Farma lalek - Wojciech Chmielarz - ebook + audiobook + książka
BESTSELLER

Farma lalek ebook i audiobook

Wojciech Chmielarz

4,6

49 osób interesuje się tą książką

Opis

Krotowice – miasteczko zagubione gdzieś w Karkonoszach. Jedenastoletnia Marta nie wraca do domu na noc. Policja rozpoczyna poszukiwania i szybko odnajduje pedofila, który przyznaje się do gwałtu i zabójstwa. Ale to tylko początek. Stare uranowe sztolnie kryją bowiem wiele tajemnic. Dla komisarza Jakuba Mortki staż w Krotowicach miał być odpoczynkiem i spokojną chwilą na przemyślenie własnego życia. Zamiast tego będzie zmuszony szukać sprawcy makabrycznej zbrodni, której okrucieństwo przerasta wszystko, z czym do tej pory się spotkał.

"W napisanej z rozmachem „Farmie lalek” Wojciech Chmielarz potwierdza, że ma to, czego potrzebuje rasowy autor kryminałów: ucho do różnych odmian potocznego języka, oko na ciemne strony dzisiejszego świata i głowę do układania zagadek. Ma też jeszcze coś, czego wciąż brakuje większości polskich pisarzy kryminalnych: wierzy mu się, że pracę policjantów zna nie tylko z telewizji". Piotr Bratkowski

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 452

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 35 min

Lektor: Janusz Zadura

Oceny
4,6 (2511 ocen)
1579
779
139
12
2
Sortuj według:
Joasia_Mo

Nie oderwiesz się od lektury

trzymająca w napięciu, pełna zwrotów akcji i niespodziewanych wydarzeń. czyta się jednym tchem
00
KatarzynaTB

Nie oderwiesz się od lektury

Już nie mogę się doczekać kolejnej części
00
Boginia

Nie oderwiesz się od lektury

Super książka
00
AStrach

Nie oderwiesz się od lektury

Wciągające do cna. Karkonosze i Kowary odrysowane z pikselową dokładnością.
00
Asiaba

Nie oderwiesz się od lektury

Dobra książka, a dla osób znających Kowary opisy miejsc to dodatkowa gratka 😉
00

Popularność




Wszel­kie po­wie­la­nie lub wy­ko­rzy­sta­nie ni­niej­sze­go pli­ku elek­tro­nicz­ne­go inne niż jed­no­ra­zo­we po­bra­nie w za­kre­sie wła­sne­go użyt­ku sta­no­wi na­ru­sze­nie praw au­tor­skich i pod­le­ga od­po­wie­dzial­no­ści cy­wil­nej oraz kar­nej.

Pro­jekt okład­ki PIOTR BU­KOW­SKIFo­to­gra­fia na okład­ce © by WOJ­CIECH CHMIE­LARZFo­to­gra­fia Au­to­ra © by DAG­MA­RA CHMIE­LARZ

Co­py­ri­ght © by WOJ­CIECH CHMIE­LARZ, 2013

Re­dak­cja TO­MASZ ZA­JĄC

Ko­rek­ta AGA­TA CZER­WIŃ­SKA / D2D.PL, ZU­ZAN­NA SZA­TA­NIK / D2D.PL

Re­dak­cja tech­nicz­na RO­BERT OLEŚ / D2D.PL

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej MI­CHAŁ NA­KO­NECZ­NY / VIR­TU­ALO SP. Z O.O.

ISBN 978-83-7536-642-6

Dla ro­dzi­ców

Żad­na fir­ma nie jest sa­mo­wy­star­czal­na i nie ma nie­wy­czer­pa­nych za­so­bów, ale naj­czę­ściej ma nie­ogra­ni­czo­ne po­trze­by, kon­ku­ru­ją­ce o rzad­kie za­so­by przed­się­bior­stwa. Dla­te­go pra­ce, któ­re inni mogą wy­ko­nać ta­niej i sku­tecz­niej, trze­ba zle­cać na ze­wnątrz, bo in­a­czej fir­my mar­no­tra­wi­ły­by swo­je za­so­by.

Mark J. Po­wer, Ke­vin C. De­so­uza, Car­lo Bo­ni­fa­zi, Out­so­ur­cing. Pod­ręcz­nik spraw­dzo­nych prak­tyk,przeł. To­masz Rzy­choń

Prolog

Dżin­so­wa kurt­ka mar­ki jed­nej z nie­miec­kich firm odzie­żo­wych, ide­al­na na ka­pry­śną gór­ską wio­snę, zo­sta­ła wy­pro­du­ko­wa­na w ra­mach out­so­ur­cin­gu w Chi­nach, a do Pol­ski tra­fi­ła w kon­te­ne­rze z uży­wa­ny­mi ubra­nia­mi. Te­raz no­si­ła ją je­de­na­sto­let­nia dziew­czyn­ka z blond wło­sa­mi za­ple­cio­ny­mi w dwa war­ko­cze. Wiel­kie błę­kit­ne oczy upodob­nia­ły dziew­czyn­kę do po­sta­ci z ja­poń­skiej kre­sków­ki. A w szcze­gól­no­ści do bo­ha­ter­ki jed­ne­go z tych nie­grzecz­nych fil­mów ani­me, któ­re męż­czy­zna sie­dzą­cy w te­re­no­wym bmw tak lu­bił oglą­dać, kie­dy wie­dział, że jest sam i nikt mu nie bę­dzie prze­szka­dzać.

Męż­czy­zna wziął łyk red bul­la, prze­łknął i na­tych­miast po­czuł, że gar­dło znów robi mu się su­che z eks­cy­ta­cji, a pe­nis tward­nie­je, na­pie­ra­jąc na roz­po­rek zbyt cia­snych spodni.

Dziew­czyn­ka sie­dzia­ła na skra­ju dro­gi, ba­zgrząc pa­ty­kiem po zie­mi i ocie­ra­jąc nos dżin­so­wym rę­ka­wem. Chy­ba pła­ka­ła, co spra­wia­ło, że cała sy­tu­acja ro­bi­ła się jesz­cze bar­dziej pod­nie­ca­ją­ca.

Czy się zgu­bi­ła? Czy za­raz ktoś po nią przyj­dzie – tata, mama, star­szy brat? Może zo­sta­wi­li ją dla prze­stra­chu, bo była nie­grzecz­na, a te­raz dys­kret­nie pil­nu­ją, ukry­ci za drze­wem?

Męż­czy­zna odło­żył pusz­kę z na­po­jem do spe­cjal­ne­go uchwy­tu za­wie­szo­ne­go przy sa­mo­cho­do­wym oknie, uwa­ża­jąc przy tym, żeby nie wy­lać ani kro­pli na ta­pi­cer­kę. Wy­chy­lił się lek­ko do przo­du, by zba­dać oko­li­cę. Nie za­uwa­żył ni­ko­go do­ro­słe­go. Je­dy­na para tu­ry­stów ze­szła w dół do­bre dzie­sięć mi­nut temu. Było dość wcze­śnie rano, więc tak nie­wiel­ki ruch mimo ład­nej po­go­dy wy­da­wał się zro­zu­mia­ły. Ostat­ni dom w mie­ście stał dwa­dzie­ścia me­trów da­lej, a jego okna za­sła­niał gę­sty ży­wo­płot.

Nikt ich nie wi­dział. Męż­czy­zna po­czuł, że na­pię­cie na­ra­sta. Miał ocho­tę wy­cią­gnąć pe­ni­sa ze spodni i na­tych­miast za­cząć się ma­stur­bo­wać.

Po­wstrzy­mał się z tru­dem. Się­gnął po pusz­kę, wy­pił ostat­ni łyk, po czym zgniótł ją i wy­rzu­cił za pół­otwar­te okno. Wziął dwa głę­bo­kie od­de­chy i z moc­no bi­ją­cym ser­cem uru­cho­mił sil­nik.

Dziew­czyn­ka pod­nio­sła głów­kę do­pie­ro, kie­dy bmw za­trzy­ma­ło się nie­ca­ły metr od niej, a męż­czy­zna otwo­rzył drzwi od stro­ny pa­sa­że­ra. Uśmie­chał się przy­jaź­nie.

– Cześć – rzu­cił we­so­ło.

Nie od­po­wie­dzia­ła. Ścią­gnął oku­la­ry prze­ciw­sło­necz­ne.

– Zgu­bi­łaś się?

Chwy­ci­ła moc­niej pa­tyk i za­czę­ła wbi­jać go szyb­ko w zie­mię, two­rząc nie­re­gu­lar­ny wzór z nie­wiel­kich dziu­rek.

– Dla­cze­go mil­czysz? Mama cię nie na­uczy­ła, że na­le­ży od­po­wia­dać, jak do­ro­śli py­ta­ją?

Bąk­nę­ła coś, cze­go w pierw­szej chwi­li nie zro­zu­miał.

– Słu­cham? Mo­żesz po­wtó­rzyć?

Wes­tchnę­ła ci­chut­ko, a jemu prze­szedł dreszcz po ple­cach. Była taka ma­lut­ka, taka sek­sow­na.

– Mama mó­wi­ła, że nie wol­no mi roz­ma­wiać z nie­zna­jo­my­mi.

Był przy­go­to­wa­ny na ta­kie stwier­dze­nie.

– Two­ja mama ma ab­so­lut­ną ra­cję. Ale ja nie je­stem nie­zna­jo­mym.

Spoj­rza­ła na nie­go i zmarsz­czy­ła brwi.

– To jak się na­zy­wam? – za­py­ta­ła.

Ro­ze­śmiał się, roz­ba­wio­ny jej bez­czel­no­ścią i by­stro­ścią.

– Nie wiem, ko­cha­nie – przy­znał. – Ale znam two­ją mamę. A naj­le­piej to znam wiesz kogo?

– Kogo?

Pa­trzy­ła na nie­go z wy­cze­ki­wa­niem.

– Pa­nią ze skle­pu – za­ry­zy­ko­wał.

– Pa­nią Ma­riol­kę?

– Oczy­wi­ście, że pa­nią Ma­riol­kę. Je­stem jej do­brym przy­ja­cie­lem, wiesz? Bar­dzo czę­sto ro­bię u niej za­ku­py i so­bie roz­ma­wia­my. Cza­sa­mi przy­cho­dzi do nas two­ja mama i dys­ku­tu­je­my wspól­nie, nie­kie­dy to na­wet o to­bie. Wła­ści­wie to… – za­wie­sił na chwi­lę głos, zwięk­sza­jąc jej cie­ka­wość – …po­win­naś mnie pa­mię­tać ze skle­pu.

– Nie pa­mię­tam.

– By­łaś tam nie­daw­no z mamą, ja­dłaś ba­to­na. Przy­po­mi­nasz so­bie?

Za­sta­na­wia­ła się przez chwi­lę. Tym­cza­sem męż­czy­zna drżał we­wnątrz z nie­po­ko­ju. Czy po­łknie przy­nę­tę? Czy jego mała ryb­ka da się schwy­tać? Dała. Po­ki­wa­ła gło­wą ener­gicz­nie, a on uśmiech­nął się lek­ko.

– No wła­śnie. Jak we­szłaś z mamą, to wła­śnie roz­ma­wia­łem z pa­nią Ma­riol­ką, po­tem za­bra­łem swo­je za­ku­py, mia­łem ta­kie dwie wiel­kie czer­wo­ne tor­by, po­że­gna­łem się, po­wie­dzia­łem „dzień do­bry” two­jej ma­mie i wy­sze­dłem. Pa­mię­tasz już?

– Może… – po­wie­dzia­ła z ocią­ga­niem.

– Tak wła­śnie było. Za­py­taj mamę, jak wró­cisz do domu.

Kiw­nę­ła gło­wą. Męż­czy­zna się­gnął do tor­by scho­wa­nej za przed­nim sie­dze­niem i wy­cią­gnął ko­lej­ną pusz­kę z red bul­lem.

– Chcesz na­po­ju?

Spoj­rza­ła na nie­go po­dejrz­li­wie, ale tym ra­zem mniej nie­uf­nie niż wte­dy, kie­dy do niej pod­je­chał. Wie­dział, że musi się po­spie­szyć. Lada mo­ment ktoś może tędy prze­cho­dzić, a wte­dy cały plan, któ­ry tak dłu­go ukła­dał so­bie w gło­wie, tra­fi szlag. Pę­kło­by mu ser­ce.

Trzy­mał pusz­kę non­sza­lanc­ko, jak­by mu nie za­le­ża­ło, żeby ją wzię­ła. Cią­gle się uśmie­chał, pa­trząc bar­dziej na dro­gę niż na dziew­czyn­kę. Ką­tem oka za­uwa­żył, że pod­cho­dzi do sa­mo­cho­du, chwy­ta na­pój, wy­cią­ga go z jego dło­ni, a po­tem cofa się na­tych­miast dwa kro­ki, za­sko­czo­na ła­two­ścią, z jaką prze­pro­wa­dzi­ła tę ope­ra­cję, oraz tym, że nie pró­bo­wał jej zła­pać. Ko­lej­na ba­rie­ra po­dejrz­li­wo­ści w jej gło­wie pa­dła.

Otwo­rzy­ła red bul­la.

– Na­praw­dę zna pan pa­nią Ma­riol­kę? – za­py­ta­ła mię­dzy ły­ka­mi.

– Bar­dzo do­brze. Od lat u niej ku­pu­ję.

Kiw­nę­ła gło­wą.

– Co tu ro­bisz? – za­py­tał.

Wy­ko­na­ła nie­okre­ślo­ny ruch ręką, wska­zu­jąc na po­bli­skie góry.

– Idziesz na wy­ciecz­kę?

– Tak – przy­zna­ła nie­chęt­nie.

– Sama? – za­py­tał i na­tych­miast uj­rzał w jej oczach iskier­ki zło­ści. Wy­stra­szył się, że po­wie­dział coś nie tak i że za­raz ją stra­ci. Pod­niósł dło­nie w ge­ście wy­ra­ża­ją­cym, że wła­ści­wie nic go to nie ob­cho­dzi, czy idzie sama, czy z kimś. Miał na­dzie­ję, że dała się na to na­brać. Była jak małe fu­trza­ne zwie­rząt­ko, któ­re bar­dzo ła­two prze­stra­szyć.

– Zmę­czy­łaś się?

– Tak.

– Bo prze­szłaś ka­wał dro­gi. Nie­zła z cie­bie tu­ryst­ka.

– Aha.

– Idziesz w górę?

– Tak.

– Jadę tam wła­śnie. Pod­wieźć cię?

Mil­cza­ła, nie po­tra­fiąc się zde­cy­do­wać. Wi­dział ma­lu­ją­cą się na jej twa­rzy roz­ter­kę – z jed­nej stro­ny miał prze­cież miłą, przy­ja­zną twarz, znał pa­nią Ma­riol­kę, a pew­nie i mamę, ale z dru­giej stro­ny cią­gle nie po­tra­fi­ła mu za­ufać. Do­strze­ga­jąc to wa­ha­nie, chciał po pro­stu wy­sko­czyć z sa­mo­cho­du, chwy­cić ją w pas i wrzu­cić do ba­gaż­ni­ka. Tak by­ło­by naj­le­piej. Ale wte­dy ktoś mógł­by usły­szeć jej krzy­ki. Nie, mu­siał się kon­tro­lo­wać. Pod po­wie­ka­mi cią­gle wi­dział frag­men­ty ja­poń­skie­go fil­mu ani­mo­wa­ne­go, w któ­rym bo­ha­ter­ka mia­ła ta­kie same oczy jak ta dziew­czyn­ka. I tak słod­ko ję­cza­ła. Naj­pierw się bro­ni­ła, ale po­tem ję­cza­ła. Ta mała też bę­dzie ję­czeć. Kie­dy już prze­sta­nie krzy­czeć.

