Fatalna czarownica. Pechowe zaklęcie - Jill Murphy - ebook
Opis

Mildred Hubble, to zwykła dziewczyna, której marzenie się spełniło – została uczennicą w Akademii Czarów Panny Cackle. Niestety Mildred należy do osób, które bez przerwy pakują się w kłopoty. W tym roku Mildred jest naprawdę zdeterminowana, żeby poprawić swoją reputację najgorszej czarownicy, jaka kiedykolwiek przekroczyła próg Akademii Panny Cackle. Niestety i tym razem i nie udało jej się uniknąć kłopotów – zostaje zamieniona w żabę przez swoją największą rywalkę – Ethel Hallow. Co więcej, w tej postaci trafia do kieszeni surowej panny Hardbroom. 

Fatalna czarownica to powieść, która pokochały miliony młodych czytelników i widzów na całym świecie. Teraz z przygodami Midred mogą zapoznać się również ci z polskich fanów, którzy znali je dotąd tylko z Netflixa.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 52

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Fa­tal­na cza­row­ni­ca

Jill Mur­phy za­czę­ła two­rzyć opo­wie­ści w wie­ku sze­ściu lat. Za­pi­sa­ne kart­ki łą­czy­ła zszy­wa­czem i tak po­wsta­ły jej „de­biu­tanc­kie” książ­ki. Pierw­sza część z se­rii o pe­cho­wej cza­row­ni­cy zo­sta­ła opu­bli­ko­wa­na w 1974 roku i cie­szy­ła się ogrom­nym po­wo­dze­niem wśród czy­tel­ni­ków. Opi­sa­ne w Fa­tal­nej cza­row­ni­cy przy­go­dy za­in­spi­ro­wa­ne zo­sta­ły wła­sny­mi do­świad­cze­nia­mi au­tor­ki: „Chcia­łam opi­sać szko­łę do­kład­nie taką jak moja, do­da­jąc do niej tro­chę ma­gii. Pra­ce nad ty­tu­łem za­czę­łam w wie­ku 15 lat, a wszyst­kie po­sta­ci mają ce­chy mo­ich szkol­nych przy­ja­ciół, wro­gów i na­uczy­cie­li”. Zda­niem Jill Mur­phy to wła­śnie au­ten­tycz­na pod­bu­do­wa za­pew­ni­ła Fa­tal­nej cza­row­ni­cy świa­to­wy suk­ces.

Fatalna czarownica Pechowe zaklęcie

Jill Murphy

Tłumaczenie: Michał Zacharzewski

Original title: A BAD SPELL FOR THE WORST WITCH Copyright © 1982 by Jill Murphy All rights reserved.

Copyright for the Polish edition © by Wydawnictwo RM, 2018 All rights reserved.

Wydawnictwo RM 03-808 Warszawa, ul. Mińska 25 rm@rm.com.pl; www.rm.com.pl

ISBN 978-83-7773-973-0 ISBN 978-83-8151-073-8 (ePub) ISBN 978-83-8151-074-5 (mobi)

Redaktor prowadząca: Aleksandra ŻdanRedakcja: Agnieszka Trzebska-CwalinaKorekta: Bartłomiej NawrockiOpracowanie graficzne okładki wg oryginału: Maciej JędrzejecEdytor wersji elektronicznej: Tomasz ZajbtOpracowanie wersji elektronicznej: Marcin FabijańskiWeryfikcja wersji elektronicznej: Justyna Mrowiec

Żadna część tej pracy nie może być powielana i rozpowszechniana, w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (elektroniczny, mechaniczny) włącznie z fotokopiowaniem, nagrywaniem na taśmy lub przy użyciu innych systemów, bez pisemnej zgody wydawcy.

Wszystkie nazwy handlowe i towarów występujące w niniejszej publikacji są znakami towarowymi zastrzeżonymi lub nazwami zastrzeżonymi odpowiednich firm odnośnych właścicieli.

Wydawnictwo RM dołożyło wszelkich starań, aby zapewnić najwyższą jakość tej książce, jednakże nikomu nie udziela żadnej rękojmi ani gwarancji. Wydawnictwo RM nie jest w żadnym przypadku odpowiedzialne za jakąkolwiek szkodę będącą następstwem korzystania z informacji zawartych w niniejszej publikacji, nawet jeśli Wydawnictwo RM zostało zawiadomione o możliwości wystąpienia szkód.

