Fanfaron. Część 2 - Michel Zevaco - ebook
lub
Opis

Fanfaron to powieść Michela Zévaco, francuskiego pisarza specjalizującego się w opowieściach „płaszcza i szpady”, okrzykniętego godnym następcą Aleksandra Dumasa. Historia była publikowana w odcinkach w dzienniku „Le Matin” od 1906 roku, zaś w wersji książkowej została wydana po raz pierwszy rok później. Na historycznym tle Paryża z czasów panowania króla Ludwika XIII ukazuje losy bohaterów uwikłanych w przeróżne intrygi, układy i – przede wszystkim – pojedynki. Walki toczą się o honor, władzę i miłość. Francja, wiek XVII. Młody kawaler de Capestang po śmierci ojca opuszcza rodzinne strony i bez grosza przy duszy udaje się do stolicy w poszukiwaniu szczęścia i lepszego życia. Już w drodze jednak utrudnia sobie realizację celu – nieświadomy, krzyżuje swoją szpadę ze szpa-dami włoskiego polityka, Concino Conciniego, i jego ludzi, by udaremnić porwanie pięknej Giselli, córki księcia d’Angoulême, zamieszanego w spisek koronacyjny. Tron zajmowany przez młodego monarchę chcą przejąć i Karol de Valois-Angoulême, i Concini z Leonorą Galigai, i biskup Richelieu. Przybyły w końcu do Paryża młodzieniec, przez konspiratorów zostaje okrzyknięty największym wrogiem, zaś Ludwik XIII nadaje mu tytuł Rycerza króla. Obie strony jednak nazywają go zgodnie Fanfaronem, ponieważ kawaler jest człowiekiem pysznym i butnym, ale także dobrym i sprawiedliwym. Zamiast więc szukać bogactw i wygody, postanawia położyć kres wszystkim paryskim intrygom i uratować młodego monarchę, a także zdobyć damę swojego serca, co okaże się nie tak proste, bowiem obiecano ją innemu szlachcico-wi… Zestawienie atmosfery rozwijającego się spisku i narastającego buntu, wytworzonej przez buntujących się przeciwko Koronie, z honorową i nieco buńczuczną postawą głównego boha-tera, nieoczekiwane zwroty akcji i do tego odrobina dobrego humoru – to wszystko składa się na opowieść o Fanfaronie i sprawia, że czyta się ją z zapartym tchem, z każdą stroną chcąc jeszcze bardziej i bardziej zanurzać się w świecie przygód Capestanga.

 

Seria wydawnicza Wydawnictwa JAMAKASZ „Biblioteka Andrzeja – Szlakiem Przygody” to seria, w której publikowane są tłumaczenia  powieści należące do szeroko pojętej literatury przygodowej, głównie pisarzy francuskich z XIX i początków XX wieku, takich jak Louis-Henri Boussenard, Paul d’Ivoi, Gustave Aimard, Arnould Galopin, Aleksander Dumas ojciec czy Michel Zévaco, a także pisarzy angielskich z tego okresu, jak choćby Zane Grey czy Charles Seltzer lub niemieckich, jak Karol May. Celem serii jest popularyzacja nieznanej lub mało znanej w Polsce twórczości bardzo poczytnych w swoim czasie autorów, przeznaczonej głównie dla młodzieży. Seria ukazuje się od 2015 roku. Wszystkie egzemplarze są numerowane i opatrzone podpisem twórcy i redaktora serii.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
PDF

Liczba stron: 601


 

 

 

Michel Zévaco

 

Fanfaron

 

Michel Zévaco urodził się 1 lutego 1860 roku w Ajaccio na Korsyce. Swoje chłopięce lata spędził w internacie, w 1878 roku zdał maturę. Następne cztery lata spędził w wojsku, którego szeregi opuścił jako podporucznik dragonów. W lipcu 1886 zamieszkał w Paryżu.

Zafascynowany literaturą i polityką, został dziennikarzem, potem sekretarzem redakcji pisma „L’Égalité”, kierowanym wówczas przez rewolucjonizującego socjalistę, Jules’a Roques. W 1889 roku Zévaco wystartował z Ligi Socjalistów – bez powodzenia – w wyborach parlamentarnych. Z powodu zjadliwości swych wypowiedzi w okresie nasilonych zamachów anarchistycznych został kilkakrotnie skazany na pobyt w więzieniu Sainte-Pelagie, np. za „nawoływanie do zabójstwa” w 1890 roku, a także w 1892 za wypowiedź na zgromadzeniu publicznym w Paryżu: „Burżuje zabijają nas głodem; kradnijmy, zabijajmy, wysadzajmy dynamitem; wszystkie środki są dobre, by uwolnić nas od takiego gnicia”.

W roku 1900 Zévaco porzucił dziennikarstwo polityczne, by poświęcić się pisaniu powieści odcinkowych. W tej nowej roli zadebiutował powieścią Borgia!, opublikowaną w „La Petite République Socialiste”. Po sukcesie tego utworu stworzył dla tego samego dziennika cieszącego się popularnością bohatera, Pardaillana.

W 1905 roku związał się z dziennikiem „Le Matin”, dzięki któremu stał się wiodącym pisarzem, stawianym na równi z Gastonem Leroux. W latach 1905-1918 „Le Matin” opublikowało dziewięć powieści odcinkowych, z których Fanfaron i seria o Pardaillanach były namiętnie czytane przez młodego Jean-Paula Sartre’a. Powieści te równolegle wydało Wydawnictwo Fayarda w swojej serii „Książka Popularna”.

Trzeba zaznaczyć, że Zévaco nie porzucił zupełnie dziennikarstwa. Jego nazwisko pojawia się na listach współpracowników literackich dziennika „L’Humanité”.

Podczas I wojny światowej opuścił Pierrefonds, gdzie żył od końca XIX wieku, by zamieszkać w schronisku w Eaubonne w Val-d’Oise, gdzie zmarł na raka 8 sierpnia 1918 roku.

Powieści Michela Zévaco mieszczą się głównie w gatunku literackim „płaszcza i szpady”, a ich fabuła w większości rozgrywa się we Francji w czasie XIV-XIX wieku. Żywa akcja czy ciekawe tło historyczne sprawiły, że utwory Zévaco cieszyły się wielką popularnością nie tylko we Francji, ale także we Włoszech i Rosji. Kilka z nich przeniesiono na ekrany kin.

Do najważniejszych i najlepszych powieści tego pisarza można zaliczyć złożony z dziesięciu tomów cykl Pardaillanowie oraz utwory: Fanfaron, Bohaterka, Most wspomnień, Kochankowie z Wenecji, Buridan, Krwawa królowa, Nostradamus, Łąka kleryków, Piękna Florinda, Borgia!. Większość z nich można łączyć w cykle, powiązane ze sobą za sprawą postaci głównego bohatera.

Michel Zévaco

 

Fanfaron

 

Część druga

 

Przełożył i przypisami opatrzył Andrzej Zydorczak

Pięćdziesiąta piąta publikacja elektroniczna wydawnictwa JAMAKASZ

 

Osiemnasty i dziewiętnasty tom serii:

„Biblioteka Andrzeja – Szlakiem Przygody”

 

Tytuły oryginału francuskiego: Le Capitan

 

© Copyright for the Polish translation by Andrzej Zydorczak, 2018

 

45 ilustracji, w tym 12 kolorowych: Jolanta Ogaza

© Copyright for the cover and inside illustrations by Jolanta Ogaza, 2018

 

Redaktor serii: Andrzej Zydorczak

 

Redakcja i korekta: Kinga Ochojska

Projekt okładki: Barbara Linda

Konwersja do formatów cyfrowych Mateusz Nizianty

 

Wydanie I 

© Wydawnictwo JAMAKASZ, Ruda Śląska 2018

 

ISSN 2449-9137

ISBN 978-83-65753-64-9 (całość)

ISBN 978-83-65753-66-3 (tom drugi)

 

 

Rozdział XXXIV

Powodzenie Capestanga

 

W ten sposób książę Kondeusz został zaaresztowany w Luwrze, gdzie, jak przypuszczał przed kilku godzinami, miał wejść niczym wszechwładny pan. Vitry oddał go w ręce markiza de Thémines, który z oddziałem dwudziestu żołnierzy czekał w przedpokoju na koniec wydarzeń. Thémines, przeprowadził księcia pod eskortą, wsadził go do zamkniętego powozu, a pół godziny później Henryk II de Bourbon, czyli książę Kondeusz, był już tylko numerem 14 w wieży Trésor w Bastylii.

Vitry wyszedł, rzuciwszy dziwaczne spojrzenie na Capestanga.

Na znak dany przez Ludwika XIII wyszedł także Luynes, popatrzywszy z ukosa na młodego rycerza.

W tych dwóch spojrzeniach Capestang mógł wyczytać całą zawiść, jaką wzbudził w tych ludziach. Stary marszałek Ornano, wychodząc jako ostatni z gabinetu króla, szepnął mu do ucha:

– Młodzieńcze, jeżeli nie wyjdziesz jako wielki ulubieniec monarchy, radzę ci, byś uciekał z Paryża co koń wyskoczy i postarał się, by stumilowa przestrzeń dzieliła twą pierś od ostrzących się na ciebie sztyletów.

