Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2006

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 307 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Fastryga - Grażyna Jagielska

Fastryga to opowieść o trzech pokoleniach kobiet naznaczonych piętnem rodzinnej tajemnicy. Więzi pomiędzy babką, matką i córkami są albo niszczące, albo boleśnie rozerwane – kobiety łączy tylko poczucie nieuchronnego nieszczęścia, przejmująca samotność i nakaz milczenia. Dostęp do prawdy ma jedynie upośledzona dziewczynka Mela, żyjąca w zawieszeniu między światem realnym a metafizycznym; ale jej rozpaczliwe próby „fastrygowania” więzi między kobietami są niezrozumiałe dla otoczenia.

Książka opowiada o mechanizmach wzajemnego zniewolenia. To mroczne studium przemocy w rodzinie, konsekwentnie ukazywane z dwóch perspektyw – sprawcy i ofiary. Wyłania się z niego obraz zakleszczonego świata, który rządzi się niepojętymi dla postronnych regułami i z którego nie ma ucieczki. Hipnotyczna narracja bezlitośnie wciąga w spiralę fizycznych i psychicznych tortur, jakich doświadczają bohaterki, w atmosferę paraliżującego strachu i ciągłego napięcia.

Opinie o ebooku Fastryga - Grażyna Jagielska

Fragment ebooka Fastryga - Grażyna Jagielska

SERIA Z MIOTŁĄ

Christine Angot

Kazirodztwo

Majgull AxelssonDom Augusty

Melania MazzuccoTak ukochana

Marsha MehranZupa z granatów

Halina PawlowskaZdesperowane kobiety postępują desperacko

Grażyna PlebanekDziewczyny z Portofino

Grażyna PlebanekPudełko ze szpilkami

Ena Lucia Portela

Sto butelek na ścianie

Sonia Raduńska

Białe zeszyty

Ahdaf SoueifMapa miłości

grażyna jagielska

fastryga

Copyright © by Wydawnictwo W.A.B., 2006 Wydanie I Warszawa 2006

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

prolog

Mela miała dziesięć lat, kiedy umierając pod schodami, zobaczyła coś więcej niż inni ludzie. Spadała krótko, zdążyła tylko pomyśleć: „Nie ma stopni pode mną, nigdzie nie ma?” – i jeszcze przez chwilę szukała oparcia dla nóg i rąk. Niepotrzebnie, bo czas już się cofnął, zabrał Melę.

„Jeszcze szukam, chwytamnie chwytam” – myśli i zaraz potem jest zupełnie mała, frunie gdzieś wysoko, uwolniona z rąk ojca czuje, jak pęd powietrza unosi jej włosy. Pogodny świat wzlatuje i opada, pewne ręce czekają na dole.

„Łapią mnie?” – upewnia się Mela, lecąc klatką schodową, hen, w stronę trzeciego stopnia. W chwili gdy uderza w niego prawą skronią, pamięć przenosi ją jeszcze dalej. Mela przemyka przez matkę, trwa to tylko mgnienie, i trafia tam, gdzie nie zaglądał nikt przed nią.

„Ale nie umieram! – zastrzega się. – Jestem gdzie indziej, ale nie umieram. Myślę o tym, co najbardziej lubię”.

Było to pole świeżo zaorane pod koniczynę. Mela i babka Leonia biegły na przełaj, zgrzane, pod wiatr, babka śliczna, dwudziestoletnia. Z brązowych, lśniących bruzd bił kwaskowy zapach wilgoci, uwolniony zbyt nagle spod spieczonego wierzchu; lato drugiego roku wojny było naprawdę upalne. Ziemia buchała gorącem jak rozkrojone ciasto, liście stały na sztorc, w stawie bulgotała rzęsa. Także wokół babki coś się działo, coś na niej gęstniało, od samego sklepu spożywczego, ruchliwe i przylepne, niemal miłosne. „Cienie z bukowego lasku” – pomyślała Mela. Leonia minęła zagajnik w drodze do miasteczka.

Teraz biegła z powrotem, spowita w cienie młodniaka, ściskając w ręku siatkę z chlebem i paczką „tureckich”, koniny już nie zdążyła zapakować. Zaczęła biec od razu w sklepie. „Pani Werska, pani nie wraca do domu – szepnęła sklepowa, niby to sumując cyfry w słupku. – Niemcy!” I zaraz umknęła wzrokiem ku bryłom koniny, po którą Leonia stała cały ranek.

Mela ledwo nadążała za babką, cienie aż furkotały na wietrze. Tkliwie gładziły biodra i piersi Leonii, białe grochy na niebieskiej sukience.

Biały Dwór był niedaleko, oddzielony od pól sadem i sporym kawałkiem trawnika. Biegły, dysząc, rabaty goździków i fuksji skakały im w oczach. Ostatnie bruzdy i drzewa dzieliły je od werandy z kolorowymi szkiełkami, błyskającymi w słońcu. „Jezu, Jezu!” – powtarzała babka po szyję w szarych, kochliwych zwojach. Zbijały się na niej, zachodziły jeden na drugi. „Wcale nie są z lasu – pomyślała Mela, która dobrze znała drzewa. Buki nie miały z tym nic wspólnego. – Może to ze sklepu?”

„Nie zdążę! – mówiła babka. – Nie zdążę!”

Kiedy Mela znów odwróciła głowę, Leonii nie było już widać, obok sunął cień podszyty niebieską sukienką. „Jezu, Jezu” – mówił, rękami szukając swojej twarzy.

Drzwi białego domu otworzyły się, ale nikt w nich nie stanął, po prostu czekały na babkę.

Mela leży pod schodami bardzo cicho, trochę śpi, trochę nie śpi. Liczy iskry, które powoli dogasają w jej głowie, słowa dobiegające gdzieś z boku. Stara się o niczym nie myśleć, jak najmniej oddychać, żeby nie spłoszyć ptaka, który na chwilę w niej przysiadł. „Pamiętam wszystko – myśli tak cicho, jak tylko potrafi, samymi ustami. – Wszystko! Zanim się urodziłam, też”.

– Nie powinnaś tego robić! – mówi z pretensją ktoś w kuchni, tuż za ścianą. Mela dobrze wie, że nie powinna. Zamiast chodzić na strych, powinna pomóc przy rozpakowywaniu bagaży, choćby tych tobołów w kuchni. Nie powinna spadać ze schodów, matka i bez tego miała dość kłopotów.

