Fantomas. Zagubiony pociąg - Marcel Allain, Pierre Souvestre - ebook
Opis

“Fantomas”, skazany na obieg w nurcie literatury popularnej, szybko stał sie obiektem wręcz uwielbienia w kręgu francuskich surrealistów, a Przygody Mistrza Zła szybko zostały przeniesione na ekran. Pierwsza adaptacja powstała już w roku 1913!

Fantomas, taki jakiego my pamiętamy, to popularna seria filmów z lat 60, w której w postać komisarza Juve – zaprzysięgłego wroga przestępcy – wcielił sie Louis de Funès, i gdzie podwójną rolę Fantomasa-dziennikarza Fandora odtwarzał Jean Marais.

Dzisiejszy czytelnik dostrzeże, w tej być może naiwnej nieco narracji, urok starego, nieistniejącego już Paryża z czasów Belle Epoque, z jego eleganckimi “wyższymi sferami” i równie malowniczym, przestępczym półświatkiem.

(fragment wstępu)

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 501

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

SOUVESTRE & ALLAIN

FANTOMAS

Zagubiony pociąg

Tytuł oryginału:

Le Train perdu

Przekład:

Andrzej Wiśniewski

Projekt polskiej wersji okładki:

Łukasz Pawlak

Redaktor:

Julia Konkołowicz-Pniewska

Copyright © for the Polish edition by Studio EMKA Warszawa 2015

Wszelkie prawa, włącznie z prawem do reprodukcji tekstów w całości lub w części, w jakiejkolwiek formie — zastrzeżone.

Wszelkich informacji udziela: Wydawnictwo Studio EMKA ul. Królowej Aldony 6/2a 03-928 Warszawa tel./fax 22 628 08 38

wydawnictwo@studioemka.com.plwww.studioemka.com.pl

ISBN 978-83-65068-45-3

Skład i łamanie:

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Rozdział IObserwator

Była już ósma wieczór. Nad widocznymi jeszcze z tarasu restauracji Verjus wodami Marny zaczynała unosić się dość gęsta mgiełka, spoza której przebłyskiwały pozapalane światełka na zacumowanych przy brzegu, oczekujących na amatorów wieczornego pływania, łodziach.

Z prawej strony majaczyły zwaliste, niedające rozpoznać, co za sobą kryją, kontury; z lewej, niczym odblask gorejącej łuny odległego pożaru, różowiała linia nieba, za którą znajdowały się, niewidoczne stąd, bulwary Paryża.

W porównaniu z tą podobną łunie poświatą, restauracjaVerjus zdawała się być pogrążona w całkowitym niemal mroku. Wyglądało tak, jakby jedynie na tarasie przed tą nie najlepszą knajpą, w słabym blasku nielicznych lamp, bawiło się z dziesięć może osób. Wesołe towarzystwo, ulokowane przy kolebiących się stołach ucztowało w najlepsze. Rozmawiali głośno, ze śmiechem wzajemnie się przekrzykując, w jednej chwili przechodząc od pełnych przesadnej przyjaźni wylewnych uścisków do namiętnych, zaciekłych kłótni.

W porze popołudniowej było więcej ludzi. Grały skrzypce i akordeon, liczne pary wirowały w rytm paryskich walczyków, słychać było śmiechy i wspólne śpiewy.

Ale pod wieczór zabawa się skończyła, większość gości poszła do domu, nad wodą zapanował spokój. Teraz odgłosy późnej biesiady zdawały się niemal świętokradczo mącić przednocną ciszę.

Prawdę mówiąc, wszelka myśl o niestosowności nazbyt głośnej zabawy była zupełnie obca zapóźnionym balowiczom. Przeciwnie, pijacka wesołość radosnych konsumentów rosła z minuty na minutę.

– Hej, Beaumôme! – zawołał starzec z białą, imponującą długą brodą. Był to nie kto inny jak Bouzille. – Co teraz podeżremy?

Siedzący niedbale naprzeciwko starego Beaumôme, obejmując ramieniem szyję Marie Legall, od jakiegoś czasu swojej kochanki, nagle się wyprostował i spiorunował wiekowego włóczęgę wzrokiem.

– No, no, kolego – powiedział. – Zachowuj się jak należy. To nie do mnie pytanie. Ja tutaj nie mam nic do gadania, na weselu to przecież pan młody rządzi, nie?

Wszyscy się roześmiali, niektórzy zaczęli głośno klaskać, tak że Bouzille z niejakim trudem zapanował nad ogólną wesołością, przywracając przy stołach jaki taki spokój.

– Po pierwsze – oświadczył – jeszcze się nie ożeniłem… No, to może się kiedyś, owszem, wydarzy, ale jak na razie to żaden ze mnie pan młody. A poza tym to nie ja przecież bulę, prawda?

Bouzille jeszcze chciał gadać, ale Toulouche, ta Toulouche, która od dawna chciała, żeby stary Bouzille z nią się ożenił, kazała mu milczeć i sama zaczęła mówić:

– Wszyscy dobrze słyszeli, o czym mówiłeś! Jasne, że nie ty będziesz bulił! No, bo jak niby? Wiadomo, że masz ledwie parę groszy, jakbyś miał jeszcze płacić, musiałbyś ogłosić bankructwo.

Pewnym siebie głosem, Toulouche mówiła dalej:

– Zresztą nie tylko my się mamy żenić… Są jeszcze Oeil-de-Boeuf1 i Bec-de-Gaz2 całkiem zdatni do żeniaczki!

Znowu rozległy się śmiechy, jeszcze głośniejsze niż przedtem, z jeszcze większym entuzjazmem klaskano w ręce i klepano się po udach.

No właśnie! Wszyscy świetnie wiedzieli, że para nieodłącznych przyjaciół, Oeil-de-Boeuf i Bec-de-Gaz, jakiś czas temu zapałała wspólną namiętnością do nadobnej Adeli. Nikt ze stołowników nie wiedział dokładnie, którego z nich tak naprawdę była kochanką, niektórzy podejrzewali, sądząc po tym, co obserwowali, że chyba jednego i drugiego naraz, i że całej tej trójce doskonale pasował ten układ. Ale rzecz jasna, wiadomo też było, że tego typu wyjątkowa komitywa nie miała szans na to, by uwieńczona została związkiem małżeńskim.

Beaumôme podsumował całość jednym lapidarnym zdaniem:

– Każdy gada o chajtaniu się, to jakaś cholerna epidemia… Bouzille ma się żenić z Toulouche, Oeil-de-Boeuf i Bec-de-Gaz z Adelą, jasny gwint! Jest się czego bać! Jak tak na was patrzę, to nabieram ochoty, żeby od razu dać sobie spokój z Marie Legall. Powiem wam, że cholernie boję się zaobrączkowania!

Mówiąc to, jednak obejmował czule Marie Legall, koniuszkami swych wąsów, dobrze już nasączonych wypitym w ciągu całego popołudnia winem, pieszcząc ucho wybranki.

Pora była pogadać o poważniejszych sprawach. Z nieodległej knajpki Verjus, w swej imponującej obfitością kształtów postaci, wytoczył się właściciel przybytku, pan Verjus we własnej osobie.

Był to ostrzyżony krótko na jeża mężczyzna, bardzo otyły, z potrójnym podbródkiem, o szerokim, mocnym barku, muskularnych ramionach, z powodu wydatnego brzuszyska, kroczący kołyszącym się niczym kaczka krokiem.

– No, ruszże się wreszcie! – zawołał Oeil-de-Boeuf. – Chodź tu do nas, nieszczęsny szynkarzu!… Co nam teraz przyniesiesz?

Nieśpiesznie, zresztą nie mogło być inaczej z powodu tuszy restauratora, Verjus podszedł do rozbawionego towarzystwa.

– No jak, kochani klienci? – zaczął. – Opychamy się pychotkami?

Przez całe swe życie Verjus nie zdołał wymyślić lepszego powiedzonka. Był z niego bardzo dumny i powtarzał je przy każdej nadarzającej się okazji.

Jednak „kochani klienci” wcale żartu nie docenili. Niezrażony Verjus tokował dalej:

– Nie jest wam przypadkiem lepiej tutaj, na tarasie? Zamiast siedzieć w sali, nie milej przy wodzie?… No co? Nie miałem racji?

– Zamknij się! – uciął krótko Beaumôme. – Te twoje niby racje to… No wiesz, możesz je sobie wsadzić!

Temat podjęła stara Toulouche, protestując na głos:

– Oj, zapłacisz ty nam za to, zapłacisz… Co? Wszyscy won z knajpy? Na zewnątrz? I posłałeś nas wszystkich nad rzeczkę. Że co? Że niby do kąpieli? Wiedz, mój drogi, że siedzenie przy wodzie jest bardzo niezdrowe! Słyszałeś o reumatyzmie? Pochorujemy się wszyscy od tego twojego pikniku!…

Ale Verjus już starej nie słuchał, wzruszył tylko ramionami i gładko się uśmiechnął, odsłaniając budzące respekt, wspaniałe, godne wilka uzębienie.

– Moja piękna – odpowiedział łagodnie – nie chciałbym cię w niczym urazić, ale trajkoczesz jak katarynka. Nikomu nie uda się mnie wkurzyć, kiedy ja tego nie chcę. W czym problem? Że nie chciałem was w środku? No, bo nie lubię krzyków… No i wystawiłem was na taras. To co? Źle wam?

Zaproponował jednak coś na zgodę:

– A co powiecie na peklowaną wieprzowinkę z kartofelkami?

Adela skrzywiła się:

– Znowu wieprzowina? Nieeee, to niezbyt wykwintne!

Oeil-de-Boeuf, rzecz jasna, pośpieszył jej z pomocą.

– Nie, to powinno być coś delikatnego – powiedział. – Verjus, powinieneś zauważyć, że są wśród nas damy… Daj nam coś odpowiedniego. Nie masz przypadkiem rokforu?

Tak się składało, że Verjus akurat go miał. Odpowiedział więc ochoczo:

– Kochany! Jasne, że mam! I to jeszcze jaki! Marzenie! Tyle w nim robaków, że jedząc go, pomyślicie, że to niezłe mięsko. Spodoba wam się!

Obrócił się na piętach, potoczył do kuchni, skąd niebawem powrócił, niosąc kawał sera w dalece zaawansowanym rozkładzie.

– Proszę! Znawcy na pewno docenią…

Ale Bouzille wcale tak nie uważał.

– W życiu! – prawie krzyknął. – Znawcą to ja jestem, handlowałem kiedyś też i serem, więc się znam. Nie próbuj nawet nam tego czegoś wcisnąć!

Niestety! Nikt, jak się okazało, nie chciał go słuchać. Toulouche uchwyciła ramię szynkarza i zaczęła przyjaźnie je poklepywać.

– A powiedz no, kochanieńki, czemuś to nas nie chciał w środku? Coś tam u ciebie nie gra? Coś się zepsuło?