Następnie, zwracając się do króla, rzekł dość szorstkim głosem:

– Najjaśniejszy Panie, to nie Kondeusza należało aresztować…

– Ho, ho! A więc kogo? Powiedz, stary przyjacielu, kogo należało zatrzymać…? Gwizjusza, hę…?

– Nie, Sire. Concino Conciniego! – oświadczył chłodno marszałek, składając ukłon, a potem odszedł powoli, jakby oczekiwał na jakiś okrzyk, jakiś rozkaz…

Ale król milczał. Marszałek oddalił się, wzruszając ramionami.

Po raz drugi Ludwik XIII i Capestang byli sam na sam, ale tym razem to awanturnik miał posępne oblicze, a król promieniał radością.

Dźwięczały mu jeszcze w uszach te słowa wykrzyczane twardym głosem, które samego go zadziwiły: „Kapitanie, aresztuj księcia”.

Jego pierwszy czyn królewski! Jego pierwszy gest potęgi!

Umiał więc rozkazywać. I słuchano jego rozkazów! Wystarczył dźwięk jego głosu, by książę krwi został schwytany i wrzucony do lochu! Na jedno skinienie monarchy przycichły w Paryżu wrzenia i rozruchy podobne do wzburzonego morza, którego bałwany uspakajały się na znak dany przez Neptuna! Został usunięty zuchwały spiskowiec, pozostał tylko więzień stanu! Ustało zamieszanie w mieście, panowała cisza trwogi…! Co znaczyła ta potęga, której teraz popróbował? Czym była owa tajemnicza siła, gromadząca się przez wieki, czyniąca z niego, nieśmiałego dziecka, wszechwładnego pana, przed którym drżeli najmożniejsi? Czy monarchia istotnie była najwyższą władzą? Czy król naprawdę był wysłannikiem Boga, trzymającym w wątłych dłoniach pioruny, którymi jedynie Stwórca umie władać…?

Takie myśli snuły się po głowie piętnastoletniego młodzieńca i napełniały go dumą. Podobny był do dzieci, którym dają mechaniczną zabawkę i które dziwią się jej działaniu, gdy naciskają sprężynę. Zachwyca ich rezultat, ale nie rozumieją mechanizmu. Jakim sposobem naciśnięcie małym paluszkiem mogło wprawić w ruch taką maszynkę? Jakaż siła była w tym palcu…! Tylko później, kiedy dziecko rozbije zabawkę, by zobaczyć jej mechanizm, wówczas zdarza się niekiedy, że sprężyna, odskakując, rani je boleśnie lub nawet zabija…!

W tym momencie Ludwik XIII spoglądał na Capestanga z tą samą wdzięcznością i zachwytem dziecka obdarowującego nią tego, który przyniósł mu zabawkę…

Te porównania zastosowane do owych wydarzeń i owych osób wydają się niestosowne. Rzeczywiście człowiek nie chce, by osłabiano znaczenie kierującej nim władzy… Łudzimy się, że działalność wszelkiego rodzaju rządzących jest jakby uświęcona, że należy mówić o niej z uszanowaniem. Nie tylko bawią się królowie, i lud szuka rozrywki, a tę rozrywkę znajduje, patrząc na zabawy wybrańców losu. Ale dość tej gadaniny, powróćmy do naszej historii, która staje się coraz bardziej interesująca, czyli historii fortuny naszego bohatera.

– Przede wszystkim – rzekł król – opowiedz mi o tym oddziale pięćdziesięciu gwardzistów, który mój kuzyn Kondeusz uzbroił, jak nam doniósł o tym wczoraj wieczorem pan de Luçon.

– Wolę, Najjaśniejszy Panie – odparł Capestang – opowiedzieć cały przebieg wypadków od chwili, gdy na ulicy Vaugirard spotkałem Cogolina.

– Cogolina…? Kim jest Cogolin?

– To mój giermek, Sire, wynalazca cudownej maści, od której łysym wyrastają włosy na głowie.

– Ho, ho! – zadziwił się Ludwik XIII. – Jaka jest korzyść z posiadania włosów na głowie, skoro natura z czasem je nam zabierze?

– Jak to, Sire! – odparł z głębokim przekonaniem Adhemar. – Ależ obfite owłosienie jest oznaką siły. Proszę spojrzeć na Samsona… przed spotkaniem z Dalilą1!

– Zgadza się…! – wykrzyknął król z taką samą szczerością.

– I które odzyskał, gdy go topiono!

– Słuszna uwaga! – potwierdził Ludwik uderzony taką zdolnością rozumowania, która była bardzo poprawna w tej epoce, gdzie tysiące wierzeń, tysiące różnych zabobonów nawiedzały ludzkie mózgi. – No cóż, kawalerze, podałeś mi wspaniałą myśl. Począwszy od dzisiaj, zapuszczam włosy tak długo, aż sięgną mi do ramion. Mów dalej, kawalerze, słucham cię.

Rzeczywiście, król Ludwik XIII zrobił, jak mówił. Dotychczas, jak jego ojciec, nosił krótkie włosy, a później bardzo długie z wdziękiem spadające w puklach na ramiona. Naturalnie dwór gorliwie poszedł za tym przykładem, a wkrótce nadeszły takie czasy, kiedy możnowładca okrywał się niesławą, jeśli nosił krótkie włosy. Później olbrzymie peruki z czasów Ludwika XIV były dalszą ewolucją tej mody… Zatem Cogolin był nieświadomą przyczyną rewolucji w sztuce układania fryzur.

– A więc oto cała historia od początku – zaczął Capestang. – Działo się to, Sire, w nędznej oberży przy ulicy Vaugirard, która wskutek dziwnego zbiegu okoliczności ma, a raczej miała na szyldzie wizerunek twego znakomitego ojca, Henryka IV Wielkiego…

– Czekaj, rycerzu! – przerwał nagle Ludwik XIII, uderzając trzykrotnie młotkiem w dzwonek. – Może lepiej będzie się nam gawędziło i słuchało opowieści przy zastawionym stole.

Król już od dłuższej chwili namyślał się, jaki dać dowód przyjaźni młodemu człowiekowi, którego upokorzył niegdyś, przezywając go Fanfaronem, i który teraz jeszcze stał przed nim zasępiony, jakby chował do niego urazę. Dany przez monarchę sygnał był zapewne zwykłym rozkazem, lecz tego wieczora został spełniony z niezwykłą okazałością. Istotnie, po kilku minutach skrzydła drzwi otworzyły się na oścież i przestraszony Capestang zobaczył oficera w galowym mundurze, ze szpadą w ręku, który oznajmił:

– Posiłek Jego Królewskiej Mości!

Za oficerem weszło czterech halabardników, następnie czterech kamerdynerów niosących stół, a kolejni czterej żołnierze z halabardami zamykali pochód. Kamerdynerzy ustawili stół na środku gabinetu, halabardnicy stanęli wzdłuż ścian, gdzie znieruchomieli, podobni do kariatyd2. Na stole nakrytym olśniewającym obrusem połyskiwały srebrne sztućce, złote czary, sześcioramienne świeczniki, kryształowe flakony napełnione rubinowym winem burgundzkim, stały przeróżne półmiski ze srebrnymi pokrywami.

 

Capestanga zdumiewał taki przepych i mimowolnie przypomniał sobie odwróconą dnem do góry skrzynię, na której w głębi strychu Cogolin położył mu jedną z tych soczystych szynek, podwajających apetyt i potrajających pragnienie. Ponieważ jednak był bardzo głodny, rzucił pożądliwym okiem na wspaniały stół, wciągnął nosem ponętną woń, wydzielającą się z potraw, westchnął i pomyślał:

„Piękna to rzecz, taka władza królewska! Gdybym był królem, mógłbym zasiąść za tym stołem i pokosztować trochę tych potraw, które muszą być królewskie, skoro je podają w srebrnych naczyniach. Ale jestem tylko kawalerem de Capestang… Ba! Popatrzę tylko na jedzącego króla, co podobno jest wielkim zaszczytem, ale też doda mi apetytu”.

Jeśli Capestang był zdziwiony, to był jeszcze ktoś bardziej zdziwiony niż on, a tym kimś był król! Dotychczas, gdy żądał obiadu lub wieczerzy, prowadzono go do sali jadalnej, gdzie siadał za stołem dość niedbale zastawionym.

Ludwik XIII przez chwilę pozostawał zamyślony na widok takiej czci, do której nie był przyzwyczajony.

„Dlaczego tutaj przyniesiono mi posiłek – zapytywał sam siebie. – Dlaczego z takim ceremoniałem?”.

– Najjaśniejszy Panie – rozległ się nagle jedwabisty i słodki głos, jakby odpowiadający na myśli króla – będąc zarządzającym pałacem, dałem rozkaz, by tu przyniesiono wieczerzę Waszej Królewskiej Mości. Jeśli chodzi o ceremoniał, to taki zawsze był stosowany przy wielkich monarchach. Najwyższy czas, Sire, byś zaczął korzystać z przywilejów należnych królewskiemu majestatowi, skoro dzisiaj wieczorem wziąłeś na siebie straszliwą odpowiedzialność królewskiej sprawiedliwości!

