Wydawca: MT Biznes Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 331 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Faszyzm. Ostrzeżenie - Madeleine Albright

Książka stanowi osobistą i aktualną analizę zjawiska faszyzmu w XX wieku oraz jego wpływu na świat współczesny autorstwa jednej z najwybitniejszych postaci amerykańskiej sceny politycznej, a zarazem pierwszej kobiety pełniącej funkcję sekretarza stanu USA.

Wydawać by się mogło, że w świecie tak brutalnie doświadczonym przez zbrodnie faszyzmu nie ma miejsca dla dzisiejszych spadkobierców Hitlera i Mussoliniego. Madeleine Albright kwestionuje tę tezę, odwołując się do własnych wspomnień z dzieciństwa, które spędziła w targanej wojną Europie, oraz do osobistych doświadczeń ze służby w dyplomacji.

Faszyzm nie tylko przetrwał XX wiek, ale – jak twierdzi autorka – stanowi dzisiaj najpoważniejsze od czasów drugiej wojny światowej zagrożenie dla pokoju i sprawiedliwości. Duch przemian demokratycznych, który w momencie zburzenia Muru Berlińskiego ogarnął wszystkie kontynenty, obecnie jest w odwrocie. Stany Zjednoczone, od lat w awangardzie piewców wolności, rządzone są przez prezydenta, który karmi się tworzeniem nowych podziałów i pogardą dla instytucji demokratycznych. W wielu krajach problemy natury ekonomicznej, technologicznej czy kulturowej wywołują polaryzację poglądów politycznych, osłabiając centrum. Przywódcy, tacy jak Władimir Putin czy Kim Dzong Un, wykorzystują wiele instrumentów, jakimi posługiwali się faszyści w latach 20. i 30. minionego stulecia.

Faszyzm. Ostrzeżenie” to lektura aktualna nie tylko na czasy współczesne. To książka, której autorka studiowała historię, a następnie sama miała okazję ją współtworzyć. Madeleine Albright wzywa do walki, daje lekcje, które należy przerobić, zadaje pytania, na które musimy znaleźć odpowiedź, aby nie powtórzyć tragicznych błędów przeszłości. Książka znakomicie wpisuje się w gorącą polityczną dyskusję o autorytaryzmie w dzisiejszej Polsce. Albright pisze: „Polacy dzielą się na tych, którzy krytycznie patrzą na Kaczyńskiego, przerażeni tym, że »nie żyją już w wolnym kraju«, oraz tych, którzy postrzegają go i jego partię jako obrońców polskiej tożsamości w wielojęzycznym świecie”.

***

Madeleine Albright – w latach 1997–2001 piastowała funkcję sześćdziesiątego czwartego amerykańskiego sekretarza stanu. W trakcie swojej bogatej kariery pracowała w Białym Domu, na Kapitolu i jako ambasador USA przy Organizacji Narodów Zjednoczonych. Jest profesorem stosunków międzynarodowych na Georgetown University w Waszyngtonie. W Polsce ukazała się jej książka Pani sekretarz stanu.

Opinie o ebooku Faszyzm. Ostrzeżenie - Madeleine Albright

Fragment ebooka Faszyzm. Ostrzeżenie - Madeleine Albright

Książki autorstwa MADELEINE ALBRIGHT

Prague Winter: A Personal Story of Remembrance and War, 1937–1948

Read My Pins: Stories from a Diplomat’s Jewel Box

Memo to the President Elect: How We Can Restore America’s Reputation and Leadership

The Mighty and the Almighty: Reflections on America, God, and World Affairs

Madam Secretary: A Memoirpolskie wydanie Pani sekretarz stanu

Tytuł oryginału: FASCISM: A WARNING. First edition

Przekład: Katarzyna Mironowicz

Redakcja: Ewa Skuza

Korekta: Maria Żółcińska

Projekt okładki: Michał Duława

Zdjęcie autorki na okładce: © Agencja BE&W

Skład i łamanie: JOLAKS – Jolanta Szaniawska

Opracowanie wersji elektronicznej:

Copyright © 2018 by Madeleine Albright

All rights reserved

Copyright © 2018 for the Polish edition by Poltext Sp. z o.o. 

Copyright © 2018 for the Polish translation by Katarzyna Mironowicz

All rights reserved

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentów niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci zabronione. Wykonywanie kopii metodą elektroniczną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym, optycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji. Niniejsza publikacja została elektronicznie zabezpieczona przed nieautoryzowanym kopiowaniem, dystrybucją i użytkowaniem. Usuwanie, omijanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Warszawa 2018

Poltext Sp. z o.o.

www.poltext.pl

handlowy@poltext.pl

ISBN 978-83-7561-948-5 (format epub) 

ISBN 978-83-7561-949-2 (format mobi) 

Ofiarom faszyzmu

Wczoraj i dziś

Oraz wszystkim

Którzy walczą z faszyzmem

U innych

I we własnej duszy

Każda epoka ma swój faszyzm.

– PRIMO LEVI

Przedmowa autorki do wydania polskiego

Nie napisałabym tej książki, gdybym nie przyszła na świat w miejscu i w czasie, które tak znacząco wpłynęły na moje losy. Mieszkańcy Europy Środkowej doświadczyli faszyzmu w pełnym rozkwicie. Odpierali ataki ze wschodu i z zachodu, za co przyszło im zapłacić niewyobrażalnie wysoką cenę. Nigdy jednak nie porzucili swojej wiary w wolność i ostateczne zwycięstwo prawdy. Niemal cztery dekady temu miałam okazję spędzić kilka tygodni w Warszawie, Krakowie i Gdańsku, prowadząc badania nad znaczeniem mediów dla związku zawodowego „Solidarność”. Po rozmowach z dziennikarzami i działaczami wróciłam do domu pełna uznania dla narodu polskiego. Nauczyłam się nawet, choć niezdarnie, posługiwać Waszym językiem.

Obecnie Polska znów stała się areną walki o przetrwanie demokratycznych instytucji oraz ideałów. Potrzebni są przywódcy zdolni i chętni gromadzić wokół siebie obywateli, odwołując się do tego, co w nas najszlachetniejsze. Potrzeba odnowy społeczeństwa obywatelskiego w duchu poczucia wspólnoty to temat, wokół którego skupiają się moje rozważania w książce Faszyzm: Ostrzeżenie.

Pragnę serdecznie podziękować wydawnictwu Poltext za udostępnienie publikacji polskiemu czytelnikowi i znakomitej tłumaczce, Katarzynie Mironowicz, dzięki której stało się to możliwe. Jestem dumna, mogąc współpracować z tak wspaniałym zespołem.

Madeleine Albright

1Doktryna gniewu i strachu

FASZYŚCI ZMIENILI KOLEJE MOJEGO ŻYCIA po raz pierwszy 15 marca 1939 roku, w momencie gdy właśnie opanowałam sztukę chodzenia. Niemieckie bataliony szturmowe dokonały inwazji na moją ojczyznę, Czechosłowację, i – torując Adolfowi Hitlerowi drogę do Zamku na Hradczanach – pchnęły Europę ku krawędzi drugiej wojny światowej. Po dziesięciu dniach spędzonych w ukryciu uciekliśmy całą rodziną do Londynu. Tam w grupie uchodźców z całej Europy kibicowaliśmy aliantom i niecierpliwie wyczekiwaliśmy końca wojny.

Po sześciu wyczerpujących latach naziści poddali się, a my znów znaleźliśmy się w domu pełni nadziei i zapału do budowania nowego życia w wolnym kraju. Ojciec wrócił do pracy w Ministerstwie Spraw Zagranicznych Czechosłowacji. Przez krótki czas wydawało się, że wszystko toczy się w dobrym kierunku. Tymczasem w roku 1948 nasza ojczyzna dostała się we władanie reżimu komunistycznego. Koniec demokracji. Los znów skazał moją rodzinę na wygnanie. W kolejną rocznicę zakończenia pierwszej wojny światowej swoim czujnym spojrzeniem powitała nas, uciekinierów, Statua Wolności. Dzięki rodzicom ja i moje rodzeństwo, Kathy i John, wiedliśmy możliwie normalne życie. Dopiero po latach dowiedzieliśmy się, że troje naszych dziadków, wielu krewnych – ciotki, wujowie i kuzyni – podobnie jak miliony Żydów, stracili życie za sprawą najokrutniejszego spośród dzieł faszyzmu – Holokaustu.

Gdy w wieku jedenastu lat przybyłam do Stanów Zjednoczonych, moje ambicje ograniczały się do pozostania typową amerykańską nastolatką. Wyzbyłam się europejskiego akcentu, czytałam tony komiksów, na stałe przytuliłam się do tranzystorowego radia i skleiłam z gumą do żucia. Z całej mocy starałam się wtopić w nowy świat. Jednak nawet wtedy nie potrafiłam wyzwolić się z poczucia, że gdzieś daleko mogły właśnie zapadać decyzje skazujące nas na śmierć. Już na początku swojej edukacji w liceum zainicjowałam powstanie koła spraw międzynarodowych. Samozwańczo ogłosiłam się jego przewodniczącą i zajęłam się inspirowaniem koleżanek i kolegów do dyskusji na różne tematy – od titoizmu po koncepcję satjagrahy Gandhiego („Siła zrodzona z Prawdy i Miłości”).

Rodzice pielęgnowali ideę wolności, jaką oferowało życie w nowej ojczyźnie. Mój ojciec szybko objął stanowisko profesora na Uniwersytecie w Denver, gdzie pisał książki na temat zagrożeń wynikających z rządów tyranii. Wyrażał swoje zaniepokojenie faktem, iż Amerykanie są zbyt przyzwyczajeni do swobody i tak „bardzo, bardzo wolni”, że – jak pisał – mogą nie doceniać wartości demokracji. Gdy założyłam własną rodzinę, mama co roku 4 lipca dzwoniła, by upewnić się, czy jej wnuki śpiewają pieśni patriotyczne i czy na pewno uczestniczyły w paradzie.

Wielu Amerykanów idealizowało lata po drugiej wojnie światowej; pod błękitnym niebem powszechnej niewinności wszyscy obywatele sławią wielkość Ameryki, głowa rodziny dobrze zarabia, w kuchni połyskuje sprzęt najnowszej generacji, w ogrodzie bawią się wybitnie zdolne dzieci, a przed wszystkimi rysuje się świetlana przyszłość. W istocie w niespokojnym okresie zimnej wojny widmo czającego się gdzieś faszyzmu przyćmiło zagrożenie innego rodzaju. Gdy byłam nastolatką, na skutek regularnie przeprowadzanych testów nuklearnych zdarzało się, że poziom radioaktywnego izotopu Stront 90 w zębach małych dzieci przekraczał naturalny poziom pięćdziesiąt razy. W każdym miasteczku strażnik obrony cywilnej miał za zadanie pilnować budowy schronu przeciwatomowego wyposażonego w odpowiednie zapasy żywności w puszkach oraz odpowiednią liczbę papierosów i zestawów gry Monopol. Dzieciakom w dużych miastach wydawano metalowe zawieszki z imieniem i nazwiskiem dla łatwej identyfikacji w razie najgorszego.

Jako dorosła kobieta poszłam w ślady ojca i zostałam profesorem. Wśród wielu specjalizacji zajmowałam się również krajami Europy Wschodniej, które jak satelity skazane były na orbitowanie wokół totalitarnego słońca. Ich mieszkańcy stężeli w powszechnym przeświadczeniu, że tamten bezbarwny świat już nigdy się nie zmieni. Marksistowska utopia robotniczego raju zdegenerowała się w orwellowski koszmar; konformizm opanował społeczeństwa. Za każdym rogiem czaił się kapuś. Całe narody żyły za żelazną kurtyną. Rządzący przekonywali, że białe jest czarne, a czarne jest białe.

