Wydawca: WAB Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 560 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 15 godz. 54 min Lektor: Jakub Wieczorek

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 15 godz. 54 min Lektor: Jakub Wieczorek

Opis ebooka Farba - Wojtek Miłoszewski

 

Kontynuacja bestsellerowej „Inwazji”!
Polska przegrywa wojnę z Rosją. Okupanci rozpoczynają powszechną rusyfikację i starają się kontrolować wszystkie obszary życia Polaków. Czy kapitan Roman Gurski zdoła uzyskać przewagę w nierównej walce, jaka toczy się między słabo uzbrojonym polskim podziemiem a doskonale wyposażonymi i wyszkolonymi Rosjanami? Czy Zenon Marczak odnajdzie swoją przyrodnią siostrę Danutę Wojnarowicz, która tak bezlitośnie okaleczyła go podczas wojny? Czy rozdzielona wojenną pożogą rodzina Michała Barańskiego kiedykolwiek się połączy? Czy kraje zachodnie, z USA na czele, postanowią zareagować i uwolnią Polskę spod jarzma nowo powstałego Imperium Rosyjskiego?

Totalnie wciągające i przerażające, bo wiesz, że to wszystko mogłoby się zdarzyć naprawdę. Wojtek Miłoszewski tak prowadzi akcję, że nie daje chwili oddechu. Wciągnąłem jak foka śledzie.
Marcin Meller

Jeszcze lepsza od Inwazji. Wojtek Miłoszewski depcze bratu po piętach.
Vincent V. Severski

Musicie przeczytać, zanim zrobią z tego film. Polecam.
Marcin Dorociński

Mocne jak spirytus z red bullem. Wojtek Miłoszewski to król polskiej sensacji. Szacunek!
Patryk Vega

Opinie o ebooku Farba - Wojtek Miłoszewski

Fragment ebooka Farba - Wojtek Miłoszewski

Wojtek ‌Miłoszewski

FARBA

Copyright © by ‌Wojtek Miłoszewski, MMXVIII

Wydanie ‌I

Warszawa MMXVIII

Rozdział ‌I

1

Władisław Surkow, prawa ręka ‌rosyjskiego ‌prezydenta, ‌spojrzał smętnie ‌na ‌sedes, ‌opuścił klapę i usiadł z cichym ‌westchnieniem. ‌Na ‌szczęście czasy wciągania ‌koksu z deski klozetowej są ‌już za nami, pomyślał ‌i sięgnął do kieszeni ‌drogiej ‌marynarki po smartfon, ‌który idealnie nadawał się ‌do ‌tego celu. ‌Drugą ręką sprawnie ‌wysypał z torebki ‌trochę białego proszku ‌i korzystając z karty kredytowej, szybko ‌uformował ‌dwie grube kreski. Ma ‌się ‌tę wprawę, pomyślał ‌zadowolony i uświadomił sobie, że ‌tak ‌naprawdę to ‌najbardziej lubił wciągać ‌kokainę z piersi ‌prostytutek. Szybko ‌porzucił tę myśl, uznając, ‌że takie fantazje w toalecie ‌soboru Zaśnięcia Matki ‌Bożej to jednak bluźnierstwo. ‌Przeżegnał się ‌z pokorą i wciągnął ‌szybko ‌obie ‌kreski, zgarniając ‌resztki proszku palcem i wcierając ‌sobie w dziąsła, żeby nie ‌marnować towaru. ‌Z niezadowoleniem stwierdził, że kokaina ‌niewiele pomogła na ‌duszący go lęk ‌przed ‌ceremonią, ‌która ‌miała się zaraz zacząć. ‌Dlatego wprawnym ruchem ‌posypał ‌i zażył dwie kolejne ‌porcje ‌narkotyku. Dopiero ‌wtedy poczuł, ‌że spływa na niego ‌niebiański spokój. Włączył ‌kamerę w smartfonie i korzystając ‌z obrazu na ekranie ‌niczym z lusterka, usunął ‌resztki narkotyków z nosa. Potem ‌spuścił wodę i dziarskim ‌krokiem wyszedł. ‌Tak, ‌teraz jest o wiele lepiej, ‌pomyślał, czując, ‌jak jego umysł ‌ogarnia wyjątkowa jasność. Wszedł do nawy i po raz kolejny poczuł się przytłoczony powagą i pięknem tego budynku. Siedem wieków historii ukształtowało ten nakryty pięcioma złoconymi kopułami kremlowski sobór. To właśnie tutaj odbyła się koronacja Iwana IV Groźnego, który jako pierwszy obwołał się carem i rozpoczął czas świetności Rosji, tworząc imperium.

Najbliższy doradca Władimira Putina, przepuszczony przez ochroniarzy, zajął miejsce w pierwszym rzędzie i rozejrzał się po zebranych gościach. Społeczeństwo rosyjskie od wieków miało banalnie prostą konstrukcję. Mianowicie jeden procent populacji posiadał pokaźnych rozmiarów majątek, wpływy oraz wiążący się z pozycją społeczną autorytet. Pozostałe dziewięćdziesiąt dziewięć procent stanowili ludzie ubodzy, których historia i państwo przy każdej okazji doświadczały w bolesny sposób. Budynek soboru Zaśnięcia Matki Bożej wypełniony był całkowicie tym jednym procentem – pozostałe dziewięćdziesiąt dziewięć procent stało w mrozie na placu Czerwonym i nawet tutaj było słychać tę wrzeszczącą hałastrę, jak o niej myślał Surkow. Miał okazję przyjrzeć się tym ludziom podczas tradycyjnego przejazdu Władimira Putina, który aby tradycji stało się zadość, przyjechał do cerkwi na białym koniu w otoczeniu kawalerzystów. Ludzie zgromadzeni na placu w większości byli mocno pijani, bo nie wytrzeźwieli jeszcze po sylwestrowej zabawie. Wszyscy szykowali się na wiele dni wolnego, bo za pasem było prawosławne Boże Narodzenie, a Władimir Putin specjalnym dekretem pozwolił cieszyć się ludziom dniami wolnymi aż do czternastego stycznia. Tym samym dla niektórych zaczynał się dwutygodniowy cug, przez Rosjan nazywany swojsko zapojem, podczas którego dochodziło do brutalnych przestępstw i zabójstw. Surkow nie miał wątpliwości, że ten alkoholowy ciąg po koronacji będzie bardziej brzemienny w skutki niż poprzednie.

Zgromadzeni w soborze eleganccy goście patrzyli na ubranego w galowy mundur Władimira Putina, który stał na podwyższeniu przed ołtarzem. Wszyscy obserwowali z niemym podziwem, jak Cyryl I, patriarcha Moskwy i całej Rusi, okrył ramiona prezydenta ciężką, podbitą gronostajem purpurą. Surkow za każdym razem, kiedy widział głowę prawosławnego Kościoła, podziwiał geniusz swojego pryncypała. Po przejęciu władzy przez Radę Komisarzy Ludowych Kościół prawosławny w Rosji został poddany takim represjom, że wszyscy byli przekonani, że do końca swoich dni zostanie tam, gdzie umieścili go sowieci, czyli na marginesie. Władisław Surkow doskonale pamiętał długie dyskusje z Władimirem Putinem, podczas których odradzał mu wskrzeszenie wpływu duchowieństwa na rosyjskie umysły. Okazało się, że prezydent Rosji miał jednak rację. Ludzie chcieli powrotu do starych czasów. Ale nie tych leninowskich, tylko tych jeszcze dawniejszych. Chcieli powrotu Imperium Rosyjskiego.

Cyryl I wręczył Władimirowi Putinowi uroczystym gestem Wielką Koronę Imperialną Rosji, wykonaną przez znamienitych jubilerów osiemnastego wieku na koronację Cesarzowej Rosji Katarzyny II. Zdobiło ją blisko pięć tysięcy brylantów i siedemdziesiąt pięć różowych pereł. Miała kształt mitry archirejskiej, składającej się z dwóch srebrnych półkul. Pod wykonanym z pięciu brylantów krzyżem umieszczono czerwony spinel o masie blisko czterystu karatów, który według imperialnych kronikarzy został sprowadzony do Rosji jeszcze w siedemnastym wieku.

Władimir Putin ujął delikatnie koronę, nałożył ją sobie na głowę, uklęknął i wyrecytował:

– Z Twojej woli wybrany na cara i najwyższego sędziego swoich poddanych, chylę czoło przed Tobą, o Panie, i proszę, abyś w moim zadaniu pomagał mi i przewodził Twoją mądrością.

Kokaina to był doskonały narkotyk, ale miał dwie przykre wady. Jedną z nich była wysoka cena, co zupełnie Surkowa nie interesowało, bo do biednych nie należał. Niestety, drugą wadą było to, że trzymała dość krótko i trzeba ją było zażywać o wiele częściej niż na przykład przeznaczoną dla plebsu amfetaminę. Władisław Surkow poczuł, że opuszcza go jasność umysłu, a za gardło chwyta przerażenie, które wcześniej stłumił narkotykiem. Wiele niecnych intryg uknuliśmy wspólnie z Wołodią i praktycznie wszystkie uszły nam na sucho, pomyślał. Ale może z tą koronacją przesadzamy?

Wciągnięcie kolejnej porcji było rzecz jasna niemożliwe, gdy wszyscy wokół modlili się o zdrowie i pomyślną przyszłość nowego cara. Dlatego Surkow klęknął wspólnie z pozostałymi i rozejrzał się po twarzach rosyjskich bogaczy, łudząc się, że może w oczach któregoś z nich dostrzeże ten sam niepokój. Nic takiego nie zauważył, nikt nie miał wątpliwości. Na zewnątrz rozległy się pierwsze salwy armat, których zgodnie z tradycją miało być sto jeden. Cyryl I potoczył spojrzeniem po zebranych i wyrecytował tytuł nowego władcy Imperium Rosyjskiego:

– Władimir I Władimirowicz Putin, z Bożej Łaski Cesarz i Samodzierżca Wszechrosyjski, Kijowski, Włodzimierski, Nowogrodzki, Car Kazański, Car Astrachański, Car Polski, Car Syberyjski, Pan Pskowski, Król Białorusi, Wielki Książę Smoleński, Wołyński, Podolski, Litewski, Estoński, Inflancki, Kurlandzki, Żmudzki, Karelski, Twerski, Jugorski, Permski, Wiacki i tak dalej, i tak dalej, i tak dalej.

2

Trzy miesiące później cała wschodnia część Europy odczuła już skutki noworocznej koronacji Władimira Putina, który wybrany przez Boga, także tylko przed nim miał odpowiadać w przyszłości. Po ataku na Polskę i zajęciu jej przez Rosję państwa bałtyckie nie miały złudzeń. Pozbawione nadziei na pomoc wojsk NATO, szybko podpisały bezwarunkowe kapitulacje, tym samym potwierdzając prawdziwość tytułów wymienionych przez Cyryla I w kremlowskim soborze.

Polska weszła w skład Imperium Rosyjskiego jako teoretycznie niezależne państwo pod nazwą Polska Republika Ludowa. Nie wiadomo, czy nazwa powstała pod wpływem nagłego przypływu poczucia humoru, czy też był to skutek wytężonej pracy moskiewskiej administracji. Tak czy siak, swojski skrót PRL był już mocno wcześniej zakorzeniony w polskiej rzeczywistości i może nie spotkał się z masowym entuzjazmem, lecz na pewno z ponurą, ale jednak akceptacją. Polska republika została podzielona na dziesięć guberni, a funkcję stolicy, tak jak przed wojną, pełniła Warszawa. Głową nowo utworzonego państwa był przysłany przez Moskwę namiestnik, generał Wiaczesław Samojłow, a jego siedzibą został praktycznie nieskalany działaniami wojennymi Zamek Królewski.

