Fantomas. Zakochany książę - Marcel Allain, Pierre Souvestre - ebook
Opis

Powieść “Zakochany książę” to jedna z wielu książek z serii o Fantomasie, przestępcy doskonałym. Nieuchwytny Fantomas jest Mistrzem Grozy, Katem, Geniuszem Zła. Popełnia największe zbrodnie: a to w eleganckim sklepie pojawiają się flakony wypełnione zamiast perfumami kwasem siarkowym, innym razem na wycieczkowcu zaczynają grasować zarażone dżumą szczury, a to znowu jedną ze swych ofiar przymusza do popełnienia samobójstwa za pomocą gilotyny. Następcę tronu pewnego państewka więzi w podziemiach Paryża, nielojalny wspólnik ginie roztrzaskany o ściany ogromnego dzwonu, a sam zbrodniarz ginie w katastrofie “Titanica”, po czym … zmartwychwstaje aby w dalszym ciągu siać terror nie tylko we Francji, ale także w Ameryce czy południowej Afryce. Nawet w … kosmosie!

“Fantomas”, skazany na obieg w nurcie literatury popularnej, szybko stał sie obiektem wręcz uwielbienia w kręgu francuskich surrealistów, a Przygody Mistrza Zła szybko zostały przeniesione na ekran. Pierwsza adaptacja powstała już w roku 1913!

Fantomas, taki jakiego my pamiętamy, to popularna seria filmów z lat 60, w której w postać komisarza Juve – zaprzysięgłego wroga przestępcy – wcielił sie Louis de Funès, i gdzie podwójną rolę Fantomasa-dziennikarza Fandora odtwarzał Jean Marais.

Dzisiejszy czytelnik dostrzeże, w tej być może naiwnej nieco narracji, urok starego, nieistniejącego już Paryża z czasów Belle Epoque, z jego eleganckimi “wyższymi sferami” i równie malowniczym, przestępczym półświatkiem.

(fragment wstępu)

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 508

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Fantomas. Les amours d’un prince

Projekt polskiej wersji okładki: Łukasz Pawlak

Redakcja:Anna Ratuś

Redakcja techniczna: Teresa Ojdana

Copyright © for the Polish edition by Fontanna

Warszawa 2015

Wszelkie prawa, łącznie z prawem do reprodukcji tekstów w całości lub w części, w jakiekolwiek formie – zastrzeżone.

Wszelkich informacji udziela:

Wydawnictwo Fontanna

ul. Królowej Aldony 6/2a, 03-928 Warszawa

tel. 22 628 08 38

www.studioemka.com.pl

ISBN 978-83-65068-43-9

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

WstępFANTOMAS – narodziny i historia „Geniusza zła”

Kim jest Maurice?

Kim jest Olivier?

Kim jest wicehrabia de Pleurmatin?

Kim jest Fantomas?

Powieść „Zakochany książę” to jedna z wielu książek z serii o Fantomasie. Pierwszy tom z tego cyklu ukazał się w 1911 roku. Napisali ją dwaj dziennikarze z zawodu: Pierre Souvestre i Marcel Allian. W przeciągu paru lat powstały 32 kolejne tytuły. Po przedwczesnej śmierci Souvestre’a, Allain wznowił cykl i pod własnym nazwiskiem wydał kolejnych 11 tomów przygód tego „Geniusza Zła”.

Imię bohatera – autorzy ukuli od słowa „le fantome”, (w języku polskim znaczy widmo lub zjawa).

Nieuchwytny Fantomas jest Mistrzem Grozy, Katem, diabłem wcielonym. Popełnia największe zbrodnie: a to w eleganckim sklepie pojawiają się flakony wypełnione zamiast perfumami kwasem siarkowym, innym razem na wycieczkowcu zaczynają grasować zarażone dżumą szczury, a to znowu jedną ze swych ofiar przymusza do popełnienia samobójstwa za pomocą gilotyny, następcę tronu pewnego państewka więzi w podziemiach Paryża, nielojalny wspólnik ginie roztrzaskany o ściany ogromnego dzwonu, a sam zbrodniarz ginie w katastrofie „Titanica”, po czym zmartwychwstaje aby w dalszym ciągu siać terror nie tylko we Francji, ale także w Ameryce czy południowej Afryce. Ba, nawet w… kosmosie!

„Fantomas”, skazany na obieg w nurcie literatury popularnej, szybko stał sie obiektem wręcz uwielbienia w kręgu francuskich surrealistów, krórzy w chaotycznej często narracji, mrocznych, skomplikowanych intrygach, dostrzegali symptom bliskiego im „zapisu automatycznego”. Pochwalne peany pod adresem przestępcy w czarnej masce pisywali wielcy francuskiej literatury: Guillaume Apollinaire, Max Jacob, Robert Desnos czy Jean Cocteau. A Blaise Cendrars ponoć miał powiedzieć, że Fantomas to Eneida naszych czasów.

Przygody Mistrza Zła szybko zostały przeniesione na ekran. Pierwsza adaptacja powstała już w roku 1913! Przed II Wojną nakręcono w sumie 8 filmów, w latach powojennych powstało kolejnych 6 wersji kinowych, nie licząc wielu adaptacji telewizyjnych (w tym pochodzący 1980 roku film telewizyjny Le mort qui tue, wyreżyserowany przez syna Luisa Buñuela, Juana Luisa). Fantomas, taki jakiego my pamiętamy to popularna seria filmów z lat 60, w której w postać komisarza Juve – zaprzysięgłego wroga przestępcy – wcielił sie Louis de Funès, i gdzie podwójną rolę Fantomasa-dziennikarza Fandora odtwarzał Jean Marais.

Dzisiejszy czytelnik dostrzeże w tej być może naiwnej nieco narracji urok starego, nieistniejącego już Paryża z czasów Belle Epoque, z jego eleganckimi „wyższymi sferami” i równie malowniczym, przestępczym półświatkiem.

Rozdział ITajemnica tunelu

Z czerni tunelu powoli wytaczała się lokomotywa. Fandor stał wychylony na jednym ze stopni, ręką przytrzymywał się uchwytu i wykrzykiwał komisarzowi to nieprawdopodobne, niepojęte w danej sytuacji zdanie, całkiem zgoła bezsensowne, treści którego nijak nie dawało się zrozumieć, które jednak musiało być prawdziwe, wykrzykiwał je bowiem z pełnym przekonaniem: „Juve! Pociąg wjechał do tunelu!… Nie wyjechał z niego!… I w tunelu na pewno go nie ma!”. Słysząc te dramatyczne rewelacje młodego człowieka, doświadczony policjant zbladł jak ściana, a rysy twarzy ściągnął mu nerwowy grymas. Podszedł do swego rozgorączkowanego przyjaciela.

– Fandor! Jak to, krzyknął, to przecież niemożliwe! Co ty mówisz? Musiałeś się pomylić! Jeśli pociąg wjechał do tunelu, to znaczy, że musi tam być! Przecież z niego nie wyjechał!

Fandor zeskoczył już z lokomotywy, złapał Juve’a za ramiona i niczym opętany, jak w jakimś amoku, jął nim potrząsać. Nie przestawał krzyczeć:

– Przecież mówię panu, że pociąg tam wjechał! Sam widziałem! I powtarzam, że w tunelu go nie ma! Nie ma, rozumie pan! A pan powiada, że żaden pociąg z tunelu nie wyjeżdżał.

Prawda, jaką głosił młody dziennikarz, jakkolwiek sprzeciwiająca się elementarnej logice, zgodna była, niestety, ze stanem faktycznym.

Kilka chwil później gorączka opadła, obaj panowie zdołali nieco zapanować nad emocjami, przestali przerzucać się nic nowego do sprawy niewnoszącymi okrzykami i z większym spokojem podeszli do sprawy, na chłodno analizując nieprawdopodobny przypadek.

Fandor nie mylił się. Rzeczywiście, kiedy przybył na małą graniczną stacyjkę, widział na własne oczy, jak cyrkowy pociąg Barzuma znikał w czeluści tunelu.

W tej samej chwili komisarz Juve znajdował się po drugiej stronie góry, u wylotu tunelu. I żadnego wyjeżdżającego z ciemności pociągu nie zobaczył. A zatem, logicznie rzecz biorąc, pociąg nie mógł być gdzie indziej jak tylko w tunelu, to jasne.

A tymczasem Fandor się zarzekał, że tunel był pusty, że feralnego pociągu wcale tam nie było!

Młody dziennikarz opowiadał komisarzowi, jak to wskoczył na służbową lokomotywę i, w pościgu za Fantomasem i jego córką, sam z kolei zagłębił się w mrok podziemnego korytarza… Przemierzył podziemie, nie napotykając śladu ściganego pociągu, aż w końcu wyjechał na światło dzienne, gdzie czekał na niego Juve.

Rzecz cała zdawała się być absolutnie niemożliwa; zniknięcie, wielkiego przecież, pociągu było wręcz nieprawdopodobne. I Fandor, i komisarz Juve, kiedy w końcu dotarła do nich ta niesamowita prawda, skrajnie zdumieni niewyobrażalnym wydarzeniem, przez długie minuty jeszcze, wbrew zdrowemu rozsądkowi, przerzucali się wciąż tymi samymi argumentami.

Juve wskazywał ręką poczerniałe sklepienie wylotu tunelu:

– Skoro pociąg tam wjechał i wiemy, że nie wyjechał, to znaczy, że musi wciąż tam być!

Podobnym gestem Fandor pokazywał lokomotywę, którą przed chwilą przybył:

– Przejechałem przez cały tunel, krzyczał, i niczego nie widziałem. To znaczy, że pociągu tam nie ma!

Jednakże analityczny umysł komisarza, także jego wrodzona aktywność nie pozwoliły, by tego typu jałowe dyskusje trwały zbyt długo. Nerwowym gestem wyciągnął z kieszeni rewolwer, rozłożył ręce w geście niezrozumienia tego, co zaszło i zwrócił się do dziennikarza:

– Fandor!

– Juve…

– Tak czy owak trzeba to jakoś wyjaśnić. Fantomas raz jeszcze zastosować musiał którąś ze swoich infernalnych sztuczek. Nie możemy pozwolić, by znowu się nam wymknął!

Fandor ruszył za komisarzem.

On także trzymał rewolwer w garści – był równie zdenerwowany jak komisarz, zdołał się jednak trochę opanować i pewnym już teraz głosem wtórował swemu starszemu przyjacielowi:

– Ma pan rację, oczywiście. Za wszelką cenę musimy poznać prawdę!… Fantomas? Mam go w nosie! Ale on ma Hélène! A ja nie chcę.

Nie, nie musiał wcale kończyć ostatniego zdania, komisarz doskonale go rozumiał.

Na energicznej twarzy młodego człowieka pojawił się grymas determinacji. Widać było, że jest zdecydowany na wszystko, gotów do największych poświęceń dla swojej ukochanej Hélène. Swojej narzeczonej, którą musiał wyrwać ze szponów jej strasznego ojca, zwanego przez wielu Mistrzem zła!