W razie trudności z zakupem tej książki prosimy o kontakt z wydawnictwem: rm@rm.com.pl

Rozdział pierwszy

Mi­jał pierw­szy dzień no­we­go roku szkol­ne­go, już dru­gie­go, jaki Mil d­red Hub­ble mia­ła spę­dzić w Aka­de­mii Cza­rów Pan­ny Cac­kle. Rok szkol­ny dzie­lił się na dwa dłu­gie se­me­stry, z któ­rych pierw­szy roz­po­czy­nał się we wrze­śniu i trwał aż do koń­ca stycz­nia. Zna­ny był jako se­mestr zi­mo­wy i koń­czył go mie­siąc dłu­go ocze­ki­wa­nych wa­ka­cji. Dru­gi se­mestr roz­po­czy­nał się w mar­cu i koń­czył pod ko­niec lip­ca, a na­zwa­ny był se­me­strem let­nim. I to po­mi­mo tego, że kie­dy się za­czy­nał, na ze­wnątrz wciąż było kosz­mar­nie zim­no, wręcz lo­do­wa­to. Po tym se­me­strze na­stę­po­wał ko­lej­ny wspa­nia­ły mie­siąc wa­ka­cji. Trwał aż do po­cząt­ku wrze­śnia, kie­dy ru­szał ko­lej­ny rok szkol­ny.

Ten pierw­szy był dla Mil­dred praw­dzi­wą ka­ta­stro­fą i na­le­ża­ło uznać za cud, że w ogó­le po­zwo­lo­no jej wró­cić do szko­ły. Dziew­czyn­ka na­le­ża­ła do tych nie­szczę­śni­czek, któ­re nie­mal na każ­dym kro­ku pa­ko­wa­ły się w kło­po­ty. Choć sta­ra­ła się być uczyn­na i wzo­ro­wo się za­cho­wy­wać, naj­wy­raź­niej po­sia­da­ła nie­zwy­kły ta­lent – oka­zy­wa­ła się bo­wiem przy­czy­ną wszyst­kich afer, ja­kie mia­ły miej­sce w aka­de­mii. I trze­ba przy­znać, że w nie­któ­rych sy­tu­acjach (zwłasz­cza kie­dy po­no­si­ła ją fan­ta­zja) po­tra­fi­ła za­mie­nić zwy­czaj­ne z po­zo­ru wy­da­rze­nie w praw­dzi­we świę­to cha­osu.

Te­raz jed­nak Mil­dred była już nie­co star­sza i mą­drzej­sza (i mia­ła dużo więk­szą mo­ty­wa­cję), w do­dat­ku za­le­ża­ło jej na utra­cie re­pu­ta­cji naj­gor­szej cza­row­ni­cy w szko­le.

Kie­dy przy­le­cia­ła na mio­tle pod bra­mę aka­de­mii, przy­po­mi­na­ją­cą nie­co te wię­zien­ne, tuż za nią zo­ba­czy­ła za­mglo­ny dzie­dzi­niec. Tym ra­zem uda­ło jej się nie spóź­nić i dla­te­go sta­ła tam tyl­ko nie­wiel­ka grup­ka dziew­cząt. Wszyst­kie prze­stę­po­wa­ły z nogi na nogę i po­pra­wia­ły pe­le­ry­ny, żeby nie prze­mar­z­nąć do szpi­ku ko­ści. W szko­le za­wsze było chłod­no, po­nie­waż – ni­czym wa­row­ny za­mek – wy­bu­do­wa­no ją z ka­mie­nia, po­nad­to mie­ści­ła się na szczy­cie wy­so­kiej góry oto­czo­nej tak gę­stym la­sem so­sno­wym, że aż po­nu­rym i wil­got­nym. Uczen­ni­ce nie­mal nie­ustan­nie prze­zię­bia­ły się lub ła­pa­ły ka­tar, zwłasz­cza gdy za­ję­cia od­by­wa­ły się na dwo­rze.

– Zdro­we świe­że po­wie­trze – wo­ła­ła pan­na Drill, na­uczy­ciel­ka gim­na­sty­ki, gdy sły­sza­ła kasz­lą­ce i ki­cha­ją­ce uczen­ni­ce. – Na do­bre wam to wyj­dzie. Pięć­set li­ni­jek do prze­pi­sa­nia za karę dla każ­dej, któ­ra scho­wa się do środ­ka przed dzwon­kiem!

Mil­dred prze­le­cia­ła nad bra­mą i wy­lą­do­wa­ła ele­ganc­ko po dru­giej stro­nie.

– No pro­szę, to cał­kiem nie­zły po­czą­tek – po­my­śla­ła, roz­glą­da­jąc się z na­dzie­ją, że ktoś wi­dział jej uda­ne lą­do­wa­nie. Oczy­wi­ście nikt jej nie za­uwa­żył. Lu­dzie do­strze­ga­li ją do­pie­ro wte­dy, kie­dy zro­bi­ła coś okrop­ne­go. Ni­g­dy w mo­men­tach trium­fu.