Grubo po osiemnastej w drugiej połowie marca to już czas, kiedy słońce od dawna znajduje się za horyzontem, i plac Zamkowy tonął w mroku. Nieliczni przechodnie spoglądali z obawą na rozstawione wokół Zamku Królewskiego rosyjskie posterunki. Było ciemno, a wiszące nad miastem chmury przesłaniały księżyc. Ani zajętym swoimi sprawami przechodniom, ani pilnującym ważnego obiektu rosyjskim wartownikom nie przyszło do głowy, by spojrzeć nagle w niebo. Nawet gdyby to zrobili, to trudno byłoby im zauważyć nadlatujący na niskim pułapie szybowiec, ponieważ samolot pomalowano na ciemny granat. Mimo pięciu stopni powyżej zera padająca mżawka sprawiła, że podczepiony do spodu kadłuba szybowca kapitan Roman Gurski trząsł się z zimna. Miał na sobie jedynie cienki kombinezon, a dłonie i nogi zamocowane w zabezpieczonych klamrami uchwytach mocno mu zdrętwiały. Na plecach miał spadochron, a jego jedynym uzbrojeniem był kawałek stalowej linki i pistolet.

Szybowiec nadleciał od południa na nieprzekraczającym stu metrów pułapie. Maszyna musiała lecieć tak nisko, by pozostać poza zasięgiem radarów. Wysokość przelotu na poziomie stu metrów oznaczała, że Roman miał do dachu Zamku Królewskiego jakieś osiemdziesiąt metrów i to była odległość, którą musiał pokonać ze spadochronem. Do tej pory najniższy pułap, z jakiego skakał, to było trzysta metrów, dlatego teraz na plecach miał spadochron przeznaczony do BASE jumpingu. Była to forma ekstremalnego sportu polegająca na skokach ze skał, dachów wieżowców lub mostów. Spadochron taki różnił się od zwykłego tym, że jego czasza napełniała się o wiele szybciej. Niestety, Roman zupełnie się na tym nie znał i w kwestii poprawnego złożenia tego ustrojstwa musiał zaufać fanatykowi tej dyscypliny, którego wyszukał gdzieś Sawicki. No nic, pomyślał Roman, czując potworne napięcie związane ze zbliżającym się skokiem. Miejmy nadzieję, że koleś naprawdę wie, co robi.

Ponieważ zwrócony był twarzą do kadłuba szybowca, mógł obserwować przesuwające się w dole budynki jedynie przez małe lusterko zamocowane na brzuchu maszyny.

Patrzył teraz w lustrzanym odbiciu na uciekające dachy Pałacu Prezydenckiego, a po krótkiej chwili rozpoznał bryłę kościoła Świętej Anny i gdy znalazł się nad niknącą w tunelu aleją Solidarności, wstrzymał oddech i wcisnął guzik zwalniający blokadę klamer. Jego stopy i dłonie uwolniły się z uchwytów, Roman błyskawicznie obrócił się na brzuch i otworzył spadochron.

Jego ciało lecące z prędkością szybowca znalazło się nad dachem zamku, ale pułap był tak niski, że gdy tylko poczuł hamującą siłę spadochronu, jego stopy uderzyły w dach. Pokryta padającą mżawką powierzchnia była tak śliska, że Roman nie utrzymał równowagi, z impetem uderzył potylicą w dach i zaczął zsuwać się bezwładnie po jego stromiźnie, ciągnąc za sobą falującą czaszę spadochronu.

Uderzenie na szczęście nie było zbyt silne i nie pozbawiło go przytomności. Słyszał narastający szum deszczu i zorientował się, że leży na samej krawędzi dachu od strony Wisły. Po kolejnych dwóch sekundach z przerażeniem zauważył, że szumi nie deszcz, ale kołowrotek z linką zamocowaną do spadochronu. Przygotowujący akcję, stwierdzili, że ukrycie spadochronu będzie niemożliwe, musiał odlecieć z szybowcem. Oczywiście odpowiednia długość linki miała dać Romanowi wystarczający zapas czasu. Nikt jednak nie przewidział utraty przytomności.

Gurski natychmiast sięgnął ręką, by uwolnić się ze spadochronowej uprzęży, ale było już za późno. Linka odwinęła się do końca i pociągnęła Romana, szorując jego ciałem po mokrym dachu. Zaraz za nim, niczym falująca chmura, goniła ciemna czasza spadochronu. Tym razem w ekspresowym tempie kapitan pokonywał dystans do szczytu dachu i w ostatniej chwili zasłonił się ręką, by nie uderzyć głową w jeden z kominów. Omal nie zawył z bólu, który eksplodował w jego przedramieniu. Szybowiec oddalał się coraz bardziej, a przerażony Roman zbliżał się z dużą prędkością do północnej krawędzi dachu. Ponieważ prawa ręka w wyniku starcia z kominem stała się zupełnie bezużyteczna, sięgnął lewą ręką do klamry i rozpiął uprząż spadochronu. Czasza pomknęła ku górze, a koziołkujący Gurski złapał się w ostatniej chwili lewą ręką krawędzi dachu i zawisł na wprost wylotu ulicy Kanoniej warszawskiej starówki.

Gdyby budynek był oświetlony tak jak przed wojną, na pewno od razu by go zauważono, ale teraz ścianę okrywał głęboki cień. Roman spróbował złapać się drugą ręką, ale całe przedramię wraz z dłonią było odrętwiałe i nie nadawało się do użytku. Pewnie złamałem rękę, pomyślał z rozpaczą. Nie ma szans, żebym podciągnął się na jednej ręce, nie jestem alpinistą. Spojrzał w dół i ocenił, że do ziemi ma jakieś piętnaście metrów. W najlepszym wypadku przeżyje i będzie leżał sparaliżowany, dopóki nie znajdą go rosyjscy wartownicy. Poczuł silne pieczenie w palcach lewej dłoni, był już na granicy wytrzymałości. Na chuj mi była ta cała konspiracja, pomyślał bezradnie. Jego palce utraciły kontakt ze śliską krawędzią dachu. Poczuł przez moment stan nieważkości, po którym miał runąć w dół, gdy nagle coś szarpnęło go za lewą rękę w nadgarstku.

Gurski spojrzał w górę i ujrzał nad krawędzią dachu siwe włosy spięte w kucyk, sumiasty wąs oraz pomarszczoną twarz starca.

– Panie kapitanie – wychrypiał z wysiłkiem kapral Mariusz Wójcik. – Druga ręka. Szybko, bo nie dam rady.

Roman przez milisekundę zastanawiał się, czy nie prosić swojego żołnierza o delikatne obchodzenie się z jego pokiereszowaną ręką, nim po prostu wyciągnął prawą dłoń w kierunku kompana, a ten chwycił ją i pociągnął ku górze. Upłynęło dobre pół minuty, zanim Gurski znowu znalazł się na dachu i były to jedne z najdłuższych trzydziestu sekund w jego życiu, kiedy to z całych sił starał się nie krzyczeć z bólu, który zawładnął jego prawą ręką. Gdy leżał już zasapany na dachu i zdążył się nacieszyć tym, że żyje, powiedział:

– Kapralu, dlaczego ignorujecie rozkazy? Mieliście czekać w środku.

– Chciałem zobaczyć ten pojebany skok z bliska.

– Przyznaj się, że chciałeś zobaczyć, jak rozwalam sobie łeb.

– Tak jest. – Wójcik zachichotał. – Nagrać to, a potem wrzucić do zachodniego netu. Miałbym parę milionów wyświetleń jak nic.

Kapral szybko poprowadził dowódcę do otwartego mansardowego okna. Kiedy znaleźli się w środku, zabezpieczył je grubą folią i dopiero wtedy włączył światło. Gurski przyjrzał się z podziwem jego peruce, wąsom i całej charakteryzacji.

– Nieźle cię zrobili. Nawet deszcz ci tego nie zmył.

Kapral tylko pokiwał głową. Akcję szykowano od dłuższego czasu. Ich kontakt w środku, konserwator, miły starszy pan, ofiarował im swoją pomoc, ale wspólnie z Sawickim postanowili, że nie do końca można powierzyć powodzenie całej operacji człowiekowi, który choć niewątpliwie był odważny, to nie miał zupełnie wojskowego doświadczenia. Stąd pomysł na odpowiednie ucharakteryzowanie kaprala, który jednak mógł w tym przebraniu przebywać tylko na nocnej zmianie, kiedy nie było wielu pracowników mogących go zdemaskować. Dlatego Gurski musiał dostać się do zamku nieco trudniejszą drogą.

– Proszę pokazać tę rękę – powiedział kapral, widząc, w jaki sposób Gurski obejmuje prawą dłoń lewą.

– Nie mamy czasu, prowadź.

Wójcik bez słowa zgasił światło i po chwili zeszli z poddasza na drugie piętro. Nie była to pierwsza nocna wizyta kaprala w zamku, prowadził pewnie i szybko, dlatego po krótkiej wędrówce znaleźli się w sali tronowej na pierwszym piętrze. Pod nieobecność namiestnika nie zaprzątano sobie głowy rozmieszczaniem wartowników wewnątrz budynku, skoro liczne straże umieszczono na zewnątrz.

Wójcik uchylił żeliwną osłonę jednego z kominków i Gurski wczołgał się do środka. Kapral na powrót zamaskował wejście i rzucił szeptem:

– Panie kapitanie, powodzenia.

Roman nie odpowiedział, wsłuchując się w oddalające się kroki Wójcika. Aby zapewnić odpowiednią temperaturę w pomieszczeniu, za żeliwną osłoną umieszczono nowoczesny grzejnik. Początkowo Gurski cieszył się miłym ciepłem, ale już po paru minutach był dosłownie zlany potem. A miał tu przesiedzieć piętnaście godzin.

Gdyby tylko sierżant Jovan Lacević znał obecne położenie swego dawnego dowódcy, na pewno by się z nim zamienił. Chorwat, który w polskiej armii odsłużył całą rosyjską inwazję, był wykończony zimnem panującym na budowie lotniska, które zaplanowano w miejscu potężnej firmy logistycznej, działającej przed wojną na południe od Augustowa. Rosjanie chcieli połączenia lotniska wojskowego z pasażerskim portem lotniczym. Rzecz jasna, sierżant Lacević nie wierzył w te bzdury. Był przekonany, że jako więźniowie obozu jenieckiego budują tylko potężne lotnisko wojskowe. Tym bardziej że według plotek w Krośnie stawiano podobny obiekt. Dla Jovana wszystko było jasne: Rosjanie planują w niedalekiej przyszłości nową ofensywę i podbój Europy, dlatego muszą mieć wojskowe huby z prawdziwego zdarzenia.

Choć sierżant cały dzień uczciwie skuwał młotem pneumatycznym nawierzchnię starego placu manewrowego, to za cholerę nie mógł się rozgrzać w temperaturze dochodzącej do dziesięciu kresek poniżej zera. Po pierwsze młot pneumatyczny miał to do siebie, że stało się w miejscu i czasem Jovan na serio zastanawiał się, czy stary dobry kilof, który teleportowałby go do czasów gułagu, nie byłby lepszy. Po drugie cieniutka obozowa kurtka w ogóle nie chroniła go przed zimnem. Zresztą nie takie miała zadanie, jaskrawopomarańczowa, z odblaskowymi pasami, pozwalała łatwo odróżnić jeńców od wolnych pracowników budowlanych ściągniętych z Rosji. Karą za zdjęcie tej kurtki było przeniesienie do obozu pracy na Dalekim Wschodzie, co, jak wszyscy podejrzewali, oznaczało praktycznie śmierć.