Ludwik XIII zobaczył kłaniającego się mu tego, którego Ornano radził mu aresztować: Concino Conciniego!

Dreszcz oburzenia i gniewu wstrząsnął Capestangiem. Instynktownie schwycił za rękojeść szpady, lecz marszałek d’Ancre, udając, że go nie widzi, wyszedł schylony kornie, jakby chciał bić niskie pokłony.

Ludwik XIII gestem nakazał odejść halabardnikom i lokajom.

– Najjaśniejszy Panie – zauważył nieśmiało starszy kamerdyner – któż w takim razie usłuży Waszej Królewskiej Mości?

– Ba, mój panie! – odparł król. – Zrobię, jak zrobił mój ojciec w dzień bitwy pod Arques3, sam siebie obsłużę! Siadaj naprzeciwko mnie, panie rycerzu, i zabierzmy się do wieczerzy… Musisz być nie mniej głodny ode mnie.

Po całym Luwrze natychmiast rozeszła się wiadomość, że król posadził za stołem młodego kawalera de Capestang, i od tego czasu niejeden szlachcic czekał na wyjście nowego ulubieńca, by zaprosić go do swego pałacu.

Concini przeszedł szybkim krokiem kilka sal. Był całkiem siny i tak jak w napadach wściekłości, piana występowała mu na usta.

– Nędzny junaku! Intrygancie! Nicponiu! Fanfaronie! Biesiaduj sobie teraz przy stole króla, ale tej nocy będziesz biesiadował przy stole diabła! – złorzeczył.

Na podeście głównych schodów zastał Rinalda, który na niego czekał.

– Wszystko gotowe? – zapytał Concini?

– Sam osądź, Ekscelencjo. Montreval i Bazorges znajdują się w przedpokoju, Louvignac na dole schodów, Pontraille na dziedzińcu, a ja tutaj pilnuję jednocześnie schodów i przedpokoju. Przy bramie pałacu stoi Chalabre z dwudziestoma zuchami, z których każdy kilkakrotnie dawał dowody zręczności we władaniu sztyletem. Tym razem złapiemy drania i nie zdoła nam ujść.

Concini ruchem głowy zaaprobował taką formę zasadzki, która wydawała się przygotowana jak na jakiegoś bajecznego olbrzyma.

Tymczasem ten, któremu groziły czynione przygotowania, ten, dla pokonania którego Concini uważał za potrzebne zebranie trzydziestu morderców, w owej chwili składał spokojnie, blady z dumy, ukłon przed Ludwikiem XIII.

– Jak to, Najjaśniejszy Panie?! Mam usiąść przy stole razem z Waszą Królewską Mością?

Był to zaszczyt, którym Ludwik XIII dotychczas nikogo nie wyróżnił i którego nie należało zmarnować. Biedny kawaler, któremu pan de Tremazenc, jego ojciec, opowiadał, że pewnego razu dostąpił zaszczytu popatrzenia na posiłek króla, sądził, że śni na jawie, śni o fortunie i chwale. Usiadł wreszcie na krześle, wskazanym mu przez Ludwika, wyprostował się dumnie, jakby podbił cały świat, i mniemając, że najlepszym podziękowaniem dla gospodarza będzie okazanie się dobrym gościem, zabrał się ostro do jedzenia.

Ludwik milczał, słuchał i zaledwie skubał jedzenie, mając chory umysł mimo Hérouarda, a może z powodu Hérouarda.

Co do Capestanga, z łapczywością gryzł kawał pieczeni z sarny, a jednocześnie rozpoczął za pomocą obrazowych słów pełne werwy opowiadanie, którego król słuchał z wielkim zainteresowaniem.

Młody rycerz mówił za dwóch, jadł za trzech, a pił za czterech.

Kiedy wieczerza dobiegła końca, kiedy Capestang dokończył opowiadać bohaterski epizod, jakby zapożyczony od starych truwerów, król długo przypatrywał się awanturnikowi, który ostatnimi gestami ilustrował swoje opowiadanie.

– To wspaniałe! – wykrzyknął w końcu. – Ta twoja wędrówka po Paryżu z Kondeuszem pod ramię! To nazwisko księcia rzucone mieszczanom na Pont-Neuf! Ten podwójny pojedynek stoczony w oberży! I powiadasz, że nie poznałeś żadnego ze szlachciców, którzy mieli przywdziać mundury gwardzistów?

– Nie, Sire, żadnego! – odparł Capestang.

– Wielka szkoda…! Ale co jeszcze piękniejsze, to schowanie tych mundurów do piwnicy. Fakt godny uwiecznienia wraz z historią o kubełkach z farbą!

– Nieprawdaż, Najjaśniejszy Panie, że dobrze było pomyślane? – zauważył naiwnie rycerz.

– Jeszcze długo będę się śmiał, gdy sobie wspomnę miny zawiedzionych pięćdziesięciu szlachciców!

– A ja, Sire, już się śmieję! – stwierdził Capestang, wybuchając śmiechem, a po chwili dodał: – Pomyślałem, że Wasza Królewska Mość zechce wziąć te pięćdziesiąt mundurów dla swoich gwardzistów. To byłoby ekonomiczne!

– Kupię je od ciebie! – oświadczył Ludwik XIII, a widząc zdziwienie kawalera, dodał: – Bezspornie te mundury należą do ciebie. Stanowią zdobycz wojenną, z zatem zamierzam je odkupić.

Capestang namyślał się chwilę, po czym odpowiedział:

– Zgoda, Najjaśniejszy Panie, sprzedam te mundury, a raczej je z tobą wymienię…

– Na co chcesz je wymienić? – pytał król z uśmiechem.

– Tylko na jeden uniform! – odparł Capestang z powagą.

„Ho, ho! Będzie mnie prosił o jakieś stanowisko. Do licha, dostanie je!” – pomyślał król, a głośno dodał: – Jakiż mundur chcesz otrzymać za swoje pięćdziesiąt, które mi sprzedajesz?

– Mundur księcia Kondeusza – odparł Capestang, a król zmarszczył brwi. – Ponieważ jednak ofiaruję ci, Sire, pięćdziesiąt za jeden, będzie sprawiedliwie i słusznie, że razem z mundurem dasz mi także księcia. – Ludwik XIII zerwał się z krzesła, Capestang uczynił to samo. – Widzę, miłościwy królu, że się wahasz, że się zastanawiasz nad mą prośbą. Ja nie wymagam przecież wiele.

– Do cholery, żądasz księcia…!

– Człowieka, Najjaśniejszy Panie! – stwierdził Capestang, prostując się. – Człowieka jak ja.

– Co chcesz z nim robić?! – wykrzyknął Ludwik zirytowany, przestraszony, zdumiony tym niezwykłym handlem.

– Zwrócić mu wolność, Najjaśniejszy Panie!

– Nigdy! – huknął król, którego blada twarz oblała się rumieńcem. – Dziś wieczorem nabyłeś prawa do mojej wdzięczności, lecz tego prawa nadużywasz, a twoja prośba budzi we mnie dziwaczne podejrzenie…

Podejrzenie…! Ludwik XIII wymówił to znaczące słowo, mające zdominować jego myśli. Całe jego życie było łańcuchem podejrzeń. On sam był żyjącą podejrzliwością.

– Najjaśniejszy Panie – rzekł Capestang z prostotą stanowiącą dziwną sprzeczność z jego zwykłą fanfarońską egzaltacją. – Jest dla mnie coś gorszego niż być podejrzewanym. Raczyłeś mnie nazwać Rycerzem króla, a ja, nieszczęśliwy, spadłem do roli agenta policji. Kiedy aresztowałem księcia i rozkazałem mu przyjść do Luwru i zdać się na twoją łaskę, on poszedł za mną dobrowolnie, bowiem powiedziałem mu: „Niczego się nie obawiaj, ręczę za twoje bezpieczeństwo…!”. Kondeusz jest w Bastylii, więc ja złamałem dane słowo honoru! Miłościwy Królu, oddaj mi mojego więźnia, inaczej przysięgam ci, że zburzę Bastylię, by go stamtąd wyprowadzić!

W jednej chwili po wymówieniu przez Ludwika XIII słowa „podejrzenie” niebo nad głową rycerza pokryło się chmurami zapowiadającymi burzę. Po kilku chwilach on sam, zapominając o prostocie postępowania, jaką sobie nakazał, przeszedł od powątpiewania do gniewu, ze wściekłości do egzaltacji, znowu przybrał wyniosłą postawę, gesty stały się płomienne, twarz dumna i wzburzona, a słowa cierpkie i chłoszczące, gdy na końcu wykrzykiwał to zdanie napełnione ogromną chełpliwością:

– Zburzę Bastylię, by go stamtąd wyprowadzić!