– No nic. Jak chcesz, to idź na pie­cho­tę – po­wie­dział, po­sta­na­wia­jąc za­grać va ba­nque i się­ga­jąc po klam­kę od drzwi.

Za­trzy­ma­ła go, kie­dy już nie­mal za­mknął.

– Niech pan po­cze­ka.

Sko­czy­ła na rów­ne nogi i wśli­zgnę­ła się do sa­mo­cho­du. Uśmiech­nął się po raz ko­lej­ny i po­mógł jej za­piąć pas, przy oka­zji, niby przy­pad­kiem, mu­ska­jąc jej udo.

– To je­dzie­my – po­wie­dział i wska­zał na pusz­kę red bul­la w jej dło­niach. – Uwa­żaj, żeby nie wy­lać.

Uru­cho­mił sil­nik i ru­szył. Nie za­uwa­żył, jak z lasu wy­szła dziew­czy­na z psem, któ­ra dłu­go przy­glą­da­ła się od­jeż­dża­ją­ce­mu sa­mo­cho­do­wi.

Rozdział 1

– Jezu, jak tu pięk­nie – po­wie­dzia­ła Ola.

Mort­ka po­my­ślał, że jego była żona ma ra­cję. Cie­płe ma­jo­we słoń­ce pa­da­ło na twarz po­li­cjan­ta, prze­bi­ja­jąc się przez gę­sty dach zie­lo­nych, pach­ną­cych wio­sną li­ści. Sie­dzie­li w ogród­ku tuż przed za­byt­ko­wym po­nie­miec­kim pa­ła­cem, a za ich ple­ca­mi roz­cią­ga­ła się ma­low­ni­cza pa­no­ra­ma Kar­ko­no­szy. Za­nu­rzył usta w chłod­nym pi­wie i przez chwi­lę, krót­ką jak mru­gnię­cie po­wie­ki, czuł się szczę­śli­wy. A po­tem Adam, nowy chło­pak Oli, któ­ry sie­dział na­prze­ciw­ko, ale któ­re­go Mort­ka w cu­dow­ny spo­sób usu­nął ze swo­je­go pola wi­dze­nia, mu­siał się ode­zwać.

– Wie­cie, że tu nie­opo­dal, za tym ho­te­lem, znaj­du­je się fa­bry­ka dy­wa­nów? Ta słyn­na fa­bry­ka dy­wa­nów! – Wska­zał na pa­łac za swo­imi ple­ca­mi, w któ­rym wy­na­jął po­ko­je dla sie­bie, Oli i chło­pa­ków.

– Nig­dy o ta­kiej nie sły­sza­łem – po­wie­dział kwa­śno ko­mi­sarz, za­sta­na­wia­jąc się jed­no­cze­śnie, czy Adam i Ola za­miesz­ka­li w jed­nym po­ko­ju, czy jed­nak osob­no.

– Nig­dy, na­praw­dę? W PRL-u dy­wa­ny z tej ma­łej mie­ści­ny były praw­dzi­wym ra­ry­ta­sem. Moja mama o mało co nie zgi­nę­ła, kie­dy pró­bo­wa­ła ku­pić je­den.

– Co się sta­ło? – za­in­te­re­so­wa­ła się Ola, któ­ra wła­śnie koń­czy­ła do­pi­jać kawę. Wy­glą­da­ła pięk­nie: uśmiech­nię­ta, wy­lu­zo­wa­na, ema­nu­ją­ca sek­sa­pi­lem i speł­nie­niem.

– Mama do­wie­dzia­ła się dzień wcze­śniej, że rzu­cą dy­wa­ny. Od czwar­tej nad ra­nem sie­dzia­ła pod skle­pem, ko­lej­ka gęst­nia­ła z mi­nu­ty na mi­nu­tę, zro­bił się praw­dzi­wy tłum. Wszy­scy na­pie­ra­li na drzwi do tego skle­pu, bo każ­dy chciał do­stać to­war. I w pew­nym mo­men­cie, mniej wię­cej wte­dy, kie­dy mie­li już otwie­rać, ale z ja­kie­goś po­wo­du nie otwie­ra­li, lu­dzie za­czę­li się pchać. A moja mama była w pierw­szym sze­re­gu. Do­słow­nie wbi­li ją w szkla­ne drzwi, któ­re zbi­ły się z hu­kiem, a ona sama wpa­dła do środ­ka. Naj­pierw o mało co jej nie stra­to­wa­no, a po­tem się zo­rien­to­wa­ła, że upa­dła tuż obok wiel­kie­go, ostre­go jak brzy­twa ka­wał­ka szy­by. Upa­dła­by kil­ka cen­ty­me­trów w pra­wo, a odła­mek prze­bił­by jej tęt­ni­cę szyj­ną. – Adam uśmiech­nął się lek­ko i wy­cią­gnął szy­ję, żeby przyj­rzeć się opusz­czo­nym fa­brycz­nym ha­lom, któ­re kry­ły się za pa­ła­cem. – Wy­obra­ża­cie to so­bie? Lu­dzie się za­bi­ja­li o te dy­wa­ny.

– Do­słow­nie – do­da­ła szyb­ko Ola i chwy­ci­ła go za rękę. Adam mruk­nął ci­cho z za­do­wo­le­niem.

– Mama do dzi­siaj ma bli­zny. Na szczę­ście tyl­ko na dło­niach. Je­den z odłam­ków prze­szedł na wy­lot.

– Nie­sa­mo­wi­te.

– Te dy­wa­ny były wte­dy ma­rze­niem każ­dej pani domu. Do wszyst­kich de­mo­lu­dów je wy­sy­ła­no.

– A te­raz? – za­py­tał Mort­ka, uzna­jąc, że po­wi­nien się ode­zwać z grzecz­no­ści.

Adam pod­niósł jed­ną brew w ge­ście życz­li­we­go zdzi­wie­nia.

– Nie wiesz? Prze­cież tro­chę tu już miesz­kasz.

– Nie mia­łem oka­zji się za­in­te­re­so­wać – od­po­wie­dział zmie­sza­ny po­li­cjant, zły na sie­bie, że w ogó­le wpadł mu do gło­wy po­mysł, by otwie­rać usta.

– Za­kład padł po trans­for­ma­cji. Prze­rost za­trud­nie­nia, prze­sta­rza­ły park ma­szy­no­wy, tań­sza kon­ku­ren­cja za­gra­nicz­na, kon­ser­wa­tyw­ny spo­sób za­rzą­dza­nia i men­tal­ność z po­przed­nie­go ustro­ju – wy­mie­niał jed­nym tchem Adam. – Czy­li to samo co w ty­sią­cach po­dob­nych za­kła­dów, któ­re prze­spa­ły re­for­my Bal­ce­ro­wi­cza.

Mort­ka po­ki­wał gło­wą, jak­by się zga­dzał, ale tak na­praw­dę czuł się co­raz bar­dziej nie­swo­jo. Z utę­sk­nie­niem spoj­rzał na drzwi pa­ła­cu, gdzie kil­ka mi­nut wcze­śniej znik­nę­li jego sy­no­wie, żeby ku­pić so­bie lody. Po­sta­no­wił, że kie­dy wyj­dą, weź­mie ich na spa­cer, na wy­ciecz­kę czy na­wet do Izby Pa­mię­ci Gór­ni­czej, któ­rą mi­jał, idąc tu­taj. Do­kąd­kol­wiek, by­le­by po­zbyć się to­wa­rzy­stwa tego na­dę­te­go, przy­stoj­ne­go i bo­ga­te­go dup­ka, któ­ry ak­tu­al­nie dy­mał jego byłą żonę i któ­re­go z ca­łe­go ser­ca nie­na­wi­dził.

– Jak ci tu jest, Kuba? – za­py­ta­ła Ola.

Mort­ka wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Nud­no. Nic się nie dzie­je.

– Żad­nych mor­derstw? – za­cie­ka­wił się Adam.

– Za­bójstw – po­pra­wi­ła go Ola i na­tych­miast się za­czer­wie­ni­ła. – Na­wyk żony po­li­cjan­ta.

– A czym to się róż­ni? Coś ko­ja­rzę ze stu­diów, ale szcze­rze mó­wiąc, te­raz bar­dziej się orien­tu­ję w cy­pryj­skim pra­wie po­dat­ko­wym niż w pol­skim kar­nym.

– Mor­der­stwo to za­bój­stwo po­peł­nio­ne ze szcze­gól­nym okru­cień­stwem. Inna kwa­li­fi­ka­cja czy­nu – wy­ja­śnił Mort­ka.

– A rze­czy­wi­ście – Adam pstryk­nął pal­ca­mi tuż obok swo­je­go ucha – coś mi się przy­po­mi­na. To nie mia­łeś tu­taj żad­ne­go mor­der­stwa?

– Nie.

– A za­bój­stwo?

– Jed­no. Fa­cet za­bił bra­ta…

– Po pi­ja­ku, no­żem ku­chen­nym, po­kłó­ci­li się o pie­nią­dze – do­koń­czy­ła za ko­mi­sa­rza Ola. – Gdy­bym do­sta­wa­ła zło­tów­kę za każ­dym ra­zem, kie­dy Kuba wra­cał do domu z ta­ki­mi hi­sto­ria­mi, by­ła­bym bo­ga­ta. A tak swo­ją dro­gą, tra­fi­łam?

– Pra­wie. Nogą od ta­bo­re­tu, nie no­żem. Resz­ta się zga­dza.

Ro­ze­śmia­li się wszy­scy. Adam i Ola szcze­rze, ko­mi­sarz dla to­wa­rzy­stwa. Do­pił swo­je piwo i stwier­dził, że po­wi­nien za­mó­wić na­stęp­ne, bo in­a­czej tu­taj nie wy­trzy­ma. Spoj­rzał na ze­ga­rek. Do­cho­dzi­ła dzie­sią­ta rano.

– A poza tym? – do­py­ty­wał się Adam.

– Kra­dzie­że, wła­ma­nia, kil­ka po­bić, prze­moc do­mo­wa, drob­ny han­del nar­ko­ty­ka­mi. Nudy.

Praw­nik po­dra­pał się po no­sie.

– To co ty tu­taj wła­ści­wie ro­bisz? Bo mnie się wy­da­je, że ty się tu­taj po pro­stu, wy­bacz to okre­śle­nie, mar­nu­jesz. Ola co praw­da wspo­mi­na­ła, że masz uczyć tu­tej­szych po­li­cjan­tów spo­so­bów pro­wa­dze­nia do­cho­dzeń, no­wych me­tod, wy­mie­niać się do­świad­cze­nia­mi…

– Teo­re­tycz­nie tak wła­śnie po­win­no być.

– A prak­tycz­nie?

– A prak­tycz­nie to je­stem tu­taj za karę. I zo­sta­ły mi jesz­cze dwa mie­sią­ce.

Adam naj­pierw za­mru­gał zdzi­wio­ny, a po­tem otwo­rzył usta, żeby za­dać ko­lej­ne py­ta­nie, ale Ola dała mu znak, żeby mil­czał. Mort­ka był jej za to wdzięcz­ny. Nie chciał mó­wić o po­wo­dach swo­je­go ze­sła­nia. A na pew­no nie Ada­mo­wi.

W tym mo­men­cie za­dzwo­nił te­le­fon ko­mi­sa­rza. W samą porę, żeby wy­ba­wić ich od nie­zręcz­nej ci­szy, któ­ra nie­wąt­pli­wie za­raz by za­pa­dła. Mort­ka wstał, wy­cią­gnął apa­rat z kie­sze­ni kurt­ki, uśmiech­nął się i od­szedł na stro­nę. Do­pie­ro wte­dy ode­brał po­łą­cze­nie.

– Ko­mi­sarz Mort­ka? – Usły­szał szcze­bio­tli­wy głos dys­po­zy­tor­ki z miej­sco­we­go ko­mi­sa­ria­tu. Nie pa­mię­tał, jak się na­zy­wa­ła, ale była mała, pulch­na i przy­po­mi­na­ła mu cho­mi­ka.

– Przy te­le­fo­nie.

– Wiem, że dzi­siaj pan nie pra­cu­je, ale mamy mało lu­dzi, nie­któ­rzy po­bra­li urlo­py, wy­je­cha­li z ro­dzi­na­mi, sam pan ro­zu­mie, ma­jów­ka i…

– O co cho­dzi? – prze­rwał jej.

– Jest zgło­sze­nie. Moż­li­we za­gi­nię­cie. Mała dziew­czyn­ka. Je­de­na­ście lat. Nie wró­ci­ła na noc do domu.

– Gdzie?

Wy­cią­gnął no­tat­nik i za­pi­sał po­da­ny ad­res. Po­że­gnał się z dys­po­zy­tor­ką i wró­cił do sto­li­ka z prze­pra­sza­ją­cym wy­ra­zem twa­rzy, któ­ry za­miast po­ma­gać, wy­wo­ły­wał za­wsze tyl­ko wście­kłość Oli. Te­raz też tak się sta­ło. Naj­pierw zbla­dła, po­tem lek­ko po­czer­wie­nia­ła, po­pra­wi­ła wło­sy, a jej usta zmie­ni­ły się w wą­ską, nie­mal nie­wi­docz­ną li­nię.

– Mu­szę iść – po­wie­dział Mort­ka, sta­ra­jąc się uni­kać wzro­ku by­łej żony. – Jest spra­wa do za­ła­twie­nia. Po­sta­ram się szyb­ko uwi­nąć.

– Jaka spra­wa? – za­py­ta­ła chłod­no.

– Za­gi­nę­ła je­de­na­sto­lat­ka.

– I aku­rat cie­bie we­zwa­li?

Ko­mi­sarz wy­cią­gnął przed sie­bie ra­mio­na, jak­by tym ge­stem chciał po­ka­zać, że nig­dzie w po­bli­żu nie wi­dać in­ne­go po­li­cjan­ta. Po­tem się­gnął po port­fel.

– Daj spo­kój – za­pro­te­sto­wał Adam. – Ja za­pła­cę.

Mort­ka uśmiech­nął się tyl­ko, wy­cią­gnął dzie­sięć zło­tych i po­ło­żył pod pu­stym ku­flem.

– Cześć – rzu­cił i ob­ró­cił się na pię­cie.

Z ulgą opu­ścił ogró­dek piw­ny i zo­sta­wił za sobą sta­ry pa­łac, Ada­ma i Olę. Szyb­kim kro­kiem zmie­rzał pod wska­za­ny ad­res. Do­pie­ro po pię­ciu mi­nu­tach in­ten­syw­ne­go mar­szu zo­rien­to­wał się, że nie po­że­gnał się z sy­na­mi.