Juve uznał za stosowne powstrzymać nieco zapał swego rozgorączkowanego przyjaciela:

– Tylko bez szaleństw, powiedział, wystawiamy się na ogromne niebezpieczeństwo, musimy zachować spokój.

Kazał Fandorowi zaczekać u wejścia do tunelu, a sam poszedł zatelefonować.

– Halo! Czy to stacja graniczna? Pan naczelnik? Dobrze… Nie! Nie wiemy, co stało się z pociągiem! W tej chwili idziemy to sprawdzić, proszę powiadomić żandarmerię; mają ustawić dziesięciu uzbrojonych ludzi u wlotu do tunelu. Fantomas w każdej chwili może chcieć uciec!

Juve odwiesił słuchawkę, szybkim krokiem podszedł do stojącego przed stacyjką zawiadowcy, który, zdezorientowany, nie wiedząc, co począć, chciał zaoferować dziennikarzowi swoją pomoc w badaniu tajemnicy pustego tunelu.

– Proszę pana, Juve powstrzymał zapał zawiadowcy, jest absolutnie niewskazane, abyśmy się wszyscy narażali… Potrzebuję zresztą pana tu, na miejscu. Proszę stanąć tutaj, wraz ze swoimi ludźmi, niech wezmą broń. I proszę nikogo z tunelu nie wypuszczać, rozumie pan? Tylko ja i Fandor mamy prawo z niego wyjść, nikt inny! A teraz obaj idziemy zbadać, co tam się stało.

Polecenie było jasne; zawiadowca skłonił się lekko, kiwając głową na znak, że wie, co robić. Juve wziął kolejarską latarkę i mrugnął do Fandora, dając sygnał, że wchodzą do tunelu.

– Idziesz? – zapytał jeszcze na wszelki wypadek.

– Oczywiście, czekam tylko na pana.

Bez dalszych słów, nie okazując niepokoju, obaj mężczyźni zagłębili się w mroczną czeluść.

Z początku, przez kilka pierwszych metrów, towarzyszyła im lekka poświata dochodzącego z zewnątrz dziennego światła, która jednak z każdym krokiem nikła; wszystko wokół stawało się coraz bardziej ponure. Wkrótce też wokół obu przyjaciół zapanowała całkowita ciemność. Ciemność zimna, wilgotna, nasycona zapachem dymu wydzielanego z kominów przejeżdżających tunelem lokomotyw, rozświetlana jedynie mdłym światełkiem olejowych latarek…

– Idź za mną, rozkazał komisarz, trzymaj się prawej ściany!

Ale Fandor wcale nie miał ochoty zastosować się do takiego akurat polecenia.

– Zgoda, trzymam się prawej, odpowiedział, ale chcę iść z przodu. Pan, komisarzu, pan tylko ściga Fantomasa, a mnie zależy na Hélène… Panem kieruje poczucie obowiązku, ja jestem przerażony! Boję się o nią! A przyzna pan, że miłość zawsze góruje nad obowiązkiem.

Nie, to zdecydowanie nie był odpowiedni moment na wszczynanie tego typu dyskusji. Juve wzruszył tylko ramionami i przyśpieszył kroku, starając się utrzymać dystans. Niestety, o ile zamierzenie było proste w teorii, o tyle trudniej wyglądała jego realizacja w praktyce. I kiedy Juve przyśpieszał, Fandor także zaczynał iść szybciej. W efekcie zatem, milcząc, szli jeden obok drugiego.

Juve, kiedy minęło pierwsze zaskoczenie nieprawdopodobnym obrotem spraw, odzyskał już przyrodzony mu spokój.

– Ani słowa, szepnął dziennikarzowi do ucha, w tunelu panuje doskonała akustyka, głos niesie się na wielką odległość. Jeśli chcemy dopaść Fantomasa, nie możemy się zdradzić, że tu jesteśmy.

Juve to doskonale rozumiał, jednak młody, porywczy Fandor, podniecany myślą o utraconej narzeczonej, z najwyższym trudem tylko powstrzymywał się, by nie krzyczeć, że są, że idą Hélène na ratunek!

Szli tak już dłuższy czas, wciąż zachowując całkowite milczenie. Popełnili wielką nieostrożność, nie pomyśleli bowiem o napełnieniu kolejowych latarek oliwą. Ta, którą niósł Fandor, zdążyła już zgasnąć; Juve chciał przekazać mu swoją, ale dziennikarz powstrzymał go gestem. Olejowe latarki i tak dawały niewiele światła, co dopiero kiedy została im tylko jedna. Tak więc posuwając się praktycznie w ciemności, powoli, z coraz większym trudem postępowali naprzód, co i rusz potykając się o leżące na ziemi kamienie czy belki podkładów. Co jakiś czas zatrzymywali się na moment, by próbować usłyszeć jakiś dźwięk świadczący o tym, że nie są w tunelu sami. Niestety, nie słyszeli niczego oprócz leciutkiego szmeru spływających po kamiennych ścianach strużek wilgoci.

– Dziwne, mruczał niezadowolony komisarz, absolutnie niezrozumiałe. Co też u diabła mogło tu zajść?

Fandor nie mówił nic. Wobec nowej katastrofy wieszczącej definitywne rozstanie z uprowadzoną przez Fantomasa Hélène czuł w sercu gorycz, był zagubiony, krańcowo przybity niespodziewanym nieszczęściem.

– Psiakrew! – zaklął nagle komisarz.

Fandor w tym momencie zszedł z toru, by zbadać pewną podejrzaną nierówność muru. Zadrżał, słysząc komisarza.

– Co takiego? O co chodzi?

Juve stał w miejscu, wpatrując się w migocący płomień trzymanej przed sobą latarki.

– No, spójrz tylko! Jasny gwint!

– Ale o co chodzi? – niecierpliwił się dziennikarz.

– No jak to? Nie widzisz? Płomień wyraźnie drży!

Fandor wciąż nie rozumiał, o co komisarzowi może chodzić. Co też takiego mogło nagle policjanta zaintrygować? Dlaczego mówił o płomieniu latarki?

Policjant musiał mu wytłumaczyć.

– Płomyk drży, zatem jest przeciąg. Jasna cholera! Jesteśmy w pobliżu jakiegoś komina, którego wylot musi być gdzieś nad nami, na zewnątrz.

Juve wyciągnął w górę ramię z latarką, tak żeby dziennikarz mógł lepiej widzieć. Fandor jednak machnął tylko ręką.

– Tak, tak, powiedział młody człowiek, już o tym myślałem, Juve. Ale nawet jeśli jest jakiś przewód wentylacyjny, to i tak nie da się tym wytłumaczyć tajemnicy zniknięcia całego pociągu! Ludzie jeszcze, być może, mogliby się nim wydostać na zewnątrz, zgoda. Ale przecież nie lokomotywa z wagonami!

Poczyniona uwaga była ze wszech miar słuszna. Juve jednak wcale o tym nie myślał. Po raz kolejny dał o sobie znać jego upór.

– Jest wiatr, Fandor. A skoro jest wiatr, to na pewno jest gdzieś jakieś ujście, na pewno coś znajdziemy: jakiś boczny korytarz, odnogę czy coś w tym stylu…

Jakże niesamowita była sytuacja obu mężczyzn, zagubionych w głębi przepastnego, mrocznego, skrytego pod wielką górą tunelu, szukających uparcie, nieustraszenie wyjaśnienia tajemnicy zaginionego pociągu. Pociągu, którym nie dość, że uciekł Fantomas, to jeszcze na domiar złego uwiózł swą córkę Hélène, ukochaną Fandora.

Minęło kilka długich minut, w czasie których dwaj przyjaciele posuwali się w milczeniu naprzód. Po czym, zdumieni w najwyższym stopniu, natrafili, tak jak tego obawiał się komisarz Juve, na wykute w ścianie odgałęzienie.

Przystanęli przy zwalonej kupie kamieni, tuż za którą czernił się otwór odnogi tunelu. Nawet w niepewnym światełku migocącego płomyka latarki widać było, że otwór w jednej ze ścian tunelu powstał całkiem niedawno; zrobiono to pewnie z użyciem dynamitu. Na ziemi widać było lśniące nowością szyny, ułożone prowizorycznie – podobnie jak w razie nagłej potrzeby zwykły to czynić wojskowe służby inżynieryjne – i połączone ze stałym torem, z którego korzystały przejeżdżające tunelem zwykłe pociągi.

– Fandor! Fandor, krzyczał zdenerwowany komisarz, oto i cała tajemnica! Pociąg Fantomasa skierowano na boczny tor, w tę odnogę. Nie mogłeś jej zauważyć z wysokości lokomotywy…

Och! Juve mógł mówić dalej, wysuwać kolejne przypuszczenia, szukać wyjaśnień, dlaczego dziennikarz nie zauważył podstępu… Fandor nie słuchał go wcale.

Młody człowiek skoczył do przodu, pokonał stos kamieni i zagłębił się w ciemny korytarz, krzycząc do policjanta:

– Nie ma na co czekać! Naprzód!

I policjant, i dziennikarz, nie bacząc na ryzyko takiego kroku, zagłębili się w nowy korytarz. Biegli naprzód, zapominając o elementarnej ostrożności.

– Fandor, zwrócił się do dziennikarza Juve – rozświetlając na tyle, na ile to było możliwe mroczną przestrzeń przed nimi – Fandor, zgaduję, co tutaj zaszło. Ten korytarz jest zapewne jedną z odnóg wydrążonych w czasie, gdy powstawał główny tunel. Wydrążone w skale przejście obudowano kamiennymi płytami, które maskowały niepotrzebny dotąd korytarz. Fantomas musiał o tym wiedzieć. Musiał też mieć wspólników, którzy wysadzili kamienny mur, zamontowali zwrotnicę i ułożyli prowizoryczny tor. Kiedy pociąg Barzuma tu dojechał, skierowano go w ten korytarz. Zobaczysz, złapiemy go!

Juve odzyskał humor. Rozpierała go energia.

Nagle się zatrzymał.

– Spokojnie… Uwaga!

W ciemnościach, w oddali, jakieś dwieście metrów przed nimi, pojawiło się słabe, czerwonawe światełko.

– Zwycięstwo, szepnął Juve Fandorowi do ucha, przytrzymując go jednocześnie za rękaw marynarki, victoria! To muszą być tylne światła ostatniego wagonu.

Nie mogli się mylić.

Źródłem czerwonawego, majaczącego w oddali światełka, jakie ujrzeli w bocznym tunelu, rzeczywiście były światła ostatniego wagonu zaginionego pociągu. Te same światła, które tak niedawno Fandor widział znikające w tunelu po drugiej stronie góry.

Należało zachować wielką ostrożność.

Jeśli pociąg stał tam, przed nimi, u końca prowizorycznego toru, zdawało się być pewnym, że Fantomas i jego zbiry też tam byli. Być może urządzili zasadzkę, być może czekali tam z bronią gotową do strzału, gotowi drogo, jak najdrożej sprzedać swoje życie i wolność.