Lacević spojrzał na kawał nawierzchni, którą zdążył rozkuć od zachodu słońca. Żaden z więźniów nie miał zegarka, ale dałby sobie rękę uciąć, że jest już grubo po ósmej, co oznaczało, że ruscy dawno powinni odgwizdać fajrant, bo ich praca trwała równe dwanaście godzin od ósmej rano, z krótką przerwą w środku na lichy posiłek. Pieprzony skurwiel, znowu przeciąga czas, pomyślał ze złością sierżant i wtedy go zobaczył.

Brygadzista Siemion Iwankow szedł, kołysząc się na boki i przyglądając się uważnie pracy więźniów. Był potężnym, dwumetrowym chłopem, który prawie się nie odzywał i nigdy nie podnosił głosu, ale na budowie miał praktycznie nieograniczoną władzę. Przez polskich więźniów był nazywany Kryśką, co wzięło się od rosyjskiego rzeczownika „kryszka”, oznaczającego kapsel, bo właśnie tak mówili na brygadzistę wolni budowlańcy z Rosji. Przezwisko zawdzięczał temu, że potrafił otworzyć piwo, zahaczając kapslem o kość oczodołu. Jovan nie chciał w to uwierzyć, dopóki nie zobaczył tej sztuczki na własne oczy.

Małomówność i brak wrzasków niejednego mogłyby zmylić, ale wszyscy już zdążyli się przekonać, że z Kryśki był kawał drania. Gdy jeden z więźniów, polski pułkownik, zaczął gardłować, że według konwencji genewskiej jeńcy mogą pracować, ale na tych samych warunkach, co obywatele państwa zatrzymującego, Kryśka przyznał mu rację. A potem załatwił nieszczęśnikowi robotę przy wyrębie lasu pod nowe zabudowania. Pułkownik otrzymał wszelkie niezbędne narzędzia, ale że nie był drwalem, drugiego dnia wszedł wprost pod ścinany dąb i został zgnieciony na miazgę. Sprawę zakwalifikowano jako wypadek przy pracy i od tamtej pory nikt z Kryśką już nie dyskutował.

Kiedy Rosjanin zbliżył się do Jovana, ten zaczął pracować ze zdwojonym zapałem, ale skorzystał z okazji i zerknął na wielki zegarek brygadzisty. Co za skurwiel, pomyślał, widząc dłuższą wskazówkę na piątce, zapierdalamy dwadzieścia pięć minut po czasie. Kryśka rozglądał się jeszcze dobre pięć minut, jakby chciał podkreślić swoją władzę nad więźniami, po czym sięgnął po wiszący na łańcuszku gwizdek i zadął w niego trzy razy. Słyszący to jeden z wartowników uruchomił syrenę i po chwili blisko dwa tysiące więźniów w pomarańczowych kurtkach stłoczyło się w kolumnie przed bramą. Żołnierze szybko utworzyli czwórki, zapisali coś w swoich kajetach i milcząca gromada ruszyła w godzinny marsz.

Na obóz zaadaptowano zabudowania jakiegoś przedsiębiorstwa, składającego się z piętnastu olbrzymich hal. Obecnie w każdej z nich mieszkało prawie pięćset osób. W całym obozie przebywało około siedmiu tysięcy jeńców. Rosjanie musieli tylko w środku postawiać prycze, na zewnątrz podwyższyć ogrodzenie i dobudować wieżyczki wartownicze. Dotychczas ucieczki próbowało dwudziestu czterech więźniów. Dziewiętnastu zastrzelono, zanim opuścili obóz, a pozostałych pięciu złapano i skatowano podczas apelu ku przestrodze, jednak nie pozbawiono ich życia i uciekinierzy po wylizaniu się z ran dalej pracowali w obozie.

Kiedy wściekły sierżant Lacević w końcu odebrał swoją kolację w hali zaadaptowanej na stołówkę, wiszący tam zegar wskazywał piętnaście po dziesiątej. Szybko dotarł z tacą w kąt, gdzie zwykle siedziała jego ekipa. W wojsku jak to w wojsku, hierarchia obowiązywała zawsze i wszędzie, dlatego nawet w obozie trzymał się głównie z żołnierzami ze swojego plutonu. Przy pilśniowej płycie przykręconej do kilku prętów, która udawała stół, siedzieli kapral Krzysiek Maj, plutonowy Marek Bosak, zwany przez wszystkich Boskim, kapral Tomasz Janik, ich nieoceniony ratownik medyczny, oraz szeregowy Grzesiek Piątkowski. Piątek, bo tak wszyscy na niego mówili, nie był z ich plutonu, ale w tym obozie jenieckim nie mógł znaleźć nikogo od siebie, a ponieważ chłopak dawał się lubić, szybko dołączył do ich grupy. W porządku gość, też walczył w Katowicach. Choć byli wymęczeni katorżniczą pracą, to i tak wyglądali lepiej niż w chwili kapitulacji. Tu przynajmniej dostawali podłe, ale jednak jedzenie. Lacević do końca życia miał nie zapomnieć głodu podczas oblężenia Warszawy.

– Skurwysyn, ale nas przetrzymał, co? – powiedział, siadając i zabierając się do jedzenia.

– Sierżant wymyśli lepiej jakąś akcję dywersyjną, żeby odjebać tego Kryśkę – zaproponował z pełnymi ustami Boski.

Byli w obozie jenieckim, ale wszyscy ciągle czuli się żołnierzami i do swoich dowódców zwracali się z poszanowaniem regulaminu.

– Rury załatwiłeś? – spytał Lacević Janika.

– A jakże, załatwiłem. – Kapral był z siebie bardzo zadowolony. – I nie tylko to.

Wszyscy jak jeden mąż popatrzyli na pęczniejącego z dumy Janika.

– Dobra, samochwała czas start – powiedział kapral Maj.

– Pamiętacie tego ruska, który odpalił mi ramkę szlugów?

– No – ponaglił Boski.

– Pracowałem dzisiaj na rusztowaniu i jak schodziłem, to wyjebałem się jak długi z drabiny – kontynuował swoją opowieść kapral Janik. – Nic wielkiego mi się nie stało, ale ten typ wysiadł z koparki i strasznie się przejął. Pytał ciągle, czy wszystko w porządku.

– Człowieku, do rzeczy – jęknął sierżant Lacević.

– Ostatnie dwie godziny roboty przesiedziałem u niego w koparce.

– Pierdolisz! – Boski podniósł głos.

– Jak kocham Polską Republikę Ludową! – Janik grzmotnął się w pierś. – Typ pracował, a ja siedziałem skulony z boku na podłodze z, uwaga!, wentylatorem skierowanym prosto w mordę.

Siedzący zgodnie wydali jęk zazdrości, tylko sierżant kontynuował jedzenie, lekko się uśmiechając.

– Jebany farciarz – powiedział Piątek.

– Zobaczysz, że gościu będzie czegoś od ciebie chciał! – dorzucił plutonowy Bosak.

– A niby czego, kurwa, ma chcieć? Jakby chciał, żebym zrobił mu lachę, to chyba przed nasiadówą w koparce, nie? – odparował Janik.

– Swoją drogą, panowie – zaczął Boski – zrobilibyście komuś pałę, żeby chociaż jeden dzień pogrzać się w wyrze, zamiast nakurwiać w tym zimnie?

– Błagam, plutonowy, nie przy jedzeniu! – skrzywił się Lacević.

– Ja bym zrobił, ale w gumie, mam swój honor – powiedział z kamienną twarzą szeregowy Piątkowski, wywołując głośne salwy śmiechu. Za to go polubili; miał poczucie humoru i najśmieszniejsze kawały opowiadał zawsze z poważną miną, tak że ani jeden mięsień twarzy mu nie drgnął.

Gdy wszyscy skończyli jeść, Krzysiek Maj odwrócił się do Jovana.

– Sierżancie, przywieźli nowych. Można by się jeszcze tam przejść przed papciem.

Każdego dnia o dwudziestej trzeciej ogłaszano capstrzyk, który rosyjscy żołnierze nazywali „tatu”, a polscy jeńcy szybko określili tę porę dnia swojskim „papciem”. Jovan kiwnął głową; w całym kraju w obozach przebywało blisko dwieście tysięcy polskich żołnierzy i często ich przenoszono, a tacy przybysze byli doskonałym źródłem informacji.

Kiedy Jovan i jego kumple weszli do hali, do której przywieziono nowy transport, doznali szoku.

– Co, do kurwy… – powiedział cicho Janik i zatkał sobie dłonią nos i usta.

Oczywiście w każdej hali śmierdziało, bo w każdej mieszkało pięciuset chłopa, którzy wszystkie szpary skrupulatnie zatkali, żeby powietrze z nagrzewnic, broń Boże, nie uciekało na zewnątrz. Staropolskie „lepszy smrodek niż chłodek” było chyba najczęściej powtarzaną frazą przez więzionych tu żołnierzy.

Jednak smród w hali z nowymi był nie do opisania. Wszyscy uważali warunki bytowania i pracy za wyjątkowo ciężkie, ale to, co tu zastali, przypominało obrazki z II wojny światowej. Nowo przybyli więźniowie siedzieli lub leżeli na pryczach, ich stan był koszmarny. Wychudzeni i ubrani w poszarpane mundury wyglądali, jakby się nie myli co najmniej od dnia kapitulacji. Wchodzących ogarniali pustymi, obojętnymi spojrzeniami, w których brak było oznak życia. Widok był przerażający. Znaleźli się w hali pełnej żywych trupów.

– Szybko na stołówkę – powiedział do swoich sierżant Lacević. – Zgarniamy, co się nada do żarcia. Przejdziemy po innych halach i weźmiemy zgromadzone zapasy. Trzeba powiedzieć ludziom. Musimy im pomóc. Chodźcie!

Wszyscy ruszyli do wyjścia, ale Janik nagle stanął jak wryty i złapał Lacevicia za rękę. Jovan spojrzał na niego zdziwiony.

– Janik, co z tobą?

– Ja pierdolę, panie sierżancie, niech pan spojrzy.

Kapral wskazał na jednego z siedzących na pryczy ludzi, ale Jovan nie zorientował się, o co mu chodzi. Chciał już opierdzielić podwładnego po wojskowemu, gdy nagle zrozumiał. Z trudem, ale jednak poznał siedzącego na pryczy wymizerowanego żołnierza. Z dawnego dowódcy drużyny obsługującej granatnik nie pozostało wiele. Nie było szerokiej klaty, potężnych bicepsów i klawiatury śnieżnobiałych zębów w zawadiackim uśmiechu.

– Seget? – spytał cicho Jovan.

Siedzący na pryczy żołnierz drgnął i spojrzał zaskoczony na Lacevicia i Janika. W jego oczach pojawiły się blade iskry życia, a spojrzeniem dawał do zrozumienia, że nie do końca wierzy w to, co widzi. Kapral Daniel Seget wstał powoli i podszedł do Jovana, wyciągając ręce. Sierżant zwalczył w sobie odruch obrzydzenia, przytulił swojego żołnierza i po chwili poczuł, jak wymizerowanymi ramionami wstrząsa bezgłośne łkanie.

3

Mieszkańcy stolicy nazywali Rakowiecką najdłuższą ulicą w mieście. Ponieważ można było w nią wjechać i opuścić ją dopiero po kilku długich latach. Przed wojną zamierzano zrobić tutaj muzeum, ale nowa władza bardziej potrzebowała takich miejsc do czego innego, dlatego budynkowi przy Rakowieckiej szybko przywrócono funkcję, którą pełnił ponad sto lat. Najśmieszniejsze było to, że pierwotnie budynek postawiły władze rosyjskie na początku XX wieku, a teraz przedstawiciele tego samego narodu odzyskali swoje dzieło i mogli znowu pakować Polaków do więzień. Czy mógł być lepszy dowód na to, że historia rzeczywiście kołem się toczy?

