Wydawca: Wydawnictwo Czarne Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Fantastyczne laboratorium doktora Weigla. Lwowscy uczeni, tyfus i walka z Niemcami ebook

Arthur Allen  

(0)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 522 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Fantastyczne laboratorium doktora Weigla. Lwowscy uczeni, tyfus i walka z Niemcami - Arthur Allen

Tyfus. Straszliwa choroba przenoszona przez wszy. Powoduje halucynacje, potworne bóle głowy, wysoką gorączkę. Często kończy się śmiercią. Niemcy tyfusu bali się panicznie. Dlatego, gdy dopadł niemiecką armię na froncie wschodnim, zażądali pomocy wybitnego polskiego biologa Rudolfa Weigla.

Przez całe dwudziestolecie międzywojenne profesor pracował nad pierwszą szczepionką na tyfus, stosując nowatorską, ale niebezpieczną metodę: w procesie produkcji wykorzystywano wszy, a do ich karmienia – ludzi. Wysoka skuteczność techniki Weigla, uznanej i podziwianej na całym świecie, oraz strach przed zarazą spowodowały, że Niemcy szczególnie chronili jego laboratorium w okupowanym Lwowie. Weigl wykorzystał sytuację i zatrudnił wielu przedstawicieli lwowskiej inteligencji – matematyków, pisarzy, lekarzy i filozofów, chroniąc ich przed zagładą. Zespół laboratorium nielegalnie wysyłał szczepionkę do gett w polskich miastach, równocześnie produkując litry osłabionej surowicy dla Wehrmachtu.

Wśród naukowców zatrudnionych przez Weigla znalazł się także Ludwik Fleck, utalentowany immunolog żydowskiego pochodzenia. Nie udało się go uchronić przed wywózką. Trafił do Buchenwaldu, gdzie zmuszono go do produkcji szczepionki na potrzeby wojska. Fleck ryzykował życie, szczepiąc najbardziej zagrożonych więźniów obozu.

Rudolf Weigl i Ludwik Fleck po wojnie kontynuowali karierę naukową.

„Skoro po Auschwitz nie może istnieć poezja, to czy może istnieć czysta nauka lub medycyna? W tej znakomitej i poruszającej książce Arthur Allen opowiada niezwykłą historię badań naukowych prowadzonych w budzących przerażenie warunkach. Wśród występujących tu fascynujących postaci spotykamy Ludwika Flecka, jednego z wielkich ojców założycieli socjologii nauki, który zmuszony był działać wśród ludzi, stawiających znak równości między wszami i chorobą a narodem i jego eksterminacją. Niezapomniana książka.” George Makari

„Niezwykła historia żydowskich naukowców więzionych w Buchenwaldzie, którzy produkowali szczepionkę przeciwko jednemu z największych zabójców w historii: tyfusowi. W wielkiej tajemnicy dostarczali skuteczną szczepionkę innym więźniom obozu, a dla niemieckich żołnierzy na froncie wschodnim produkowali fałszywą. Prawdziwy thriller napisany przez Arthura Allena łączy w sobie Łowców mikrobów, Listę Schindlera i Strefę mroku. Nie potrafiłem się oderwać od tej książki.” dr Paul A. Offit

Arthur Allen snuje mistrzowską, pełną szczegółów opowieść o tragedii, odwadze i naukowej pomysłowości. Fantastyczne laboratorium i fantastyczna książka.” Nathan Guttman

„Niezwykła historia pracy nad szczepionką, prowadzonej w sytuacji wielkiego ryzyka, a także opowieść o ludziach nauki i medycyny działających w przerażających okolicznościach II wojny światowej. Dane naukowe są dokładne, ale znacznie bardziej interesująca jest historia tego okresu i – należy mieć nadzieję – nauka, jaką można z niej wysnuć na przyszłość.” dr Walter Orenstein, były dyrektor National Immunization Program, Centers for Disease Control and Prevention

Opinie o ebooku Fantastyczne laboratorium doktora Weigla. Lwowscy uczeni, tyfus i walka z Niemcami - Arthur Allen

Fragment ebooka Fantastyczne laboratorium doktora Weigla. Lwowscy uczeni, tyfus i walka z Niemcami - Arthur Allen

W serii ukazały się:

Christian Ingrao Czarni myśliwi. Brygada Dirlewangera

Christopher R. Browning Pamięć przetrwania. Nazistowski obóz pracy oczami więźniów

Gao Ertai W poszukiwaniu ojczyzny. Wspomnienia z chińskiego obozu pracy

Jael Neeman Byliśmy przyszłością

Božidar Jezernik Naga Wyspa. Gułag Tity

Frank Dikötter Wielki głód. Tragiczne skutki polityki Mao 1958–1962

Huszang Asadi Listy do mojego oprawcy. Miłość, rewolucja i irańskie więzienie

Szimon Peres, David Landau Ben Gurion. Żywot polityczny

Christian Ingrao Wierzyć i niszczyć. Intelektualiści w machinie wojennejSS

Julius Margolin Podróż do krainy zeków

Patrick Montague Chełmno. Pierwszy nazistowski obóz zagłady

Calder Walton Imperium tajemnic. Brytyjski wywiad, zimna wojna i upadek imperium

Piotr Osęka My, ludzie z Marca. Autoportret pokolenia ’68

Wendy Lower Furie Hitlera. Niemki na froncie wschodnim

John Dinges Czas Kondora. Jak Pinochet i jego sojusznicy zasialiterroryzm na trzech ­kontynentach

Jacques de Saint Victor Niewidoczna siła. Mafia w społeczeństwach demokratycznych

Gary J. Bass Telegram konsula Blooda. Nixon, Kissinger i zapomniane ludobójstwo

Götz Aly Obciążeni. „Eutanazja” w nazistowskich Niemczech

Ben Urwand Kolaboracja. Pakt Hollywoodu z Hitlerem

Dennis E. Showalter Pancerz i krew. Bitwa pod Kurskiem

Gerald Steinacher Zbiegli naziści. Jak hitlerowscy zbrodniarze uciekli przed sprawiedliwością (wyd. 2)

Frederick Taylor Wypędzanie ducha Hitlera. Okupacja i denazyfikacja Niemiec

Adam Hochschild Pogrzebać kajdany. Wizjonerzy i buntownicy w walce o zniesienie niewolnictwa

Arthur Allen

Fantastyczne laboratorium doktora Weigla

Lwowscy uczeni, tyfus i walka z Niemcami

Przełożyła Barbara Gadomska

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Tytuł oryginału angielskiego The Fantastic Laboratory of Dr. Weigl: How Two Brave Scientists Battled Typhus and Sabotaged the Nazis

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by National Museum of Health and Medicine

Copyright © by Arthur Allen, 2014

All rights reserved

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2016

Copyright © for the Polish translation by Barbara Gadomska, 2016

Redakcja Wojciech Górnaś / redaktornia.com

Konsultacja mikrobiologiczna dr hab. Anna Bębenek, IBB PAN

Korekta Agata Czerwińska / d2d.pl, Malwina Błażejczak / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Sandra Trela / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

The translation was kindly supported by the Fund for Central & East European Book Projects, Amsterdam

ISBN 978-83-8049-255-4

Patroni medialni

Dla Margaret, Ike’a i Lucy

Przedmowa

Kilka lat temu, stojąc w ciemnym korytarzu Instytutu Epidemiologii i Higieny we Lwowie, starałem się przekonać doktor Ołeksandrę Tarasiuk, uprzejmą, ale oporną dyrektorkę instytutu, żeby pozwoliła mi przyglądać się karmieniu wszy.

Można zapytać: czy żeby zobaczyć wszy, trzeba przyjeżdżać aż na Ukrainę? Ostatecznie są to dość powszechnie występujące obrzydliwe insekty, wszędzie kojarzące się jednoznacznie z chorobą i brudem, nieszczęściem i zaniedbaniem. Na pierwszy rzut oka wszy doktor Tarasiuk nie różniły się od tych, które ja sam i miliony innych rodziców wyczesywaliśmy z głów naszych dzieci podczas epidemii w szkole podstawowej. Raz czy dwa przyjrzałem się pod mikroskopem lokatorom mego potomstwa i stwierdziłem, że to zdumiewająco skomplikowane, tłuste brązowe stworzenia, a ich wnętrzności zawierają maleńkie, ale wyraźne naczynia krwionośne.

Jednak wszy mieszkające na ulicy Zelenej (Zielonej) 12 we Lwowie nie były całkiem zwykłymi wszami. Przede wszystkim były to wszy odzieżowe (Pediculus humanus corporis), a nie głowowe (Pediculus humanus capitis). Te dwie odmiany tego samego gatunku są zdumiewająco podobne i nawet genetycy z trudem wskazują odróżniające je cechy1. Jedne i drugie wszy odżywiają się przez wbicie igły egzoszkieletu w ciepłą ludzką skórę i wykorzystanie mięśni trąbki do wyssania krwi2. Z przyczyn jeszcze nie całkiem dla biologów jasnych między wszą głowową a odzieżową występuje jedna podstawowa różnica: wszy głowowe może i są utrapieniem, ale przynajmniej nie przenoszą tyfusu plamistego, jednej z najniebezpieczniejszych chorób. Wszy odzieżowe zaś – owszem, dlatego nierzadko stają się aktorami w wielkich tragediach historii. Bakterie tyfusu to jedna z najczęstszych przyczyn zgonów lekarzy i badaczy mikroorganizmów. Być może nie ma w tym nic dziwnego, ponieważ wszy są bardzo wrażliwe na temperaturę i opuszczają chorych, gdy tylko ciepłota ich ciała spada poniżej 36,6 albo wzrasta powyżej 38,9 stopnia. Zaczynają wówczas gwałtownie szukać nowego domu. Wiele laboratoriów ma swoich męczenników poległych w walce z tyfusem, a publikacje na temat tej choroby nieodmiennie dedykowane są zmarłym współpracownikom. To wyjaśnia, dlaczego wszy prowadziły we Lwowie tak komfortowe gromadne życie w wygodnych drewnianych klateczkach, całkiem inne niż życie wszego lumpenproletariatu, którego przedstawicielom udaje się ledwie na chwilę zamieszkać we włosach uczniów.

Jak wielu naukowców, którzy pracują blisko ze zwierzętami laboratoryjnymi, doktor Tarasiuk miała do swoich insektów opiekuńczy stosunek.

– Bardzo trudno jest utrzymać tę populację przy życiu – powiedziała tonem pełnym żalu. – W różnych stadiach rozwoju potrzebują konkretnego zakresu temperatur. Jedzą tylko raz dziennie. I musimy kontrolować, czy karmiciele są zdrowi3.