Gdy nadszedł czas zmian, świat przyspieszył w niespotykanym tempie. W czerwcu 1989 roku liczące dziesięć lat postulaty stoczniowców powstałe z inspiracji urodzonego w Wadowicach papieża, dały początek rządom demokratycznym w Polsce. W październiku tego samego roku Węgry ogłosiły się republiką demokratyczną, a na początku listopada runął mur berliński. W tych cudownych czasach każdego dnia mieliśmy okazję oglądać relacje z wydarzeń, które przez lata wydawały się niemożliwe. W pamięci wciąż jawią mi się obrazy z mojej ojczyzny, Czechosłowacji, gdzie rewolucja zyskała miano aksamitnej, ponieważ odbyła się bez rozlewu krwi i szczęku ładowanych karabinów. To było mroźne popołudnie późnego listopada. Na historycznym Placu Wacława w Pradze zebrało się trzysta tysięcy osób. Dzwoniąc kluczami, naśladowali dzwony głoszące upadek rządów komunistycznych. Z balkonu przyglądał się im Václav Havel, mężny dramatopisarz, do niedawna więzień sumienia, który pięć tygodni później został zaprzysiężony na prezydenta wolnej Czechosłowacji.

W tamtej chwili, jak wiele innych osób, zrozumiałam, że demokracja zdała jeden ze swoich najtrudniejszych egzaminów. Potężny niegdyś Związek Radziecki, nadwątlony przez słabą gospodarkę oraz niemoc ideologiczną, rozleciał się jak szklany wazon upuszczony na kamienną podłogę, tracąc Ukrainę, republiki kaukaskie, republiki nadbałtyckie oraz republiki Azji Środkowej. Nuklearny wyścig zbrojeń zakończył się bez ofiar. Na wschodzie, w Korei Południowej, na Filipinach oraz w Indonezji zakończyły się wieloletnie rządy dyktatorów. Na zachodzie, w krajach Ameryki Łacińskiej, junty wojskowe oddały władzę wybranym demokratycznie prezydentom. W Afryce uwolnienie Nelsona Mandeli – kolejnego więźnia, który miał wkrótce zostać prezydentem – wyzwoliło nadzieje na odrodzenie regionu. Na całym świecie liczba krajów, które można było określić mianem demokratycznych, wzrosła z trzydziestu pięciu do ponad stu.

W styczniu 1991 roku George H.W. Bush ogłosił w Kongresie, iż „zakończenie zimnej wojny to zwycięstwo całej ludzkości (…), a do tego sukcesu w znaczący sposób przyczyniło się amerykańskie przywództwo”. Za Atlantykiem wtórował mu Václav Havel: „Europa podejmuje próbę wykreowania historycznie nowego porządku (…). W zjednoczonej Europie nie będzie silniejszych narodów uciskających słabsze, a konflikty nigdy nie będą rozwiązywane siłą”.

Dzisiaj, ponad ćwierć wieku później, należy zadać pytania: Co stało się z tak wzniosłą wizją? Dlaczego wydaje się, że zanika, a nie krystalizuje się? Dlaczego, według Freedom House, demokracja znalazła się „pod ostrzałem i w odwrocie”? Co sprawia, że prominentne osoby podważają zaufanie społeczeństw do instytucji wyborów, do sądów, mediów oraz – w warstwie fundamentalnej dla przyszłości naszej planety – do nauki? W jakim celu buduje się głębokie podziały pomiędzy bogatymi i biednymi, pomiędzy miastem a wsią, pomiędzy osobami wykształconymi i niewykształconymi? Dlaczego Stany Zjednoczone, przynajmniej na razie, zrezygnowały z roli światowego lidera? I w końcu: Dlaczego dziś, w dwudziestym pierwszym wieku, faszyzm tak często powraca w naszych dyskusjach?

JEDNĄ Z PRZYCZYN JEST DONALD TRUMP. Jeżeli na faszyzm spojrzymy jak na zagojoną starą ranę, to wybór Donalda Trumpa na gospodarza Białego Domu trzeba traktować jak zdjęcie opatrunku i rozdrapanie blizn.

Dla waszyngtońskiej klasy politycznej, zarówno dla republikanów, demokratów, jak i polityków niezależnych, wybór Donalda Trumpa był prawdziwym szokiem. Charlie Chaplin na ich miejscu nacisnąłby swój nieodłączny melonik głęboko na uszy, wyskoczył wysoko nad ziemię i padł bez życia. Niejeden prezydent Stanów Zjednoczonych daleki był od ideału. W istocie każdemu można coś zarzucić. Jednak w czasach współczesnych próżno szukać amerykańskiego przywódcy, którego słowa i czyny tak dalece zaprzeczałyby ideałom demokracji.

Przez cały okres trwania kampanii wyborczej Donald Trump ostro krytykował instytucje oraz zasady fundamentalne dla koncepcji open government (pol. otwarty rząd – przyp. tłum.). W efekcie systematycznie umniejszał znaczenie dyskursu politycznego w Stanach Zjednoczonych, przejawiał zdumiewający brak szacunku dla faktów, rzucał oszczerstwa pod adresem swoich poprzedników, groził uwięzieniem przeciwników politycznych, dziennikarzy najważniejszych mediów nazywał „wrogami narodu amerykańskiego”, rozpowszechniał kłamstwa na temat wiarygodności amerykańskiego państwa, procedur wyborczych, bezmyślnie głosił idee nacjonalistyczne w kontekście ekonomii i handlu, szkalował imigrantów oraz ich ojczyzny, rozbudzał fanatyzm i brak tolerancji wobec wyznawców jednej z najważniejszych religii świata.

Taka postawa to niewątpliwa zachęta dla innych przywódców o zapędach autorytarnych. Zamiast zwalczać siły antydemokratyczne, Trump stawia je w pozycji komfortowej – daje im alibi. Podczas moich podróży wciąż słyszę pytania: Jeżeli prezydent Stanów Zjednoczonych twierdzi, że prasa zawsze kłamie, jak można krytykować Władimira Putina za podobne rzeczy? Jeżeli Trump upiera się, że sędziowie są stronniczy, a amerykańskie prawo karne jest „śmiechu warte”, to w jaki sposób powstrzymać autokratycznego przywódcę Filipin Duterte przed dyskredytacją sądownictwa we własnym kraju? Jeżeli Trump oskarża opozycję o zdradę jedynie dlatego, że go nie popiera, to jak Amerykanie mogą bronić więźniów sumienia w innych krajach? Jeżeli lider najpotężniejszego państwa świata postrzega życie jako brutalną walkę, w której rozwój jednego kraju odbywa się zawsze kosztem innego, to kto ma głosić ideę współpracy międzynarodowej tam, gdzie jest ona konieczna do rozwiązania najtrudniejszych problemów?

Truizmem wydaje się stwierdzenie, że obowiązkiem przywódców państw jest służyć interesom swoich obywateli. Gdy Donald Trump mówi: „Ameryka przede wszystkim”, trudno się z nim nie zgodzić. Żaden poważny polityk nie powie inaczej. To jednak nie sam cel odróżnia Trumpa od wszystkich innych prezydentów począwszy od czasów posępnego tria Hard­ing, Coolidge i Hoover, ale to, w jaki sposób chce do tego celu dążyć. Trump przekonuje, że na świecie, który stanowi jedno wielkie pole walki, kraje zaciekle rywalizują ze sobą o dominację i, jak deweloperzy na rynku nieruchomości, próbują zniszczyć rywala i z każdej transakcji wycisnąć każdy grosz.

Patrząc na doświadczenie życiowe Trumpa, można zrozumieć jego peregrynacje intelektualne. Trzeba przyznać, że w dyplomacji oraz handlu istnieją przypadki, kiedy w istocie jest miejsce wyłącznie dla zwycięzców i pokonanych. Jednakże przynajmniej od czasów drugiej wojny światowej Stany Zjednoczone zawsze były orędownikiem idei współpracy pomiędzy krajami, stojąc na stanowisku, iż wspólne działanie przynosi o wiele lepsze efekty.

Za rządów Franklina Roosevelta oraz Harry’ego Trumana promowano koncepcję ścisłego współdziałania pomiędzy państwami w celu zwiększania bezpieczeństwa, dobrobytu i wolności. Na przykład wprowadzony w roku 1947 plan Marshalla miał zapobiec stagnacji amerykańskiej gospodarki zagrożonej utratą europejskiego rynku zbytu na rodzime towary rolne i przemysłowe. Odbudowa oraz dynamiczny rozwój gospodarki krajów partnerskich w Europie i Azji leżały zdecydowanie w interesie Ameryki. Podobnie było z Programem Punktu Czwartego Harry’ego Trumana. Zakładał on wsparcie technologiczne dla krajów Ameryki Łacińskiej, Afryki oraz Bliskiego Wschodu. Zbliżony punkt widzenia charakteryzował nasze podejście do kwestii bezpieczeństwa. Prezydenci, od Roosevelta do Obamy, wspierali swoich sojuszników, dbali o ich bezpieczeństwo, wspólnie walcząc z zagrożeniami. Nie była to działalność charytatywna. Doświadczenie nauczyło nas bowiem, że nierozwiązane problemy międzynarodowe mogą zagrozić nam samym prędzej, niż się nam wydaje.

Odpowiedzialność światowego przywódcy ma charakter bezterminowy. Stare zagrożenia rzadko znikają na dobre, a nowe pojawiają się z regularnością szwajcarskiego zegarka. Walka z nimi wymaga czegoś więcej niż tylko katalogu niezbędnych umiejętności oraz wsparcia finansowego. Państwa i narody muszą połączyć siły, a to nie dzieje się spontanicznie. W swojej bogatej historii Stany Zjednoczone popełniły wiele błędów, zawsze jednak z zaangażowaniem potrafiły prowadzić inne kraje tam, gdzie każdy szuka szczęścia – w kierunku wolności, sprawiedliwości i pokoju. Obecnie musimy odpowiedzieć sobie na pytanie, czy pod rządami prezydenta, który wydaje się nie przywiązywać większej wagi ani do współpracy międzynarodowej, ani do wartości demokratycznych, Ameryka może w dalszym ciągu uprawiać ten rodzaj przywództwa.

Odpowiedź ma tu duże znaczenie, gdyż natura nie znosi próżni, tymczasem faszyzm zawsze jej poszukuje.

NIEDAWNO WSPOMNIAŁAM ZNAJOMEMU, ŻE PISZĘ NOWĄ KSIĄŻKĘ. „Jaki temat? – zapytał. – Faszyzm – powiedziałam. Zrobił zdziwioną minę. – Fason? – dopytał”. Znajomy nie był w istocie tak daleki od prawdy, jako że faszyzm, jak moda, od jakiegoś czasu ponownie wkradł się na salony jako coraz bardziej popularny temat dyskursów socjologicznych i politycznych. Nie zgadzasz się z kimś? Nazwij go faszystą i wszystko będzie jasne. Reszta jest milczeniem. W roku 2016 termin „faszyzm” był drugim po „surrealistyczny” najczęściej wyszukiwanym terminem w słowniku Merriam-Webster. Szczególnie po listopadowych wyborach prezydenckich.

Każdy używa słowa „faszysta” na własne potrzeby. Dla skrajnej lewicy dowolna gruba ryba w korporacji pasuje do schematu. Dla prawicy, niekoniecznie skrajnej, faszystą jest Barack Obama, co nie przeszkadza jej nazywać go także socjalistą oraz ukrytym islamistą. Zbuntowany nastolatek faszystów widzi w swoich rodzicach, którzy ograniczają mu czas korzystania z komórki. Miliony frustratów dają w ten sposób upust emocjom. Faszystami mogą zostać nazwani nauczyciele, a także feministki, szowiniści, instruktorzy jogi, policjanci, dietetycy, biurokraci, blogerzy, rowerzyści, redaktorzy, ci, którzy właśnie rzucili palenie, oraz producenci zabezpieczonych przed dziećmi opakowań. Idąc krok dalej, każde denerwujące zachowanie lub działanie będziemy określać mianem faszystowskiego, osłabiając w ten sposób znaczenie słowa, które powinno brzmieć tak mocno, jak na to zasługuje.

Co zatem naprawdę oznacza faszyzm i jak rozpoznać jego wyznawcę? Zadałam to pytanie swoim słuchaczom w George­town. Ponad dwadzieścia młodych osób siedzących na podłodze w moim salonie, walcząc z lazanią na papierowych talerzykach, nie potrafiło znaleźć jednoznacznej odpowiedzi. Nie istnieje bowiem powszechnie przyjęta, satysfakcjonująca definicja faszyzmu, mimo że akademicy wylali już morze atramentu, próbując opisać to zjawisko. Za każdym razem, gdy w środowisku rozlegało się głośne „Eureka!” i konsensus wydawał się bliski, pojawiały się pełne oburzenia głosy protestu.