Teraz próbuje ułożyć się inaczej, być twarzą i przodem ciała po tej samej stronie, ale nic w niej nie działa. Jedno oko jest zamknięte, Meli zdaje się, że na stałe. Przed drugim ma krawędź stopnia, aż krągłą od częstego używania, tak blisko, że widać drobinki olejnej farby i włókna starego dębu. Ostrożnie zerka w bok na skręcone ciało, ustala swoje położenie. „Nie szkodzi, nie szkodzi – pociesza się. – Z lśniących bruzd, zbyt nagle spod spieczonego wierzchu… Nie mogę się ruszyć, ale wszystko wiem. Babka Leonia nie zdążyła”.

– Mela! – dobiega z kuchni.

– Aa ee! – odzywa się Mela spod trzeciego stopnia. – „Już idę, mamo!”

I naprawdę ma taki zamiar, już zaczyna się zbierać, Mela jest grzecznym dzieckiem. Ale zaraz czuje, że coś ją nęci, ciągnie z powrotem. „Tylko zajrzę i zaraz wrócę – myśli. – Zobaczę tylko, czy babka jeszcze tam jest. Dowiem się, co było dalej”.

Ale kiedy znów znalazła się na polu, dobiegało końca inne lato. Poznała od razu, bo Biały Dwór był jakiś inny, a pole gęste od żyta i przekwitłych chabrów. Szła jego obrzeżem, wydeptaną ścieżką, swoim zwyczajem chwytając garścią ostre, dojrzałe kłosy. Sięgały jej ledwie do pasa. „Widocznie urosłam – pomyślała – a dom otynkowano”.

Szła coraz prędzej, ponaglana czyimś nawoływaniem, już tylko muskała łany otwartą dłonią, żeby nie tracić czasu. Widziała już szybki w drzwiach werandy, żółte i pomarańczowe. Biały Dwór był tuż. Zatrzymała się na skraju pola, osłaniając oczy. Ktoś siedział na progu, cień o gęstym spodzie, rzadszym wierzchu, ktoś bliski, strasznie zmieniony. „Pradziadek? – zdziwiła się Mela. – Mówili, że umarł w Ameryce”.

Minęła bokiem wiśniowy sad, młodszy niż ten, w którym się bawiła – to dlatego dom wydawał się wyższy – przeszła przez miękki, świeżo założony trawnik. Lato było inne, chłodniejsze, ale w drzwiach werandy nadal siedziało to, co przyprowadziła babka Leonia, trochę mniej przejrzyste, może przybrudzone czekaniem.

„Ciemne. – Mela patrzyła z daleka. – Ciemniejsze. Nie takie jak na babce. Prawie czarne!”

– Już, zaraz – mówiło, szukając swojej twarzy. Coś się w niej rozlewało, podchodziło czernią, obejmowało nos, usta, policzki, Meli nie udało się prawie nic zobaczyć. „Pradziadek zrobił coś gorszego niż babka Leonia – pomyślała. – Coś naprawdę złego”. Teraz już wiedziała, że mimo pośpiechu przyszła za późno, nieszczęście już się działo.

Stała koło schodków, nawijając na palec zbożową witkę, którą przyniosła z pola, patrzyła na ogród. Sad wydawał się obcy i Mela z trudem rozpoznała wśród drzew ulubioną papierówkę. Pod nią, na beczce deszczówki stał jeszcze przez chwilę pradziadek Werski. Przestępował z nogi na nogę, jakby chciał dobrze dopasować stopy do dębowej pokrywy, zanim się od niej odbi e. Skoczył jak z trampoliny, ugiąwszy kolana, i strącił z drzewa ostatnie papierówki.

– A! – woła Mela pod schodami. – E!

„Nie umiem mówić – myśli – ale wszystko pamiętam. Pradziadek nie pojechał do Ameryki, powiesił się na starej papierówce. Było przy nim to, co przy babce Leonii, o wiele gorsze, prawie czarne”.

– …garnki na blat, słoiki do szafek – odzywa się gdzieś blisko kobiecy głos. – Trzeba to najpierw wyszorować.

– Ja to zrobię – mówi ktoś niechętnie.

„Pradziadek się powiesił – odpowiada Mela w ciszy rozbitej głowy. – Myślał, że jak umrze, to wszystko naprawi. Wcale tak się nie stało”.

– Tylko porządnie, bo aż się klei. Bóg wie, co tu było przedtem.

W kuchni ktoś się krząta, rozpakowuje coś szeleszczącego i ten cichy, nieustanny szelest udziela się najpierw ścianom i żarówce na suficie, potem obejmuje schody, krągłą krawędź i jedyne oko Meli. Słyszy go w sobie raz głęboko, raz płytko, pod samą skórą. Mela jest za to wdzięczna, może myśleć, że umiera, szeleści jak pergamin, może nie wiedzieć, dlaczego pradziadek powiesił się w sadzie. Nie chce już nigdzie wracać, z całych sił skupia się na odgłosach z kuchni, na szelestach. Czuje, że zapomni, co widziała, jeżeli tylko pomyśli o tym, co jest w kuchni. Jest kobieta-matka i dziecko, Mela na pewno wie, jak mają na imię, musi się tylko skupić. Z kuchni dobiega groźne, ostrzegawcze podzwanianie wiadra, brzdęk i chlust wody.

– Na litość boską! – krzyczy Krystyna z irytacją.

– Ja niespecjalnie! – woła Ewa.

– Cała przeprowadzka na mojej głowie, z babci też nie ma żadnego pożytku. – Krystyna wyciska ze szmaty wodę do wiadra. – Usiądź gdzieś i chociaż mi nie przeszkadzaj! – mówi. – Sama nie dam rady. Gdzie ta Mela? Znów ją gdzieś poniosło. Mela!

część I

Tego dnia przed świtem wyprowadziły się z Białego Dworu, od ósmej rano był już cudzą własnością. Zabrały to, co zwykle zostaje po takich bankructwach – ubrania, trochę sprzętów – i przeniosły się do stróżówki przy głównej bramie; tam miały zamieszkać. Był to szary dom, wcinający się bokiem w ulicę Przytorową tak głęboko, że stał właściwie na chodniku, zawadzając przechodniom. Od śmierci ostatniego stróża zamieszkiwały go bezpańskie koty, czasem zimował ktoś bezdomny, na co Krystyna przymykała oko. Rudera faktycznie nadawała się tylko do rozbiórki, ale z całego majątku – dwustuletniego domu, parku ze starodrzewu i hektarów żyznego rodowego gruntu – została im właśnie ona i kawałek ogrodu z Kaczym Stawem, zarośniętym rzęsą od wiosny do późnej jesieni.

Krystyna zrzuciła toboły z pościelą przed kuchennymi drzwiami stróżówki i zawróciła do Białego Dworu po babkę. Pani Werska dostała wylewu na wieść, że muszą opuścić dom, i jeszcze nie doszła do siebie. Powtarzała tylko: „dom, park i pola, dom-parkipola”.