To mówiąc, stara Toulouche przewracała rozmarzonymi oczyma, starając się być jak najbardziej uwodzicielska.

Być może takie zachowanie było pewną nieostrożnością w związku z obecnością jej odwiecznego narzeczonego, Bouzille’a. Verjus pozostał jednak niewzruszony, jak mawiał sam o sobie, „był z gruntu nieczuły na te sprawy”.

– Nie, nic z tych rzeczy – odpowiedział brzuchaty właściciel przybytku. – Ale! Nie mam zamiaru się tłumaczyć. Po prostu tam byście przeszkadzali. I tyle!

Udzieliwszy tej wyjątkowo enigmatycznej odpowiedzi, Verjus, który rzeczywiście całą kompanię wyprosił z lokalu i usadził ich na tarasie przy rzece, oddalił się z godnością.

Toulouche wsparła się łokciem na chyboczącym się stole i ściszając głos, zaczęła konfidencjonalnie:

– Jeśli chcecie, chłopaki, wiedzieć, co ja o tym myślę, to wam powiem szczerze. Otóż po mojemu jest tak: Verjus coś kombinuje. I to nic dobrego, mówię wam. To, że nie chciał nas u siebie, ma na pewno związek z tym facetem, co siedzi u niego na górze.

I wyciągnęła brodę w kierunku pogrążonej w mroku restauracji. Spoza szyby pomieszczenia na piętrze pobłyskiwało słabe światełko.

– Tam, na górze – ciągnęła stara – siedzi jakiś gość w czarnym. Nie mam pojęcia, kto to taki, ale coś mi się zdaje, że to ktoś z lepszych sfer…

Całkiem już cicho, nachylając się do ucha Beaumôme’a, dodała:

– Albo z policji…

Tymczasem cała kompania, mimo faktu, iż biesiadowali od dobrych paru godzin, zaczęła obficie się raczyć wyjątkowo dojrzałym rokforem.

– Wyśmienity! – powiedziała Adela z pełnymi ustami. – Mnie smakuje, pięknie pachnie, czuję, jak zjeżdża mi do żołądka, wręcz upaja!…

Marie Legall też nie omieszkała pochwalić:

– Całkiem niezły, takich nie jada się w pańskich domach…

Marie Legall, jako że miała za sobą staż pomocy domowej, była przekonana, że zna się dogłębnie na wszelkich obyczajach klasy wyższej, tych, których razem z dwoma kochankami swej koleżanki Adeli, określała mianem „nadzianych”.

Oeil-de-Boeuf i Bec-de-Gaz, pomimo tych zachwytów nad przejrzałym serem, usłyszeli uwagę starej Toulouche.

I kiedy młode kobiety wymieniały pełne pochwał uwagi o serze, para opryszków spoglądała po sobie zaniepokojonym wzrokiem:

– Słyszysz to co ja, Bec? Toulouche gada o policji…

– Tak, stary… Straciłem nawet apetyt!

Beaumôme wstał. Położył rękę na ramieniu Toulouche i nachylił się do ucha starej:

– Jak mówisz? Twoim zdaniem brzydko tu pachnie? Jeśli taki facet jak Verjus nie chce nas gościć u siebie na sali, na pewno ma to związek z jakąś historią… Widziałaś tego typa na piętrze? Jaki on jest?

– Widzieć to nie, ledwie go dostrzegłam…

– A on patrzył na ciebie?

– Wtedy nie, ale teraz się gapi.

Beaumôme się wzdrygnął.

– Teraz? Jak to? Co ty mówisz?

– Mówię, że nas obserwuje…

Toulouche cedziła słowa przez zaciśnięte zęby, nie chcąc dać poznać, o czym mówi, co z kolei zaniepokoiło Bouzille’a.

– A co wy tam tak szepczecie? – powiedział. – Jeśli mam być rogaczem, zanim jeszcze zostanę prawowitym małżonkiem, lepiej żebym już teraz o tym wiedział… Beaumôme, przestań zawracać w głowie mojej narzeczonej.

Bouzille chciał się wmieszać do prowadzonej szeptem rozmowy, ale Beaumôme na to nie pozwolił.

– Zamknij się! – burknął paryski łotrzyk. – Patrz lepiej w swój talerz. I tak nic nie zrozumiesz!

Beaumôme zawołał:

– Oeil-de-Boeuf! Bec-de-Gaz! Słyszycie, co gada stara? Gliny są na górze…

Oeil-de-Boeuf i Bec-de-Gaz doskonale słyszeli rewelacje kobiety.

– Flaki się wywracają! – stwierdził Oeil-de-Boeuf.

Bec-de-Gaz odsunął krzesło, na którym siedział.

– To może lepiej się wynieść?

Ale Beaumôme był człowiekiem, który nie zwykł się wycofywać ze sprawy, zanim nie sprawdzi, o co chodzi.

– Tak, świetny pomysł, żeby dać się przyskrzynić – zadrwił. – Zaraz tylko jakbyśmy przeszli przez most, od razu by nas dorwali… Nie, nie, spokojnie… Ja na to nie idę, najpierw trzeba wiedzieć, w czym rzecz.

Uderzył pięścią w stół i zawołał:

– Verjus! Hej, Verjus!…

Właściciel przybytku pojawił się w progu i oparł o futrynę.

– O co chodzi? Co to za wrzaski o tej porze?

– Chodź no tutaj!

Verjus posłusznie ruszył się z miejsca.

– No i co? – zapytał. – Rokfor smakował? Coś wam jeszcze przynieść?

Ale tym razem wcale nie chodziło o zamówienie.

Całe towarzystwo straciło nagle humor i wszelką ochotę do dalszej zabawy. Zaprawieni w bojach paryscy opryszkowie drżeli i to wcale nie z powodu lekkiego, wieczornego chłodu.

– Verjus, kolego – zaczął Beaumôme. – Postaraj się mówić jasno i nic nie kombinuj. Powiedz nam tylko jedno: dlaczego nie chciałeś, żebyśmy siedzieli w środku. Z powodu tego gościa na górze, tak? Co to za goguś?

Verjus wzruszył tylko ramionami.

– Nie wiem.

– Naprawdę? Nigdy przedtem go nie widziałeś?

– Nigdy.

Zapanowała cisza. Po chwili Beaumôme zadał kolejne pytanie:

– To pies, co? Ktoś, kto nas śledzi?

Verjus nie odpowiedział.

Tym razem emocje biesiadników sięgnęły zenitu. Adela pociągnęła Oeil-de-Boeuf za rękaw.

– Chyba trzeba się wynosić…

Ale Oeil-de-Boeuf się wahał.

– Nie wiem, zrobimy to, co inni – odpowiedział.

Spojrzał na Beaumôme’a i zapytał:

– No to co robimy? Jemy dalej, czy się zbieramy?

Beaumôme, dostrzegłszy porozumiewawcze mrugnięcie okiem starej Toulouche, obrócił się ku karczmarzowi:

– Coś ci powiem ty zakichamy restauratorze, jeśli przypadkiem chodzisz na Quai de l’Horloge3, trzeba było nas o tym uprzedzić. Wiesz, jak byśmy wtedy z tobą pogadali!

W słowach apasza zabrzmiała ewidentna pogróżka, ale Verjus wcale się tym nie przejął.

– Och, daj spokój! – oświadczył gruby restaurator. – Nie trzeba wcale dobierać mi się do skóry!… Po pierwsze, ja nie donoszę. Już ja najmniej chciałbym mieć z tymi panami do czynienia. A po drugie, jeśli chodzi o tego gościa z góry, to już wam mówiłem, że nie mam pojęcia, kto to taki. Przyszedł na krótko przed wami i tak mi powiedział: „Szefie, obsłużysz mnie w salce na piętrze, a tych, co tutaj zaraz przyjdą, ulokujesz w ogródku…” Nic więcej nie wiem.

Versjus zdawał się mówić szczerze. Być może faktycznie nie wiedział niczego więcej ponad to, co mówił, ale już to samo było nadto wymowne.

Sytuację podsumowała wiekowa Toulouche:

– Tak czy inaczej, po mojemu ten tam za firankami, to pies. Cały czas nas podglądał. Teraz jeśli wymkniemy się na prawo, to zgarną nas zaraz za mostem, a jeśli pójdziemy w lewo, to dopadną nas przy wodzie, bo dalej się iść nie da… Jesteśmy ugotowani, ot co!

Toulouche nagle pobladła i szybko objęła Bouzille’a za szyję.

– Tak, mój mężczyzno, mamy pecha, ani chwili spokoju… A dziś wieczór bardzo mi się chciało amorów…

Nikt starej nie słuchał, pewnie tylko Bouzille wzruszył się tą deklaracją.

Każdy drżał, niespodziewane zakończenie miłego jak dotąd wieczoru poruszyło zgoła wszystkich.

Rzeczywiście, sprawa nie wyglądała dobrze. Więcej nawet, jawiła się wszystkim jako tragiczne jakieś fatum. Zebrali się tu, u Verjusa, żeby porządnie się najeść i przy okazji zabawić, a tu się okazuje, że przez cały czas ktoś nie przestawał ich śledzić. Zaiste niemiła sytuacja. Psiakrew! Przecież każdy z nich miał to i owo na sumieniu, każdy miał powody obawiać się kontaktu z policją, nikomu nie zależało na wątpliwej przyjemności goszczenia w nadzwyczaj skromnie urządzonych dla takich jak oni, pomieszczeniach prefektury.

Każdy zgadzał się z Toulouche:

– Fakt, stara ma rację. Wszystkim nam napędziła strachu…

Kiedy minął pierwszy szok, wszechwładna dotąd niepewność ustąpiła, dając miejsce równie powszechnej złości.

– Zróbmy tak – powiedział Beaumôme. – Myślę, że zgodzicie się wszyscy, pójdziemy razem na górę przyjrzeć się z bliska temu facetowi. Postawimy mu kielicha… I jeśli rzeczywiście jest sam, na pewno do domu już nie trafi.

Rzucił jednocześnie wiele mówiące spojrzenie w kierunku przepływającej tuż obok Marny, której lekki plusk dochodził aż tutaj, do restauracyjnego ogródka.

Jeden trup więcej, jeden mniej… Czy to ma w ogóle jakieś znaczenie? Oeil-de-Boeuf, Bec-de-Gaz i Beaumôme na pewno umieli bronić swego, a stara Toulouche, Bouzille, Adela czy Marie Legall z całą pewnością nie mieliby nic przeciwko takiemu akurat obrotowi sprawy.

Verjus jednakże zaniepokoił się nie na żarty:

– Co wy kombinujecie?

– Stul dziub – rozkazał Beaumôme.

Wciąż stojąc, opryszek nalegał:

– To jak? Idziecie?

– Idziemy – odparł Oeil-de-Boeuf. – W końcu musimy przecież wiedzieć, co i jak, nie?

Nagie ostrza zalśniły w blasku latarni – każdy z trójki rzezimieszków wyciągnął z kieszeni nóż. Ruszyli w kierunku budynku, a tuż za nimi, kołysząc się, dreptał ciężko wystraszony Verjus.