Moi nieustraszeni studenci postanowili jednak podjąć wyzwanie. Zaczęli od poszukiwań podstawowych cech, które ich zdaniem mają najbliższe konotacje ze słowem „faszyzm”. „Postrzeganie świata według klucza my kontra oni – zaproponował jeden z nich”. Drugi dodał: „(…) nacjonalistyczny, autorytarny, antydemokratyczny”. Trzeci zwrócił uwagę na aspekt przemocy. Ktoś inny zastanawiał się, dlaczego faszyzm zwykle jest łączony z prawą stroną sceny politycznej: „Stalin był przecież faszystą w takim samym stopniu jak Hitler”.

Jedna ze studentek zauważyła, że faszyzm często pojawia się w wyodrębnionej etnicznie lub rasowo grupie, w trudnych warunkach ekonomicznych, z silnym poczuciem dyskryminacji. „Nie chodzi o to, co ludzie mają, lecz o to, co ich zdaniem powinni mieć oraz czego się obawiają”. To strach nadaje faszyzmowi siłę przenikania do wszystkich grup społecznych. Żaden ruch polityczny nie rozkwitnie bez masowego poparcia. Faszyzm jednak w szczególnym stopniu potrzebuje zwolenników zarówno wśród możnych i wpływowych tego świata, jak i wśród szarych obywateli, a więc tych, którzy mają wiele do stracenia, i tych, którzy nie mają nic do stracenia.

Wspólnie doszliśmy do wniosku, że faszyzm należy postrzegać nie tylko jako ideologię polityczną, lecz także jako narzędzie przejęcia i utrzymania władzy. Na przykład we Włoszech w latach dwudziestych ubiegłego wieku faszyści reprezentowali szerokie spektrum społeczne – od lewicy (dyktatura warstw wywłaszczonych) poprzez centrum (powrót monarchii absolutnej) do prawicy (autorytarne rządy korporacji). Postulaty niemieckiej partii narodowo-socjalistycznej (nazistów) od samego początku miały charakter antysemicki, antyimigrancki oraz antykapitalistyczny, a jednocześnie stawiały żądania wyższych emerytur, lepszych możliwości edukacyjnych dla najbiedniejszych, zakazu pracy dla dzieci, jak również podwyższenia poziomu opieki zdrowotnej dla matek. Przy całej rasistowskiej ideologii naziści we własnym wyobrażeniu byli po prostu reformatorami.

Przyjmując, że głównym celem faszyzmu jest w większym stopniu zdobycie władzy niż realizacja konkretnej polityki, rodzi się pytanie: Jak można scharakteryzować taktykę przywództwa? Moi studenci spostrzegli, że znanych liderów faszys­towskiej ideologii zawsze cechowała charyzma. W taki czy inny sposób każdy z nich potrafił nawiązać pełne ekspresji relacje z tłumem i, wchodząc w rolę centralnego obiektu kultu, wyzwalał w swoich wyznawcach tyle gorące, co nierzadko także najgorsze emocje. W podobny sposób faszyzm zapuścił swoje macki w głąb demokracji. W przeciwieństwie do narzuconych z góry systemów monarchistycznych bądź dyktatur wojskowych, faszyzm karmił się szerokim niezadowoleniem społecznym wynikającym z przegranej wojny, utraty pracy, poczucia upokorzenia oraz zagrożenia narodowej tożsamości. Im silniejsze niezadowolenie, tym chętniej tysiące zwolenników czciło nazistowskiego przywódcę za jego mrzonki o odrodzeniu czy obietnice odzyskania skradzionych dóbr i wartości.

Podobnie jak przywódcy mniej radykalnych ruchów społecznych, ci świeccy misjonarze wykorzystywali powszechną tęsknotę ludzi, aby być częścią większego planu. Przy odrobinie talentu potrafili zaprosić tłumy na wielki spektakl; masowe zgromadzenia w rytm wojskowego marszu, wiwaty czy dumne saluty robiły ogromne wrażenie. Lojalni wyznawcy w nagrodę dostawali prawo wstępu do elitarnego klubu, niedostępnego dla odrzuconych i wyśmiewanych. Energię czerpali z podsycania agresji, ducha frontowej walki oraz, w sprzyjających okolicznościach, z nastrojów ekspansjonistycznych. Nie zapominali o przyszłości. Szkoły zmieniali w seminaria dla oddanych wyznawców, produkując armię absolutnie posłusznych „nowych mężczyzn” i „nowych kobiet”. Jak zauważył jeden z moich studentów: „Faszysta przyjęty do kasty rządzącej zawsze będzie żarliwie czuwał na straży systemu”.

Co dzieje się, gdy wypełni się plan przejęcia rządów? W jaki sposób faszyści konsolidują władzę? Tu studenci byli zgodni: „Kontrolując informacje”. Ktoś dodał: „I to właśnie jest dziś największym powodem do niepokoju”. Dla większości z nas zdobycze rewolucji technologicznej stanowią przede wszystkim nieograniczony środek komunikacji, wymiany poglądów lub źródło wiedzy o drugim człowieku. Innymi słowy – pomagają nam w coraz większym stopniu zbliżyć się do prawdy. Z czasem jednak pojawia się coraz więcej wątpliwości. Za horyzontem zaczyna czaić się widmo Wielkiego Brata z dostępem do masy danych osobowych zgromadzonych przez media społecznościowe. Jeżeli reklamodawca potrafi zbudować indywidualny profil każdego klienta, to co powstrzyma rządy faszystowskie przed działaniami o podobnym charakterze? „Przypuśćmy, że biorę udział w demonstracji, na przykład w Marszu Kobiet – zauważyła studentka – i umieszczam swoje zdjęcie w portalu społecznościowym. Moje nazwisko trafia na jakąś listę i każdy może zrobić z niego użytek. Jak możemy się przed tym chronić?”

Jeszcze większy niepokój budzą zbójeckie reżimy, których agenci zamieszczają fake newsy na fałszywych stronach internetowych oraz na Facebooku. Co więcej, nowe technologie umożliwiają ekstremistycznym organizacjom budowanie środowisk zwolenników swoich teorii spiskowych, nieprawdziwych koncepcji czy fałszywych opinii na temat określonych religii czy ludzkich ras. Pierwsza zasada manipulacji: niemal każde wielokrotnie powtarzane stwierdzenie, historia czy oszczerstwo prędzej czy później zostanie uznane za prawdopodobne. Internet, będąc z założenia przestrzenią wolności i źródłem wiedzy, w określonych przypadkach odgrywa rolę przeciwną.

Historyk Robert Paxton na początku jednej ze swoich książek stwierdza, iż „Faszyzm był jednym z najważniejszych, a zarazem najboleśniejszych doświadczeń politycznych dwudziestego wieku”. Przez lata zarówno Paxton, jak i inni naukowcy analizowali skomplikowane meandry ideologii faszystowskiej. Nasza dyskusja ze studentami zaowocowała spójną listą cech charakterystycznych dla faszyzmu.

Większość moich podopiecznych zgodziła się, że faszyzm stanowi ekstremalną formę rządów autorytarnych. Liderzy wymagają od obywateli bezwzględnego posłuszeństwa w ściśle określonych ramach. Towarzyszy mu nacjonalizm w wydaniu fanatycznym. Doktryna faszystowska wywraca do góry nogami tradycyjny porządek społeczny, w którym społeczeństwo oddaje władzę określonym politykom, oczekując od nich zachowania szacunku dla ich praw obywatelskich. W państwie faszystowskim władza pochodzi od wodza, obywatele nie mają żadnych praw. To oni mają służyć przywódcom; zadaniem rządu jest sprawować władzę.

Badacze tematu zwykle stają przed dylematem: jaka jest różnica pomiędzy faszyzmem a pokrewnymi mu koncepcjami porządku społecznego, takimi jak totalitaryzm, dyktatura, despotyzm, tyrania czy autokracja? I choć dusza naukowca kusi, by zagłębić się w gąszcz rozważań akademickich, to jednak życiowe doświadczenie podpowiada, że jako byłą dyplomatkę w większym stopniu powinny interesować mnie fakty niż etykiety. W moim rozumieniu faszysta silnie identyfikuje się z narodem lub grupą społeczną i czuje się uprawniony przemawiać w ich imieniu. Nie zważa na prawa należne innym. Jest gotowy użyć wszelkich środków, nie wyłączając przemocy, na drodze do osiągnięcia własnych celów. W świetle tej definicji faszysta z dużym prawdopodobieństwem będzie tyranem, jednak nie każdy tyran musi być faszystą.

Nierzadko różnica tkwi w tym, kto dzierży broń. W siedemnastowiecznej Europie, w czasach wojny religijnej pomiędzy arystokracją katolicką a arystokracją protestancką, posługiwano się głównie armią najemników, chroniąc własnych chłopów przed rozlewem krwi. Dyktatorzy naszych czasów także troszczą się o los swoich obywateli i do celów obronnych wykorzystują oddziały specjalne oraz jednostki elitarne. Wódz faszysta oczekuje od tłumu twardej postawy. Tam, gdzie monarchowie dążą do uspokojenia gniewu tłumu, faszyści będą niepokój podsycać, aby w momencie konfliktu każdy żołnierz pałał żądzą walki i pierwszy nacisnął spust.

FASZYZM NARODZIŁ SIĘ NA POCZĄTKU DWUDZIESTEGO WIEKU, w czasie intelektualnego ożywienia, gdy powracające nastroje nacjonalistyczne spotkały się z powszechnym rozczarowaniem klasą polityczną z trudem nadążającą za technologicznymi zdobyczami Rewolucji Przemysłowej. W poprzednich dekadach naukowcy, tacy jak Thomas Malthus, Herbert Spencer, Charles Darwin oraz jego przyrodni kuzyn Francis Galton, propagowali ideę życia jako walki, w której ani nie ma miejsca na sentymenty, ani gwarancji wygranej. Przedstawiciele awangardy ówczesnych nurtów filozoficznych – od Nietzschego do Freuda – sugerowali, że świat wyzwala się z okowów tradycyjnych wartości. Sufrażystki zuchwale rewolucjonizowały podejście do praw kobiet, a opiniotwórczy politycy, przy wtórze świata artystycznego, jawnie dyskutowali o polepszeniu kondycji gatunku ludzkiego poprzez odpowiednią selekcję.

Świat zbliżył się do siebie dzięki fantastycznym wynalazkom, takim jak prąd elektryczny, telefon, pojazd mechaniczny oraz statek parowy. Jednocześnie pracę straciły miliony rolników i wyspecjalizowanych rzemieślników. Rozpoczęła się wędrówka ludów. Wieśniacy całymi rodzinami tłoczyli się w miastach, miliony Europejczyków ruszyły za ocean.

W Europie pozostali ludzie zawiedzeni, mimo nadziei, jakie rozpaliły czasy Oświecenia, Rewolucja Francuska oraz walka o niepodległość Stanów Zjednoczonych. Na kontynencie panowało wysokie bezrobocie i wyzysk. Wielu żołnierzy poległo na polach bitew pierwszej wojny światowej, rozgrywanej jak partia szachów przez możnych tamtego świata. Jak pisał Winston Churchill: „Stulecia nie starczy, by zmazać krzywdy wyrządzone rodzajowi ludzkiemu”. Skompromitowana arystokracja, powszechna krytyka religii, przestarzałe struktury polityczne Imperium Osmańskiego oraz Austro-Węgier osłabiły fundamenty Starego Kontynentu, który na gwałt potrzebował nowych rozwiązań.

Koncepcja demokratycznego idealizmu autorstwa prezydenta Woodrowa Wilsona wydawała się pierwszym z postulatów zasługujących na uwagę. Jeszcze przed przystąpieniem Stanów Zjednoczonych do wojny Wilson uważał, że „każdy naród ma prawo decydować o swojej polityce oraz drodze rozwoju”. Doktryna głosząca prawo do samostanowienia pomogła zachować niepodległość, zwłaszcza wielu niewielkim europejskim krajom, natomiast prezydencki plan powołania organizacji międzynarodowej zaowocował powstaniem Ligi Narodów. Słaby fizycznie Woodrow Wilson okazał się równie słaby politycznie, a jego naiwna wizja stosunków na scenie międzynarodowej nie przetrwała nawet prezydentury jej autora. Stany Zjednoczone odrzuciły koncepcję Ligi, a następcy Wilsona, w obliczu kłopotów, z jakimi w czasach powojennych borykał się Stary Kontynent, odcięli się od spraw europejskich.