– Dobry Boże, Juve, szyderczym tonem ozwał się Fandor, w najgorszym razie raz jeszcze wystawimy się na kule. To dla nas nie pierwszyzna przecież, a być może życie Hélène jest zagrożone… Trzeba działać, nie stać!

Dziennikarz już chciał wyrywać się naprzód, Juve musiał użyć siły, by przycisnąć desperata do wilgotnej ściany tunelu.

– Fandor! Sprawisz mi przyjemność, jak zaczniesz w końcu mnie słuchać! Po pierwsze mówisz głupstwa. Hélène nic nie może zagrażać. Fantomas nigdy w życiu nie naraziłby swojej rodzonej córki na niebezpieczeństwo.

Swojej rodzonej córki!

Ach! Gdybyż Juve znał tylko sekret pochodzenia Hélène, byłby równie zaniepokojony jak Fandor. Ale skąd mógł znać straszną tajemnicę, jaką Gérard, pogromca zwierząt, na moment przed śmiercią zdradził Mistrzowi Grozy? Skąd komisarz miał wiedzieć, że w istocie żadne więzy pokrewieństwa nie łączyły zbrodniarza z piękną, dobrą Hélène?1.

Juve tego nie wiedział, zatem w całkiem dobrej wierze starał się uspokoić swego podekscytowanego przyjaciela.

– Zaatakować pociąg, mój chłopcze, to tylko na pozór zdaje się proste. Tak naprawdę równałoby się czystej głupocie. Jeśli wciąż tam są, to może znaczyć, że na nas czekają, a w takim razie wystawilibyśmy się na pewną śmierć, i to zanim zdążymy dotrzeć do ostatniego wagonu. Boże święty! Opanuj się trochę! Zastanówmy się… Tak, pozostaje nam tylko jedno: musimy niepostrzeżenie dotrzeć jak najbliżej składu. Jak? Czołgając się.

I przymusił Fandora, by ten przykląkł, a następnie położył się płasko na ziemi.

I tak, przylepieni do wilgotnego podłoża, w bardzo niewygodnej pozycji, za to niemal bezszelestnie, powoli, bardzo powoli zbliżali się do celu.

Potrzebowali prawie dwudziestu minut, aby dotrzeć do unieruchomionego pociągu. Ale kiedy byli już ledwie o parę metrów od ostatniego wagonu, Fandorowi zabrakło cierpliwości:

– Ach, niech to szlag! – krzyknął młody człowiek i zerwał się na równe nogi, rzucając się wprzód niczym szaleniec w amoku. – Wcale się ciebie nie boję, Fantomas! Idę do ciebie, słyszysz? Hélène, to ja, Fandor!

Głos dziennikarza, wzmocniony echem, jeszcze brzmiał w głębi tunelu, kiedy młodzieniec wskakiwał na stopnie wagonu i otwierał drzwi prowadzące, jak się okazało, do wagonu salonu, służącego właścicielowi cyrku za dom i biuro.

Za nim pośpieszył też i Juve. Z rewolwerem w ręce wskoczył do wagonu zaraz za dziennikarzem.

– Poddać się! – krzyknął z całych sił. – Fantomas, poddaj się!

Ale po kilku sekundach, w czasie których nic zupełnie się nie zdarzyło, zdezorientowani przyjaciele spojrzeli bezradnie po sobie. Obaj opuścili rewolwery.

Krótki skład rzeczywiście stał na nowo położonym torze, w głębi nieużywanego do tej pory tunelu. Przebiegli wzdłuż wagonu biura, sprawdzili następny, dobiegli do węglarki, uważnie obejrzeli lokomotywę. Nikogo nie zauważyli, nikt im nie przeszkadzał w inspekcji. Unieruchomiony pociąg stał pusty, pusto było w podziemnym korytarzu. Hélène, Fantomas, jego ludzie, wszyscy, którzy musieli być w pociągu, gdzieś zniknęli, wyparowali…

Osłupienie Fandora, pomieszane z głuchą rozpaczą, nie miało granic.

– To jakieś przekleństwo, Juve, krzyknął w końcu do komisarza, Fantomas uciekł!

Ale policjant potrząsnął przecząco głową.

– Nie! Nie, to niemożliwe! Musi gdzieś tu się kryć, w pobliżu… Może pod wagonem? Może na dachu? Kto wie…

Fandor już wdrapał się na dach wagonu, Juve wślizgnął się między koła.

– Hélène! Hélène! – wołał nieszczęśliwy dziennikarz. – Na litość boską, słyszy mnie pani?

Wtem drgnął cały, usłyszał bowiem przekleństwo:

– Do ciężkiej cholery!

To był Juve. Zaraz też komisarz przywołał go do siebie.

– Złaź, Fandor! Szybko!

Zeskoczył na kupę drobnych kamieni i rozejrzał się za komisarzem.

Komisarz był jeszcze pod wagonem pierwszej klasy doczepionym zaraz za węglarką. Zdawał się dyszeć, jakby coś ciężkiego dźwigał.

– Pomóż mi!

Fandor podbiegł do policjanta i z przerażeniem rozpoznał rodzaj brzemienia, pod którym sapał zmęczony Juve.

– Wielkie nieba! Toż to człowiek! Kto to? Kto to jest?!

– Nie mam pojęcia!

Fandor jak umiał pomógł komisarzowi podnieść człowieka, może rannego, a może już martwego. Wynieśli go spod wagonu i teraz dopiero mogli mu się przyjrzeć w świetle migocącego światła kolejarskiej latarki.

Pobladły z wrażenia młody dziennikarz spoglądał na twarz niedającego oznak życia nieznajomego.

– Kto to taki? Kto to jest? – powtarzał jak mantrę.

I jednocześnie rozpinał ofierze marynarkę, chcąc dostać się do serca poszkodowanego.

– Bogu niech będą dzięki, krzyknął wreszcie, ten człowiek żyje! Zaraz się wszystkiego dowiemy.

Juve zawsze miał przy sobie niewielką piersiówkę z odrobiną wódki. Wlał kilka kropel palącego trunku między wargi omdlałego. Na efekt tego nieskomplikowanego zabiegu nie trzeba było długo czekać. Człowiek otworzył nieprzytomne oczy.

– Nie ruszać się, polecił Juve, przykładając do piersi uratowanego lufę swego rewolweru. – Kim pan jest? – zapytał.

Juve myślał, że ma do czynienia z jednym ze wspólników zbrodniarza. Zaskoczyło go pełne nieudawanego przestrachu spojrzenie rannego; z osłupieniem usłyszał przerażone jąkanie:

– Łaski! Łaski! Fantomas… nic nie powiem, nic.

Kwadrans później Juve mógł już lepiej porozumieć się z odnalezionym w tak nadzwyczajnych okolicznościach człowiekiem. Komisarz znalazł go leżącego pod jednym z wagonów – nieszczęśnik, mocno skrępowany, w ciężkim stresie, ledwie przeżył swą zdecydowanie niemiłą przygodę.

Juve głośno oddychał, emocje wzięły górę i dawało się je wyczuć w drżącym nieco głosie policjanta. Zadał krótkie pytanie:

– Kim pan jest?

Chcąc dodać nieszczęśnikowi odwagi, dorzucił pośpiesznie:

– Proszę mówić! Niech się pan niczego nie obawia, jest pan wśród przyjaciół. Jestem komisarzem policji, nazywam się Juve, ścigam Fantomasa.

Jednakże kiedy tylko człowiek usłyszał nazwisko swego wybawiciela, wcale się nie uspokoił, wręcz przeciwnie, zdawać się mogło, że powrócił najgorszy strach.

– Juve? – powiedział. – Och, mój Boże, to straszne, okropne. Uprzedzał mnie…

– O czym pana uprzedzał? Kto? Kto panu coś mówił?

Człowiek skulił się na ziemi niczym zapędzone do klatki dzikie zwierzę, ciałem jego wstrząsnął dreszcz.

Zaczął w końcu mówić, nieskładnie, z trudem dobierając słowa; uszu Juve’a i Fandora dobiegło dziwne zdanie:

– Fantomas. To Fantomas mi powiedział, że zjawi się Juve. Przysiągłem, że nic nie powiem. Inaczej mnie zabije! Tak powiedział… Nie, nie mogę nic panu powiedzieć.

– Ale, na Boga, niech pan powie przynajmniej, kim pan jest.

– Miquet. Jestem aktorem, nazywam się Miquet. Byłem w pociągu, kiedy Fantomas wszedł do wagonu. Tutaj dopiero mnie odkrył. Chciał mnie zabić od razu, ale jego córka…

– Gdzie oni są teraz? Co się z nimi stało?

Fandor rzucił się do siedzącego na ziemi aktora, w błagalnym geście złożył ręce i jął prosić:

– Proszę pana, na wszystkie świętości, niech nam pan coś powie! Jakim sposobem zniknął Fantomas? Wie pan coś może o losie Hélène? Zaklinam pana!

Ledwie żywy aktor tylko cicho jęknął:

– Nic nie wiem. Nic nie wiem.

Fandor nie przestawał prosić:

– Jak pan tak może. Takie milczenie jest przecież zbrodnią. Zaklinam pana, w imię Hélène, która pana uratowała, dzięki której pan żyje, niech pan powie, czy…

Fandor nie mógł dokończyć pytania.

Wypowiedź dziennikarza przerwana została ogłuszającym hukiem eksplozji.

Ktoś wysadził część korytarza. Z rąk komisarza wypadła latarka, rozbiła się o kamienne podłoże i zgasła. W całkowitym mroku słychać było tylko rumor walącego się sklepienia. Spadające kawałki skał zasypywały jedyną drogę odwrotu.

Co stało się z Fantomasem?

Jaki los spotkał Hélène?

Juve nie pomylił się wcale, odgadując, w jaki to sposób, niemal bez śladu, mógł zniknąć cały pociąg.

Policjant domyślił się podstępu Mistrza Zła. Kolejny już raz Fantomas wymykał się sprawiedliwości, uciekając się do genialnej sztuczki.

Tak jak to komisarz wytłumaczył Fandorowi, zbrodniarz musiał wiedzieć o istnieniu bocznego korytarza kolejowego tunelu, do tej pory nieużywanego.

Fantomas, podszywając się pod dyrektora cyrku, pojawił się w sądzie w Glotzburgu, skąd bezpośrednio po złożeniu fałszywego oświadczenia wrócił na miejsce postoju cyrkowego pociągu, gdzie zabił Barzuma. Tam, po strasznej kłótni z córką, postanowił, wbrew jej woli, wbrew jej jawnej względem niego nienawiści, zabrać ją z sobą. Nie zawahał się przed niczym…

Jest rzeczą całkowicie pewną, że potwór już dawno temu, przewidziawszy rozwój wydarzeń, szczegółowo zaplanował swoją brawurową ucieczkę.

Miał swoich ludzi, którzy odczepiwszy pozostałe, przejęli lokomotywę wraz z dwoma pierwszymi wagonami.