Zenon Marczak leżał na dolnej pryczy i jak zwykle postanowił nie otwierać oczu. Nie było sensu, znał doskonale widok spodniej części górnego łóżka. Pordzewiałe sprężyny, spod których wyzierały kawałki obszczanego materaca w paski. Zenon znał ten areszt jeszcze z czasów, gdy służył w policji. Oględnie mówiąc, już wtedy nie było szału, w ciasnych celach przebywało nawet i siedmiu osadzonych. Obecnie jego całym światem było piętnaście metrów kwadratowych, na których tłoczyło się trzydziestu więźniów. Przy obu ścianach ustawiono trzy- i czteropiętrowe prycze, co dawało łącznie tylko dwadzieścia cztery miejsca leżące. Reszta spała pokotem na podłodze. Nie było żadnych wyjść, żadnych spacerów, był za to kibel w kącie za zasłonką i prysznic raz w tygodniu. Okien nie otwierano, więc smród wewnątrz celi był tak potworny, że strażnicy otwierali drzwi z założonymi maskami pyłowymi, do których wkładali miętowe sztyfty. Przed wojną siedziało tu blisko tysiąc osób, teraz podobno upchnięto tu ponad osiem tysięcy więźniów.

Marczak wymacał zgrubienie w swoim materacu, gdzie ukrył część plastikowej łyżki, którą udało mu się zwędzić miesiąc temu. Od tamtej pory kształtował kawałek tworzywa bardzo pracowicie i teraz miał ostrą plastikową żyletkę. Od jakiegoś tygodnia całkiem serio się zastanawiał, czy jej nie użyć i nie przerwać w końcu swojej gehenny. Powstrzymywały go dwie rzeczy. Pierwsza to współwięźniowie, którymi szczerze gardził i którzy wszyscy, jak jeden mąż, byli dla niego frajerami. Był przekonany, że gdyby tylko ciachnął się po rękach, od razu zaczęliby go ratować, a wątpił, by było coś gorszego od ponownego przebudzenia się w tym piekle po nieudanej próbie odebrania sobie życia. Drugim powodem była ciekawość. Wszyscy jego współwięźniowie zostali oskarżeni o dywersję. Trzeba przyznać, że rosyjskie władze Polskiej Republiki Ludowej nie traciły czasu i nowy kodeks karny wyszykowano, łącznie z podpisem namiestnika, w niecały miesiąc. Przede wszystkim brutalnie tłumiono każdy przejaw myślenia o niepodległej Polsce. Niektórzy z osadzonych faktycznie byli niedobitkami polskiej armii i na własną rękę próbowali walczyć z okupantem, strzelając do rosyjskich urzędników i żołnierzy. Ale większość zarzutów, które postawiono siedzącym tu ludziom, była absurdalna. Jeden z mężczyzn schlał się i wracając do domu, obsikał koło rosyjskiej wojskowej terenówki. Został oskarżony o dywersję. Inny wyprowadzał psa, którego jeszcze przed wojną nazwał Wowa, i zarobił zarzut znieważenia cara Władimira I. Kolejny pozwolił sobie na publiczną uwagę, że „jak Bóg da, to skończą tak samo jak w 1917 roku”, i od razu sam skończył na Rakowieckiej z zarzutem działalności propagandowej wymierzonej przeciwko Imperium Rosyjskiemu. Każdy miał jakieś zarzuty oprócz Zenona, który siedział tu już ponad cztery miesiące i tylko od czasu do czasu wyprowadzano go do lekarza, który pieczołowicie zajmował się jego raną na twarzy. W czasie kapitulacji obiecał jednemu z rosyjskich lejtnantów złoto, a gdy okazało się, że we wskazanym miejscu nic nie ma, był przekonany, że Rosjanin go po prostu zabije. Zamiast tego wtrącono go do więzienia. Bardzo go ciekawiło dlaczego. Czyżby po prostu o nim zapomniano? Ciężkie drzwi celi otworzyły się i po chwili rozległ się głos rosyjskiego strażnika, tłumiony przez maskę:

– Jeden powrót! – Służący tu Rosjanie, choć z silnym akcentem, to jednak mówili po polsku.

Zenon postanowił obrócić się na bok i poobserwować sytuację. Czterech więźniów wyszło na korytarz i wniosło do środka zakrwawionego mężczyznę.

– Koledzy! – zawołał jeden z wnoszących. – Przemek wrócił z Kuby. Pomóżcie!

Kilku więźniów zerwało się szybko ze swoich prycz i pomogli przemywać i opatrywać rany jęczącego. Budynek na Rakowieckiej miał jeszcze i tę zaletę, że blisko stąd było do siedziby przedwojennej Szkoły Głównej Handlowej, gdzie obecnie urządzono Krajowy Urząd Bezpieczeństwa Obywatelskiego, w skrócie KUBO. Dlatego gdy ktoś jechał bądź wracał z przesłuchania, mówiono o nim, że pojechał lub wrócił z Kuby. Rzecz jasna ta Kuba w niczym nie przypominała rajskiej wyspy i tak naprawdę była katownią, z której ludzie wracali w strzępach. Zenon musiał przyznać Rosjanom, że doskonale wiedzieli, co robią. Rotacja w celi była bardzo duża i niemal każdy, kto wrócił z Kuby, kilka dni później przyznawał się do popełnienia zarzucanych mu przestępstw i natychmiast wysyłano go do Rosji. Do tej pory Marczakowi udało się naliczyć tylko dwóch kozaków, którzy niczego nie podpisali. Jeden zmarł po trzech wizytach na Kubie. Drugi był o wiele twardszy i uśmiercenie go zajęło Rosjanom aż pięć przesłuchań. Absolutny rekord.

Zenon był bardzo nielubiany przez współwięźniów między innymi właśnie dlatego, że nigdy nie odwiedził przedwojennej uczelni, gdzie teraz zajmowano się łamaniem palców, z których uprzednio usunięto paznokcie. Drugim powodem niechęci było to, że miał swoich kolegów centralnie i głęboko w dupie i nigdy nie brał udziału w takich akcjach, jak ta z Przemkiem.

Drzwi celi otworzyły się ponownie i strażnik powiedział donośnym głosem:

– Marczak Zenon, syn Jolanty.

Zenon wstał powoli i minął swoich kompanów, którzy obserwowali go niechętnym spojrzeniem. To była kolejna podejrzana sprawa. Wszystkich wywoływano z imieniem ojca, tylko Marczaka inaczej. Nie chciało mu się tłumaczyć, że jego ojciec był nieznany. To znaczy władzom, bo przecież Zenon doskonale zdawał sobie sprawę, kto był jego biologicznym ojcem. A co najważniejsze, kto był jego przyrodnią siostrą, z którą miał tak duży rachunek do wyrównania.

Mijali kolejne śluzy złożone z podwójnych krat, które otwierali im wartownicy. Zenon znalazł się w innym pawilonie i już sam ten krótki, ledwie trzyminutowy spacer był dla niego miłą odmianą, ponieważ ostatnie cztery miesiące spędził w jednym i tym samym budynku.

Rosjanin w końcu otworzył jakieś drzwi, skinieniem nakazał więźniowi wejść, po czym je zatrzasnął.

Zenon przez pierwszych kilka minut stał, nie mogąc zrobić kroku. Był w absolutnym szoku. Wnętrze urządzono niczym pokój przedwojennego pięciogwiazdkowego hotelu. Jedynym odstępstwem od wystroju były obskurne, pomalowane olejną farbą drzwi, które wyglądały tak samo jak te w celi, którą właśnie opuścił. Obok powieszono elegancką, wiśniową kotarę, która służyła do celów maskujących, i Zenon szybko z niej skorzystał. Rozejrzał się dokładniej po pomieszczeniu. Boazerie, obraz z morskim pejzażem, duże łóżko oraz płaski telewizor wiszący na ścianie. Potem jego spojrzenie padło na drzwi w kącie pokoju. Otworzył je i znowu znieruchomiał na dobre dwie minuty.

– Nie, to niemożliwe…

Lśniąca czystością łazienka z sedesem, bidetem, brodzikiem z natryskiem oraz wanną, na przeciwległej do drzwi ścianie ogromna umywalka z wypucowanym lustrem. Zenon podszedł i spojrzał w swoje odbicie, które widywał jedynie podczas rzadkich wizyt u lekarza. Rana się zagoiła, ale było to bardzo marne pocieszenie. W więziennej łaźni nie było luster, wszyscy golili się całkiem stępionymi maszynkami elektrycznymi, których przypadało raptem dziesięć na siedem tysięcy osób. Marczak za każdym razem golił się po omacku, próbując jedynie trochę przyciąć włosy, które zaczęły miejscami wyrastać z rany. Obecnie środek jego prawego policzka pokrywała poczerniała i zrogowaciała skóra, a z trochę bielszych miejsc wyrastała sztywna, nieregularna szczecina. Zenon zajrzał do szuflady i znalazł pełen zestaw przyborów toaletowych wraz z golarkami i nożyczkami. Poprzycinał sterczące włosy, ogolił się i wtedy przypomniał sobie, że jest też trzeci powód, dla którego nie użył jeszcze plastikowej żyletki, ukrytej w materacu. Przyrodnia siostra Danuta Wojnarowicz, która jeszcze podczas wojny tak paskudnie urządziła jego twarz jubilerskim palnikiem. Zenon miał szczerą nadzieję, że przeżyła wojnę i sam będzie mógł jej zadać wyjątkowo powolną i wyjątkowo bolesną śmierć.

Napuścił gorącej wody do wanny i gdy się w niej zanurzył, omal nie doznał orgazmu. Po pierwszej kąpieli zażył drugiej, a potem trzeciej. Nurkował w wodzie, moczył się i szorował mydłem w płynie, którego w łazience było pod dostatkiem. W końcu, po dwóch godzinach, wytarł się dokładnie ręcznikiem, wyszedł nago do pokoju i usiadł na łóżku. Dopiero teraz zauważył, że stojące pod oknem biurko ma szafkę z dużymi drzwiczkami. Otworzył je i zobaczył znajdującą się w szafce lodówkę. W środku były cztery piwa, dwie butelki wina oraz półlitrowa butelka wódki. Zenon szybko odkręcił tę ostatnią i upił duży łyk. Cztery miesiące niepicia i nędzne żarcie zrobiły swoje. Poczuł się jak wtedy, kiedy w piątej klasie podstawówki pierwszy raz spróbował taniego wina. Od razu zakręciło mu się w głowie. Nie wiem, o co w tym wszystkim, do kurwy nędzy, chodzi, pomyślał. Ale jedno jest pewne: dzisiaj napierdolę się jak szpadel.

4

Lubił to stanie w kolejce. Michał Barański przypomniał sobie tę niecierpliwość, jaka cechowała Polaków przed wojną. Człowiek wchodził do banku, widział trzy osoby w kolejce i wkurzony wychodził, rzucając pod nosem: „Ja pierdolę, ale tłumy, przyjdę później”. Kolejka, w której właśnie stał, liczyła na oko jakieś sześćdziesiąt osób, ale to go nawet ucieszyło, bo dzięki temu mógł się dobrze przygotować.

Sklep znajdował się w niskim pawilonie u zbiegu alei Korfantego i Piastowskiej. Co prawda przed wojną też był tu spożywczak poczciwej spółdzielni Społem, ale dzielił budynek z bankiem i restauracją. Teraz cała powierzchnia została zaaranżowana do handlu, a właścicielem był Rosjanin, który szybko pozałatwiał potrzebne pozwolenia i zarabiał majątek na wygłodzonych mieszkańcach. Dlatego wszyscy kupujący, wybierając się do sklepu, mówili, że idą „do ruska” albo „do czerwońca”.

