sy­te­tu, nic nie prze­szko­dzi jej w zna­le­zie­niu do­brej po­sa­dy. (Niedługo. To tyl­ko kwe­stia cza­su. Ab­sol­wen­ci są bar­dzo pożądani! Bar­dzo pożądani!). Wia­ra ojca w wy­kształce­nie aka­de­mic­kie była tak nie­ro­ze­rwal­nie związana z jego wiarą w Prze­po­wied­nię, że wszyst­ko wy­da­wało się z góry przesądzo­ne.

Ale dwa lata po ukończe­niu stu­diów Chi­som była prak­tycz­nie bez­ro­bot­na. (Przez trzy mie­siące wykładała eko­no­mię w szko­le let­niej: na­uczała o za­sa­dach nie­do­stat­ku i za­po­trze­bo­wa­nia, o pra­wie po­py­tu i podaży). Pra­wie dwa lata poświęciła na pi­sa­nie sta­ran­nych listów mo­ty­wa­cyj­nych, które wraz z CV wysyłała do wie­lu różnych banków w La­go­sie.

Sza­now­ny Pa­nie Pre­ze­sie,

nawiązując do ogłosze­nia w „Da­ily Ti­mes” z dnia 12 czerw­ca, zwra­cam się do Pana z…

Sza­now­ny Pa­nie Dy­rek­to­rze,

nawiązując do ogłosze­nia w „The Gu­ar­dian” z dnia 28 lip­ca, ni­niej­szym prze­syłam swoją ofertę wraz z CV ce­lem…

Nig­dy jed­nak nie za­pro­szo­no jej na­wet na roz­mowę kwa­li­fi­ka­cyjną. Dia­mond Bank. First Bank. Stan­dard Bank. A po­tem mniej­sze ban­ki, o których naj­wy­raźniej wie­lu lu­dzi nig­dy nie słyszało. Lok­pan­ta Na­tio­nal Bank.

– To jakiś bank? Tu­taj, w La­go­sie? Od kie­dy? Jakiś nowy? A w którym miej­scu?

Na­wet w tych nie­zna­nych ban­kach nie było dla niej miej­sca. Na jej na­zwi­sko nie przy­cho­dziły li­sty z ofer­ta­mi pra­cy, na­wet od banków znacz­nie skrom­niej­szych niż in­sty­tu­cje, o których myślała na stu­diach, banków, w których pra­co­wa­li mniej in­te­li­gent­ni lu­dzie z roku z lep­szy­mi układa­mi. Tak jak­by wszyst­kie jej cefałki zni­kały w licz­nych stu­dzien­kach i dziu­rach na uli­cach La­go­su. Cza­sa­mi myślała, że li­sto­no­sze po pro­stu nie do­star­czają jej listów, że sprze­dają je stojącym na po­bo­czu dro­gi do­mokrążcom, by mie­li w co za­pa­ko­wać klien­tom je­dze­nie. Być może, myślała cza­sem, jakiś urzędnik w dro­dze do domu kupił za dzie­sięć nair orzesz­ki ziem­ne w to­reb­ce zro­bio­nej z jej CV. Może za pięć nair za­pa­ko­wano w nie pie­czo­ny po­chrzyn dla głod­ne­go ucznia idącego do szkoły. Chi­som próbowała do­strzec za­baw­ność tych ob­razów, śmie­chem prze­go­nić strach, że jest zarażona nie­unik­nio­nym lo­sem swo­ich ro­dziców. Prze­po­wied­nia nic już dla niej nie zna­czyła. Oczy­wiście…

Nie roz­ma­wia­li już o sa­mo­cho­dzie służbo­wym ani o kie­row­cy. Nie mówili o ogro­dzie z wa­rzy­wa­mi lub kwia­ta­mi. Z upływem lat Chi­som prze­stała pisać li­sty mo­ty­wa­cyj­ne.

– Dla­cze­go miałabym się jesz­cze wy­si­lać? – za­py­tała ojca, gdy próbował ją do tego nakłonić. – A może do­wie­działeś się, że któryś z two­ich przy­ja­ciół jest dy­rek­to­rem w którymś z tych banków? Bo tak to nie­ste­ty działa, ro­zu­miesz?