– Gdzie wy tak idziecie? – zaczął restaurator.

I nagle przyśpieszył kroku, rozkołysał się cały i po chwili zdołał wyprzedzić całą trójkę. Stanął u wejścia i rozkrzyżował ramiona, jakby nie chciał ich wpuścić do środka.

– Mówiłem wam już, że nie wolno wchodzić…

Ale Beaumôme zmarszczył brew i gniewnie rzekł:

– Z drogi, grubasie! Chcemy tylko się napić z twoim gogusiem!… Tyle chyba nam wolno, nie?

W tym dokładnie momencie rozbrzmiał głos Marie Legall.

– Hej, Beaumôme!…

Beaumôme, rzecz jasna, odwrócił się.

Dostrzegł przed sobą zaiste dziwne przedstawienie: w odległości mniejszej niż dziesięć kroków od niego szedł ku rzece ubrany cały na czarno mężczyzna! Skąd tam się wziął? W jaki sposób zdołał niepostrzeżenie opuścić restaurację? I dokąd naprawdę zmierzał? Tego nie sposób było wiedzieć.

– Cholera! – zaklął Beaumôme. – Teraz to jesteśmy ugotowani naprawdę! Szykuje się obława. Ten facet nie jest sam, ma na pewno koleżków… Już tam na nas czekają!

To mówiąc, uważnie wpatrywał się w twarz Verjusa.

Opryszek był naprawdę w ściekły i właściciel gospody, jakkolwiek przyzwyczajony do często mało eleganckich zachowań swych czasem niedających się lubić klientów, nie umiał powstrzymać drżenia kolan:

– Kiepska sprawa! – zamruczał pod nosem. – Co oni ze mną zrobią, jeśli przypadkiem mają rację?

I już na głos powiedział:

– Beaumôme, stary, trzeba było mówić od razu, żeś pijany! Obława? Jaka obława? Gdzie ty widzisz obławę? U mnie nigdy żadnej obławy nie było i póki żyję, nie będzie! Ten facet w czarnym, to mój gość z góry!

To oświadczenie zdziwiło publikę. Nawet Oeil-de-Boeuf, pomimo niezbyt lotnej inteligencji, osobiście zaprotestował:

– A niby jak ten gościu z góry wyszedł? I teraz nagle paraduje na zewnątrz?

– Przez okno, kochany, przez okno. W czasie, gdy wy tutaj udawaliście mądrali, facet wyszedł przez okno i spuścił się po winorośli porastającej ściany…

To zaskakujące wyjaśnienie jeszcze bardziej zaniepokoiło słuchaczy.

– Odpowiadaj łachudro natychmiast, kto to taki! Albo cię od razu załatwię!

– Nie wiem – odpowiedział po raz kolejny Verjus, który opanował już drżenie kolan i ze spokojem czekał, co dalej.

– Dokąd on idzie?

– No, widzicie przecież, w stronę wody.

Tak w istocie było. Nieznajomy kroczył przez ogród i przeszedłszy obok dam pozostawionych przy stołach pod opieką Bouzille’a, skierował się prosto ku rzece. Tam odwiązał jedną z zacumowanych łodzi, skoczył do środka i niemal natychmiast rozległ się chlupot wody zmąconej uderzeniami wioseł.

– Jasna cholera! – ryknął Beaumôme. – A teraz nam się wymyka! Kurczę, nie trzeba było…

Beaumôme zostawił restauratora i gestem przywołał pozostałych dwóch opryszków.

– Żarty się skończyły, koledzy. Musimy się pospieszyć i sprawdzić, dokąd nasz gość się wybiera…

Sam już zaczynał biec w kierunku nieodległego brzegu. Za nim pośpieszyli pozostali:

– Do łodzi! – rozkazał.

Wśród innych zacumowanych tam barek była też i duża łódź, do której, przerażone myślą, że mogłyby zostać pozostawione samym sobie, wsiadły też i wszystkie kobiety, decydując się na najbardziej niebezpieczne przygody.

– Bierzcie się za wiosła, Oeil-de-Boeuf z koleżką… Naprzód, wiosło nie za głęboko! Tylko pióra w wodzie!

Pogaszono obie latarnie na dziobie i na rufie łodzi i w ciągu kilku zaledwie sekund stara łajba już płynęła w mroku nocy.

Tymczasem mgła, dotąd lekka, zgęstniała nagle, stając się z każdą chwilą coraz mniej przejrzysta, tak że pasażerowie łodzi siedzący przy rufie ledwie dostrzegali tych z przodu. Spokojna Marna toczyła leniwie swe atramentowo-czarne wody, przydając jeszcze minorowego, więcej nawet: katastroficznego nastroju, wioślarzom i załodze.

– Nie ma mowy! – jęczała Marie Legall. – Na pewno się potopimy!

Dobrze wymierzony policzek uciszył jej biadanie.

– Zamknij jadaczkę, do ciężkiej cholery! Musimy śledzić tego typa…

Oeil-de-Boeuf, Bec-de-Gaz i Beaumôme mieli jak na razie tęgie miny. Wcześniej, kiedy zaczęła się cała sprawa, kiedy wybierali się na górę, strach ściskał im gardło. Nie mieli przecież pojęcia, z kim przyjdzie im się zetknąć, kim naprawdę był tajemniczy klient Verjusa, co knuł, jakie miał możliwości… Musiał być kimś ważnym, kimś komu chciało się poświęcać swój czas na szpiegowanie całego towarzystwa, tego przecież nie robi się ot, tak sobie… Nie wiedzieli, czego w istocie chciał, ale przeczucie im mówiło, że sprawa nie mogła być błaha, że nieznajomy na pewno nie znalazł się tam przypadkowo.

– Jeśli okaże się, że to kapuś, wrzucimy go do wody – szepnął Oeil-de-Boeuf.

– Jasne, że tak! – przytaknął Beaumôme. I dodał: – Mocniej naciskać na wiosła! Szybciej!

W gęstej mgle łódź posuwała się naprzód niejako po omacku. Nic nie było widać na odległość dalszą niż wyciągnięta ręka: opryszkowie mogli kierować się jedynie odgłosem plusku wioseł ściganego przeciwnika, który, jak się zdawało, chciał się wymknąć, wiosłując z trudem pod prąd.

– Ster na prawo!

– Nie, bardziej w lewo…

– W prawo, cholera jasna!…

Kłócili się po cichu, nie bardzo wiedząc, w którą stronę się zwrócić.

– Jeśli jesteśmy blisko brzegu, to na pewno damy się złapać! – wydyszał zmęczony Beaumôme, z czołem obficie zroszonym wysiłkiem. Założę się, że tam na brzegu aż się roi od glin!

Wszyscy mieli powody, żeby obawiać się policji. Kobiety ucichły, mężczyźni przy wiosłach jęknęli boleśnie, jedynie stary Bouzille, klęczący pośrodku łodzi, wystawiwszy ręce na zewnątrz, zabawiał się chłodzeniem dłoni zimną wodą, zachowując przy okazji, jako jedyny z całego towarzystwa, zimną krew.

– Naprzód! Naprzód, szybciej!…

W tej samej chwili, kiedy Beaumôme wydawał to polecenie, w nocnej ciszy rozległ się nieznoszący sprzeciwu, pewny siebie głos:

– Spokojnie, moje dzieci… Skierujcie się nieco na prawo!… Nieście wiosła, o tak, stop!

Jednocześnie, w odległości mniejszej niż trzy metry od łodzi zajmowanej przez paryskich rzezimieszków, na pogrążonej w mroku nocy, pogłębionej dodatkowo gęstą mgłą, rzece ukazała się inna łódź, wyłaniając się niejako z samego dna, niczym jakaś wizja nie z tego świata.

W niesamowitej łodzi stał człowiek, ubrany na czarno, ze skrzyżowanymi na piersiach rękoma, wpatrując się spokojnie w płynących za nim prześladowców.

W pierwszej chwili, zmrożeni strachem opryszkowie, nie mogli dojrzeć jego twarzy.

– Dobry Boże! – Beaumôme wydał głuchy krzyk. – To już koniec! Już nas mają… To ten facet!

Ani on, ani Oeil-de-Boeuf czy Bec-de-Gaz przez moment nie pomyśleli o stawieniu najmniejszego chociaż oporu.

Łódź paryskich apaszów posunęła się jeszcze parę metrów do przodu i otarła się w końcu o czółno nieznajomego w czerni, którego sylwetka stawała się z każdą chwilą coraz wyraźniejsza. Można było wreszcie zobaczyć jego twarz. No, może nie całkiem – twarz bowiem skrywała równie czarna, jak reszta stroju, maska.

Tym samym głosem, głosem, w którym wciąż jeszcze pobrzmiewał strach, ale w którym dawała już się słyszeć pewnego rodzaju nadzieja, tym razem wszyscy naraz wykrzyknęli dobrze sobie znane imię, imię przyjaciela, imię tragiczne, imię wieszczące zbrodnię i budzące grozę!

– Fantomas!

Rozdział IIW drogiej restauracji

Fantomas! Jednym głosem, w tej samej tonacji, zgodnym chórem, całe to mocno podejrzane towarzystwo, które jeszcze tak niedawno balowało u Verjusa, wykrzyknęło to budzące grozę u porządnych obywateli imię. Ale w ustach wymawiających to słowo opryszków dała się słyszeć ulga i radość, a nawet szczęście!

Od pewnego czasu naprawdę się obawiali, że policja przyszykowała na nich obławę, czuli, że są śledzeni, że bacznie ich obserwują inspektorzy Sûreté4. Teraz wszyscy mieli powody, żeby odetchnąć z ulgą, uspokoili się, widząc, że ten, który napędził wszystkim takiego stracha, to nikt inny jak tylko Fantomas, ich ukochany Mistrz, a także przyjaciel!

Krzyki, którymi powitali niespodziewane pojawienie się złoczyńcy, niosły się daleko po wodach Marny, aż het, do odległego drugiego brzegu.

Kiedy Oeil-de-Boeuf, Bec-de-Gaz i Beaumôme wstawali z miejsc, Fantomas, zniecierpliwiony tym nadmiarem entuzjazmu, wciąż stojąc w swojej łodzi, wzruszył tylko ramionami.

– Spokój! – rozkazał na początek. – Myślicie, że to naprawdę konieczne, aby wszyscy okoliczni mieszkańcy wiedzieli, że tu jestem?… Prawdę mówiąc, widzę, że wcale nie zmądrzeliście, że wciąż, jak zawsze, jesteście aż tak głupi!

To brutalne w swojej wymowie przywitanie w niczym nie przeszkodziło opryszkom. Przeciwnie, trójka kryminalistów z nabożną czcią wpatrywała się w Mistrza.

– Mój Boże, szefie! – odpowiedział zachwycony Beaumôme. – Muszę przyznać, żeś napędził nam niezłego stracha. Wszyscy mieliśmy miękkie kolana. Nie ma co gadać! To ty tam byłeś na górze? U Verjusa? I to przez ciebie nie mogliśmy jeść w środku!