Żeby kolejka była w miarę zorganizowana, klienci czekali w wijącym się labiryncie utworzonym przez taśmę, jaką zwykle odgradza się pasażerów na lotniskach. Michał pokonał jeden z ostatnich zakrętów i teraz dokładnie widział produkty i ceny wypisane na pomarańczowych naklejkach. Sklep nie był samoobsługowy, ponieważ złodziejstwo stało się tak powszechne, że rosyjski właściciel nawet z liczną ochroną nie dałby rady upilnować towaru i poszedłby z torbami w kilka dni. Teraz zaczynało się właściwe planowanie i za to Michał był wdzięczny kolejce. Miał jeszcze dobre piętnaście minut stania w ogonku.

Chleb jasny sto pięćdziesiąt rubli, ciemny po sto. Uśmiechnął się pod nosem, przypominając sobie przedwojenny szał na kluby fitness i jedzenie bez glutenu. Dziś nikt nie chciał jeść tego ciemnego gówna, bo było o wiele mniej kaloryczne, a pszennym pieczywem człowiek mógł napchać się na pół dnia. Masło – czyli ruska margaryna niemająca z masłem nic wspólnego – kosztowało przeszło trzysta rubli. Czy ich totalnie posrało, zaklął w myślach, przecież to pięćdziesiąt rubli więcej niż trzy dni temu. Michał obiecał sobie, że nie wyda więcej niż tysiąc rubli, ale już widział, że jego plan spali na panewce. Koniecznie chciał wziąć dżem, który Jurek tak uwielbiał, a którego nie miał w ustach od trzech miesięcy. A przecież oprócz tego potrzebował dwóch konserw mięsnych (też podrożały!) i herbaty, którą obiecał pani Wiesi. Kurwa mać, pójdzie półtora tysiaka jak nic.

Rosjanie szybko wprowadzili swoją walutę, zlikwidowali warszawską giełdę, przenosząc notowane tu spółki do Moskwy, a część największych firm, które przynosiły przed wojną krociowe zyski, zrusyfikowano. Rubel, który nigdy nie był mocarzem wśród walut, mocno stracił po inwazji na Polskę i teraz raczej dołował na światowych rynkach. Michał odstał swoje, dokonał szybkich zakupów, pozbywając się kuponów żywnościowych, położył na blacie dwa banknoty tysiącrublowe i dostał z powrotem pięćsetkę i trzy dziesiątki. Wyszedł skwaszony z zakupami na zewnątrz i zapiął szczelnie kurtkę.

Błoto. Ocean błota. Tak można było w skrócie opisać perspektywę alei Korfantego. Większość budynków była zrujnowanym gruzowiskiem. W oddali majaczyła wypalona skorupa Spodka, a po prawej wyszczerbiony kikut wysłużonego hotelu Katowice oraz spalony, przed wojną całkiem nowoczesny, wieżowiec Altus. Przed rozjechaniem Katowic przez rosyjską armię nikt nie myślał o tak banalnej sprawie jak chodnik. Teraz po zbombardowanym mieście można było poruszać się na piechotę tylko pod warunkiem posiadania solidnych kaloszy. Były tysiące wzorów i fasonów, jedne świadczące o czyjejś zamożności, inne o przywiązaniu do mody, ale w marcu w powojennych Katowicach każdy bez wyjątku musiał posiadać gumowce, bo inaczej po prostu nie przeszedłby przez ulicę. Co prawda uruchomiono transport publiczny, ale autobusów było zdecydowanie za mało i ludzie częściej chodzili na piechotę. Najlepiej niedobór pojazdów zbiorowego transportu obrazował fakt, że część wojskowych ciężarówek przystosowano do przewozu osób; nazywano je gruźlikami. Po części od rosyjskiego gruzowik, oznaczającego ciężarówkę, ale głównie dlatego, że siedziało się z tyłu na otwartej pace i po paru przejażdżkach można było nabawić się zapalenia płuc.

Michał ruszył w kierunku Superjednostki, ponurego bloczyska ciągnącego się przez blisko dwieście metrów. Że też akurat to gówno musiało ocaleć, pomyślał ze złością. Nad postawionym w latach sześćdziesiątych mrówkowcem niemal wszędzie wystrzeliwały w górę ażurowe konstrukcje dźwigów. Katowice najbardziej ze wszystkich miast ucierpiały podczas wojny, a Rosjanie, chcąc pokazać się propagandowo przed państwami Zachodu, powołały nawet Biuro Odbudowy Katowic. Na jego czele stanął rosyjski generał, który wcześniej dowodził dywizjami atakującymi miasto. Co za, kurwa, geniusze wojny, pomyślał Michał, najpierw rozpieprzyć miasto, a teraz z powrotem je odbudowywać, toż to wszystko kupy się nie trzyma.

Michał dotarł do Superjednostki, wszedł do drugiej klatki i szybko znalazł się przed drzwiami mieszkania na trzecim piętrze. Gdy tylko wszedł, z mikroskopijnej kuchni wychyliła się okrągła twarz pani Wiesi.

– O, szybko panu poszło! Udało się dostać herbatę?

– Tak, proszę bardzo.

Michał wyjął pudełko z herbatą i wręczył pani Wiesi. Kobieta wytarła ręce w fartuch i od razu sięgnęła po portfel do szafki.

– Ile jestem winna?

– Nie ma o czym mówić, proszę nie żartować – odparł z uśmiechem Michał.

To, że udało im się znaleźć kąt u pani Wiesi, było prawdziwym szczęściem. Katowice jako najbardziej zniszczone miasto nie przyciągały wielu chętnych, ale niewielka ilość ocalałych budynków spowodowała, że każdy wolny kąt natychmiast zajmowano. W całej Superjednostce codziennie dochodziło do karczemnych awantur, bo wracali dawni właściciele i musieli wykłócać się i walczyć o mieszkania, które opuścili w trakcie rosyjskiej ofensywy. Michał znał panią Wiesię, ponadsiedemdziesięcioletnią kobietę, wiecznie ubraną w kwieciste sukienki z czasów, gdy był nauczycielem, a jego obecna gospodyni pracowała tam gdzie i on jako woźna. Dlatego teraz mogli zająć mniejszy pokój jej trzydziestosześciometrowego mieszkanka. W tym olbrzymim, samowystarczalnym molochu z blisko ośmiuset mieszkaniami był już prąd i ogrzewanie i choć nie było jeszcze wody, to i tak Michał mógł uważać się za szczęśliwca.

– Ma pani jeszcze ten ryż?

– Tak, a co? – spytała pani Wiesia.

Michał szybkim ruchem postawił dwie konserwy na blacie kuchennym.

– Pani da ryż, ja konserwę i na kolację zjemy odsmażanej z cebulką, co?

– O Boże kochany, a cóż to za okazja? – Pani Wiesia z niedowierzaniem obracała konserwy w rękach.

Michał z uśmiechem dał znać gestem, że nie musi być żadnej okazji. Szybko przygotował dwie grube kromki chleba z masłem i dżemem i wszedł do pokoju, który zajmowali razem z Jurkiem. Chłopiec leżał na małym tapczanie, zwrócony twarzą do ściany. Michał postawił talerz z kanapkami na taborecie i podniósł leżącą obok książkę Ferenca Molnára Chłopcy z Placu Broni.

– I jak, skończyłeś?

Jurek usiadł na łóżku, a Michał zobaczył w jego oczach łzy.

– Synek, co się stało? – spytał, przytulając chłopca.

– Tata, bo szkoda, że na końcu Nemeczek umiera, co? – Jurek rozszlochał się na dobre.

Michał przytulił jeszcze mocniej drobne ciało siedmioletniego syna. Na śmierć zapomniał, że ta książka kończyła się tak ponuro. Kiedy dorwał jeden egzemplarz, od razu przyniósł go Jurkowi. Po pierwsze pamiętał, że kiedy był chłopcem, bardzo lubił tę powieść, a po drugie nieliczne szkoły w Katowicach były tylko dla dzieci Rosjan i pracowników administracji państwowej. Gdy Michał był w pracy, chłopak nudził się niemiłosiernie. W końcu ile razy można grać w wojnę albo chińczyka z panią Wiesią? Wiedział również, co zaprzątało chłopca, gdy miał zbyt wiele czasu na myślenie. Nieraz próbował rozmawiać z nim o jego matce i siostrze, z którymi rozdzieliła ich wojna, ale za każdym razem syn zamykał się w sobie. Bardzo to przeżywał.

– Jurek, nie przejmuj się. To przede wszystkim książka o przyjaźni, wiesz?

– Yhm – odparł niepewnie chłopiec, wycierając oczy wierzchem dłoni.

– Lepiej popatrz, co mam dla ciebie na podwieczorek.

Michał pokazał chłopcu talerz z kanapkami, a buzia Jurka od razu się rozjaśniła.

– O ja, tata! Nie wierzę! Normalnie dżem!

Jurek zapomniał o trapiących go jeszcze sekundę wcześniej troskach i rzucił się na kanapki. Dopiero gdy pochłonął pierwszą, zreflektował się i wyciągnął talerz w kierunku Michała.

– Tata, a ty?

– Co ty, ja nie jestem głodny. – Michał roześmiał się nerwowo i machnął ręką.

Jurek skończył jeść, oblizał dokładnie usta i spytał:

– Tata, mogę iść do Antka?

– I co, będziesz znowu grał?

– Tata, no weź, przecież poczytałem. Dzisiaj bardzo dużo, trzydzieści osiem stron.

– Dobra, leć. Tylko masz być najpóźniej o dwudziestej. – Michał zdjął swój zegarek. – Masz, trzymaj.

– Dzięki.

Jurek założył zegarek ojca i nie oglądając się za siebie, wybiegł z pokoju. Michał usiadł przy oknie i spojrzał na okruchy leżące na talerzyku. Myślał, czy sobie też nie zrobić chociaż jednej kanapki, bo był godny jak cholera. Od cienkiego obiadu, który podawali w pracy o dwunastej, nic nie jadł, a była już za kwadrans siódma wieczorem. W końcu uznał, że lepiej będzie, jak chleb zostawi chłopcu, a sam doczeka do kolacji, którą zazwyczaj jedli z panią Wiesią o wpół do dziewiątej.

Wyjrzał przez okno. Przed wojną zobaczyłby rozświetloną Chorzowską i schowaną w zagłębieniu Drogową Trasę Średnicową, nad którą górowały bloki przy Grażyńskiego. Teraz zamiast wielopasmowej arterii przekopano jedynie wąską uliczkę wśród gruzów, a po blokach nie było nawet śladu.