Ludwik XIII wzruszył ramionami, wybuchnął cierpkim śmiechem i… drugi raz powiedział:

– Fanfaron…!

I tym razem Capestang zachwiał się, jakby ugodzony sztyletem! Ustąpiła jego egzaltacja, opadły złamane skrzydła! Zobaczył, że stał się przedmiotem szyderstwa, on, który przypuszczał, że będzie wzbudzać dreszcz trwogi!

Biedny rycerz! Był po prostu niezrównanie naiwny. Widząc go tak zgnębionym, młody monarcha postanowił powiększyć swoje zwycięstwo i dodał złośliwym tonem:

– Bastylia! Miej się na baczności, byś sam nie został w niej zamknięty!

Było to uderzenie szpicruty rozjuszające lwa zamkniętego w klatce. Capestang krokiem szybkim dążył za królem idącym do drzwi, jakby dla wydania jakiegoś rozkazu; młody rycerz pochylił się, ukazując w ten sposób, jak małą istotną był jeszcze Ludwik, i zawołał:

– Ja w Bastylii…! Odważ się to uczynić, Najjaśniejszy Panie…! Dobrze! Jeśli sobie życzysz, otworzę te drzwi i krzyknę: „Panowie, który z was zechce poprowadzić do Bastylii więźnia, który dziś wieczorem uratował monarchię i króla Ludwika XIII…?!”.

Król cofnął się… drżał z tłumionej wściekłości…

Capestang dokończył:

– Otwieram te drzwi, Najjaśniejszy Panie. Przejdę przez twoje przedpokoje bez pośpiechu. Odchodzę. Nie zrobię ani jednego kroku szybciej. Jesteś panem, każ mnie aresztować…!

Jednocześnie otworzył drzwi i z dumnie podniesioną głową, ze wzrokiem ciskającym błyskawice, drżącymi wargami, z dłonią przy biodrze, krokiem równym, powolnym, ciężkim i bezczelnym szedł przez tłum dworzan, którzy rozstępowali się przed nim, uśmiechali się, kłaniali nisko nowemu ulubieńcowi króla, w ten sposób oddając hołd powodzeniu Capestanga…!

Drzwi gabinetu monarchy pozostały otwarte na oścież. Ludwik XIII zrobił jeden krok ku nim, by wydać rozkaz… Głos uwiązł mu w gardle… Oburącz targał na szyi koronkową kryzę4, jakby dusił go ten niewielki ciężar… Cofnął się, siny, z wytrzeszczonymi oczyma i padł na fotel.

W tej chwili w obramowaniu drzwi ukazała się blada, konwulsyjnie wykrzywiona twarz…

Concini, który widział przechodzącego Capestanga, który przewąchiwał jakieś poważne wydarzenie, Concini, który usłyszał wzburzone głosy, rzucił na Ludwika XIII badawcze spojrzenie.

– Niech nas Bóg ma w swej opiece! – zawołał. – Król mdleje…!

Rzucił się ku monarsze, a w tym czasie w przedpokojach wybuchnęła wrzawa. W dwóch susach znalazł się przy królu, który w tej właśnie chwili otwierał oczy.

– Hérouard! – ryknął marszałek. – Wołać Hérouarda…! Najjaśniejszy Panie! Najjaśniejszy Panie! Co ci jest…? Co tu się stało…?

– Ten człowiek… – szepnął król.

– Capestang…! – krzyknął Concini głosem wypełnionym straszliwą radością.

– Znieważył mnie… niech go zaaresztują…!

– On znieważył króla…! Zobaczysz, Sire, do czego jest zdolny marszałek d’Ancre, kiedy obraża się jego monarchę!

– Aresztuj go i przyprowadź do mnie – szepnął Ludwik XIII – ale nie zrób mu nic złego!

Concini był już za drzwiami.

Podczas gdy wzmagał się szmer gadających dworzan, skwapliwych okazywać swój ból, gdy Hérouard przygotowywał lancet, by puścić krew królowi, ten rozmyślał:

„Czyżby królowa miała rację? Czyżby Concini był moim najwierniejszym sługą…?”.

Słysząc rozkaz króla: „zaaresztuj go i przyprowadź do mnie”, ze dwudziestu dworzan wydobyło szpady i popędziło za Concinim, lecz on zatrzymał ich wściekłym gestem.

„Ci głupcy gotowi są przyprowadzić Capestanga do króla, który chce mu tylko przebaczyć” – myślał marszałek, a głośno dodał: – Panowie, szpady do pochew, proszę! Niech nikt się nie rusza! Ta sprawa tylko mnie dotyczy, mnie samego! Nikomu nie przysługuje prawo ukarania napastnika znieważającego majestat królewski…

Wybiegł spiesznie, zostawiając dworzan zdumionych jego odwagą i poświęceniem. Na dziedzińcu czekał na niego Rinaldo.

– Co słychać? – Sapnął Concini.

– Właśnie przechodzi zwodzony most – odparł zbir. – Nasi ludzie śledzą go i nie tracą z oczu. Czy zagrać halali5, Ekscelencjo?

– Jeszcze nie. Pozwól mi działać. W drogę…! – A pochyliwszy się ku Rinaldo, dorzucił ze złowrogim spokojem… – Za wszelką cenę muszę go mieć żywego…!

 

 

 

 

1Samson – w Biblii wojownik izraelski walczący z Filistynami, obdarzony nadludzką siłą, związaną z jego niestrzyżonymi włosami; gdy przez zdradę Dalili zostały one ścięte, mężczyzna stracił całą swą moc.

2Kariatyda – posąg kobiety stanowiący podporę architektoniczną (zamiast kolumny), dźwigający na głowie belkowanie, balkon i tym podobne elementy architektoniczne; kariatydy stosowane były w greckiej architekturze starożytnej, zwłaszcza w budowlach stylu jońskiego.

3Bitwa pod Arques – bitwa w dniach 15-18 września 1589 roku między wojskami królewskimi Henryka IV a siłami Ligi Katolickiej dowodzonymi przez Karola Lotaryńskiego, księcia de Mayenne, podczas ostatniej, ósmej wojny religijnej, zakończona zwycięstwem Henryka IV; Arques leży sześć kilometrów na zachód od Dieppe.

4Kryza – okrągły kołnierz marszczony lub fałdowany, noszony w XVI i XVII wieku.

5Halali – zawołanie i fanfara oznajmiające miejsce, gdzie zwierzyna została osaczona przez psy podczas polowania; halali kończyło polowanie.

Rozdział XXXV

Walka Henryka Wielkiego

 

Biła druga po północy, gdy Capestang wychodził z Luwru. Szedł wśród ciemnej nocy przyspieszonym krokiem, czasami zataczając się jak człowiek pijany, to znowu przystając i bijąc się ręką w czoło, lub z wyciągniętą z pochwy szpadą przyjmując szermierczą postawę, by potem zadać ciosy urojonemu przeciwnikowi. Gdzie szedł? Sam nie wiedział, gdzie idzie, nie podążał za instynktem. Mruczał coś bez ładu. Z najeżonymi włosami, z czołem oblanym potem mógł budzić wstręt i trwogę. Naraz zderzył się z jakimś człowiekiem, który krzyknął:

– Sakiewka albo życie…!

Capestang z wściekłością wyszarpnął z kieszeni sakiewkę pełną złota i rzucił ją z taką furią w głowę złodzieja, że ten padł półżywy.

– Masz swoją sakiewkę! – krzyknął Capestang. – Masz! Bierz! Zalej się! Napchaj się! A jeśli chodzi o moje pieskie życie, to będę cię błogosławił, jeśli także mi je odbierzesz!

– Dziękuję Wasza Wielmożność! – mruknął rabuś, który przez lata musiał pozostawać zdziwiony tą niezwykłą przygodą i królewską jałmużną, którą nieznajomy prawie go zabił – i moralnie, i fizycznie.

Nieco ulżywszy umysłowi, a całkowicie kieszeni, Capestang szedł dalej, mrucząc:

– Co mi teraz po pistolach?! Och, potrójny głupcze! Och, bałwanie! Och, nicponiu!

Pochlebne te epitety kierował do samego siebie, a nie do króla czy też do złodzieja, jak by można przypuszczać. Był wściekły, doprowadzony do szewskiej pasji, ale przez samego siebie i swoją postawę.

– Należało zostawić swobodny bieg wypadkom! – kontynuował. – Trzymałem za nogi fortunę! Miałem szczęście przyprowadzić do Luwru pretendenta do tronu, którego popierał cały Paryż! Moja szczęśliwa gwiazda chciała, żebym przyprowadził za rogi byka, który chciał wszystko przewrócić! Los zrobił ze mnie wybawiciela monarchii…! Miałem tylko milczeć! Och, nędzny gaduło, czemu nie skułeś przeklętego języka! Och, nieszczęsny fanfaronie, wystarczyło, byś swoimi ramionami nie kręcił błazeńskiego młynka, a jutro byłbyś pierwszą osobą w królestwie! Mógłbyś stanąć przed ojcem Giselli i rzec mu śmiało: „ Pańska córka mnie kocha i ja ją kocham; teraz, kiedy jestem znamienitą osobistością, odbierz ją Cinq-Marsowi, który jest jedynie nic nieznaczącym, małym markizem, i oddaj ją mnie…!”.