Nie po­wie­działa ojcu, że ubie­gała się też o inne po­sa­dy, sta­no­wi­ska nie­zgod­ne z jej wy­kształce­niem, bo według sie­bie miała na nie taką samą szansę jak na pracę w ban­ku. Ste­war­de­sa w Triax Air­li­nes (musi świet­nie umieć pływać; Chi­som nig­dy się tego nie na­uczyła); pra­cow­ni­ca działu ad­mi­ni­stra­cji w Air Fran­ce (wy­ma­ga­na biegła zna­jo­mość języka fran­cu­skie­go; Chi­som znała fran­cu­ski tak samo jak język jo­ru­ba19, to zna­czy słabiut­ko albo wca­le, naj­wyżej kil­ka zdań wtłoczo­nych przez nad­gor­li­we­go na­uczy­cie­la: Com­ment tu t’ap­pel­les? Je m’ap­pel­le Chi­som, et vous? Com­me ci, com­me ça. Voilà. Mon­sieur May­aki. Mon­sieur May­aki est fort20). Miała rację, stąd też nie nad­cho­dziły za­pro­sze­nia na roz­mowę. Mimo to nadal przeglądała ga­ze­ty i me­cha­nicz­nie od­po­wia­dała na przy­pad­ko­we ogłosze­nia. To bez­myślne wysyłanie ofert przy­no­siło jej bez mała sa­tys­fakcję; jed­no­cześnie bez­rad­na, sfru­stro­wa­na i zła pa­trzyła, jak życie kpi z roz­ma­chu jej ma­rzeń, więc gdy do­stała tę pro­po­zycję, była zde­ter­mi­no­wa­na, by przejąć kon­trolę nad swo­im życiem, by chwy­cić je za kark i roześmiać mu się pro­sto w twarz. Ni­ko­mu nie po­zwo­li ode­brać so­bie tej szan­sy. Na­wet Pe­te­ro­wi.

Zwar­te­zu­sters­stra­at

Za­nim Efe przy­je­chała do Bel­gii, ma­rzyła o zam­kach i czy­stych uli­cach, i śnie­gu białym jak sól. Ale te­raz jej myśli o Bel­gii i oko­li­cy, w której miesz­ka, przy­po­mi­nają ra­czej ma­rze­nie kla­sy B. Mówi o nim w taki sam sposób, w jaki opo­wia­da o Joy­ce, gdy jej przy tym nie ma: An­twer­pia ma po­ten­cjał, by być ele­ganc­kim mia­stem, ale nie po­tra­fi taka być. W jej części An­twer­pii wy­so­kie biu­row­ce stoją obok spe­lun­ko­wa­tych ma­ga­zynów i brud­nych kramów z owo­ca­mi, pro­wa­dzo­nych przez żywiołowych Turków i Ma­ro­kańczyków. Na ciem­nych uli­cach, pociętych to­ra­mi tram­wa­jo­wy­mi, ocie­rają się o sie­bie stojące cia­sno bu­dyn­ki o wąskich drzwiach i wy­so­kich oknach. Dom, który dzielą ko­bie­ty, ma starą mie­dzianą kołatkę i drzwi z klapką dla kotów za­kle­joną grubą taśmą.

Na zewnątrz szcze­ka pies sąsia­da. Właści­ciel woła coś do nie­go, mówi, że ma być ci­cho, że za­raz go wy­pro­wa­dzi.

– Może pa­nie jesz­cze śpią – mówi. – Ćśśś.