Niejeden rząd, który początkowo deklarował się jako liberalny, w reakcji na silne napięcia społeczne zmuszony był uciekać się do polityki bardziej represyjnej. Świeżo upieczone demokracje wielu państw, od Polski poprzez Austrię i Rumunię do Grecji, po początkowej euforii zaliczyły twarde lądowanie. Na wschodzie agresywna ideologia głoszona w Związku Radzieckim rościła sobie pretensje do romansu z klasą robotniczą nie tylko na własnym terytorium, spędzając sen z powiek brytyjskim bankierom, francuskim ministrom oraz hiszpańskim księżom. W środku Europy sponiewierane Niemcy walczyły o odzyskanie własnej pozycji. We Włoszech powoli zaczęła podnosić głowę uśpiona bestia.

2Czar igrzysk

THOMAS EDISON WYCHWALAŁ GO JAKO „GENIUSZA NOWEJ ERY”, Ghandi nazywał „supermanem”. Winston Churchill deklarował walkę ramię w ramię z „bestialskimi zapędami leninizmu”. Rzymskie dzienniki sympatyzujące z Watykanem pisały o „reinkarnacji Boga”. Po latach ci sami wyznawcy, którzy wcześniej spijali z ust każde jego słowo, powiesili ciało wielkiego wodza obok ciała kochanki do góry nogami tuż przy stacji benzynowej.

Benito Mussolini przyszedł na świat w 1883 roku w niewielkim rolniczym miasteczku Predappio, około 60 kilometrów na północny wschód od Florencji. Jego ojciec był kowalem i socjalistycznym aktywistą, matka natomiast głęboko religijną nauczycielką w szkole, gdzie Benito dorastał w dwuizbowej przybudówce. Jako dziewięciolatek rozpoczął naukę u księży i zamieszkał w prowadzonym przez nich internacie. Rodzicom powodziło się zupełnie dobrze, jednak nie na tyle, by opłacać synowi pełne czesne. Uczniowie podzieleni byli na dwie grupy: z bogatszych i biedniejszych rodzin, jedząc posiłki, gromadzili się przy osobnych stołach. Takie upokarzające praktyki na zawsze pozostawiły ślad w psychice przyszłego wodza, który od tej pory zaciekle walczył z niesprawiedliwością (głównie względem samego siebie). Mały urwis często podkradał owoce z drzew okolicznych rolników i chętnie wdawał się w bójki. W wieku jedenastu lat wyrzucono go ze szkoły za ugodzenie kolegi no­żem w dłoń, cztery lata później został zawieszony za podobne przewinienie. Tym razem ucierpiał pośladek.

Młody Benito rozkoszował się czytaniem. Uwielbiał zaszywać się w samotności z najnowszą gazetą lub opasłym tomem Nędzników w ręce. Po ojcu odziedziczył odwagę, matka nauczyła go cierpliwości. Serce kazało pójść jednak męską drogą. Na uczelni Mussolini zdobył uznanie kolegów skutecznością działania. Gdy inni tracili czas na lamentowanie nad jakością chleba w stołówce, Benito załatwił tę sprawę z samym rektorem. Na stole już wkrótce pojawiło się pieczywo prosto z piekarni.

Po ukończeniu szkoły młody absolwent z uprawnieniami nauczycielskimi rozpoczął pracę w szkole. Szybko jednak zrezygnował z powodu bezradności wobec niezdyscyplinowanych podopiecznych. W wieku dziewiętnastu lat wyruszył do Szwajcarii, gdzie pracował jako zwykły robotnik; noce spędzał na pustych skrzyniach. Tam też po raz pierwszy w życiu trafił do więzienia – za włóczęgostwo.

Po wyjściu na wolność Mussolini zatrudnił się jako murarz i aktywnie zaangażował w działalność lokalnych związków zawodowych. W ówczesnych czasach politycy związani z klasą robotniczą wyraźnie sympatyzowali z ruchami lewicowymi, a wichrzyciele, wymachując flagami partii socjalistycznej, podsycali gniew względem rządu, pogardę wobec Kościoła oraz nawoływali do walki zbrojnej o prawa robotników. Mussolini nie był typem myśliciela. Był jednak obdarzony talentem aktorskim. Potrafił doskonale wcielać się w rolę. Prywatnie zawsze schludny i zadbany, przed występem publicznym często rezygnował z golenia i nie czesał włosów. Zanim przemówił do tłumów, sumiennie ćwiczył żywiołowy ton głosu. Doskonale potrafił nawiązać kontakt ze słuchaczami, umiejętnie wzbudzając aplauz publiczności. Niewiele czasu potrzebował, aby uwierzyć, iż jest wybrańcem losu – nowym Napoleonem, a może Cesarzem Augustem.

Niestety narodziny nowego imperatora nie wywarły wrażenia na władzach Szwajcarii, które uznały go za wichrzyciela i wydaliły z kraju. Niezrażony powrócił do Włoch, gdzie publikował w prasie popularny cykl powieściowy o lubieżnym kardynale[1], wydawał socjalistyczne propagandówki i zaczął budować grupę zwolenników. W zadymionych halach Mussolini z entuzjazmem przestrzegał robotników, że elity bez walki nigdy nie zrezygnują ze swoich przywilejów, a żaden parlament nigdy nie sprzeniewierzy się burżuazji. Przekonywał, że ideały głoszone przez kler oraz tradycyjne postawy patriotyczne to oszustwo, któremu należy położyć kres. Jedynie walka z bronią w ręku może zapewnić narodom sprawiedliwość.

Piewca rewolucji czarował tłumy, by niespodziewanie zmienić swe oblicze. Latem 1914 roku, gdy wojna w Europie wydawała się nieunikniona, Mussolini bez ostrzeżenia zmienił się z bulteriera socjalizmu w natchnionego patriotę. Całkowicie odseparował się od lewicowych towarzyszy. Oni nie chcieli mieć nic wspólnego z nadciągającym kataklizmem – owocem polityki wyższych sfer. On przeciwnie – założył niezależną gazetę „Il Popolo d’Italia”, w której nawoływał, aby Włochy przyłączyły się do działań wojennych. Można przypuszczać, iż niespodziewana wolta to efekt rzeczywistej zmiany poglądów, ponieważ Mussolini daleki był od głębokiej identyfikacji ideologicznej i trudno było nazywać go pacyfistą. Warto jednak wziąć pod uwagę inne możliwości. Podejrzewa się, iż przedstawiciele francuskiego biznesu zwrócili się do niego o pomoc w zaangażowaniu Włoch w wojnę przeciwko Niemcom i Austro-Węgrom w zamian za określone wynagrodzenie. Na dodatek środki na prowadzenie „Il Popolo d’Italia” Mussolini pozyskiwał od producentów broni.

24 maja 1915 roku Włochy przystąpiły do wojny po stronie Anglii i Francji. Mussolini został powołany do armii i przez siedemnaście miesięcy miał honor pisać cotygodniowe doniesienia z frontu dla swojej gazety. Otrzymał awans na stopień kaprala. Podczas ćwiczeń niemal poległ; w wyniku eksplozji haubicy odłamki podziurawiły mu brzuch jak sito. W październiku 1917 roku w trakcie rekonwalescencji przeżył jedną z najboleśniejszych porażek włoskiej armii. W bitwie pod Caporetto zabito dziesięć tysięcy żołnierzy, trzydzieści tysięcy zostało rannych, a ponad ćwierć miliona zostało zmuszonych do kapitulacji w obliczu przeważającej siły wroga.

Pomimo przynależności Włochów do zwycięskiej koalicji nie dane im było smakować owoców zwycięstwa. Ból z powodu poniesionych strat był tym większy, że sojusznicy z Paryża i Londynu nie wywiązali się z sekretnej obietnicy koncesji terytorialnych. Co więcej, nie pofatygowali się nawet zaprosić na konferencję pokojową głowy państwa włoskiego, króla Wiktora Emanuela III. Tymczasem byli lewicowi towarzysze Mussoliniego wyraźnie się umocnili. Włoska Partia Socjalistyczna zyskała wielu nowych członków i w roku 1919 wygrała wybory parlamentarne.

Pomimo silnej reprezentacji w parlamencie socjaliści nie zostali zaproszeni do koalicji rządzącej, co nie przeszkodziło im aktywnie uczestniczyć w życiu politycznym. Duch demokracji przeniknął w szeregi klasy robotniczej wraz ze świadomością przysługujących im praw. Nowe wynalazki techniczne pozwoliły zbliżyć się do siebie pracownikom dużych fabryk, działaczom politycznym budować poparcie, a agitatorom podsycać gniew ludu. Napięcie sięgnęło zenitu, gdy socjaliści śladem bolszewików rozpoczęli zbrojną krucjatę proletariatu pod sztandarem eksterminacji burżuazji. Wynajęci uzbrojeni bandyci straszyli łamistrajków i przejmowali lokalną władzę, a czerwone flagi łopotały u bram fabryk w Mediolanie, Neapolu, Turynie oraz Genui. Na wsi ogarnięci socjalistyczną gorączką chłopi na wyścigi przejmowali ziemie, na których dotąd pracowali, niekiedy mordując właścicieli.

Elity miast i wsi znalazły się w poważnych tarapatach. O ile robotnicze żądania wyższych stawek lub krótszego czasu pracy wydawały się zrozumiałe, o tyle dużo większe zagrożenie stanowiły zapędy proletariatu, by pozbyć się zwierzchników, przejąć władzę nad fabrykami czy odebrać ziemię ich właścicielom. Silne napięcia społeczne, gra o wysoką stawkę oraz przelana krew sprzyjały budowaniu barier nie do pokonania dla orędowników kompromisu. Po obu stronach nikt nie ufał politykom, którzy starali się tonować ekstremalne nastroje.

Gorączka strajkowa oraz walka o ziemię wywołały chaos we włoskiej gospodarce. Ceny poszybowały w górę. Zaczęło brakować żywności. Załamał się system usług publicznych, a kilkugodzinne, kilkudobowe lub nawet kilkutygodniowe opóźnienia na sparaliżowanej konfliktami kolei nie należały do rzadkości. Jednocześnie do domów wracały dziesiątki tysięcy weteranów wojennych, próżno oczekując szacunku i honorów we własnej ojczyźnie, bez szans na pracę na stanowiskach blokowanych przez związki zawodowe.

Włochy chyliły się ku rozpadowi. Parlament zamieniał się w targowisko korupcji, gdzie przywileje rozdawano wyłącznie według klucza koneksji politycznych i towarzyskich. Wiktor Emanuel okazał się słaby, przestraszony i niezdecydowany. Przez pierwsze dwadzieścia dwa lata sprawowania władzy przyszło mu współpracować aż z dwudziestoma premierami. Najbardziej wpływowi liderzy polityczni byli pochłonięci nieustanną walką ze sobą nawzajem i przestali komunikować się ze społeczeństwem. Sytuacja dojrzała do tego, by namaścić nowego przywódcę – duce – gotowego poskładać rozsypane elementy państwowej układanki oraz przywrócić Włochom podmiotową pozycję na arenie międzynarodowej.

BYŁ DESZCZOWY NIEDZIELNY PORANEK 23 MARCA 1919 ROKU W MEDIOLANIE. Grupa kilkudziesięciu gniewnych ludzi zgromadziła się w ponurej sali klubu Koła Przemysłowo-Handlowego przy Piazza San Sepolcro. Po długich dyskusjach wśród entuzjastycznych owacji na stojąco wykrzyczeli gotowość do walki na śmierć i życie w obronie Włoch przed zakusami wroga. Dla podkreślenia jedności ruchu za godło obrali fasces – obwiązany rzemieniem pęk rózg z zatkniętym weń toporem, które w czasach starożytnych symbolizowały władzę rzymskiego konsula. Pod manifestem podpisały się pięćdziesiąt cztery osoby. Niewiele wówczas wskazywało na ambicje wyborcze działaczy. Dwa lata później ruch faszystowski we Włoszech liczył już ponad dwa tysiące klubów zjednoczonych pod przywództwem Benito Mussoliniego.

