Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 162 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Farmazon - Adam Gorczyński

Powieść Adama Gorczyńskiego, która ukazała się w 1844 roku. Jej autor, Adam Gorczyński, był działaczem społecznym i oświatowym, malarzem i pisarzem. Publikował pod pseudonimem Jadam z Zatora. W jego dorobku znalazły się m.in. „Powieści Jadama” (1839), „Opowieści i legendy Jadama z ziemi zatorskiej” (1842), „Sylva Rerum Jadama”, „Zeno powieść”. Pisał także liczne dramaty, które były wystawiane w teatrach Krakowa, Lwowa, Poznania, Warszawy i cieszyły się sporym uznaniem, nie były jednak w większości wydane drukiem. Gorczyński zajmował się także malarstwem – tworzył głównie pejzaże (krajobraz i architektura), sławiące piękno polskiej ziemi. Istotnym motywem było także piękno przyrody tatrzańskiej, które z upodobaniem propagował. Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Farmazon - Adam Gorczyński

Fragment ebooka Farmazon - Adam Gorczyński

Adam Gorczyński

Farmazon

Warszawa 2012

Odparte wszelkie czucie, w sercu tylko wrzało. Wygorzało nareszcie.

Fredro.

CZĘŚĆ I

MIASTO

Z turkotem po gładkim gościńcu toczyły się kółka najtyczanki i nagle stanęły u pochylenia się góry przed rogatką, która długim żurawiem podnosząc się, otwierała jakby bramę do przedmieść miasta X., jednego z celniejszych naszego kraju.

Była to wieczorna godzina dnia zimowego, który dosyć łagodne miał powietrze; od południa weselił się słońcem, jakoby jałmużna, która odbiegłe lato, ubogim miesiącom zimy, niekiedy z litości nadsyła. Jadący najtyczanką był to młody mężczyzna. Twarz jego, zarysu kształtnego, płci blondynom właściwej, ożywiona rumieńcem zdrowia, mszyła się już złotym włoskiem po nad ustami, i kędzierzawiła gładką, wabnie utoczoną brodą.

Długi jednostajny ruch bryczki, turkotliwa muzyka kół szybko się posuwających, ukołysały jadącego w ten stan umysłu do dumań skłonnego, w którym jakby senną powieką oddzielają się zmysły od tego świata, co nas otacza, a dusza zamknięta w sobie, otwiera arkę przeszłości, i z niej ptaszki myśli i ptaszki wspomnienia, wypuszcza do lotu po niebie fantazji.

Ale nagłe wstrzymywanie szybkiego pędu jazdy, zbudziło młodziana, piękne malowidła myśli rozwiały się i znikły; na twarzy jego zarysował się uśmiech jakiś bolesny, bo obaczył przed oczyma swymi świat rzeczywistości: płaszcz zimy na polach, kilka suchych wierzb przy drodze, kilka chatek z pogiętymi dachy i próchniejącą ścianą, a smutniejszą od domów, postać zbiegających się ku niemu ludzi.

Byli to brodaci synowie Jordanu, nieodstępni życia krajowego towarzysze, z których jeden z wyciągniętą brudną ręką domagał się zapłaty myta, reszta w dosyć licznej, dosyć plugawej gromadzie, byli emisariuszami miejskich karczemek, które instynktem pająka sieć faktorów swoich wysuwają aż do rogatek, na połów nadjeżdżających z tej strony podróżnych.

Wraz, trudną do opisania wrzawę, wznieciła ta gromada na różne tony wabiąca, nęcąca zagłuszonego tym wrzaskiem podróżnego:

– Wielmożny panie, mam stancję i delikatną stancję – wołał jeden.

– Na co go wielmożny pan będzie szukał stancji? Wielmożny pan do „Kogutka” zajedzie; tam same wielkie państwo stawają.

– Jaśnie panie: Gruba Żydówka, śliczna kamienica; pani hrabina dopiero co wyjechała, kapitalne ma wino.

– Ot uczepiła się bieda; gdzie pan każe jechać? – zapytał woźnica.

– Do Grubej Żydówki Wielmożny pan zajedzie; pani hrabina tam stała; kapitalne wino, ekstrafein.

– Wielmożny pan raz spróbuje Niedźwiedzia, to Wielmożny pan będzie zawsze tam stawał.

– Ny, panie furman słuchaj; na co Wielmożnego panu Niedźwiedzia, Wielmożny pan kazał „Pod Kogutka”.