Ale pa­nie nie śpią. W po­ko­ju z języ­ka­mi ognia wy­ma­lo­wa­ny­mi na ścia­nach siedzą Efe, Ama i Joy­ce. Siedzą na sze­ro­kiej, trzy­oso­bo­wej so­fie – czar­ne obi­cie zsza­rzało ze sta­rości, a rama pra­wie za­pa­da się pod ich ciężarem. Ścia­na, przy której stoi ka­na­pa, jest chłodna i gdy od­chy­lają się do tyłu, chłód prze­ni­ka ich kar­ki. Głównie milczą; wygląda na to, że otu­liły się ciszą, która szczel­nie wypełnia pokój i nie po­zo­sta­wia miej­sca na nic in­ne­go. Ciszą, która ni­czym ogrom­na gąbka pochłania całe po­wie­trze; ran­kiem wie­lo­krot­nie roz­ważały otwo­rze­nie drzwi, ale nie zro­biły tego, bo wiedzą, że to nie­wie­le zmie­ni, po­nie­waż na zewnątrz znaj­du­je się krótki ko­ry­ta­rzyk wyłożony dy­wa­nem. Wciąż siedzą; czują, że w po­ko­ju jest dusz­no, po­cie­rają kar­ki i skro­nie. Nadal żadna z nich nie ode­zwała się ani słowem. Nie będą o tym roz­ma­wiać. Sisi jest wszędzie. Nie ma jej, ale nie mogą od niej uciec na­wet w myślach. Joy­ce mówi wresz­cie, że pokój jest za­ku­rzo­ny. Przy­no­si ścierkę z kuch­ni i wy­cie­ra ścia­ny, po­tem stół i gzyms nad atrapą ko­min­ka ze szcza­pa­mi, które nig­dy nie płoną. Efe mówi:

– Prze­stań. Nie jest za­ku­rzo­ny.

Joy­ce wciąż upar­cie wy­cie­ra ku­rze. Ścier­ka tańczy z roz­tar­gnie­niem, jak osza­lała.

Między no­ga­mi Amy stoi bu­tel­ka lef­fe. Ko­bie­ta bie­rze ją i z niej pije. Bul­got piwa na chwilę prze­ry­wa ciszę. Gul. Gul. Gul. Do cza­su aż bu­tel­ka sta­je się pu­sta. Ama rzu­ca ją na podłogę. Efe pa­trzy, jak się tur­la co­raz wol­niej, aż w końcu nie­ru­cho­mie­je.

– Czy to trochę nie za wcześnie na pi­cie, Amo? Słońce do­pie­ro co wstało! – mówi.

– Jest wcześnie, no i co z tego, do cho­le­ry? – Ama beka. Do­ty­ka krzyżyka.

– Jak­byś miała czer­wo­ne mrówki w tyłku. Dzień w dzień cho­dzisz na­bz­dy­czo­na.

– Spa­daj. – Ko­lej­ne bek­nięcie.

Joy­ce wciąż wy­cie­ra ku­rze.

Ko­bie­ty nie zdają so­bie spra­wy, ile dla sie­bie znaczą, wy­bra­ne przez zrządze­nie losu i głośnego mężczyznę, De­le­go, połączo­ne przy­jaźnią z rozsądku, za­do­wa­lające się garstką in­for­ma­cji na swój te­mat. Nie za­dają pytań, chy­ba że na wyraźną prośbę. Głośno się śmieją i wspólnie słuchają mu­zy­ki w sa­lo­nie. Nie mar­twią się swo­im życiem, które na­uczyło je, jak naj­le­piej wy­ko­rzy­sty­wać kartę atu­tową, wsu­niętą przez Boga między uda. Donośnie i lek­ce­ważąco ana­li­zują przy­chodzących do nich mężczyzn – mężczyzn, którzy spędzają noc na nich lub za nimi, którzy po­su­wają, ma­cają i obłapiają ich ciem­ne pupy i w końcu używają palców, by wsunąć w nie swój zie­mi­sty kawałek mięsa. A te­raz przez tę najświeższą wia­do­mość połączyło je coś nie­re­al­ne­go, coś, o czym nie mają od­wa­gi roz­ma­wiać. Jak­by omi­jając ten te­mat, uni­kając go, mogły uda­wać, że to się nig­dy nie wy­da­rzyło. Ale myśli o Sisi kręcą pi­ru­ety po po­ko­ju, fi­kają ko­ziołki z taką gwałtow­nością, że nie można od nich uciec.