Idąc po teściową, Krystyna rozmyślała, jak to się czasem dobrze w życiu składa. Jeszcze niedawno stary Walicki radził rozebrać stróżówkę, z cegieł postawić nowy mur od strony ulicy. „Ładnie byśmy wyglądały!” – pomyślała Krystyna. Mur na nic by się teraz nie zdał, za to stróżówka była jak znalazł.

– Inaczej to chyba na ulicę – powiedziała. Z trudem przepchnęła przez zarośla wózek inwalidzki z babką i dostawiła go do tobołów z pościelą. To już było wszystko.

– To niemożliwe – powiedziała babka i popatrzyła pytająco na Krystynę. – Dom, park i pola.

Stróżówka w niczym nie przypominała domu z kolumienkami, który babka Werska odziedziczyła po przodkach wiele lat temu. Piaszczyste podwórko zarośnięte było gęsto łopianem, w ogrodzie lęgły się zaskrońce. Podobało się tu tylko Meli, może dlatego że przedtem nie wolno jej tu było zaglądać – Krystyna bała się chorób roznoszonych przez bezpańskie koty.

Mela obiegła podwórko, na którym robotnicy już stawiali mur z pustaków, odgradzając stróżówkę od reszty posiadłości, która o ósmej rano przestała być ich własnością. Obejrzała wszystkie kąty

– w piwnicy były nietoperze. Trochę pomogła matce przy rozpakowywaniu. Dobrą godzinę biegała między sienią a podwórkiem, znosząc nowe tobołki.

A kiedy Krystyna zajęła się czym innym, Mela znalazła drogę na strych.

***

Po upadku ze schodów Mela nie różniła się prawie niczym od innych kalekich dzieci. Nie widywała już krewnych z czasów przed swoim urodzeniem, zmarli pochodzili z jej własnej teraźniejszości. Tego, co im towarzyszyło, nie zobaczyła również i przez długi czas nie wracała na pole za Białym Dworem. Nie pamiętała, co przytrafiło się jej pod schodami, choć ta zdolność, jaką w sobie wtedy odkryła, przycupnęła w niej jak sprytny ptak, który zamiera na czas chłodu i budzi się dopiero, gdy jest bezpiecznie.

Nowe życie całkowicie ją pochłonęło, było ciekawsze niż poprzednie. Musiała codziennie obchodzić ogród, doglądać drobiu, dbać o ludzi, o których nikt inny nie pamiętał. Lubiła wszystkie te zajęcia, dawały jej satysfakcję, poczucie, że jest ściśle związana z tym, co żyje i umarło na Przytorowej.

Ogród obchodziła z samego rana. Zaczynała ceremonialnie, od grządek zdziczałego rabarbaru, który rósł tuż za główną furtką, pół na pół ze szczawiem. Szła zawsze tą samą drogą, aż wydeptała ścieżkę między bylinami, skupiona i rześka mimo wczesnej pory, przejęta ważnością tego, co robi.

Granica między ziemią a Melą była niewyraźna. Mela zachodziła na ziemię, ziemia zachodziła na Melę, żyły jedna z drugiej jak drzewa w starym sadzie. Ten sad był tak stary, że pnie sczerniały i zrogowaciały, a rozrośnięte konary jabłoni zmieszały się z gałęziami gruszy, rodziły wspólnie. Za sadem leżał Kaczy Staw. Wiosną rosły wśród tataraku aksamitne bazie, latem cofające się wody odsłaniały pokłady lepkiego, czarnego mułu. Często lustro wody ginęło pod zielonym kożuchem.

Mela okrążała sadzawkę i wchodziła do części warzywnej, między sałatę, kalafiory i marchew. Była to jedyna zagospodarowana część ogrodu i Mela miała tu najwięcej roboty.

Za warzywniakiem stała naturalna altanka z leszczyn wielkich jak dom, dawny plac zabaw. Zaraz po przeprowadzce ustawiły w niej ławę na drewnianych klocach i zbudowały kamienne palenisko, prawdziwą kuchnię. Było to posępne, mroczne miejsce, gdzie nigdy nie docierało słońce, a zaskrońce miały swoje gniazdo. W kącie walały się garnki-zabawki, dziecięcy serwis w niebieski wzorek i trójzębne blaszane widelce. Dla Meli te szczątki miały takie samo znaczenie co ogród, wiązały ją z siostrą, której już nikt nie pamiętał, nawet Krystyna-matka.

W pamięci Meli siostra nadal przychodziła w leszczyny bawić się serwisem, trochę starsza pisała wypracowania w kolorowych zeszytach. Całkiem dorosła opłakiwała tu swoje miłosne zawody, niezdane egzaminy, niefortunne wizyty u fryzjera. Mela spotykała się z wszystkimi Ewami, choć większość z nich nie żyła od dawna.

Ci sami ludzie umierali w Meli po wiele razy. Babka Leonia rzadziej niż inni, Krystyna-matka prawie co roku, siostra przy każdej okazji – ledwo Mela odwróciła wzrok, a już jej nie było. Ludzie umierali, gdy zachodziły w nich zmiany. Mela miała w sobie niezliczone siostry, z których gdzie indziej nie pozostał nawet ślad, ukochane koty, dawne matki. Chowała bliskich tak często, aż straciła rozeznanie.

Bała się, że podobnie może być z ogrodem, pilnowała go więc staranniej niż ludzi. Pochłaniało ją to, co dzieje się pod powierzchnią ziemi – sprawy życia i śmierci, jakie się tam rozgrywały. Prowadziła Ewę głęboko w sad, żeby pokazać, co się w nim naprawdę odbywa, upewnić się, że jeszcze tym razem przetrwał noc. Wkładała palce w ziemię jak w masło, przebierała, sprawdzając, czy jest tam jeszcze coś żywego. Tłumaczyła Ewie, dlaczego się tak martwi, mówiła: „A! E!” Ewa przestępowała niecierpliwie z nogi na nogę, a potem biegła zobaczyć poletko truskawek albo nurogęsi, które przysiadły na stawie w drodze na południe.

Żeby zatrzymać siostrę, Mela uczyła ją, jak się wyławia ze stawu wielkie płaty rzęsy, wysysa sok z rozkwitłych forsycji albo drze tatarak na wąskie pasy. Wtedy szła za nią ścieżką między bylinami, ku temu wszystkiemu, co wyczuwała tylko ona, krzywa Mela – w powietrzu, słońcu, w jajkach wykluwających się węży. Ewa zostawała chwilę, a potem umykała: do altany i lalek, do krzaków słodkich malin i koleżanek, do narzeczonych i egzaminów, do męża i własnych dzieci. Mela sama kończyła obchód ogrodu. Znanym już tylko sobie przejściem w gąszczu berberysów wracała do bocznej furtki, gdzie od rana czekała na nią babka Leonia. Mela przepychała wózek inwalidzki pod pustakowy mur oddzielający ogród od Białego Dworu i stuletniego parku. Wdrapywała się na ogrodzenie, na tyle, na ile pozwalało jej kalectwo, i opowiadała babce, co widzi po drugiej stronie.