Mówiąc te słowa, drgnął, gdyż spostrzegł, że znalazł się na ulicy des Barrés przed domem Marii Touchet! Przed domem Giselli!

Skierował się tam instynktownie, nie zdając sobie sprawy z tego, gdzie idzie… Drżał, a z jego ust posypały się nowe przekleństwa. Następnie ze smutnie zwieszoną głową usiadł na progu.

„Po co tu przyszedłem? – rozmyślał. – Czy Gisella nie jest już małżonką Cinq-Marsa? Czy ślub nie miał się odbyć o północy? Wprawdzie powiedziała mi, że mnie kocha, że z Cinq-Marsem będzie dzielić tylko nazwisko. Czeka zapewne, bym spełnił daną obietnicę, zdobył ją dokonaniem świetnych czynów…! A gdzie ja teraz jestem? Czy mogę mieć jakąś nadzieję, skoro nie umiem skorzystać z losu, który ofiarowuje mi fortunę?!”.

Nie, nie mógł mieć żadnej nadziei. Nawet sam król był jego nieprzyjacielem!

– Ale jakie wściekłe bydlę ugryzło mnie w dniu, w którym przyszedłem na świat! – biadał, rwąc sobie z rozpaczy włosy z głowy. – Już nie wiem, któremu z herosów z książek mojej pani matki wystarczyło posiać do ziemi smocze zęby, by z ziemi wyrósł plon w postaci zbrojnych mężczyzn6! Mnie wystarczy jedynie gdzieś pójść, coś powiedzieć, nawet ukazać się, a wokół mnie wyrastają wrogowie silni jak jęczmień w sierpniu!

Wstał i cofnąwszy się parę kroków, z niewypowiedzianym smutkiem spojrzał na fasadę domu, zaledwie widoczną w ciemnościach. Budynek stał milczący, mroczny…

Następnie ruszył dalej przed siebie. Po co tu przyszedł? Czy chciał tylko zobaczyć dom czy miał nadzieję zobaczyć gdzieś Gisellę, czy wreszcie odnaleźć na tej ulicy trochę odwagi – tego zupełnie nie wiedział. Biedny awanturnik był kompletnie zdezorientowany…

Błądził tak kilka godzin, skręcał w prawo, w lewo, zawracał, odwracał się, znowu szedł naprzód, na łut szczęścia, jak prawdziwy zabłąkany, nieszczęsny wrak.

Czuł się tak bardzo nieszczęśliwy, że przyszła mu myśl, albo raczej dojrzała w nim, by odebrać sobie życie.

„Przecież – myślał – tylko o kilka dni przyspieszę chwilę zobaczenia, co się dzieje ad patres7, i uniknę zgładzenia przez jednego z mych licznych nieprzyjaciół, którzy być może w tej chwili na mnie czatują…!”.

Nie domyślał się, jak bliski był prawdy, ponieważ Montreval i Louvignac podążali za nim krok w krok i byli zdecydowani iść za nim, aż gdzieś się zatrzyma, obojętnie w jakim miejscu; po czym Montreval miał stanąć na straży, a Louvignac poszedłby sprowadzić towarzyszy przebywających w pałacu marszałka d’Ancre.

Dla Capestanga cała kwestia ograniczała się więc do wyboru rodzaju śmierci, który by mu odpowiadał. Zrobił więc krótki ich przegląd.

„Powiesić się? – rozmyślał. – Fuj! Język wyciągnięty, na łokieć długi, a przy tym to koniec niegodny szlachcica. Przebić się szpadą? Już trochę przyzwoiciej wygląda, ale czy w tym celu kupiłem tę piękną szpadę…? Rzucić się w nurty Sekwany? Mam wstręt do wody…! Mam myśl. Każę otworzyć jeden z szynków i utopię się w winie, skoro woda wzbudza we mnie obrzydzenie… Tak, ale nie mam już pieniędzy, gdyż moją sakiewką prawie zabiłem złodzieja. Jeszcze jedno głupstwo, jakie zrobiłem, a wszystkich nie zdołałbym policzyć…! Och! – dodał, znowu popadając w rodzaj zwykłego u niego uniesienia, co kończyło się gwałtowną gestykulacją. – Marzę o śmierci zadziwiającej, bajecznej, która by ze mnie zrobiła bohatera, którym nigdy nie zdołałem być za życia! Och, gdybym mógł jak Empedokles8 rzucić się do krateru Etny, by tam poszukać śmierci…! Niestety, w Paryżu nie ma Etny… Oto cały mój pech…! Ach, nareszcie znalazłem!

Zatrzymał się, sapiąc, rozpalony męstwem.

– To, co powiedziałem królowi, zrobię! Z mojej winy szlachcic wysokiego rodu dostał się do Bastylii! Ja go stamtąd spróbuję wydostać, a ponieważ w olbrzymim pojedynku między mną a Bastylią, to Bastylia mnie zniszczy, znajdę to, czego szukam, to jest śmierć zaszczytną, i odzyskam to, co straciłem, przyjmując na siebie rolę zbira, to znaczy odzyskam honor! Tym razem jest to dobra myśl, to jest dla mnie szczęście!

Te dwa słowa: pech i szczęście, które wymówił, wywołały naturalne skojarzenie. Ruszył dalej pewnym krokiem, szepcząc do siebie:

– Gdzie jest Cogolin? Gdzie jest ten nudziarz! Nigdy go nie ma, gdy go potrzebuję…! Zapewne czeka na mnie na strychu oberży „Pod Henrykiem Wielkim”. Idę tam.

 

***

Piąta rano wydzwoniła na wieży klasztoru karmelitów, którego pęknięty dzwon cienkim głosem wzywał zakonników na modlitwę, kiedy po strasznej nocy młody rycerz wchodził do opuszczonej oberży, znużony, lecz pełen odwagi, gotowy do zrealizowania swojego zamiaru.

– Cogolin! – krzyczał. – Leć po konie do zajazdu „Pod Dobrą Nadzieją”, a ponieważ musiało ci zostać trochę pieniędzy, daj mi je. Cogolin, gdzie jesteś, hultaju! Pozwalasz mi tak wrzeszczeć? Cogolin…!

Cogolina nie było w oberży. Przekonawszy się o tym, Capestang usiadł, a raczej padł na kupkę siana od kilku dni służącą mu za łoże.

Był zmęczony, czuł, że ogarnia go sen. Przez jakiś czas, a trwało to bez wątpienia dość długo, tysiące różnych myśli przebiegało mu przez głowę z tą dziwaczną szybkością, jakiej nabiera bieg wyobraźni niekontrolowanej rozsądkiem. Wtedy czasami przemieszcza się jak pędząca klacz, czasami unosi się jak Pegaz, wdrapuje się na Parnas, albo jak płomień nadprzyrodzonej istoty rzuca się na obszary, które nawiedzają chimery… Obraz Giselli i króla, następnie Cinq-Marsa i Conciniego, potem sto innych pojawiało się kolejno w myślach młodego rycerza.

Wtem na strych wślizgnął się promień słońca i padł na jego oczy. Kawaler rzucił przekleństwo i uniósł powieki. Jego spojrzenie, przedzierając się przez ciężkie powieki, skierowało się na okienko w poddaszu. Capestang zadrżał.

Przez jedną chwilę w lukarnie ukazała się jakaś głowa. W tej samej sekundzie rozpoznał ją.

„Rinaldo!” – warknął w myślach.

Capestang poderwał się i jednym susem przyskoczył do lukarny, lecz głowa zniknęła.

Jak sobie Czytelnik przypomina, a przynajmniej ci Czytelnicy, których obowiązkiem jest to sobie przypomnieć, na strychu znajdowały się dwa okienka: jedno wychodzące na podwórze, do którego prowadziły drewniane schody z zewnątrz obsługujące piętra, i drugie, z widokiem na ulicę, powyżej którego zamocowana była ręczna winda, służąca mistrzowi Lureau do wciągania siana i słomy.

Właśnie w tej ostatniej lukarnie ukazała się głowa Rinalda.

Capestang, wychyliwszy się, ujrzał, jak mężczyzna schodzi po ustawionej przy murze drabinie. Rzuciwszy szybkie spojrzenie na ulicę, zobaczył, że oberża była obstawiona przez dwudziestu ludzi. Z lewej i prawej strony zatrzymywali się przechodnie i ciekawie przypatrywali się, co się dalej wydarzy. W otwartej tylnej bramie rozstawionych było sześciu ludzi.

– Do pioruna! – zawołał rozdrażniony Capestang. – Jest prawie tak jak przy oblężeniu Cahors9, o którym ze sto razy opowiadał mi mój pan ojciec.

Natychmiast pobiegł do drugiego okienka, rzucił okiem na podwórze i dostrzegł tam z dziesięciu ludzi. Prawie wszystkich rozpoznał. Byli to siepacze, przyboczni marszałka d’Ancre, a wśród nich sam Concini…!