Szeregi faszystów rosły w siłę wskutek głębokiego rozczarowania społeczeństwa sytuacją w kraju oraz obaw o powtórkę rosyjskiej rewolucji bolszewickiej. W kolejnych przemówieniach Mussolini rysował alternatywny obraz świata. Namawiał rodaków do odrzucenia kapitalistów odpowiedzialnych za wyzysk, socjalistów mieszających ludziom w głowach oraz szemranych i bojaźliwych polityków, którzy zajęci dyskutowaniem nie dostrzegają, że ukochana ojczyzna tonie w odmętach chaosu. Zamiast szczuć na siebie różne grupy społeczne, postulował zjednoczenie. Przedstawił wizję robotników, studentów, żołnierzy i biznesmenów na wspólnym froncie walki ze światem. Malował obrazy, na których wyznawcy ruchu solidarnie wspierają siebie nawzajem, a wszelkiego rodzaju pasożyty na zdrowym ciele włoskiego organizmu – obcokrajowcy, słabeusze oraz przeciwnicy polityczni – pozostawieni są samym sobie, zdani na własne siły. Przekonywał zwolenników, że niezależność zapewni Włochom dobrobyt, a siła zagwarantuje szacunek zlęknionych partnerów. Tak oto na świat w dwudziestym wieku przyszedł faszyzm, pod rękę z charyzmatycznym przywódcą, który – wykorzystując powszechne rozczarowanie społeczne – obiecał współobywatelom lepszy świat.

Z nastaniem nowej dekady Partia Socjalistyczna wciąż cieszyła się silną pozycją w parlamencie oraz dużym poparciem społecznym. Tymczasem faszyści, bazując na armii bezrobotnych weteranów wojennych, organizowali bojówki znane pod nazwą Fasci di Combattimento (Związki Kombatanckie), by mordować przywódców robotniczych, demolować siedziby gazet oraz napadać na chłopów i robotników. Gangi rosły w siłę przy cichej akceptacji policji, która zdawała się nie zauważać zuchwałych aktów faszystowskiej przemocy wobec socjalistów. W ciągu zaledwie kilku miesięcy organizacje socjalistyczne zostały wypędzone z miast i miasteczek, szczególnie na północy kraju. Tożsamość faszystów miały podkreślać charakterystyczne mundury – czarne koszule, szaro-zielone spodnie oraz fezy ozdobione charakterystycznym frędzlem. Szeregi Partii Socjalistycznej kurczyły się, podczas gdy faszyści szybko rośli w siłę, budując swą pozycję agresywną przemocą.

Mussolini, samodzielny prekursor kiełkującej rebelii, stał się niekwestionowanym liderem ruchu, który zmierzał w nieokreślonym kierunku. Faszyści opracowali wprawdzie listę celów, jednak wciąż nie dorobili się programu ani manifestu. Część entuzjastów widziała w członkach świeżo upieczonej partii obrońców ustroju kapitalistycznego oraz Kościoła katolickiego przed hordami bolszewików, inni postrzegali ich jako gwarancję zachowania monarchii i tradycyjnych wartości. Wielu oczekiwało odbudowania potęgi Włoch, część spodziewała się podwyżki płac lub pałała żądzą rozlewu krwi.

Sam Mussolini nie potrafił sprecyzować własnych priorytetów. Z jednej strony korzystał z finansowania przez korporacje i banki, z drugiej przemawiał językiem weteranów wojennych i robotników. Wbrew woli obecnych współpracowników podejmował wiele prób nawiązania kontaktów ze starymi towarzyszami z Partii Socjalistycznej jedynie po to, by przekonać się, jak bardzo nadwyrężył ich zaufanie. Pogarszająca się sytuacja polityczna skłoniła Mussoliniego, zgodnie z oczekiwaniami współtowarzyszy, do umocnienia się na pozycji twardego zamordysty. Poproszony przez dziennikarza o podsumowanie programu swojego ugrupowania rzucił krótko: „Pogruchotać kości demokratom (…) im prędzej tym lepiej”. W październiku 1922 roku Mussolini zapowiedział podjęcie walki o zdobycie władzy, mobilizując siły faszystowskie w całym kraju. „Albo oddadzą nam władzę – grzmiał na konferencji partyjnej – albo przejmiemy rządy w marszu na Rzym”.

W obliczu niemocy polityków centrowych odpowiedzialność za powstrzymanie zuchwałych zapędów Mussoliniego spadła na wątłe ramiona króla Wiktora Emanuela. Władca miał wybór pomiędzy socjalistami pałającymi żądzą likwidacji monarchii a chuliganami spod znaku ideologii faszystowskiej, z którymi – jak sądził – można było podjąć rozmowy. Środek sceny politycznej praktycznie nie istniał. Przedstawiciele armii oraz premier sugerowali zablokowanie marszu, aresztowanie Mussoliniego oraz podjęcie rozmów z socjalistami. Początkowo król odmówił, jednak gdy faszyści rozpoczęli okupację mediów i budynków rządowych, zmienił zdanie. O drugiej nad ranem 28 października wydał armii rozkaz powstrzymania marszu. Siedem godzin później znów zmienił kurs, najwyraźniej obawiając się prawdopodobnej klęski w starciu z faszystami.

Żołnierze w koszarach, u bram Rzymu dziesiątki tysięcy Czarnych Koszul. Wiktor podjął najbezpieczniejszą, jego zdaniem, decyzję. Wysłał depeszę do Mediolanu, gdzie Mussolini wyczekiwał najświeższych informacji. Proponował przywódcy faszystów objęcie stanowiska premiera w miejsce poprzednika, który stracił większość, a więc tym samym zdolność rządzenia. Mussolini ograł wszystkich. Dwa weekendowe dni zabrało mu wejście na szczyt politycznej drabiny. Osiągnął swój cel, mimo że nie wygrał wyborów, a wszystko to w zgodzie z konstytucją.

Pięciogodzinny marsz faszystów na Rzym miał miejsce 31 października. Nie był to jednak marsz po władzę, a raczej parada na cześć nowego porządku. Manifestacja zgromadziła uczestników ze wszystkich grup społecznych, zaprzeczając stereotypom towarzyszącym ruchom faszystowskim. Rybacy z Neapolu ubrani w ciemne koszulki i pilotki maszerowali ramię w ramię z klerem oraz sklepikarzami. Za nimi podążali toskańscy rolnicy odziani w kurtki w militarnym stylu. Szesnastoletni uczeń Giovanni Ruzzini, zbyt ubogi, by kupić nową koszulę, zafarbował na czarno starą, a na głowę założył znaleziony na śmietniku wojskowy hełm. Ci, których nie stać było na buty, maszerowali boso. Jeden z uczestników przyniósł pięćdziesiąt plakietek z sierpem i młotem zdjętych z ciał zabitych komunistów. Na czele ekipy z Grosseto kroczył niewidomy osiemdziesięciolatek, były żołnierz najwybitniejszego z włos­kich generałów – Garibaldiego. Na ulice Rzymu wtargnął rozentuzjazmowany tłum uzbrojony w stare muszkiety, pistolety, strzelby myśliwskie, kije golfowe, kosy, nogi stołowe, sztylety, żuchwy wołu, a nawet trujące kawałki suszonego dorsza. Większość demonstrantów maszerowała na piechotę, zdarzyli się jednak manifestanci zmotoryzowani. Należał do nich Ascoli Piceno, który na karoserii swojego fiata zamontował broń maszynową. Z prowincji Foggia na koniach pociągowych przybyło pięćdziesięciu kawalerzystów. Wśród faszyzujących tłumów wiwatujących „Viva Mussolini” znalazło się tego dnia nawet dwustu Żydów.

Spektakl robił piorunujące wrażenie. Pozycja polityczna partii była wciąż jednak niepewna. Błyskawiczne wejście na szczyty władzy groziło upadkiem z dużej wysokości. W parlamencie karty rozdawali socjaliści oraz liberałowie. Konserwatyści mieli natomiast zakusy, by ewentualnie schować się za plecami Mussoliniego, umiejętnie go wykorzystać i w odpowiednim momencie wymienić na kogoś innego. Jednak Benito, już wkrótce ochrzczony Il Duce, doskonale czuł się w teatralnej konwencji i niewiele robił sobie z pohukiwań adwersarzy. Dwa tygodnie po przejęciu urzędu po raz pierwszy przemówił w parlamencie. Wchodząc dumnie na salę plenarną, pozdrowił zgromadzonych gestem rzymskiego salutu[2]. W milczeniu zmierzył wzrokiem ostatnie rzędy, gdzie zasiedli jego uzbrojeni w sztylety, muskularni ochroniarze. Dłonie oparł na biodrach i oświadczył: „Mogłem przemienić tę nudną, szarą salę w żołnierski biwak. Mogłem skończyć z tym parlamentem. Mogłem, ale nie chciałem. Przynajmniej jeszcze nie teraz”. Mussolini ostrzegał, że ma władzę nieograniczoną. Co zaskakujące jednak – jego głównym celem było stworzenie dobrego rządu. Doskonale zdawał sobie sprawę, że społeczeństwo dość miało rozbuchanej i niepotrzebnej biurokracji. Zarządził codzienne sprawdzanie obecności w każdym ministerstwie, nie tolerował spóźnień ani przedłużających się przerw na posiłki. Zainicjował kampanię drenare la palude (osuszania bagna), na początek zwalniając 35000 urzędników państwowych. Dał zajęcie faszystowskim bojówkom, które skierował do ochrony transportów kolejowych. Wygospodarował środki finansowe na budowę mostów, dróg, centrali telefonicznych oraz gigantycznych akweduktów, którymi transportowano wodę na tereny dotknięte suszą. Pracownikom zapewnił ośmiogodzinny czas pracy, ustawą zagwarantował ubezpieczenie dla osób starszych i niepełnosprawnych. Sfinansował też budowę szpitali dla kobiet w ciąży, ufundował tysiąc siedemset obozów letnich dla dzieci oraz rozprawił się z mafią poprzez zawieszenie instytucji ławy przysięgłych i omijanie odpowiednich procedur prawnych. Bez interwencji ławników sędziowie, odpowiedzialni bezpośrednio przed rządem, byli dyspozycyjni i równocześnie odporni na propozycje korupcyjne. Wbrew powszechnym opiniom dyktator nie zdołał zmusić kolejarzy do punktualności, jednak należą mu się brawa za podjęty wysiłek.

Od samego początku Mussolini czuł się w roli premiera jak ryba w wodzie. Nie przemęczał się specjalnie. Publicyści sugerują jednak, że nie był też dyletantem. Jego świat to znana powszechnie słabość do płci przeciwnej, zamiłowanie do pływania oraz do fechtunku. Starał się być dobrym przywódcą, potrzebował jednak do tego władzy absolutnej. Nieograniczone zaufanie do własnej oceny sytuacji szło w parze z niezaspokojoną żądzą władzy.

W roku 1924 uchwalono nową ordynację wyborczą, która pozwoliła faszystom przejąć kontrolę nad parlamentem. Gdy lider socjalistów przedstawił dowody na fałszowanie wyborów, został porwany i zamordowany. W ciągu kolejnych dwóch lat Il Duce zdelegalizował wszystkie partie opozycyjne, zlikwidował wolność prasy, zneutralizował ruch związkowy, zagwarantował sobie prawo osobistego powoływania władz lokalnych. Aby utrzymać narzucony porządek, rozbudował i podporządkował sobie policję, zwiększając jej plenipotencje w zakresie inwigilowania i kontrolowania obywateli. Aby ograniczyć znaczenie monarchii, przyjął dekret uprawniający go do zatwierdzania każdego następcy tronu. Aby uciszyć Watykan – rozkazał zamknąć domy publiczne i podniósł dotacje stypendialne dla księży. W zamian uzyskał prawo akceptacji powołań wszystkich biskupów. Mussolini nie zapominał o przyszłości. Szkoły zmieniał w fabryki postaw obywatelskich, gdzie ubrani w czarne koszule chłopcy maszerowali z muszkietami u boku z nadzieją na heroiczną śmierć w imię ojczyzny, skandując faszystowskie hasła: „Wierzyć! Słuchać! Walczyć!”

Il Duce miał zwierzać się swojej kochance tymi słowy: „Pragnę zaznaczyć swój ślad w historii (…) jak bestia – pazurami”. Wbrew kontrowersjom nie pozostawił Włochom nadziei na realizację romantycznych idei obywatelskiej równości, ogłaszając nadejście „stulecia silnej władzy, stulecia ideałów prawicowych, stulecia dominacji faszyzmu”. „Nigdy dotąd – grzmiał z mównicy – narody nie były tak spragnione przywódcy, który wskaże kierunek i zapewni porządek, jak w obecnych czasach. Każde stulecie ma swoją doktrynę (…) doktryną naszych czasów jest faszyzm”.