Mio­tła grzecz­nie uno­si­ła się w po­wie­trzu, naj­wy­raź­niej cze­ka­jąc na ko­lej­ne dys­po­zy­cje. Dziew­czyn­ka wy­cią­gnę­ła zza sie­bie wa­liz­kę i spoj­rza­ła na prę­go­wa­ne­go kota Tab­by’ego wciąż roz­płasz­czo­ne­go na mio­tle. Ślep­ka miał przy­mknię­te, pa­zu­ry zaś wy­cią­gnię­te i wbi­te w wit­ki, jak­by przed chwi­lą wal­czył o ży­cie. Bied­ny fu­trzak na­dal nie przy­zwy­cza­ił się do uno­sze­nia się w po­wie­trzu i po wy­lą­do­wa­niu Mil­dred za­wsze mu­sia­ła od­ry­wać go od mio­tły.

– Że też aku­rat do­sta­łam ta­kie­go kota jak ty – po­wie­dzia­ła, po czym po­gła­ska­ła go jed­ną ręką. Dru­gą pró­bo­wa­ła od­cze­pić jego pa­zu­ry. – No da­lej, głup­ta­sie, je­ste­śmy na miej­scu. Spójrz tyl­ko! Już po wszyst­kim! Mo­żesz ze­sko­czyć na zie­mię!

Tab­by ostroż­nie otwo­rzył jed­no oko. Kie­dy zo­ba­czył, że Mil­dred mówi praw­dę, wsko­czył jej na ra­mię i z wdzięcz­no­ścią za­czął ocie­rać się o jej wło­sy. Dziew­czyn­ka po­czu­ła przy­pływ cie­płych uczuć wo­bec tego wą­tłe­go stwo­rzon­ka.

– Mil­dred! Mil­lie! To ja! – Gdzieś z góry roz­legł się zna­jo­my głos. Spoj­rza­ła w tam­tą stro­nę i zo­ba­czy­ła Maud. Jej przy­ja­ciół­ka prze­le­cia­ła wła­śnie nad bra­mą, ma­cha­jąc ka­pe­lu­szem w po­wie­trzu, co nie­mal­że spo­wo­do­wa­ło jej upa­dek. Osta­tecz­nie uda­ło jej się nie­zbyt pew­nie wy­lą­do­wać obok Mil­dred.

– Och, Maud – za­śmia­ła się dziew­czyn­ka. Cie­szy­ła się, że po dłu­gich let­nich wa­ka­cjach znów wi­dzi swo­ją naj­lep­szą kum­pe­lę. – Rany, wy­da­jesz się o wie­le szczu­plej­sza. I masz dłuż­sze wło­sy!

– Wiem – od­po­wie­dzia­ła Maud i do­tknę­ła dwóch gru­bych war­ko­czy, któ­re za­plo­tła w miej­sce swo­ich tra­dy­cyj­nych ki­tek. – Mama ska­za­ła mnie na kosz­mar­ną die­tę. Nie mo­głam nic jeść, nie li­cząc sa­ła­ty, se­le­ra i tego typu pa­skudztw. Na szczę­ście wy­rwa­łam się wła­śnie z domu, więc czas wró­cić do sta­rych do­brych obia­dów szkol­nych. Trzy razy hip, hip, hur­ra na cześć pud­din­gu dak­ty­lo­we­go i bu­dy­niu!

Obie się za­śmia­ły.

– Nie wiem, po co im w tej szko­le bra­ma – za­uwa­ży­ła Mil­dred, kie­dy trzy ko­lej­ne uczen­ni­ce prze­le­cia­ły na mio­tłach nad mu­ra­mi oka­la­ją­cy­mi dzie­dzi­niec.

– Może na wy­pa­dek od­wie­dzin zwy­czaj­nych go­ści – stwier­dzi­ła Maud. – No wiesz, lu­dzi, któ­rzy nie ko­rzy­sta­ją z mio­teł. Pan­na Cac­kle nie może prze­cież ocze­ki­wać, że przyj­dą tu z dra­bi­na­mi, praw­da? A swo­ją dro­gą, kto już jest? Ktoś, kogo zna­my?

– Tyl­ko Ethel – od­po­wie­dzia­ła dziew­czyn­ka. – Uda­wa­ła, że mnie nie wi­dzi. Choć oczy­wi­ście mnie to nie ru­sza.

Ethel Hal­low była kla­so­wym ku­jo­nem i li­zu­sem, więc nie było w tym nic dziw­ne­go, że Mil­dred za nią nie prze­pa­da­ła. Zwłasz­cza po tych wszyst­kich okrop­nych ak­cjach, w któ­re Ethel ją wma­new­ro­wa­ła pod­czas pierw­szych dwóch se­me­strów. Dziew­czyn­ka dwu­krot­nie nie­mal wy­le­cia­ła przez nią ze szko­ły!

– Och, spójrz, Maud! – za­wo­ła­ła, wska­zu­jąc dwie nie­wy­so­kie uczen­ni­ce w za du­żych ka­pe­lu­szach i ob­szer­nych pe­le­ry­nach, któ­re nie­mal­że się­ga­ły do zie­mi. – To mu­szą być pierw­szo­rocz­nia­ki. Czy nie wy­da­ją ci się