Sisi

– Tu się można udu­sić! – Chi­som upuściła lu­stro i odwróciła się do Pe­te­ra, swo­je­go chłopa­ka, z którym była już trzy lata. W trak­cie kłótni wściekła wy­biegła z miesz­ka­nia ro­dziców i poszła do nie­go. Pe­ter miesz­kał w po­bliżu. Miał li­cen­cjat z ma­te­ma­ty­ki, dy­plom w ram­kach wi­siał dum­nie na ścia­nie za­gra­co­ne­go sa­lo­nu nad małym czar­no-białym te­le­wi­zo­rem, na­prze­ciw drzwi, tak że był pierwszą rzeczą, na którą zwra­ca­li uwagę goście. Wyżej wi­siał jesz­cze opra­wio­ny do­ku­ment stwier­dzający, że Pe­te­ra ogłoszo­no pra­cow­ni­kiem roku. I jesz­cze zdjęcie za­chwy­co­ne­go Pe­te­ra, ści­skającego dłoń znu­dzo­ne­go mężczy­zny w czar­nej kurt­ce. Na­pis pod zdjęciem głosił: EM­PLOY­EE OF THE YEAR, WITH THE COM­MIS­SIO­NER FOR EDU­CA­TION, CHIEF DR. R.C. MU­NO­NYE21. W sy­pial­ni Pe­te­ra wi­siały też opra­wio­ne zdjęcia, na których z błyszczącymi ocza­mi ści­skał dłonie mężczyzn (i cza­sem ko­biet), wyglądających na równie znu­dzo­nych. Albo zajętych. A często i jed­no, i dru­gie. Miesz­ka­nie Pe­te­ra przy­po­mi­nało prze­cho­wal­nię wspo­mnień o co­raz większych suk­ce­sach, które zda­niem Chi­som nie po­tra­fiły jed­nak ukryć zdra­dli­wej na­tu­ry tych mo­mentów chwały. Zna­lazł się w śle­pym zaułku. W prze­ci­wieństwie do swo­jej dziew­czy­ny bra­ko­wało mu skłonności do snu­cia ma­rzeń, nie czuł po­trze­by bu­rze­nia murów, w których był uwięzio­ny; to z ko­lei wzbu­dzało u Chi­som po­czu­cie, że się od nie­go od­da­la.

– Kie­dyś się z tobą ożenię i cię stąd za­biorę – przy­rzekł Pe­ter zde­cy­do­wa­nym głosem na­uczy­cie­la i uniósł pa­lec wska­zujący dla pod­kreśle­nia wagi przy­sięgi. Pod­szedł do Chi­som i objął ją w ta­lii, de­li­kat­nie przy­ciągnął jej twarz do swo­jej i szepnął: – Obie­cuję ci to. Za­biorę cię stąd, ko­cha­nie. – Jesz­cze raz ją przy­tu­lił.

W Eu­ro­pie, kie­dy nie na­zy­wała się już Chi­som i za­nim po­znała Luca, właśnie za tym naj­bar­dziej tęskniła. Za dłońmi Pe­te­ra obej­mującymi ją w ta­lii. Za jego ciepłym od­de­chem na jej twa­rzy, za­ro­stem dra­piącym w po­li­czek. Była prze­ko­na­na, że już nig­dy nie doświad­czy ta­kiej miłości i że już nig­dy nie za­pra­gnie in­tym­ności, która spra­wiała, że najchętniej stałaby się jed­nością z drugą osobą. I w jed­nym, i w dru­gim wy­pad­ku nie miała ra­cji.

– Nie chcę być taka jak moja mat­ka – po­wie­działa Chi­som, de­li­kat­nie zdej­mując jego ręce z ta­lii i od­wra­cając się, by temu młodzieńcowi, któremu zda­wało się, że może ją ura­to­wać, spoj­rzeć z po­wagą w oczy. Co on może mi dać? – myślała. – Pra­cu­je jako na­uczy­ciel w po­bli­skiej szko­le. W tych mie­siącach, kie­dy w ogóle do­sta­wał pie­niądze, jego wy­na­gro­dze­nie le­d­wie star­czało na opłace­nie czyn­szu lo­ka­lu, w którym miesz­kał z piątką swo­ich bra­ci i sióstr. A w mie­siącach, w których nie do­sta­wał wypłaty, błagał właści­cie­la domu o kre­dyt. Spoj­rzał jej w oczy głęboko, z na­masz­cze­niem, czym spra­wił jej ból. Odwróciła wzrok. Jego bo­ha­ter­ska wręcz cier­pli­wość ją de­ner­wo­wała.

– Pe­ter, za­nim za­czniesz obie­cy­wać, że ura­tu­jesz in­nych, naj­pierw mu­sisz za­dbać o to, żebyś sam nie po­szedł na dno!