Capestang ogarnął cały strych tym spojrzeniem o straszliwej przenikliwości, jakie posiadają odważni ludzie w chwilach największego niebezpieczeństwa, szukając dziury, otworu, wyłamania w dachówkach czy podłodze, którędy mógłby się przecisnąć, ale nic takiego nie dojrzał!

Wówczas z dziesięciokrotnie zwiększonymi siłami, z umysłem podnieconym rodzajem straszliwej, szalonej radości, jaka ogarnęła całe jego jestestwo, usłyszał pobudkę do boju. W ciągu kilku minut zbudował pod lukarną barykadę. Do okienka przystawił stół, za stołem drewnianą skrzynię, za skrzynią kilka stołków, za dębowymi stołkami dwie belki, które krzyżując się, podtrzymywały mocno zaimprowizowane rusztowanie.

Następnie w lewą rękę chwycił sztylet, prawą płomiennym gestem wyciągnął z pochwy swój długi rapier, przez chwilę trzymał go uniesiony ponad głową, ze złączonymi piętami, jak na paradzie, wysoko uniesioną głową, wysuniętą piersią, wyprostowany, sztywny, ze wzburzonym umysłem, straszliwy w swym wyglądzie, zawołał chrapliwym głosem:

– Capestang nie lęka się wrogów!

W tej samej chwili przeszedł przez okienko od strony podwórza i ukazał się na szczycie schodów.

Niesamowitą wrzawą przyjęto fantastyczne ukazanie się kawalera, który ze spojrzeniem wypełnionym błyskawicami, rzucał wyzwanie zgrai zgromadzonej u dołu schodów. Concini podniósł głowę i wybuchnął złowrogim śmiechem, który wywinął okryte pianą wargi.

– Oto jest! Oto jest! – wrzeszczeli rębacze.

– Dzień dobry, panowie, płatni mordercy! – ryknął Capestang.

Concini dał znak. Cała jego sfora zamilkła.

– W imieniu króla! – wołał Concini głosem mającym przyjąć władczy ton. – W imieniu króla rozkazuję ci zejść…!

– W moim imieniu oświadczam: zostaję! – zagrzmiał Capestang.

– Oddaj szpadę! – warknął Concini.

– W twój brzuch! – ryknął Capestang.

– Panowie, jesteście świadkami, że to jawny bunt! Broń do ręki…!

– Śmierć mu! Śmierć! – krzyczeli siepacze.

– Wam śmierć! Niech was dżuma i cholera! – odciął się Capestang.

– Zdrajca, buntownik! – Zazgrzytał zębami Concini.

– Tchórz i zdrajca! – odpowiedział rycerz.

– Strzeż się! Czeka cię kat…!

– Uważaj! Oto już szuka cię pan de Bellegarde10!

– Fanfaron! – ryknął rozwścieczony Concini.

– Poliszynel! – odkrzyknął Capestang, wybuchając szalonym śmiechem.

Wymyślali sobie gestami, spojrzeniami, postawą, głosem… Pewne formy grzecznościowe, które weszły w modę później, jeszcze nie były znane ówczesnym ludziom. Wróg był wrogiem. Jak podczas wielkich wojen religijnych, jak pod panowaniem Ligi, w tych czasach zamętu i rozjątrzenia, człowieka, którego chciano zabić uderzeniem szpady, najpierw należało zamordować uderzeniami obelg. Zanim rozpruło się mu gardło lub brzuch, najpierw należało zabić pogardą. Również wojownicy z Iliady, zanim zaczęli używać rąk, spoglądali sobie w oczy i folgowali sercu…

Na ustach Conciniego pojawiła się piana; siepacze z niecierpliwości tupali nogami. Capestang był dla nich żywą obelgą. Stojąc na górze schodów z rękoma zaciśniętymi na poręczy, przechylony tak, że prawie mógł spaść, w tym rodzaju chwały, w który owijały go promienie wschodzącego słońca, ukazywał się dziki, nieposkromiony; był błyskawicą, która poraża, był pogardą, która druzgocze, śmiechem, który chłoszcze… Pozbawiony zahamowań, skupiony na sobie, uważający, że skoro trzeba umrzeć, zupełnie niepotrzebna jest skromność gestów, swą postawą jeszcze przewyższał zachowanie junaka wyzywającego na bój całą armię. Tak naprawdę w tej chwili był syntezą chełpliwości, straszliwą i wzniosłą karykaturą szalonego męstwa, żywym obrazem ekspresyjnego fanfarona!

– Ruszajcie! – rzucił krótko Concini chrapliwym głosem, wykonując gest naganiacza napuszczającego psy na zdobycz.

Siepacze rzucili się naprzód w zwartym szyku, stosując ustaloną metodę ataku, z Rinaldem i Pontraille’em na czele. Potem Bazorges i Louvignac, Chalabre i Montreval, a za nimi z dziesięciu najętych łotrów.

– Żywcem! Dać mi go żywego! – grzmiał Concini.

– Nie obawiaj się! – odciął Capestang. – Będę żył na tyle długo, by ci plunąć w twarz!

– Do kroćset! Na śmierć szatana! Na brzuch papieża! Na flaki diabła! – wrzeszczeli napastnicy, wbiegając po schodach.

– Chodźcie, moje jagniątka! Chodźcie, niech wam upuszczę trochę krwi…!

– Upieczemy cię na rożnie na świńskim targu! – groził Chalabre.

– Ja będę tym, który natłuści sznur, na którym będzie się kołysał twój suczy szkielet! – grzmiał Louvignac.

– Ja obedrę cię żywcem ze skóry i potnę ją na rzemyki! – ryczał Bazorges.

Pędzili po schodach, z oczami nabiegłymi krwią, z otwartymi ustami, wbiegali jedną masą podobni do potwornego zwierza najeżonego stalowymi ostrzami. Zatrzymywali się na każdym stopniu, by rzucać nowe wiązki przekleństw, nowe apokaliptyczne groźby. Capestang czekał na nich zwarty, z wyciągniętą szpadą, i odpowiadał im, rycząc.

Nagle na górze wybuchły wrzaski, krzyki, klątwy, obelgi…! Napastnicy dotarli do ostatnich stopni i ruszyli do ataku…!

Stojąc na dole, Concini widział ich uderzenie i słyszał rumor. Zapominając o swoim rozkazie pochwycenia Capestanga żywcem, wołał:

– Bij! Zabij! Brawo, Pontraille! Brawo, Rinaldo! Na niego, Louvignac i Bazorges! Pokażcie swoje kły, moi dzielni chłopcy! Tysiąc złotych talarów dla tego, kto mi przyniesie jego trupa…! Och, ach! Tchórze, tchórze…!

Co się stało…? Otóż w najciaśniejszym miejscu schodów napastnicy chcieli się przecisnąć wszyscy naraz. Doszło do tego, że Capestang swoją olbrzymią i ciskającą błyskawice szpadą raz po raz siał spustoszenie w tym stosie ludzkich ciał! Tryskała krew, a towarzyszyły temu dzikie okrzyki. Kiedy trzej pierwsi zostali ranni i chcieli się wydostać z tej ciżby, gwałtownie się cofając, pociągnęli za sobą całą resztę aż na podest przy piętrze.

– Nikczemnicy! Tchórze! Zające! – wrzeszczał Concini. – Naprzód! Bij! Zabij…!

Rinaldo, pociągnięty przez innych, także stoczył się na podest, lecz mężczyzna był odważny. Nie bał się ciężkich ran, po których następowała śmierć. Naprawdę był oddany swemu panu, a poza tym z całych sił nienawidził Capestanga.

Wychylił się na jedną chwilę i odkrzyknął prawie spokojnym głosem:

– Cierpliwości, Ekscelencjo, zaraz ci go przyniosę.

Jednocześnie spojrzał w górę i to, co zobaczył, przejęło go szaloną radością. Capestang nie miał już szpady w ręku…!

 

***

Capestang w chwili, gdy napastnicy pokonywali ostatnie stopnie, zbierając się do ataku, zszedł dwa schody niżej. W chwili natarcia wrogów wyciągnął rękę i przebił rapierem czyjąś pierś. Pięć czy sześć razy tym samym ruchem jednocześnie wściekłym i spokojnym – jeśli te dwa określenia zdołają wytłumaczyć to, co w jego obronie było zarazem szalonego i metodycznego. Kolejny raz zanurzył szpadę… i nagle, gdy cofnął się po zadanym ciosie, zobaczył, że w ręku pozostał mu jedynie mały odłamek broni. To Rinaldo straszliwym uderzeniem złamał jego szpadę.

W tej samej sekundzie Capestang poczuł, że jest zgubiony. Oczy nabiegły mu krwią, bolesny śmiech wykrzywił sine usta. Co teraz? Co robić? Nic! Miał tylko sztylet. Zanim nim dosięgnie jakiejś piersi, zostanie przekłuty, rozszarpany na kawałki…

Westchnął, ogarnięty wściekłością i rozpaczą.

W tej samej chwili usłyszał krzyki napastników:

– Jest bezbronny…! Naprzód! Do ataku…! Zabić go! Zabić!