– A! – mówiła. – E!

Biały Dwór obrastał bardzo prędko w białe i szare ściany, przybudówki, lustrzane kawałki blachy, w inne domy, zza których nie było już prawie widać tego, co znały. Wyrąbany park zaczął odrastać młodymi kępami w niezabudowanych miejscach. Gdy minęło dziesięć lat od ich wyprowadzki, czyjaś brzoza zasłoniła ostatni kawałek – szarą pręgę kalenicy i skrawek komina z anteną satelitarną.

– A! – opowiadała Mela babce, z głową nad pustakowym murem. – E!

Kiedy już się napatrzyły, Mela przepychała wózek do starej oranżerii, w której babka urządziła sobie pracownię. Zdarzało się, że przesiedziały tam bezczynnie całe popołudnie, Mela na schodkach, babka na wózku, popijając gazowaną lemoniadę. Czasem babka była bardzo zajęta, rzeźbiła ptaki, Mela siedziała obok, patrząc na to, co dzieje się w drewnie.

Któregoś chłodnego, wietrznego ranka nie zastała babki przy bocznej furtce. Szyby oranżerii zmatowiały prawie zaraz, schodki zaszły czymś zielonym – choroba babki wszystko zmieniła. Nowe życie Meli, od czasu wypadku i przeprowadzki toczące się wolno, spokojnie naprzód, zawróciło nagle ku dawnym wydarzeniom, jakby chciało zawiązać pętlę.

***

Krystyna stała nad babką Leonią, którą prawie całkiem sparaliżowało, i próbowała sobie przypomnieć, jak teściowa wyglądała przedtem. „To niemożliwe, żeby zapomnieć kogoś w dwie godziny” – myślała. Ale zmiany, jakie zaszły w pani Werskiej, były tak gruntowne, że wykluczały istnienie kogoś innego, kto żył wcześniej. Na wersalce w jadalnym leżała stara kobieta, w niczym niepodobna do żwawej babki Leonii. Krystyna stała nad nią ciągle w fartuchu, z nożem oblepionym zielonymi drobinami, które spadały na dywan. Nieszczęście zastało ją przy kuchni.

„Nie tak miało być. – Przemknęło jej przez głowę. – To jakaś pomyłka”.

Opadła na krzesło i patrzyła z niedowierzaniem na szpalery zrudziałych bzów, które sama zasadziła przed laty. Odgradzały dom od torów kolejowych i starej mleczarni po drugiej stronie.

„Najpierw Mela, teraz babka” – myślała. Babka pisała coś czynną ręką w starym bloku rysunkowym, który dała jej z rana. Co ona pisze? „Mamo”, tak pisała Mela, dawno temu, ale tak samo, literami na całą kartkę. „Mamo?”

Krystyna poruszyła się niespokojnie, obejrzała na schody prowadzące na poddasze, jakby stamtąd kogoś się spodziewała. Wystarczyło, by gdzieś przysiadła, odłożyła na bok robotę, a przeszłość zjawiała się jak stary, czujny pies, który całymi dniami czeka na wolną chwilę swojego właściciela. Drzwi na klatkę były otwarte, czuć było za nimi ciemną, stromą przestrzeń. Dziesięć lat temu weszła tam Mela.

„To już dziesięć lat?” – zdumiała się Krystyna jak co dzień. Nadal miała wrażenie, że dzień przeprowadzki jeszcze trwa, niczego jeszcze nie zakończyła. Dopiero co opuściła dom z kolumienkami, stary dwór Werskich, spakowała to, co zostało po licytacji, i wyniosła na ganek. Trzy toboły z bielizną, komplet krzeseł, skrzynię posagową. Udało jej się też zachować część ziemi, kawałek ogrodu z sadzawką i dawną stróżówkę przy głównej bramie, z podwórkiem zarośniętym gęsto łopianem. Nowy dom był tak blisko Białego Dworu, że nie musiały płacić za transport, same przeniosły rzeczy w trzech turach, przepchnęły wózek z babką i tobołami z bielizną. Pani Werskiej odjęło władzę w nogach, ale umysł miała sprawny. Złożyły bagaże w kuchni stróżówki, babkę Mela ustawiła przy zlewie, a potem poszła na strych. „I po co, dziecko? – powtarzała Krystyna w myślach, ciągle od nowa. – Tyle się działo na dole”. Ewa przyniosła z ogrodu martwego zaskrońca i upuściła go między walizki, był to prawdziwy smok rozszarpany przez psy. Babka zwymiotowała do torby z pościelą, z kuchennych szafek wypełzły ślepe kocięta. „Po co chodziłaś na górę, córeczko?”

Krystyna znalazła Melę dopiero późnym popołudniem. Nie usłyszała krzyku ani odgłosów spadania, nie wiedziała nawet, że w stróżówce są schody, nigdy przedtem tu nie była. Od przeprowadzki upłynęło tyle lat, a ona ciągle odtwarzała w myślach swoje czynności, wszystko, co robiła, podczas gdy Mela leżała pod schodami. Wszystkie te ważne rzeczy, które minuty niedotlenienia mózgu zmieniły w godziny. Uprzątnęła zaskrońca, umyła babkę, wyczyściła pościel, poszła obejrzeć przybudówkę, gdzie odkryła hodowlę pieczarek. Znalazła wiadro i wyszorowała część pomieszczeń na parterze.

Na Melę natknęła się w chwili, gdy za oknami, bramą i szpalerem bzów przeleciał z hukiem pośpieszny do Krakowa, wprawiając szyby w delikatne drżenie. Zaraz potem zaczęła rodzić, na dwa miesiące przed terminem. Lekarza nie wezwano ani do niej, ani do Meli, nie miał kto tego zrobić. W stróżówce nie było telefonu, nie miały też pieniędzy na taksówkę. Krystyna urodziła sama, na wyszorowanej podłodze w kuchni, pośród walizek i ślepych kociąt. Dziecko było martwe. Powtarzała sobie jednak, że wszystko będzie dobrze – z nią, z przetrąconą Melą. Nigdy nie wyprowadziły się ze stróżówki, choć mówiło się, że niedługo odzyskają Biały Dwór. Tak naprawdę Krystyna już sobie tego nie życzyła. Wolała zostać w stróżówce, wyobrażać sobie, że Mela poszła na poddasze i zaraz zejdzie,cała i zdrowa. „Po coś tam chodziła, dziecko?”