A czym się wszy żywią? Oczywiście ludzką krwią. A skąd ją biorą? Cóż, stąd, że umieszcza się je w klateczkach na nogach istot ludzkich. W instytucie karmicielami byli głównie technicy laboratoryjni, którzy otrzymywali niewielką zapłatę za swoje poświęcenie i dar krwi. Sam pomysł, żeby mnie, cudzoziemca niemówiącego nawet po ukraiń­sku, wpuścić do laboratorium, napełniał doktor Tarasiuk przerażeniem. Mógł­bym wszy czymś zarazić! Mógłbym zagrozić przetrwaniu kolonii! Mogłaby stracić pracę!

– Niech pan tu wróci podczas następnego pobytu we Lwowie, ale proszę nas wcześniej uprzedzić – powiedziała, marszcząc brwi. – Chętnie pana znów u nas powitamy.

Stałem później kilka chwil przed dość zwyczajnym pięciokondygnacyjnym budynkiem w stylu Bauhausu i próbowałem sobie wyobrazić, jak ta okolica wyglądała dawniej. Wszy mieszkające na ulicy Zelenej 12 to potomkowie kolonii hodowanej siedemdziesiąt lat temu przez zoologa Rudolfa Weigla, który skrzyżował wszy zebrane z ciał rosyjskich jeńców podczas I wojny światowej z gnieżdżącymi się w szatach mieszkańców etiopskiego płaskowyżu. W latach dwudziestych ubiegłego wieku dzięki tym wszom i wielkiej pomysłowości Weigl opracował pierwszą skuteczną szczepionkę na tyfus, chorobę, która terroryzowała ówczesny świat, zainspirowała powstanie gazu Cyklon B i dała pretekst do najgorszych zbrodni w historii. Odkrycie Weigla przyciągnęło uwagę całego świata. Po korytarzach jego instytutu wędrowali laureaci Nagrody Nobla, chcąc zapoznać się ze stosowaną przez uczonego techniką i wyrazić swoje uznanie. W holach węszyli agenci SS i NKWD. Do drzwi Weigla z propozycjami współpracy pukali Nikita Chruszczow, późniejszy pierwszy sekretarz KPZR i radziecki premier, i Hans Frank, późniejszy hitlerowski gubernator okupowanych ziem Polski.

Tylko wszy pozostały po fantastycznym laboratorium badawczym, w którym Weigl, stosując niemal surrealistyczny ciąg technik produkcyjnych, wynalazł szczepionkę przeciw tyfusowi. Podczas II wojny światowej laboratorium Weigla stało się duchowym centrum miasta i schronieniem dla tysięcy bezbronnych ludzi, którzy znaleźli tam zatrudnienie. Historia niczym z Listy Schindlera, tylko że po to, by dostać się na „listę Weigla”, trzeba było przymocować sobie do nogi gumową taśmą wiele klateczek wielkości pudełka od zapałek. W każdej klateczce mieszkały setki wszy, odżywiane krwią karmicieli. Wśród tych, którym zatrudnienie w laboratorium Weigla uratowało życie, znaleźli się sławni matematycy i poeci, dyrygenci i członkowie zbrojnego podziemia.

Moją uwagę najbardziej przykuł Ludwik Fleck, biolog i filozof nauki.­ Ten dawny asystent Weigla, opracował fascynującą teorię naukoznawstwa, którą wyłożył w wydanej w 1935 roku książce Powstanie i rozwój faktu naukowego4. Dziś Fleck jest dobrze znany socjologom i historykom nauki. Thomas Kuhn, sławny teoretyk nauki i twórca pojęcia paradygmatu naukowego, swoją wydaną w 1962 roku klasyczną książkę Struktura rewolucji naukowych oparł w znacznej mierze właśnie na myśli Flecka5.

Pisma Flecka zainteresowały mnie zawartą w nich przenikliwą analizą człowieka przy pracy; te obserwacje nabierały życia dzięki jasności wypowiedzi, humorowi i konkretności. Fleck o wszystkim pisał z życzliwością – czy chodziło o naukowców zajmujących się medycyną, kobiety zwariowane na punkcie paryskiej mody, czy średniowiecznych astrologów. Lektura jego pism dała mi nagłe poczucie bliskości z procesami myślowymi starożytnych i skądinąd nieprzeniknionych ludzi. Ożywił przeszłość, ukazując spójność dawnych systemów myślowych, nawet jeśli teraz wydają się nam one błędne lub dziwaczne. Uświadomił mi także, że choć żyjemy w świecie podzielonym na niemal nieskończoną liczbę odrębnych sposobów myślenia, uznanie tego faktu może nam umożliwić wzajemne zrozumienie. W swej pracy laboratoryjnej Fleck uprawiał tradycyjny naukowy redukcjonizm, ograniczając zmienne, by rozwiązywać problemy diagnostyczne. Wyszukiwał niewidzialne cząsteczki kryjące się za znajomymi codziennymi wydarzeniami – bakterie i przeciwciała, pozwalające wskazać przyczynę kaszlu, gorączki, chorób dziecięcych. Jako filozof z kolei czynił coś przeciwnego: rzucał znane światło na nieprzeniknione sposoby myślenia nieznajomych otaczających nas teraz i w przeszłości.

Antropologiczne obserwacje nauki pozwoliły Fleckowi wznieść się ponad tragedię, dzięki nim zyskał niemal duchowe spojrzenie na burzliwe życie. Podczas I wojny światowej służył imperium Habsburgów jako oficer medyczny; w latach dwudziestych i trzydziestych ubiegłego wieku przetrwał antysemicką dyskryminację, potem przeżył Zagładę, intrygi powojennego komunizmu, a w końcu trafił do owianego tajemnicą zimnowojennego laboratorium bioterroryzmu w Izraelu.

Jako lekarz Fleck specjalizował się w immunologii czy też – jak ją nazywano w pierwszej połowie XX wieku – serologii, która wówczas polegała przede wszystkim na badaniu zmian w krwi, żeby diagnozować i leczyć infekcje. Krew zawsze była substancją tajemniczą, a zatem symboliczną – „krew ma specjalne właściwości w sobie”, jak mówi Mefistofeles w Fauście Goethego6. Ta książka intrygowała ­Flecka; uważał, że immunologiczny paradygmat jego czasów – krew jako pole bitwy, na którym komórki i przeciwciała zwalczają zarazki – to jedynie najnowsza teoria, znajdująca się pod wpływem kultury, odzwierciedlająca nacjonalistyczne spory swoich czasów. Przepowiadał, że bardziej zniuansowane zrozumienie otworzy w przyszłości drogę do spokojniejszych metafor. Miał rację: niedawne badania wielorakiej roli bakterii w naszych indywidualnych „mikrobiomach” pokazują, że jesteśmy superorganizmami, których procesy życiowe zależą od interakcji z miliardami istniejących w nas bakterii.

Krótko mówiąc, do Lwowa przyciągnęły mnie nie tylko wszy. Ten odległy zakątek Europy na przedpolu Karpat był miejscem wielu decyzji, myśli i poświęcenia. W ciągu osiemdziesięciu lat miasto dziesięć razy przechodziło z rąk do rąk. W latach czterdziestych XX wieku setki tysięcy jego mieszkańców wymordowano i wygnano, a niezwyk­łe osiągnięcia tych zapomnianych ludzi zblakły razem z ich kośćmi. Teraz patrzyłem na ulice pełne autobusów, tramwajów i obywateli Ukrainy, którzy niewątpliwie czuli się tu u siebie, choć zamieszkiwali w miejscu ukształtowanym przez nieobecnych już ludzi i wiarę. Całkiem jakby mieszkańcy Lwowa byli wymienni, a jedyną stałą kolonię stanowiły wszy.

Ta książka opowiada o walce z tyfusem podczas II wojny światowej. Ideologia narodowosocjalistyczna uznała roznoszony przez wszy tyfus za chorobę typową dla pasożytniczych podludzi – Żydów. Hitlerowscy lekarze wzbudzili w sobie strach przed tyfusem i podjęli kroki służące rzekomo temu, by go zwalczać. Uznali, że najlepszym sposobem będzie tworzenie otoczonych murami lub w inny sposób zamkniętych żydowskich gett w takich miastach jak Warszawa, Kraków czy Lwów. Getta sprawiły, że choroba rzeczywiście się szerzyła, ale tylko wśród Żydów. Uczeni niemieccy lekarze przekonali sami siebie, że lepiej jest Żydów zabić niż pozwolić, by zarazili oni innych.

Weigl i Fleck walczyli zatem na dwóch frontach. Trzecia Rzesza utrzymywała ich przy życiu, ponieważ potrzebowała ich wiedzy na temat tyfusu; równocześnie jednak Niemcy nie potrafili im przeszkodzić w pomaganiu innym. Fleck i Weigl zyskali spokój potrzebny, by uprawiać nauki medyczne – i sabotować cele okupanta. Tymczasem ich niemieccy szefowie do walki z tyfusem zaprzęgli wypaczoną medycynę. Wypaczenia i niedostatek moralności bywają jednak zróżnicowane. Szefem Weigla został pragmatyczny lekarz wojskowy Hermann Eyer, Fleck natomiast musiał pracować dla niesławnego doktora Erwina Dinga z SS, który panował nad szatańskim zakątkiem obozu koncentracyjnego w Buchenwaldzie – laboratorium wyborów etycznych, a później stanął za to przed trybunałem norymberskim.

We Lwowie nie ma pomników Weigla ani Flecka, żadnych tablic upamiętniających ich pracę[1]. Kolonia wszy to zaledwie ciekawostka naukowa. Po II wojnie światowej główne postaci tej książki odeszły w zapomnienie. To, co Fleck nazwałby „kolektywem myślowym” badań nad tyfusem, a także w ogóle polski i żydowski Lwów – przestały istnieć. Ta książka podejmuje próbę usunięcia kurzu i przywrócenia ich do życia.

Wstęp

Bezchmurne późne popołudnie 24 sierpnia 1944 roku w obozie koncentracyjnym w Buchenwaldzie, wśród wzgórz dziesięć kilometrów na północny zachód od Weimaru. Wiatr jak zwykle wieje w dół zbocza, uderza w baraki, bunkier Gestapo, szpital i stację badań doświadczalnych nad tyfusem, przebiega przez plac apelowy i nad rowami, w których chudzi jak patyki więźniowie unoszą kilofy i szpadle do wtóru okrutnych, wywrzaskiwanych rozkazów kapo. To nieprzyjazny wiatr; każdą szczeliną wciska się pod ubranie, „jak gdyby kazali mu to robić, by pogłębiać nieszczęście ludzi”, powie później jeden z więźniów7. W zimie „wydawał się wiać bez przeszkód wprost z bieguna północnego”8. W lecie, jak w to ósme lato istnienia obozu koncentracyjnego, miótł piachem w oczy i usta.