– Spokój! – powtórzył Fantomas.

Przez chwilę milczał, po czym wydał polecenie:

– Ustawcie łódź koło mojej, zamknijcie się wreszcie i posłuchajcie. Nie jestem tutaj, aby odpowiadać na wasze pytania, a co za tym idzie…

Mówił spokojnym, nieznoszącym sprzeciwu głosem, jasno, klarownie, bez zbędnych przymiotników, jak człowiek nawykły do tego, aby najdrobniejsze jego rozkazy wykonywane były natychmiast.

– Szefie – zaczął Bouzille – który jak dotąd nie powiedział ani słowa. – Wcale nie chcemy zadawać ci pytań, to oczywiste! Ale mimo wszystko chcielibyśmy wiedzieć, skąd się tu wziąłeś? Jak to się stało, żeśmy się teraz spotkali?

– Bouzille – zamknij się.

Jednym gestem Fantomas uspokoił starego włóczęgę, po czym usiadł na ławce i tak manewrował wiosłami, że obie łodzie dotknęły się burtami.

– Wszystkie kobiety na tył – rozkazał. – Ty, Beaumôme i ty, Oeil-de-Boeuf i ty, Bec-de-Gaz, przejdźcie na dziób, muszę z wami pogadać.

Uśmiechając się znacząco, Fantomas wyciągnął z kieszeni rewolwer i położył go na swoich kolanach. Już miał zamiar kontynuować przemowę, kiedy Bouzille znowu się wtrącił:

– A ja, Fantomas, gdzie mam iść? Przecież nie jestem kobietą, a wcale nie wołasz mnie do siebie…

Fantomas wzruszył tylko ramionami:

– Przyjaciele – zaczął.

Ale znowu mu przerwano. Tym razem to stara Toulouche nie wytrzymała:

– Posłuchaj, Fantomas – mówiła stara paserka. – To co robisz, wcale nie jest miłe… Ja mam iść na tył? To znaczy, że nie masz już do mnie zaufania?

To słysząc, Fantomas tylko uśmiechnął się lekko:

– Dobrze, Toulouche. Możesz zostać z przodu, jak chcesz.

Po czym oparł się ramieniem o burtę i powiódł zimnym, metalicznym wzrokiem po słuchających go z namaszczeniem opryszkach. Wolno i wyraźnie, Mistrz Zbrodni zapytał:

– Pierwsza rzecz: co wiecie? Co myślicie?

Pytanie było proste, jednakże zaskoczyło bandę:

– O co dokładnie ci chodzi? – chciał wiedzieć Beaumôme. – Co niby mamy wiedzieć? Prosimy jaśniej…

Złoczyńca znowu wzruszył ramionami, a usta wykrzywił grymas pogardy.

– Niech będzie, powiem jaśniej! Jak myślicie, co się ze mną działo? Co robiłem ostatnio, po tym jak po raz ostatni pracowaliśmy razem?

Pierwszy Oeil-de-Boeuf wyrwał się z odpowiedzią:

– Och, to nic trudnego… – zaczął apasz. W jego głosie niezaprzeczalnie dała się wyczuć drwina. – Do diabła! Wuj Baraban miał z tobą problemy, próbowałeś podprowadzić mu kasę, pisali o tym we wszystkich gazetach. No i wyszło na to, że dałeś się wrobić, że cię wykiwali. Juve był górą i cię przymknął!

Z warg Fantomasa wypłynęło jedno krótkie, tnące jak bicz, zdanie:

– Jesteś ostatnim kretynem, Oeil-de-Boeuf, patentowanym idiotą!

Fantomas odwrócił się ku Beaumôme:

– A ty? Co o tym myślałeś?

– Ja?… Nic – przyznał Beaumôme. – A jeśli już, to myślałem tak jak Oeil-de-Boeuf, że dałeś się wyrolować. Tak rzeczywiście było? Numer nie wypalił?

– Drugi imbecyl! – żachnął się Fantomas.

Spojrzał w końcu na Bec-de-Gaz i znowu zapytał:

– A ty? Co o tym wszystkim sądzisz?

Bec-de-Gaz cały się trząsł.

– Ja nic już nie sądzę, szefie… Chciałbym tylko wiedzieć, po co trzymasz na kolanach tę zabawkę? Jak widzę takie coś w twoich rękach, to wcale mi się to nie podoba…

Tym razem Fantomas się uśmiechnął.

– Kretyn i tchórz na dodatek! – powiedział. – No nie, Bec-de-Gaz, jesteś taki sam jak twoi kompani!

To mówiąc, podniósł się nieco, wyciągnął rękę i klepną matkę Toulouche po ramieniu.

– No, to ty teraz powiedz, co myślisz?

Wiekowa Toulouche nie wahała się ani przez chwilę:

– Ja – zaczęła stara megiera – niewiele z tej całej historii zrozumiałam, myślę sobie jednak, że chyba nie wszystko jeszcze skończone; w końcu jesteś na wolności, nikt cię nie zatrzymał, czyli możesz się zemścić, ot co!

– Toulouche, naprawdę, masz więcej oleju w głowie niż ci wszyscy idioci razem wzięci!

Fantomas wstał. Cofnął się na tył swojej łodzi i władczym gestem nakazał wszystkim ciszę:

– Spokój! Gdzie jesteśmy?

– Dryfujemy z prądem rzeki – zauważył Bouzille. – A jako że rzeki zwykle wpadają do morza…

Bouzille nie dokończył swej błyskotliwej kwestii; Fantomas zareagował od razu:

– Dość! – rozkazał i zaczął z innej beczki. – Przyjaciele, przybyłem, aby się z wami spotkać i dać wam nowe zajęcie.

To sensacyjne oświadczenie poruszyło naturalnie całą kompanię, rozbudzając największe emocje.

Fantomas mówił dalej, zdając się nie zważać na powszechny entuzjazm, jakie budziły jego słowa:

– Winien wam jestem pewne wyjaśnienia… Zanim zajmiemy się przyszłością, musicie zrozumieć, co naprawdę się wydarzyło w przeszłości. Zatem, co tak naprawdę wiecie o sprawie wuja Barabana?

Beaumôme, któremu zależało na poprawie swego mocno nadszarpniętego wizerunku, pierwszy pospieszył z odpowiedzią:

– Wiemy, Fantomas, że komisarz Juve znajduje się teraz w pobliżu Bordeaux i że przyskrzynił Ricardów. Przynajmniej tak mówią.

W czasie, gdy apasz odpowiadał, Fantomas wyciągnął z kieszeni zegarek.

– Jest już północ – powiedział. – Jeszcze cztery razy po dwadzieścia cztery godziny i Juve będzie martwy, a Ricardowie uwolnieni.

Mówił ze zwykłą sobie pewnością w głosie, słuchające go towarzystwo zamarło w ciszy, wsłuchując się w rewelacje Mistrza.

Ach tak! Ale co chciał przez to powiedzieć ich ukochany Fantomas? Co też takiego, jaką machinację wykombinował tym razem?

Mistrz Zbrodni przerwał te rozważania:

– Juve rzeczywiście jest koło Bordeaux – powiedział. – I prawdą też jest, że ma u siebie Ricardów…

Następnie, zmieniając ton, dodał z tryumfem w głosie:

– Ale jeśli jest tam, gdzie jest, to tylko dlatego, że ja tak chciałem! I, nieszczęśni moi kmiotkowie, jeśli ma Ricardów, to też tylko dlatego, że ich tam wysłałem, w pobliże Juve’a… Chcecie, abym wam wyjaśnił, jak zorganizowałem zatrzymanie Ricardów? Czyż muszę wam ciągle powtarzać, że w interesujących mnie sprawach nic, ale to absolutnie nic, nie dzieje się bez mojego rozkazu czy choćby przyzwolenia? Juve uwięził Ricardów! Ach, dobre sobie! Ricardowie dali się uwięzić tylko dlatego, że tak im nakazałem. Nikt z was nie był w stanie tak o tym pomyśleć!

Fantomas roześmiał się szczerze; skonfundowani opryszkowie spoglądali niepewnie po sobie.

Czy rzeczywiście tak było, jak twierdził Fantomas? Czy naprawdę, aresztując Ricardów, komisarz Juve wpadł w pułapkę zastawioną przez wroga publicznego numer jeden? Inteligentny policjant, zdemaskowawszy fałszywego wuja Barabana, miałby dać się złapać w pułapkę zastawioną przez Mistrza Zbrodni?

Bec-de-Gaz zapytał nieśmiało:

– Jak, szefie? Co teraz z Juve’em?

Fantomas wzruszył ramionami:

– Juve jest już skazany na śmierć – powiedział cicho. – Już dawno to postanowiłem. Przygotowuję się tylko, aby w końcu bez przeszkód wykonać wyrok.

I powoli, bardzo powoli, niskim głosem, złowieszczo zaiste brzmiącym w tej ciszy nocy, na skrytej gęstą mgłą rzece, Fantomas wycedził następujące, pełne tragizmu słowa:

– Juve jest w Bordeaux dlatego, że ja chciałem, aby do Bordeaux właśnie pojechał, aresztował Ricardów dlatego, że takie było moje życzenie, a teraz umrze, bo chcę, aby umarł!

Następnie, zmieniając ton, wybuchnął sardonicznym śmiechem, a lodowate jego akcenty zmroziły słuchających.

– Ale nie to jest najważniejsze – kontynuował. – Śmierć Juve’a to drobnostka. W sumie to moja prywatna sprawa, tylko mnie interesująca… Przyjaciele, dość już o tym. Teraz pomówmy o robocie dla was.

Fantomas zamilkł na chwilę, po czym podjął znowu:

– Mogę wam powiedzieć, że poleje się krew, ale w zamian obiecuję złoto…

W chwili, gdy to powiedział, obiema łodziami nagle wstrząsnęło.

Od momentu, w którym Fantomas ukazał się apaszom, obie łodzie dryfowały swobodnie. W pewnej chwili w mroku zarysowały się zamazane kontury mostu. Budzący grozę wioślarze zbyt późno zauważyli przeszkodę i sterując niezbyt uważnie, uderzyli w jeden z masywnych filarów na tyle mocno, że dość poważnie uszkodzili dziób jednej z łodzi.

– Zginiemy! – krzyknął Bec-de-Gaz.

– Cholera jasna! – klął Oeil-de-Boeuf.

W ciemnościach rozbrzmiał plusk, a potem podwójny głuchy dźwięk.

Pasażerowie łodzi w popłochu zaczęli rozglądać się wokół:

– Na pomoc! – krzyknął Bouzille.

– Wiosłuj, jasny gwint, wiosłuj! – wrzasnął z kolei Beaumôme.