***

Krystyna stała nad babką, która pisała i pisała, rozglądając się wkoło czujnie, jednym okiem. „Co to? – pisała. – Co to?” Krystyna przysunęła twarz do jej zmienionej, krzywej twarzy.

– Wyglądasz inaczej – powiedziała nieswoim głosem – ale wiem, że to ty.

Krystyna miewała już chwile, które nie spodobałyby się Bogu. Były tylko zapowiedzią prawdziwej, naprawdę złej myśli, jaka naszła ją miesiąc później podczas szykowania obiadu. Pojawiła się nagle, zupełnie dojrzała, jakby tkwiła w główce kapusty, którą rozpłatała na pół wielkim nożem. Straszna, zupełnie do Krystyny niepodobna.

Krystyna odłożyła nóż i stała nieruchomo przy desce, jak porażona bólem. Rozgościł się natychmiast w jej nowym, większym ciele – przez ten miesiąc przytyła z dziesięć kilo, mimo że prawie nie jadła i nie spała.

– Boże! – powiedziała na głos, na wpół z lękiem, na wpół z pretensją. – Po co podsuwasz mi takie myśli?

Babka uderzyła laską w podłogę, wzywając ją na górę.

Krystyna ułożyła na desce połowę głąba i zaczęła siekać, ale po chwili odwróciła się od kuchennego blatu. Przeszła do jadalni, minęła pracownię i schody na poddasze, ukryte za malowanymi drzwiami. W sieni usiadła na krześle przy drzwiach. Pukanie wędrowało strychami nad jej głową.

„Jaki to dziwny dom” – pomyślała. Siedziała w sieni z nożem w ręku i patrzyła – jakby po raz pierwszy. Niedokończony i kaleki, był częścią czegoś, co istniało przedtem, dawno temu, albo nie zdążyło zaistnieć w ogóle, jak Mela. Krystyna nie znała pierwotnego planu. Z podwórza wchodziło się do kuchni, z kuchni do jadalnego, dalej do pracowni krawieckiej i tu dom nagle się urywał. Choć mogłoby się zdawać, że podąży dalej i nawet chciało się iść razem z nim, jakby naprawdę dokądś prowadził, on umykał do bocznego skrzydła, gdzie zatrzymywał się u wejścia do kuchni. Strychy wiodły górą taką samą drogą. Można było chodzić po domu w koło, zbierać troski jak skrawki materiałów, które dostawały się wszędzie, choć Krystyna szyła i cięła tylko w pracowni.

W sieni stukanie laski dochodziło słabiej, stłumione odgłosami podwórka.

„Po co ja tu przyszłam?” – zastanowiła się Krystyna. Odłożyła nóż, jeszcze z drobinami kapusty, wzięła do ręki torebkę, która stała obok, i otworzyła, nadal nie wiedząc, po co to robi. W środku była portmonetka. Krystyna odliczyła osiemdziesiąt złotych, pięćdziesiątkę i trzy banknoty po dziesięć, tyle ile zapłaciła lekarzowi na wiosnę, gdy był u babki z ostatnią wizytą. „Jak to możliwe, że się tak pomylił? – zdumiała się. – Przychodził i zawsze mówił to samo, kazał się przygotować na najgorsze, a teraz…”

– Ja ci pokażę! – krzyknęła Ewa gdzieś od strony kurnika.

„Osiemdziesiąt – myślała Krystyna, patrząc na pieniądze. – A gdyby dać więcej?” Ogarnęła ją nagła pewność, że gdyby dała więcej, diagnoza lekarza sprawdziłaby się lepiej, po prostu za mało sobie policzył. Teraz Krystyna zwyczajnie wyrówna różnicę i będzie tak, jak miało być. Wszystko się wyjaśni. Babka też na tym skorzysta, kto to widział tak się męczyć.

– Jezus Maria! – jęknęła, aż się rozniosło po sieni.

Wstała i poszła na górę z tym świeżym bólem, własną niegodziwością palącą jak młode pokrzywy, które siekała dla kaczek. Teściowa przestała stukać, dopiero gdy Krystyna stanęła przy łóżku. Popatrzyła na babkę Leonię leżącą pod świętym obrazem, jakby tego dnia spodziewała się zobaczyć coś innego niż zwykle.

Pani Werska podniosła na nią jedno oko, w którym nadal malowało się niedowierzanie, niema prośba, żeby odwołać to, co się z nią stało. Poruszyła ustami jak ryba.

Krystyna zaczęła się modlić od razu, nie czekając.

„Panie Jezu Wszechmogący”. W ręku poczuła coś ciepłego. Cztery zmięte papierki. „Nie wódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw… ”

Ale myśli zaczęły się rwać prawie natychmiast, zwolniły bieg. Coś je ciągnęło do tyłu, może ten ból, który ciągle się w niej mościł. Po chwili pomknęły w inną stronę. Krystyna odetchnęła pełną piersią, jakby do tego, co zamierzała zrobić, potrzeba było więcej powietrza. Pochyliła się nad teściową.

„Odpokutuję to” – obiecała sobie naprędce, ale szczerze, z wiarą w swoją dobrą wolę, a natychmiastową ulgę wzięła za przyzwolenie. Słowa pchały się na usta jak żywe, stęsknione istoty. „Tutaj mama nie może zostać, rozumie mama? Trzeba odejść. Tak jak było ustalone. I nie ma co tak patrzeć!”

Opadła ciężko na krzesło. Pani Werska zrobiła jeszcze jeden wysiłek, żeby przemówić, i w jej oku błysnęło zdumienie.

– …nad nami grzesznymi i w godzinę śmierci naszej – powiedziała Krystyna. „Chyba nie dam rady”.

Od czasu przeprowadzki sama utrzymywała rodzinę: dwie córki i teściową. Mówiło się, że babka Leonia jej w tym pomaga, ale w rzeczywistości cały ciężar spadł na Krystynę. Właściwie nie odchodziła od maszyny do szycia. Na początku walczyła o to, żeby odebrać klientelę innym – na Przytorowej były jeszcze dwie, działające o wiele dłużej pracownie. Potem, kiedy zyskała renomę najlepszej krawcowej w miasteczku, walczyła o to, żeby utrzymać swoją pozycję. Dzięki niej mogła związać koniec z końcem. Babka Leonia przesiadywała z Melą w ogrodzie, dużo mówiła o tym, jak to było kiedyś, czasem sprzedała jakąś rzeźbę. Już wtedy była dla Krystyny ciężarem, choć potrafiła przynajmniej częściowo zadbać o siebie, nie wyglądała jak chore kocię z pierwszego miotu Eugenii, urodzone wiosną pod stołem w kuchni. Eugenia od razu je zadusiła i Krystyna była jej za to wdzięczna. Nigdy nie nauczyła się topić kociąt, do zarzynania kur i kaczek przywykła dopiero po wielu latach.