– Mniejsza z tym – rzekł podróżny – jedź „Pod Kogutka”.

I potoczyła się dalej bryczka w przedmieście: rojowisko domków drewnianych pod wysokim kapeluszem dachu, które wyszły z swojego szyku, i porozłaziły się po polu; niektóre przysiadły jak żebracy bliżej gościńca; tu domków para zezem spogląda na przejeżdżających, tam budynek odwrócił się obliczem swoim od drogi, cały zatopiony w sadzie, a krzewiste gałęzie gruszy, jakby rzęsa nad okiem, wiszą nad okienkami tego, ubóstwem wiejskim nacechowanego mieszkania. Tu i owdzie dźwiga się od ziemi jakaś kamienica; widać jak ciężko, jak powoli odbywa tę operację swego wzrostu, bo ledwie na warstwę cegły podrośnie w górę, to znowu nieboga lat kilka odpoczywa. Tu widać dom bez dachu, tam dach na słupkach oparty, a niema jeszcze domu; tu budynek bez komina, tam na pogorzelisku stoi wysoki komin, któremu brakuje tylko domu. – Uzupełniają ten obraz zaniedbanie i nieporządek: parkany nachylone, wpół rozebrane płoty, mosty nareszcie, którym zwykle brakuje posłania. – Oko podróżnika przejeżdżającego taką ulicą, przebywa prawdziwa torturę, bo nigdzie miłej nie obaczy formy i składu, nigdzie czystości; na każdym miejscu wyciśnięta pieczęć żydowskiego plugastwa, razi oko, serce dręczy i myśl zasmuca. – Wjeżdżamy nareszcie do miasta; odpięło swój pas warownego muru: baszta jedna i druga, nadyma się jeszcze wypukłą ścianą, ale miejsce śmigownic i spis, którymi jeżyły się jej strzelnice, zajął pilnik zegarmistrza, albo spokojniejsza krawieckiego kunsztu iglica.

Ponad kamienice i kamieniczki o trzech okienkach, obdarte z tynku, świadczące o wysokiej cenie wapiennego kamienia, zaczyna się wynosić spiczastym swoim dachem, patronka miasta, Fara; nareszcie na kwadratowym rynku, zamkniętym domami w podsienia z wioska, postrzegasz sędziwy ratusz. Stare Magdeburgii tronowe krzesło, zajęte dzisiaj przez inną dynastię, przez przezacny Magistrat.

Bryczka z naszym podróżnym wjechała nareszcie w otwarta na oścież bramę, nad którą zawieszona tablica, nosi w swoim godle Białego Kogutka.

Na posłyszany turkot, hasło zwiastujące przybycie gościa, wybiegł nasamprzód gospodarz karczmy w koszuli i kamizelce. Wybiegła otyła Żydówka w bindzie i dwie młodsze w rozkędzierzawionych włosach, wybiegł rój dzieci, wybiegła służąca chrześcijanka, i nareszcie młody Żydek kelner, z łojówką w ręku. – Gospodarz zaczął się kłaniać i głową i mycką i wszyscy kłaniają się, radzi i kontenci, rozweseleni, szczęśliwi z przybycia pożądanego gościa.

O gościnności! Ty słodka dziewico! Jagodo słowiańskiej ziemi! Jakże ohydną się stajesz i nieznośną, kiedy do miłej twojej twarzy przyprawisz sobie żydowską brodę, a zamiast gładko utoczonej wabnej dłoni, wysuniesz ku nam rękę, z której każdego palca wyśpilkuje się zaostrzony chciwością pazurek! Kelner z łojówką poprzedza, a przybyły gość postępuje za nim po wilgotnych, ruchomych jak drewienka Guzikowa schodach na piętro do stancji. Po długich próbach kilkunastu kluczy, wśrubował się nareszcie jeden zardzewiały do zardzewiałego zamku; otworzyły się drzwiczki, gość wprowadzony do zimnej, pustej, pajęczynami obrosłej izby, niemającej innych sprzętów, prócz nagiego łóżka, chwiejącego się stolika i dwóch stołków drewnianych, z których jeden kuternoga na trzech stojący, opierać się musi o ścianę.

Kiedy więc znoszą rzeczy, stróż w piecu pali, drzewo trzaska, łojówka kopci, kelner zalepia szpary kaflowego pieca, którymi ciśnie się naprzykrzony dym do izby; drzwiczki zaskrzypiały i stanęła w progu wysoka, okazała, długobroda, starozakonna figura, i nisko, poważnie się kłania.