Na piętrze Bloku 50, tynkowanego kamiennego budynku u stóp wzgórza zajętego przez obóz, Ludwik Fleck bada próbki krwi przysłane z bloku doświadczalnego. Jest jednym z kilkudziesięciu naukowców z całej Europy, uwięzionych, a następnie przywiezionych do Buchenwaldu po to, by pomogli SS w produkcji szczepionki przeciw tyfusowi, chroniącej niemieckich żołnierzy na froncie wschodnim. Od dwóch lat wieści dochodzące ze wschodu są dla Hitlera niepomyślne, a w okopach roi się od wszy. Fleck ma czterdzieści osiem lat, jest drobnym, krótkowzrocznym, łysiejącym mężczyzną; na jego twarzy maluje się wyraz sceptycznej pewności siebie. Pracujący z nim naukowcy, niewolnicy tak jak on, szanują jego zręczne dłonie i znajomość świata pływającego pod szkiełkiem mikroskopu. Podobnie niemieccy lekarze, którzy trzymają w rękach jego życie. Znad stołu laboratoryjnego, zastawionego rozliczną aparaturą przywiezioną ze splądrowanych europejskich uniwersytetów, przez okno i podwójne zasieki z drutu kolczastego Fleck widzi Mały Obóz, gdzie żyją ci ostatecznie skazani. Wielu z nich jest tak jak on Żydami, ledwo chodzącymi na szkieletowatych nogach wśród brudu, wszy i odchodów.

Słyszy słaby pomruk samolotów, budzący nadzieję dźwięk, częstszy teraz, gdy Luftwaffe oddała niebo aliantom. Potem rozlegają się syreny alarmowe – i nagle, niespodziewanie, w bębenki uszne uderza huk wybuchów. Siła eksplozji rzuca Flecka na drewnianą podłogę. Nareszcie, zemsta i trafienie w cel! Wybuch otwiera na oścież drzwi i rozbija szyby w oknach. Zlewki i szalki Petriego spadają z półek laboratorium, w niebo wzbijają się ogień, ziemia i gorący metal. Brak prądu ucisza laboratoryjne wirówki. Esesmani w panice rzucają się do schronów przeciwlotniczych. Więźniowie nie mają gdzie się schronić, więc wskakują do rowów na obrzeżach obozu. Dwa miesiące wcześniej alianci lądowali w Normandii, lada dzień ma zostać wyzwolony Paryż, a nadzór SS nad obozami koncentracyjnymi nareszcie wydaje się słabnąć. Czterdzieści bombowców Ósmej Armii Powietrznej USA bombarduje zakłady przemysłu zbrojeniowego położone obok Buchenwaldu. Główny cel trwającego godzinę nalotu, fabryka Gustloff-Werke II, gdzie trzy i pół tysiąca więźniów produkuje karabiny dla armii niemieckiej, leży teraz w gruzach9. Kilka bomb zapalających trafia w sam obóz; jedna powoduje pożar Effektenkammer, budynku, w którym pierze się i sortuje ukradzioną więźniom odzież; jest tam też pralnia obozowa. Ogień przerzuca się na wielkie szare uschnięte drzewo, zwane dębem Goethego.

To miejsce w centralnych Niemczech, leżące na wysokości blisko pięciuset metrów nad poziomem morza, zwano Ettersberg, od francuskiego słowa hêtre, buk. W początkach XIX wieku rósł tu dziki, gęsty las, stanowiący część królewskich terenów myśliwskich. Niemieccy poeci mogli tu obcować z żyjącymi w ich duszach Wizygotami z przeszłości, w której wielbili drzewa. Wszystko jednak zmieniło się w 1937 roku, gdy SS przywiozło tu setkę wrogów politycznych, kazało im ściąć drzewa i wykarczować teren. Na smaganym wiatrem zboczu powstał obóz koncentracyjny – wzniesiono prymitywne baraki i słupy, przy których chłostano więźniów, a dla esesmanów i ich rodzin – wille, ogrody i prywatne zoo. Władze przemianowały to miejsce na Buchenwald – „bukowy las”10.

To uczyniwszy, złośliwie usunęły wszystkie buki; pozostało tylko jedno drzewo: wielki dąb o pniu średnicy stu osiemdziesięciu centymetrów. Pod tym drzewem Johann Wolfgang Goethe podobno napisał scenę nocy Walpurgi z Fausta. Komendant obozu przymocował do drzewa tablicę z brązu, by niewolnicy mogli się nieco ukulturalnić, zapracowując się równocześnie na śmierć. Napis na tablicy brzmiał: „Tu odpoczywał Goethe podczas wędrówek po lesie”11.

[^] Więźniowie przy dębie Goethego w czerwcu 1944 roku, z tyłu Effektenkammer

Z upływem czasu, gdy wojna wciąż trwała, a cierpienia więźniów przekroczyły wszelką możliwą do pojęcia miarę, w obozie zaczęła krążyć legenda, że zniszczenie dębu Goethego będzie zapowiadać upadek Niemiec12. Dlatego też, gdy ogień przerzucił się z pralni na dąb, niektórzy zastanawiali się, czy nadchodzi wyzwolenie. W obozie przebywało wielu wykształconych więźniów, ale wszelkie upodobanie do niemiec­kich romantyków zdążyło już ustąpić prymitywnej wrażliwości na znaki i omeny. Żar rozświetlał satysfakcję na twarzach więziennej brygady z wiadrami. W bombardowaniu zginęło sześciuset więźniów oraz dwustu esesmanów i członków ich rodzin. Symboliczny dąb Buchenwaldu płonął. Ludwik Fleck uchwycił później ten nastrój w nieopublikowanym eseju, znalezionym w jego papierach. „Giń, giń, ty bestio, symbolu niemieckiego imperium – napisał. – Goethe? Dla nas Goethe nie istnieje. Zabił go Himmler”13.

Dziedzictwo Goethego, ukochanego poety Niemiec, kwiat myślącego, twórczego, hojnego świata sztuki i nauki, zostało w Trzeciej Rzeszy niemal całkowicie unicestwione. Przetrwało między innymi w umyśle Ludwika Flecka, niewolnika w obozowym laboratorium, który w szczęśliwszym okresie swego życia stworzył znakomitą, proroczą filozofię nauki. Nauka – pisał – to uwarunkowana kulturowo zbiorowa działalność, związana tradycją, która nie jest ściśle logiczna i zazwyczaj pozostaje niewidzialna dla tych, którzy się nią zajmują. Dyscypliny naukowe, takie jak te, które on sam uprawia, działają według tych samych tajemnych reguł co plemię w Amazonii lub grupa urzędników rządowych. Członkowie każdego takiego kolektywu myślowego widzą to, co nauczono ich widzieć, i wierzą w to, w co nauczono ich wierzyć. Czysta myśl i logika są iluzją – postrzeganie to aktywność ograniczona kulturą i historią.

Dawne idee i myśliciele nie mylili się – pisał Fleck – ale budowali swoje idee na kształtach i znaczeniach, których my już nie widzimy14. Nie znaczy to, że nie istnieje żaden postęp, że nie można odróżnić nauki dobrej od złej. Koncepcje „aryjskiej” czy „klasowej” formy nauki, napisał Fleck w 1939 roku – gdy Hitler i Stalin, wypaczający naukę w najwyższym stopniu, gotowali się do napaści na jego ojczyznę – „byłyby śmieszne, gdyby nie były poniekąd groźne”. Jednak narodowosocjalistyczna medycyna tworzyła kolektyw myślowy o szczególnych, ustalonych ideach. Fleck, jako socjolog nauki, przejrzał jej słabe punkty i mądrze wykorzystał swoje spostrzeżenia15.

Po przybyciu do Bloku 50 w Buchenwaldzie pod koniec 1943 roku dołączył do grupy więźniów, którzy usiłowali wyhodować zarazki tyfusu w płucach żywych królików z defektem immunologicznym. Było to niezwykle ważne zadanie, bo gdyby się udało, kultura zarazków posłużyłaby do wyprodukowania szczepionki bardzo potrzebnej niemieckiemu wojsku. Jak długo laboratorium wspomaga immunologiczną obronę żołnierzy, tak długo reżym hitlerowski zapewne utrzyma jego działanie i nie pozwoli wymordować personelu. Szef laboratorium, eses­man doktor Erwin Ding-Schuler, także będzie zadowolony, ponieważ produkcja szczepionki umocni go na stanowisku i uchroni przed służbą na froncie wschodnim. Po wojnie zaś – miał nadzieję – szczepionka przyniesie mu tytuł profesorski.

Skomplikowana produkcja szczepionki na zamkniętym i skażonym terenie obozu koncentracyjnego stanowiła jednak problem. Rickettsia, wewnątrzkomórkowa bakteria wywołująca tyfus, od kilkudziesięciu lat zastanawiała biologów. Dość tajemnicza egzystencja riketsji – bo nikt nie wiedział, czym właściwie są – to jeden z kluczy do zrozumienia, jak Fleck ukształtował swój pełen sceptycyzmu pogląd na naukę. Niezwykle trudno było sztucznie hodować te drobnoustroje, choć znakomicie rozwijały się we wszach i chorych. Zwierzchnik i więźniowie z Bloku 50 nie mieli pojęcia, jak przygotować kultury riketsji takiego typu, jaki wykorzystywano do produkcji szczepionki. Wszyscy jednak pragnęli odnieść sukces – Ding-Schuler po to, by zrobić karierę naukową, więźniowie – by przeżyć. Członkowie kolektywu myślowego Bloku 50 – biolog, piekarz, polityk, fizyk i inni – przekonali samych siebie, że produkują szczepionkę16. Umieścili płynną substancję w probówkach, które wysłano do Hamburga i Paryża; tam zaś cieszący się uznaniem niemieccy naukowcy odpowiedzieli pochwałami. Jak to możliwe? Wyglądało na to, że grupa zdesperowanych amatorów w kilka miesięcy nauczyła się przygotowywać diabelnie skomplikowaną szczepionkę. Czy rzeczywiście? Tylko Fleck, który przybył w chwili, gdy prace zespołu były już znacznie zaawansowane, dysponował potrzebną specjalistyczną wiedzą. Tylko on mógł stwierdzić, czy produkowana szczepionka jest prawdziwa.

Tak czy inaczej, większości więźniów Buchenwaldu wcale nie riketsje najbardziej interesowały w królikach używanych do hodowli drobnoustrojów. W noc wielkiego nalotu, gdy dąb Goethego płonął, więźniowie – francuscy naukowcy z Instytutu Pasteura, niezłomni członkowie polskiego ruchu oporu, niemieccy komuniści, rosyjscy chłopi, holenderscy Żydzi oraz Fleck najpierw odśpiewali Marsyliankę, a potem najedli się duszonych królików.