Mort­ka po­my­ślał, że wszyst­kie miesz­ka­nia w blo­kach w ca­łej Pol­sce wy­glą­da­ją tak samo: sta­ro, cia­sno i pach­nie w nich go­to­wa­nym ro­so­łem. To nie było wy­jąt­kiem. Le­d­wo się zmie­ścił w przed­po­ko­ju po­mię­dzy sza­fą, ro­we­ra­mi i sto­sem ubrań.

Do środ­ka wpu­ści­ła go mniej wię­cej czter­dzie­sto­let­nia ko­bie­ta o brą­zo­wych wło­sach: prze­tłusz­czo­nych, za­cze­sa­nych gład­ko do tyłu i zwią­za­nych w luź­ny koń­ski ogon. Mia­ła na so­bie spodnie dre­so­we i czar­ną ko­szul­kę, któ­rą za­kry­wał po­pla­mio­ny far­tuch ku­chen­ny. Za­miast po­wie­dzieć „dzień do­bry” lub coś po­dob­ne­go, dłu­go przy­glą­da­ła się Mort­ce, mil­cząc po­nu­ro.

– Nie znam pana – stwier­dzi­ła wresz­cie. – Na pew­no jest pan po­li­cjan­tem?

– Na­zy­wam się ko­mi­sarz Ja­kub Mort­ka. Je­stem z war­szaw­skie­go Wy­dzia­łu do wal­ki z Ter­ro­rem Kry­mi­nal­nym i Za­bójstw Ko­men­dy Sto­łecz­nej.

– Ale tu­taj jest nie War­sza­wa, tyl­ko Kro­to­wi­ce – za­uwa­ży­ła przy­tom­nie ko­bie­ta.

– Zga­dza się – od­po­wie­dział Mort­ka i za­czął re­cy­to­wać wy­uczo­ną na ta­kie oka­zje for­muł­kę: – Bio­rę udział w po­li­cyj­nym pro­gra­mie „Most”. Po­le­ga on na tym, że po­li­cjan­ci od­by­wa­ją sta­że u ko­le­gów z in­nych miast. Pro­gram słu­ży wy­mia­nie do­świad­czeń, po­zna­niu pro­ble­mów kry­mi­nal­nych in­nych jed­no­stek, zdo­by­ciu wie­dzy i na­wią­za­niu kon­tak­tów, któ­re mogą się przy­dać w przy­szło­ści. Rów­no­cze­śnie nor­mal­nie pra­cu­je­my. To ozna­cza, że mam ta­kie same upraw­nie­nia i obo­wiąz­ki jak ko­le­dzy z kro­to­wic­kie­go ko­mi­sa­ria­tu.

Ko­bie­ta roz­wa­ży­ła to, co wła­śnie usły­sza­ła, a po­tem kiw­nę­ła apro­bu­ją­co gło­wą. Ge­stem ka­za­ła po­li­cjan­to­wi iść za sobą.

Mort­ka prze­ci­snął się mię­dzy ro­we­ra­mi, jed­nym dla chłop­ca, jed­nym dla dziew­czyn­ki oraz jed­nym dla do­ro­słe­go, i sta­nął obok drzwi pro­wa­dzą­cych do du­że­go po­ko­ju. Uj­rzał w nim męż­czy­znę ze spo­rą nad­wa­gą sie­dzą­ce­go na ka­na­pie w sa­mym pod­ko­szul­ku i bok­ser­kach. W jed­nej ręce trzy­mał pusz­kę z pi­wem, a w dru­giej pi­lo­ta od te­le­wi­zo­ra. Bez­myśl­nie ska­kał po ka­na­łach. Na­gle prze­rwał i ob­ró­cił się w stro­nę po­li­cjan­ta.

– Sama wró­ci – stwier­dził tu­bal­nym gło­sem. – Sta­ra nie­po­trzeb­nie robi afe­rę.

– Oby – po­wie­dział ko­mi­sarz i po­szedł do kuch­ni. Ko­bie­ta cze­ka­ła na nie­go, sto­jąc przy na wpół otwar­tym oknie z za­pa­lo­nym pa­pie­ro­sem w dło­ni. Na ku­chen­ce ga­zo­wej rze­czy­wi­ście go­to­wał się, ci­cho bul­go­cząc, ro­sół.

– Mogę usiąść? – za­py­tał Mort­ka i wska­zał na sfa­ty­go­wa­ne krze­sło obok nie­wiel­kie­go sto­łu.

– Pro­szę, jak pan musi.

Po­li­cjant za­jął miej­sce, wy­cią­gnął dłu­go­pis i no­tat­nik. Po­ło­żył je obok po­pla­mio­ne­go ze­szy­tu, spo­mię­dzy któ­re­go kar­tek wy­sta­wa­ły bia­łe strzę­py pa­ra­go­nów.

– Pani Jo­an­na Gaw­ryś? – za­py­tał.

– Prze­cież pan wie.

– To for­mal­no­ści.

– Tak. Na­zy­wam się Jo­an­na Gaw­ryś.

– Zgło­si­ła pani za­gi­nię­cie cór­ki?

– Mar­ta wy­szła wczo­raj z domu przed po­łu­dniem i nie wró­ci­ła na noc.

– Dla­cze­go do­pie­ro te­raz zgło­si­ła pani za­gi­nię­cie?

Ko­bie­ta za­cią­gnę­ła się pa­pie­ro­sem i wy­dmu­cha­ła dym za okno.

– My­śla­łam, że śpi u ja­kiejś ko­le­żan­ki – wy­ja­śni­ła zmę­czo­nym gło­sem. – Cza­sa­mi tak robi. Bywa też, że ktoś no­cu­je u nas. Zwy­kle in­for­mu­je­my się o ta­kiej sy­tu­acji, wie pan, mię­dzy mat­ka­mi, ale nie­kie­dy czło­wiek jest tak zmę­czo­ny, że za­po­mni. Zda­rza­ło się już tak, więc się na­wet bar­dzo nie de­ner­wo­wa­łam. Ale nie wró­ci­ła dzi­siaj rano do domu. Ob­dzwo­ni­łam mat­ki jej przy­ja­ció­łek. U żad­nej się nie za­trzy­ma­ła.

– Może ko­goś pani po­mi­nę­ła?

– Te­le­fo­no­wa­łam do każ­dej.

– Może to ja­kaś nowa ko­le­żan­ka?

– Znam jej przy­ja­ciół­ki. Każ­dą jed­ną – prych­nę­ła Jo­an­na Gaw­ryś. Z pa­pie­ro­sem w dło­ni po­de­szła do ku­chen­ki, żeby za­mie­szać zupę. – To nie War­sza­wa, pa­nie po­li­cjan­cie, tu­taj się wszy­scy zna­ją.

Mort­ka kiw­nął gło­wą.

– Czy cór­ka mó­wi­ła, gdzie idzie, wy­cho­dząc z domu?

– By­łam wczo­raj w pra­cy. Na po­ran­nej zmia­nie na sta­cji ben­zy­no­wej. Wy­szła przed moim po­wro­tem do domu.

– A mąż?

– Sta­ry! – wrza­snę­ła w stro­nę du­że­go po­ko­ju. – Mar­ta mó­wi­ła ci, gdzie wy­cho­dzi?!

– Nie! – od­krzyk­nął męż­czy­zna. – Ile razy mam to po­wta­rzać?!

– A brat? – za­py­tał ko­mi­sarz.

– Skąd pan wie, że ma bra­ta?

– Ro­wer chło­pię­cy w przed­po­ko­ju.

– Ach tak… – W jej oczach uj­rzał coś na kształt uzna­nia. – Ja­nek! Ja­nek!

Nikt nie od­po­wie­dział. Odło­ży­ła pa­pie­ro­sa do trzy­ma­nej za oknem na pa­ra­pe­cie po­piel­nicz­ki, prze­pro­si­ła na mo­ment i wście­kłym kro­kiem wy­ma­sze­ro­wa­ła z kuch­ni.

– Ja­nek! Ile razy mam ci mó­wić, że jak cię wo­łam, to masz przy­cho­dzić?! Za uszy cię te­raz za­cią­gnę! – krzy­cza­ła.

Mort­ka usły­szał jesz­cze, jak trza­ska drzwia­mi od po­ko­ju dzie­cię­ce­go, a w chwi­lę po­tem Jo­an­na Gaw­ryś wró­ci­ła do kuch­ni. Wbrew swo­im obiet­ni­com z pu­sty­mi rę­ka­mi.

– Nie ma go w domu – po­wie­dzia­ła od razu.

Po­li­cjant zmarsz­czył brwi.

– A gdzie jest?

– Nie wiem. Duży jest. Nie mówi mi, gdzie cho­dzi.

Jo­an­na Gaw­ryś wsa­dzi­ła so­bie do ust odło­żo­ne­go do po­piel­nicz­ki pa­pie­ro­sa, ale się nie za­cią­ga­ła. Przez chwi­lę wy­da­wa­ło się, że pa­pie­ros pali się sam.

– Ile ma lat?

– Ja­nek?

– Tak.

– Trzy­na­ście.

– Wró­cił do domu na noc?

Ko­bie­ta aż sap­nę­ła obu­rzo­na.

– Oczy­wi­ście, że wró­cił! Za kogo mnie pan uwa­ża, że niby na­wet nie wiem, czy moje dzie­ci wra­ca­ją na noc do łó­żek?!

– Nie o to mi cho­dzi­ło.

– To o co?

Mort­ka po­sta­no­wił szyb­ko zmie­nić te­mat, za­nim wda się w bez­na­dziej­ną kłót­nię, z któ­rej nic nie bę­dzie wy­ni­ka­ło.

– Ja­kie są sto­sun­ki Jan­ka z Mar­tą? – Po twa­rzy ko­bie­ty prze­mknął gry­mas obu­rze­nia, kie­dy usły­sza­ła sło­wo „sto­sun­ki”, więc po­li­cjant szyb­ko spre­cy­zo­wał, co ma na my­śli. – Lu­bią się? Ba­wią się ra­zem?

– Ona by chcia­ła, on nie. To chło­piec, star­szy. Ma swo­je po­my­sły. Cza­sa­mi ją bije, ale lek­ko. Jak to ro­dzeń­stwo. Poza tym ona nie po­zo­sta­je mu dłuż­na. Sam pan wie, jak to jest, nie?

– Tak, wiem.

– No wła­śnie.

Ko­bie­ta skoń­czy­ła pa­lić i zga­si­ła nie­do­pa­łek za oknem. Mort­ka przy­pa­try­wał jej się przez chwi­lę, roz­wa­ża­jąc to, co wła­śnie zo­ba­czył i usły­szał. Jo­an­na Gaw­ryś na pew­no nie była do­brą mat­ką, ale nie na­le­ża­ła też do tych złych. Mie­ści­ła się ide­al­nie w ka­te­go­rii by­le­ja­ko­ści. Mar­ta mo­gła prze­no­co­wać u jed­nej z ko­le­ża­nek, może u ko­goś z ro­dzi­ny, mo­gła też wpaść na ja­kiś sza­lo­ny po­mysł, któ­ry może przyjść do gło­wy tyl­ko je­de­na­sto­let­nie­mu dziec­ku, i wró­cić do domu w cią­gu go­dzi­ny lub dwóch, a cała spra­wa za­koń­czy się na so­lid­nym la­niu. Bo też – Mort­ka w to nie wąt­pił – ro­dzi­na Gaw­ry­siów praw­ny za­kaz sto­so­wa­nia kar cie­le­snych wo­bec dzie­ci mia­ła w głę­bo­kim po­wa­ża­niu. Cho­ciaż za­pew­ne nie prze­kro­czy­li nig­dy tej cien­kiej gra­ni­cy, któ­ra od­dzie­la ka­ra­nie od ka­to­wa­nia. Za­ra­zem jed­nak Jo­an­na Gaw­ryś, w prze­ci­wień­stwie do męża, rze­czy­wi­ście przej­mo­wa­ła się znik­nię­ciem cór­ki. Poza tym prze­czu­cie, a ra­czej chęć zwal­cze­nia kro­to­wic­kiej nudy, pod­po­wia­da­ło ko­mi­sa­rzo­wi, żeby po­trak­to­wać tę spra­wę po­waż­nie.

Spraw­dził na czy­stej kart­ce w no­tat­ni­ku, czy dłu­go­pis nie jest wy­pi­sa­ny, a po­tem wy­cią­gnął z kie­sze­ni kurt­ki dru­gi, za­pa­so­wy, tak żeby mieć go w ra­zie cze­go pod ręką. Uśmiech­nął się przy­jaź­nie do ko­bie­ty.

– Bę­dzie pani taka uprzej­ma i od­po­wie mi jesz­cze na kil­ka py­tań.

Kie­dy wy­szedł z blo­ku, ko­mi­sarz Bo­gu­sław Lupa już na nie­go cze­kał, opar­ty o ka­ro­se­rię swo­jej te­re­no­wej to­yo­ty RAV4. Mort­ce rzu­ci­ła się naj­pierw w oczy jed­na z jego słyn­nych już kra­cia­stych ko­szul, spod któ­rej wy­sta­wał bia­ły pod­ko­szu­lek. Lupa miał na so­bie rów­nież ja­sno­brą­zo­wą skó­rza­ną kurt­kę, dżin­so­we spodnie i czar­ne buty à la kow­boj­ki. Bra­ko­wa­ło mu tyl­ko kow­boj­skie­go ka­pe­lu­sza i wy­ka­łacz­ki w ustach, a moż­na by go wziąć za za­gi­nio­ne­go w Kar­ko­no­szach ame­ry­kań­skie­go ran­cze­ra.

Lupa za­ma­chał do Mort­ki, któ­ry za­sko­czo­ny obec­no­ścią ko­le­gi przy­sta­nął na mo­ment.

– Do­wie­dzia­łem się o zgło­sze­niu za­gi­nię­cia je­de­na­sto­lat­ki. Po­dob­no ty się za­ją­łeś tą spra­wą. – Lupa prze­szedł od razu do rze­czy.

– Tak.

Mort­ka pod­szedł do ko­mi­sa­rza. Przy­wi­ta­li się uści­skiem dło­ni.

– Po­waż­na rzecz? – za­py­tał Lupa.

– Być może.

Lupa cmok­nął ci­cho.

– Co to za dziew­czyn­ka?

– Mar­ta Gaw­ryś. Znasz tę ro­dzi­nę?

Kro­to­wic­ki po­li­cjant po­krę­cił dło­nią w lewo i w pra­wo.

– O tyle o ile. Tu­taj wszy­scy wszyst­kich zna­ją. Mniej lub bar­dziej. Ci Gaw­ry­sio­wie nie wy­róż­nia­ją się ni­czym szcze­gól­nie. Mie­li­śmy chy­ba dwa czy trzy zgło­sze­nia w spra­wie prze­mo­cy do­mo­wej, ale jak przy­jeż­dżał na miej­sce pa­trol, to i on, i ona, i dzie­cia­ki ro­bi­li bu­zię w ciup. Na­wet się nie do koń­ca orien­tu­ję, kto kogo miał­by tam bić. On ma co praw­da masę, ale ona cha­rak­te­rek.

– Za­uwa­ży­łem.

– Kie­dy za­gi­nę­ła dziew­czyn­ka?

– Wczo­raj rano wy­szła z domu. Nie wró­ci­ła na noc.

– Ja­kieś śla­dy, po­my­sły?