Jej głos za­brzmiał bar­dziej gniew­nie, niż chciała. Dla­cze­go uzur­pu­je so­bie pra­wo do składa­nia obiet­nic, których nie może spełnić? Ja­kim pra­wem pro­si ją, by zo­stała, by za­cze­kała na nie­go, kie­dy ona czu­je, że wciąga ją co­raz głębiej pod wodę?

To nie tak, że już go nie ko­chała. Ależ ko­chała. Ko­chała jego lewe oko, które przy­my­kał, gdy się uśmie­chał. Ko­chała sposób, w jaki ją kołysał, gdy się ko­chali, do­tyk jego od­de­chu na skórze. Ko­chała jego gry­mas przy je­dze­niu, jak­by sama czyn­ność je­dze­nia, ostrożne przeżuwa­nie posiłku było przy­jem­nością, formą sztu­ki, którą należy pielęgno­wać.

Ale jej miłość nie była bez­gra­nicz­na. Pe­ter nie miał środków, by zmie­nić jej życie. Gdy­by tyl­ko miała zdol­ność prze­wi­dy­wa­nia, myślała często, wy­brałaby pielęgniar­stwo. Mężczyźni, którzy wra­ca­li na święta z port­fe­la­mi wypełnio­ny­mi ob­cy­mi wa­lu­ta­mi z Eu­ro­py i Stanów w po­szu­ki­wa­niu ko­biet, za­wsze wy­bie­ra­li pielęgniar­ki. Mówili, że pielęgniar­kom łatwiej zna­leźć pracę za gra­nicą.

„Bry­tyj­ska opie­ka me­dycz­na jest, kur­de, zależna od na­szych pielęgnia­rek, in­nit22?” – te słowa wy­po­wie­dział jej przy­ja­ciel Ed, ku­zyn Ezim­my. Ed też wrócił, by zna­leźć ko­bietę. Miesz­kał w An­glii, w miej­sco­wości o nie­wy­ma­wial­nej na­zwie kończącej się na „-shi­re”, tak nie­pod­ważal­nie an­giel­skiej, że aż atrak­cyj­nej, i po trzech ty­go­dniach po­pi­sy­wa­nia się w Ni­ge­rii własną osobą i swo­imi fun­ta­mi zna­lazł chętną pielęgniarkę. I cho­ciaż Chi­som nie­na­wi­dziła spo­so­bu, w jaki w każde zda­nie wtrącał shit, blo­ody fuc­king i in­nit, wie­działa, że powie­działaby „tak”, gdy­by po­pro­sił ją o rękę, bo w tam­tej chwi­li jej prze­ko­na­nie, że miłość jest wa­run­kiem małżeństwa, odpłynęło w siną dal. Tęsknotę, pra­gnie­nie, aby poślubić kogoś z miłości, od­kry­je rok później za gra­nicą.

– Wszy­scy je­steśmy tu uwięzie­ni, ko­cha­nie – po­wie­dział Pe­ter, po­now­nie ota­czając ją ra­mio­na­mi. Przy­sta­wił usta do jej ucha i zaczął de­li­kat­nie je pod­gry­zać. Lubiła, gdy to robił.

– A ja mam dość tego więzie­nia. – Nie wy­rwała się z jego uści­sku i pożałowała swo­je­go wcześniej­sze­go wy­bu­chu. W końcu to nie wina Pe­te­ra, że ona nie ma pra­cy, że on za mało za­ra­bia, że cała go­spo­dar­ka jest pogrążona w cha­osie, że jej oj­ciec przez tyle lat do ni­cze­go nie do­szedł na państwo­wej po­sa­dzie, że Chi­som nie trak­tu­je Pe­te­ra jako części Prze­po­wied­ni. Za­mknęła oczy i dała się po­rwać za­pa­cho­wi jego wody kolońskiej. – Chciałabym, żeby życie było właśnie ta­kie – mruknęła. – Żeby pach­niało tak pięknie.

I gdy to po­wie­działa, zro­zu­miała, że nie wy­trzy­ma ko­lej­ne­go roku w La­go­sie. Nie w tych wa­run­kach. Muszę stąd wy­je­chać, po­sta­no­wiła. Może to ta kon­klu­zja spo­wo­do­wała, że cofnęła się, gdy Pe­ter otwo­rzył jej usta i wsunął język do środ­ka. Położyła mu dłoń na pier­si i de­li­kat­nie go ode­pchnęła. Burknęła, że nie jest w na­stro­ju.