1

Wszy – wojna – tyfus – obłęd

Dla większości współczesnych tyfus jest chorobą nieznaną, ale w minionych epokach wywarł on wyraźny wpływ na losy imperiów od Napoleona po Lenina. Nikt, kto przeżył epidemię tyfusu, nie zdoła jej zapomnieć. Chorobę przenoszą maleńkie stawonogi żyjące wygodnie w szwach i załamaniach ciepłych ubrań; jeśli się ich nie usunie, tkwią tam i wychodzą jedynie po to, żeby napić się krwi. Gdy temperatura ciała, z którego żyją, zanadto spada lub wzrasta w gorączce, wynoszą się, by znaleźć nowego ludzkiego gospodarza. Potrafią w godzinę pokonać odległość nawet półtora metra. Wszy głowowe składają jaja, czyli gnidy, na włosach; wszy odzieżowe – w bieliźnie i koszulach. Wszy odzieżowe wyewoluowały z wszy głowowych, gdy ludzie zaczęli nosić ubrania17. Od przodków odróżnia je niechęć do temperatury skóry na głowie – najcieplejszego fragmentu powierzchni ciała.

Ludzie i wszy od dawna żyją w bliskich związkach. Na początku biblijnej Księgi Wyjścia „wyciągnął Aaron rękę swoję z laską swoją, i uderzył w proch ziemi; i były wszy na ludziach, i na bydle; wszystek proch ziemi obrócił się we wszy po wszystkiej ziemi Egipskiej”18. Obrzydzenie, które budziły wszy, znajduje odbicie w takich wyrażeniach, jak „wszawy charakter” – czyli podstępny, godny pogardy – albo wyzwisku „ty gnido” skierowanym do człowieka pozbawionego zasad moralnych. Pojawiła się nawet hipoteza, że siedmiodniowy tydzień i szabat odzwierciedlają wzorce rozmnażania się wszy ludzkiej – ponieważ dzięki zmianie ubrań co tydzień wszy i gnidy giną19. Jednak jeszcze kilka wieków temu ludzie mieszkający w chłodniejszym klimacie rzadko się kąpali, a w ich ubraniach niemal zawsze mieszkały wszy. W dwunastowiecznym opisie pogrzebu arcybiskupa Canterbury Tomasza Becketa czytamy, że gdy jego ciało ostygło, robactwo mieszkające w licznych warstwach ubrania zaczęło wypełzać i „kotłowało się jak woda w garnku, a obecni, widząc to, wybuchali jedni płaczem, drudzy śmiechem”20.

W świecie współczesnym jednak wszy odzieżowe kojarzą się głównie z uchodźcami, żołnierzami i osobami w rozpaczliwych sytuacjach. Epidemie tyfusu wybuchają zazwyczaj tam, gdzie ludność żyje w tragicznych warunkach, gdzie panują głód, chłód, strach i wycieńczenie. Tyfus wiąże się z katastrofą społeczną. „Będzie żył jeszcze setki lat i będzie zawsze wybuchał – napisał Hans Zinsser, badacz tyfusu pracujący na Harvardzie – ilekroć ludzka głupota i brutalność na to pozwoli”21. W 1935 roku, gdy ukazała się książka Zinssera Szczury, wszy i historia, dla większości Amerykanów i mieszkańców Europy Zachodniej, którzy zachowywali taką higienę, że wszy nie miały warunków do rozmnażania, tyfus był jedynie odległym wspomnieniem. W niektórych częściach świata choroba ta wciąż jednak stanowiła realne niebezpieczeństwo. Pod koniec I wojny światowej najgorsza w historii epidemia objęła Rosję od Syberii aż po Polskę; zachorowało trzydzieści do czterdziestu milionów osób, a około trzech milionów zmarło22. To właśnie w przededniu tej wielkiej katastrofy Rudolf Weigl i jego asystent Ludwik Fleck zdobyli renomę jako badacze tyfusu. Opierając się na nowych dowodach, że wektorami choroby są wszy, Weigl i Fleck znaleźli się w czołówce tych uczonych, którzy podejmowali wysiłki, by opanować epidemię.

Gdy w 1914 roku cesarstwo austro-węgierskie wezwało do walki swych poddanych płci męskiej, Weigl miał trzydzieści jeden, a Fleck zaledwie osiemnaście lat. Obaj opuścili domy we Lwowie i zostali członkami służby medycznej w cesarsko-królewskiej armii. Po przeszkoleniu w Wiedniu szybko włączyli się do walki z tyfusem, z którym spotykali się głównie w obozach dla rosyjskich jeńców wojennych w Czechach i zachodniej Galicji, w rejonie Lwowa, Przemyśla i Tarnowa. W latach 1917–1921 Weigl kierował w Przemyślu laboratorium wojskowym, pracującym najpierw dla Habsburgów, a od 1919 roku dla państwa polskiego. Na niektórych mapach linia dzieląca kulturę Europy Zachodniej od Wschodniej przebiega właśnie przez to silnie ufortyfikowane miasto. Twierdza Przemyśl, w 1914 roku trzeci co do wielkości zespół fortów w Europie, została zajęta przez armię carską w marcu 1915 roku, po sześciomiesięcznym oblężeniu, które było przyczyną głodu wśród licznie tam mieszkających biednych Żydów23. Trzy miesiące później twierdzę odbito, potem jednak straciła swe strategiczne znaczenie; przekształcona w magazyn, stała się miejscem przegrupowań wojska oraz ośrodkiem medycyny wojskowej, w którego skład wchodziło nowoczesne laboratorium mikrobiologiczne24.

Rudolf Stefan Weigl urodził się w 1883 roku w Przerowie, malowniczym morawskim mieście znajdującym się obecnie w Czechach, w rodzinie etnicznych Niemców. Jego ojciec, który projektował i produkował różnego rodzaju pojazdy, zginął w wypadku – rozbił się na wynalezionym przez siebie rowerze o dużych kołach. Rudolf Weigl miał wówczas siedem lat. Kilka lat później jego matka wyszła powtórnie za mąż, za Polaka, nauczyciela Józefa Trojnara. Rodzina często się przeprowadzała, aż osiadła na stałe w Stryju, zamożnym mieście leżącym na południe od Lwowa, gdzie Trojnar został dyrektorem gimnazjum. Małżeństwo okazało się szczęśliwe. Rudolf, jego starszy brat Fryderyk i siostra Lilly dorastali w atmosferze zdominowanej przez język polski i polską kulturę. Po maturze Weigl rozpoczął studia na uniwersytecie we Lwowie i tam w 1907 roku uzyskał tytuł doktorski z biologii25. Promotorem doktoratu był zoolog profesor Józef Nusbaum-Hilarowicz, czołowy polski propagator idei Darwina i tłumacz jego dzieł.

W schyłkowych latach imperium Habsburgów Galicja otrzymała autonomię. Wieś w znacznej części zamieszkiwali Ukraińcy i Rusini, miasta – głównie Polacy i Żydzi. Ci, którzy decydowali się na asymilację, często uczyli się polskiego, języka władz i kultury. Odbiegało to od sytuacji na tych terenach Polski, które znalazły się we władaniu Prus i Rosji, tam bowiem asymilowani Żydzi zazwyczaj mówili po niemiecku. Być może to dzięki lekkiej ręce austriackiego cesarza antysemityzm i konflikty etniczne nie ujawniały się tak bardzo w Galicji w latach wojny, jak w Pol­sce po odzyskaniu niepodległości w 1919 roku. Antysemityzm w różnych zawodach był jawny, ale nieskodyfikowany i bynajmniej nie powszechny. Weigl był równocześnie Czechem, Austriakiem i Polakiem; jego opiekun naukowy profesor Nusbaum-Hilarowicz był Żydem, który w 1907 roku przyjął chrzest, uważając, że inaczej nie doczeka się pełnej profesury; Żydem był także przełożony Weigla w wojsku Filip Pinkus Eisenberg26. Ten bakteriolog, wykształcony w Instytucie Pasteura, kierował laboratorium tak wieloetnicznym jak imperium, na rzecz którego działało. W Przemyślu Weigl w charakterze swego asystenta zatrudnił Ludwika Flecka, który tuż przed wojną rozpoczął we Lwowie studia medyczne. Fleck pochodził ze zasymilowanej rodziny; jego matką była Sabina Hersch­dörfer, ojcem – Maurycy Fleck, sympatyzujący z socjalistami właściciel niewielkiej firmy malującej domy. Rodzice Flecka, choć niezamożni, wiązali z dziećmi wielkie ambicje i posłali je do polskiej, a nie żydowskiej szkoły, w nadziei, że w ten sposób w pełni włączą się one w polskie społeczeństwo. Maurycy zarabiał dość, by opłacić studia uniwersyteckie Ludwika i jego dwóch sióstr – Antoniny i Henryki. Fleck pracował nad doktoratem na Uniwersytecie Lwowskim pod kierunkiem Weigla, dziewczęta natomiast studiowały sztuki piękne i pedagogikę w Wiedniu27.

Eisenberg specjalizował się w badaniach mikroskopowych i znakomicie potrafił identyfikować bakterie w ich zwodniczo zmiennych formach. Weigl, niezwykle sprawny w badaniach laboratoryjnych, wynalazł ulepszenie dla okularu mikroskopu – drugie pokrętło ustawiania ostrości. Także i Fleck miał zyskać renomę wyjątkowo przenikliwego badacza. W sensie wizualnym ta trójka przedstawiała ewolucję mody dotyczącej zarostu: Eisenberg łysiał, ale pielęgnował długą brodę, podobną do tych, które nosili odziani w surduty profesorowie z filmów Gabinet doktora Caligari czy Błękitny anioł. Weigl już jako dwudziestoparolatek zapuścił bródkę w stylu hiszpańskim, jakby wzorowaną na Trzech muszkieterach, w dziedzinie stroju natomiast lubił koszule niezapinane pod szyją, z szerokimi kołnierzykami. Fleck preferował schludne garnitury i gładko się golił28. Golenie zarostu w miarę upływu lat stawało się coraz częstsze, między innymi z powodu rodzącej się powszechnej obsesji na punkcie zarazków, które – jak uważano – wolą brody od gładkiej skóry (ideę tę propagował Gillette i inni producenci brzytew).

Tyfus, przedmiot badań trójki uczonych, był niezwykle trudny do zrozumienia i opanowania. Większość skutecznie działających ludzkich patogenów jest stosunkowo łagodna. Na przykład wirusy przeziębienia łatwo się rozprzestrzeniają, ponieważ zarażeni ludzie pozostają w na tyle dobrej formie, żeby je rozsiewać wśród innych. Malaria nie zabija komarów, a bakterie Borrelia nie wywołują boreliozy u przenoszących je kleszczy. Z upływem czasu patogeny stają się mniej wirulentne, giną lub są coraz mniej zjadliwe (lub też, jak w przypadku HIV i gruźlicy, zakażenie następuje powoli, pacjent więc ma wiele czasu, żeby przekazać zarazki innym, zanim sam zacznie odczuwać ich skutki). Śmiercionośny wirus Ebola, który w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku pojawił się w Afryce, wywołał panikę, nie miał jednak większego znaczenia w skali świata: ponieważ zakażenie i śmierć następują szybko, pacjent nie zdąży przekazać go wielu osobom. Jest to cecha charakterystyczna dla nowych patogenów, które jeszcze nie zaadaptowały się do nosicieli. Na drugim końcu spektrum znajduje się na przykład Streptococcus pyogenes, potocznie nazywany paciorkowcem ropnym, należący do grupy serologicznej A29. Może wywoływać anginę, szkarlatynę, gorączkę reumatyczną, a nawet zespół wstrząsu toksycznego, ale zazwyczaj po cichu kolonizuje gardła zdrowych dzieci w wieku od trzech do pięciu lat. Co roku około piętnastu procent dzieci staje się nosicielami.