Inni z kolei wspólnicy działać musieli w tunelu, gdzie wysadzili część ściany maskującej dostęp do nieczynnego bocznego korytarza, ułożyli prowizoryczny tor, zamontowali zwrotnicę i w newralgicznym momencie skierowali pociąg w żądanym kierunku. Pociąg Barzuma od dawna już stał w głębi bocznego toru, kiedy Juve i Fandor zdecydowali się wejść do głównego tunelu, by zbadać tajemnicę jego zniknięcia.

U celu podróży Fantomas, rzecz jasna, spotkał się z czekającymi nań wspólnikami.

Dalej sprawy potoczyły się szybko. Rzeczywiście miał zamiar pozbyć się niespodziewanego świadka i już wyciągnął rewolwer, by zabić Miqueta, kiedy w obronie pechowca zdecydowanie stanęła Hélène. Kazał więc tylko mocno skrępować niefortunnego artystę i porzucić nieszczęśnika na torze, pod jednym z wagonów.

– Juve na pewno niebawem się tu zjawi, szepnął swej skamieniałej ze strachu ofierze do ucha; jeśli będziesz na tyle nierozsądny i powiesz mu, co tu widziałeś, możesz być pewny, że umrzesz z mojej ręki. Wiesz dobrze, że Fantomas zawsze dotrzymuje słowa, prawda?

To powiedziawszy, zostawił nieszczęśnika jego losowi i wrócił do Hélène.

– Chodź! – rozkazał.

Hélène nie miała wyboru, musiała usłuchać.

Zbrodniarz w najdrobniejszych szczegółach opracował swój kolejny, genialny plan ucieczki. Niezbyt się śpiesząc, nie zastanawiając się nad wyborem kierunku, pociągnął dziewczynę za sobą. Przeszli w stronę kamiennej ściany, podeszli bliżej, bandyta przyłożył dłoń w znane sobie miejsce. Przycisnął i kamień odsunął się lekko, ukazując wejście do wydrążonego w skale przewodu wentylacyjnego.

– Chodź, powtórzył raz jeszcze.

Miał przy tym wyraz twarzy tak srogi, zacięty, zdecydowanie zły, że biedna dziewczyna i tym razem nie ośmieliła się sprzeciwić. Puścił ją przodem. Wąskim przejściem wślizgnęła się do środka.

– A wy, zwrócił się do pozostałych na dole wspólników, wiecie dobrze, co macie robić. Pośpieszcie się!

Nie powiedział więcej ani słowa. W ślad za Hélène wszedł do szybu. Kiedy tylko znalazł się w środku, kamień maskujący wejście do przewodu wentylacyjnego zasunął się z powrotem na miejsce.

Na czym polegał plan Fantomasa?

Przerażona Hélène nie musiała długo czekać na wyjaśnienia.

Ledwie tylko zasunął się za nimi maskujący wejście kamień, Fantomas położył rękę na ramieniu tej, którą przez tak wiele lat uważał za rodzoną córkę.

– Hélène, powiedział władczym tonem, chcę, żebyś o czymś ważnym wiedziała! Musisz mnie zrozumieć. Posłuchaj i… dobrze się zastanów, zanim mi odpowiesz.

Dziewczyna milczała, stała nieruchomo, lekko tylko drżąc z emocji. Fantomas wpił w nią swój ostry, przeszywający na wskroś wzrok.

– Posłuchaj dobrze, powtórzył bandyta, i postaraj się zrozumieć. Chciałem być panem wszystkiego i wszystkich. I tak się stało. Nikt nigdy mnie nie pokonał. Nikt nie ośmielił się sprzeciwić mojej woli. Ty jedna, moje dziecko, chcesz mi się oprzeć. Przysięgam ci na mą duszę, że cię złamię! Na mój honor, honor największego przestępcy, przysięgam ci, że nie zdarzy się nic, czego bym sobie nie życzył!

Fantomas zamilkł. Spodziewał się odpowiedzi, ale wargi Hélène, wargi, z których odpłynęła krew, pozostały mocno zaciśnięte.

– Zrobisz więc to, czego chcę, podjął na nowo Fantomas, nie zrobisz natomiast niczego, co sprzeciwiłoby się moim zakazom. Nie wiem jeszcze, jakie w przyszłości rozkazy ci wydam, ale już dzisiaj wiem, czego na pewno ci zabronię. Hélène, istnieje człowiek, którego szczerze nienawidzę, do którego żywię największą nienawiść, jaką można tylko sobie wyobrazić, a to dlatego, że jestem o niego najzwyczajniej zazdrosny. Nie dość, że człowiek ten śmie cię kochać, to jeszcze kocha cię z wzajemnością! Hélène! Przysięgniesz mi teraz, że nigdy bez mojej zgody nie poślubisz Fandora!

Ale tym razem Hélène, dobra, łagodna Hélène, przestała milczeć. Pod wpływem tych dziwnych słów Fantomasa w oczach dziewczyny zalśniły ogniki buntu i nietajonej złości.

– Jest pan nędznikiem, odpowiedziała zdecydowanym tonem, nie ma pan żadnego prawa rozporządzać moim sercem! Nie może pan też nijak kierować moim życiem! Wyjdę za mąż za kogo tylko będę chciała i panu nic do tego. To moja sprawa, tylko moja!

Dumne słowa Hélène pozostawały, niestety, tylko słowami. Sprzeciwiać się woli Fantomasa? Toż to czyste szaleństwo, z góry skazane na niepowodzenie.

Schwycił brutalnie dziewczynę za ramię. Na ustach przestępcy zagościł ironiczny uśmieszek:

– Popatrz! – rozkazał.

I przymusił dziewczynę, by przyłożyła oko do szpary w skale.

– Przyjrzyj się dobrze, powtórzył, i daj mi słowo honoru, że nie wyjdziesz za tego człowieka. Musisz mi to przysiąc, inaczej… zabiję go już teraz!

Hélène przyłożyła policzek do zimnej skały i poprzez wąski otwór ujrzała, jak Jérôme Fandor przejmował latarkę od komisarza Juve’a, pochylającego się nad leżącym aktorem.

Trzymał latarkę tuż przy twarzy, był doskonale widoczny, stanowił świetny cel. Fantomas na chłodno, metodycznie, odbezpieczył rewolwer. Wszystkim znana była zręczność bandyty w posługiwaniu się tym rodzajem broni. Dziewczyna zdawała sobie sprawę, że jeśli tylko będzie chciał, bez mrugnięcia okiem zabije swoją kolejną ofiarę.

Młody człowiek, nieświadomy niebezpieczeństwa, nie mógł wiedzieć, że ukochana Hélène jest w istocie tuż-tuż, ledwie o kilka metrów dalej, skryta za skalną ścianą. A co więcej, jest z nią jego najgorszy wróg, bandyta, którego bezskutecznie ścigał od lat bez mała dziesięciu.

– Popatrz, powtórzył Fantomas, patrz i decyduj. Daj mi słowo, że nie wyjdziesz za niego bez mojej zgody, inaczej zginie w tej chwili, na twoich oczach.

Zduszonym, umęczonym głosem Hélène zgodziła się zaakceptować nikczemny dyktat.

– Fantomas, jęknęła zbolała, nienawidzę pana, do śmierci będę pana nienawidziła… Ale nie chcę, żeby pan go zabił.

Chciała jeszcze coś dopowiedzieć, o coś prosić, błagać, ale Fantomas boleśnie ścisnął jej ramię. Zamilkła.

– Przysięgnij, przysięgnij, że dotrzymasz swej obietnicy.

– Przysięgam.

Fantomas opuścił rękę z bronią. Uspokojony zapewnieniem dziewczyny, na króciutką chwilę przestał się kontrolować. To wystarczyło. Zręcznym, błyskawicznym ruchem ręki dziewczyna zdołała wyrwać bandycie rewolwer. Przyłożyła lufę do skroni i zdecydowanym, mocnym głosem zaczęła mówić:

– Fantomas, przysięgłam panu, że nie wyjdę za Fandora bez pańskiej zgody, ale jeśli pan nie chce, bym w tej chwili strzeliła sobie w głowę – nie chcę bowiem być morderczynią i strzelać do kogoś, kogo przez tak wiele lat uważałam za swego ojca – musi pan także złożyć pewną przysięgę.

– Jaką? – zapytał cicho Fantomas.

– Taką mianowicie, że i Fandorowi, i komisarzowi pozwoli pan spokojnie, cało i zdrowo, opuścić podziemny korytarz. Poza tym ma pan pamiętać o mojej do pana nienawiści, o tym, że póki żyję, będę pana ścigała: że będę chciała zemścić się na panu!

Hélène wciąż trzymała lufę rewolweru przy skroni; pobladły Fantomas spoglądał na nią z niedowierzaniem.

– Och, powiedział głosem, w którym dawała się wyczuć bolesna nuta, rzeczywiście, bardzo musisz mnie nienawidzić.

Po chwili dodał energicznym już teraz tonem:

– Dobrze, więc niech tak będzie. Odłóż broń. Chcę, byś żyła, pozwolę zatem przeżyć im obu. Nawet za cenę twojej do mnie nienawiści.

I zaśmiał się drwiąco.

Gwałtownym ruchem wyrwał dziewczynie rewolwer i schował do kieszeni.

– Nie potrzebujemy już broni, oświadczył zimno, teraz musimy się stąd wydostać. Jesteś mi nieprzyjaciółką, Hélène, trudno, ale jesteś też i moją więźniarką, nie zapominaj o tym.

Ręka Mistrza Grozy błądziła przez moment po ścianie wąskiego korytarza, szukając z pewnością jakiegoś przełącznika czy innego tajemnego przycisku.

Hélène nie miała nawet czasu zastanowić się nad znaczeniem tego gestu, kiedy w podziemiu rozległ się ogłuszający huk eksplozji. Sklepienie tunelu zadrżało, po czym zaczęło się walić…

– Fantomas! Fantomas, krzyknęła przerażona dziewczyna, co pan zrobił?

Przestępca ze spokojem, pewnym siebie głosem odpowiedział:

– Właśnie zburzyłem część bocznego korytarza. Juve i Fandor teraz na dobre są od nas oddzieleni. Dawno już będziemy na powierzchni, kiedy oni wciąż będą szukali wyjścia.

Zadowolony z siebie Fantomas pociągnął Hélène wzdłuż wentylacyjnego szybu, w górę, ku powierzchni, na zewnątrz…

Dwa dni później, w Glotzburgu, dwaj przyjaciele rozmawiali o ostatnich wydarzeniach. Nie mieli najlepszych min.

– Odwagi, przyjacielu, dodawał Fandorowi otuchy zacny komisarz, nie ma co rozpaczać. Jeszcze przedwczoraj, w tunelu, kiedy był wybuch, obaj myśleliśmy, że to już koniec. I co? Wyszliśmy z tego cało i zdrowo. To dowód na to, że nie wszystko stracone.

Niestety! Uspokajający ton komisarza wcale nie rozchmurzył zatroskanego Fandora.