Parę ty­go­dni później wmówi so­bie, że to ta kon­klu­zja, to uro­czy­ste przy­rze­cze­nie spro­wa­dziło ją pro­sto na drogę Opatrz­ności. To ułatwi jej odejście od Pe­te­ra. A jeśli cho­dzi o ro­dziców, jej wy­jazd będzie ko­rzyst­ny zarówno dla nich, jak i dla niej.

Chi­som właśnie po­pra­wiała so­bie trwałą w zakładzie fry­zjer­skim przy Ade­ni­ran Ogun­sa­nya, gdy do sa­lo­nu wszedł mężczy­zna z ogrom­nym brzu­chem w to­wa­rzy­stwie młodej dziew­czy­ny. Nie miała więcej niż sie­dem­naście lat, ale ze spo­so­bu, w jaki mężczy­zna ją trzy­mał i mi­mo­cho­dem do­tknął lewą ręką jej pośladków, można było wy­wnio­sko­wać, że ich związek nie jest nie­win­ny.

– Oya23! Zrób jej coś ład­ne­go z włosa­mi. Dzi­siaj wyjeżdża za gra­nicę. Tak, ład­nie ją uczesz! – krzyknął, bez mała po­py­chając dziew­czynę w kie­run­ku jed­nej z fry­zje­rek. Wyjął białą chu­s­teczkę i otarł pot z czoła. Głośno od­dy­chał, jak­by do­pie­ro co biegł w ma­ra­to­nie. Chi­som pomyślała, że praw­do­po­dob­nie to to ga­da­nie tak go zmęczyło, tak wie­le go kosz­to­wało. Młoda dziew­czyna – z no­ga­mi do sa­mej szyi, nie licząc gi­gan­tycz­ne­go biu­stu – mil­czała. Na jej twa­rzy ma­lo­wał się nie­pew­ny uśmiech, gdy Tina, fry­zjer­ka, w której kie­run­ku ją po­pchnął, do­ty­kała jej włosów, żeby spraw­dzić, co może z nimi zro­bić.

– Chcesz war­ko­czy­ki? Two­je włosy się do tego świet­nie na­dają – skom­ple­men­to­wała ją Tina, pro­fe­sjo­nal­nie prze­cze­sując pal­ca­mi ko­smy­ki dziew­czy­ny.

– War­ko­czy­ki? Mówię prze­cież, że je­dzie za gra­nicę. Czyżbyś chciała zro­bić z nich shu­ku24? Trwała będzie lep­sza. Do­daj re­lak­se­ra25. Za­dbaj, by wyglądała jak ko­bie­ta oy­ibo! Chcę, żeby miała włosy białej ko­bie­ty! – Znów otarł czoło.

Ro­zej­rzał się, szu­kając krzesła, i zna­lazł drew­nia­ny stołek, który przy­ciągnął do sie­bie, sa­do­wiąc się na nim. Pod­czas gdy jego ogrom­ne poślad­ki nie­bez­piecz­nie kołysały się nad wąskim sie­dzi­skiem, zawołał do jed­nej z fry­zje­rek:

– Czyżbyś do­pie­ro co zdjęła z nie­go mięso od rzeźnika? Ko­bie­to, ale ten stołek jest brud­ny!

Fry­zjer­ka przewróciła ocza­mi i ze­rwała spra­ny ręcznik z głowy klient­ki. Za ple­ca­mi mężczy­zny splunęła na ręcznik i dokład­nie wy­tarła nim stołek. Chi­som wi­działa, co zro­biła ko­bie­ta, i za­chi­cho­tała.

– No, czy­sty jak łza, proszę pana – po­wie­działa fry­zjer­ka do pleców mężczy­zny z wy­ma­lo­wa­nym na twa­rzy uśmie­chem pełnym za­do­wo­le­nia, gdy ob­ser­wo­wała, jak sa­do­wi się, postękując.

Tina po­now­nie do­tknęła włosów dziew­czy­ny.

– Ładne, na­prawdę bar­dzo ładne. – Po­sa­dziła ją na wol­nym krześle obok Chi­som. Jak tyl­ko skończy z klientką, to ją obsłuży, obie­cała.