– Na ra­zie nie.

– Aha.

Mort­ka przyj­rzał się ko­le­dze, któ­ry ner­wo­wo ba­wił się klu­czy­ka­mi sa­mo­cho­do­wy­mi. Nig­dy nie wi­dział go tak prze­ję­te­go i zmar­twio­ne­go. Ko­mi­sarz Bo­gu­sław Lupa był je­dy­nym po­li­cjan­tem w miej­sco­wej ko­men­dzie, któ­re­go Mort­ka au­ten­tycz­nie sza­no­wał i z któ­re­go zda­niem się li­czył. Wcze­śniej Lupa pra­co­wał we wro­cław­skim od­dzia­le Cen­tral­ne­go Biu­ra Śled­cze­go, gdzie zaj­mo­wał się zwal­cza­niem prze­stęp­czo­ści zor­ga­ni­zo­wa­nej. Przez pe­wien czas dzia­łał jako agent pod przy­kry­ciem, wni­ka­jąc w struk­tu­ry grup prze­stęp­czych i do­pro­wa­dza­jąc do paru bar­dzo spek­ta­ku­lar­nych w swo­im cza­sie za­trzy­mań. Po kil­ku la­tach ta­kiej służ­by Lupa zdał od­zna­kę CBŚ i po­pro­sił o spo­koj­niej­szy przy­dział. I tak wy­lą­do­wał w Kro­to­wi­cach, z cze­go wy­da­wał się za­do­wo­lo­ny.

– Co się dzie­je, Bo­guś? – za­py­tał Mort­ka.

Lupa drgnął. Po­tem wska­zał kciu­kiem na sa­mo­chód.

– Wska­kuj. Wy­tłu­ma­czę ci wszyst­ko po dro­dze.

Nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, Lupa za­jął miej­sce kie­row­cy. Mort­ka ob­szedł auto i wsiadł po dru­giej stro­nie. Ru­szy­li, za­nim zdą­żył za­piąć pasy.

– To o co cho­dzi? – po­no­wił py­ta­nie Mort­ka.

Lupa wes­tchnął cięż­ko.

– Je­śli Mar­ta na­praw­dę za­gi­nę­ła, to by była dru­ga dziew­czyn­ka w tym wie­ku, któ­ra znik­nę­ła w oko­li­cy w cią­gu ostat­nich trzech mie­się­cy.

Mort­ka zmarsz­czył brwi.

– Czy­ta­łem wa­sze akta – po­wie­dział. – Nie było w nich zgło­sze­nia o za­gi­nię­ciu dziec­ka.

– Bo go nie ma. Nig­dy nie zło­żo­no for­mal­ne­go za­wia­do­mie­nia.

– Nie ro­zu­miem.

– Pro­ste. Dziec­ko znik­nę­ło, ale ro­dzi­ce uwa­ża­ją, że nie ma spra­wy.

– Co to za ro­dzi­ce?

– Cy­gań­scy – od­po­wie­dział Lupa.

Mort­ka za­padł się głę­biej w fo­te­lu. W Kro­to­wi­cach miesz­ka­ło oko­ło dwu­stu, trzy­stu Ro­mów. W mia­stecz­ku, któ­re li­czy oko­ło dzie­się­ciu ty­się­cy miesz­kań­ców, to nie jest dużo, ale Ro­mo­wie spra­wia­li wra­że­nie, że jest ich trzy razy wię­cej. Nie­mal wszy­scy zaj­mo­wa­li bu­dyn­ki ko­mu­nal­ne przy uli­cy, któ­rą miej­sco­wi ochrzci­li mia­nem Har­le­mu.

Mort­ka zo­rien­to­wał się już na po­cząt­ku swo­je­go po­by­tu, że Kro­to­wi­ce mają z tym pro­blem. Kie­dy po­ja­wi­ła się plot­ka, że do mia­sta mia­ło­by się spro­wa­dzić jesz­cze kil­ka­na­ście rom­skich ro­dzin, o mało nie do­szło do za­mie­szek. Przy­go­to­wy­wa­no de­mon­stra­cję przed ra­tu­szem, do rad­nych wy­sła­no ano­ni­mo­we groź­by, któ­rych au­to­ra nie uda­ło się usta­lić.

Miesz­kań­cy za­zdro­ści­li Ro­mom pro­gra­mów po­mo­co­wych i so­cjal­nych, a przy tym twier­dzi­li, że Ro­mo­wie, po pierw­sze, nie pra­cu­ją, po dru­gie, nie chcą pra­co­wać, a po trze­cie, są gło­śni, śmie­cą, nie pil­nu­ją swo­ich psów i dzie­ci oraz by­wa­ją nie­bez­piecz­ni, szcze­gól­nie wte­dy, kie­dy są pi­ja­ni. Za­ra­zem Ro­mo­wie wca­le nie spie­szy­li się do in­te­gra­cji z miej­sco­wą spo­łecz­no­ścią i cza­sa­mi trud­no było nie od­nieść wra­że­nia, że więk­szość z nich całe dnie spę­dza na le­ni­wym włó­cze­niu się po oko­li­cy lub na nie­koń­czą­cych się roz­mo­wach o wszyst­kim i ni­czym. Miej­sce ta­kich dys­ku­sji moż­na było po­tem roz­po­znać po po­rzu­co­nych na chod­ni­kach sto­sach łu­pin po pest­kach sło­necz­ni­ka i dzie­siąt­kach nie­do­pał­ków. Re­zul­tat tego był taki, że obie spo­łecz­no­ści nie prze­pa­da­ły za sobą.

– Opo­wiedz mi o tej cy­gań­skiej dziew­czyn­ce – po­pro­sił Mort­ka.

– Ade­la Si­wak, lat je­de­na­ście. Za­gi­nę­ła mniej wię­cej dwa ty­go­dnie przed two­im przy­jaz­dem. Ro­dzi­ce od­mó­wi­li zło­że­nia za­wia­do­mie­nia.

– Jak to uza­sad­ni­li?

– Ni­jak. Nie ga­da­li z nami.

– Tak po pro­stu?

– Tak po pro­stu.

Mort­ka zmarsz­czył brwi, pró­bu­jąc so­bie przy­po­mnieć od­po­wied­nie prze­pi­sy z Ko­dek­su ro­dzin­ne­go i opie­kuń­cze­go.

– A pro­ku­ra­tor? Ku­ra­tor? Opie­ka spo­łecz­na? Kto­kol­wiek? Nie mo­gli­ście ich przy­ci­snąć?

– Pew­nie mo­gli­śmy – od­po­wie­dział po­nu­ro Lupa. – Ale sam wiesz, jak jest.

– Jak jest?

– To pie­prze­ni Cy­ga­nie, Kuba. Nikt ci tego gło­śno nie po­wie, ale na­sta­wie­nie jest ta­kie, że jed­ne­go Cy­ga­na mniej, to je­den pro­blem mniej. Za­gi­nę­ła je­de­na­sto­let­nia dziew­czyn­ka, a wszy­scy, wszy­scy mają to, kur­wa, w du­pie. – Po­li­cjant ude­rzył pię­ścią w kie­row­ni­cę. – Cho­ciaż oczy­wi­ście w pa­pie­rach wszyst­ko się zga­dza. Do­ku­men­ty krą­ży­ły ele­ganc­ko od jed­ne­go biur­ka do dru­gie­go, aż wresz­cie wy­lą­do­wa­ły w szu­fla­dzie. I tyle. Ale jak te­raz znik­nę­ła jed­na z na­szych, to pew­nie wkrót­ce spro­wa­dzą tu pie­przo­ny he­li­kop­ter. Chuj wie, na co, jak tu wszę­dzie lasy.

Lupa nie­mal trząsł się ze zło­ści. Ta spra­wa go wy­raź­nie po­ru­szy­ła, a Mort­ka dzi­wił się, że nig­dy wcze­śniej o niej nie roz­ma­wia­li. Ostat­nio spę­dza­li ra­zem spo­ro cza­su. Dwaj po­li­cjan­ci i To­masz No­wak, le­karz z miej­sco­we­go szpi­ta­la, spo­ty­ka­li się wie­czo­ra­mi w ba­rze o wdzięcz­nej na­zwie USA, gdzie mar­no­wa­li czas, pi­jąc piwo oraz oglą­da­jąc me­cze pił­ki noż­nej i siat­ków­ki. Mort­ki wy­da­rze­nia spor­to­we za bar­dzo nie ob­cho­dzi­ły. Nie po­tra­fił wskrze­sić w so­bie ki­bi­cow­skie­go du­cha, któ­re­go wy­bi­ły mu na po­cząt­ku służ­by wi­zy­ty na sta­dio­nie przy Ła­zien­kow­skiej, do­kąd wy­sy­ła­no go ra­zem z resz­tą od­dzia­łu pre­wen­cji i gdzie na ich gło­wy le­cia­ły w naj­lep­szym ra­zie pe­tar­dy i zwo­je pa­pie­ru to­a­le­to­we­go. Nie­mniej cie­szył się to­wa­rzy­stwem No­wa­ka i Lupy. Po­ma­ga­ło mu le­piej znieść to kar­ko­no­skie ze­sła­nie. Pod­czas dłu­gich go­dzin, kie­dy sie­dzie­li wpa­trze­ni w te­le­wi­zor nad re­gu­lar­nie na­peł­nia­ny­mi ku­fla­mi, roz­ma­wia­li o pra­cy, ro­dzi­nie, dzie­ciach i ty­sią­cach in­nych spraw, któ­re aku­rat wpa­da­ły im do gło­wy. Nig­dy jed­nak nie pa­dło na­zwi­sko rom­skiej dziew­czyn­ki.

– Nie ro­zu­miem, dla­cze­go ro­dzi­ce…

– Je­ste­śmy dla nich nie­czy­ści – prze­rwał mu w pół sło­wa Lupa. – Mają coś ta­kie­go, co na­zy­wa­ją ro­ma­ni­pen. To ro­dzaj ko­dek­su ho­no­ro­we­go. We­dług nie­go każ­dy, kto współ­pra­cu­je z po­li­cją, pod­pa­da pod wiel­kie ska­la­nie. Nie wiem, jak oni to na­zy­wa­ją po swo­je­mu. Po pro­stu taki Cy­gan sam sta­je się nie­czy­sty. Hań­ba spa­da na nie­go i na jego ro­dzi­nę, a on sam prze­sta­je być Cy­ga­nem.

– Co ta­kie­go?

– Kuba, sam tego do­brze nie ro­zu­miem, ale tak wła­śnie jest. Je­śli ja­kiś Cy­gan współ­pra­cu­je z po­li­cją, prze­sta­je być Cy­ga­nem. Nie moż­na z nim jeść, miesz­kać, roz­ma­wiać. Wy­rzu­ca się go poza na­wias spo­łecz­no­ści. Do­ży­wot­nio. To naj­cięż­sza kara.

Wy­je­cha­li poza mia­sto i skie­ro­wa­li się ob­wod­ni­cą Kro­to­wic w stro­nę szpi­ta­la miej­skie­go. Urzą­dzo­no go w ogrom­nym po­nie­miec­kim gma­chu, umiej­sco­wio­nym na zbo­czu po­bli­skiej góry. Z ta­ra­su na pierw­szym pię­trze roz­cią­gał się pięk­ny wi­dok na Śnież­kę, a sam szpi­tal z da­le­ka przy­po­mi­nał luk­su­so­wy ho­tel. Do­pie­ro kie­dy pod­je­cha­ło się bli­żej, czar pry­skał – sa­na­to­rium ro­dem z Cza­ro­dziej­skiej góry zmie­nia­ło się w ko­lej­ny nie­do­in­we­sto­wa­ny za­kład opie­ki me­dycz­nej.

– Nie współ­pra­cu­ją z po­li­cją – po­wie­dział Lupa ni to do Mort­ki, ni to do sie­bie – mają wła­sny ję­zyk, inny ko­lor skó­ry. Kur­wa, gdy­by byli choć tro­chę spryt­niej­si, to mie­li­by­śmy z nimi duży pro­blem.

– Wiem, o czym mó­wisz. Na Ma­zow­szu za­sta­na­wia­my się, co zro­bić z Wiet­nam­czy­ka­mi.

– Też nie chcą sy­pać?

– Cza­sa­mi my albo chło­pa­ki z CBŚ do­rwie­my się do ja­kie­goś „ba­na­na”, ale „ba­na­ny” ra­czej wy­pa­dły z obie­gu i wie­dzą tyle co nic. A „pi­ka­chu” w więk­szo­ści na­wet nie zna­ją pol­skie­go.

Lupa ro­ze­śmiał się.

– O czym ty, kur­wa, mó­wisz, Kuba? Ja­kie „ba­na­ny”, ja­kie „pi­ka­chu”?

– „Pi­ka­chu”. Tak jak z tej kre­sków­ki Po­ke­mo­ny. Znasz?

– Tak. Znam. Moje cór­ki to kie­dyś oglą­da­ły. Zbierz je wszyst­kie, co?

– Wła­śnie. Pi­ka­chu to ten mały żół­ty stwo­rek. Tak wła­śnie na­zy­wa­my Wiet­nam­czy­ków.

– A „ba­na­ny”?

– Spo­lo­ni­zo­wa­ni Wiet­nam­czy­cy. Żół­ci na ze­wnątrz, bia­li w środ­ku. Jak ba­na­ny. W więk­szo­ści drob­ni przed­się­bior­cy, wła­ści­cie­le re­stau­ra­cji, ro­bią co naj­wy­żej małe prze­krę­ty na ra­chun­kach. Ro­bo­ta bar­dziej dla skar­bów­ki niż dla po­li­cji.

Lupa, wciąż roz­ba­wio­ny, skrę­cił z ob­wod­ni­cy w wą­ską li­po­wą ale­ję pro­wa­dzą­cą bez­po­śred­nio do szpi­ta­la.

– Po co tam je­dzie­my? – za­py­tał Mort­ka.

– Czas na mały wy­kład – roz­po­czął Lupa. – Cy­gań­ska dziew­czyn­ka, któ­ra za­gi­nę­ła ja­kiś czas temu, to Ade­la Si­wak. Jej mat­ka to Esme­ral­da Si­wak. Pie­przo­na wa­riat­ka. Po­dob­no kie­dy była mło­da, mia­ła dwa­na­ście, trzy­na­ście lat, za­le­cał się do niej bia­ły chło­pak. To były ta­kie koń­skie za­lo­ty, jak to u dzie­cia­ków w tym wie­ku. Esme­ral­da po­bi­ła go, zła­ma­ła mu nos i o mało nie za­tłu­kła go ce­głów­ką, a po­tem po­ra­dzi­ła, żeby się od­pie­przył.

– Ład­nie.

– Oj­ciec Ade­li to Lu­cas Si­wak. Je­śli Esme­ral­da to wa­riat­ka, to po­wiem tak: do­brze się do­bra­ła z mę­żem. Fa­cet ma na swo­im kon­cie bój­ki i po­bi­cia. Po­dej­rze­wa­my go o prze­myt wód­ki i pa­pie­ro­sów do Nie­miec. Nic gru­be­go, tyle, ile się zmie­ści do ba­gaż­ni­ka.

– Im­port, eks­port, drob­ne kra­dzie­że?