Ruch wiosłem uratował niebezpiecznie przechylającą się łódź. Kobiety, Adela, Marie Legall i Toulouche, nie mogły nadziwić się swemu szczęściu, że tak łatwo im się udało wybrnąć z niebezpiecznej sytuacji. Rzeczywiście: łódź, wyminąwszy most, płynęła w miarę spokojnie dalej.

– Psiakrew, miałem pietra – skwitował zajście Beaumôme.

To mówiąc, opryszek rozglądał się wokół:

– Fantomas… – zaczął.

Ale w tym momencie przerwał:

– A to dopiero! Cholera jasna, gdzie jest Fantomas?!

Na wodzie zdawała się pozostawać już jedna tylko łódź, ta, w której płynęli. Druga, z Fantomasem, gdzieś przepadła.

Beaumôme nie przestawał się dziwić, co też mogło się stać z ich mistrzem, kiedy znowu rozległy się krzyki.

– Bec-de-Gaz! – wołała Adela.

– Oeil-de-Boeuf! – wrzeszczała jak opętana stara Toulouche.

Obu opryszków nie było na pokładzie.

– Do stu diabłów! – zaklął ponownie Beaumôme. – Faktycznie, słyszałem, jak coś wpadało do wody! Wykończą się tam, trzeba ich znaleźć i wyciągnąć!

Rzucił się do wioseł, Bouzille sterował na rufie.

Krucha łódź mozolnie, na ślepo niemal, płynęła pod prąd, docierając po chwili z powrotem w pobliże fatalnego filaru. Kobiety tymczasem trzęsły się z przerażenia.

– Hej!… Hej!… – darł się Beaumôme.

Ale nikt nie odpowiadał na jego wołanie.

Wokół panowała głęboka, nieprzejrzana, mroczna cisza. Marna tymczasem, niewzruszona, dalej spokojnie toczyła swe okryte kołdrą gęstej mgły wody…

– Hop! Hop! – zawołał znowu Beaumôme.

Zdało mu się, że w oddali odpowiedziało mu lekkie echo.

– Psiakrew! – nie przestawał rzucać przekleństw opryszek. – Fantomas, Oeil-de-Boeuf i Bec-de-Gaz się potopili! Do ciężkiej cholery! Zwariować można!

Łódź po omacku, na ślepo, gdzieś tam płynęła przed siebie.

Beaumôme potarł zapałkę i zapalił latarnię.

– Może nas teraz zobaczą… O ile jeszcze gdzieś tu pływają… – rzekł bez przekonania.

Kiedy lampa rozbłysła i czerwonym światłem zalała dno łodzi, Toulouche, nie przestająca się wciąż trząść z przerażenia, wyciągnęła przed siebie drżącą rękę i krzyknęła:

– Tam! Tam! Zobaczcie, tam coś jest! List!

Stara paserka nie myliła się. Wbity w burtę łodzi sztylet przygważdżał białą kopertę…

Beaumôme złapał za rękojeść, wyciągnął i wziął list do ręki. Rozłożył papier, przybliżył do czerwonego światła latarni i zaczął czytać lekko trzęsącym się głosem:

Oeil-de-Boeuf i Bec-de-Gaz jadą ze mną, będą mi potrzebni. Codziennie, o ósmej wieczorem macie być w restauracji Verjusa – wkrótce otrzymacie dalsze polecenia. Powtarzam: obiecuję wam krew, ale przyrzekam też i złoto.

Beaumôme potrząsał niezwykłym listem.

– Podpisane: „Fantomas”! – krzyczał rozentuzjazmowany. – To Fantomas zepchnął naszą łódź na filar mostu! To on uprowadził naszych chłopaków. I to tak szybko, że nie zdążyli nawet jęknąć! I w dodatku przyrzeka nam krew i złoto… Ach, doprawdy! Co za facet! Jasny gwint, niech żyje Fantomas!

Kobiety i Bouzille jednym głosem, jak echo, powtórzyli:

– Niech żyje Fantomas!

Ten niewieszczący niczego dobrego radosny okrzyk podejrzanego towarzystwa rozległ się w ciszy nocy, odbijając się odległym echem.

Następnego dnia, o siódmej trzydzieści wieczorem, z luksusowej taksówki, która przystanęła przed wejściem do eleganckiego lokalu przy rue Royale, znanego śmietance towarzyskiej Paryża pod nazwą Scott S Restaurant, wysiadło dwóch mężczyzn odzianych wykwintnie, z wyszukanym smakiem, w nienagannie skrojone czarne garnitury.

– Przyjacielu – powiedział cicho jeden z nich, nachylając się do ucha drugiego. Pamiętaj – co mówił właściciel restauracji: zdaje się, że to warte jest piętnastu sou napiwku!…

Drugi osobnik zmierzył towarzysza pogardliwym spojrzeniem.

– Znam się na obyczajach, mój drogi – ripostował, wysiadając z pojazdu. Wsparł się na ramieniu nisko kłaniającego się lokajczyka w liberii, który w tym właśnie celu przybiegł z restauracji. – Wiem, co się robi – powtórzył. – Przypomnij sobie lepiej, jak zadziwiłem wszystkich gości w Maison d’Or.

To mówiąc, osobnik wysiadł w końcu z samochodu, zapłacił kierowcy, z pewnością hojnie, gdyż ten długo dziękował, dobierając starannie słowa, następnie wręczył napiwek lokajczykowi i ująwszy kolegę pod ramię skierował się ku restauracji.

– Jak już będziemy w środku – zaczął wydawać zalecenia, poprawiając nerwowym gestem swój wytworny, atłasowy cylinder, zgodnie z aktualną modą nasunięty na tył głowy – to wtedy, mój stary, staraj się nie kłapać za dużo dziobem, tylko od razu przechodź do rzeczy. Szef mówił, że jeden z nich to Anglik, drugi to facet z Austrii. Mają być jeszcze Argentyńczycy i w ogóle goście z wyższych sfer, rozumiesz? Ten ciekawy osobnik – mówił cicho. Jego towarzysz odpowiadał mu równie ściszonym tonem:

– Co się tak przejmujesz, stary? Wiadomo, idziemy tam, żeby go znaleźć. I nie będzie z tym problemu, bo przecież mamy zdjęcie, wiemy, jak nasz koleś wygląda!

Trzymając się wzajemnie pod ramię, dwaj eleganccy panowie przekroczyli progi wytwornego lokalu, wkroczyli do wielkiego holu i nie zważając na uwijających się wokół nich chłopców w liberii, wymienili między sobą porozumiewawcze spojrzenia, świadczące o tym, że wnętrze lokalu zrobiło na obu jednakowo wielkie wrażenie.

– Kochany, tu aż u kapie od przepychu!

– A jak wszystko lśni!

Zdawali się obaj rozpływać w zachwytach nad przepychem widniejącej w głębi głównej, obszernej sali i równie wielkiej, luksusowej, wspaniale oświetlonej, przy tym modnej, paryskiej restauracji.

Tymczasem przybiegł maître d’hôtel:

– Panowie byli łaskawi zamówić stolik?

– Nie! Najczęściej…

Wtem nagle, osobnik, który zaczął odpowiadać szefowi sali, zagryzł wargi:

– To znaczy – przybrał bardziej adekwatny ton, żeby wyrazić się jaśniej – nie telefonowaliśmy.

To mówiąc, zezował na swego kolegę, w sposób widoczny zaniepokojonego wystąpieniem towarzysza.

Uznał, że musi mu przyjść z pomocą.

– Proszę nas zaprowadzić tam, gdzie jest wesoło, gdzie można robić sobie ja… To znaczy pośmiać się trochę!

Maître d’hôtel, przyzwyczajony do dziwnych nieco zachowań bogatych snobów, wiedząc dobrze, że goście, mimo zarezerwowanego konkretnego stolika, rzadko kiedy tam akurat chcą usiąść, starał się usłużyć obu klientom, myśląc o wszystkim, tylko nie o tym, by przysłuchiwać się temu, co mówią:

– Panowie wolą udać się do małego czy też może do dużego salonu?

Pierwszy z osobników uprzedził kolegę:

– Siądziemy sobie w tym drugim – odpowiedział.

Nie miał oczywiście zielonego pojęcia czy sala, przez którą akurat przechodzili nosiła miano małego czy też, być może, dużego salonu.

Podążając za szefem sali, obaj klienci mijali kolejne stoły, ze starego przyzwyczajenia trzymając ręce w kieszeniach i szurając nogami po wyfroterowanym do połysku parkiecie. Przy okazji z ciekawością przyglądali się, co też dobrego jedzą wytworni klienci szykownej restauracji.

– Dziczyzny tu nie znajdziesz… – skomentował jeden.

– Poczekaj, zobaczymy, co będzie w drugiej sali – odparł drugi.

Istotnie, poprzedzani przez prowadzącego ich maître d’hôtel, przeszli do następnego pomieszczenia; tym razem jednak, ledwie znaleźli się w drugiej jadalni, ich wcześniejsze wahanie ustąpiło zwykłej im pewności siebie.

– Hej! Panie starszy! – jeden z nowych klientów w te słowa zwrócił się do szefa sali, którego wyjątkowo poruszyło to mało wyszukane zawołanie. – Siądziemy sobie, o tam! W kąciku.

Obaj ulokowali się przy rzeczonym stoliku, pięknie ustrojonym w oczekiwaniu na nieco bardziej okrzesanych gości. Usadowiwszy się, spojrzeli kątem oka na kartę dań i jeden z nietypowych klientów, bardziej widać śmiały, zblazowanym tonem zakomenderował:

– Przynieś nam pan coś dobrego, coś… hmmm… szykownego. Nie ma co zaglądać w kartę, to zbyt nudne! Zdajemy się na pański gust…

W tejże chwili uprzejmy maître d’hôtel skłonił się nisko:

– Czy szanowni panowie zechcą zapoznać się z kartą win?

Obaj koledzy, słysząc pytanie, wymienili ze sobą pełne zakłopotania spojrzenia.

– Woda mineralna Vichy – zażądali zgodnie.

Maître d’hôtel skłonił się jeszcze niżej. Ci dwaj, pomyślał, wyglądają co prawda na wystrojonych tylko prostaków, ale ich dezynwoltura i tupet dowodzą, iż muszą być w istocie jakimiś bogatymi kupcami… No, chyba, że to jacyś rzeczywiście prości ludzie, którym udało się wygrać na wyścigach.

Szef sali obrócił się na pięcie, dumny z okazanych mu dowodów zaufania w jego niezwyczajny gust, gestem przywołał do siebie krążących po sali kelnerów we frakach:

– Wy dwaj będziecie obsługiwać tamten stolik – polecił. – Podacie na początek przystawki, następnie homara po amerykańsku, kanapki z przepiórkami, grasicę cielęcą ze szczawiem, sery, deser…

Po chwili dodał jeszcze:

– Rachunek ma być odpowiednio słony, mamy do czynienia z wyjątkowo wygłodniałymi klientami, nie trzeba niczego żałować…

Roześmiał się sam do siebie i poszedł w stronę innych gości.