„Sam widzisz, Jezu!” – pomyślała, nie bardzo wiedząc, co mu chce pokazać, udowodnić. Próbowała się jakoś przed nim usprawiedliwić, ale już czuła, że nic z tego nie będzie. Dziesięć lat opiekowała się teściową, kaleką na wózku. „Dziesięć lat, Jezu! Dziesięć chyba wystarczy?”

Pochyliła się jeszcze niżej, czując opór brzucha pod kretonową sukienką. Tuż przed sobą miała wyblakłe oko pani Werskiej.

„Wszystko zabrali, mamo, dom, ziemię. Tak jest sprawiedliwie. Mieszkamy teraz w stróżówce, u stróża-pieczarkarza, przy samych torach. Z okien widać mleczarnię. Pamięta mama stróża?”

Delikatnie nakryła lewą ręką dłoń teściowej, w prawej miała pieniądze.

„Gdzie ja jestem?” – spytało zestrachane oko babci.

– W domu – powiedziała Krystyna. – Jest mama w domu. „I w godzinę śmierci naszej… W godzinie próby – pomyślała Krystyna – nie opuszczaj w godzinie próby”.

– Teraz wszystko będzie dobrze – powiedziała do niej i do Jezusa na ścianie, trzymając w ręce ciepłą, bezwładną dłoń. – Teraz tylko leżeć i odpoczywać.

Noc spędziła na stołku w sieni, przy drzwiach, jakby w tym miejscu było bliżej do świtu. Ale kiedy w końcu znalazła się w kościele, zamiast do konfesjonału skręciła ku ławkom. Usiadła na zwykłym miejscu, w szóstym rzędzie, czekając, aż wróci skrucha, którą czuła w nocy. Jakby się wygubiła w drodze, między Przytorową a Kościelną. Krystyna czuła teraz przede wszystkim zmęczenie. Prawie nic nie jadła i nie spała, zajęta szyciem i rozmowami z teściową, swoimi złymi zamiarami. Zelżały w niej, gdy tak siedziała wpatrzona w Madonnę z Dzieciątkiem, słabo rozświetloną porannym słońcem.

Uspokajał ją chłód wielkiej nawy, a może był to zapach ostatniej mszy. To, co ją tu przywiodło, straciło na znaczeniu, wydało się wyolbrzymione i jakieś dawne, jakby przytrafiło się kiedy indziej, nie dziś, może nawet komuś innemu. Zaskoczona, rozejrzała się po pustym kościele, w którym wszystko jeszcze spało. „Co też mi przyszło do głowy? Przecież ja nic nie zrobiłam”. A przecież w nocy nie mogła się doczekać, kiedy będzie mogła pójść do spowiedzi. „Z czego ja się chciałam wyspowiadać? – zastanawiała się teraz. – To nie moja wina”.

Poprawiła się niespokojnie w ławce. Szuranie własnych butów w kościelnej ciszy dobiegło ją ze wszystkich stron, spod ołtarza i z tyłu, spod drzwi, nienaturalnie głośne.

„Wszystko przez Mazura” – pomyślała z irytacją o lekarzu rejonowym, który od lat opiekował się panią Werską. Utrzymywał, że stan babki nie tylko nie ulegnie poprawie, ale pogorszenie może nastąpić w każdej chwili. Od dawna zapowiadał, że drugi atak najprawdopodobniej okaże się śmiertelny.

Krystyna wstała i szybko wyszła z kościoła. Przy bramie natknęła się na pokiereszowaną Walicką, która przychodziła do proboszcza regularnie w sprawie męża-dróżnika.

– Jakby w niego jaki bies wstąpił, pani kochana! – powiedziała na widok Krystyny, podwiązując pod brodą końce chustki. Miała rozciętą wargę i na twarzy siną pręgę po pogrzebaczu. – Taki był dobry, że do rany przyłóż, nawet pić, to nie za bardzo pił. Umiar miał. A teraz? Ja chyba dłużej nie wytrzymam! – załkała głośno, na nic już nie zważając. – Ksiądz, święty człowiek, przychodzi, tłumaczy, że to nie po bożemu, że wstyd przed ludźmi, a ten pijus, kat jeden! – Nachyliła się ku Krystynie. – Ja to pani powiem, że jego już myślą z posady zdjąć, że to niby on nietrzeźwy na tej stacji siedzi. I to pani powiem, że może tak być. – Zdecydowanym ruchem podwiązała chustkę. – To co? Wieprzowinkę w piątek przynieść? No, no, przyniosę. Ładny kawałeczek, może i schab się trafi. Z tego to ja dzieci nie utrzymam. Upij e się łajdus i nieszczęście gotowe. Pani przy torach jest, to i wie. Ja już niczego nie chcę, tylko żeby to w rodzinie zostało, żeby jakiego większego nieszczęścia nie było. No, idę do księdza proboszcza, mówił, żeby zachodzić, mówić, co i jak.

Krystyna stała przy bramie, patrząc za Walicką, która szła w stronę zakrystii. Znikła za dębowymi drzwiami, zabierając ze sobą jakąś myśl, która nie zdążyła utkwić Krystynie w głowie. Było tam coś o dróżniku, a może o torach, których pilnował po pianemu, mięsie na niedzielę? Walicka miała rację, zawsze był z niego porządny człowiek i nagle…

„O dziesiątej klientka do miary – przypomniała sobie Krystyna już za murem kościoła. – Kalafiorowa, na drugie placki ziemniaczane”.

Myślała o Walickim, kiedy szła wzdłuż torów i szpaleru bzów. „Co się z tym człowiekiem stało? Zaprzepaścić tyle lat pracy, ludzką opinię. Taki nagły alkoholizm?” – Pchnęła furtkę i znalazła się w domu.

– Ewa! – zawołała. Była sobota, pora drugiego śniadania. W domu panowała cisza, jedynie z podwórka dobiegało gardłowe pogadywanie Meli. „Znów bawi się z kurami” – zirytowała się Krystyna. – Ewa!

Na stole w kuchni stała taca ze śniadaniem dla babci: zupa mleczna i suchary. Idąc przez jadalnię, Krystyna spojrzała na zegar. „Za piętnaście dziesiąta. Starczy mi czasu, żeby ją nakarmić i zejść na dół”. Ulga, jaką odczuła w kościele, nadal jej nie opuszczała, choć nie była już tak wyraźna. Manewrując tacą w ciasnych drzwiach, za którymi kryły się schody na poddasze, Krystyna układała w myślach, co powinna zrobić. Przede wszystkim wymaże to, co było wczoraj i jeszcze dzisiaj rano w drodze do kościoła, podłość, jaką przez chwilę w sobie czuła, niezrozumiałą, obcą siłę. Nigdzie nie odda babki. O tym w ogóle nie mogło być mowy.