Aby utrzymać obywateli w stanie permanentnej mobilizacji, nie można spocząć na laurach. Trzeba nieustannie podejmować nowe działania. Mussolini wykorzystywał w tym celu swoje talenty oratorskie. W pompatycznych przemówieniach malował obraz wszechpotężnej Italii, nowych zdobyczy terytorialnych, większej spazio vitale (przestrzeni do życia) w całym basenie Morza Śródziemnego. Droga do raju wiodła przez wojnę, do której Mussolini gorąco namawiał obywateli, wbrew wszelkim zagrożeniom. „Żyj niebezpiecznie” – zagrzewał do walki Il Duce. W ślad za słowami szła agresywna polityka zagraniczna. Włosi objęli protektoratem Albanię i dokonali inwazji na bezbronną Etiopię, ostatnie niezależne królestwo Afryki. Finansowanie brutalnych najazdów zapewniła kampania prowadzona pod przywództwem królowej Eleny, w ramach której Włoszki przekazywały rządowi swoje ślubne obrączki przetapiane później na sztaby złota lub wymieniane na gotówkę. Do akcji chętnie przyłączały się również obywatelki zamieszkałe poza granicami kraju. Mussolini określił wyprawę do Etiopii mianem „największej wojny kolonialnej w historii”. Gdy w ogniu karabinów maszynowych i gazów trujących Etiopczycy skapitulowali, Il Duce nawoływał: „wznieście sztandary, otwórzcie ramiona, w górę serca, śpiewajmy ku czci imperium, które po wiekach powraca na wzgórza Rzymu”.

Mussolini nie był mistrzem empatii względem drugiego człowieka jako jednostki, jednak doskonale wiedział, czego oczekuje tłum; nie miał wątpliwości, że naród potrzebuje igrzysk. Fantazjował, porównując tłum do kobiet, które bezradne omdlewają w ramionach silnych mężczyzn. Pozował do zdjęć publikowanych przez podległe mu media, siedząc za kierownicą sportowego auta, na grzbiecie swego siwego ogiera FruFru lub w dumnej pozie w mundurze, lśniących oficerkach, z rzędem medali na piersi, czy też prezentując nagi tors wśród kłosów pszenicy. W wolnym czasie chętnie przyjmował zaproszenia na wesela, otwierał fabryki oraz uczestniczył w uroczys­tościach patriotycznych.

Przemawiając do ludu, stawał na niewielkim podeście (podobnie jak ja), by dodać sobie kilka centymetrów. Zdarzało mu się na początku przemówienia twierdzić (w przeciwieństwie do mnie), że to właśnie dzięki niemu słońce na chwilę wyszło zza chmury, by pozdrowić zgromadzonych. Wśród słuchaczy, obok obowiązkowych Czarnych Koszul, można było zwykle zauważyć żołnierzy w zielono-szarych mundurach polowych, chłopki w białych sukienkach, jak również członków faszystowskich grup paramilitarnych squadristi i ich charakterystyczne czerwono-żółte szarfy. Z boku wydarzeniu przyglądała się zwykle niewielka grupa reporterów wytykanych i wyśmiewanych przez przedmówców wodza, witanych przez tłum gwizdami i buczeniem. Jak wspomina naoczny świadek: „Z chwilą pojawienia się Il Duce tłum wydawał się unosić nad ziemią w rytm ogłuszających wiwatów, w morzu wzniesionych wysoko bagnetów, sztyletów, czapek i chusteczek”.

W szczytowym okresie popularności ukochany przywódca pozdrawiał lud na każdym niemal produkcie – na odżywce do włosów, jedzeniu dla dzieci, damskiej bieliźnie i paczce makaronu. Gdy zamachowiec zranił go w nos, jeszcze tego samego dnia z opatrunkiem na twarzy wygłosił płomienne przemówienie na konferencji chirurgów, ogłaszając wszem i wobec, że oddaje się w ich ręce. Z plakatów na ulicach włos­kich miast zwracał się do obywateli: „Jestem Twoim przywódcą, zabij mnie, jak się poddam, pomścij mnie, jak zginę!” Na jego zlecenie rozpoczęto konstrukcję 86-metrowego kolosa przedstawiającego półnagą postać Herkulesa o rysach Il Duce, z góry spoglądającego na Rzym. Budowy nigdy nie ukończono.

Pod koniec lat trzydziestych uwielbienie dla wodza przybrało postać karykaturalną. Goście odwiedzający jego biuro mieli za zadanie przebiec dwadzieścia metrów dzielące drzwi do biurka, by zatrzymać się w geście faszystowskiego pozdrowienia. „Rytuał” powtarzał się przy wyjściu.

Pomimo wielkich talentów politycznych Mussolini nie czuł się dobrze w roli dyplomaty. W ówczesnych czasach polityka międzynarodowa zachodniej Europy wciąż rozgrywana była na salonach arystokracji, gdzie królowały eleganckie garnitury, wymagano nienagannych manier i godzinami uprawiano small talk. Przed objęciem urzędu premiera Mussolini nigdy nie ubierał się elegancko. Nie miał też pojęcia, w jaki sposób należy zgodnie z etykietą posługiwać się łyżką czy widelcem w sytuacji oficjalnej. Podawanie ręki uważał za niehigieniczne, nie palił, trzymał się z dala od alkoholu, nie próbował nawet wykwintnego wina włoskiego. Nie potrafił słuchać, nie interesowało go, co mają do powiedzenia inni. Noce najchętniej spędzał we własnym łóżku, a na posiłki, te spożywane zarówno w samotności, jak i te w towarzystwie rodziny, poświęcał średnio około trzech minut.

Mussolini obiecał Włochom cud gospodarczy, jednak na tym polu gwiazda Il Duce wydawała się świecić nieco słabiej. Przekonany, że siła gospodarki polega na mocnej walucie, zrównał wartość lira z dolarem, gwałtownie podnosząc tym samym dług publiczny. Problem w tym, że wódz nie pofatygował się, by zrozumieć, jak działa mechanizm stóp procentowych. Bezrefleksyjnie propagował absolutnie nierealną ideę samowystarczalności państwa. Ambitne plany wprowadzenia pokoju społecznego między pracodawcami i pracobiorcami skończyły się stworzeniem źle zorganizowanego słabego państwa korporacyjnego. Pomimo niskich cen upierał się przy produkcji pszenicy, tymczasem dobra koniunktura na inne zboża przyniosłaby daleko większe korzyści dla gospodarki. Błędów tych można było uniknąć, zatrudniając zaufanych doradców. Il Duce jednak z niechęcią przyjmował jakiekolwiek uwagi, które mogłyby podważyć jego teorie, ponieważ to on miał zaw­sze rację. Zwracając się do grupy intelektualistów, oświadczył: „We Włoszech jest tylko jedna osoba, którą można nazwać nieomylną”. Dodając w wywiadzie dla mediów: „Chciałbym się czasem mylić, ale jak dotąd mi się to nie udało”.

Wraz z końcem lat trzydziestych skrojone na nową miarę Cesarstwo Rzymskie, imperium faszyzmu, zaczęło się chwiać. Jak mistrz cyrkowej ceremonii, Mussolini wciąż samodzielnie monopolizował scenę polityczną Włoch, których rola na arenie międzynarodowej powoli słabła – podobnie jak zdolności strategiczne ich przywódcy. Na zupełnie innej pozycji ustawił się Adolf Hitler.

3My, barbarzyńcy

Heidelberg, Niemcy: Ciemna noc. Gospoda. Poczułem na sobie lodowate spojrzenie łysiejącego młodzieńca przy stoliku obok. Nagle wstał, zataczając się, podszedł i powiedział z sarkastycznym uśmieszkiem: „So? Ein Engländer? Wunderbar!”. Wtem twarz jego skryła się za maską nienawiści. Dlaczego skradliśmy niemieckie kolonie? Z jakiego powodu Niemcy nie mają prawa do własnej floty i armii z prawdziwego zdarzenia? Czy uważam, że Niemcy mają podporządkować się krajowi rządzonemu przez Żydów? W zanadrzu miał jeszcze cały katalog oskarżeń. Mówił cicho, acz wymownie. Jego twarz tuż przy mojej. Obaj zanurzeni w oparach alkoholu. „Adolf Hitler wam pokaże – rzucił na koniec. – Pewnie już o nim słyszałeś?”

Z pamiętnika brytyjskiego podróżnika, grudzień 1933

RANKIEM 23 MARCA 1933 ROKU NA FASADZIE KROLL OPERA HOUSE W BERLINIE zawisł ogromnych rozmiarów transparent. W jego centrum umieszczono gigantyczną swastykę – symbol ruchu nazistowskiego[3]. Cztery tygodnie po podpaleniu Reichstagu, siedziby niemieckiego parlamentu, obrady tymczasowo przeniesiono do budynku opery. Na mównicę wstępował właśnie, urodzony w Austrii, nowy kanclerz Niemiec. 30 stycznia tego roku przejął władzę nie tyle w wyniku powszechnego poparcia, lecz raczej przy wsparciu agresywnych oddziałów terroru oraz dzięki aktywnej walce z komunistami. Budynek, w którym miał przemawiać, na zewnątrz otoczony został przez agentów wywiadu pod dowództwem Heinricha Himmlera. Wewnątrz bezpieczeństwa strzegli żołnierze oddziałów szturmowych NSDAP, nazistowskich sił paramilitarnych, w tamtym momencie liczniejszych niż szeregi niemieckiej armii.

Czterdziestotrzyletni Adolf Hitler przemawiał spokojnie, łagodnym tonem. Apelował do zgromadzonych o zaufanie – w nadziei, że sami zmarginalizują swoje znaczenie i bez głębszej refleksji zagłosują za jego ustawami. W rzeczywistości dążył do ustanowienia prawa, które pozwoliłoby mu ignorować konstytucję i parlament oraz rządzić za pomocą dekretów. Uspokajał posłów, że jego partia w żadnym wypadku nie ma zamiaru podważać roli niemieckich instytucji państwowych. Obiecywał, że nowe ustawy nie ograniczą uprawnień parlamentu, nie naruszą prawa do wolności wypowiedzi i nie podważą roli Kościoła. Zapewniał o poszanowaniu tradycyjnych wartości chrześcijańskich. Pełnomocnictwa uzyskane w wyniku przegłosowania Uchwały o ochronie narodu i państwa miały być wykorzystane wyłącznie w celu obrony ojczyzny przed wrogiem. Łagodził obawy; izba ustawodawcza powinna tylko uwierzyć w dobrą wolę nazistów.

Kanclerz usiadł, by wysłuchać co mieli do powiedzenia liderzy pozostałych partii. Jeden za drugim, po kolei: katolicy, konserwatyści i centryści zgodnie i z entuzjazmem poparli koncepcję Hitlera. Jedynie reprezentant Socjaldemokratycznej Partii Niemiec ripostował, że bezbronność nie musi oznaczać utraty honoru. W tym momencie Hitler zrzucił maskę dobrego wujka i wtargnął na mównicę. „Nie potrzebuję waszych głosów” – wykrzykiwał w stronę socjalistów. „Gwiazda Niemiec błyszczy coraz jaśniej, wasza zaraz zgaśnie. Każdy słyszy, komu bije dzwon”.

Posłowie ostatecznie przyjęli Ustawę o pełnomocnictwie znaczną większością głosów. W ciągu zaledwie kilku tygodni ugodowe partie zdelegalizowano, a socjaliści trafili do więzień. Nastała Trzecia Rzesza.