– Wła­śnie. To bar­dzo bru­tal­ny i czu­ły na punk­cie swo­je­go ho­no­ru typ. Do tego stop­nia, że lu­dzie, rów­nież bia­li, boją się prze­ciw­ko nie­mu ze­zna­wać. Po­bi­ci przez nie­go, na­wet miej­sco­wi choj­ra­cy, naj­pierw skła­da­ją za­wia­do­mie­nie, a po­tem krę­cą, że nie pa­mię­ta­ją, że nie wie­dzą, nie wi­dzie­li do­brze, a może to był ja­kiś inny Cy­gan, a tak wła­ści­wie to oni nie od­róż­nia­ją jed­ne­go od dru­gie­go.

– Chy­ba prze­wi­nę­ło mi się to na­zwi­sko w wa­szych ak­tach.

– Do­bra. Esme­ral­da ma sio­strę. Lu­cil­lę Ko­wal. A ra­czej Ka­ta­rzy­nę Ko­wal, bo zmie­ni­ła so­bie imię w urzę­dzie. Nie­zwy­kła bab­ka. Chcie­li ją wy­dać za mąż w wie­ku trzy­na­stu lat. Wiesz, to je­den z ich dur­nych zwy­cza­jów. Jak ro­dzi­na nie chce chło­pa­ko­wi od­dać dziew­czy­ny, to chło­pak ją po­ry­wa na noc. Na­stęp­ne­go dnia z nią wra­ca. Ale po­nie­waż jest do­mnie­ma­nie, że có­recz­ka stra­ci­ła dzie­wic­two, ro­dzi­ce nie mają in­ne­go wyj­ścia, jak od­dać ją za żonę po­ry­wa­czo­wi. U Cy­ga­nów to nor­mal­ne, ale Kaś­ka ucie­kła z domu.

– Tak, tak, sły­sza­łem o tych zwy­cza­jach… I co było da­lej z tą Kaś­ką?

– Przy­gar­nę­ła ją bia­ła ro­dzi­na, któ­ra zgo­dzi­ła się ją ukry­wać, ale za to trak­to­wa­ła jak dar­mo­wą służ­bę. I przez pięć lat Kaś­ka im sprzą­ta­ła, go­to­wa­ła, pra­so­wa­ła, myła okna. Sło­wem, za­pie­prza­ła jak mały cy­gań­ski sa­mo­cho­dzik. A kie­dy skoń­czy­ła osiem­na­ście lat, po­ka­za­ła im środ­ko­wy pa­lec, wy­ro­bi­ła so­bie do­wód i wy­je­cha­ła do Kra­ko­wa. Tam pra­co­wa­ła jako kel­ner­ka, skoń­czy­ła szko­ły dla do­ro­słych, po­tem stu­dia i jako pani po­lo­nist­ka i pe­da­gog wró­ci­ła do Kro­to­wic. Pra­cu­je te­raz jako na­uczy­ciel­ka w na­szej pod­sta­wów­ce. To ona na­uczy­ła mnie wszyst­kie­go o Cy­ga­nach.

– Nie bała się z tobą roz­ma­wiać? – zdzi­wił się Mort­ka. – Ten ich cały ko­deks.

– Kaś­ka twier­dzi, że nie do koń­ca jest już trak­to­wa­na jako Cy­gan­ka. Po­ma­ga miej­sco­wej spo­łecz­no­ści za­ła­twiać spra­wy w urzę­dzie, na­ma­wia ro­dzi­ców, żeby po­sy­ła­li dzie­ci do szkół. Tro­chę ją ak­cep­tu­ją, ale jest już ra­czej ma­nu­si­pen niż Roma.

– Ma­nu­si­pen?

– To go­rzej niż Cy­gan, ale le­piej niż ga­dzio. Tak na­zy­wa­ją bia­łych. Cho­ciaż Kaś­ka za­sta­na­wia się, czy przy­pad­kiem nie jest już ga­dziem. To dość skom­pli­ko­wa­na i płyn­na kwe­stia.

Mort­ka za­czy­nał ża­ło­wać, że nie wy­cią­gnął no­tat­ni­ka, aby to wszyst­ko za­pi­sać.

– Skąd w ogó­le wiesz o tym za­gi­nię­ciu?

– Szko­ła za­re­ago­wa­ła, kie­dy Ade­la prze­sta­ła się po­ja­wiać na lek­cjach. Po­cząt­ko­wo uwa­ża­li, że to… cze­kaj, jak to było… za­prze­sta­nie re­ali­za­cji obo­wiąz­ku szkol­ne­go. Ale kie­dy na­wet Kaś­ka nie po­tra­fi­ła się do­wie­dzieć, co się sta­ło z dziew­czyn­ką, za­nie­po­ko­ili się. Po­wia­do­mi­li nas. Je­dy­nie oni po­ka­za­li, że przy­najm­niej tro­chę im za­le­ży.

– Ro­zu­miem.

– Lu­cas ma sio­strę – kon­ty­nu­ował Lupa. – Zresz­tą nie­jed­ną, bo oni się mno­żą jak kró­li­ki. Ale te­raz cho­dzi o Sarę. Mąż Sary sie­dzi w wię­zie­niu za kra­dzież sa­mo­cho­dów. Ona opie­ku­je się trój­ką dzie­ci. Tyl­ko że te­raz leży w szpi­ta­lu, bo ktoś ją po­bił. Bar­dzo. Ma zła­ma­ne dwa że­bra.

– Ktoś?

– Sta­wiam na Lu­ca­sa.

– Za co?

– Może przy­glą­da­ła się odro­bi­nę za dłu­go ja­kie­muś in­ne­mu męż­czyź­nie? Ho­nor ro­dzi­ny jest naj­waż­niej­szy, więc pew­nie Lu­cas po­my­ślał so­bie, że na­pro­stu­je sio­strzycz­kę pię­ścia­mi, za­nim wpad­nie jej do gło­wy głu­pi po­mysł. Albo coś ta­kie­go. Temu gnoj­ko­wi na­praw­dę wie­le nie po­trze­ba.

– A może to zro­bił ja­kiś inny Cy­gan?

– Je­śli ktoś inny pod­niósł­by rękę na sio­strę Lu­ca­sa, to już zna­leź­li­by­śmy jego cia­ło w rze­ce. Se­rio, Kuba, ten gość jest wa­ria­tem. Kil­ka lat temu nie­mal za­tłukł na śmierć fa­ce­ta, któ­ry po­wie­dział, że chęt­nie prze­le­ciał­by jego żonę. Ro­zu­miesz? Nie, że prze­le­ciał, ale że prze­le­ciał­by. Ktoś inny to może by na­wet wziął to za kom­ple­ment. Ko­leś miał pe­cha, że Lu­cas wła­śnie od­le­wał się w krza­kach i to usły­szał. To był zresz­tą je­dy­ny raz, kie­dy uda­ło nam się tego czar­nu­cha wsa­dzić za krat­ki.

Za­par­ko­wa­li na par­kin­gu przed szpi­ta­lem.

– Chcesz iść do Sary? – do­my­ślił się Mort­ka.

– Tak.

– Po co, sko­ro nie roz­ma­wia­ją z po­li­cjan­ta­mi?

– Jest w szpi­ta­lu. Sama. Nikt na nią nie do­nie­sie. Poza tym, je­śli się nie mylę, ma żal do Lu­ca­sa. Może zdra­dzi nam coś na te­mat znik­nię­cia Ade­li.

Mort­ka rzu­cił okiem na ze­ga­rek.

– Nie wiem, czy po­win­ni­śmy… Trze­ba by za­rzą­dzić po­szu­ki­wa­nia, przy­go­to­wać ak­cję, we­zwać po­sił­ki z Je­le­niej czy Ka­mien­nej Góry.

– Na­wet nie wiesz, gdzie masz szu­kać – prze­rwał mu Lupa. – Poza tym chło­pa­ki na ko­mi­sa­ria­cie już się tym zaj­mu­ją. Ka­za­łem im.

Mort­ka spoj­rzał na bu­dy­nek i po­czuł, że kur­czy mu się żo­łą­dek. Nie­na­wi­dził szpi­ta­li, bał się ich i, in­a­czej niż w pro­sek­to­riach, czuł się w nich nie­kom­for­to­wo. Naj­chęt­niej zo­stał­by w sa­mo­cho­dzie. Ale Lupa już wcho­dził do środ­ka, więc, chcąc czy nie, ru­szył za nim.

– Czo­łem, Bo­guś, czo­łem, Kuba. – Dok­tor No­wak przy­wi­tał ich przy wej­ściu. Był nie­wy­so­kim męż­czy­zną o bla­dej ce­rze i wło­sach ob­cię­tych tak krót­ko, jak­by wła­śnie wy­szedł z woj­ska. Spo­koj­ny i wy­co­fa­ny, wy­glą­dał tro­chę tak, jak­by za­wsze czuł się nie na miej­scu.

– Cześć, To­mek. Dzię­ki, że po nas wy­sze­dłeś.

– Ża­den pro­blem. Jaką ma­cie spra­wę?

– Chcę po­roz­ma­wiać z Sarą.

No­wak naj­wy­raź­niej był przy­zwy­cza­jo­ny do ta­kich od­wie­dzin, bo nie za­da­wał wię­cej py­tań. Od razu po­pro­wa­dził ich szpi­tal­ny­mi ko­ry­ta­rza­mi do wła­ści­wej sali.

Gmach wy­bu­do­wa­no w sty­lu neo­go­tyc­kim, przez co we­wnątrz bu­dy­nek wy­glą­dał jak na­wie­dzo­ny za­mek z po­wie­ści gro­zy. Ostra woń de­ter­gen­tów wże­ra­ła się Mort­ce w nos.

– Uprze­dzić ją o wa­szej wi­zy­cie? – spy­tał No­wak.

– Gdy­byś mógł, to le­piej nie – po­wie­dział Lupa.

– Jak chcesz.

Wkrót­ce sta­nę­li przy drzwiach od sali. W środ­ku znaj­do­wa­ły się czte­ry łóż­ka, ale za­ję­te były tyl­ko dwa. Mort­ka zo­rien­to­wał się od razu, do kogo przy­szli – do ko­bie­ty z pod­bi­ty­mi ocza­mi, si­nia­ka­mi na rę­kach, opa­trun­ka­mi i za­cię­tą miną, któ­ra mia­ła od­stra­szyć po­stron­nych. Wście­kłe, peł­ne gnie­wu spoj­rze­nie ko­bie­ty mó­wi­ło, że jest go­to­wa zro­bić wszyst­ko, byle tyl­ko obro­nić do­bre imię swo­jej ro­dzi­ny. Rom­ni doj­rza­ła po­li­cjan­tów, roz­po­zna­ła Lupę i de­mon­stra­cyj­nie ob­ró­ci­ła się twa­rzą do ścia­ny. Dru­ga pa­cjent­ka w po­ko­ju, star­sza ko­bie­ta z opa­trun­kiem na brzu­chu, tyl­ko pod­nio­sła wzrok znad krzy­żów­ki.

Sara nie od­po­wie­dzia­ła na żad­ne z py­tań, któ­re jej za­da­li. Pró­bo­wa­li przez bli­sko pięt­na­ście mi­nut. Przez ten czas ko­bie­ta na łóż­ku obok co­raz gło­śniej­szy­mi chrząk­nię­cia­mi da­wa­ła im do zro­zu­mie­nia, jak bar­dzo jej prze­szka­dza­ją. Wresz­cie zre­zy­gno­wa­li. Po­że­gna­li się z le­ka­rzem i wró­ci­li do mia­sta. Nie za­mie­ni­li po dro­dze ani sło­wa. Mort­ka pró­bo­wał uło­żyć so­bie w gło­wie wszyst­ko, co usły­szał od Lupy, a Lupa z mar­so­wą miną sku­piał się na pro­wa­dze­niu.

Za­trzy­ma­li się na tym sa­mym osie­dlu, na któ­rym miesz­ka­li Gaw­ry­sio­wie, ale przy in­nym blo­ku.

– Gdzie tym ra­zem?

– Po­ga­dać z Kaś­ką Ko­wal – wy­ja­śnił nie­chęt­nie Lupa. – Chcę, że­byś też usły­szał, co ma do po­wie­dze­nia na te­mat sio­strze­ni­cy.

– A je­śli się my­lisz? Je­śli te dwie spra­wy nie mają ze sobą nic wspól­ne­go? Prze­cież Cy­ga­nie wy­da­ją za mąż już trzy­na­sto­lat­ki. Może Ade­lę też wy­da­li.

– Trzy­na­sto­lat­ki, Kuba. Nie je­de­na­sto­lat­ki. Na­wet oni nie są tacy po­pier­do­le­ni.

Lupa bez sło­wa wy­szedł z sa­mo­cho­du i ru­szył przed sie­bie. Mort­ka po chwi­li wa­ha­nia po­szedł za nim.

Przy drzwiach od klat­ki mi­nę­li sta­rusz­ka, któ­ry wła­śnie wy­no­sił z piw­ni­cy za­pa­ko­wa­ne­go w wo­rek na śmie­ci mar­twe­go kota. Spod błę­kit­nej, po­marsz­czo­nej fo­lii wy­sta­wa­ły szpi­cza­ste uszy, a z dru­giej stro­ny zwi­sał rudy ogon, któ­ry te­raz przy­po­mi­nał gru­be­go, wło­cha­te­go ro­ba­ka. Sta­ru­szek sta­nął przed Lupą na bacz­ność i ski­nął gło­wą po żoł­nier­sku.

– Dzień do­bry panu ko­mi­sa­rzo­wi – po­wie­dział su­chym gło­sem.

– Dzień do­bry.

– Ko­lej­ne­go mar­twe­go kota wy­no­szę – wy­ja­śnił sta­ru­szek. Miał na no­sie oku­la­ry w gru­bej ko­ścia­nej opra­wie i z po­ry­so­wa­ny­mi, cho­ciaż czy­sty­mi szkła­mi. – Z na­szej piw­ni­cy so­bie, kur­wa, umie­ral­nię zro­bi­ły. Jak to… cmen­ta­rzy­sko sło­ni. Co­raz ja­kie­goś mar­twe­go znaj­du­ję. Nie­któ­rych szko­da, bo na­wet cał­kiem mło­de były.

– Może to trut­ka na szczu­ry? – za­su­ge­ro­wał Mort­ka.

– Może – po­wie­dział sta­ru­szek, któ­ry chy­ba lu­bił zga­dzać się z in­ny­mi, bo na jego twa­rzy po­ja­wił się mięk­ki uśmiech. – Ale wie pan, my okna za­my­ka­my, wszyst­kie dziu­ry za­tka­ne, a te cho­le­ry i tak wła­żą do środ­ka i zdy­cha­ją. W na­szej piw­ni­cy śmier­dzi już jak nie­szczę­ście od tego ko­cie­go ścier­wa.

Po­że­gna­li się ze sta­rusz­kiem i we­szli na dru­gie pię­tro. Lupa za­dzwo­nił do drzwi po le­wej stro­nie. Otwo­rzy­ła im trzy­dzie­sto­let­nia ko­bie­ta o orien­tal­nej uro­dzie. Uma­lo­wa­na, w ob­ci­słym swe­trze i dżin­sach, z kru­czo­czar­ny­mi wło­sa­mi wy­glą­da­ła jak hin­du­ska gwiaz­da fil­mo­wa. Do­pie­ro przy ko­lej­nym spoj­rze­niu moż­na było do­strzec man­ka­men­ty jej uro­dy: wi­docz­ny już dru­gi pod­bró­dek, lek­ko ob­wi­słe po­licz­ki, a nad lewą brwią zna­mię, z któ­re­go wy­ra­sta­ły trzy dłu­gie ciem­ne wło­ski.