Dwaj mężczyźni stali na peronie dworca kolejowego w stolicy Hesji-Weimaru. Dziennikarz wrzucił swoją ciężką walizkę do podstawionego wagonu.

– Tak czy inaczej, Juve, wszystko wydaje się stracone. Zgubiliśmy ślad, nie wiemy, co dalej robić. – I dodał gorzko: – Zastanawiam się, czy nie lepiej by było dla mnie zginąć w tamtym przeklętym tunelu…

– Nie mów głupstw!

Policjant zaśmiał się, dodając:

– Tak tylko mówisz, bo nie wiesz, co się stało z Hélène. Ach, mój drogi, to przecież oczywiste, że Fantomas zabrał ją ze sobą. Jest teraz gdzieś, nie wiemy gdzie, ale na pewno nic jej nie grozi.

– Mówi pan, Juve, że nic jej nie grozi? Nic jej nie grozi, kiedy jest w szponach tego potwora?

Juve nie odpowiedział na tę zaczepkę. Kontynuował w najlepsze pogodnym tonem:

– Sytuacja jest taka, że walka się jeszcze nie skończyła i wciąż będziemy musieli tropić Fantomasa… No i dobrze! Skoro tak ma być, to niech tak właśnie będzie. Mam nadzieję, Fandor, że taka perspektywa nie napawa cię strachem, co?

– Oczywiście, że nie, ale jednakże…

– Nie ma żadnego „ale”, krótko uciął komisarz.

Położył dłoń na ramieniu przyjaciela i ciągnął dalej, poważnym już tonem:

– Oto, co obecnie wiemy: Fantomas gdzieś przepadł, wraz z Hélène. Gdzie mogą być? Tego nie wiemy. Jeden człowiek, być może, mógłby nam cokolwiek w tej kwestii powiedzieć, mam na myśli tego Miqueta, aktora. Na całe nieszczęście to tchórzliwe indywiduum za żadne skarby nie chce nam nic powiedzieć. Fakt, że człowiek ten jest śmiertelnie przerażony. Dziś rano wyjechał do Paryża. Czort z nim! Musimy obejść się bez niego. Z drugiej strony odkryliśmy, że książę Vladimir odegrał pewną rolę w sprawie zaginionego pociągu. Jaka była ta rola? Tego jeszcze nie wiemy. Trudno, na razie musimy się z tym pogodzić. Ale sprawę wyjaśnimy na pewno!

Juve chciał mówić dalej, ale dziennikarz go powstrzymał:

– Tak rzeczywiście jest, jak pan mówi, fakt. Walka nasza trwa nadal, i wie pan dobrze, że wcale niestraszna mi taka perspektywa. Jest jednak coś, o czym pan nie mówi, coś, co sprawia, wcale tego nie kryję, że odczuwam pewien dyskomfort. Oto przychodzi nam się rozdzielić: pan zostaje tutaj, w Glotzburgu, ja wracam do Paryża.

– No tak. Ale to konieczne…

W tej chwili umundurowani kolejarze zaczęli nawoływać podróżnych do zajmowania miejsc w wagonach. Pociąg już prawie ruszał, kiedy Juve zdążył jeszcze dopowiedzieć kilka zdań:

– Jeszcze coś, przyjacielu. Wczoraj dopiero król Hesji-Weimaru powiedział mi, że książę Vladimir, którego uważaliśmy za kawalera, jest w istocie żonaty! Dlatego też zostaję w Glotzburgu, by pomóc w rozwikłaniu pewnych spraw nieszczęśliwej księżnej. Jak się słusznie wydaje, biedna kobieta musi być zrozpaczona poczynaniami swojego książęcego małżonka. Ty jedziesz szukać tropów Fantomasa w paryskim półświatku. Każdy z nas ma co robić. Na pewno niebawem się spotkamy. Śledzić Fantomasa i uganiać się za księciem Vladimirem to być może wcale podobne sprawy. Coś mi mówi, że nasze ścieżki wkrótce się skrzyżują…

Pociąg zaczął przyśpieszać.

– Fandor, krzyknął jeszcze komisarz, ostatnie słowo: precz z melancholią! Odwagi, przyjacielu!

Dziennikarz, wychylając się przez okno, odkrzyknął:

– A pan, Juve, niech pan jak najszybciej wyjeżdża z Glotzburga! Czekam na pana w Paryżu. Gwiżdżę na księcia Vladimira, Fantomas jest ważniejszy. No i Hélène…

Nie dosłyszał już odpowiedzi komisarza. Zdążył jeszcze ujrzeć, jak policjant uniósł do góry dłoń i żartobliwie pogroził mu palcem.

Juve byłby o wiele poważniejszy, gdyby mógł wiedzieć, z jak strasznymi historiami przyjdzie mu się wkrótce zetknąć, ile czeka go przeżyć, zanim na nowo będzie mógł uścisnąć dłoń swego młodego przyjaciela, przyjaciela, którego darzył iście ojcowskim uczuciem!

Rozdział IIKochanek od serca

Co to? Co to takiego? Jak to szybko leci! Jak wysoko! To… aeroplan! Tłum przysypiających podróżnych w stojącym w szczerym polu pociągu ożywił się i wszystkie twarze zwróciły się ku oknom i drzwiom wagonu, szczęśliwe, że coś zaczęło się dziać, przerywając monotonię dłużącej się podróży. Siedzący w kącie przy oknie szczęśliwcy nagle wstali i opuścili szyby, z ciekawością wyglądając na zewnątrz, nie zważając na utyskiwania pozostałych współpasażerów, którzy tłoczyli się za ich plecami w nadziei ujrzenia czegoś niezwykłego.

Było to pewnej marcowej niedzieli, około wpół do szóstej wieczorem, zaczął zapadać już wczesny o tej porze roku zmierzch.

Przez cały dzień, od wczesnych godzin porannych aż do tej pory panowała przyjemna temperatura. Spragnieni wiosny paryżanie, niemal jak jeden mąż, skoro świt spakowali to, co niezbędne, przywdziali niedzielne stroje i wyruszyli za miasto cieszyć się pierwszym tego roku cieplejszym słońcem. Jedni wsiedli do podmiejskiego pociągu, inni zdecydowali się na tramwaj, inni jeszcze, bardziej usportowieni, wsiedli na rowery i wypuścili się poza miasto radować wczesną wiosną.

Dzień był piękny i ku ogólnej satysfakcji paryskiego ludu ze wszech miar udany.

Tym niemniej, o ile w ciągu dnia było miło, teraz, pod wieczór, kiedy trzeba było wracać do domu, miny wycieczkowiczów nieco zrzedły.

Na końcowych przystankach tramwajów stały długie szeregi pasażerów oczekujących na swoją kolej, by dostać się do centrum. Inni z kolei musieli znosić cierpliwie niedogodności powolnej podróży w przepełnionych podmiejskich pociągach, nie mówiąc już o tym, co przejść musieli na zatłoczonych dworcach i peronach, zanim w ogóle udało im się zająć miejsce w przedziałach. Cykliści, zdawać się mogło, jako niezależni od środków miejskiego transportu, byli w lepszej od innych sytuacji. Ale i oni mieli powody do narzekań. Dawał się we znaki brak kondycji i widok czerwonego z wysiłku mężczyzny czy kobiety pedałujących z najwyższym trudem wcale nie należał do rzadkości.

Szalejący na swych dwukołowych maszynach umęczeni sportowcy z zazdrością spoglądali na szczęśliwszych, ich zdaniem, współobywateli podróżujących w wygodnych kolejowych przedziałach, których los, jakkolwiek z innego powodu, także nie był do pozazdroszczenia.

Tak czy inaczej, czym innym jest wyruszać rano na wycieczkę, a czym innym zupełnie jest wieczorny powrót w domowe pielesze. No cóż…

Dotyczyło to, być może bardziej niż innych, pasażerów zajmujących miejsca w należącym do kompanii Ouest-Etat pociągu, kończącym swój bieg na Dworcu Saint-Lazare. Skład z nieznanych przyczyn zatrzymywał się tak często, że wszyscy poważnie się obawiali, czy przed nocą zdołają dojechać do Paryża.

Jadący z kierunku Maisons-Laffitte pociąg już od dobrego kwadransa stał na pustkowiu, w pobliżu Sartrouville. Od czasu do czasu lokomotywa, utrudzona ciągnieniem zbyt wielu, jak na jej moce, wagonów, wydawała przeciągły gwizd, zdając się prosić jeśli nie o pomoc, to przynajmniej o zezwolenie na podjęcie dalszej drogi. Ale niestety, nie działo się nic, co mogłoby ją wyrwać z tymczasowego letargu. Tak więc pasażerowie, zmęczeni przedłużającą się nadmiernie podróżą, ale niezbyt śpieszący się do domów, poddawali się leniwej drzemce. Nagły okrzyk jednego z nich, oznajmujący niecodzienne zjawisko, podziałał jak kij włożony w mrowisko.

Zajmujący przedział trzeciej klasy podróżni natychmiast, jeden przez drugiego, rzucili się do okien, chcąc sprawdzić prawdziwość ogłoszonej rewelacji. Po chwili ze spokojem powrócili na swoje miejsca, z pewnym rozczarowaniem komentując incydent, który tak nieoczekiwanie wyrwał ich z błogiej drzemki.

Jeden z panów, wzruszywszy ramionami, ograniczył się do stwierdzenia:

– To nic takiego. To przecież tylko balon.

Sąsiedzi jegomościa pokiwali tylko głowami.

Istotnie, chodziło o balon. Mógł sobie lecieć tu czy tam, mógł nawet wybuchnąć w powietrzu, na nikim nie robił większego wrażenia.

Balon! Nic bardziej banalnego. Owszem, można było zainteresować się lotem aeroplanu, to w końcu rzecz dość nowa, ale przejmować się zwykłym balonem?

Jednakowoż znalazł się pewien, zajmujący miejsce przy oknie, pasażer, który obrzuciwszy rzeczony balon uważnym spojrzeniem, półgłosem wyraził następującą opinię:

– Tak, rzeczywiście, to balon. Ale balon nie byle jaki! Ma z pewnością nie mniej jak tysiąc pięćset metrów sześciennych pojemności. Wielce prawdopodobne, że pochodzi z paryskiego Aeroklubu i wkrótce weźmie udział w zawodach o Puchar Gordona Benetta.

Osobnik wypowiadający się z takim znawstwem przedmiotu był mężczyzną w sile wieku, lat około trzydziestu, trzydziestu dwóch, o zdecydowanej, energicznej twarzy ozdobionej czarnym wąsem, na szerokie zaś czoło spadały kręcone kosmyki bujnej, starannie utrzymanej, modnie przystrzyżonej czupryny.

Znawca ów ubrany był raczej skromnie, tym niemniej widać było szczególną elegancję dość w sumie prostego stroju. Pewne jednak szczegóły zdradzały, że człowiek ten nie był światowcem w pełnym tego słowa znaczeniu, lecz raczej jednym z nowej generacji wykształconych robotników, dbałych o wygląd i ogólne maniery.