Połowa marca, a on wydał już większość pieniędzy. Zarabiał dwadzieścia tysięcy rubli na rękę, z czego trzy tysiące odpalał pani Wiesi za pokój. Co prawda staruszka miała emeryturę, którą Rosjanie faktycznie od dwóch miesięcy zaczęli wypłacać, ale po pierwsze jej emerytura wynosiła marne dziesięć tysięcy, a po drugie nie chciał siedzieć u niej na krzywy ryj. Każdy pracujący dostawał kupony żywnościowe, które pozwalały mu się zaopatrywać w sklepach prowadzonych przez Rosjan. Rzecz jasna można było kupić towary na czarnym rynku, ale tam na przykład bochenek chleba kosztował dziesięć dolarów, a w przeliczeniu na amerykańską walutę pensja Michała wynosiła raptem trzysta dolarów. Ale ze mnie pieprzony frajer, pomyślał z rozpaczą. Przed wojną nie miałem pieniędzy i teraz też nie mam. Prawdziwy król biznesu, nie ma co. A przecież przed wojną miałem na utrzymaniu większą rodzinę. Na to wspomnienie od razu posmutniał. To dlatego postanowił wrócić do Katowic, obecnie najbardziej nieprzyjaznego miejsca w Polsce. W olbrzymim stopniu zrujnowane, bez podstawowej infrastruktury, szkół i opieki zdrowotnej. Do tego rosnąca przestępczość, zwłaszcza w południowej części miasta, która była jednym wielkim gruzowiskiem. Tereny te szybko ochrzczono nazwą South Central, tak jak owianej ponurą sławą dzielnicę Los Angeles, w której pod koniec XX wieku panoszyły się gangi czarnoskórych przestępców. To katowickie terytorium było miastem w mieście, a policja w ogóle tam nie wjeżdżała. Jeśli już musiano wymierzyć komuś sprawiedliwość, to zatrzymywania dokonywało rosyjskie wojsko w sile minimum dwóch plutonów. Na mieście ludzie mówili, że w tej okrytej złą sławą enklawie porządku pilnowali najemnicy z Bliskiego Wschodu, sieroty po rozbitym ISIS. Jednak Michałowi trudno było w to wszystko uwierzyć. Przez ostatnie trzy miesiące nie widział na zrujnowanych ulicach Katowic żadnego przybysza z tak egzotycznych rejonów. Pomimo tego wszystkiego postanowił wrócić do miasta, bo gdzieś czuł, że jeśli Basia z Natalką żyją i uda im się dotrzeć do Polski, to też tu przyjadą, a wtedy znowu będą pełną rodziną.

Przypomniał sobie, jak Basię z Natalką wywieziono z warszawskiego Okęcia i jak on sam potem dał się złapać z Jurkiem, żeby do nich dołączyć. Jednak nacisk ONZ był na tyle silny, że Rosjanie zawrócili ich z granicy i pozwolili wrócić w głąb kraju. Po długiej wędrówce w styczniu udało im się przedostać do Katowic i cudem natrafić na panią Wiesię. I tak im się pofarciło, inni nie mieli tyle szczęścia. Zastanawiał się, gdzie są i co teraz mogą robić Basia z Natalką. Niestety, coraz mniej wierzył w to, że udało im się przeżyć.

Z jednej strony było jej o wiele łatwiej, a z drugiej ciężej. O wiele łatwiej dlatego, że nabrała już wprawy. Olbrzymią halę montażową lotniczych zakładów Irkut sprzątali Rosjanie prowadzący małe, elektryczne pojazdy czyszczące. Jednak nie mogły one dotrzeć w zakamarki robotów montażowych oraz olbrzymich stołów, na których składano mniejsze elementy. To było jej zadanie i teraz już wiedziała, że nie musi tego robić bardzo dokładnie, byleby tylko nabierać mopem dużo wody. Gdy po skończonej pracy przychodziła uprawitielnica, nie sprawdzała, czy jest czysto – dla niej wykonanie roboty wyznaczały mokre miejsca. Jak było sucho, to brudno, a jak mokro, to znaczy, że ktoś pracował.

Z drugiej strony Basi Barańskiej pracowało się coraz ciężej, bo w końcu to był już ósmy miesiąc. Przestała na chwilę myć podłogę mopem i oparła się o drabinę na kółkach, prostując plecy i wypinając pokaźny brzuch do przodu. Najgorsze było to, że podczas pracy stopy puchły jej tak bardzo, że musiała sprzątać w samych skarpetkach.

Protest Organizacji Narodów Zjednoczonych, który zawrócił Michała z Jurkiem spod granicy, okazał się przekleństwem dla Basi i Natalii. Rosjanie zaprzeczyli, jakoby w pierwszych dniach po kapitulacji wywieźli kogokolwiek na terytorium Rosji, dlatego wszyscy Polacy przebywający na Dalekim Wschodzie, a było ich kilka tysięcy, teoretycznie nie istnieli. Nie posiadali żadnych dokumentów, żadnego stałego miejsca zamieszkania, a wielu z nich zupełnie nie znało języka. Miejscowi nazywali ich pasmatrykami. Określenie to pochodziło od rosyjskiego „posmotri”. Część twierdziła, że to stąd, że przestraszeni Polacy, nie chcąc nikogo prowokować, wiecznie patrzyli w ziemię. Inni twierdzili, że to po to, by na nich nie patrzeć, bo przecież ludzie ci nie istnieli.

Po skończeniu pracy i zaakceptowaniu jej efektów przez nadzorczynię Basia mogła iść do niewielkiego pokoiku socjalnego w kącie hali. Natalia, która sprzątała toalety w innej części fabryki, miała skończyć dopiero za pół godziny. To akurat było Basi na rękę, bo przez ten czas mogła trzymać nogi w górze i opuchlizna na jej stopach zmniejszała się na tyle, że chociaż z trudem, to jednak dawała radę założyć buty.

Po półgodzinie stała już na przystanku autobusowym okutana od stóp do głów, bo temperatura o tej porze w Irkucku wynosiła minus dwadzieścia stopni. Przywitała się z Natalią, całując ją w policzek, i obie wsiadły bez słowa do autobusu. W środku przeszły bez słowa na tył pojazdu i usiadły przy oknie. Takie były niepisane zasady, które poznały już kilka dni po przyjeździe. Rosjanie siedzieli z przodu, a pasmatryki w tylnej części. Basi było to całkiem obojętne, grunt, że w autobusie było ciepło. Wysłużony hyundai wlókł się po ośnieżonych drogach, a gdy przejechali most przerzucony nad Angarą, liczba pasażerów zaczęła stopniowo się zmniejszać.

Po czterdziestu minutach wysiadły na przystanku w Chomutowie, niewielkiej miejscowości położonej na północny wschód od Irkucka. Stąd miały jeszcze pięć kilometrów do drewnianego budynku opuszczonej szkoły, w której zakwaterowano pasmatryków pracujących w Irkucie. Basia włączyła małą ledową latarkę, którą dostała od jednego z inżynierów pracujących na hali. Dopiero teraz odezwała się do Natalii. Rosjanie reagowali agresją, gdy mówiły przy nich po polsku, często wpadali we wściekłość.

– Jak było?

– Super, ekstra. – Sarkazm Natalii był aż nazbyt słyszalny. – Świetnie się ubawiłam, czyszcząc te wszystkie kible i umywalki.

Basia milczała, słuchając dłuższą chwilę skutego mrozem śniegu, który skrzypiał pod ich butami. Co miała powiedzieć? Że wszystko będzie dobrze?

– Tylko mi nie mów, że wszystko będzie dobrze – burknęła córka.

– Nie miałam zamiaru. Ale pomyśl czasem o tym, że też wolałabym być gdzie indziej.

Miesiąc temu Natalia skończyła szesnaście lat i stawała się młodą kobietą. Basia zauważyła, że o ile ona traktowała sprzątanie i siedzenie na podłodze w autobusie dość obojętnie, bo zależało jej przede wszystkim na przeżyciu, o tyle dla córki było to piekielnie upokarzające. Z oddali dobiegło przejmujące wycie wilków. Basia nie cierpiała wracać o tej porze i choć miejscowi uspokajali ją, że wilki nie atakują ludzi, to za każdym razem dźwięk ten budził w niej śmiertelne przerażenie.

– Dzisiaj sobota, jutro nie idziemy do pracy – powiedziała Basia.

– Ekstra. Ale się zabawimy. Kino czy dyskoteka? A może po prostu wybierzemy się na długie zakupy i kupimy jakieś fajne ciuchy w haemie?

Basia zagryzła wargi. Nie, nie zrobię tego, nie wydrę się na nią, pomyślała. Z drugiej strony uświadomiła sobie, że idzie przez ciemny las we wschodniej Rosji w temperaturze minus dwadzieścia stopni, jest okutana od stóp do głów w za duże łachy, ciążowy brzuch powoduje, że buja się na boki jak kaczka i każdy dodatkowy krok jest jedną wielką męczarnią, a nic z tego nie jest jej pieprzoną winą! Jednak hormony wzięły w górę. Zatrzymała się, szarpnęła córkę za rękaw i wydarła się na całą okolicę:

– Czy ty możesz choć raz przestać zachowywać się jak pieprzona gówniara!?

Natalia popatrzyła na nią smutno i nic nie odpowiedziała. Po chwili ruszyły w dalszą drogę. Obie wiedziały, że dały się ponieść emocjom i uczuciom, które w nich buzowały, i obie miały z tego powodu poczucie winy. Tym razem to Natalii wcześniej zrobiło się przykro.

– Przepraszam – powiedziała do matki.

– Nie, to ja przepraszam – odparła Basia i rozpłakała się, tuląc córkę. – Wiem, że jest ci strasznie ciężko, ale mi też, uwierz mi. Tak bardzo się boję.

– Nie płacz, mamo. Bo od tego cholernego mrozu jeszcze ci się coś stanie z oczami.

Basia parsknęła śmiechem, wytarła łzy i przytuliła córkę. Tylko Natalia trzymała ją jeszcze przy życiu, już dawno by się poddała, gdyby nie ona. Ona i jej trzecie, nienarodzone dziecko, którego płci nawet nie znała. Myśląc o tym, bezwiednie położyła rękę na brzuchu schowanym pod grubą kurtką i nagle poczuła, że dzieje się z nią coś dziwnego. Uginające się pod ciężarem zmrożonego śniegu gałęzie, które oświetlał promień latarki, zaczęły nagle wirować i kręcić się wokół niej. Usłyszała zniekształcony głos Natalii:

– Mamo! Mamo, co ci jest!?

Natalia próbowała utrzymać matkę, ale nie miała tyle siły. Zemdlona Basia upadła twarzą w śnieg.

5

Kombinezon porucznika Romana Gurskiego był przesiąknięty potem. On sam wyglądał i czuł się, jakby dopiero co wyszedł z basenu. W kryjówce było tak gorąco, że pod jego ciałem utworzyła się spora kałuża. Kaloryfer na szczęście co jakiś czas się wyłączał i tylko dzięki temu Roman jeszcze nie zemdlał. Zerknął na zegarek. Była dziewiąta rano, czyli spędził w ciasnej przestrzeni zabytkowego kominka ponad czternaście godzin. Na szczęście opuchlizna prawej dłoni zeszła i mógł już zginać i prostować palce, ale całe przedramię ciągle pulsowało ostrym bólem.

Przez całą noc nie zmrużył oka i miał masę czasu na rozmyślanie. Dlaczego wtedy w grudniu uległ Sawickiemu? Dla tego symbolicznego awansu z porucznika na kapitana? Po co wstąpił do organizacji, skoro wojna i tak była przegrana? Po części poznał tę odpowiedź już wcześniej, gdy zaczął prowadzić kursy nurkowania w Egipcie. Całkowite odcięcie się od Polski nie było prostą sprawą. Może niektórzy tak potrafili, ale nie on. Załóżmy, że wtedy po kapitulacji udałoby mu się uciec za granicę – i tak ciągle by śledził sytuację w Polsce i wyrzucał sobie, że nie może tam być. Myślał też o Basi i o tym, co mu wtedy powiedziała: że to naprawdę jego dziecko. Czy mówiła to tylko po to, żeby się nią zainteresował i mógł przy okazji ocalić jej rodzinę? Nawet jeśli zdecydowała się na ten fortel, to doskonale by ją zrozumiał i nie miał do niej pretensji. Rosjanie szybko wprowadzili powszechny obowiązek meldunkowy i w ekspresowym tempie wydali ludziom swoje rosyjskie dowody osobiste. Dlatego dzięki informatykom pracującym dla Sawickiego wiedział, że Michał z dzieckiem są teraz w Katowicach. Ale co się działo z Basią i jej córką? Podejrzewał, że znalazła się wśród kilku tysięcy Polaków wywiezionych na wschód, co do których Rosjanie nie chcieli się przyznać. Jeśli tak, to jej szanse na przeżycie były marne. A wraz z nią jego dziecka, o ile była wtedy z nim szczera.