– Czegóż wasze chcesz? – zapytał zdziwiony nieco młodzian tym rychłym natręctwem.

– Ny, co ja bym miał chcieć? Ja nic nie chcę – odpowiedział zapytany.

– Jakiż masz interes?

– Ny, ja bym miał interes? Ja szacuję honor pański, ale żeby ja miał interes...

– Po co żeś przyszedł?

– Ny, ja tylko szacuję honor pana Grafa.

– Nie jestem grafem.

– Ny, pana barona, to nic nie kosztuje.

– Ja nie baron.

– Ny, co to ma do tego? Wielmożny pan taki sobie dobry jak baron; bez urazy Wielmożnego pana – co tam słychać w tamtych stronach?

– W jakich stronach?

– Ja szacuję honor pański, ale jakże ja go może wiedzieć, w jakich stronach?

– Któż wasze jesteś starozakonny?

– Ny, ja szacuję honor pański, ale że Wielmożny pan to nie wie, wszak ja go faktor „Kogutka”.

– Nie wiedziałem.

– Nic nie szkodzi, byłem faktor Pod Niedźwiedziem, ale go odstąpił szwagrowi Moszkowi.

– Kiedyś faktorem z obowiązku swojego, masz znać całe miasto; znasz pewnie i obywateli okolicznych, wielu podobno mieszka w mieście?

– Wszystkie państwo mnie znają, ny, to i ja ich znam.

– Nie umiałbyś mnie powiedzieć, gdzie mieszka hrabina Jelińska?

– Ja szanuje honor pański, ale jak ja go nie może wiedzieć, kiedy ja go faktor pani hrabina.

– Doprawdy?

– Ny, co dziwnego? Wielmożny pan sam się przekona. Pani hrabina to wielka pani oh es mir, co tam żydkowie utargują; sama krakowska sto par rękawiczek przedała; a wszystko na kredyt. Ny, to wielka pani, ale ja go panie hrabinę odstąpił zięciowi Ickowi. Jak szanuję honor pański; pani hrabina do wielkich rzeczy, to wielka pani, ale w małych rzeczach to tak skąpa, że aż strach! Nу, co ja się nachodził, nalatał całe dwa tygodniów, a co dostał za to, to aż wstyd; Ny, panna hrabianka, to co inakszego.

– Jak to? Dlaczego tak myślisz.

– Ny, ja nic nie myślę, tylko tak gadam, ze to co inakszego, bo rozumi to Wielmożny pan, jak ja go wydawał córki za męża, to ona go mi podarowała dukata ekstraważnego. Ny, to moja córka i zięcek proszą pana Boga, aby ją poszczęścił na majątkach i bogactwach, a dał jej tysiąc tysiąców samych ważnych dukatów.

– Słuchaj mości starozakonny, od dnia dzisiejszego jesteś moim faktorem.

– Ny, to ja się kłaniam Wielmożnemu panu, a Wielmożny pan się przekona, takiego faktor jak ja, to go ani u wy Lwowie nikt nie widział.

– Powiedz mnie najsamprzód, co tu słychać w mieście?

– Ny, to pan nie słyszał, co tu słychać?

– Cóż tak ważnego?

– To ja Wielmożnemu panu powiem, ale w sekrecie. Oto, cale miasto o tym gada, że będzie wielki bal.

– W takim razie panie faktor, posługi twojej zaczynam już potrzebować; wystaraj się dla mnie o bilet wejścia i tym końcem daję ci na zadatek.

– Ny, jak dla Wielmożnego pana to zrobię, zadatek to go przyjmę, ale co biletu, to się nie podejmuję.

– A to dla jakiej przyczyny?

– Ja szacuję honor pański, ale Wielmożny pan tego interes nie rozumie. Ja każę Wielmożnemu panu, niech Wielmożny pan honor swój napisze na karteczce, może Wielmożny pan ma jakie państwo znajome, albo jednego z tych panów, to dla Wielmożnego pana natychmiast bilet będzie.

– Właśnie, że oprócz hrabiny Jelińskiej nie wiem, czy w całym mieście znajdzie się jaki mój znajomy; ale przypominam sobie, pan Węgliński ma tu być na urzędzie, to mój szkolny kolega, czy znasz go faktorze?