Tymczasem, kiedy maître d’hôtel Scott S Restaurant zastanawiał się, kim są w istocie ci dwaj nietypowi klienci, obaj szykowni panowie wymieniali porozumiewawcze, pełne satysfakcji, spojrzenia:

– No i co powiesz, kochany? – powiedział pierwszy. – Umie się rozmawiać z kelnerami, nie?

Współbiesiadnik cicho odpowiedział:

– Dobra, dobra, Oeil-de-Boeuf, nie udawaj takiego cwaniaka! Musisz główkować, takie masz zadanie. Fantomas powiedział ci co i jak masz robić. Miałeś gadane, fakt. Trajkotałeś jak papuga.

Na co Oeil-de-Boeuf, gdyż był to rzeczywiście Oeil-de-Boeuf, odparł:

– Bec-de-Gaz, rozczarowujesz mnie. W wielkim świecie, gdybym tylko chciał, świetnie bym sobie poradził sam, nie potrzebne mi niczyje nauki. A o Fantomasie to ci powiem tyle, że to wcale niefajne, co zrobił, że wysłał nas tutaj, zabraniając jednocześnie, byśmy łyknęli cokolwiek, pozwalając nam tylko na wodę Vichy. Jak się wydaje, boi się, żebyśmy się przypadkiem nie upili!

Oeil-de-Boeuf mówił to z wielkim żalem w głosie, tym większym, że kiedy rozglądał się po sali, widział na sąsiednich stołach pięknych kształtów butelki z jeszcze piękniejszymi etykietkami, spoczywające wytwornie w niewielkich wiklinowych koszykach, mimo woli przyciągające wzrok nieszczęśliwego apasza.

Fantomas nie posłał tej dwójki do Scott S Restaurant z myślą o postawieniu im drogiej kolacji.

Oeil-de-Boeuf i Bec-de-Gaz zostali wyposażeni w ścisłe instrukcje. Precyzyjne, bardzo surowe i wyjątkowo klarowne.

Bec-de-Gaz przypomniał o tym swemu druhowi:

– Nie tylko to, stary – mówił, sięgając jednocześnie palcami po równiutko rozłożone na talerzu z przystawkami krążki kiełbasy. – To nie tylko to, mamy jeszcze urobić tych ludzi… O, zobacz, już idą!

Bec-de-Gaz wskazał nadchodzących skinieniem głowy. Istotnie, między stolikami szła trójka młodych mężczyzn, za którymi podążały dwie równie młode, wystrojone z niezaprzeczalną elegancją kobiety.

– Mieliśmy farta – kontynuował Bec-de-Gaz. – Zobacz, ledwieśmy się tu przytaszczyli, ci gogusie już tu są! I na dodatek zamówili stolik w tym samym kącie co my! Teraz się zamknij, zaczynamy przedstawienie!

Oeil-de-Boeuf przytaknął:

– Wsuwajmy po cichu co mamy, cicho siedźmy i nastawiajmy uszu!

Ani jeden, ani drugi nie mieli się odzywać.

Przy sąsiednim stole, ustawionym w pobliżu stolika naszych dwóch opryszków, sadowiło się nowe towarzystwo.

– Mio caro! Zechcesz usiąść między nami i przewodniczyć?

– Ależ nigdy w życiu, moja ślicznotko…

– A czemuż to, mój drogi?

– Bowiem przewodniczenie tylko tobie jedynej się należy.

Nowo przybyli nie przestawali wymieniać się uprzejmościami, panie z gracją zajmowały miejsca, panowie starali się jak najlepiej damom usłużyć. Całej tej przedłużającej się scence, z dyskretnej odległości przyglądali się kelnerzy, czekający na znak, by podejść i przyjąć zamówienie.

Minęło kilka chwil i wszystkie miejsca przy stole zostały w końcu zajęte.

Siedząca na welurowej kanapce bardzo ciemna brunetka z gracją odrzuciła za siebie długi, jedwabny szal.

Po swojej prawej ręce miała młodego człowieka o twarzy, na której nie widać było śladu zarostu, za to pokrytej grubą warstwą pudru. Na palcach obu jego rąk lśniły liczne pierścienie. Z kolei po jego prawej stronie siedziała drobnej postury młoda, bardzo jasna blondynka, z gładko zaczesanymi włosami i najpiękniejszymi oczyma w świecie.

Po drugiej stronie stołu, naprzeciw opisanej trójki, siedziało na krzesłach dwóch innych młodych panów, jeden z nich o jasnoblond fryzurze, drugi z twarzą o oliwkowej cerze, z wypomadowanymi włosami oraz z niedającą się nie zauważyć, fioletowego koloru chusteczką, z fasonem, aczkolwiek nieco pretensjonalnie, wystającą z lewego mankietu koszuli.

Całe towarzystwo długo, z namaszczeniem studiowało kartę dań, następnie złożyło zamówienie, po czym, napełniwszy kieliszki trunkiem, wznowiło konwersację.

– Dobry Boże! – powiedziała jedna z pań. – Kiedy się pomyśli, że są ludzie uważający, że życie jest nudne… Można popaść w istną depresję! Czyż ci ludzie nie wiedzą, co to dobre wino?

Wszyscy roześmieli się szczerze, następnie młody człowiek, zdający się być najważniejszą osobą w grupie, gdyż jego właśnie obarczono funkcją „przewodniczącego” spotkania, poczynił uwagę głosem, w którym dawał się wyczuć lekki obcy akcent:

– Do kroćset! Absolutnie się z panią zgadzam, moja droga, z kieliszkiem wyśmienitego wina w ręce nie sposób nie cieszyć się życiem!

– A kiedy w kieliszku nie ma już wina?

– Mój drogi, powiem tak: kiedy mój kieliszek jest pusty, napełniam go ponownie, a kiedy znowu jest pusty, wówczas nie próżnuję i znowu chwytam za butelkę.

Znowu się roześmieli, a po chwili młody blondyn o mocno brytyjskim akcencie, zapytał:

– Naprawdę? Jest pan aż takim smakoszem win? Zatem niewesołą rzeczą dla pana będzie przyjazd do mojej smutnej Anglii!

– Co jest dla mnie o wiele smutniejsze – odparł indagowany młodzieniec – będę musiał rozstać się z pewną uwielbianą przeze mnie ślicznotką.

I rzucił pełne żaru spojrzenie w stronę siedzącej obok niego blondynki.

– Może książę Vladimir – dziewczę zwróciło się do sąsiada – mógłby coś w tej sprawie zrobić? Proszę mnie zabrać z sobą.

– Dokąd to? Do Londynu?

– Oczywiście.

Młodzian, przed chwilą nazwany „księciem Vladimirem”, podniósł się z miejsca, trzymając w dłoni wypełniony po brzegi kieliszek z winem, lekko pannie się skłonił i rzekł:

– Wznoszę toast za powodzenie tego doskonałego pomysłu. Oczywiście, że panią zabiorę, jeśli tylko pani tego zechce. Co o tym pan myśli, panie Harrysson?

Młody blondyn, niewątpliwie Anglik, uśmiechnął się:

– Doprawdy, sam nie wiem, czy rzecz taka jest w ogóle możliwa… Jesteśmy swego rodzaju ambasadorami i mamy, książę Vladimirze, pewną misję do spełnienia, dodam, że tajną…

Miał zamiar mówić dalej, ale siedzący obok mu na to nie pozwolił.

– Tak jest w istocie? Czy to ma znaczyć, że obaj, Harrysson i Vladimir, porzucacie uciechy Paryża, aby zająć się wypełnieniem chwalebnej misji stanu? O co w tym wszystkim chodzi?

W tym momencie książę Vladimir zmarszczył brew.

– Chodzi o odrobienie pańszczyzny – zwierzył się. – Pańszczyzny, dzięki której jeszcze bardziej mi ciąży świadomość bycia kuzynem Fryderyka-Christiana II, króla Hesji-Weimaru.

Powiedział to tak ponurym tonem, że jego piękna sąsiadka nie wytrzymała i klepnąwszy go w ramię, zaśmiała się serdecznie:

– A to ci dopiero! Skarży się pan? Na to, że jest królewskim kuzynem? Ależ to jest coś! Móc na swojej wizytówce napisać książę Vladimir… Toż to czysta przyjemność!

– Nie, pani, to raczej nudne – zaripostował młody człowiek. – Najlepszy na to dowód, kochana przyjaciółko, to taki, że w związku z takim powinowactwem muszę już jutro wracać do Glotzburga, zaraz potem gnać z Glotzburga do Londynu i to w dodatku w towarzystwie Harryssona, delegata rządu angielskiego.

Słysząc to oświadczenie, obie ślicznotki zaczęły głośno protestować:

– Jak to, książę? Już jutro pan wyjeżdża?

– Nie, to niepoważne… Nic z tego nie rozumiem…

Książę Vladimir czule objął ramionami obie kobiety, które, jak się zdawało, darzył jednakowym uczuciem:

– Ciii… – szepnął, kładąc palec na ustach. – Tajna misja, nic więcej nie mogę powiedzieć… No i przede wszystkim mylicie się panie, mówiąc, że „wyjeżdżam”, gdyż trzeba było powiedzieć „wyjeżdżamy”. Tak, tak, zabieramy was obie, nieprawdaż Harrysson?

– Jeśli jest takie życzenie Waszej Książęcej Mości – flegmatycznie odparł Anglik, który, jeśli o niego chodziło, to niezbyt dbał o kobiety i tylko sobie, co i rusz nalewał, opróżniając jeden kieliszek za drugim.

Książę Vladimir podjął na nowo:

– Najbardziej przygnębiająca w tej całej historii jest właśnie tajna misja, którą mi powierzono… Wyobraźcie sobie, że mój kuzyn, Jego Królewska Mość, Fryderyk-Christian II, właśnie zakupił od rządu angielskiego wyspę na Pacyfiku, należącą do Korony Brytyjskiej.

Panie zaklaskały z podniecenia.

– Coś takiego! Kupić sobie wyspę! Niesamowite…

– Ile za taką wyspę trzeba zapłacić?

Książę Vladimir każdą z pań obdarzył osobnym uśmiechem.

– Wyspa, o której mowa, kosztowała równo 5 milionów… Ta suma ma być wpłacona naszemu drogiemu przyjacielowi Harryssonowi, wysłannikowi specjalnemu rządu brytyjskiego, a mnie dodatkowo obarczono misją towarzyszenia Harryssonowi aż do Londynu, abym tam osobiście, w imieniu władcy Hesji-Weimaru, mógł złożyć wyrazy uszanowania Jego Wysokości Królowi.

Ledwie skończył mówić, kiedy dwie jego sąsiadki znowu zaczęły bić brawo.

– Przenajświętsza panienko! Ma pan zamiar podróżować z pięcioma milionami w kieszeni? Ciekawe, ciekawe… A ile czasu zamierza pan spędzić w Londynie?

– Wystarczająco dużo, aby wypróbować tamtejszą whisky. Nie krócej niż to będzie potrzebne, aby znowu odwiedzić kilka zaprzyjaźnionych barów.