„Co za ulga!” – pomyślała. Poczuła przypływ sił, niemal radość, jak zawsze, gdy po krótkim buncie godziła się z nowym obowiązkiem, jaki zwalało na nią życie. Wiedziała już, że wszystko będzie dobrze: z nią, z babcią i dziewczynkami. Dalej będzie się opiekowała teściową i tak będzie do końca, póki starczy jej sił.

Zaczęła wchodzić na strome schody bez poręczy, wpatrzona w talerz, żeby nie rozlać zupy. „Umierać w domu opieki to jednak straszna rzecz. Taka samotność, kiedy się wie, że nie ma nikogo i już nic prócz tej śmierci. Musiałabym nie mieć sumienia” – pomyślała. W bladym świetle prawie nie widziała stopni, zupa kołysała się w talerzu. „Powinnam na to spojrzeć od dobrej strony. Lepsza sparaliżowana teściowa niż mąż pijak, z którym nigdy nic nie wiadomo, taki Walicki. Trzeba tu wkręcić mocniejszą żarówkę”.

Była już w połowie schodów. Przystanęła na chwilę, czując nagłą duszność – suknia znów się na niej zbiegła – i popatrzyła na drzwi, za którymi leżała pani Werska. Został jej tylko kawałek pod górę.

„Ale miała umrzeć! – powiedział ktoś obok, z pretensją i rozpaczą, to nie mogła być Krystyna.

– Miało być do drugiego ataku!"

Poczuła, jak skraca się jej oddech, krew gęstnieje i spływa do nóg. Obejrzała się wolno, dobrze wiedząc, że nikogo nie zobaczy na schodach. Nie było nikogo w całym domu, tylko ona i teściowa.

Ruszyła dalej pod górę, z każdym stopniem tęższa, szeroka od ściany do ściany, powtarzając: „Jezu Miłosierny”, choć teraz wcale nie chciała z nim rozmawiać. Zupa kołysała się w talerzu, ściętacienką warstwą kożucha.

***

Po drugim ataku babka Leonia była przekonana, że nadal mieszkają w domu z kolumienkami

– w starym dworze Werskich. Rozglądała się po jadalni pieczarkarza ogłupiałym, przelękłym okiem, pisała „co to?, co to?”, więc Krystyna przeniosła ją do pokoiku na poddaszu. Babka uspokoiła się, sądząc, że to jej dawna pracownia malarska. Mela nie mogła jej tam znaleźć – nie wolno jej było chodzić na strych. Błąkała się po domu, szukała w jadalni, kuchni, w pokoju, gdzie szyła Krystyna, w schowku na węgiel. Wózek inwalidzki stał pusty, ale Mela wiedziała, że babcia jest w domu, oznaki śmierci były inne. Szukała więc dalej, z każdym dniem pamiętając babkę trochę mniej. Bała się, że zapomni całkiem, nie zdąży zabrać jej do siebie. Co się stanie z kimś, kogo Mela nie zabierze?

Znalazła babkę przypadkiem, właściwie w ostatniej chwili.

Oporządziła drób i przyszła na schody, licząc na to, że spotkają się tam, gdzie ostatnim razem jadły niedojrzałe jabłka, ona na schodach, babka na wózku w przedsionku. Usiadła na trzecim stopniu, wyliczywszy go starannie na palcach, i postawiła obok miskę z ulęgałkami. Co wieczór przynosiła coś do jedzenia, gruszkojabłka z sadu, śliwki ze śliwy-garażówki. Sądziła, że babcia się zjawi, jeżeli wszystko będzie dokładnie tak jak w dniu, gdy odeszła.

Przez uchylone drzwi pracowni krawieckiej widziała Krystynę przy maszynie, powoli zapadał zmierzch. Mela wsunęła ręce w kieszenie fartucha, gdzie od tygodnia nosiła gęsie pióro, i czekała. Czekała tak bardzo, że nie czuła nic innego. Ani ciężaru własnego ciała, ani zapachu ulęgałek, ani łaskotania gęsiego pióra. Z każdym dniem babcia była bliżej, ale jeżeli nie chciała jej stracić, musiała się bardziej postarać.

Mela wiedziała, kiedy ludzie umierają – w niej częściej niż gdzie indziej. Coś się w niej wtedy rozpychało, robiło sobie miejsce. Sprawiało jej to ból, który szybko miał, stąd wiedziała, że nie dzieje się nic złego. Pamiętała wszystkich swoich zmarłych i była dla nich czuła. Mówiła o tym, co się dzieje w domu, o kocich porodach, zmianach pór roku, o tym, kto jeszcze umarł. Dobrze jej się z nimi żyło, ale wolałaby, żeby babka została w domu. I bez niej była pełna po brzegi.

Czekała więc jeszcze pilniej, prawie nieprzytomna z napięcia i bliskiej radości, ale były chwile, kiedy nie pamiętała, na co się tak cieszy. Obraz babci pojawiał się i znikał, jakby ktoś zapalał i gasił w Meli światło. Wydawało się, że to zapominanie idzie od dołu, jak zimne ciągi, więc cofała się ku górze, stopień po stopniu, aż dotarła do drzwi i usłyszała czyjś oddech.

Pchnęła drzwi i stanęła nad łóżkiem.

Pani Werska wyglądała zupełnie inaczej, Mela nie wiedziała, że to babka Leonia. Poddasze było jednak ostatnim miejscem, którego nie sprawdziła po kilka razy. Jeżeli babka była w domu, to tylko tutaj. Mela ostrożnie pochyliła się nad łóżkiem.

„Daj rękę – powiedziała do siebie miękko, prosząco. – Daj”.

Chwilę jeszcze marudziła, z dłońmi splecionymi na plecach, potem szybko wysunęła rękę, palcem uniosła powiekę nad martwym okiem.

Oko się zamknęło, gdy tylko cofnęła palec.

„Babka, nie babka?” – zastanawiała się Mela. Usiadła na brzegu łóżka i ze wszystkich stron obejrzała twarz chorej. Naciągnęła skórę ku skroniom, żeby usunąć fałdy koło nosa, próbowała podnieść zapadnięte policzki. Nie wiedziała, że zmiany w wyglądzie pani Werskiej wynikają głównie z braku sztucznej szczęki, o której Krystyna tego dnia zapomniała. Na koniec uniosła opadłą stronę ust.