– Pan Węgliński? Pan sekretarz? Ny, a czego by ja go nie miał znać? Przecież ja go faktor pana Węglińskiego, tylko od półtora roków ja go odstąpił zięciowi Rachmilowi. Ja szanuję honor pański, ale na co go Wielmożny pan pana sekretarza? Wielmożny pan niech jeno się uda do pana barona.

– Do jakiego barona?

– Ny, pana barona Olesko, to pierwszy elegant, on kazał drukować bilety, a samych swic co nakupił, ny, to tam jasno będzie na balu jak w dzień.

– Nie mam znajomości z tym waszym panem baronem, ale sekretarz, mój szkolny kolega, przyjdzie mnie tu w pomoc, nie wątpię; słuchaj mości faktorze, nagroda będzie, ale mój interes musi być załatwiony, jak się należy. Napiszę bilet, poniesiesz go panu Węglińskiemu, a odpowiedź niech mi będzie jutro.

Rzekłszy to nasz podróżny, wydostał swój sekretarzyk, w kilku minutach napisany był bilet; odebrała go ręka faktora, który przyjął na siebie tym razem obowiązek posłannika.

Bo faktor przyjmuje na siebie każdą misję, każdą posługę pełni. Jest to polskie faktotum w całym, najobszerniejszym znaczeniu tego wyrazu. Obce Stadt-lokaje, lenlokaje, cicerony itd., są to pojedyncze, jednokolorowe promienie; w faktorze zaś polskim mamy je skupione razem wszystkie.

Działanie faktora trudno określić kołem, pewną obciągnąć granicą. Faktor tylko w polskim klimacie zakwita, jest to figura chuda, długa, zawsze stojąca (nikt nie widział siedzącego faktora), czasem naprzykrzająca się, nudna, ale zawsze do usługi gotowa; posługująca i cierpliwie znosząca wszystkie razy, wszystkie trudy służby. Faktor zastąpi lokaja, otworzy drzwiczki od pojazdu, otrzęsie proch z płaszcza, i swój płaszcz poda do obtarcia wilgotnego buta. Faktor gotów zastąpić i garderobianą w niejednej czynności; faktor należy czasem do rady familijnej jako konsyliarz cum voto consultativo, podaje swoje myśli, radzi; to pochwali, to zgani, na tamto nie zezwoli, to rozkaże. – To perpetuum mobile nasze, cały dzień biega, gada, targuje się, kłóci się z żydami braćmi, wypycha ich za drzwi, czasem bije ich nawet. Niema gorliwszego i cierpliwszego sługi od faktora. W zimnym przedsionku o głodzie (nikt nie widział jedzącego faktora), czeka, mitręży swój dzień cały, znosi łajanie, słowa gniewu i żartu, chłostę nawet cierpliwie i kornie bez oburzenia się, bez gniewu; a to wszystko w nadziei zapłaty, która zwykle rachowana bywa na najniższą zasługi skalę. Jeżeli podług wartości człowieka stanowimy taksę jego pracy, jakaż (w rozumieniu wielu, bardzo wielu osób) musi być wartość faktora, który za pracowitą, całodzienną usługę odbiera czasem piętnaście grajcarów w walucie. Dlatego to zapewne nikt nie widział faktora obiad jedzącego, a jeżeli pije kawę, to lot jeden kawowych ziarnek na dni czternaście rozdzielić się musi; jeżeli tytuń pali, to najtańszy, a zatem i najpodlejszy, jaki pod słońcem zakwitnął.

Faktor rodzi się i mnoży w mieście, nie zawsze jednak przywiązany jest do miasta, owszem wiejskie lepiej służy mu powietrze; przychodzi do tuszy, nabiera powagi i tutaj żywioł jego rodzimy, żądza spekulacji, obszerniejsze znachodzi pole, bujniej się rozwija. Tutaj ważniejsze miewa misje, większe działanie; należy do sesji gospodarczej, pomaga do kupna, sprzedaż ułatwia; faktor częstokroć przewodniczy wielkiej wyprawie do Dobromila albo Sadagóry; faktor nareszcie towarzyszy jako stróż opiekuńczy, żałobnemu wołów konwojowi na rzeźniczy targ ołomuniecki. Trafia się czasem, że faktor zostaje tajnym radcą dziedzica, przyjmuje jakieś sekretne, w miłosnych interesach pośrednictwo, czasem odbiera patent na kontrolera ekonomiki; bywają wypadki, gdzie jeszcze wyższego siągnie szczebla, śmielszą ręką dotknie się samego berła ekonomicznego rządu!