Rickettsia prowazekii, zgodnie z tą logiką, musi być młodym patogenem, ponieważ nie „nauczyła się” jeszcze zajmować solidnej niszy ekologicznej. Niektórzy specjaliści są zdania, że w XVI wieku rdzenni mieszkańcy Ameryki przekazali wywoływany przez nią tyfus hiszpańskim kolonizatorom; inni twierdzą jednak, że występował on w Europie już wcześniej. Choć choroba ta zazwyczaj okazuje się śmiertelna dla mniej niż dwudziestu procent zakażonych, a pozostali przy życiu mogą ją dalej przekazywać, rozprzestrzenia się dzięki jednemu tylko nosicielowi – wszy30. Wszy nie tylko roznoszą tyfus, ale także padają jego ofiarą. Chore insekty mogą zarażać ludzi do dziesięciu dni; potem umierają i nie przekazują choroby składanym jajom. Gdy w okolicy nie ma chorych, od których wszy mogłyby się zarazić, przestają rozsiewać chorobę. Zatem koniec epidemii tyfusu powinien oznaczać także koniec tyfusu jako takiego; zarazek jednak potrafi przetrwać w inny sposób. Przede wszystkim odchody zakażonych wszy zawierają wysokie stężenie R. prowazekii i pozostają zakaźne przez kilka miesięcy. Co więcej, ludzie, którzy przeżyli tyfus, czasami przez wiele lat noszą w sobie utajoną infekcję31. Tak samo jak przebyta w dzieciństwie ospa wietrzna może się w starszym wieku objawić w postaci półpaśca, tak i osobom po tyfusie zdarzają się nawroty, jeśli osłabnie ich system odpornościowy. Amerykański lekarz Nathan Brill jako pierwszy odkrył takie przypadki w Nowym Jorku w 1901 roku wśród imigrantów z Europy Wschodniej. Szczególnie często występowały wśród starszych osób będących w żałobie po śmierci współmałżonka, dlatego też Brill nazwał to „chorobą żałobną”. Hans Zinsser wyodrębnił drobnoustrój i zidentyfikował jako tyfus. W miarę jak starzy pacjenci po tyfusie wymierają, choroba Brilla–Zinssera staje się coraz rzadsza. Jeśli jednak chory na chorobę Brilla–Zinssera zetknie się z wszami, może je zarazić i cykl rozpocznie się od nowa. Ten mechanizm sprawia, że tyfus potrafi przetrwać od epidemii do epidemii. A jeśli – jak uważają naukowcy – rozprzestrzenia się tylko w taki sposób, może zniknąć z powierzchni ziemi, gdy umrze ostatnia osoba, która kiedyś na niego chorowała.

Sto lat temu wyjątkowy wzorzec życiowy tyfusu stawiał przed badaczami trudne wyzwanie: Jak zapewnić stałe źródło mikroorganizmów do badań? Utrzymanie zarazków tyfusu przy życiu w sztucznych kulturach lub w ciałach myszy i świnek morskich było trudne; nie dawało się zarazić wszy tyfusem inaczej niż karmiąc je krwią osób chorych. A przecież chorzy pojawiali się tylko podczas epidemii. Nawet chwiejna etyka medyczna tamtych czasów nie pozwalała na celowe zarażanie ludzi tak groźną chorobą. W 1916 roku, po wielu dyskusjach z Eisenbergiem, Weigl wpadł jednak na pomysł, jak rozwiązać ten problem. Z troski o przyszłą karierę asystenta Eisenberg od pewnego czasu namawiał go, by porzucił badania nad tyfusem i zajął się cholerą, mikroorganizmem łatwiejszym w hodowli i rozmnażaniu.

– Niech mi pan, proszę, powie, skąd weźmie pan kultury? – nalegał Eisenberg. – Bez chorych nie będzie pan miał dostępu do mikroorganizmów wywołujących tyfus. A nie będzie pan miał chorych bez choroby. Więc jak to ma funkcjonować?

Weigl zamyślił się na chwilę.

– Cóż, skoro nie możemy nakarmić wszy zarazkami – powiedział z typową dla siebie rubasznością – to wepchniemy im je w dupę!

Eisenberga, który nie zrozumiał, te słowa nie rozbawiły.

– Niech pan spojrzy – powiedział Weigl.

Podszedł do stołu i za pomocą palnika bunsenowskiego wyciągnął długą i cienką szklaną pipetę. Przytrzymał wesz na kawałku bibuły i wetknął koniec pipety w jej odbyt, wstrzykując maleńką kropelkę wody. Dzięki badaniom anatomicznym Weigl wiedział, że odbytnica insekta zrobiona jest ze sztywnego, przypominającego chitynę materiału, zatem nie grozi jej uszkodzenie, jeśli tylko pipetę wprowadza się ostrożnie, a jej czubek jest obły32.

[^] Rudolf Weigl (po lewej), Filip Eisenberg (siedzi) i inni pracownicy laboratorium w Przemyślu, około 1916 roku

I tak narodziło się nowe zwierzę doświadczalne – wesz. Choć brzmi to groteskowo, był to prawdziwy przełom w badaniach nad tyfusem, istotny zresztą także dla badań nad wirusami. Nigdy wcześniej nie wykorzystywano owadów jako zwierząt doświadczalnych; Weigl mógł wprowadzić swój pomysł w życie tylko dzięki ogromnej zręczności. „Przyglądanie się, jak delikatnie wykonuje sekcję insekta lub przygotowuje preparat na szkiełku mikroskopu, było niezwykłą przyjemnością estetyczną” – wspominał jeden ze współpracowników33.

Weigl, a także Fleck i inni medycy pracujący na rzecz Austro-Węgier znaleźli się pod presją czasu. Przed wojną w Austrii tyfus niemal nie występował, więc żołnierze CK armii, pozbawieni wrodzonej odporności, łatwo się zarażali. Natomiast na ziemiach, których bronili, wkrótce już grasował tyfus; epidemie wybuchły najpierw na Bałkanach, potem na Ukrainie i w Rosji.

Słowo „tyfus” pochodzi z greckiego ty ˜ phos, gdzie znaczyło „dymny” lub „niewyraźny”, a także „odurzony” – stąd jedna z polskich nazw tej choroby, „dur”. Określenie nawiązuje do halucynacji rodzących się w umyśle chorego. Do połowy XIX wieku mylono tyfus plamisty z durem (tyfusem) brzusznym, chorobą o podobnych czasem objawach, ale wywoływaną przez bakterie znajdujące się w skażonej żywności lub wodzie, a należące do rodzaju Salmonella. Pierwotny błąd pozostawił lingwistyczne zamieszanie34[2]. Na przykład po niemiecku Tyfus to dur brzuszny, natomiast tyfus plamisty to Fleckfieber, czyli dosłownie „gorączka plamista”. Po angielsku spotted fever („gorączka plamista”) może oznaczać tyfus plamisty lub gorączkę plamistą Gór Skalistych, także wywoływaną przez riketsje, tyle że wektorem jest kleszcz, a nie wesz. Sytuację dodatkowo komplikuje fakt, że tyfus epidemiczny wywołany przez R. prowazekii ma mniej śmiercionośnych kuzynów: tyfus endemiczny, którego źródłem jest Rickettsia typhi (mooseri), oraz chorobę zwaną durem zaroślowym, za którą odpowiedzialna jest Rickettsia tsutsugamushi.

Wesz odzieżowa gryzie, by przytwierdzić się do skóry, a potem przekłuwa jej zewnętrzną warstwę, by ssać krew. W czasie ssania oddaje kał. Samo ugryzienie i zakażona tyfusem wesz nie wywołują choroby; nakłucie i ślina owada powodują jednak swędzenie, człowiek się drapie w miejscu ugryzienia i w przebitą skórę wciera odchody pełne zarazków tyfusu. Zarazki tyfusu mogą żyć w ludzkich komórkach zawartych w wyschniętym kale wszy do czterech miesięcy. Do pewnego nieznanego, ale niewielkiego procentu zakażeń dochodzi, gdy odchody dostają się do organizmu człowieka przez oczy i układ oddechowy.

Riketsje to maleńkie, prymitywne bakterie. Niedawne analizy genetyczne wskazują, że mają one wspólnego przodka z mitochondriami (organellami wytwarzającymi energię) w komórkach ssaków. Bakterie tyfusu żyją w komórkach nosiciela, a ich istnienie zależy od cukrów metabolizowanych w tych komórkach35. Kolonizują komórki wyścielające naczynia krwionośne w tkankach całego ciała, także w mózgu. Atak systemu immunologicznego na zakażone komórki sprawia, że w płucach i innych organach powstają wysięki; jak płonąca zapałka wrzucona do pudełka sztucznych ogni, zakażenie uruchamia ciąg reakcji immunologicznych, które składają się na zapadające w pamięć, przerażające objawy choroby.

Pierwsze objawy występują najczęściej około tygodnia po ukąszeniu przez wesz36. Chory odczuwa wielkie zmęczenie, silny ból głowy i krzyża; wkrótce wydaje się blady i nieobecny, ma spowolnione reakcje. Mniej więcej po pięciu dniach na ramionach, barkach i piersi pojawiają się czerwone plamy i grudki, jakby klejnociki wciśnięte w skórę. Przybierają formę krwawych wybroczyn. Zanim jeszcze lekarze wiedzieli, co jest przyczyną tyfusu, potrafili postawić diagnozę na podstawie tych wybroczyn i majaczenia, do którego dochodzi wkrótce potem. Przez tydzień lub dłużej ciężko chory leży bezwładnie, mamrocze, traci przytomność, od czasu do czasu wpada w gniew, któremu towarzyszą ruchy spastyczne, i traci kontrolę nad wypróżnieniami. Temperatura ciała wzrasta do czterdziestu stopni Celsjusza, tętno dochodzi do stu dwudziestu uderzeń na minutę. Może temu towarzyszyć zapalenie oskrzeli, głuchota, drętwienie kończyn, opuchlizna jąder albo gangrena palców, penisa lub warg sromowych. Głuchota i utrata pamięci bywają trwałe.