Ujrzał ich pędzących po schodach, niby gromadę wilków… To już był koniec…!

Młody rycerz odwrócił się ku strychowi tym ruchem skazańca, który w ostatniej chwili rozgląda się wokoło, chcąc prosić o pomoc nadprzyrodzone moce.

Nagle zadrżał, a straszliwy śmiech wydobył się spomiędzy jego warg…

Ruchem szybkim jak piorun schylił się i podniósł jakiś przedmiot, który zobaczył u wejścia na strych, naprzeciw lukarny.

Siepacze marszałka nacierali zapamiętale; rozlegało się wściekłe wołanie:

– Rinaldo, przybywaj z pomocą!

Temu okrzykowi odpowiedział ryk Capestanga:

– Henryku Wielki, przybywaj na pomoc!

Wówczas Concini stojący na podwórzu, zgromadzeni przechodnie – około pięciuset paryżan stłoczonych w pobliżu oberży, chcących asystować przy schwytaniu ofiary, wszyscy mogli zobaczyć cudowną, niesłychaną rzecz, bajeczną jak wskrzeszony epizod z walk bohaterskich antycznych półbogów.

Na górze schodów Capestang bez szpady, bez sztyletu (który odrzucił), z całych sił bił się i zabijał uderzeniami rozbrzmiewającymi jak uderzenia gongu, okładał napastników czymś w rodzaju ogromnej żelaznej płyty! To był szyld zajazdu, który mistrz Lureau złożył na strychu po zdjęciu go! Był to szyld z wizerunkiem Henryka Wielkiego. Zatem Henryk IV rozbijał czaszki, gruchotał kości, podnosił się i opadał, zmuszał oszalałych, wściekłych zbirów do odwrotu, a oni staczali się jak jedno wielkie grono aż do początku schodów!

Wówczas Capestang uniósł szyld na wyciągniętych ramionach i pokazał go zgromadzonemu ludowi, który przyglądał się tej walce tytana, jednocześnie grzmiącym głosem krzycząc:

– Niech żyje Henryk IV! Niech żyje Henryk Wielki…!

Rozgorączkowani ludzie, uniesieni entuzjazmem, zerwali z głów czapki, toczki, kapelusze, rzucali nimi w górę i krzyczeli potężnym chórem:

– Niech żyje Henryk Wielki!

Cała ulica Vaugirard była zapchana. Ludzie nadciągali ze wszystkich stron. Krążyły dziwne pogłoski, przenoszone z ust do ust, a z podwórza przed oberżą wrzawa rozlała się, rozciągała dalej, a nad tumultem wciąż brzmiał okrzyk:

– Niech żyje Henryk Wielki!

Concini ze złości darł włosy, Rinaldo bandażował sobie głowę, Pontraille, Chalabre i dziesiątka innych opatrywała rany, a na górze Capestang, wzburzony, w postawie fanfarona, ryczał wniebogłosy:

– Henryk IV i Capestang służą pomocą! Niech żyje Henryk Wielki!

Przez wzburzony tłum przebiegły owe szybkie dreszcze, które kiedy przebiegają przez ocean, przepowiadając burzę, a gdy przebiegają przez twarze ludu, obwieszczają rozruchy. Lud, coraz bardziej podniecony, odpowiadał na to wezwanie jednym wielkim krzykiem: „Niech żyje Henryk Wielki!”.

Doszło w tej chwili do jednego z tych straszliwych nieporozumień, które czasami przeradzają się niebotyczną farsę, z której śmiać się mogą późniejsze wieki, lecz która niekiedy nagle zamienia się w krwawą tragedię, zarzucającą żałobny kir na cały ustęp historii.

Capestang, krzycząc: „Niech żyje Henryk Wielki!”, miał na myśli wizerunek Henryka IV, a nawet nie to… On gloryfikował szyld! Ten kawałek żelaza, tę misternie obrobioną płytę, która posłużyła mu za maczugę! On gloryfikował bitwę w oberży „Pod Henrykiem Wielkim”…

Tymczasem tłum, powtarzając ten sam okrzyk, sławił niejako rokosz, starał się przejąć burzę z dnia poprzedniego w tym punkcie, w którym ją pozostawił… Wrzaski pospólstwa znaczyły:

„Niech żyje bohater ludu! Niech żyje filar Kościoła! Niech żyje niszczyciel heretyków! Niech żyje zabójca z nocy Świętego Bartłomieja! Niech żyje rewolta z Dni Barykad! Niech żyje Henryk Wielki! HENRYK ŚWIĘTY! HENRYK GWIZJUSZ!11”.

Jednak w chwili, gdy Concini, pobladły nie tylko ze wściekłości, ale też z przerażenia, spoglądał na buntowników, ogromna masa zebrana na ulicy Vaugirard zaczęła uciekać; kruszyła się, roztapiała, rozpraszała się jak potworne bałwany łamiące się na wybrzeżu.

– Bić ich, bić bez litości! – ryczeli ludzie Conciniego, wybiegając na drogę.

Z ulicy Tournon trzydziestu albo czterdziestu rajtarów marszałka d’Ancre pędziło na koniach cwałem, przewracając, tratując wszystkich, którzy znaleźli się na ich drodze. Znalazłszy się między nimi a zbirami biegnącymi z oberży, tłum zawirował jak suche liście uderzone przeciwnymi wiatrami.

Na krótką chwilę rozległ się krzyk grozy, potem szalona ucieczka przez ulice, uliczki, pola, ogrody, a żołnierze i agenci marszałka d’Ancre zebrali się przy oberży.

– Do ataku! Naprzód! – rozkazywał Concini, wskazując schody.

Capestang, widząc przybywające posiłki, rajtarów dołączających do przybocznych, stwierdził, że przyjdzie mu stawić czoło stu ludziom wprawionym w wojenne rzemiosło, i uczuł wstrząsający nim dreszcz dumy. Cofnął się w głąb strychu i zaczął barykadować okienko! Chciał mieć możliwość przetrzymania strasznego oblężenia… Marzył o zaszczytnej śmierci, która zostałaby zapisana w annałach… Zręczny, zwinny, ogarnięty szałem, układał stos ze wszystkiego, co wpadło mu pod rękę…

Gdy skończył, obtarł zroszone potem czoło, skrzyżował ramiona i zawołał:

– Chodźcie teraz, moje jagniątka! Nowa walka! Ale miejcie się na baczności, bo jest was tylko setka…!

Zaraz jednak zwróciła jego uwagę panująca na zewnątrz cisza. Nie tylko rozkaz Conciniego nie został wykonywany, nie tylko nikt nie ruszał do ataku, ale można było przypuszczać, że tak siepacze, jak i rajtarzy, wszyscy odeszli!

To go zaniepokoiło. To milczenie następujące po straszliwej wrzawie poczytywał za złowrogą wróżbę.

– Naradzają się – mówił do siebie. – Nad czymś się zastanawiają… ale nad czym? Och, co to takiego…? – dodał nagle, a jego wzrok napełnił się trwogą.

W jednym z kątów strychu dostrzegł obłoczek dymu…!

Capestang przez chwilę stał nieruchomo, wątpiąc, chcąc jeszcze wątpić…! Białawy dym, który kłębami czołgał się na poziomie podłogi, nagle się podniósł, a jego spirale zmieniły barwę na czarną i niebawem gwałtowny duszący dym zakotłował się w górze… Potem rozległy się szmery, trzaski, gwizdy, a z tego kąta, w którym wszystko się zaczęło, buchnęły płomienie… Oberża się paliła…!

Zatem nie odeszli! Ułożyli stos z chrustu i faszyny i chcieli go uwędzić niczym lisa. Pokonani jego męstwem, przywołali na pomoc pożar.

– Nikczemnicy! Nikczemnicy! – ryczał Capestang, wodząc dokoła błędnym wzrokiem, szukając broni, kawałka żelaza, czegokolwiek!

I nic nie znalazł! Miał tylko odłamek szpady. Płomienie gwizdały, wyły, wiły się wokół niego… Z jego ust wydobył się rozpaczliwy, obłąkańczy śmiech!

– Chciałem niczym drugi Empedokles znaleźć grób w kraterze Etny, a mam ginąć jak oprawione prosię w ogniu wznieconym z chrustu! Zginąć taką ośmieszającą śmiercią! Ja miałbym zostać ośmieszony?!

Na dworze raz po raz wybuchały i krzyżowały się krzyki, obelgi, przekleństwa, okrzyki szaleńczej radości. Mieszały się z hukiem i gwizdami szerzącego się ognia, co tworzyło dziwaczny tumult. Na podwórzu i na ulicy siepacze oraz rajtarzy, zadarłszy głowy i zacisnąwszy pięści, wygrażali Capestangowi.

Nagle młody rycerz ukazał się na górze schodów i zaczął z nich schodzić, potrząsając trzymanymi w jednej ręce sztyletem, zaś w drugiej odłamkiem szpady, podobny do dzikiego zwierza porzucającego legowisko i wyciągającego ostre pazury…

Cała banda cofnęła się instynktownie, gdyż człowiek zdecydowany na śmierć wydziela jakby magnetyczną siłę i odwagę… Potem nagle wybuchnęła piekielna wrzawa, a po niej znowu pośród oprawców stojących ze ściśniętymi zębami zapanowało głębokie milczenie.