W tym momencie podszedł kelner odpowiedzialny za wina i wymieniał butelki. Młodzi ludzie szybko zmienili temat i zaczęli rozmawiać o mało istotnych sprawach: o aktualnych trendach w modzie czy o jutrzejszych zakupach.

Myśli młodych kobiet błądziły jednak gdzie indziej. Siedząca przy księciu Vladimirze blondynka zapytała raz jeszcze:

– To prawda, książę, że ma pan zamiar już jutro jechać do Glotzburga?

– To bardzo prawdopodobne.

– A kiedy ma pan zamiar udać się do Londynu?

– Och, to proste, pojutrze przecież.

W tym momencie książę Vladimir rzucił pogardliwe spojrzenie na zajmujących sąsiedni stolik biesiadników, znanych nam skądinąd Oeil-de-Boeuf i Bec-de-Gaz.

– Co, u diabła? – zauważył książę. – Tu się pali? Tego nie wiedziałem…

Rzeczywiście, doskonale nieświadomy rzeczy Bec-de-Gaz niefrasobliwie wyciągnął krótką fajkę. Na szczęście apasz usłyszał poczynioną uwagę i natychmiast wsunął fajeczkę z powrotem do kieszeni. Ale w tym samym czasie, gdy chował na powrót fajkę, szturchnął swego kompana:

– Co, stary, jak myślisz? Wiemy już, co mieliśmy wiedzieć. Można się stąd zmywać. Męczy mnie ten lokal…

Kwadrans później, Oeil-de-Boeuf i Bec-de-Gaz, uregulowawszy rachunek, niezapominając przy okazji o obfitym napiwku, opuścili restaurację.

Za kościołem Madeleine czekał na nich w samochodzie sam Mistrz. Dawaj opryszkowie wsiedli do środka z pośpiechem.

– No i co? – usłyszeli z głębi wozu głos należący do ubranego w czerń mężczyzny. – Jak poszło?

Bec-de-Gaz wyrwał się pierwszy z odpowiedzią:

– W porządku, szefie, wiemy, jaka jest stawka, znamy czas wyjazdu… A co! Nie marnowaliśmy czasu!

I potem dodał markotnie:

– Tylko, że ta woda Vichy, szefie, to nic nie warte! Byłoby miło jakbyś mógł nas teraz podwieźć gdzieś, gdzie normalnie można się napić, co?

Rozdział IIIFantomas się bawi

Tłum podróżnych, jaki zwykle się kłębił na Gare du Nord w porze odjazdów ważnych pociągów, tego ranka był większy niż zazwyczaj.

Pośpieszny do Londynu miał odejść ze znacznym opóźnieniem – powinien być od dwudziestu minut w drodze, a nic nie zapowiadało, żeby odjazd miał wkrótce nastąpić. W długich, pulmanowskich wagonach, tłoczyli się pasażerowie, a furgony z bagażami aż się uginały pod ciężarem przewożonych skórzanych waliz, kufrów, pak i przeróżnych skrzyń.

Młode blond damy o przydługich zębach biegały zaaferowane tam i z powrotem, indagując raz po raz kolejarzy, którzy z anielską wręcz cierpliwością odpowiadali im wciąż to samo, bezradnie rozkładając szeroko ramiona.

Biuro zawiadowcy stacji zostało wzięte szturmem przez niewiedzących, co się dzieje podróżnych, z drugiej strony inni, w poczekalni pierwszej klasy, tłoczyli się przy tablicy ogłoszeń, usiłując się tam czegokolwiek dowiedzieć…

Pewna starsza, już siwowłosa, Angielka, uchwyciła za rękaw umundurowanego urzędnika kolei francuskich i nie chciała go puścić, póki nie uzyska odpowiedzi na dręczące ją pytanie:

– Proszę pana! Czy statki pływają przez kanał?

Urzędnik wzruszył tylko ramionami:

– Tego, łaskawa pani, nie jestem w stanie powiedzieć na pewno, ale wszystko wskazuje na to, że przeprawa przez La Manche jednak może się odbyć…

Przybyła właśnie na dworzec grupka nowych turystów, obładowanych pakunkami i dziećmi, nie mogła się nadziwić ogólnemu rozgardiaszowi, ciesząc się przy okazji, że dziwnym jakimś trafem nie spóźnili się na pociąg. Małżeństwo zagadnęło przechodzącego obok konduktora:

– Czy naprawdę morze jest tak wzburzone, że statki do Anglii nie odchodzą?

Znużonym tonem, tonem człowieka od dłuższego czasu zmuszonego powtarzać jedno i to samo, mężczyzna w kolejowym uniformie odpowiedział:

– To nie z powodu sztormu statki nie odpływają, owszem, morze jest nieco wzburzone, ale prawdziwą przyczyną postoju jest strajk…

– Strajk? Jaki strajk? – Pytał zaciekawiony ojciec czeredki angielskich pociech.

No więc tłumaczono zapóźnionemu turyście, którego zresztą natychmiast otoczyła grupa jemu podobnych pasażerów, że wczoraj wieczorem wybuchł strajk personelu portowego.

Marynarze odmawiali wypłynięcia w morze, żądając podwyżki płac. Od dzisiejszego ranka trwały rozmowy przedstawicieli strajkujących z zarządem kompanii morskiej. Wszyscy mieli nadzieję, że dojdzie wkrótce do podpisania stosownej ugody, ale nic nie było przesądzone. Któryś z Anglików perorował:

– Skoro francuskim marynarzom nie chce się pracować, trzeba się zwrócić do naszych, do angielskich majtków. I niech do Calais przypłynie angielski statek.

Francuski kolejarz nie dał się zbić z tropu i odpowiedział natychmiast:

– To nie takie proste, drogi panie, mamy do czynienia ze strajkiem międzynarodowym. Anglicy zbratali się z naszymi, nie tylko zresztą z naszymi! Na przykład Belgowie okazali się najbardziej nieprzejednani! Wiemy, że od wczoraj całkowicie wstrzymane zostały rejsy z Ostendy.

Podróżny nie dawał za wygraną:

– Wiadomo, że dziś w nocy odszedł statek z Antwerpii…

Tymczasem rozległy się gwizdki i podróżnych poinformowano, że pociąg zaraz wyruszy, licząc na szczęście, do Calais. Zaczęła się ogólna kotłowanina, każdy bez wyjątku usiłował się wcisnąć do któregoś z podstawionych i tak już zatłoczonych wagonów.

Wśród pasażerów śpieszących zająć miejsca w wagonie drugiej klasy była też trójka osobników dość przyzwoicie odzianych, zachowujących się zupełnie przyzwoicie, ale fizjonomie których nie wzbudziłyby raczej zaufania u każdego, kto chciałby uważniej im się przyjrzeć. Rozmawiali ze sobą po cichu.

Byli to dwaj mężczyźni i jedna kobieta: do kobiety właśnie zwrócił się jeden z jej towarzyszy:

– Ruszaj się szybciej, Adela, zbieraj manatki! Widzisz przecież, że pociąg zaraz odjedzie.

Ale kobieta wzruszyła tylko ramionami i nieśpiesząc się wcale, odpaliła krótko:

– Zamknij się, Bec-de-Gaz, mamy kupę czasu… Ja nie wytrzymam z tymi facetami! Myślą tylko o tym, że im ciuchcia odjedzie!

Był to w istocie Bec-de-Gaz, któżby inny… Tym razem nie zaszczycił Adeli odpowiedzią, za to zwrócił się do kolegi:

– Kopsnij stary szluga, zajaram w korytarzu, jak wy się będziecie mościć w przedziale.

Trzecim towarzyszem grupki szemranych pasażerów był Beaumôme. Cała trójka, nie bez pewnych trudności, zajęła swoje miejsca w przepełnionym do granic wagonie. Dwaj mężczyźni i podróżująca z nimi kobieta nie przestawali trącać się łokciami i wymieniać znaczących spojrzeń, kpiąc sobie w żywe oczy z angielskich turystów tłoczących się w korytarzu i dalszych przedziałach.

– Popatrz no tylko – mówiła Adela, mając na myśli córy Albionu – jak one wyglądają! Same brzydactwa!

Ale Beaumôme ani myślał zgodzić się z Adelą. Odpowiedział zatem nieśmiało:

– Nie, przesadzasz, są też i całkiem fajne.

Adela obrzuciła go zimnym, pełnym pogardy spojrzeniem, a wraz z nią i Bec-de-Gaz, który, chcąc mieć święty spokój, starł się nigdy nie sprzeciwiać swojej kochance.

W pewnej chwili cała trójka nagle zamilkła i zgodnie zaczęła patrzeć przez okno na peron, po którym ktoś przechodził.

– Szef! Fantomas! Ale się dziś wystroił!

Trójka opryszków ledwie zdążyła dostrzec swego szefa, gdy ten już gdzieś znikł.

Ów rzeczywiście wskoczył zgrabnie do wagonu pierwszej klasy; pociąg już ruszał.

Fantomas wsiadał do pociągu w wyjątkowo złym humorze. Od samego rana wszystko zdawało się sprzysięgać przeciw niemu. Cały program, tak starannie opracowany, brał w łeb, mało brakowało, a obróciłby się wniwecz, tylko z powodu tego głupiego strajku marynarzy! Głupiego, bo zagrażał planom Fantomasa… Nie dalej jak godzinę wcześniej dowiedział się, że nie ma połączenia z Ostendy do Dover. Zastanawiał się:

– Co też teraz zrobi ten imbecyl Oeil-de-Boeuf? Jak sobie poradzi?

Oeil-de-Boeuf rzeczywiście dostał od Fantomasa ścisłe instrukcje, jak i co miał robić. Zgodnie z zaleceniami musiał jechać do Ostendy, gdzie miał czekać na przyjazd Harryssona i księcia Vladimira, którzy z kolei mieli tam przyjechać pociągiem z Hesji-Weimaru. Rozpoznawszy obu znacznych podróżnych miał Oeil-de-Boeuf zaokrętować się razem z nimi na statek w kierunku Dover i podczas podróży spróbować się zorientować, gdzie też ukryli, jeden bądź drugi, pokaźną sumę pieniędzy, które książę Vladimir miał, w imieniu swego rządu, przekazać wysłannikowi specjalnemu Anglii, Harryssonowi.

A tymczasem wystąpiły nieprzewidziane przeszkody, zmuszające Fantomasa do całkowitej zmiany planów. Geniusz Zbrodni zareagował natychmiast i dowiedział się, że pociąg zwykle udający się do Ostendy, tym razem został przekierowany na Antwerpię. Od razu wysłał Oeil-de-Boeuf pilny telegram, następującej treści:

Zostaw Ostendę, jedź do Antwerpii, tam znajdziesz klientów.

Podpisano: Commercial Express. Ci, co znali prywatny kod bandyty wszechczasów, czyli jego wspólnicy w zbrodni, wiedzieli doskonale, że to oznaczało Fantomasa.