W momencie szczytowego rozwoju choroby wielu pacjentów ogarnia silny niepokój. „Oddział chorych na tyfus w drugim tygodniu choroby bardziej przypomina oddział stanów ostrych w szpitalu psychiatrycznym niż zwykły oddział zakaźny – napisał pewien lekarz. – Niektórzy pacjenci są nieprzytomni lub ospali, inni niezrozumiale krzyczą z całych sił, jeszcze inni, którzy zbliżają się do krytycznej fazy choroby, leżą odkryci z silnie drżącymi rękoma, odruchowo skubią pościel i przejawiają subsultus tendinum [drganie, szarpanie i chwytanie]”. Lepsze szpitale dysponowały pasami i przytrzymywały nimi pacjentów, by nie dopuścić do ataków na personel szpitalny, wyskakiwania przez okno czy uciekania po schodach wprost na ulicę lub do najbliższego zbiornika z wodą. Częstym następstwem tyfusu było samobójstwo – jeśli można je tak nazwać – ponieważ chorzy szaleli z bólu i z powodu strasznych majaków, które skłaniały ich do rzucenia się przez okno37.

Na podstawie wizji chorych na tyfus można by napisać wiele książek. Pewien amerykański ochotnik, który w 1920 roku opiekował się sześcioma tysiącami chorych jeńców wojennych jadących pociągiem przez Syberię – Austriaków, Turków i Rosjan – też zachorował. Padł na słomę i dał się porwać niezapomnianej wizji. „Wydawało mi się, że obok mnie stoją dwa łóżka, a na nich leżą ciemne ciała, potwory o nieokreślonym kształcie, będące równocześnie częściami mego ciała – opowiadał później. – Kiedy indziej zaś mogłem patrzeć na siebie z zewnątrz w sposób stosunkowo logiczny”. Innemu Amerykaninowi, ochotnikowi służącemu w wojsku włoskim podczas I wojny światowej, nagle przyszła do głowy nie tak znów szalona myśl, że wojna jest złem, odmówił więc powrotu na front i innych pacjentów zaczął przekonywać do pacyfizmu. Te wywołane gorączką pomysły sprawiły, że lekarze do końca wojny trzymali go w szpitalu psychiatrycznym38.

[^] Oddział tyfusowy w Szpitalu Miłosierdzia w Warszawie, 1921

Niektórzy pacjenci przejściowo zyskiwali niezwykłe zdolności umysłowe lub, przeciwnie, tracili najbardziej podstawowe umiejętności. „Choć pamięć mam taką, że nigdy nie umiałem uczyć się wierszy, wyrecytowałem z pamięci trzy poematy, które przeczytałem niedługo przed chorobą – wspominał pewien rosyjski pacjent. – Dwa dni po tym wzlocie mój umysł był jak biała karta”39.

W różnych kulturach pojawiały się odmienne typowe motywy halucynacji: podczas II wojny światowej niemieckim żołnierzom na froncie wschodnim często wydawało się, że Führer osobiście przypina im medale i awansuje ich za dzielność w walce40. Amerykanie pracujący na rzecz pomocy dla ofiar głodu, którzy w 1922 roku trafili do szpitala polowego w Ufie, majaczyli o fantastycznych planach ucieczki, wsiadali do wygodnych, wyłożonych poduszkami samolotów i lecieli dookoła świata41. Dziennikarz John Reed, który ostatnie dni życia spędził w moskiewskim szpitalu, uprzednio będąc świadkiem rozpadu ukochanej rewolucji, chronił się w idyllicznych, pięknych wizjach dzieciństwa spędzonego w Portland w stanie Oregon. „Mówił mi, że woda, którą pije, jest pełna piosenek – napisała Louise Bryant, wdowa po Reedzie, która nie odstępowała go, gdy umierał. – Powiedział: »Wiesz, jak to jest, gdy się jedzie do Wenecji. Pytasz ludzi: Czy to Wenecja? Po prostu dla przyjemności, jaką daje słuchanie ich odpowiedzi«”42.

Ci, którzy wyzdrowieli, opisywali nienasycony głód podczas rekonwalescencji i żywe poczucie odrodzenia. Klimow, bohater opowiadania Czechowa Tyfus z 1887 roku, budzi się w strumieniu światła: „Całą jego istotę od stóp do głów przeniknęło uczucie bezgranicznego szczęścia, radości życia, jakiej zapewne doznał nasz praojciec zaraz po stworzeniu, kiedy po raz pierwszy zobaczył świat. Klimow straszliwie zapragnął ruchu, ludzi, mowy. […] Cieszył go własny oddech, własny śmiech, cieszyło istnienie karafki, sufitu, promienia, taśmy na zasłonie”. Gdy ciotka mówi Klimowowi, że jego siostra Katia zmarła na tyfus, którym się od niego zaraziła, „ta okropna, nieoczekiwana nowina […] chociaż była straszliwa i wstrząsająca, nie mogła stłumić zwierzęcej radości, która rozsadzała wracającego do zdrowia porucznika. Klimow płakał, śmiał się, a wkrótce zaczął kląć, bo nie dano mu jeść”43.

Przenoszonemu przez wszy tyfusowi nadawano wiele nazw: gorączka więzienna, gorączka złośliwa, gorączka plamista, jednak niewątpliwie najtrafniejszą nazwą, przynajmniej w ostatnich stuleciach, jest „gorączka wojenna”. Tyfus wędrował za żołnierzami i uchodźcami do zbombardowanych domów i ziemianek, wciskał się do okopów i obozów, krył w wagonach kolejowych i konnych zaprzęgach. Choroba odegrała znaczącą rolę w licznych kampaniach wojskowych, między innymi w zakończonym klęską najeździe Napoleona na Rosję. Wielka Armia ruszyła na Moskwę w sile pięciuset tysięcy żołnierzy; powróciło trzy tysiące44. Prawdopodobnie dwadzieścia procent ofiar zmarło na tyfus.

[^] Niemieccy żołnierze prowadzą odwszawianie na froncie wschodnim, 1917

Żołnierze Napoleona byli całkiem nieświadomi, co ich trafiło, ale tuż przed wybuchem I wojny światowej naukowcom udało się potwierdzić decydującą rolę wszy w rozprzestrzenianiu tyfusu. Francuski uczony Charles Nicolle, metodyczny protegowany Émile’a Roux, współpracownika Pasteura, jako pierwszy udowodnił, że to właśnie te owady przenoszą tyfus45. Gdy w 1903 roku objął kierownictwo oddziału Instytutu Pasteura w Tunisie, zauważył, że w szpitalu miejskim na tyfus często zapadali pracownicy recepcji, natomiast pracujące na oddziale pielęgniarki – nie. Dowiedziawszy się, że pacjenci przyjęci do szpitala byli rozbierani do naga i myci, doszedł do wniosku, że czynnik odpowiedzialny za chorobę musi się kryć w ubraniach. Przeprowadził kilka eksperymentów, w których wykorzystał wszy do przeniesienia choroby z człowieka na szympansa, z szympansa na makaka, a z makaka na kolejnego szympansa. Badania Nicolle’a, opublikowane w 1909 roku, miały ogromne znaczenie i w 1928 roku przyniosły mu Nagrodę Nobla w dziedzinie medycyny.

W chwili wybuchu I wojny światowej lekarze wiedzieli już zatem, że to wszy przenoszą tyfus. Wojsko zaczęło niezwłocznie podejmować działania przeciwko wszawicy. W każdym państwie istniał korpus medyczny zajmujący się tyfusem; wielu uczonych starało się – bezskutecznie – opracować szczepionkę. Zespół francuski pracował w Instytucie Pasteura, Wielka Brytania miała takich lekarzy jak Arthur Bacot w Instytucie Listera, Amerykanie – Hansa Zinssera i Richarda Stronga na Harvardzie. Najlepiej zorganizowany był korpus higieniczny armii Prus, którego tradycje sięgały poprzedniego stulecia46 (na przykład w 1870 roku Prusy jako pierwsze mocarstwo zaszczepiło wszystkich żołnierzy przeciwko ospie). W 1914 roku niemieckie instytuty medyczne wysłały w teren czołowych naukowców, by tam badali i zwalczali choroby zakaźne. W Turcji, gdzie osłabiona armia osmańska postawiła na czele sztabu oficerów niemieckich, tacy uczeni jak Ernst Rodenwaldt, Claus Schilling i Heinz Zeiss z Instytutu Chorób Morskich i Tropikalnych mieli okazję badać tyfus w obozach dla jeńców wojennych47. Ci niemieccy lekarze – wszyscy trzej podczas II wojny mieli się związać z hitlerowską medycyną – prowadzili doświadczenia z tyfusem na Ormianach, a gdy powzięto podejrzenie, że pięćdziesiąt tysięcy ormiańskich uchodźców w Aleppo przenosi tę i inne choroby, nalegali, by nie dopuścić do ich kontaktów z żołnierzami. Turcy zamknęli uchodźców w obozach koncentracyjnych i w większości wymordowali.

Z groźby zakażenia żołnierzy tyfusem niemieccy lekarze wojskowi po raz pierwszy wyraźnie zdali sobie sprawę po stoczonej w 1914 roku bitwie pod Tannenbergiem, w której dwukrotnie mniej liczne siły niemieckie odniosły miażdżące zwycięstwo nad dwiema armiami carskimi – częściowo dzięki temu, że carscy dowódcy nie szyfrowali przesyłanych rozkazów i wiadomości. Do niewoli trafiło dziewięćdziesiąt dwa tysiące rosyjskich żołnierzy. (Rosyjski oficer powiedział Szymonowi An-skiemu, pisarzowi zaangażowanemu w niesienie pomocy ofiarom wojny: „Rosja walczy z trzema wrogami: Niemcami, wszami i własnymi generałami – ci ostatni są najbardziej niebezpieczni”48). W niektórych częściach Rosji tyfus był zawsze obecny. Przenosił się wraz z wojskiem złożonym z poborowych, żyjąc we wszach, które kryły się w niepranych ubraniach. Pewien niemiecki lekarz na jednym tylko rosyjskim więźniu znalazł sześć tysięcy wszy. W obozach dla jeńców wojennych tyfus pojawił się bardzo szybko.

Niemcy z właściwą sobie pedanterią podejmowali niezwykle surowe działania przeciwko robactwu. Armia powołała oddziały do odwszawiania; żołnierze musieli rozebrać się do naga i czekać godzinami, marznąc w namiotach lub betonowych budynkach, podczas gdy ich ubrania były poddawane działaniu pary pod ciśnieniem lub płukane w kreozocie, co miało zabijać wszy. Tak samo traktowano jeńców. Nawet Aleksandra Piłsudska, internowana w 1915 roku, została zmuszona do poddania się odwszeniu. Mimo zimy kazano jej i jej rodaczkom rozebrać się na dworze i wykąpać w balii wypełnionej silnym środkiem dezynfekcyjnym, od którego „skóra nas piekła, aż przybrałyśmy kolor homarów”. Głowę umyto jej mocnym roztworem karbolu, „po którym włosy były sztywne i kruche jak słoma, a także tak lepkie i niedające się czesać, że dopiero po kilku tygodniach nastąpiła poprawa”49. Podczas wojny Niemcy poddali odwszeniu trzy i pół miliona jeńców, a choć system ten był niewątpliwie brutalny, to okazał się skuteczny. Spośród trzydziestu trzech tysięcy niemieckich żołnierzy, którzy zmarli na skutek chorób zakaźnych podczas wojny, na tyfus chorowało niecałe półtora tysiąca.