ADOLF HITLER URODZIŁ SIĘ 20 KWIETNIA 1889 ROKU W BRAUNAU w pobliżu granicy między Austrią a Bawarią, w rodzinie zwyk­łego urzędnika państwowego. Pobłażliwa matka nie mobilizowała syna do nauki. A jeden z nauczycieli opisywał go jako „swarliwego, upartego i aroganckiego (…) leniucha”. Po ukończeniu szkoły w wieku szesnastu lat zapragnął poświęcić się mało obiecującej karierze artysty. Z przyjemnością malował obiekty architektoniczne, pasjonował się operą Wagnera i bezskutecznie próbował dostać się do prestiżowych akademii sztuk pięknych. Jako dwudziestolatek całymi dniami wylegiwał się w wiedeńskich hostelach, imał się dorywczych zajęć, za grosze sprzedawał swoje prace i dużo czytał. Będąc młodzieńcem na pierwszy rzut oka nieatrakcyjnym, wychudzonym, bez domu, pracy i przyjaciół, sam Hitler postrzegał siebie wręcz przeciwnie – jako wybrańca, człowieka o cechach wybitnych. Znajomym jawił się jako człowiek pełen utopijnych idei, zafascynowany polityką. Do wściekłości zawsze doprowadzała go ludzka głupota. Kpił z klasy robotniczej i jej naiwnej wiary w bajki opowiadane przez socjalistów oraz księży. Ostro krytykował parlamentarzystów za niemoc w obliczu narodowych zagrożeń, z pasją rozpowszechniał teorie o podłym spiskowaniu Żydów.

W wieku 25 lat z radością przywitał wybuch pierwszej wojny światowej i bez wahania zaciągnął się do bawarskiej armii. Po krótkim epizodzie walki przez cztery lata służył jako łącznik między sztabem a linią frontu. W przeciwieństwie do wielu nie narzekał na wojenną rzeczywistość. Tutaj właśnie naród niemiecki miał okazję pokazać siłę charakteru. Ranny w nogę w październiku 1916 roku, już najbliższej wiosny z powrotem zameldował się na służbie i został awansowany na stopień starszego szeregowego. Latem 1918 roku atak gazowy na pewien czas pozbawił go wzroku.

Świat, który ponownie ukazał się jego oczom w listopadzie, naznaczony był już szokującą klęską Niemiec. Do tej pory rząd w Berlinie nie brał pod uwagę przegranej, rysując wyłącznie wizję świetlanej przyszłości, jaką przynieść miał koniec konfliktu. Tymczasem, gdy umilkł huk wystrzałów, nastała upokarzająca cisza. Zwycięzcy prześcigali się w żądaniach odszkodowań z tytułu rozlewu krwi i utraty swoich terytoriów. Oczekiwali także likwidacji władzy o zapędach imperialistycznych. Dla Adolfa Hitlera i innych żołnierzy tak niespodziewany i poniżający koniec wojny był nie do zaakceptowania. W wyniku konfliktu populacja mężczyzn w wieku od dziewiętnastu do dwudziestu dwóch lat spadła w Niemczech o 35 procent. Doświadczenia wojenne i upadek gospodarczy doprowadziły do wyniszczenia społeczeństwa. Rozjuszeni Niemcy przyczyn klęski upatrywali nie tyle na polu bitwy, co w gabinetach zdradliwych koterii zachłannych biurokratów, bolszewików, bankierów i Żydów.

Po abdykacji cesarza Wilhelma II w Niemczech zapanował ustrój demokratyczny z wieloma partiami walczącymi o przejęcie władzy w tych trudnych czasach. Nowa Republika Wei­marska to pokiereszowane społeczeństwo w środku nieprzychylnie nastawionej Europy, bez wsparcia ze strony obojętnych władz Stanów Zjednoczonych. Zgodnie z postanowieniami traktatu wersalskiego niemiecki rząd zobowiązany był do przyjęcia odpowiedzialności za rozpętanie wojny, rozbrojenie armii, zrzeczenie się praw do części terytoriów oraz wypłatę reparacji wojennych. Przywódcy Republiki zostali także obarczeni winą za szalejącą inflację, która dokonywała spustoszeń w oszczędnościach części klasy średniej. Podobnie jak we Włoszech, trudne czasy powojenne stanowiły pożywkę dla wzmożonej agitacji aktywistów związkowych. Strajki i protesty to stały element powojennej rzeczywistości w kraju, gdzie miliony weteranów wojennych, rannych na ciele i duszy, bezskutecznie poszukiwały pracy – miliony wyrzuconych poza margines piewców wielkości narodu niemieckiego, narodu wybranego przez Boga, narodu dumnego ze swojej unikatowej spuścizny kulturalnej. Niemcy od zawsze zwycięskie – teraz na kolanach.

Jesienią 1919 roku Adolf Hitler wstąpił do Niemieckiej Partii Robotników z siedzibą w Bawarii. Ugrupowanie to tworzyła niewielka grupa nacjonalistycznych awanturników. Droga na szczyty partyjnej władzy okazała się stosunkowo prosta. Pomimo tego, że Hitler otrzymał legitymację numer 55, nazywano go „towarzyszem 555”, dzięki czemu szeregi partii wydawały się wówczas bardziej liczne. Odpowiedzialny za propagandę przyszły wódz organizował wiece i szukał nowych towarzyszy w imię poparcia idei jedności wszystkich Niemców, uchylenia postanowień traktatu wersalskiego, odebrania obywatelstwa Żydom oraz postulatów dzielenia się majątkiem przez zamożnych. Zmiana nazwy na Narodowosocjalistyczna Niemiecka Partia Robotników (NSDAP) miała być ukłonem w kierunku lewej strony sceny politycznej. Jej zwolennicy określali się mianem „nazistów”.

Sojusz Hitlera z kapitanem armii Ernstem Röhmem miał zapewnić napływ nowych członków spośród weteranów wojennych. Zwerbowanych kombatantów Röhm zorganizował w Oddział Szturmowy (SA), którego zadaniem było przede wszystkim zastraszenie zwolenników ideologii komunistycznej; przy okazji wyprowadzał pieniądze partyjne na finansowanie własnego wydawnictwa prasowego. Największym skarbem partii był wszelako jeden człowiek – tak zwany „dobosz”, który stał się głosem całego ugrupowania.

Trzydziestokilkuletni Hitler był mówcą równie charyzmatycznym, co niezdyscyplinowanym. Odznaczony Krzyżem Żelaznym za zasługi wojenne nieraz wykazywał się również żelaznymi nerwami, a doświadczenie życia na ulicy pozwalało mu doskonale wyczuwać oczekiwania tłumów. Nie były to wyszukane teorie ani obiektywne argumenty. Używał słów prostych, kłamał jak z nut, na zawołanie. Pragnął rozbudzić nienawiść do tych, których uważał za zdrajców – „listopadowych przestępców” odpowiedzialnych za kapitulację. W każdym przemówieniu odwoływał się do Fryderyka Nietzschego i jego ideologii „człowieka oszukanego”, czyli do antysemityzmu.

Na placach, w piwiarniach i namiotach cyrkowych wciąż rozbrzmiewały te same słowa – zmiażdżyć, zniszczyć, unices­twić, zabić. Wrzaski, wymachiwanie rękami, dzika wściekłość pod adresem wroga nagle ustępowała miejsca łagodnej, malowanej pięknym słowem wizji nowych Niemiec. Szeregi partii rosły w oczach, a masy potrzebowały symboliki, nie tylko ideologii. Pojawił się więc gest wyciągniętej w nazistowskim pozdrowieniu ręki oraz – kolejny ukłon w stronę Mussoliniego – brunatne koszule. Atmosfera terroru gęstniała, gdy rosnące w siłę bojówki Röhma coraz śmielej poczynały sobie na ulicach. Hitler osobiście zaprojektował flagę w kolorach dawnych sztandarów cesarskich. „My, narodowi socjaliści – napisał – widzimy w naszej fladze ideały programu partii. Kolor czerwony symbolizuje dobro społeczne. Kolor biały ucieleśnia szacunek do państwa. Swastyka oznacza historyczną misję, jaka stoi przed nami – walkę o zwycięstwo rasy aryjskiej”. Wysiłki opłaciły się. Partia nazistowska stawała się coraz bardziej rozpoznawalna, choć wśród powszechnego chaosu lat dwudziestych mało kto interesował się polityką.

W listopadzie 1923 roku zniecierpliwiony Hitler postanowił powtórzyć legendarny wyczyn Mussoliniego – marsz na Rzym. Plan wydawał się niedorzeczny. Nazistowski zamach stanu miał rozpocząć się poprzez przejęcie władzy w Bawarii, jednak kolejne kroki nie były możliwe bez poparcia armii. Zamach zakończył się klęską, a jego prowodyrzy trafili do więzień. Spośród wszystkich zamachowców jedynie Hitler bezczelnie przyznał się do swoich zamiarów obalenia rządu. Już w pierwszym publicznym wystąpieniu przyszły przywódca, w imię czystości Niemiec, nawoływał do powstania. Na sali sądowej oświadczył zebranym, że jako „urodzony dyktator” spełniał jedynie swój obowiązek. Został skazany na pięć lat więzienia i zwolniony warunkowo po trzynastu pracowitych miesiącach. Celę opuś­cił, dzierżąc pod pachą rękopis zatytułowany Cztery i pół roku walki z kłamstwem, głupotą i tchórzostwem, później – za namową wydawcy – opublikowany pod skróconym tytułem Mein Kampf, czyli Moja walka.

Po nieudanym puczu Hitler stracił nieco pewność siebie i postanowił dążyć do władzy z większą ostrożnością, jak mawiał: „w zgodzie z prawem”. Przestrzeganie prawa nie wykluczało wprawdzie użycia przemocy, jednak legalna droga na szczyt wymagała wsparcia partii politycznej o zasięgu krajowym. Naziści przystąpili do budowania struktur. W roku 1929 wydawali już swoje dzienniki i tygodniki, a ich zwolennicy mogli wspólnie spędzać czas w klubach dla młodzieży, kobiet, nauczycieli, prawników oraz dla lekarzy. Tłumy entuzjastycznie przyjmowały ostrą krytykę wypłat z tytułu reparacji, które zdaniem Hitlera należało rozumieć jako tchórzliwy gest pokuty. Oskarżał Francję i Wielką Brytanię o knucie w celu osłabienia pozycji Niemiec. Potrafił zmieszać z błotem rządzących polityków za ignorowanie potrzeb zwykłego człowieka. Pogardliwe uwagi względem komunistów przysporzyły mu przyjaciół w kręgach finansjery i zapewniły przychylne nastawienie kilku największych niemieckich mediów.

Niemniej jednak niespokojne lata dwudzieste zbliżały się powoli do końca, a partia nazistowska wciąż pozostawała na marginesie życia politycznego, skazana na sprzyjający rozwój wypadków. Naziści czekali na złe wiadomości. Tymczasem gospodarka odbiła się od dna, inflacja wydawała się opanowana. W narodzie zapanował duch małej stabilizacji, a zainteresowanie lekiem nawszystko w postaci programu Adolfa Hitlera wyraźnie osłabło.

W tym momencie nad światem niespodziewanie zawisło widmo Wielkiego Kryzysu, skutecznie blokując politykę stabilizacji oraz rozwój gospodarczy. Przy znacznym obciążeniu budżetu spłatą reparacji wojennych niemieckie inwestycje zostały oparte w całości na kredytach. W jednej chwili wierzyciele zażądali spłaty zobowiązań, a banki zablokowały wszelkie pożyczki. Rynki międzynarodowe skurczyły się, załamał się popyt na towary eksportowe. Produkcja spadła, bezrobocie wzrosło czterokrotnie, likwidowane firmy zastępowane były przez pojawiające się jak grzyby po deszczu lombardy. Bezradni parlamentarzyści utonęli w morzu kłótni, kolejne wybory nie zdołały przełamać impasu. Gdy wieje wiatr historii, gniewnym ludziom rosną skrzydła. Przyszły Führer doczekał się swoich pięciu minut. Niemcy, ponownie na kolanach, z nadzieją słuchali oratorskich popisów charyzmatycznego trybuna. On – jak zwykle bezlitośnie chłostał listopadowych przestępców i ogłaszał nadejście ery nowego pokolenia Niemców nieustraszonych, obywateli zjednoczonych pod przywództwem partii, która poprowadzi naród ku przyszłości, pomoże wstać z kolan, w proch rozniesie wrogów.

We wrześniu 1930 roku rozzłoszczeni wyborcy ruszyli do urn, by głośno zaprotestować. Naziści w wielkim stylu wzmocnili swą pozycję w parlamencie, a sam Hitler zdobył imponującą liczbę głosów wśród kobiet, drobnych przedsiębiorców, chłopów oraz młodzieży. W ciągu zaledwie jednej nocy dziewiąte ugrupowanie w parlamencie wskoczyło na miejsce drugie, ustępując wyłącznie socjaldemokratom. Nieźle poradzili sobie także komuniści. Scena polityczna wyraźnie się spolaryzowała, na wyspie zwanej centrum pozostali jedynie bogobojni arystokraci w towarzystwie zdezorientowanych liberałów.