Roman drgnął na dźwięk otwieranych drzwi. Do pomieszczenia wszedł namiestnik Polskiej Republiki Ludowej, oficjalny przedstawiciel cara Władimira I. Generał Wiaczesław Samojłow był blisko sześćdziesięcioletnim, potężnym i wysokim mężczyzną. Swoje pierwsze żołnierskie szlify zdobywał podczas radzieckiej interwencji w Afganistanie na początku lat osiemdziesiątych i jeśli wierzyć wywiadowi Sawickiego, wsławił się tam niebywałym okrucieństwem. Jego działania zostały docenione i w I wojnie czeczeńskiej walczył już jako pułkownik, a dekadę później dochrapał się dużej gwiazdy i liści laurowych, zostając generałem armii. Obecnie był to najwyższy stopień wojskowy w Imperium Rosyjskim, ponieważ marszałkiem został car Władimir I.

Generał Samojłow usiadł za biurkiem. Przez niewielkie otwory w żeliwnej osłonie kominka Roman dostrzegł barczyste plecy opięte wojskowym mundurem wyjściowym. Po chwili do sali, wywołując głośne trzeszczenie parkietu, wszedł młody oficer w randze lejtnanta, najpewniej adiutant Samojłowa.

– Panie generale!

Generał przerwał mu machnięciem ręki i wyrzucił z siebie zmęczonym głosem tylko jedno słowo:

– Śniadanie.

Lejtnant zasalutował i wyszedł z sali, zamykając za sobą drzwi. Przed wojną porucznik Gurski kojarzył po rosyjsku jedynie kilka słów, ale przez ostatnie miesiące poczynił duże postępy, bo w organizacji kładziono na to bardzo duży nacisk. Generał Sawicki powtarzał im do znudzenia: „Uczcie się, bo znajomość tego kurewskiego języka może wam kiedyś ocalić dupę”.

Roman zerknął na zegarek – kwadrans po dziewiątej. Kapral Wójcik w swoim przebraniu opuścił Zamek Królewski o siódmej rano, więc teraz kapitan Gurski mógł liczyć tylko na siebie. Zgodnie z dostarczonym harmonogramem wszyscy wartownicy jedli na dole śniadanie, a cała uroczystość miała rozpocząć się równo o dziesiątej. Gurski podejrzewał, że adiutantowi trochę zejdzie ze śniadaniem, dlatego postanowił działać od razu, a gdy zjawi się lejtnant, wykończy także jego. Żeliwna osłona została wcześniej odpowiednio przygotowana przez Wójcika, który umieścił ją na niewielkich prowadnicach na kółkach. Roman odsunął bezszelestnie osłonę na tyle, by móc opuścić kryjówkę. Musiał być ostrożny, bo namiestnik siedział wprawdzie plecami do kominka, ale twarzą do wiszącego na przeciwległej ścianie potężnego kryształowego lustra. Gdyby więc Roman podniósł się, zostałby od razu zauważony. W sali tronowej, która teraz była gabinetem rosyjskiego generała, wisiało pięć olbrzymich luster, co nie ułatwiało Romanowi zadania.

Wygrzebał się powoli ze swojej kryjówki, czując w każdym mięśniu ból, spowodowany wielogodzinną niewygodną pozycją. Nagle zastygł, słysząc otwierające się drzwi. Na tyle szybko i cicho, na ile się dało, wpełzł z powrotem do kominka i zaczął przysuwać osłonę, pewien, że zaraz zostanie zauważony. Na szczęście adiutant po otwarciu drzwi musiał pewnie sięgnąć po tacę i dopiero teraz wszedł do środka, stukając mocno oficerskimi butami.

– Śniadanie, panie generale – powiedział, stając przed biurkiem.

Dopiero teraz Roman zauważył, że za krzesłem namiestnika zostawił po sobie błyszczące plamy potu. Jeśli tylko któryś z tamtych spojrzałby w to miejsce, od razu by je zauważył. Generał machnął ręką, wskazując kierunek, i wstał zza biurka. Adiutant przeszedł kilka kroków i postawił tacę na stole otoczonym czterema krzesłami umieszczonym na niewielkim podwyższeniu, pod baldachimem z wyhaftowanymi osiemdziesięcioma sześcioma orłami. Przed wojną, kiedy w zamku było muzeum, to właśnie w tym miejscu stał królewski tron.

Adiutant zasalutował elegancko i wyszedł, zamykając drzwi, a generał usiadł za stołem i rozpoczął posiłek. To bardzo komplikowało sytuację. Nie było szans, żeby Roman mógł przejść niezauważenie przez pół sali tronowej. Nie wiedział też, ile czasu zajmie dokończenie posiłku wartownikom, ale musiał coś wymyślić, i to szybko. Jego rozpaczliwe kalkulacje przerwał ostry dzwonek telefonu umieszczonego na biurku.

– Co za chuj! – odezwał się generał z pełnymi ustami.

Wytarł usta serwetką i podszedł do biurka, stając plecami do Romana.

– Coś pilnego? Śniadanie jem!

Gurski zorientował się, że nie zostało mu dużo czasu. Wypchnął szybko żeliwną osłonę na prowadnicach i wypełzł ze swojej kryjówki, jednocześnie rozwijając stalową linkę. Generał odłożył słuchawkę, a Roman dźwignął się na nogi. Nagła zmiana pozycji po wielogodzinnym leżeniu sprawiła, że omal nie zemdlał. Popełnił błąd, podnosząc się zbyt szybko. Namiestnik natychmiast dostrzegł go w lustrze i gdy on próbował zadzierzgnąć stalowy sznur, generał zdołał wcisnąć prawą dłoń między szyję a linkę.

Gurski starał się zacisnąć pętlę, będąc pewnym, że ofiara zaraz zacznie krzyczeć. Ale najwyraźniej generał nie należał do tych wzywających pomocy. Sięgnął do szuflady i lewą ręką wyciągnął stamtąd pistolet. Kapitan mógł utrzymać splecioną linkę tylko zdrową, lewą ręką, dlatego w ułamku sekundy sięgnął prawą dłonią i przyciągnął pistolet trzymany przez namiestnika, jednocześnie blokując kurek tak, by Rosjanin nie mógł wystrzelić.

Szarpali się w tej pozycji kilka sekund, jednak nawet potłuczona prawa ręka Romana okazała się silniejsza od lewej namiestnika. Gurskiemu udało się odebrać broń i uderzyć kilka razy lufą wprost w usta Samojłowa. Kilka zakrwawionych zębów potoczyło się ze stukotem po zabytkowym parkiecie, a osłabiony generał opuścił prawą dłoń i Roman już bez przeszkód zacisnął stalową linkę na szyi ofiary. Obrócił się do namiestnika plecami i pochylił gwałtownie, tak że Samojłow leżał teraz plecami na skulonym Romanie. Generał był bardzo wysoki i wciąż podpierał się nogami, dlatego Gurski musiał wyprostować się maksymalnie i stanąć na palcach. Namiestnik stracił podparcie nóg i zaczął wierzgać jak opętany na plecach kapitana, machając przy tym rękoma i charcząc. Dusił się. Gdy Rosjanin przestał się ruszać, a jego ciało zwiotczało, porucznik odczekał jeszcze dobrą chwilę, zanim wyczerpany opuścił się na pięty i zrzucił z siebie cielsko generała. Przyjrzał się leżącemu uważnie i przystawił dwa palce do tętnicy szyjnej Rosjanina. Namiestnik PRL-u, przedstawiciel cara Władimira I, generał Wiaczesław Samojłow patrzył pustym wzrokiem na wyhaftowane orły w złotych koronach, a z jego ust wystawał sflaczały język. Nie było wątpliwości, nie żył. Teraz trudniejsza część zadania, pomyślał kapitan Gurski.

Fotoreporter Barry Gallione stał wraz z innymi dziennikarzami na placu Zamkowym w Warszawie i próbował jakoś rozgrzać skostniałe ręce i zwalczyć buzującą w nim frustrację. Jako młody reporter „Los Angeles Times” żywił bardzo duże nadzieje związane z wylotem do Polski. Pierwsze większe zlecenie i oto miał robić zdjęcia w dziwnym, utworzonym na szybko niby-państwie, które stało się częścią Imperium Rosyjskiego. Myślał, że będzie wysyłał genialnie skomponowane zdjęcia ukazujące ciężki, powojenny los mieszkańców kraju nad Wisłą. Tymczasem zachodni dziennikarze byli pilnowani dzień i noc przez agentów KUBO i jedyne zdjęcia oraz informacje, jakie mogli przekazać, przypominały materiały z Korei Północnej. Czyli szczęśliwi Polacy, przepełnieni wdzięcznością do Rosji, a przede wszystkim cara Władimira I. Tak jak ta mistyfikacja teraz, pomyślał gorzko Gallione.

Na przygotowanej scenie ustawionej pod kolumną Zygmunta czekali rosyjscy oficjele i oficerowie, a także z dziesięć par biednie ubranych i wymęczonych mieszkańców Warszawy. Rosjanie w ekspresowym tempie ukończyli jakiś niewielki budynek na jednym z warszawskich osiedli i teraz, w świetle zagranicznych fleszy, namiestnik Wiaczesław Samojłow miał przekazać im klucze do tych mieszkań, co miało poświadczyć oczywistą troskę rosyjskiej administracji.

– Szykuje się niezła pierdolona szopka, co? – powiedział stojący obok fotoreportera dziennikarz CNN Peter McRoe.

Barry Gallione otworzył usta, by udzielić jakiejś sarkastycznej riposty, gdy nagle rozległ się głośny brzdęk tłuczonego szkła. Zgromadzeni na placu spojrzeli w stronę elewacji Zamku Królewskiego. Z przedostatniego okna zamkowej wieży wyfrunęła ludzka sylwetka i sunęła w dół, póki w połowie drogi nie została zatrzymana nagłym szarpnięciem. Nikt z obserwujących nie miał wątpliwości: rosyjski namiestnik, generał Wiaczesław Samojłow chybotał na cienkiej stalowej lince, obijając się o gzymsy zamku.

Wszyscy fotoreporterzy skierowali swoje obiektywy w stronę makabrycznego zjawiska i jak szaleni naciskali migawki aparatów. W tej samej chwili objawił się geniusz niedługo uznanego na całym świecie fotoreportera Barry’ego Gallione. Zamiast robić to co wszyscy, skierował swoją lustrzankę na podest i nacisnął guzik tylko raz. W kadrze miał stojących na podwyższeniu ludzi, którzy wszyscy jak jeden mąż wpatrywali się w ten sam punkt. Zmartwieni i przerażeni rosyjscy oficjele, a obok nich mający otrzymać mieszkania warszawiacy, z których każdy bez wyjątku szeroko się uśmiechał. Za tę fotografię Barry Gallione miał otrzymać prestiżową nagrodę World Press Photo.

Na razie nieświadomy czekających go zaszczytów fotoreporter zadarł głowę do góry, słysząc bzyk śmigieł. Nad placem Zamkowym przeleciał dron, z którego sfrunęły setki ulotek, zasypując brukowaną powierzchnię niczym śnieg. Barry Gallione podniósł jedną z nich. Na górze wydrukowano herb Rosji, dwugłowego orła, do którego szyi przystawiono biało-czerwoną szablę. Kolorystyka i kształt nie pozostawiały wiele wyobraźni – było jasne, że szabla podrzyna gardło dwugłowemu orłu. Pod tym symbolem widniało pięć liter: FARBA, a resztę ulotki pozostawiono hasłu, które wydrukowano tłustym drukiem: POLSKA WALCZY.