Zastosowane przez Niemców środki prawdopodobnie zapobiegły rozwojowi choroby na froncie zachodnim. Było to nie lada osiągnięcie, jako że zachodnie okopy pod względem zawszawienia w niczym nie ustępowały tym na wschodzie. W książce Ericha Marii Remarque’a Na Zachodzie bez zmian narrator opisuje, jak niemieccy żołnierze wrzucali wszy do puszki po paście do butów, następnie umieszczali puszkę nad płomieniem świecy i w ten sposób zabijali insekty50. Żołnierze brytyjscy nazywali je „weszkami”; charakterystyczne wzruszenie ramion i udręczony wyraz twarzy mówiły oficerom, że ich ludzie mają wszy i nie spali dobrze. Wszy to zwierzęta nocne, lubią miejsca ciepłe, ciemne i ciche, a człowiek czasami musi przecież spać. „Jedynym sposobem, żeby na chwilę poczuć ulgę, było wyjście z ziemianki, wsunięcie kolby karabinu pod pasek i czochranie się o nią jak osioł o bramę – napisał pewien żołnierz. – To przynosiło chwilową ulgę, ale jak tylko wracało się do ziemianki, a ciało się odrobinę rozgrzewało, to te małe bydlaki znów zaczynały działać”. Poeta Robert Graves, oficer w Królewskich Walijskich Fizylierach, powiedział, że jego żołnierze wymyślali na temat wszy gorzkie żarty. „Młody Bumford mi jeden opowiedział: »Spieraliśmy się, czy lepiej zabijać stare, czy młode. Morgan mówi, że jeśli się zabija stare, to młode umierają z żalu, ale Parry jest zdania, że łatwiej jest zabić młode, a stare można złapać, jak pójdą na pogrzeb«. Odwołał się do mnie, żebym rozsądził: »Chodził pan do college’u, prawda?«”51.

Choć na Zachodzie nie doszło do epidemii tyfusu, żołnierze chorowali na gorączkę okopową, przenoszoną przez wszy chorobę, którą Niemcy nazywali gorączką wołyńską, a Polacy gorączką pięciodniową (odpowiedzialny za nią drobnoustrój nosi miano Bartonella quintana; wcześniej był znany jako Rickettsia quintana)52. Rzadko prowadziła ona do śmierci, była jednak bardzo nieprzyjemna i niezwykle powszechna; cierpiała na nią ponad jedna trzecia brytyjskich żołnierzy53. Gorączka trwała pięć dni, a czasami powracała nawet po wielu latach. Na froncie zachodnim dotknęła setki tysięcy żołnierzy z armii sprzymierzonych i armii niemieckiej.

Po ataku Austrii na Serbię, który zapoczątkował I wojnę światową, w Serbii wybuchła epidemia tyfusu. Krwawe potyczki na Bałkanach, wyniszczonych już wojnami Serbii z Turcją i Bułgarią, dobiegły końca w grudniu, gdy Serbowie wzięli do niewoli sześćdziesiąt tysięcy austriackich żołnierzy. Wielu jeńców zmarło na tyfus jeszcze przed końcem roku. Epidemia wybuchła nagle i zebrała ogromne żniwo; wkrótce żadna ze stron nie miała dość sił do podjęcia ofensywy, dzięki czemu doszło do sześciomiesięcznego zawieszenia broni. Ocenia się, że zachorowało wówczas około pół miliona żołnierzy, z czego sto dwadzieścia tysięcy śmiertelnie. Ponad połowa z czterystu pięćdziesięciu serbskich lekarzy zmarła lub nie była zdolna do pracy. Na pomoc ruszyli lekarze ochotnicy z całego świata, wśród nich polski immunolog Ludwik Hirszfeld, który miał później zyskać sławę jako twórca systemu oznaczania grup krwi A–B–AB–0. Do małego wiejskiego szpitala, gdzie Hirszfeld pracował w lutym 1915 roku, codziennie przywożono nawet setkę nowych pacjentów; „połowa z nich była tak chora, że nie potrafiła powiedzieć, jak się nazywa” – napisał później54. Codziennie umierało pięćdziesiąt osób. Konnymi wozami wywożono zmarłych, ale nie nadążano, więc w szpitalu piętrzyły się stosy ciał.

Niemal każdy lekarz i naukowiec, który podczas I wojny światowej zetknął się z tyfusem, mógł opowiadać o ponurych doświadczeniach. Wszystkie laboratoria miały swoich męczenników, a ówczesne publikacje na temat tyfusu nieodmiennie dedykowano zmarłym kolegom55. Lekarze i biolodzy stąpali po cienkim lodzie, lecząc i badając tę chorobę w epoce, w której profilaktyka dopiero powstawała i nie istniało skuteczne lekarstwo. Sytuację dobrze ilustrują ostatnie doniesienia przesyłane w styczniu 1915 roku przez Stanislausa von Prowazka, czeskiego naukowca z Instytutu Chorób Morskich i Tropikalnych w Hamburgu. Prowazek w tym czasie pracował w szpitalu więziennym w obozie dla rosyjskich jeńców wojennych w Cottbus w Niemczech. W barakach jenieckich wszy było tyle, że padały z sienników jak deszcz, ilekroć ktoś trzasnął drzwiami. Razem z Henrique da Rocha Limą, brazylijskim uczonym i współpracownikiem, Prowazek przekonywał odrzucających dowody kolegów lekarzy, że to wszy są wektorem tyfusu. Teoria Prowazka i da Rocha Limy znalazła potwierdzenie w ponurych okolicznościach. „Spośród trzydziestu dziewięciu rosyjskich lekarzy, którzy nie wierzyli w teorię wszy i którzy uważali, że mogą się zabezpieczyć maskami na twarz lub osłonami na całą głowę, dwudziestu jeden zachorowało, a pięciu zmarło – napisał Prowazek do dowództwa korpusu medycznego armii austriackiej. – Wśród niemieckich lekarzy zachorowało tylko trzech”56. Prowazek chronił się przed wszami, nosząc ciasny płaszcz, gumowe rękawiczki i posmarowane kreozotem buty, ale to nie wystarczyło. Trzy tygodnie po przesłaniu raportu zmarł na tyfus. Rocha Lima, który też zachorował, ale przeżył, na cześć kolegi nazwał powodujący chorobę mikroorganizm Rickettsiaprowazekii, oddając równocześnie hołd amerykańskiemu uczonemu Howardowi Rickettsowi, zmarłemu w 1910 roku podczas badań nad tyfusem w Meksyku57.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Przypisy końcowe

Skróty

BA – Bundesarchiv, Niemcy

L. Fleck, Style myślowe – Ludwik Fleck, Style myślowe i fakty. Artykuły i świadectwa, red. S. Werner, C. Zittel, F. Schmaltz, Warszawa: IFiSPAN, 2007

L. Fleck, Powstanie i rozwój – Ludwik Fleck, Powstanie i rozwój faktu naukowego. Wprowadzenie do nauki o stylu myślowym i kolektywie myślowym, przeł. z niem. Maria Tuszkiewicz, w: Ludwik Fleck, Psychosocjologia poznania naukowego oraz inne pisma z filozofii poznania, red. Z. Cackowski i S. Symotiuk, Lublin: Wydawnic­two Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej, 2006

DGVG-Ding – Direction Générale des Victimes de la Guerre (Brussels), korespondencja Dinga, 1934–44

L. Hirszfeld, Historia – Ludwik Hirszfeld, Historia jednego życia, Kraków: Wydawnictwo Literackie, 2011

HNOC, HLSL – Harvard Nuremberg Online Collection, Harvard Law School Library, numer rekordu

IHTP – Institut d’histoire du temps présent, Paris

IPN – Instytut Pamięci Narodowej, Warszawa

IWM – Imperial War Museum, Kew British National Archives – Kew Gardens

E. Kogon, Der SS-Staat – Eugen Kogon, Der SS-Staat. Das System der deutschen Konzentrationslager, Berlin: Druckhaus Tempelhof, 1947

LFZ – Ludwik Fleck Zentrum, in Archiv für Zeitgeschichte, Zurich

NA – National Archives, Washington, DC

PIA – Pasteur Institute Archives, Paris

RG – record group [grupa rekordów]

Shoah Foundation – USC Shoah Foundation Institute for Visual History and Education

W. Szybalski, Genius – Wacław Szybalski, The Genius of Rudolf Stefan Weigl (1883–1957), a Lvovian Microbe Hunter and Breeder, w: International Weigl Conference […] Programme and Abstracts, red. R. Stoika i in., Lviv: 11–14 września 2003, dostępny pod adresem: http://www.lwow.home.pl/Weigl/in-memoriam.html

USHMM – United States Holocaust Memorial Museum

P. Weindling, Epidemics – Paul Weindling, Epidemics and Genocide in Eastern Europe, 1890–1945, New York: Oxford University Press, 2000

YVA – Yad Vashem Archive, Izrael

Przedmowa

1 B. P. Olds i in., Comparison of the Transcriptional Profiles of Head and Body Lice, „Insect Molecular Biology” 2012, no. 21, s. 257–268; J. E. Light i in., What’s in a Name. The Taxonomic Status of Human Head and Body Lice, „Molecular and Phylogenetic Evolution” 2008, no. 47, s. 1203–1216.

2 P. A. Buxton, The Louse, London: Edward Arnold, 1947, s. 18, 19.

3 Olga Tarasiuk, rozmowa z autorem, maj 2011.

4 L. Fleck, Powstanie i rozwój.

5 T. Kuhn, Struktura rewolucji naukowych, przeł. H. Ostromęcka; posł. S. Amsterdamski, Warszawa: Państwowe Wydawnictwo Naukowe, 1968.

6http://wolnelektury.pl/katalog/lektura/goethe-faust-czesc-pierwsza.html, dostęp: 13.11.2014, tłum. E. Zegadłowicz.

Wstęp

7 Shoah Foundation, 50467 Reidar Dittmann.

8 P. D’Harcourt, The Real Enemy, London: Longman, 1967, s. 106.

9 S. Hessel, Danse avec le siècle, Paris: Éditions du Seuil, 1997, s. 83–91; D. A. Hackett, trans. and ed., The Buchenwald Report, Boulder, CO: Westview Press, 1997, s. 305, 306.