– Bo­guś! – krzyk­nę­ła na wi­dok Lupy i rzu­ci­ła się na nie­go z roz­po­star­ty­mi sze­ro­ko ra­mio­na­mi. Uści­snę­li się ser­decz­nie jak para do­brych przy­ja­ciół. – Wejdź­cie do środ­ka!

Ko­bie­ta wzmoc­ni­ła za­pro­sze­nie eks­pre­syj­nym mach­nię­ciem ręką.

– To mój ko­le­ga, Kuba Mort­ka, po­li­cjant z War­sza­wy – przed­sta­wił ko­mi­sa­rza Lupa, wcho­dząc do nie­wiel­kie­go przed­po­ko­ju.

Ko­bie­ta miesz­ka­ła w ka­wa­ler­ce po­dob­nej do tej, któ­rą przy­dzie­lo­no Mort­ce. Cho­ciaż oczy­wi­ście ta na­le­żą­ca do Rom­ni była bar­dziej za­dba­na oraz le­piej wy­po­sa­żo­na.

– Sły­sza­łam o panu.

– Skąd? – za­cie­ka­wił się Mort­ka.

Rom­ni uśmiech­nę­ła się, uka­zu­jąc rząd lek­ko żół­ta­wych zę­bów.

– To małe mia­stecz­ko, nie­wie­le się tu­taj dzie­je. Po pana przy­jeź­dzie w po­ko­ju na­uczy­ciel­skim przez pra­wie ty­dzień o panu plot­ko­wa­no. Po­dob­no ze­sła­no pana do nas za karę, bo za­bił pan czło­wie­ka. To praw­da?

Ko­mi­sarz skrzy­wił się.

– Nie do koń­ca – mruk­nął.

– A jak było?

– Kaś­ka! Prze­stań! – Lupa prze­rwał ko­bie­cie.

– Sor­ry, Bo­guś, ale wiesz, jaka je­stem. Walę pro­sto z mo­stu, bez ja­kichś tam pod­cho­dów. To jak było na­praw­dę?

Mort­ka wes­tchnął i spoj­rzał z pre­ten­sją na ko­le­gę. Lupa tyl­ko wzru­szył ra­mio­na­mi w prze­pra­sza­ją­cym ge­ście.

– Za­bi­łem czło­wie­ka – przy­znał Mort­ka. – W sa­mo­obro­nie. To był pod­pa­lacz i za­bój­ca czte­rech osób, w tym dwój­ki dzie­ci oraz swo­jej mat­ki. Ale nie dla­te­go tu­taj przy­je­cha­łem.

– To dla­cze­go?

Mort­ka nie miał za­mia­ru zdra­dzać ta­jem­nic ostat­niej roz­mo­wy ze swo­im sze­fem ob­cej ko­bie­cie.

– Za­pro­po­no­wa­no mi ten wy­jazd dla pod­re­pe­ro­wa­nia ner­wów i od­po­czyn­ku. Sko­rzy­sta­łem z ofer­ty, bo po­dob­nie jak Bo­guś po­trze­bo­wa­łem tro­chę spo­ko­ju. To nie była kara – skła­mał gład­ko.

Prze­szli do po­ko­ju. Po­li­cjan­ci usie­dli na czer­wo­nej ka­na­pie usta­wio­nej na­prze­ciw­ko nie­wiel­kie­go te­le­wi­zo­ra i biur­ka, na któ­rym stał kom­pu­ter z włą­czo­nym pa­sjan­sem. Nad mo­ni­to­rem wi­sia­ła drew­nia­na pół­ka, na któ­rej uło­żo­no sta­ran­nie róż­no­ko­lo­ro­we ma­lut­kie dzban­ki. Nie­któ­re ze szkła, inne z wy­pa­la­nej gli­ny lub por­ce­la­ny.

– Ko­lek­cjo­nu­ję je. Ta­kie hob­by. Jak gdzieś je­stem, to mu­szę ku­pić taki dzba­nu­szek, nie­za­leż­nie od tego, czy to dzie­ło sztu­ki, czy zwy­kła tan­de­ta – wy­ja­śni­ła ko­bie­ta. – Pan coś ko­lek­cjo­nu­je, pa­nie ko­mi­sa­rzu?

– Mów mu Kuba – wtrą­cił się Lupa.

– A więc, Kuba, ko­lek­cjo­nu­jesz coś?

Mort­ka miał wra­że­nie, że ta dwój­ka zmó­wi­ła się wcze­śniej i te­raz go wspól­nie prze­słu­chu­ją. Jesz­cze tyl­ko nie wie­dział, któ­re z nich jest do­brym, a któ­re złym gli­ną.

– Nie. Nie ko­lek­cjo­nu­ję – od­po­wie­dział.

– Kaś­ka – Lupa wtrą­cił się po raz ko­lej­ny – tak na­praw­dę przy­szli­śmy tu nie­ste­ty służ­bo­wo. Chcie­li­śmy po­roz­ma­wiać o Ade­li.

Twarz Rom­ni naj­pierw za­sty­gła, a za­raz po­tem od­ma­lo­wa­ły się na niej ból i złość. Ko­bie­ta za­ci­snę­ła pię­ści i po­de­szła do pół­ki z dzba­nusz­ka­mi. Wzię­ła je­den, małe por­ce­la­no­we ca­cusz­ko o po­zła­ca­nych brze­gach, i gła­dzi­ła go opusz­ką pal­ca. Mort­ka po­my­ślał, że ten dro­biazg po­do­bał­by się Oli. Za­wsze mia­ła sła­bość do ta­kich bi­be­lo­tów. Kie­dy od­wie­dza­li jego ro­dzi­ców, po­tra­fi­ła go­dzi­na­mi oglą­dać ser­wi­sy i krysz­ta­ły, któ­re oj­ciec Mort­ki, or­dy­na­tor z miej­sco­we­go szpi­ta­la, do­sta­wał od pa­cjen­tów jako do­wo­dy wdzięcz­no­ści lub zwy­kłe ła­pów­ki.

– Dla­cze­go? – za­py­ta­ła.

– Mamy swo­je po­wo­dy.

Kiw­nę­ła gło­wą.

– Co chce­cie wie­dzieć?

– Wszyst­ko.

Odło­ży­ła dzba­nek na pół­kę.

– Ade­la była, chy­ba mogę już tak o niej mó­wić, bar­dzo zdol­ną dziew­czyn­ką. Bar­dzo mą­drą, in­te­li­gent­ną. Tego nie było wi­dać po oce­nach, bo oczy­wi­ście uczy­ła się go­rzej niż bia­łe ko­le­żan­ki. Tyl­ko że Po­lki za­czy­na­ją ze znacz­nie wyż­sze­go po­zio­mu niż my. Szcze­gól­nie tu, w Kro­to­wi­cach.

– Dla­cze­go szcze­gól­nie tu? – za­in­te­re­so­wał się Mort­ka.

– Na­praw­dę mam panu opo­wia­dać o hi­sto­rii cy­gań­skiej spo­łecz­no­ści w Kro­to­wi­cach? O tym, że ko­mu­ni­ści naj­pierw za­bra­li nam na­sze ta­bo­ry, po­tem nie­mal siłą za­cią­gnę­li do pra­cy w fa­bry­kach, a po 1989 roku, kie­dy te fa­bry­ki pa­da­ły, to Cy­ga­nie byli pierw­si do zwol­nie­nia? Tu­taj są ro­dzi­ny, w któ­rych męż­czyź­ni od po­nad dwu­dzie­stu lat nie po­tra­fią zna­leźć sta­łej pra­cy. Ci bar­dziej ob­rot­ni już daw­no wy­je­cha­li. Niech pan sam so­bie do­śpie­wa, kto zo­stał.

– Wróć­my do Ade­li – po­pro­sił Lupa.

Kiw­nę­ła gło­wą.

– Była in­te­li­gent­na, zdol­na i chcia­ła się uczyć. Je­stem pew­na, że gdy­by jej tyl­ko po­zwo­lić i tro­chę po­móc, po­szła­by przy­najm­niej do gim­na­zjum i li­ceum. A po­tem, kto wie, może na­wet na stu­dia. Mia­ła dryg. Ale jej ta­tu­sio­wi się to nie po­do­ba­ło. Mat­ce zresz­tą też. Bo­guś, opo­wia­da­łeś Ku­bie o Lu­ca­sie i Esme­ral­dzie?

– Tak.

– To wiesz już, Kuba, cze­go się po nich spo­dzie­wać. Cy­ga­nie nie ce­nią wy­kształ­ce­nia, szcze­gól­nie u dziew­czy­nek. Dla Lu­ca­sa naj­le­piej by było, żeby Ade­la wy­szła za mąż, kie­dy skoń­czy trzy­na­ście lat, a po­tem ro­dzi­ła dzie­ci rok po roku jak ja­kaś suka roz­pło­do­wa. Bo to jest we­dług nie­go ro­ma­ni­pen. – Kie­dy mó­wi­ła, w jej oczach po­ja­wi­ła się złość. – Lu­cas chciał, żeby Ade­la prze­sta­ła się uczyć. Pla­no­wał za­bro­nić jej cho­dzić do szko­ły. Umia­ła czy­tać, umia­ła li­czyć, czy­li już wie­dzia­ła wię­cej, niż cy­gań­ska ko­bie­ta wie­dzieć po­win­na. Przy­najm­niej we­dług Lu­ca­sa. Do­szło do tego, że wy­my­ka­ła się chył­kiem z domu, by pójść do szko­ły. Do­sta­wa­ła po­tem la­nie, i to po­tęż­ne. Wi­dzia­łam si­nia­ki, inne na­uczy­ciel­ki rów­nież. Mo­żesz pójść i spy­tać.

– Nie mo­gli­ście ja­koś za­re­ago­wać? Ko­goś za­wia­do­mić?

Za­miast mu od­po­wie­dzieć, prych­nę­ła zna­czą­co. Mort­ka do­my­ślił się, co to mia­ło ozna­czać. Ni­ko­go nie ob­cho­dził los ma­łej Rom­ni. A na­wet je­śli ktoś taki by się zna­lazł, nie miał­by jak zła­mać zmo­wy mil­cze­nia, za któ­rą jak za mu­rem schro­ni­ła się rom­ska spo­łecz­ność.

– Pew­ne­go dnia Ade­la po pro­stu nie przy­szła do szko­ły. I od tego cza­su ani ja, ani nikt inny jej nie wi­dzie­li­śmy – do­koń­czy­ła Kaś­ka.

– Ko­mi­sarz Lupa już mi wy­tłu­ma­czył, dla­cze­go spra­wą nie za­ję­ła się po­li­cja. Nikt z Cy­ga­nów nie bę­dzie roz­ma­wiał z po­li­cjan­ta­mi, a bez za­wia­do­mie­nia lub, w naj­gor­szym wy­pad­ku, od­na­le­zie­nia cia­ła nie za bar­dzo mamy moż­li­wość zro­bić co­kol­wiek. – Mort­ka mó­wił po­wo­li, ostroż­nie do­bie­ra­jąc sło­wa. – Chciał­bym cię jed­nak za­py­tać, czy ty sama cze­goś się nie do­wie­dzia­łaś? Je­śli do­brze zro­zu­mia­łem, to­bie mo­gli­by coś po­wie­dzieć, bo też je­steś Cy­gan­ką.

– Tłu­ma­czy­łeś mu, że to tro­chę bar­dziej skom­pli­ko­wa­ne? – Ko­bie­ta zwró­ci­ła się do Lupy, któ­ry tyl­ko kiw­nął gło­wą. – Je­stem Cy­gan­ką, ale tyl­ko dla was, dla bia­łych. Dla nich nie. By­cie Cy­gan­ką to nie kwe­stia ko­lo­ru skó­ry.

– Tak, wiem…

– Sko­ro wiesz, Kuba – prze­rwa­ła mu – to po­wi­nie­neś się też do­my­ślić, że po pierw­sze, nie mó­wią mi wszyst­kie­go. A po dru­gie, Lu­cas ogło­sił, że to nie moja spra­wa. I tak za­mknął dys­ku­sję. – Na­gle ro­ze­śmia­ła się. – Zresz­tą, Kuba, spójrz na mnie! – Wska­za­ła dło­nią na swo­je nogi. – Je­stem w spodniach! U Pol­ska Roma to by pew­nie wy­star­czy­ło, że­bym była ska­la­na! A do tego roz­ma­wiam z dwo­ma po­li­cjan­ta­mi!

Mort­ka zmarsz­czył brwi i po­słał py­ta­ją­ce spoj­rze­nie Lu­pie.

– Wiesz, że tu­taj miesz­ka­ją nie Pol­scy Cy­ga­nie, tyl­ko Ber­git­ka, gór­scy? – za­py­ta­ła.

Kiw­nął gło­wą, ma­jąc na­dzie­ję, że Rom­ni nie bę­dzie drą­żyć te­ma­tu. Nie miał ocho­ty na ko­lej­ny wy­kład.

– Masz ja­kieś po­dej­rze­nia, co się mo­gło stać z Ade­lą?

– Oba­wiam się, że Lu­cas coś jej zro­bił. Może nie spe­cjal­nie. Może przez przy­pa­dek. Ude­rzył o kil­ka razy za dużo, kie­dy spra­wiał jej la­nie. Za­wsze był po­ryw­czy. Nie po­tra­fił się kon­tro­lo­wać. – Wes­tchnę­ła kil­ka razy głę­bo­ko. – Dla­cze­go py­ta­cie mnie o to wszyst­ko?

Lupa wstał z ka­na­py i strzep­nął z rę­ka­wa nie­wi­dzial­ny py­łek.

– Za­wia­do­mio­no nas o za­gi­nię­ciu in­nej dziew­czyn­ki. W tym sa­mym wie­ku. Mar­ta Gaw­ryś. Znasz ją?

– Tak, oczy­wi­ście. Czy te dwa za­gi­nię­cia…

Lupa prze­rwał jej, za­nim zdą­ży­ła do­koń­czyć py­ta­nie.

– Nie wiem, Kaś­ka. Po pro­stu nie wiem.

– I co o tym my­ślisz? – za­py­tał Lupa, kie­dy wcho­dzi­li do ko­mi­sa­ria­tu.