– Więc wyjeżdżasz za gra­nicę? – za­py­tała Chi­som.

– Tak. – Dziew­czy­na skinęła głową. I jak­by do­pie­ro te­raz coś so­bie uświa­do­miła, dodała: – Do Hisz­pa­nii. – Jej głos brzmiał głucho, jak­by mówie­nie spra­wiało jej ból.

– A co będziesz robić za gra­nicą?

– Będzie pra­co­wać! Ty też chcesz? Ty też chcesz pra­co­wać za gra­nicą?

Gru­by mężczy­zna pod­szedł do miej­sca, gdzie sie­działy Chi­som i dziew­czy­na, i wcisnął się między nie. Znów wyciągnął chu­s­teczkę i sapiąc, wy­tarł pot z kar­ku. Na jego szyi Chi­som do­strzegła ta­tuaż: mały, ciem­ny ry­su­nek młota. W chwi­li śmier­ci przy­po­mni so­bie właśnie De­le­go i jego ta­tuaż na szyi.

– Jeśli chcesz wy­je­chać z tego głupie­go kra­ju, wpad­nij po­ga­dać – ciągnął pod­nie­sio­nym głosem, nie do­pusz­czając dziew­czy­ny do głosu. Wyjął port­fel z kie­szon­ki na pier­si i wyjął z nie­go wi­zytówkę. – Bierz. – Wyciągnął dłoń z wi­zytówką.

Chi­som przyjęła kar­to­nik, który jej podał, z grzecz­ności. Nie brała tego na poważnie. Kto pro­po­no­wałby kom­plet­nie ob­cej oso­bie możliwość wy­jaz­du za gra­nicę? Scho­wała wi­zytówkę ze złotą obwódką do to­reb­ki.

Nie ode­zwała się już do dziew­czy­ny, bo zro­zu­miała, że mężczy­zna i tak od­po­wie za nią. Jego za­cho­wa­nie ją iry­to­wało i właści­wie żałowała, że nie była wo­bec nie­go nie­grzecz­na i że nie zi­gno­ro­wała jego wi­zytówki. I tak nie miała za­mia­ru z niej sko­rzy­stać.

Gdy tego wie­czo­ru wróciła do domu i trze­ci raz z rzędu do­stała na obiad gari26 i zupę, za­po­mniała o ofer­cie mężczy­zny. Następne­go dnia, gdy oj­ciec wrócił do domu i po­wie­dział, że chodzą plot­ki o zwol­nie­niach urzędników („Moje sta­no­wi­sko jest następne w ko­lej­ce, dwa­dzieścia czte­ry lata służby i hop­sa, wy­pad, bo nie po­chodzę z La­go­su!”), wyciągnęła kar­to­nik z to­reb­ki i przez chwilę ob­ra­cała go w dłoniach, jak­by sku­bała coś ład­ne­go, je­dwab­ne majt­ki czy coś w tym ro­dza­ju; po­tem znów scho­wała go do to­reb­ki. Kie­dy poszła do ubi­ka­cji i od­kryła, że nie może spuścić wody i że w se­de­sie pełno jest wijących się ro­baków i kupy z całego dnia – mia­sto wal­czyło z bra­kiem wody – ścisnęło ją w gar­dle. Musi wyjść z tego domu, przejść się, wyjść na świeże po­wie­trze! Wyszła więc bez kon­kret­ne­go celu i szła przed sie­bie, aż stanęła przed biu­row­cem przy Ran­dle Ave­nue; nieświa­do­mie za­pa­miętała ad­res wid­niejący na wi­zytówce ze złotą obwódką.

Biu­ro było prze­stron­ne, dy­wan pod jej sto­pa­mi tak gru­by, że za­pa­dała się w nim jak w ru­cho­mych pia­skach. Kli­ma­ty­za­cja trzy­mała ciężki upał La­go­su na zewnątrz i po­wo­do­wała, że jej skóra była chłodna w do­ty­ku, jak­by Chi­som do­pie­ro co wzięła wie­czorną kąpiel. Dziew­czy­na za­sta­na­wiała się, co tu robi. Dla­cze­go stoi przed tym ob­cym mężczyzną, który sie­dział za biur­kiem z obleśnym uśmiesz­kiem na na­la­nej twa­rzy z gru­bymi fałdami podwójne­go podbródka.