Niemiecki prezydent, szanowany z tytułu swych zasług wojennych, wysoki, dystyngowany Paul von Hindenburg, wydawał się wyraźnie zatroskany. Ten leciwy generał walczył za ojczyznę już w roku 1866 w dawno zapomnianej wojnie przeciw Austrii. W najlepszych czasach swojego życia stanowił ucieleśnienie pruskiego oficera, oddanego cesarzowi oraz niemieckiej fladze. Najwyżej cenił poczucie obowiązku, najbardziej obawiał się zmian. Zdawał się nie pasować do ówczesnej sceny politycznej, nie potrafił właściwie odczytać wyzwań otaczającej go rzeczywistości. Otoczenie Hindenburga zawiodło. Współpracownicy, szukając zaspokojenia własnych ambicji oraz interesów, mościli sobie wygodne posady, podczas gdy okręt tonął.

Dwa lata później, w lipcu 1932 roku, sędziwy prezydent za namową doradców ubiegał się o reelekcję. Wprawdzie udało mu się pokonać Hitlera, jednak w kraju sparaliżowanym Wielkim Kryzysem naziści ponownie umocnili się, zdobywając w Reichstagu o sto miejsc więcej niż którykolwiek z przeciwników. Gdy wstrząśnięty tym faktem Hindenburg zaprosił Hitlera do koalicji rządzącej, dowiedział się, iż ten parweniusz niemieckiego życia politycznego żąda pełnej władzy wykonawczej. Takiemu rozwiązaniu prezydent postawił zdecydowane weto. Rozpisano kolejne wybory. W listopadzie naziści nie zdołali już odnieść tak spektakularnego sukcesu, zdobyli jednak wystarczającą liczbę głosów, by zachować wpływ na decyzje Reichstagu. Udział komunistów w koalicji rządzącej nie wchodził w grę. Hindenburg wydawał się nie mieć wyboru – mógł przyznać Hitlerowi władzę lub zwołać kolejne wybory, bez nadziei na wyjście z impasu. Doradcy tworzyli dwie frakcje, za głodnym władzy Austriakiem gorąco optował syn prezydenta, Oskar, zwolennik ruchu nazistowskiego, polityk skorumpowany. 30 stycznia 1933 roku Hindenburg poddał się. Podobnie jak Mussolini dziesięć lat wcześniej, Hitler przejął klucz do władzy z rąk sędziwego człowieka, który wybrał mniejsze zło. Zupełnie jak Il Duce, mimo że nie wygrał wyborów, jednak zgodnie z konstytucją przejął najwyższe stanowisko w państwie. Jak mawiał nowy kanclerz Niemiec – dokonała się „rewolucja w zgodzie z prawem”.

ELITY POLITYCZNE KRAJU – WIELKI BIZNES, PRZEDSTAWICIELE ARMII ORAZ KOŚCIOŁA – początkowo nie akceptowały nazistowskiej bandy krzykliwych chuliganów, którzy ich zdaniem nie mieli szansy na zdobycie szerokiego poparcia. Z czasem naziści okazali się jednak niezastąpieni, chociaż wyłącznie na froncie walki z inwazją komunistów. Partnerzy nie docenili ani siły Hitlera, ani tego, jak niebezpiecznym był przywódcą. Ten prosty, przemiły z pozoru człowiek zupełnie uśpił ich czujność. Czarował uśmiechem, nie cofnął się przed żadnym kłamstwem, by zadowolić rozmówcę. Gracze polityczni starej daty uważali go za amatora, którego gwiazda miała zgasnąć tak szybko, jak szybko rozbłysła. Politykom nie udało się rozszyfrować fenomenu Hitlera, podczas gdy on nie szczędził im słów krytyki. „Reakcjoniści myślą, że będę ich marionetką” – zwierzał się jednemu ze współpracowników w lutym 1933 roku. „Doskonale wiem, że czekają, aż sam się wykończę (…). Klucz w tym, by zawsze być o jeden krok do przodu. Żadnych skrupułów, żadnych burżuazyjnych dyskusji (…). Mają mnie za nieuka, barbarzyńcę. I dobrze. Jesteśmy barbarzyńcami. Chcemy być barbarzyńcami. Czujemy się zaszczyceni”.

Korzystając z uprawnień nadanych mu na mocy Ustawy o pełnomocnictwach, Hitler rozpętał polityczną wojnę, nie pozostawiając śladu po niemieckiej demokracji. Na początek zlikwidował instytucje władzy lokalnej, a na ich miejsce powołał gubernatorów spod znaku swastyki. Z polityczną opozycją rozprawił się za pomocą terrorystycznych bojówek SA. Najbardziej niepokorni wysyłani byli do nowo powstałych obozów koncentracyjnych. Ze związkami zawodowymi rozprawił się gładko – 1 maja 1933 roku ogłosił płatnym świętem narodowym, a 2 maja wszystkie biura związkowe były już przejęte przez ludzi rządzącej partii. Służbę cywilną oczyścił z osób nielojalnych. Dekretem wydał zakaz zatrudniania Żydów w instytucjach państwowych. Wszystkie produkcje teatralne, utwory muzyczne i programy radiowe kontrolował Joseph Goebbels, a dziennikarze przeciwni reżimowi dostali zakaz wykonywania zawodu. W celu utrzymania nowego porządku powołał do życia organizację, która łączyła funkcje polityczne, wywiadowcze oraz policyjne – Gestapo.

Rewolucja nazistowska szła przez kraj z prędkością błyskawicy, pomimo to dla wielu osób zmiany wydawały się wciąż niewystarczające. W szeregi partii wstąpiły setki tysięcy nowych członków z nadzieją na szybkie korzyści. Mieszkańcy miast liczyli na dobrą pracę, na wsi przedmiotem pożądania była ziemia. Oddziały SA, zbyt liczne jak na swoje potrzeby, czekały w gotowości bojowej, by zastąpić regularną armię. Adolf Hitler daleki był jednak od tego, by spełniać każdą zachciankę swoich zwolenników. Jego celem była przede wszystkim odbudowa potęgi narodu niemieckiego, a do tego potrzebował również umiejętności i doświadczenia osób spoza partii. Nie było jego intencją niszczenie wielkich gospodarstw rolnych, osłabienie głównych gałęzi przemysłu czy walka z generałami. Führer wykorzystywał swoje talenty interpersonalne. Nie stało to w sprzeczności z tym, że w partii panował strach i terror. Generalnie sprawy układały się po jego myśli, choć z jednym, ważnym wyjątkiem.

Nazistowski marsz po władzę i polityka rządów twardej ręki nie byłyby możliwe bez wsparcia oddziałów SA. Gdy cel został osiągnięty, ugrupowanie straciło rację bytu, a liderzy partii zastanawiali się, jak ograniczyć jego działalność. Dowódca oddziałów milicji Ernst Röhm nie pozwolił się jednak zmarginalizować. Wciąż widział przed sobą nowe cele. Nalegał, aby zniszczyć korporacje, majątki ziemskie, by pozbyć się klasy posiadaczy. Przekonywał, że rewolucja potrzebuje rewolucyjnej armii, która jest zdolna niszczyć wszystko, co spotka na swej drodze. Hitler podejmował próby porozumienia się ze starym przyjacielem, ten jednak był nieprzejednany. Zuchwale szantażował współtowarzyszy, wzmacniając siły stacjonujące w stolicy.

4 czerwca 1934 roku Hitler i Röhm spotkali się ponownie. Kanclerz, uroczy jak nigdy, zaproponował miesięczne zawieszenie broni i odłożenie ostatecznej decyzji do momentu powrotu szefa SA z urlopu. Röhm – nieświadomy nadciągającej katastrofy – zasalutował i spokojnie udał się na wypoczynek. 30 czerwca Gestapo aresztowało Röhma i urządziło łapankę na kilkuset domniemanych konspiratorów. Żołnierze podsunęli dowódcy uzbrojony w jeden nabój rewolwer i dali 10 minut na popełnienie samobójstwa. Zuchwały jak zwykle Röhm odmówił: „Chcecie mnie zabić? Niech zrobi to sam Adolf”. Po dziesięciu minutach dwóch współpracowników Hitlera dopełniło dzieła. Röhm miał umierać ze słowami „Mein Führer, mein Führer” na ustach.

Operacja „Koliber”, znana także jako Noc Długich Noży, ostatecznie wyeliminowała zagrożenie, jakie dla armii stanowiły oddziały SA. W ten sposób Hitler umocnił swoje relacje z generalicją, zapewniając sobie sukcesję po sędziwym prezydencie Hindenburgu, którego dni były już policzone. Kryzys minął, a Hitler wyszedł z niego jako szef rządu, głowa państwa oraz komendant główny sił zbrojnych. Od tego momentu żołnierze nie składali już przysięgi wierności krajowi czy konstytucji. Przysięgali wierność samemu Führerowi.

ADOLF HITLER ZAPISAŁ SIĘ W HISTORII jako przywódca opętany obsesją wcielenia w życie swych wypaczonych koncepcji. Ich jakość miała charakter drugorzędny. Tam, gdzie inni mieli wątpliwości lub ustępowali w obliczu skrupułów moralnych, on bez wahania robił krok naprzód i nigdy nie poddawał się emocjom. Od samego początku swojej kariery politycznej genialnie potrafił odczytywać nastroje społeczne i odpowiednio do sytuacji modulować swój przekaz. Nie ukrywał tego przed doradcami. Uważał, że większość ludzi ma silną potrzebę, by w coś wierzyć, i nie stać ich intelektualnie na to, żeby samodzielnie zdefiniować obiekt swojej wiary. Sprytnie doszedł do wniosku, że należy zredukować przekaz do poziomu idei powszechnie zrozumiałej i jednocześnie znaleźć konkretnego wroga, obarczając go winą za wszelkie nieszczęścia. „Mamy tylko (…) dwa wyjścia – wyjaśniał. – Albo zwycięstwo rasy aryjskiej, albo jej eksterminacja i triumf Żydów”.

Hitler instynktownie czuł, że jego rodacy potrzebowali przywódcy, który zrozumie ich gniew oraz ukoi lęki. W zamian oczekiwał aktywnego poparcia i wspólnej walki w słusznej sprawie. Ku radości wodza jego ogniste przemówienia spotykały się z falą oburzenia za granicą. Wierzył, że zwolennicy oczekiwali od niego postawy nieprzejednanej i pełnej pogardy wobec krytyków, którzy marzyli, aby go uciszyć. Wizja bohatera stojącego naprzeciw potężnej siły wroga to wizja porywająca tłumy. W ten sposób każdy przejaw prześladowania bezbronnych ofiar swojej polityki Hitler potrafił obrócić w akt samoobrony.

Przeciętny wzrost, ciemne włosy i niepozorna postura, kompletnie nieprzystające do obrazu idealnego reprezentanta rasy aryjskiej, paradoksalnie mogły przysporzyć mu zwolenników. Malował swoją osobę jako typowego przedstawiciela narodu – człowieka pracy, weterana wojennego, bez konta bankowego, przychodów z inwestycji lub cennych nieruchomości. „Zwracam się do robotników – grzmiał z mównicy. – Ja nigdy was nie zdradzę. Jestem synem narodu. Całe życie poświęciłem, walcząc o wasze prawa”.

Obywatel Rzeszy każdego dnia karmiony był solidną dawką propagandy zarówno w miejscu pracy, na zgromadzeniach publicznych, jak również w dynamicznie rozwijającym się nowym medium – radiu. Führer, jako pierwszy w historii dyktator, miał możliwość wygłaszać jednoczące naród kazania przed osiemdziesięciomilionową publicznością. Radio odgrywało rolę internetu lat trzydziestych, z tą jednak różnicą, że jako środek komunikacji jednokierunkowej łatwiej było je kontrolować. Nigdy wcześniej nie wymyślono tak potężnego narzędzia manipulowania opinią publiczną. W pewnym okresie najważniejsze przemówienia Hitlera zyskiwały rangę wydarzeń o zasięgu światowym. W szkołach dzieci czytały Biblię tamtych czasów – Mein Kampf.