Młot pneumatyczny wibrował w dłoniach i hałasował, krusząc stary asfalt. Ochraniacze do uszu były dla rosyjskich budowlańców, ale nie dla jeńców. Początkowo Jovan myślał, że zatka sobie uszy watą, ale okazało się, że to towar mocno deficytowy. Dopiero miesiąc temu natknął się na kawałek pękniętej opony od samolotu i za pomocą żyletki uformował idealne zatyczki do uszu. Gdy wyeliminował w ten sposób torturę jazgoczącego młota, szybko uznał, że robota całkiem mu odpowiada. Przez cały dzień nikt się do niego nie przypieprzał, a on, w spokoju krusząc kolejne metry asfaltu, mógł obmyślać kolejne etapy ich planu. Teraz jednak ciągle miał przed oczami Daniela Segeta i jego nocną opowieść.

W dniu kapitulacji kapral Seget doznał załamania nerwowego podczas ostrzału artyleryjskiego w okolicach warszawskiego ronda ONZ. Dlatego gdy ich pędzono na wschód, Seget wraz z innymi rannymi został przetransportowany na południe i trafił do obozu jenieckiego w guberni krakowskiej. Sceny, które opisywał, mroziły krew w żyłach, a wszyscy słuchający szybko uświadomili sobie, jak wiele szczęścia mieli, że trafili właśnie tutaj, na budowę lotniska. Podkrakowski obóz przeznaczony był dla chorych niezdolnych do pracy, praktycznie nie dawano im nic do jedzenia, a więźniowie leżeli pokotem w oborach jednego ze zlikwidowanych zakładów mięsnych. Kapral twierdził, że z blisko pięciu tysięcy więźniów przeżyło zaledwie dwustu. Jovanowi nie bardzo chciało się wierzyć w taką liczbę, ale z drugiej strony w oczach opowiadającego było coś, co rozwiewało wszelkie wątpliwości. Seget zdołał uniknąć tej hekatomby, a ocalałych przeniesiono do obozu jenieckiego pod Gdańskiem. Tam i robota była, i dawali jedzenie. Za to każdego dnia, podczas pracy w stoczni przy trzaskającym mrozie, co najmniej dwudziestu jeńców ginęło w wyniku bicia, przemęczenia lub utonięcia. Wkrótce do obozu dostarczano więźniów z innej zlikwidowanej jednostki, a Seget ostatecznie trafił do guberni białostockiej, gdzie spotkał swoich kolegów z plutonu.

Punktualnie o dwunastej zawyły syreny i wszyscy więźniowie schronili się w pozbawionej okien hali, która w przyszłości miała służyć rosyjskiej flocie powietrznej. Sierżant Lacević usiadł wraz ze swoimi ludźmi na kilku rozstawionych paletach, rozsupłali plastikowe woreczki i zaczęli pałaszować pszenne bułki z wędliną, którą wszyscy zgodnie nazywali dietetyczną, bo z początku dostawali po niej sraczki, od której każdy gubił kilka kilogramów.

– Segeta wysłali do roboty? – spytał Jovan, przeżuwając pierwszą z dwóch bułek.

– Ta, robi na mieszkalnym, kładzie tynk – odpowiedział kapral Bosak.

– Chciałbym, żeby poszedł z nami. Ale musicie wyrazić zgodę – powiedział poważnym tonem sierżant. – Jeśli się nie zgodzicie, idziemy sami.

Wszyscy popatrzyli po sobie. Jak na dłoni było widać, że targają nimi wątpliwości. Seget był strasznie wymęczony i zmizerowany. Nie wiedzieli, na jak długo starczy mu sił. Całą ucieczkę planowali grubo ponad dwa miesiące i każda dodatkowa osoba stanowiła wielkie ryzyko.

– Nie wiem jak reszta, ale ja kolegów w gównie nie zostawiam. Jestem za – rzucił twardo Janik.

– Jak trzeba, będę go na plecach nieść – dodał Krzysiek Maj.

– Bierzemy go. Dla mnie to jest proste jak jebanie – stwierdził Boski.

Wszyscy, jak na komendę, spojrzeli na Piątka.

– Nie ma tematu – powiedział szeregowy. – Gdybym odnalazł któregoś z kumpli, z którymi przeszedłem piekło Katowic, to chuja bym se dał za niego uciąć.

Sierżant Lacević kiwnął głową, wyraźnie usatysfakcjonowany, napoczął drugą bułkę i zwrócił się do Janika.

– Koparkę weźmiesz od tego typa, który cię wczoraj przetrzymał.

– Co? Nie ma mowy – zaprotestował kapral. – To jedyny koleś, który był dla mnie miły.

– Tym bardziej nie będzie nic podejrzewał, jak do niego podejdziesz.

Jovan gestem dał znak, że zamyka dyskusję. Potem wyciągnął delikatnie z nogawki spodni dłuto od młota pneumatycznego i przesunął je nogą w kierunku Janika.

– Boski, ty zawiadomisz w ostatniej chwili Segeta i ściągniesz go na ładownię – powiedział. – Wszyscy wiecie, co macie robić?

– Tak jest!

Kapral Tomasz Janik szedł wolnym krokiem przez ładownię, jak nazywano plac, gdzie spychacze zgarniały cały gruz, który następnie ładowany był na ciężarówki, wywożące niepotrzebne odpady. Zadanie, które miał wykonać, wybitnie mu nie pasowało. Było praktycznie zaprzeczeniem tego, do czego był szkolony, bo przecież w wojsku głównie pełnił funkcję ratownika medycznego. Świat nie jest czarno-biały, jest wypełniony odcieniami szarości. Ta prastara prawda dotarła do niego szybko podczas ostatnich miesięcy spędzonych w obozie. Nie wszyscy Rosjanie byli źli i perfidni jak brygadzista Kryśka. Niektórzy z wolnych budowlańców często litowali się nad jeńcami i częstowali ich papierosami, chlebem, a nawet wódką. Janik przesiedział wczoraj mroźny wieczór w kabinie koparki właśnie takiego dobrego, miłego człowieka. Teraz podchodził do maszyny i czuł, jak żołądek zaczyna mu ciążyć na wspomnienie zdjęcia, które do deski rozdzielczej przyczepił sobie operator maszyny. Fotografia przedstawiała uśmiechniętego mężczyznę z żoną i dwójką małych dzieci.

Kapral zastukał energicznie w drzwi. Rosjanin najpierw zrobił zdziwioną minę, ale potem rozpoznał więźnia i z szerokim uśmiechem otworzył mu drzwi.

– Przepraszam – powiedział po polsku Janik.

Kierowca koparki chyba nie zrozumiał, bo na jego twarz wypełzło zdziwienie, ale ciągle uśmiechnięty, sięgnął do kieszeni po papierosy. Janik wskoczył na stopnie maszyny, rozluźnił chwyt i tkwiące w jego rękawie dłuto wysunęło się na tyle, by mógł zadać cios. Ostro zakończony kawał solidnej stali trafił Rosjanina w oko, miażdżąc oczodół oraz przebijając mózg. Kapral zaparł się ręką o trupa, wyciągnął dłuto i wypchnął martwego Rosjanina z koparki. Wsiadł na jego miejsce, wyrzucił na zewnątrz rodzinne zdjęcie i zatrzasnął drzwi. Sierżant wyraził się jasno: żadnych świadków ucieczki. Rozkaz to rozkaz.

Jovan z włączonym młotem pneumatycznym musiał markować swoją pracę, chodząc po powierzchni, którą wcześniej rozkuł. Jedyne dłuto oddał Janikowi, a wymiana odbywała się tak, że szło się do narzędziowni, gdzie mechanicy zmieniali wadliwy element, pilnując i rozliczając każdy jego kawałek. Dlatego pozbawiony kluczowej części młot ślizgał się teraz bez sensu w rękach Lacevicia, ale żeby się w tym zorientować, ktoś musiałby podejść bliżej.

Sierżant obserwował z oddali, jak Janik za pomocą koparki ładuje na pakę ciężarówki dwie grube rury kanalizacyjne, a potem przysypuje je gruzem. Wszystko mieli idealnie obliczone. Kierowcy po podstawieniu ciężarówek szli do biura budowy po podpis pod kwitem wyjazdowym, więc mieli do dyspozycji dobrych dziesięć minut. Jovan po zaledwie dwóch minutach dostrzegł skradających się Boskiego, Maja, Piątka i Segeta. Wszyscy byli już ubrani w cywilne ciuchy, poza ostatnim Segetem, dla którego nie zdążyli takiego ubrania zorganizować.

Boski uchylił tylną burtę wywrotki i wszyscy zaczęli wślizgiwać się do rur, powoli zasypywanych od góry gruzem przez Janika. Dobra, czas na mnie, pomyślał sierżant i po chwili poczuł czyjąś ciężką dłoń na ramieniu. Odwrócił się i zobaczył stojącego obok Kryśkę. Potężny brygadzista patrzył na niego z wściekłością i krzyczał coś, czego Jovan nie słyszał przez pracującą maszynę i zatyczki w uszach. Wyłączył młot, wyciągnął jedną z zatyczek i uśmiechnął się z pytającym wyrazem twarzy.

– Gdie wasze dołoto!? – wydarł się brygadzista, pokazując młot pneumatyczny.

Bardzo, kurwa, dobre pytanie, pomyślał Jovan i postanowił zyskać na czasie w najgłupszy możliwy sposób.

– Co? – spytał z niewinną miną.

Rozjuszony Kryśka wyprowadził mocny cios pięścią i Jovan przewrócił się, padając na plecy. Gdy się podnosił, próbując zatamować krwawienie z nosa, brygadzista podstawił mu młot pneumatyczny pod nos na tyle blisko, że sierżant poczuł zapach rozgrzanego metalu. Zerwał się na równe nogi i zaczął krzyczeć po polsku:

– Bo ja to pierdolę! To ma być robota, kurwa!? Przychodzi co chwila jakiś jeden i mówi daj mi to, daj mu, kurwa, tamto!? Co to jest!?

Kryśka zamrugał gwałtownie oczami, najwyraźniej dawno nikt tak do niego nie mówił.

– Ten od koparki mi zabrał! Złodziej jebany! Wor!

– Kotoryj? – spytał groźnie Rosjanin.

W odpowiedzi Jovan wskazał koparkę, którą Janik właśnie kończył załadunek ciężarówki. Kryśka dał znak, żeby poszedł za nim, i obaj ruszyli w kierunku koparki. Aby do niej dojść, musieli minąć częściowo rozebraną konstrukcję starej wieży kontroli lotów i chwilowo stracili koparkę z oczu.

Gdy w końcu do niej podeszli, drzwi zastali otwarte, ale w środku nikogo nie było. Jovan domyślił się, że kapral załadował ciężarówkę gruzem do końca i teraz siedział bezpieczny w rurze kanalizacyjnej na pace ciężarówki. Kryśka zajrzał do kabiny koparki.

– Niet drajwera.

– Ale jest moje dłuto! – krzyknął więzień.

Nie czekając na pozwolenie, sierżant Lacević wdrapał się do wnętrza kabiny i podał dłuto brygadziście. Kryśka je wziął i z przerażeniem zauważył zakrwawioną końcówkę. Jovan zyskał cenne sekundy, których potrzebował. Obrócił szybkim ruchem manetkę maszyny i przewracając Rosjanina, ruszył do przodu, miażdżąc go prawą gąsienicą koparki. Kryśka nie zdążył nawet krzyknąć, gdy siedmiotonowy pojazd pogruchotał jego kości na miazgę.