Ko­mi­sa­riat po­li­cji w Kro­to­wi­cach mie­ścił się w przed­wo­jen­nej jed­no­pię­tro­wej wil­li let­ni­sko­wej, któ­ra kie­dyś na­le­ża­ła do ja­kie­goś bo­ga­te­go fa­bry­kan­ta z oko­lic Ber­li­na. W 1945 roku w nie­udol­ny spo­sób przy­sto­so­wa­no ją do no­wych za­dań. Było to roz­wią­za­nie pro­wi­zo­rycz­ne, bo wła­dze za­po­wia­da­ły, że zo­sta­nie wy­bu­do­wa­na od­po­wied­nio wy­po­sa­żo­na i za­pro­jek­to­wa­na sie­dzi­ba spe­cjal­nie dla ów­cze­snej mi­li­cji, ale jak zwy­kle pro­wi­zor­ka oka­za­ła się naj­trwal­sza i cią­gnę­ła się już po­nad sześć­dzie­siąt lat. Naj­więk­szy man­ka­ment sta­no­wi­ło na­wet nie to, że bu­dy­nek był za mały albo za­nie­dba­ny, lecz to, że z po­wo­du dzie­sią­tek mniej­szych lub więk­szych re­mon­tów, któ­rych w ża­den spo­sób nie do­ku­men­to­wa­no, nie wie­dzia­no, jak do­kład­nie bie­gną rury ani gdzie są po­ło­żo­ne ka­ble elek­trycz­ne. Każ­da naj­drob­niej­sza na­wet awa­ria zmu­sza­ła więc kro­to­wic­kich po­li­cjan­tów do ar­che­olo­gicz­nej pra­cy, pod­czas któ­rej sta­ra­li się od­kryć, co się ze­psu­ło i gdzie się to ustroj­stwo wła­ści­wie znaj­du­je.

Lupa z Mort­ką prze­szli do sek­cji kry­mi­nal­nej, któ­ra mie­ści­ła się na pierw­szym pię­trze bu­dyn­ku. Pro­wa­dzi­ły na nie stro­me drew­nia­ne scho­dy. Trzesz­cza­ły tak bar­dzo, że wy­da­wa­ło się, jak­by za­raz mia­ły ru­nąć z ło­sko­tem w dół, cho­ciaż ich re­mont wy­ko­na­no le­d­wo dwa lata wcze­śniej. Taki to był ko­mi­sa­riat – mimo że z da­le­ka wszyst­ko zda­wa­ło się tu moc­ne i so­lid­ne, w rze­czy­wi­sto­ści wy­glą­da­ło tak, jak­by się za­raz mia­ło roz­paść na ka­wał­ki lub spaść przy­pad­ko­we­mu funk­cjo­na­riu­szo­wi na gło­wę.

– I co o tym my­ślisz? – po­wtó­rzył swo­je py­ta­nie Lupa.

– A ty? – od­po­wie­dział mu py­ta­niem Mort­ka, zaj­mu­jąc miej­sce za przy­dzie­lo­nym mu tym­cza­so­wo biur­kiem. Był to sta­ry, ma­leń­ki me­bel, któ­ry na oka­zję jego przy­jaz­du wy­cią­gnię­to z piw­ni­cy i wsta­wio­no w ką­cie po­ko­ju.

– Kuba, ja je­stem prze­stęp­czość zor­ga­ni­zo­wa­na. Za­bój­stwa i ta­kie tam to two­ja dział­ka.

Mort­ka uśmiech­nął się lek­ko i za­ło­żył dło­nie za gło­wę.

– Dwie dziew­czyn­ki w tym sa­mym wie­ku, obie za­gi­nę­ły w ta­jem­ni­czych oko­licz­no­ściach… Dużo po­do­bieństw. Nie­bez­piecz­nie dużo. Ale wiesz, może się oka­zać, że mat­ka za­dzwo­ni do nas za go­dzi­nę i po­wie, że Mar­ta wła­śnie wró­ci­ła do domu.

– Pew­nie masz ra­cję. Po pro­stu… Kur­wa, nu­dzę się tu­taj, ro­zu­miesz? To jest taka do­bra nuda, tę­sk­ni­łem za tym, kie­dy by­łem w Biu­rze, ale tro­chę od tego mi od­bi­ja. Ta spra­wa z Ade­lą… Wiesz, że nie­któ­rzy gli­nia­rze mają ob­se­sję w związ­ku z nie­roz­wią­za­ny­mi spra­wa­mi?

– Wiem – od­po­wie­dział i po­my­ślał, że przez po­dob­ną ob­se­sję zna­lazł się w Kro­to­wi­cach.

– Ja mam tro­chę tak z tą cy­gań­ską dziew­czyn­ką. Po pro­stu chcę wie­dzieć, co się z nią sta­ło. Ro­zu­miesz?

Na­gle Lupa mach­nął ręką. Nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, po­szedł prze­glą­dać za­le­ga­ją­ce mu na biur­ku do­ku­men­ty. Mort­ka mil­czał, za­sko­czo­ny tym szcze­rym wy­zna­niem. Przy­pa­try­wał się ko­le­dze. Lupa wy­glą­dał tak, jak­by miał ocho­tę ko­goś ude­rzyć.

Roz­le­gło się pu­ka­nie do drzwi.

– Wejść! – krzyk­nął Lupa.

Drzwi otwo­rzy­ły się i uj­rze­li gło­wę mło­de­go po­li­cjan­ta, a do­pie­ro za nią po­ja­wi­ła się resz­ta cia­ła. Mort­ka, któ­ry na­wet nie pró­bo­wał się na­uczyć imion i na­zwisk pra­cu­ją­cych z nim ko­le­gów, ko­ja­rzył go tyl­ko z jed­ne­go wie­czo­ru w knaj­pie, kie­dy gra­li ra­zem w rzut­ki. Mort­ka prze­grał wte­dy.

– Prze­pra­szam, pa­nie ko­mi­sa­rzu, ja à pro­pos tej dziew­czyn­ki, któ­rej mamy szu­kać.

– Co z nią? – za­in­te­re­so­wał się Mort­ka.

– Tego… Znam ją, nie­da­le­ko miesz­ka­my, więc sko­ja­rzy­łem na­zwi­sko. I tego, mam taką ko­le­żan­kę, wczo­raj się z nią wi­dzia­łem. Piwo pi­li­śmy z jej chło­pa­kiem, nie… Za­dzwo­ni­łem te­raz do niej, żeby tak po­ga­dać o tym, co ro­bi­my dzi­siaj, i…

– Kur­wa, Mar­cin, przej­dziesz w koń­cu do rze­czy? – rzu­cił zi­ry­to­wa­ny Lupa.

– No, ta moja ko­le­żan­ka to wczo­raj tę Mar­tę wi­dzia­ła. Była na po­ran­nym spa­ce­rze z psem i wi­dzia­ła, jak dziew­czyn­ka wsia­da­ła do czar­ne­go bmw, te­re­no­we­go ta­kie­go.

– I co da­lej?

– Nic. Od­je­cha­li. W stro­nę Stru­gi Zdro­wia, wie pan – te­raz mło­dy po­li­cjant zwró­cił się w stro­nę Mort­ki – tego spa, co je wy­bu­do­wa­li kil­ka lat temu.

– To bmw… Jaki mo­del?

– Pa­nie ko­mi­sa­rzu, ta moja ko­le­żan­ka to dziew­czy­na jest. Do­brze, że cho­ciaż wie­dzia­ła, że to bmw było – wy­ja­śnił, uśmie­cha­jąc się pod no­sem.

– A nu­me­ry re­je­stra­cyj­ne?

– Nie przyj­rza­ła się, py­ta­łem.

– Na­wet nie wie, czy były lo­kal­ne, czy ską­di­nąd?

Mło­dy po­krę­cił prze­czą­co gło­wą.

– Szko­da – mruk­nął Mort­ka.

– Mogę spraw­dzić w Cen­tral­nej Ewi­den­cji Po­jaz­dów i Kie­row­ców, ile mamy za­re­je­stro­wa­nych w oko­li­cy czar­nych te­re­no­wych bmw – za­pro­po­no­wał po­li­cjant.

Mort­ka spoj­rzał py­ta­ją­co na Lupę, któ­ry z ko­lei od­po­wie­dział mu tym sa­mym. Ko­mi­sarz zro­zu­miał, że to on, a nie miej­sco­wy ko­le­ga ma pro­wa­dzić tę spra­wę. Wes­tchnął ci­cho pod no­sem.

– Do­brze. Słu­chaj, mło­dy. – Zwró­cił się do wciąż sto­ją­ce­go w drzwiach po­li­cjan­ta. – Przy­go­tuj nam ten wy­ciąg z CEPiK, ale naj­pierw po­jedź do tej swo­jej ko­le­żan­ki albo we­zwij ją tu­taj, spisz ze­zna­nia. Po­sta­raj się do­wie­dzieć jak naj­wię­cej o tym sa­mo­cho­dzie i o sa­mym zda­rze­niu: gdzie sta­ła ta dziew­czyn­ka, skąd ją wi­dzia­ła… – Prze­rwał na chwi­lę. – Nie za­pi­su­jesz tego?

– Za­pa­mię­tam, pa­nie ko­mi­sa­rzu.

– Le­piej za­pisz.

Po­li­cjant ge­stem po­ka­zał mu, że nie ma dłu­go­pi­su. Mort­ka po­rwał je­den ze swo­je­go biur­ka i rzu­cił go funk­cjo­na­riu­szo­wi. Po­tem ka­zał mu wziąć czy­stą kart­kę ze sto­su pa­pie­ru do dru­kar­ki.

– A więc tak… – Prze­rwał, żeby mło­dy po­li­cjant miał czas roz­pi­sać dłu­go­pis, opie­ra­jąc kart­kę o ścia­nę. – Jak naj­wię­cej o sa­mo­cho­dzie. Ko­lor, re­je­stra­cja, mo­del, typ sil­ni­ka. Wiem, mó­wi­łeś, że to dziew­czy­na, ale masz ją o to py­tać, może so­bie coś przy­po­mni. Po­tem kie­row­ca. Czy go wi­dzia­ła, a jak tak, to jak wy­glą­dał, jak się za­cho­wy­wał, czy go zna. Gdzie po­je­cha­li. I tak mó­wi­łeś, że po­je­cha­li do tego spa, ale masz ją py­tać, ja­sne?

– Tak, pa­nie ko­mi­sa­rzu.

– To do­brze. Zo­rien­tuj się też, gdzie ona była, skąd wra­ca­ła, dla­cze­go zwró­ci­ła uwa­gę na sa­mo­chód. Po­ra­dzisz so­bie?

– Ja­sne, że tak.

– To od­da­waj dłu­go­pis i spa­daj.

Po­li­cjant nie­mal pod­biegł do biur­ka Mort­ki, odło­żył dłu­go­pis i opu­ścił po­kój.

– Dy­cha, że się zje­bie – rzu­cił z uśmie­chem Lupa.

Usły­sze­li, jak chło­pak zbie­ga po scho­dach, ale po­nie­waż nie do­szły ich od­gło­sy upad­ku, za­ło­ży­li, że do­tarł na dół bez­piecz­nie.

– A my co zro­bi­my? – za­py­tał Lupa.

– Po­jedź­my do Stru­gi Zdro­wia i ro­zej­rzyj­my się za tym sa­mo­cho­dem. Lep­sze­go tro­pu nie mamy.

Krę­tą dro­gą, któ­ra z każ­dym ki­lo­me­trem gu­bi­ła as­falt, a zy­ski­wa­ła wy­bo­je, wy­je­cha­li z mia­stecz­ka i za­nu­rzy­li się w po­sęp­ny gór­ski las. Mort­ka oparł gło­wę o szy­bę i spod wpół przy­mknię­tych po­wiek pa­trzył na mi­ja­ne sto­ki, drze­wa ce­lu­ją­ce ko­ro­na­mi w błę­kit nie­ba i gła­zy, któ­re jak­by tyl­ko cze­ka­ły na oka­zję, żeby się sto­czyć la­wi­ną, miaż­dżąc wszyst­ko, co spo­tka­ją na dro­dze.

W koń­cu zza za­krę­tu wy­ło­nił się ośro­dek spa – sty­li­zo­wa­ny na gór­skie schro­ni­sko dwu­pię­tro­wy ho­tel z wiel­kim par­kin­giem i z umiesz­czo­ną na ta­ra­sie re­stau­ra­cją. Ozda­bia­ły ją roz­ło­żo­ne pa­ra­so­le z na­zwą jed­ne­go z po­pu­lar­nych bro­wa­rów, a z roz­pa­lo­ne­go gril­la uno­sił się pio­no­wo w górę siwy dym.

Lupa za­trzy­mał sa­mo­chód i wy­sie­dli. Na­tych­miast do­szedł ich za­pach pie­czo­nych kieł­ba­sek i kar­ków­ki. Mort­ka po­czuł, że ciek­nie mu śli­na, i uświa­do­mił so­bie, że od śnia­da­nia nic nie jadł. Spoj­rzał na ze­ga­rek i stwier­dził, że naj­wyż­szy czas coś prze­ką­sić.

– Szu­ka­my tego sa­mo­cho­du? – za­py­tał Lupa.

– Tak, tak – od­po­wie­dział Mort­ka i zer­k­nął tę­sk­nie w stro­nę ta­ra­su, gdzie brzu­cha­ty fa­cet w żół­tej ko­szul­ce od­bie­rał od ku­cha­rza dwa ta­le­rze peł­ne ocie­ka­ją­ce­go so­ka­mi mię­sa i gru­bych pajd chle­ba.

Za­miast jeść, prze­szli wol­nym kro­kiem wzdłuż par­kin­gu, przy­pa­tru­jąc się uważ­nie sa­mo­cho­dom. Do­mi­no­wa­ły kil­ku­let­nie volks­wa­ge­ny pas­sa­ty i srebr­ne sko­dy octa­vie. Te­re­no­we, czar­ne bmw x5 zna­leź­li mniej wię­cej w po­ło­wie dro­gi. Mort­ka wy­cią­gnął no­tat­nik i spi­sał nu­me­ry re­je­stra­cyj­ne. Li­te­ry na ta­bli­cy in­for­mo­wa­ły, że auto zo­sta­ło za­re­je­stro­wa­ne we Wro­cła­wiu.

– Spraw­dzisz to? – po­pro­sił Lupę.

Po­li­cjant kiw­nął gło­wą i się­gnął po te­le­fon ko­mór­ko­wy. Mort­ka tym­cza­sem upew­nił się, czy nie ma in­ne­go sa­mo­cho­du te­re­no­we­go tej mar­ki na par­kin­gu. Nie było. Po­szedł do ho­te­lu.

Spo­dzie­wał się, że wnę­trze bę­dzie urzą­dzo­ne w sty­lu gór­skim, z dużą licz­bą ciu­pag i głów upo­lo­wa­nych zwie­rząt na ścia­nach, ale zo­stał przy­jem­nie za­sko­czo­ny. Re­cep­cja była ja­sna, prze­stron­na, po­ma­lo­wa­na na ła­god­ną żółć, a na pod­ło­dze lśni­ły czy­ste brą­zo­wo-czar­ne ka­fel­ki. Ścia­ny ozda­bia­ły dy­plo­my i zdję­cia ce­le­bry­tów, któ­rzy od­wie­dzi­li Stru­gę Zdro­wia i któ­rym bar­dzo się tu po­do­ba­ło, a przy­najm­niej tak wy­ni­ka­ło z po­spiesz­nie na­pi­sa­nych czar­nym ma­za­kiem po­dzię­ko­wań.

Mort­ka oparł się łok­cia­mi o blat re­cep­cji i za­dzwo­nił ma­lut­kim dzwo­necz­kiem. Po chwi­li z za­ple­cza wy­szedł mło­dy męż­czy­zna w oku­la­rach na no­sie i z pro­fe­sjo­nal­nym, sztucz­nym uśmie­chem tuż pod nim.