Nie można było powiedzieć, że ma się do czynienia z kimś „lepszym”, ale też nijak nie można było powiedzieć, że blisko mu do paryskiej ferajny.

Współpasażerowie wysłuchali opinii młodego człowieka i ktoś, chcąc najpewniej ożywić monotonię dłużącej się podróży, podtrzymał konwersację pytaniem:

– Pan jest łaskaw, jak się wydaje, znać się na rzeczy, tak na oko oceniając pojemność balonu?

Zagadnięty odpowiedział:

– Nie może być mowy o pomyłce, mam dobre oko i może pan ufać mojej ocenie. Na poziomie ziemi nie ma wiatru, ale tam, w górze, nieźle musi dmuchać. Balon pędzi naprzód z szybkością jakichś siedemdziesięciu kilometrów na godzinę.

Kilka siedzących w przedziale kobiet z niedowierzaniem pokręciło głowami. Niedzielny elegant zapewnił je krótkim zdaniem:

– Znam się na balonach, zajmuję się tym od lat.

Rozbudzeni na dobre wycieczkowicze zaczęli wymieniać się kolejnymi uwagami. Okno, na czas postoju, pozostawiono szeroko otwarte, aby skorzystać jeszcze z ostatnich chwil pogodnego wieczoru. Znawca balonów tymczasem zaczął rozmawiać z przytuloną do niego, całkiem ładną, ledwie osiemnastoletnią panną. Jej wielkie niebieskie oczy skrywało szerokie rondo modnego kapelusza, spod którego spadały włosy w ciężkich kasztanowych lokach.

Dziewczyna z czułością wsunęła swe ramię pod pachę eleganckiego towarzysza i z nieukrywanym niepokojem w głosie powiedziała:

– Obiecaj mi, Maurice, przysięgnij, że nigdy nie wsiądziesz do takiej machiny.

Młody człowiek, którego z takim niepokojem zagadnęła dziewczyna, wzruszył tylko ramionami:

– Jakaś ty głupia! Już nieraz latałem. Przecież ja pracuję przy ich produkcji. Oj, Firmaine, nie wolno być tak bojaźliwą.

Dziewczyna zaczęła się usprawiedliwiać:

– Nie chodzi o balony, tego się nie boję. Myślałam o aeroplanach. Jak kiedyś wsiądziesz do takiej maszyny, to chyba umrę ze strachu!

Chcąc podrażnić się trochę z ładną towarzyszką, Maurice odparł enigmatycznie:

– Bo czy to można wiedzieć? Balony, aeroplany to w sumie prawie jedno i to samo, nie?

Piękne oczy ślicznotki od razu napełniły się łzami. Bezsprzecznie wzruszona, rozkochanym spojrzeniem „otuliła” przyjaciela:

– Obiecaj, proszę, błagała, że nigdy nie zasmucisz swojej małej Firmaine.

Pociąg nagle szarpnął i ruszył powoli. Uszczęśliwione towarzystwo natychmiast zmieniło temat rozmowy, komentując szczęśliwe wydarzenie.

Maurice nachylił się do ucha dziewczyny i szepnął z czułością:

– Dobrze, obiecuję ci.

Na dworze zapanował już mrok. Wyglądający przez okna pasażerowie z trudem tylko rozróżniali majaczące w oddali kształty mijanych zabudowań. Tu i ówdzie pobłyskiwały światła mijanych latarń; w nieoświetlonym wagonie robiło się coraz ciemniej, a rozmowy ucichły. Miły półmrok sprzyjał licznym parom zakochanych, śmielej tulącym się do siebie.

Pociąg parł nieśpiesznie do przodu, mijane kolejne stacyjki znamionowały bliskość stolicy. Postój na stacji w Asnieres na całe szczęście nie przedłużył się ponad miarę i z niecierpliwością zaczęto wypatrywać stacji końcowej.

Nikt jeszcze nie ośmielił się wieszczyć bliskiego zwycięstwa. Wszyscy znajdujący się w pociągu pasażerowie dobrze wiedzieli, że czeka ich jeszcze przeprawa przez tunel w Batignolles, gdzie często, zwłaszcza w niedziele i inne święta, przejeżdżające przezeń pociągi zwykły z niewiadomych przyczyn dłużej się zatrzymywać.

Skład, którym podróżowali Maurice z Firmaine, dostosował się do zwykłej reguły i ledwie wjechał pod kamienne sklepienie, zazgrzytały hamulce, unieruchamiając kolejne wagony.

Obsługa pociągu zapomniała o oświetleniu wagonów – pociąg ten zresztą miał zgodnie z planem dotrzeć do stacji końcowej na długo przed zapadnięciem zmroku – w związku z tym wszystkie wagony tonęły w całkowitej ciemności.

Początkowo pasażerowie czuli się nieswojo, może nawet lekko zaniepokojeni – podczas podróży koleją żelazną myśli się często o możliwych wypadkach – jednakże przyrodzony paryżanom dobry humor wziął górę.

Ciemność sprzyjała zakochanym.

Jakiś żartowniś wpadł na pomysł rozbawienia towarzystwa, głośno cmokając się w swoją własną dłoń… a może naprawdę był to policzek sąsiadki? Kto to może wiedzieć?

Tak czy inaczej współpasażerowie roześmieli się wesoło. Inny z kolei chciał przydać trochę światła i zapalił zapałkę. Szybko jednak, wobec powszechnych protestów, musiał ją zdmuchnąć. Słychać było westchnienia, pełne czułości ciche półsłówka, rozmarzone szeptania. Ci, którzy nie mieli obok siebie nikogo wartego sercowych zabiegów, bawili się kosztem szczęśliwszych sąsiadów, co i raz pokrzykując:

– Uwaga! Policja! Zachowywać się przyzwoicie, bo wlepią mandat za obrazę moralności publicznej!

Jakiś damski głos zapiszczał;

– Nie szczyp mnie tak!

I znowu przedział zareagował szczerym śmiechem. Któryś z pasażerów zaczął wołać:

– Złodziejka! Złodziejka!

I zaraz złagodził ostrzeżenie, dodając wyjaśnienie:

– Angélique chce mi skraść całusa.

Bawiono się w najlepsze. Kompletna ciemność nikomu już nie przeszkadzała. Nagle gdzieś niedaleko rozległ się huk wybuchu. Wszyscy zadrżeli. Co też to mogło być?

Głośne rozmowy ustąpiły niepewnym szeptom. Tymczasem nic złego się nie działo, nie następował żaden spodziewany kataklizm. To musiała być zwykła petarda, jakiś sygnał czy coś równie niegroźnego.

Jeden z wagonowych wesołków nie wytrzymał i zażartował:

– Znowu jakaś zbrodnia, nie ma co, to pewnie sprawka Fantomasa.

Wypowiedziane na głos imię wielkiego przestępcy zwykle budziło grozę i strach, tym razem jednak stało się inaczej. Rozbawione towarzystwo śmiało się jak przedtem. Dzisiejszego wieczoru nikt nie bał się Fantomasa. Wypowiedziane nagle imię kryminalisty, owszem, u niektórych wywołało pewien niepokój, większość jednak potraktowała kwestię beztrosko, nie biorąc poważnie możliwości pojawienia się w pobliżu wroga publicznego numer jeden.

Na dźwięk imienia potwora Firmaine zadrżała i mocniej przytuliła się do muskularnego ramienia Maurice’a. Mężczyzna uspokajał ją łagodnie:

– Eee tam, już dobre pół roku temu Fantomas wycofał się z interesów. Nic o nim nie słychać od czasu afery z pociągiem Barzuma, nie ma się czym martwić. Firmaine, myślmy raczej o nas.

Myślmy o nas.

Młody człowiek istotnie miał na myśli słodkie słówka, jakie właśnie usłyszał od swojej ślicznej towarzyszki. Musiała być w nim zakochana: Maurice otrzymał od Firmaine całą miłość, na jaką było stać jej młodziutkie serce.

Otóż przed chwilą, za nic mając dziewczęcą skromność czy przyzwoitość, szepnęła swemu przyjacielowi, że jak dojadą do Paryża, to zamiast wracać, jak przystało, na noc do matki, woli pójść do niego.

Kilka minut później pociąg rzeczywiście wtoczył się na dworzec. Uszczęśliwieni zakończeniem długiej ponad miarę podróży pasażerowie żwawo wysypywali się z wagonów na peron. Teraz już naprawdę wszystkim było śpieszno do domów, względnie do kafejek czy barów, by jeszcze nieco przedłużyć niedzielne przyjemności.

Maurice, ma się rozumieć, ochoczo przystał na kuszącą propozycję swej młodej przyjaciółki. W chwili jednak gdy już mieli ruszać w kierunku mieszkania kochanka, Firmaine się zawahała.

Młoda, fizycznie pracująca dziewczyna, wychowana przez matkę z góry pogodzoną ze zwykłym losem matek urodziwych, niewysoko urodzonych córek, należała do tych panien, których umysłu nie zatruwały mieszczańskie przesądy. Tym niemniej, jakkolwiek wyzwolona, Firmaine odczuwała pewne skrupuły, jako że miała to być jej pierwsza noc poza domem. I mimo że szczerze kochała swego Maurice’a, w ostatniej chwili pojawiły się wątpliwości co do słuszności najnowszego pomysłu.

Ale Maurice nie chciał dać za wygraną; pełnymi czułości, uwodzicielskimi słówkami nakłaniał przyjaciółkę, twierdząc, że wspólnie spędzona noc to najlepsze, co mogło im się przydarzyć. Mała Firmaine miękła coraz bardziej, ostatnim wysiłkiem słabnącej woli wyraziła obawę:

– Mama będzie się niepokoić, jak nie wrócę na noc…

Ale Maurice miał odpowiedź na wszystko:

– Poczta jest tuż obok. Wyślesz jej wiadomość pneumatykiem2.

Dla zachowania pozorów dziewczyna wysunęła kolejną obiekcję:

– Ale wiesz przecież, że jutro o dziewiątej rano muszę być w pracowni?

– To żaden problem, mam budzik, odparł Maurice, będziesz gotowa na czas. No, chodź już, obiecałaś przecież.

W biurze telegrafu dziesięć minut zajęło dziewczynie napisanie i wysłanie krótkiego, uspokajającego listu do matki. Napisała, że nie ma powodów do obaw: coś ją zatrzymało poza domem i wszystko jest w najlepszym porządku.

Nie wdawała się w kłopotliwe szczegóły. Matka pewnie i tak zrozumie.

Jasne, że tego typu eskapada nie minie bez echa, że ze wszystkiego będzie musiała się wytłumaczyć, ale w końcu raz się żyje, prawda? A zresztą warto trochę potem pocierpieć, kiedy w perspektywie ma się upojną noc z kochankiem.

Około jedenastej wieczorem zakochana Firmaine znalazła się w skromnym mieszkaniu młodego człowieka. Kiedy mieli się położyć, przytuliła się mocno do przyjaciela i zapytała:

– Co byś powiedział, kochany, gdybym jutro wieczorem znowu do ciebie przyszła?