Przez chwilę siedziała spokojnie. Jadła gruszki, myśląc o tym, o tamtym, trochę patrzyła na babkę, trochę na jaskółki, które znosiły coś do gniazda za oknem. „Babka, nie babka?” – zastanawiała się. Powoli zaczynała rozumieć, że jednak się spóźniła, chyba nie znalazła babki na czas.

Chora nie chciała ulęgałek. Leżała na wznak, jednym okiem patrząc w sufit. W tym oku coś się działo, leciało w głąb pod zmąconą, mleczną powierzchnią. To oko bardzo się Meli nie podobało.

Odkryła babkę i obmacała ją z góry na dół wprawnymi dłońmi, które umiały zajmować się kurami tak, by nie zadawać bólu. Prawa strona babki nie odpowiadała.

Mela wzięła panią Werską za rękę i splotła ze sobą ich palce. Powoli się uspokajała, coś brzęczało kojąco. Mela oddychała razem z babką, coraz słabiej, płycej, ale nie brakowało im powietrza. Obserwowały muchę, która tłukła się na szybie, na oślep szukając drogi wyjścia na gładkiej powierzchni, potem sprytnie w kącikach framug. „Mądra mucha” – myślała Mela. Patrzyła w okno, za którym nic nie było, nawet światła, choć nie zapadła jeszcze noc, ale widziała coraz mniej. Coś jej mętniało w jednym oku, drugie wcale nie chciało się otworzyć. Zrobiło się jakoś pusto, nie tylko w niej i w babce, ale znacznie dalej, czczo za drzwiami i oknem. Już nie wiedziała, co za nim jest, chociaż niedawno stamtąd przyszła.

„Niedobrze – zrozumiała Mela. – Umieramy”.

Siedziała na łóżku, lepka od gruszek, wcale nie gotowa.

„Będziemy myślały o czymś, co dobrze znamy” – powiedziała do babki, której rysy już zaczęły się zmieniać, miejscami wklęsły, miejscami się wyostrzyły. Mela widywała to u umierających kotów.

„Rabarbar, cztery grządki. – Z największym trudem przywołała ostatni obraz, jaki w niej pozostał. – Pół na pół ze szczawiem, dobrze znamy, za furtką, a dalej… Coś jest dalej”.

„Jest czczość w głowie – pomyślała Mela

– w palcach, wszędzie. Posuwa się wyżej i w dół, ale na boki też, jak pękający lód na stawie, głównym nurtem i odnogami, aż do końca najcieńszej żyłki. Ile ja w sobie tego mam?" – zdziwiła się, czując nudności w kącikach warg, za paznokciami, w powiece, tak ciężkie, że wgniotły ją w łóżko. „Nie będę wymiotować – zrozumiała – będę lecieć w dół”. Babce wargi już wpadły między dziąsła, klatka piersiowa zrobiła się płaska jak u dziecka. „Zapadamy się”

– pomyślała. Zobaczyła, że babka ma wysoki i ostro zakończony nos.

„Dalej – Mela z trudem rozwierała sklejone wargi. – Idziemy dalej. Z furtki przez pokrzywy, coś tam musi być”.

Ostatkiem sił chwyciła babkę za przód koszuli i posadziła. Jedną ręką przytrzymała ją za warkocze, drugą otworzyła zdrowe oko. Babka popatrzyła na nią z umęczeniem, źrenicą zaraz umknęła w tył głowy.

„Nie umieramy. Mówimy, co jest dalej. Furtką w porzeczki, na skos…”

Babka kiwała się na warkoczach jak na uwięzi, w prawo, w lewo, popłakując. To były dobre łzy, Mela pozwoliła im płynąć, jak długo chciały.

Tak samo płakała Ewa na sąsiednim strychu, kiedyś dawno, kiedy zrozumiała, że nie umie malować ludzi. Mela pokazała jej, jak to się robi, duże kółko na brzuszek, małe na główkę, krok po kroku, tak jak teraz uczyła mówić babkę.

– Aaa – mówiła pochylona nisko, z otwartymi ustami, pokazując, co trzeba zrobić z językiem.

– Eee – odpowiadała bełkotliwie babcia.

Mela trzęsła energicznie głową.

– Aaa.

– Eee.

Uczyły się mówić dwa tygodnie, w czasie gdy

Krystyna chodziła do kościoła.

***

„Daj mi siły, żebym mogła to wytrzymać, i miej w opiece tę rodzinę, która Cię potrzebuje…” – modliła się przy żelaznym łóżku pani Werskiej, z centymetrem krawieckim na szyi. Babka stukała laską w podłogę, domagając się srebrnych przyborów toaletowych, w pracowni na dole klientka czekała do miary.

„I pozwól zwalczyć w sobie tę złość – dodała Krystyna po namyśle. – Bo nie wiem, skąd się bierze”. Nie miała kontroli nad tym nowym uczuciem do babki, to ono panowało nad nią, podsuwało obrazy, jakich nie widziała nigdy dotąd.

Zdrzemnęła się, siedząc przy teściowej, nie spała od tygodnia. Gdzieś daleko ktoś stukał, rąbał drewno. „Wycinają park na opał” – przestraszyła się i otworzyła oczy.

„Nie wolno mi spać, muszę czuwać – przypomniała sobie. – Zobaczyć, skąd mi się to bierze”. Myślała, że może z kłamstwa, ale to prawda wodziła ją na pokuszenie. Czuła ją niemal na języku, przyspieszała bicie jej pulsu i ścinała krew w żyłach, tak często, aż w końcu stała się tylko wstępem do kłamliwej opowieści.

Babka Leonia nie pamiętała, co doprowadziło do licytacji Białego Dworu, nie znała wydarzeń, które zakończyły się utratą domu, hektarów rodowej, czarno-burej ziemi i syna Aleksandra. Lekarz powiedział, że czasem tak się zdarza. Kiedy umysł nie potrafi sobie poradzić z nieszczęściem, wyrzuca je z organizmu jak trującą substancję. Babka Leonia dźwigała swoje nieszczęście przez wiele lat, tak długo, jak zdołała, aż drugi wylew pozwolił jej się uwolnić od ciężaru. – Teraz jest zupełnie szczęśliwa – powiedział lekarz. – Nie trzeba nic jej mówić.

Krystyna siadała na krześle przy jej łóżku, wzywana w najmniej odpowiedniej chwili dnia, z rękami umączonymi albo pełnymi szpilek. Kłamała pod Jezusowym okiem, zawsze zamglonym jakąś inną myślą.

– Nie było dzisiaj listu, mamo – mówiła po zastanowieniu, przypomniawszy sobie, co mówiła wczoraj. – Aleksander dzisiaj nie pisał. Nawet się dzisiaj nie spodziewałam, skoro pisał tydzień temu.

– Co pisał? – pytała pani Werska.