– Dzień do­bry, czym mogę słu­żyć?

– Ko­mi­sarz Ja­kub Mort­ka, po­li­cja. – Ko­mi­sarz przed­sta­wił się i mach­nął przed twa­rzą re­cep­cjo­ni­sty le­gi­ty­ma­cją służ­bo­wą. Męż­czy­zna sku­lił się od­ru­cho­wo, jak­by wła­śnie pró­bo­wał so­bie go­rącz­ko­wo przy­po­mnieć, za co może być ści­ga­ny.

– Dzień do­bry – po­wtó­rzył prze­stra­szo­ny chło­pak. – Jak mogę po­móc panu wła­dzy? Coś się sta­ło?

Pan wła­dza, po­wtó­rzył w my­ślach roz­ba­wio­ny Mort­ka. Daw­no już nie sły­szał tego okre­śle­nia. A przy­najm­niej nie wy­ma­wia­ne­go w ten spo­sób, śmier­tel­nie po­waż­nie, bez cie­nia szy­der­stwa.

– Szu­kam wła­ści­cie­la tego sa­mo­cho­du. – Ko­mi­sarz wy­cią­gnął no­tat­nik i od­czy­tał gło­śno nu­mer re­je­stra­cyj­ny auta.

– Coś się sta­ło? – do­py­ty­wał się re­cep­cjo­ni­sta, któ­ry po­wo­li za­czy­nał od­zy­ski­wać re­zon.

– To nie jest te­raz waż­ne. Czy może mnie pan skon­tak­to­wać z wła­ści­cie­lem tego po­jaz­du?

– Nie­ste­ty, nie za bar­dzo. Nie mamy ta­kiej moż­li­wo­ści…

– Prze­pra­szam, ale o co cho­dzi? – ode­zwał się ktoś z boku.

Mort­ka od­wró­cił się na pię­cie. Stał przed nim moc­no opa­lo­ny trzy­dzie­sto­la­tek o dłu­gich, ja­snych wło­sach, któ­re spa­da­ły mu falą na kark. Uśmie­chał się sze­ro­ko, jak­by w ten spo­sób chwa­lił się rzę­dem nie­ska­zi­tel­nie bia­łych zę­bów. Zza czar­ne­go pa­ska spodni wy­le­wał mu się jed­nak brzuch. Gdy­by był odro­bi­nę młod­szy i chud­szy, moż­na by go wziąć za mo­de­la.

– A pan to?

– Grze­gorz Brat­kow­ski. Wy­da­je mi się, że prze­czy­tał pan nu­mer re­je­stra­cyj­ny mo­je­go sa­mo­cho­du. Mogę zer­k­nąć?

Mort­ka po­ka­zał mu za­pi­sa­ny na kart­ce nu­mer. Brat­kow­ski ścią­gnął z gło­wy oku­la­ry prze­ciw­sło­necz­ne, na któ­rych opraw­ce moż­na było do­strzec na­pis Ray-Ban, i wsa­dził je so­bie za koł­nierz bia­łe­go pod­ko­szul­ka.

– Tak, to mój wóz. Czyż­bym źle za­par­ko­wał?

– Nie, ale mam do pana kil­ka py­tań. Pan tu miesz­ka?

– Je­stem o coś po­dej­rza­ny?

– Niech pan od­po­wie na py­ta­nie.

Męż­czy­zna wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Grze­siu, wra­caj do nas! – krzyk­nę­ła blon­dyn­ka sie­dzą­ca na ka­na­pie nie­da­le­ko. Wraz z nią byli jesz­cze jed­na dziew­czy­na i dwóch męż­czyzn. Wszy­scy przy­pa­try­wa­li się uważ­nie Mort­ce i szep­ta­li coś mię­dzy sobą. Brat­kow­ski mach­nął do nich ręką, że za­raz przyj­dzie.

– Od­wie­dzam przy­ja­ciół z War­sza­wy, któ­rzy aku­rat ko­rzy­sta­ją ze spa.

– Czy­li nie miesz­ka pan tu­taj? – upew­nił się po­li­cjant.

– Prze­cież przed chwi­lą po­wie­dzia­łem, że nie! Po­wie mi pan wresz­cie, o co cho­dzi?

– Co pan ro­bił wczo­raj rano? Tak do dwu­na­stej?

Brat­kow­ski uśmiech­nął się sze­ro­ko. Od­wró­cił się, po­słał zna­czą­ce spoj­rze­nie zna­jo­mym i prych­nął na ko­niec lek­ce­wa­żą­co.

– Ja wiem? Wsta­łem, ubra­łem się i przy­je­cha­łem rano na śnia­da­nie do zna­jo­mych.

– Przy­je­chał pan ze swo­je­go domu?

– No ja­sne, że ze swo­je­go domu.

W tym mo­men­cie do ho­te­lu wszedł Lupa. Po­li­cjant od­szu­kał wzro­kiem Mort­kę i pod­szedł do nie­go. Wy­szep­tał mu do ucha kil­ka słów. Ko­mi­sarz słu­chał uważ­nie, po­tem le­d­wo do­strze­gal­nie ski­nął gło­wą i scho­wał trzy­ma­ny do tej pory w rę­kach no­tat­nik do kie­sze­ni spodni.

– Pro­szę pana – po­wie­dział – wy­da­je mi się, że by­ło­by do­brze, gdy­by po­je­chał pan z nami na ko­mi­sa­riat.

Rozdział 2

Boże, jak tu pięk­nie, po­my­śla­ła, kie­dy pa­ko­wa­ła za­ku­py do to­reb­ki, a po­tem za­rzu­ci­ła ją so­bie na ra­mię. Pa­trzy­ła na rów­no uło­żo­ną kost­kę bru­ko­wą, żół­to-czer­wo­ny dys­kont Bie­dron­ka i bu­dy­ne­czek pu­blicz­ne­go sza­le­tu, je­dy­ne­go w ca­łym mie­ście, a i tak nie­po­trzeb­ne­go, bo wszy­scy cho­dzi­li w krza­ki obok, gdzie nie trze­ba było pła­cić zło­ty pięć­dzie­siąt za wej­ście. Tam, skąd po­cho­dzi­ła, wy­glą­da­ło to do­kład­nie tak samo. Tyl­ko że tu­taj w każ­dej ubi­ka­cji znaj­do­wał się por­ce­la­no­wy se­des, a nie dziu­ra w zie­mi obi­ta bla­chą, nad któ­rą czło­wiek mu­siał ku­cać, kie­dy za­ła­twiał swo­je po­trze­by, ba­lan­su­jąc przy tym cia­łem jak sko­czek nar­ciar­ski.

Dwaj chło­pa­cy sie­dzie­li na mur­ku. Przy­glą­da­li się jej po­żą­dli­wie. Je­den mógł mieć oko­ło sie­dem­na­stu lat, a dru­gi pew­nie wię­cej, bo jego twarz była ogo­rza­ła od słoń­ca i wy­pi­te­go al­ko­ho­lu. Ten star­szy rzu­cił ja­kąś uwa­gę. Nie sły­sza­ła do­kład­nie z tej od­le­gło­ści jaką. Młod­szy ro­ze­śmiał się po­słusz­nie. Po­sła­ła im lek­ce­wa­żą­ce spoj­rze­nie i po­szła przed sie­bie, krę­cąc za­lot­nie po­ślad­ka­mi.

Tak jak się spo­dzie­wa­ła, ze­szli z mur­ka i ru­szy­li za nią. Ten star­szy zno­wu się ode­zwał. Miał chro­pa­wy głos. Wy­da­ło jej się, że usły­sza­ła sło­wa „cipa”, „ku­tas”, „wsa­dzić”. Po ple­cach prze­szedł jej dreszcz. Nie żeby się nim przej­mo­wa­ła, zna­ła go prze­cież do­brze. To­wa­rzy­szył jej całe ży­cie, na­wet tam, w domu, za­nim wy­da­rzy­ło się to wszyst­ko, za­nim po­sta­no­wi­ła za­wal­czyć o wła­sną przy­szłość. A jed­nak przy­spie­szy­ła. Oni byli bli­sko. Sły­sza­ła te­raz wy­raź­nie każ­dy ich krok.

Za­wsze po­do­ba­ła się męż­czy­znom, bo była, jak to jej mat­ka uj­mo­wa­ła, ślicz­na. Ślicz­na, a nie ład­na czy pięk­na. Mia­ła lek­ko za­dar­ty no­sek, któ­ry do­da­wał jej ło­bu­zer­skie­go uro­ku, de­li­kat­ne, le­d­wo wi­docz­ne pie­gi, wiel­kie zie­lo­ne oczy i blond wło­sy jak z ob­raz­ka. To było jej prze­kleń­stwem. Bo taką ślicz­ną dziew­czyn­ką musi się za­opie­ko­wać ta­tuś albo brat, ktoś musi ją od­gro­dzić mę­skim ra­mie­niem od złe­go świa­ta. Ta­kiej ślicz­no­ści szko­da, taką ślicz­ność trze­ba wziąć na ręce, otu­lić, po­sa­dzić na ko­la­nach i moc­no trzy­mać. Broń Boże nie pusz­czać. Bo jej miej­sce jest w mę­skich, tro­skli­wych ra­mio­nach.

Tyle razy jej to po­wta­rza­no, że nie­mal w to uwie­rzy­ła.

Te­raz była jed­nak star­sza i mą­drzej­sza. Ślicz­ność za­kry­ła agre­syw­nym ma­ki­ja­żem i war­stwą opa­le­ni­zny z so­la­rium. Na­wet wło­sy chcia­ła za­far­bo­wać na kru­czo, ale fry­zjer­ka w ostat­niej chwi­li za­py­ta­ła raz jesz­cze: „Czy na­praw­dę chce to pani zro­bić?”. Ta­kie wło­sy, ta­kie pięk­ne. Nie chcia­ła. Ka­za­ła je ściąć, na krót­ko, żeby było po chło­pię­ce­mu. Fry­zjer­ka zno­wu pró­bo­wa­ła pro­te­sto­wać, że ta­kie pięk­ne, że ta­kie dłu­gie, że każ­da ko­bie­ta by ta­kie chcia­ła, ale Olga tyl­ko spoj­rza­ła na nią, a ta za­mil­kła prze­stra­szo­na i się­gnę­ła po le­żą­ce nie­da­le­ko no­życz­ki. Kie­dy wy­ko­ny­wa­ła pierw­sze cię­cie, za­mknę­ła oczy, jak­by nie chcia­ła oglą­dać fry­zjer­skie­go aktu bar­ba­rzyń­stwa, któ­ry wła­śnie po­peł­nia­ła.

Olga po­my­śla­ła, że gdy­by te­raz wró­ci­ła do domu, to mat­ka spu­ści­ła­by ze smut­kiem gło­wę, prze­ko­na­na, że jako ro­dzic po­nio­sła wy­cho­waw­czą klę­skę. A po­tem syk­nę­ła­by z wy­rzu­tem, że ta­kie ślicz­ne dziew­czyn­ki nie po­win­ny tak wy­glą­dać.

Za­wsze na­zy­wa­ła ją dziew­czyn­ką. Na­wet kie­dy Olga skoń­czy­ła osiem­na­ście lat.

Ale do domu nie wró­ci, bo nie ma po co. Mat­kę pew­nie wy­żarł już ten sam rak, przed któ­rym Olga pró­bo­wa­ła ją ra­to­wać.

Ci dwaj chłop­cy, młod­szy i star­szy, cią­gle szli za nią. Po­krę­ci­ła tył­kiem, żeby się przy­pad­kiem nie znie­chę­ci­li, i jak na ży­cze­nie na­tych­miast do­le­ciał ją pe­łen pod­nie­ce­nia głos star­sze­go. Skrę­ci­ła na dep­tak przed ra­tu­szem. Było po­po­łu­dnie i do tego week­end, więc krę­ci­ło się tam spo­ro osób. Przed po­bli­ską ka­wiar­nię wy­cią­gnię­to sto­li­ki. Przy jed­nym z nich sie­dzia­ło dwóch star­szych pa­nów w kasz­kie­tach chro­nią­cych przed słoń­cem. Po­pi­ja­jąc w mil­cze­niu her­ba­tę, roz­gry­wa­li par­tię sza­chów. Mat­ki pcha­ły przed sobą wóz­ki lub pró­bo­wa­ły za­pa­no­wać nad cią­gną­cy­mi je do lo­dziar­ni dzieć­mi, pod­czas kie­dy ich mę­żo­wie szli tuż obok, uśmie­cha­jąc się i szu­ka­jąc pie­nię­dzy w port­fe­lu. Od cza­su do cza­su chwy­ta­li roz­bry­ka­ne po­cie­chy, pod­rzu­ca­li je w górę lub żar­to­bli­wie gro­zi­li klap­sem. Tu­tej­si pi­jacz­ko­wie sie­dzie­li na ła­wecz­kach i ra­czy­li się ko­lej­nym pi­wem ukry­tym w fo­lio­wej to­reb­ce, a po­tem wy­sta­wia­li twa­rze do słoń­ca, mru­cząc coś przy tym nie­zro­zu­mia­le, roz­kosz­ni jak małe kot­ki. Byli też Ro­mo­wie. Pil­no­wa­li, żeby nie prze­kro­czyć tej nie­wi­dzial­nej gra­ni­cy, któ­ra dzie­li­ła ich od Po­la­ków i dzię­ki któ­rej obie spo­łecz­no­ści były za­wsze obok, a nig­dy ra­zem. Tyl­ko ich dzie­ci, brud­ne, ha­ła­śli­we i roz­bry­ka­ne, jej nie do­strze­ga­ły.

Znów przy­spie­szy­ła kro­ku, śle­dzą­cy ją chło­pa­cy zro­bi­li to samo. Za­ci­snę­ła zęby, a na jej ple­cach po­ja­wi­ły się kro­ple zim­ne­go potu. I tak jak za­wsze w ta­kich sy­tu­acjach przy­po­mnia­ła so­bie to, co prze­ży­ła, i zro­zu­mia­ła po raz ko­lej­ny, dzie­sią­ty lub set­ny, że wszyst­ko, co naj­gor­sze, jest już za nią. I tak jak za­wsze, kie­dy to do niej do­cie­ra­ło, przez chwi­lę mia­ła ocho­tę po pro­stu usiąść na zie­mi i pła­kać.

Za­miast tego zna­la­zła otwar­tą bra­mę. Wia­ło z niej chło­dem i kwa­śnym za­pa­chem mo­czu. We­szła do środ­ka, skry­ła się we wnę­ce i cze­ka­ła spo­koj­nie, pew­na tego, co się sta­nie, i tego, co chce zro­bić.

Wresz­cie ich zo­ba­czy­ła. Sta­nę­li ską­pa­ni w słoń­cu, tuż-tuż. Wy­da­wa­ło się jej, że są tak bli­sko, że może ich do­tknąć. Młod­szy roz­glą­dał się go­rącz­ko­wo do­oko­ła, a star­szy do­pa­lał pa­pie­ro­sa. Wresz­cie rzu­cił go pod nogi i przy­gniótł czub­kiem buta, żeby za­raz po­tem splu­nąć w bok. Marsz­czył brwi, my­śląc in­ten­syw­nie.