Wysławszy depeszę, Fantomas sam pośpieszył na pociąg. Wciąż był wściekły.

– Kretyni! – mełł w zębach wyzwiska, myśląc o strajkujących. – Jeszcze przez te ich idiotyczne historie cały plan spali na panewce!

Złoczyńca nie bez trudu znalazł dla siebie miejsce w jednym z przedziałów w wagonie jadącym zaraz na początku składu. Zajął miejsce, wyciągnął gazetę i zagłębił się w lekturze, nieinteresując się wcale ani swymi współpasażerami, ani widokami jawiącego się za oknem paryskiego przedmieścia. Pociąg nabierał prędkości i wkrótce zostawił Paryż daleko za sobą.

W przedziale, oprócz Fantomasa, jechało kilkoro cudzoziemców porozumiewających się za pomocą nie najlepszej francuszczyzny, przez którą przebijał silny akcent, zdradzający hiszpańską proweniencję podróżnych. Byli tam dwaj bardzo elegancko ubrani panowie, obaj ciemnej dość karnacji oraz kobieta: młoda, ładna, ciemna brunetka. Ona to, zbliżywszy się nieco do Fantomasa, zwróciła się do niego aksamitnym głosem:

– Czy będzie panu przeszkadzało, jeśli uchylę nieco okno?

Westchnęła głęboko, a jej kształtna pierś zafalowała. Dodała, tytułem wytłumaczenia:

– Tak tu gorąco… Nie ma czym oddychać…

Fantomas obdarzył pasażerkę miłym spojrzeniem. Uznawszy, że jest wyjątkowo urocza, uprzejmie się uśmiechnął:

– W żadnym wypadku – odpowiedział z galanterią i ukłonił się z gracją należną pięknej kobiecie.

Nadobna pasażerka odpłaciła mu mrugnięciem oka i wtedy Fantomas uważniej się przyjrzał jej dwóm współtowarzyszom podróży.

Obaj, podobnie jak moment temu Fantomas, przeglądali gazety, ale teraz odrzucili je w kąt, dając do zrozumienia, że chętnie nawiązaliby konwersację z równie jak oni wytwornie odzianym pasażerem.

Zaczęto od wymiany kilku błahych uwag, kiedy nagle śliczna pasażerka krzyknęła:

– Moja torebka! Gdzie jest moja torebka?

Zwróciła się do jednego z towarzyszących jej mężczyzn:

– Leone – zapytała.– Widział ją pan może?

Mężczyzna tak nazwany podniósł się skwapliwie, zaczął przesuwać poduszki i drobne pakunki, szperać pod pokrowcami na płaszcze, ale niczego nie wskórał. Zniechęcony, odwrócił się w stronę Fantomasa i rzekł:

– Concepcion zawsze jest taka!…

Zaraz się poprawił, dodając:

– Concepcion, proszę pana, to moja siostra. Jest bardzo roztrzepana i nigdy nie wie, gdzie są jej rzeczy… Ja nazywam się Leone Rodriguez.

Drugi z towarzyszy nie przestawał szukać rzeczonej torebki.

– Concepcion – ciągnął brat ślicznej kobiety – kiedy w Buenos Aires wsiadaliśmy na statek do Europy, zgubiła tym sposobem naszyjnik wart 50 000 franków.

Fantomas, żeby cokolwiek powiedzieć, rzekł:

– Pani jest Brazylijką, jeśli dobrze rozumiem, panowie także?

Na co brat Concepcion zaprotestował energicznie:

– Argentyna, drogi panie. Republika Argentyny, mówiąc dokładniej, nie mylić z Brazylią. Jesteśmy Argentyńczykami.

Fantomas odpowiedział krótkim, nic praktycznie nieznaczącym gestem ręki.

Młoda Argentynka nie przestawała mówić coś do siebie po cichu, w pewnej chwili powiedziała na głos:

– To niesłychane! Nigdzie jej nie ma! A jeszcze minutę temu tu była!

Po chwili dodała:

– Zupełnie jakby Fantomas ją ukradł!

Ale w tej samej chwili wydała radosny okrzyk:

– O, jest! Jest torebka!

I rzeczywiście ją znalazła, wciśniętą pod poduszkę – wzięła ją do ręki i potrząsnęła zwycięsko.

Fantomas lekko uśmiechnął się.

Rewelacja panny bardzo go ubawiła. Zupełnie niechcący, całkiem przypadkowo, młoda, śliczna kobieta wymówiła jego imię, niezdając sobie sprawy z faktu, iż znajdowała się w bezpośrednim sąsiedztwie ze znanym powszechnie kryminalistą, którego renoma dalece wykraczała poza granice Francji.

Nie kto inny, tylko Fantomas, kierując się starym przyzwyczajeniem, instynktownie niemal przechwycił torebkę, sprawdził jej zawartość, po czym, stwierdziwszy, że nie ma w niej niczego szczególnego, zwrócił ją zręcznie prawowitej właścicielce.

Kiedy pociąg zatrzymał się w Amiens, to jest dokładnie godzinę i piętnaście minut po odjeździe z Paryża, cała czwórka była za pan brat. Monotonię długiej podróży uprzyjemniała miła rozmowa, w trakcie której Argentyńczycy opowiedzieli o sobie niemal wszystko.

Tym sposobem Fantomas dowiedział się, że jedzie w towarzystwie Leone Rodrigueza, bogatego handlarza bydłem z Argentyny, który od trzech miesięcy dla swej własnej przyjemności podróżował po Europie, mając u boku swą siostrę Concepcion, której z kolei towarzyszył jej przyszły małżonek, señor Bolivar, ważny argentyński polityk, niewykluczone, że przyszły prezydent kraju.

Zachwyceni Argentyńczycy z detalami opisywali także swój pamiętny pobyt w bajecznym, jak mówili, Paryżu.

Fantomas z grzeczności tylko udawał, że słucha opowieści zagranicznych turystów. Nadstawił jednak ciekawie ucha, kiedy zaczęli opowiadać o tym, że bywali w Scott S Restaurant. Usłyszał, że dwa dni wcześniej zjedli wspaniałą kolację w towarzystwie przemiłego człowieka, księcia Vladimira, z którym mieli się ponownie spotkać w Londynie, by później razem zwiedzać Walię oraz jeziora w Szkocji.

– Jaki ten świat mały – pomyślał Geniusz Zbrodni. Co za nadzwyczajny zbieg okoliczności!

Budzący powszechny strach zbrodniarz już przemyśliwał nowy plan, którego efektem miało być ograbienie tych bogatych cudzoziemców, jak tylko znajdą się na terenie Anglii, gdzie, według wszelkiego prawdopodobieństwa nie spotkają się z księciem Vladimirem, gdyż tego Fantomas skazał już bezapelacyjnie na śmierć.

Myśli bandyty, w momencie gdy pociąg pokonywał tunel w Amiens, przerwał miły, harmonijny głos Concepcion Rodriguez:

– A pan, proszę pana – zapytała z prostotą – jak się pan nazywa?

W umyśle przestępcy zakiełkowała szalona myśl.

No bo czy w końcu nie miał prawa zabawić się trochę? Zaintrygować tych arcybogatych Argentyńczyków?

Patrząc się hardo prosto w oczy ślicznej kobiecie, która pod wpływem tego spojrzenia zaczęła się rumienić, Geniusz Zbrodni odpowiedział po prostu:

– Jakiś czas temu, całkiem niedawno, była pani łaskawa wymienić moje imię: jestem Fantomas!

To nadzwyczajne oświadczenie wzbudziło powszechną wesołość.

– Och, to przecież urocze! – powiedziała Argentynka. – Ileż w panu dowcipu!

Kładąc nacisk na komiczność wypowiedzi, zadała kolejne pytanie:

– Zatem to z tego powodu nie mogłam znaleźć torebki?

– Ależ dokładnie dlatego, moja pani! – przytaknął bandyta z nieudawaną powagą w głosie.

Argentyńczycy z uśmiechem przyjęli słowa Fantomasa.

Bolivar oświadczył:

– Wyczyny tego Fantomasa są doprawdy nadzwyczajne… Mimo tego, że to kryminalista, nie sposób żywić względem niego, a raczej względem jego pomysłowości i sprytu, szczerego podziwu.

Fantomas lekko skłonił się.

Wtrącił się señor Rodriguez:

– Trzeba jednak powiedzieć, że można o nim swobodnie rozmawiać wtedy tylko, kiedy się wie, że jest od nas daleko…

– Tak pan myśli, naprawdę? – zapytał Fantomas.

Concepcion się roześmiała.

– Ależ tak, proszę pana – powiedziała. – Nie czyta pan gazet?

– Nie – oświadczył złoczyńca.

– A więc – ciągnęła młoda kobieta – gazety piszą, że na południu Francji temu słynnemu kryminaliście depcze po piętach komisarz Juve i w każdej chwili grozi mu aresztowanie.

Fantomas wzruszył ramionami.

– Nie trzeba zawsze wierzyć gazetom, droga pani, często przesadzają, czasami wręcz zmyślają…

Bandyta dodał jeszcze:

– Wydaje mi się, że Fantomas obrał zupełnie inny kierunek… I że niebawem da o sobie usłyszeć w kraju, do którego, moi państwo, zmierzacie…

Interlokutor bogatych turystów z zagranicy zdawał się mówić tak czysto, z taką precyzją w głosie, że Argentyńczycy spojrzeli po sobie zdziwieni. Przez moment panowała niezręczna cisza, którą wnet przerwał Rodriguez, zwracając się bezpośrednio do Fantomasa:

– Już wiem, kim pan jest, proszę pana…

Zbrodniarz uśmiechnął się:

– Już to państwu mówiłem: jestem Fantomasem!

Ale Argentyńczyk potrząsnął przecząco głową:

– Nie, nie… Być może nazywa się pan Juve… Albo Jérôme Fandor!

Tym razem Fantomas zaczął śmiać się w głos.

– Skoro tak pan mówi…

Tymczasem przechodzący korytarzem pracownik wagonu restauracyjnego zapraszał podróżnych na lunch.

Trójka Argentyńczyków opuściła swego współtowarzysza podróży:

– Spotkamy się znowu w Calais – powiedziała Concepcion i wyciągnęła w stronę Fantomasa dłoń okrytą rękawiczką. Ów z galanterią ujął dłoń i złożył pełen uszanowania pocałunek, mrucząc od nosem dość enigmatycznie:

– Być może…

Kiedy pociąg wjechał na dworzec w Calais i kiedy Argentyńczycy wrócili po swoje bagaże, w przedziale nie było już ich uroczego współtowarzysza podróży. Ale gdyby w tym momencie wpadli na pomysł sprawdzenia zawartości swych waliz, zrozumieliby, być może, iż człowiek ten istotnie powiedział im prawdę, wyjawiając złowrogo brzmiące imię Fantomasa!

Wszystkie bowiem cenne przedmioty zostały skradzione.

Mimo faktu, iż był to statek o napędzie turbinowym, King-Edward