Młody robotnik pokraśniał z radości i mocno pocałował kochankę w usta, po czym bez najmniejszego wahania odpowiedział po prostu:

– Czy w ten sposób chcesz powiedzieć, że mamy dalej żyć razem, tak?

– A czemu nie? – odparła dziewczyna.

Młodzi ludzie stali przy otwartym oknie i w ciszy podziwiali roztaczającą się przed nimi malowniczą panoramę nocnego Paryża.

Nad miastem wisiał Księżyc w pełni. Wielki, piękny, srebrzysty, swą poświatą przydawał śpiącemu miastu otoczkę tajemniczości.

Maurice, szczęśliwy kochanek miłej Firmaine, od pewnego już czasu zajmował wygodny pokój w kamienicy na pozór skromnej, lecz schludnej i dobrze utrzymanej, wznoszącej się przy avenue de Versailles, pomiędzy mostami Grenelle i Mirabeau, w równej pomiędzy nimi odległości.

Mieszkanko to znajdowało się na szóstym piętrze, od strony podwórza, zatem okno nie wychodziło na avenue de Versailles – mieszkania od frontu były droższe – lecz na quai d’Auteuil, dając w gruncie rzeczy o wiele ładniejszy widok.

Quai d’Auteuil biegnie bowiem wzdłuż Sekwany i z okna pokoju Maurice’a podziwiać można było niemały odcinek rzeki, począwszy od Statui Wolności aż do wiaduktu Point-du-Jour, za którym, w oddali, widniały jeszcze stoki Meudon.

Naprzeciwko, najbliżej, było nabrzeże wysadzane pięknymi drzewami, stanowiące naturalną granicę dzielnicy Grenelle, wzdłuż którego biegła linia torów pociągów elektrycznych, które kursowały pomiędzy Versailles a podmiejskim Suresnes-Longchamp.

W tym miejscu o każdej porze dnia i nocy coś się działo; trwał niekończący się spektakl.

Pokój młodego człowieka, jasny, przestronny, z tapetą w kwiaty na ścianach, był niemal idealnym gniazdkiem dla dwojga zakochanych. Firmaine, rozmarzona, wtulona w kochanka, mówiła sobie, że nic lepszego nie mogło jej spotkać. Miły, aczkolwiek skromnie urządzony pokój Maurice’a zdawał się jej szczytem doskonałości. Związek dwojga ciał i dusz nie wystarczy, co prawda, do zapewnienia wiecznej szczęśliwości, ale byli oboje młodzi, pełni nadziei i sił… Firmaine była przecież zdolną krawcową, a on dobrym fachowcem. Teraz mogli się kochać; bogactwo, jeśli tylko tego zechcą, przyjdzie w swoim czasie.

Uwaga Maurice’a napełniła jej ufne serce niewypowiedzianym szczęściem. Dla przyzwoitości jeszcze wysunęła pewną wątpliwość:

– A pieniądze? – zapytała. – Chyba trzeba dobrze zarabiać, żeby można było razem zamieszkać?

Och! Jakże gorąco chciała usłyszeć, że ta kwestia wcale nie jest taka istotna! Maurice wykonał nieokreślony ruch ręką, nie udzielając jasnej odpowiedzi:

– Eeee tam, mruknął, zobaczymy, jak będzie. A tymczasem… kochajmy się.

Zaczynał dawać się odczuć chłód wczesnowiosennej nocy. Firmaine wstrząsnął lekki dreszcz.

– Chodźmy do łóżka, szepnęła.

Maurice zamknął okno.

– Brr… jaka zimna woda!

– Oj, Firmaine, nie narzekaj. Nie wiesz, że wielkie damy często myją się zimną wodą właśnie? Tak pisali w jakimś piśmie dla kobiet.

– Ty czytasz pisma dla kobiet?

– Och, trzeba się znać po trochu na wszystkim. Nie spóźnisz się chyba?

– Boję się, że tak. Którą masz godzinę?

– Pięć po ósmej.

– To dobrze, pojadę metrem, czterdzieści minut mi wystarczy, zdążę.

– Ale masz być w pracowni o dziewiątej, prawda? Pora się zbierać.

– Tak, Maurice, o dziewiątej. Gdzie moja torebka?

– Tu, na krześle, pod twoim żakietem, zobacz.

– Ach, tak, dziękuję.

Śliczna Firmaine, odświeżona, wyspana, jakkolwiek jej wielkie oczy były nieco podkrążone, kończyła poranną toaletę i szykowała się do wyjścia do pracy w pracowni Henri, gdzie zatrudniona była w charakterze szwaczki specjalizującej się w wykańczaniu spódnic.

Maurice natomiast nie śpieszył się nigdzie. Leżał sobie wygodnie w łóżku, z założonymi pod głowę rękami i z miłością spoglądał na krzątającą się po pokoju swoją śliczną kochankę.

– Widzisz? Już jesteś gotowa do wyjścia. A mogliśmy jeszcze z kwadransik poleżeć sobie w łóżeczku.

Firmaine się uśmiechnęła.

– Och, z tobą zawsze. Ale zapewniam cię, że naprawdę muszę już iść.

– Ale jeśli nawet byś się spóźniła, to co?

Firmaine przestała sznurować trzewiki i zdziwiona spojrzała na kochanka.

– O co ci chodzi? – zapytała. – Mówisz tak, jakbyś nie rozumiał, że naprawdę się śpieszę.

– Bo ja wiem? Mówisz mi, że idziesz do pracowni, ale…

Firmaine podeszła do łóżka, przyklękła u wezgłowia i czule objęła Maurice’a. Pocałowała go w policzek.

– Niedobry, powiedziała, wstrętny. Chcesz wzbudzić we mnie poczucie winy? Co ty sobie, kochanie, wyobrażasz? Że jak tak rano wychodzę, to mogę iść gdzie indziej, a nie do pracy? Gdybym nie musiała, to na pewno bym została z tobą.

Maurice w ramach odpowiedzi wzruszył lekko ramionami.

– A bo to można być całkiem pewnym? – dodał.

I przez twarz młodego człowieka przeszedł jakby cień nagłego smutku. Firmaine raz jeszcze pocałowała go najserdeczniej jak mogła.

Tak, mała Firmaine była rzeczywiście śliczna. Pewna siebie, młoda paryżanka, wzbudzająca powszechne na ulicy zainteresowanie mijających ją panów. Być może Maurice, z niepokojem myśląc o przyszłości, miał nieco racji, kiedy zastanawiał się, czy zdoła utrzymać wyłącznie dla siebie pełną niezwyczajnego wdzięku kochankę.

Tymczasem Firmaine zapewniła go raz jeszcze:

– Nie możesz być tak zazdrosny. To bardzo nieładnie. I to w dodatku po tak pięknym wczorajszym dniu i… ostatniej nocy. Boże! Mężczyźni to jednak wielcy egoiści. Ale gdybym cię nie kochała, ty wstręciuchu, to czybym tu dziś była? Wyobrażasz sobie, czego się dziś wieczorem nasłucham od mamy?

Słysząc tę ostatnią kwestię, Maurice pogroził dziewczynie palcem:

– Dziś wieczór? – powiedział, udając surowość. – Ale przecież obiecałaś, że przyjdziesz do mnie.

– Tak, jasne! Ale muszę najpierw zajrzeć do mamy. Przecież rozumiesz chyba, że nie mogę, ot tak sobie, spędzić dwóch kolejnych nocy poza domem, nic mamie nie mówiąc. Jeszcze biedna pomyśli, że ktoś mnie zamordował.

Firmaine wstała.

– Oj, przez ciebie naprawdę się spóźnię. Muszę iść…

Dokończyła sznurowanie butów, założyła kapelusz, palcami przeczesała wystające spod ronda loki, spojrzała jeszcze w lustro.

– To przez ciebie mam podkrążone oczy, niedobry. Będą się ze mnie śmiać w pracowni.

Raz jeszcze przyklękła przy łóżku:

– Pocałuj mnie. I bądź przez cały dzień grzeczny. Dziś nie idziesz do pracy, możesz o mnie pomyśleć. Do wieczora, kochanie, będę o wpół do dziesiątej.

– O wpół do dziesiątej dopiero? Nie wcześniej?

– Nie, chyba nie uda mi się… Postaram się zresztą być jak najwcześniej.

Pocałowali się raz jeszcze.

– Do wieczora, kochanie.

– Do wieczora, moja słodka.

Firmaine rzuciła kochankowi ostatni uśmiech i, spojrzawszy na wiszący na ścianie zegar, powiedziała:

– Zmykam, pa, pa.

Rozdział IIIBogaty kochanek

Na schodach prowadzących do stacji metra przy place de l’Opéra niczym w mrowisku aż roiło się od ludzi. Jedni schodzili na dół, inni właśnie wynurzali się z podziemnych korytarzy, wszyscy śpieszyli do swych codziennych zajęć.

Był poniedziałek rano, blisko dziewiątej. Spojrzenia wielu przechodniów kierowały się na wielki zegar zamontowany na Comptoir d’Escompte, którego biura znajdują się na rogu rue de Quatre-Septembre i avenue de l’Opéra. Jego wielkie wskazówki nieznużenie parły wprzód, wskazując nieuchronnie rychłą godzinę dziewiątą. Na razie jeszcze do pełnej godziny dziewiątej brakowało dziesięciu minut.

Jedni z fatalizmem akceptowali niepowstrzymany ruch wskazówek, inni się buntowali, mrucząc ze złością pod nosem:

– Ten cholerny zegar zawsze się śpieszy! Mogę się założyć, że mój zegarek chodzi lepiej!

Wskazówki inkryminowanego czasomierza nic sobie z tych uwag nie robiły i, jak od zawsze, uparcie szły naprzód. Kto wie? Może ci, którzy zarzucali zegarowi pewną niedokładność, rzeczywiście mieli rację? Ale z kim mieli walczyć? Jak udowadniać swoje racje? Dobrze zresztą zdawali sobie sprawę, że w starciu z tak poważnymi instytucjami, jak szacowny bank Comptoir d’Escompte, ich szanse są zgoła żadne.

Sprawa dokładnego wskazywania czasu w tym miejscu Paryża dotyczyła niemal wyłącznie licznych o tej wczesnej porze paryskich urzędników administracyjnych i robotników. W ciągu tej półgodziny poprzedzającej fatalną godzinę dziewiątą, sygnalizującą rozpoczęcie dnia pracy, wielka ich liczba, niczym stado mrówek, przemierzała we wszystkich możliwych kierunkach elegancki place de l’Opéra i jego bezpośrednie okolice.

Tego ranka młode paryskie robotnice były bardziej spóźnione niż zazwyczaj. I było to całkiem zrozumiałe. Wczoraj była przecież niedziela, były za miastem, cieszyły się urokiem wczesnej wiosny, ale powrót był męczący, późno się położyły… no i ten poniedziałek! Ta niemiła perspektywa całego tygodnia pracy. Ale w głowach wciąż świeże były wspomnienia wczorajszych atrakcji i innych przyjemności.