10Buchenwald Concentration Camp, 1937–1945. A Guide to the Permanent Historical Exhibition, Göttingen: Wallstein, 2005, s. 27.

11 D. A. Hackett, The Buchenwald Report, dz. cyt., s. 32.

12 C. Pineau, La simple vérité, 1940–1945, Paris: René Julliard, 1960, s. 482.

13 L. Fleck, The Goethe Oak, dostępne pod adresem: http://www.elmalpensante.com/index.php?doc=display_contenido&id=1025 [artykuł niedostępny].

14 L. Fleck, Powstanie i rozwój, s. 152.

15 L. Fleck, Nauka i środowisko, w: Style myślowe, s. 266.

16 L. Fleck, Problemy naukoznawstwa, w: Style myślowe, s. 153.

Rozdział 1

17 D. Raoult, V. Roux, The Body Louse as a Vector of Reemerging Human Diseases, „Clinical Infectious Diseases” 1999, no. 29, s. 888–890.

18 Biblia Gdańska, Księga Wyjścia 8, 17.

19 J. W. Maunder, The Appreciation of Lice, „Proceedings of the Royal Society of Medicine” 1983, no. 55, s. 1–31.

20 H. Zinsser, Szczury, wszy i historia, przeł. M. Grzywo-Dąbrowska i Z. Szymanowski, Warszawa: J. Przeworski, 1939 [i.e. 1938], s. 194.

21 Tamże, s. 313.

22 K. D. Patterson, Typhus and Its Control in Russia, 1870–1940, „Medical History” 1993, no. 37, s. 361–363.

23 S. An-ski, Tragedia Żydów galicyjskich w czasieIwojny światowej. Wrażenia i refleksje z podróży po kraju, przeł. [z hebr.] K. D. Majus; wstęp, przypisy i oprac. K. D. Majus i S. Stępień, Przemyśl: Południowo-Wschodni Instytut Naukowy, 2010, s. 211.

24 B. Biwald, Von Helden und Krüppeln. Das österreichisch-ungarische Militärsanitätswesen im Ersten Weltkrieg, Vienna: Haupt, 2002, s. 551. Zob. także F. Forstner, Twierdza Przemyśl, przeł. J. Bańbor; dodatkiem opatrzył D. Radziwiłłowicz, Warszawa: Bellona; Przemyśl: Muzeum Ziemi Przemyskiej, 2000, s. 196n.

25 W. Szybalski, Genius. Zob. także S. Kryński, Rudolf Weigl, dostępne pod adresem: http://www.lwow.home.pl/weigl/czlowiek.html, dostęp: 27.11.2014.

26 G. Brzęk, Józef Nusbaum-Hilarowicz. Życie, prace, dzieło, Lublin: Wydawnictwo Lubelskie, 1984, s. 95, 96.

27 Podsumowanie życia i pracy Flecka można znaleźć w: K. Leszczyńska, Ludwik Fleck. A Forgotten Philosopher, w: Penser avec Fleck. Investigating a Life Studying Life Sciences, eds. J. Fehr i in., Zurich: Collegium Helveticum, 2009, s. 23–39; T. Schnelle, Microbiology and Philosophy of Science, Lwów and the German Holocaust. Stations of Life – Ludwik Fleck 1896–1961, w: Cognition and Fact – Materials on Ludwik Fleck, eds. R. S. Cohen, T. Schnelle, Dordrecht: L. Reidel, 1986, s. 3–38.

28 A. D. Peterkin, One Thousand Beards. A Cultural History of Facial Hair, Vancouver: Arsenal Pump Press, 2001, s. 180–181.

29 R. Durmaz i in., Prevalence of Group A Streptococcal Carriers in Asymptomatic Children and Clonal Relatedness among Isolates in Malatya, Turkey, „Journal of Clinical Microbiology” 2003, no. 41, s. 5285.

30 D. Raoult, P. Parola, eds., Rickettsial Diseases, New York: Informa Healthcare, 2007.

31 H. Zinsser, Szczury, wszy i historia, dz. cyt.

32 Opowieści o tej rozmowie krążyły wśród asystentów Weigla i zostały zanotowane np. w: A. Wincewicz i in., Rudolph Weigl (1883–1957) – A Scientist in Poland in Wartime Plus Ratio quam vis, „Journal of Medical Biography” 2007, no. 15, s. 112.

33 H. Eyer, In Memoriam Rudolf Weigl, „Zentralblatt für Bakteriologie, Parasitenkunde, Infektionskrankheiten und Hygiene” 1958, Nr. 171, s. 379, dostępne pod adresem: http://www.lwow.home.pl/weigl/eyer.html, dostęp: 27.11.2014.

34 J. O. Andersson, S.G. E. Andersson, A Century of Typhus, Lice and Rickettsia, „Research in Microbiology” 2000, no. 151, s. 143–150.

35 M. W. Gray, Rickettsia, Typhus and the Mitochondrial Connection, „Nature” 1998, no. 396, s. 109–110.

36 D. Walker, D. Raoult, Typhus Group Rickettsioses, w: Tropical Infectious Diseases. Principles, Pathogens, and Practice, ed. R. L. Guerrant, Philadelphia: Churchill Livingstone, 2006, s. 548–556; D. Walker, D. Raoult, Rickettsia, w: Mandell, Douglas and Bennett’s Principles and Practice of Infectious Diseases, 7th ed., Philadelphia: Churchill Livingstone, 2009, s. 252, 253.

37 J. M. Mitchell i in., Typhus Fever, with Special Reference to the Russian Epidemics, London: Bailliere Tindall and Cox, 1922, s. 16, 17.

38 P. Englund, Piękno i smutek wojny. Dwadzieścia niezwykłych losów z czasu światowej pożogi, przeł. E. Fabisiak, Kraków: Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 2011, s. 238–240, 332.

39 D. Pletnev, Einige Bemerkungen über Flecktyphus nach Beobachtungen während der Moskauer Epidemie 1917–1920, „Zeitschrift für klinische Medizin” 1922, s. 285–301.

40 „Ergebnisse der zweiten Beratendentagung Ost 11/30–12/3, 1942”, BA Militärdienst, RH1/23/246.

41 B. M. Patenaude, The Big Show in Bololand. The American Relief Expedition to Soviet Russia in the Famine of 1921, Stanford: Stanford University Press, 2002, s. 239.

42The Last Days with John Reed. A Letter from Louise Bryant; Moscow, Nov. 14, 1920, udostępnione przez A. N. Claypoole.

43 A. Czechow, Wybór opowiadań, przeł. Irena Bajkowska i in., Łódź: Wydawnictwo Łódzkie, 1977.

44 L. Hohamdi, D. Raoult, Louse-Borne Epidemic Typhus, w: Rickettsial Diseases, Boca Raton: CRC Press, 2007, s. 51–62.

45 L. Gross, How Charles Nicolle of the Pasteur Institute Discovered That Epidemic Typhus Is Transmitted by Lice, „Procceedings of the National Academy of Sciences” 1996, no. 93, s. 10539, 10540.

46 A. Allen, Vaccine. The Controversial Story of Medicine’s Greatest Lifesaver, New York: Norton, 2007, s. 60.

47 P. Weindling, Epidemics, s. 105–112.

48 S. An-ski, Tragedia Żydów galicyjskich…, dz. cyt.

49 A. Piłsudska, Piłsudski. A Biography by His Wife, New York: Dodd, Mead, 1944, s. 243, 244.

50 E. M. Remarque, Na Zachodzie bez zmian, przeł. S. Napierski, Warszawa: Czytelnik, 1996, s. 47.

51 Relacje o wszawicy wśród brytyjskich żołnierzy podczas I wojny światowej zebrał John Simkin; dostępne pod adresem: http://www.spartacus.schoolnet.co.uk/FWWlice.htm, [link nieaktywny].

52 W. His, A German Doctor at the Front, Berkeley: National Service, 1933, s. 75.

53 R. Strong i in., Trench Fever. Report of Commission, Medical Research Committee, Ameri­can Red Cross, Oxford: Oxford University Press, 1918, s. 2, 3.

54 L. Hirszfeld, Historia, s. 53; K. Maxcy, Typhus Fever in the United States, Baltimore: Williams and Wilkins, 1929, s. 5, 6.

55 W. Köhler, Killed in Action. Microbiologists and Clinicians as Victims of Their Occupation. Part 1. Typhus, „International Journal of Medical Microbiology” 2005, no. 295, s. 133–140.

56 21 stycznia 1915, list w austriackim Kriegsarchiv, dzięki uprzejmości Paula Weindlinga.

57 B. Wolbach i in., The Etiology and Pathology of Typhus. Being the Main Report on the Typhus Research Commission of the League of Red Cross Societies to Poland, Cambridge: Harvard University Press, 1922, s. 116–120.

Spis ilustracji

s. 19 Więźniowie przy dębie Goethego w czerwcu 1944 roku, z tyłu Effektenkammer / Georges Angeli, Buchenwald Memorial Collection

s. 28 Rudolf Weigl (po lewej), Filip Eisenberg (siedzi) i inni pracownicy laboratorium w Przemyślu, około 1916 roku / Muzeum Narodowe Ziemi Przemyskiej w Przemyślu. Fotografie z oryginałów: Stanisław Kosiedowski

Przypisy

[1] Już po napisaniu tej książki, w 2014 roku, na budynku starego uniwersytetu umieszczono tablicę upamiętniającą postać profesora Weigla (przyp. tłum.).

[2] W polskiej literaturze przedmiotu tyfus plamisty bywa określany także jako dur plamisty lub dur wysypkowy, sam Weigl stosował termin dur osutkowy. Żeby uniknąć niejasności, na określenie choroby wywołanej przez Rickettsia prowazekii oraz Rickettsia typhi (mooseri) używam słowa tyfus, natomiast przy chorobach wywołanych przez bakterie z rodzaju Salmonella posługuję się słowem dur (dur brzuszny, a także dur rzekomy, paradur) (przyp. tłum.).

WYDAWNICTWO CZARNE Sp. z o.o.

www.czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

mateusz@czarne.com.pl,tomasz@czarne.com.pl

dominik@czarne.com.pl,ewa@czarne.com.pl

edyta@czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

redakcja@czarne.com.pl

Sekretarz redakcji: malgorzata@czarne.com.pl

Dział promocji: ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa,

tel./fax +48 22 621 10 48

agnieszka@czarne.com.pl,dorota@czarne.com.pl

zofia@czarne.com.pl,marcjanna@czarne.com.pl

magda.jobko@czarne.com.pl

Dział marketingu: honorata@czarne.com.pl

Dział sprzedaży: piotr.baginski@czarne.com.pl

agnieszka.wilczak@czarne.com.pl,urszula@czarne.com.pl

Audiobooki i e-booki: anna@czarne.com.pl

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków

tel. +48 12 432 08 52,

info@d2d.pl

Wołowiec 2016

Wydanie I