Na rue de la Paix, przed niedawno wyremontowanym od podstaw pięknym budynkiem należącym do cieszącej się wielkim wzięciem firmy krawieckiej Henri, stała niemała grupka młodych wystrojonych szwaczek, plotkujących, paplających w najlepsze, opowiadających z detalami o przygodach poprzedniego dnia. Było jeszcze przed dziewiątą i dziewczyny do ostatniej chwili chciały cieszyć się swobodą, by w ostatnim dopiero momencie wejść do pracowni.

W światku młodych krawcowych do wielkiego szyku należała możliwość pracy w zakładzie mistrza Henri. Szef, przyjmując dziewczyny do pracy, kierował się nie tylko ich fachowością, ale dobierał swój personel, kierując się względami urody i naturalnej elegancji.

Tak więc i tego ranka spora grupka młodych elegantek tarasowała przejście, plotkując na chodniku przed budynkiem szacownego domu mody.

Dziewczęta w najdrobniejszych detalach roztrząsały swoje życiowe sprawy, w szczególności rozprawiając o radościach ostatniej niedzieli. Niektóre chwaliły się, że ktoś próbował je uwieść, inne, że ktoś czekał na nie w sobotę po zakończonej pracy. Niektóre zaś chwalily się, że jakiś galant właśnie je odprowadził do pracy… Niektóre przysięgały, że przyjechały samochodem, a nie, jak zwykle, metrem. Inne z kolei udawały, że za nic mają męskie zaloty, przyganiały koleżankom niewczesne amory, przestrzegając je przed zgubnymi skutkami takich kontaktów. Paplały, śmiały się, przekomarzały, przygadywały jedne drugim.

Wtem powstał jakiś ruch i grupka dziewczyn rozstąpiła się, robiąc przejście bodaj najmłodszej z nich, może dwunastoletniej pannicy o zachmurzonej twarzy, która niczym dziecko, a wciąż właściwie nim była, zabawiała się, tupiąc trzewikiem w płynącą rynsztokiem strużkę wody.

– Oj, ty mała flądro! – krzyknęła na ten widok panna Berthe, jedna z głównych krawcowych pracowni Henri. – Margot, ty chyba na zawsze pozostaniesz flejtuchem!

Dziewczynka podniosła głowę, zdziwiona trochę reprymendą, ale nijak jednak nieskonfundowana odparła szybko:

– No i co takiego? Bawię się tak, jak mi się podoba.

Dziewczynka ta, Margot, a w zasadzie Marguerite Benoît, była młodszą siostrą uroczej Firmaine, kochanki Maurice’a. Jednak te dwie siostry nijak nie były do siebie podobne. O ile Firmaine cechowała wrodzona delikatność, poczucie szyku i elegancji, o tyle mała Margot zupełnie nie dbała o stroje, nie interesowała ją elegancja, a prawdę powiedziawszy, to i osobista higiena pozostawiała czasami sporo do życzenia. Nie ma co, panna Berthe miała całkowitą rację, wyzywając Margot od flejtuchów. To prawda, że dziewczynka ledwie skończyła dwunasty rok życia i z pewnością nie myślała jeszcze o tym, że któregoś dnia ktoś mógłby się nią poważniej zainteresować.

Margot, pomimo bardzo młodego wieku i niezbyt wyszukanego ubrania, była jednak częścią personelu powszechnie szanowanego domu mody. Pełniła tam rolę pomocnicy do wszystkiego, bardzo słabo opłacanej, jednakże inne pracujące dziewczynki w jej wieku szczerze jej zazdrościły. Mówiły między sobą, może nie bez racji, że Margot nigdy nie pracowałaby w tak zacnym przybytku wielkiego krawiectwa, gdyby nie była siostrą wdzięcznej Firmaine.

Pozycja tej ostatniej z kolei była wyjątkowo wysoka. Była doskonałą krawcową, ale cała jej postać, sposób bycia, staranność wysławiania się, ogólnie dobre maniery, wszystko to predestynowało ją do rychłej zmiany miejsca pracy. W najbliższym czasie miała zostać modelką.

W domu mody Henri, podobnie jak w innych firmach tej branży, zazdroszczono modelkom, zawsze zgrabnym, pięknym zazwyczaj dziewczynom – mogły one wybić się w branży, względnie pośród mężów czy też kochanków pań obecnych na pokazach mody znaleźć bogatego fatyganta, którego zostawały utrzymankami i który nierzadko pomagał w rozwinięciu skrzydeł.

Tymczasem Margot przywołała do siebie kilka stojących obok robotnic.

– Hej tam, posłuchajcie, zawołała, krzywiąc buzię, jeszcze ze śladami śniadania, a mianowicie tłustych frytek, którymi namiętnie się opychała, powiem wam, co nowego się u nas dzieje!

Panna Solange, wysoka, dojrzała, dobiegająca czterdziestki kobieta, będąca archetypem wiecznej, nigdy nieawansującej robotnicy, od kilku miesięcy blisko współpracująca z Firmaine w dziale spódnic, zainteresowała się natychmiast. W jej głosie brzmiała nutka pewnego zaniepokojenia:

– Czy to nie coś o twojej siostrze? – zapytała.

– No jasne, że tak, odparła dziewczynka, niech pani sobie wyobrazi, że Firmaine nie wróciła wczoraj do domu na noc! Może sobie pani wyobrazić minę matki.

Wieść o przygodzie Firmaine wzbudziła najróżniejsze reakcje kobiet. Jedne zaśmiały się bez życzliwości, inne nie kryły się z jawną niechęcią wobec takiego występku, a jeszcze inne zachowanie koleżanki bez problemu zaakceptowały. Dwie czy trzy szwaczki z udawanym – a może nie? – oburzeniem w wiele znaczącym geście wzniosły oczy ku niebu.

– To jasne, kontynuowała mała Margot, że siostrzyczka zabalowała ze swoim kochankiem…

Ostatnia rewelacja małej wzbudziła kolejną falę dyskusji.

Kochanek? Jaki kochanek? Kto taki? Czy któraś coś wie? Coś widziała? Tak? To ten z czarnymi wąsami, co to czasami przychodzi wieczorem pod zakład. To zaczęło się jakieś dwa tygodnie temu. Tak, to na pewno ten facet! A może on nic nie wart? Szkoda by było naszej Firmaine…

Ale padły i inne głosy. Któraś widziała, jak Firmaine wsiadała wieczorem do czekającego na nią eleganckiego samochodu. Siedział w nim jakiś bardzo elegancki pan. Na pewno się do niej zalecał…

Kilka szwaczek sugerowało, że Firmaine miała nie jednego, ale dwóch kochanków. Większość jednak nie dała temu wiary i uważała, że ich śliczna koleżanka ma miłosną przygodę z przystojnym, aczkolwiek z pewnością niemajętnym, czarnowąsym robotnikiem. Tak było bardziej romantycznie. Chociaż, w tym zgadzały się wszystkie, o wiele mniej rozsądnie.

Rozgorzały namiętne spory. I kiedy w najlepsze obgadywano nieobecną Firmaine, ciągle obecna, wręcz przesadnie, Margot nie szczędziła wysiłków, by, dopowiadając to i owo, względnie w odpowiednim momencie przytakując energicznie, nastawić całe towarzystwo przeciwko swej starszej siostrze.

Zaczęła bić godzina dziewiąta. Rue de la Paix opustoszała w jednej chwili. Plotkujące robotnice, niczym stado spłoszonych wróbli, zerwały się z miejsca i wszystkie ruszyły w stronę wejścia do zakładów.

Biegły niemal, przepychając się jedna przez drugą, czasami rzucając kąśliwe uwagi w stronę bardziej opieszałych koleżanek. Wkrótce też poszczególne pracownie zapełniły się krawcowymi i rozpoczął się zwykły dzień. Młode kobiety zajęły swoje miejsca, rozmowy umilkły, słychać było tylko terkot maszyn do szycia.

W dziale spódnic madame Versadier, brygadzistka, pomagając sobie okularami na długiej rączce, wyczytywała listę najważniejszych na dzisiaj prac.

– Moje panienki, od dziesiątej zaczną przychodzić pierwsze klientki do miary. Suknia numer trzy powinna być gotowa od soboty. Proszę jak najszybciej ją wykończyć – za kilka kwadransów klientka zgłosi się po odbiór.

Madame Versadier wydała jeszcze kilka podobnych dyspozycji, po czym zawołała:

– Firmaine?

Wtedy panna Solange, blisko z Firmaine współpracująca, samotnie jak dotąd trwająca przy swoim stole, odpowiedziała cicho:

– Nieobecna. Nie ma jej, madame Versadier.

Mała Margot oczywiście nie wytrzymała. I chcąc jeszcze bardziej podkreślić nieobecność siostry, wylazła spod jakiegoś stołu, podeszła do przełożonej i potwierdziła na głos:

– No, wie pani, Firmaine nie przyszła dziś rano do pracy, bo muszę pani powiedzieć, że wczoraj w ogóle nie wróciła do domu na noc!

Co też mogło się Firmaine przytrafić? Czy tylko się spóźni, czy też w ogóle dziś do pracy nie przyjdzie?

Wiemy, że dziewczyna, wychodząc od Maurice’a, zdawała się bardzo spieszyć:

– Zmykam, Maurice, do wieczora, pa! – krzyknęła na do widzenia.

I rzeczywiście, zbiegła w pośpiechu na dół i wyszła na avenue de Versailles.

Młoda krawcowa szybkim krokiem skierowała się w stronę podziemnej kolejki. Szła zatem wzdłuż nabrzeża, ale gdy tylko uszła jakieś sto metrów, nie więcej, zwolniła nagle. Przeszła powoli na skraj nabrzeża, tam, skąd lepiej widać było rzekę i to, co się na niej działo. Zdawać się mogło, że zainteresowała się nagle piaskarzami pogłębiającymi koryto Sekwany, napełniającymi podstawione barki rudawym piaskiem, lśniącym od wilgoci – niby rdzawe złoto – w promieniach porannego słońca.

Było ledwie wpół do dziewiątej, ranek był jasny, ciepły, zapowiadał się kolejny piękny dzień. Nad rzeką unosiła się poranna mgiełka, a niezbyt gorące jeszcze o tak wczesnej porze promienie słońca złotymi plamami kładły się radośnie tu i ówdzie, obiecując przechodniom wczesną wiosnę, przy okazji zapowiadając uroki nieodległego lata.

Firmaine zdawała się nigdzie nie spieszyć.

Co i rusz wyjmowała zza gorsetu maleńki, śliczny zegarek z cyzelowanego srebra i sprawdzała czas.

Tak naprawdę ładnej krawcowej z domu mody Henri nie było donikąd śpieszno. Było zupełnie inaczej, niż jak to, jeszcze tak niedawno, przedstawiała swojemu kochankowi, Maurice’owi.