Capestang, stanąwszy na podwórzu jak w apokaliptycznym śnie, z duszą wyrwaną z oków, z szalejącymi myślami, widział te konwulsyjnie ściągnięte twarze, te oczy nabiegłe krwią, te zaciśnięte usta, te wzniesione w górę ramiona, połyskujące szpady; zadawał ciosy na chybił trafił, ciosy szaleńcze, podwajane; dookoła i na niego krew lała się strumieniami. On ciągle uderzał, nic już nie czuł: ani otrzymanych ran, ani krwi zalewającej mu oblicze… Nagle padł na ziemię!

To dziesięciu ludzi, którzy się na niego rzucili, krępowało mu nogi, ręce… Następnie zziajanego i rozbitego wrzucono na grzbiet konia…

– Zabierzcie go do pałacu! – warknął Concini ostrym, chrapliwym, ledwie zrozumiałym głosem.

Podczas gdy zabierano związanego, konwojowanego przez trzydziestu rajtarów kawalera, marszałek i jego siepacze, zbryzgani krwią, otoczeni dokoła trupami i rannymi, z oberżą w płomieniach, spoglądali na siebie bladzi, zasapani, zmordowani, jakby szturmem zdobyli miasto i jeszcze walczyli z całą armią!

 

 

 

 

6Chodzi o Jazona, w mitologii greckiej wodza wyprawy Argonautów, którego Ajetes, król Kolchidy, poddał próbie: najpierw miał zaprząc do pługa ziejące ogniem byki, z ich pomocą zaorać pole, w bruzdy posiać zęby smoka i pokonać uzbrojonych wojowników, którzy z nich wyrosną; udało mu się dzięki pomocy Medei, córki Ajetesa, czarodziejki, późniejszej żony Jazona.

7Ad patres (łac.) – do ojców; na tamten świat; na łono Abrahama.

8Empedokles z Akragas (Agrygentu) (ok. 483-ok. 423 roku p.n.e.) – grecki filozof, badacz przyrody, lekarz, poeta, mówca, działacz polityczny; według słów Horacego rzucił się do ziejącego ogniem krateru Etny, ponieważ chciał stać się bogiem.

9Cahors – miasto w południowej Francji, w XVII wieku ośrodek katolicyzmu; podczas siódmej wojny religijnej w roku 1580 było oblegane przez wojska Henryka IV i zostało zdobyte, barykada po barykadzie, po zaciętych walkach trwających trzy dni i trzy noce.

10Bellegarde – tytuł diuka de Bellegarde i para Francji został utworzony w 1619 roku przez Ludwika XIII z markizatu Seurre; tutaj chodzi o drugiego diuka de Bellegarde, którym był Henryk II Burbon – Kondeusz (1588-1646).

11Należy odnotować, że Henryk Gwizjusz, Henryk „Szramowaty”, główny przywódca Świętej Ligi, zmarł na zamku Blois w 1588 roku w okolicznościach, które przedstawiliśmy w poprzednim tomie. Należy także dodać, że jego syn, który jest jednym z bohaterów tej opowieści, miał na imię Karol, a nie Henryk. Jednak na skutek pewnego fenomenu, którego przykładów jest znacznie więcej, w pamięci ludu żył Henryk I, prawdziwy przywódca. Dla niektórych jeszcze wciąż żył naprawdę… Także książę Reichstadt mógł się nazywać Józef (chodzi tu o Napoleona II, prawowitego syna Napoleona I, zwanego Orlątkiem), lecz dla ludu był zawsze Napoleonem I, który, jak głosiły pogłoski, jeszcze długo żył po swej śmierci na Wyspie Świętej Heleny [przypis M. Zévaco].

Rozdział XXXVI

Catachresis!

 

Poprzedniego dnia Cogolin, idąc za swoim panem w owym bajecznym pochodzie przez wzburzony Paryż, uczestniczył w tym niesłychanym zdarzeniu: Capestang prowadził do Luwru dowódcę rokoszu, księcia Kondeusza, który miał być tryumfatorem, a stał się więźniem.

– Najmniejsze, co może przydarzyć się memu panu – mruczał pod nosem – to wrzucenie do wody albo może powieszenie przy szyldzie. A jeśli wiesza się lub topi mego pana, to co zrobią ze mną? Może obedrą mnie ze skóry! Och, biedny Cogolinie, to bardzo zły układ ciał niebieskich, jak mawiał mój były szef, astrolog!

Musimy Cogolinowi oddać honor, że chociaż uważał się za zgubionego i nie przestawał wzywać na pomoc dwóch czy trzech świętych ze swoich przyjaciół, szedł krok w krok za swoim panem i pilnie obserwował jego najmniejsze gesty.

Przejście przez Pont-Neuf, uzbrojeni mieszczanie, tumult, ogólne wrzenie tłumów, pośród których czuł się popychany jak kruchutka słomka, przybycie do Luwru, wejście Capestanga i księcia Kondeusza – wszystkie te wizje następowały po sobie jak jakieś fantastyczne sny. A kiedy zobaczył, że Capestang dotarł nie tylko cały i zdrowy, ale jeszcze zaprowadził księcia do samego Luwru, zwyczajnie osłupiał, wytrzeszczył oczy i szeptał:

– Do pioruna…!

Kiedy Cogolin pozwalał sobie na takie samo przekleństwo co kawaler, to znaczyło, że zupełnie nie był sobą.

Ile czasu pozostawał w tym stanie, podzielony między osłupieniem spowodowanym świadomością, że jeszcze żyje, a podziwem, jaki wywoływał w nim jego pan, zupełnie nie wiedział.

Kiedy rozejrzał się wokół siebie, spostrzegł, że sytuacja dziwnie się zmieniła.

Stojąc z drugimi przed pałacem, giermek Capestanga słyszał podawane sobie z ust do ust słowo: zdrada! Obok niego kilku mężczyzn gestykulowało i krzyczało, że książę poddał się Ludwikowi XIII, że opuścił wszystkich tych, których wciągnął do buntu. Ostrożniejsi już wymykali się cichaczem… Wrzawa zwolna się uspakajała. Niepokój ogarniał ciągle liczne gromady, które jeszcze żywiły jakąś nadzieję. Jednak niepokój zamienił się w przerażenie, gdy ujrzano kompanię muszkieterów i drugą kompanię arkebuzerów z lontami zapalonymi w rękach. A kiedy na koniec pojawił się stary marszałek Ornano, oświadczając, że książę podporządkował się królowi, że wojsko zacznie strzelać do zbuntowanego tłumu, mieszczanie uciekli, porzucając halabardy, by móc biec szybciej.

Cogolin postąpił tak samo jak inni.

Kiedy w końcu zatrzymał się zdyszany, wyprostował się, jak to widział u swego pana, i powiedział:

– Po pioruna! Odnieśliśmy zwycięstwo!

Wycierając sobie czoło, pomyślał, że kawaler niewątpliwie spędzi noc w Luwrze. Przez chwilę nawet miał ochotę wrócić do głównej bramy i po prostu powiedzieć:

– To ja, Cogolin, giermek rycerza Capestanga.

Lecz po kilku krokach zrobionych w kierunku Luwru począł mieć wątpliwości co do tego, jak zostanie przyjęty, i co do sławy swego nazwiska. Wówczas postanowił, że tylko przed sobą będzie sławił wielkie zwycięstwo. Przeszukując kieszenie, przypomniał sobie, że na razie to kawaler miał sakiewkę, ale też zobaczył, że sam miał sześć talarów. Cogolin postanowił więc, że przeje i przepije całą sumę, aż do ostatniego sou12, przekonany, że jutro rano będzie opływał w bogactwa. Przecież król nie zapomni okryć złotem tego, który przyszedł go uratować.

Rozejrzał się wokół siebie i spostrzegł, że szalona ucieczka doprowadziła go w okolice Temple, której milcząca wieża wznosiła swą ciemną bryłę na tle czarnego nieba.

Cogolin był zdziwiony, że biegł tak szybko i dobiegł tak daleko, jednak nie poprzestał na tym w podziwianiu samego siebie.

– To moje nogi – stwierdził. – Faktem jest, że są długie i jedna z nich ma tyle, co dwie kogoś innego. Jest to przewaga, jaką posiadam nad mymi kompanami, a nawet nad kawalerem de Capestang. Więc celebrujmy jego chwałę i moją inter pocula13, jak mawiał mój szef, profesor liceum.

Mówiąc to, skierował się ku centrum Paryża.

Dotarłszy do skrzyżowania rogu ulicy du Chaume z ulicą des Quatre-Fils, przystanął, zdziwiony widokiem, jaki mu się przedstawił: z dalszych ulic Paryża nadchodzili grupkami ludzie, po trzech lub czterech, jedni konno, inni pieszo, trzymając w rękach małe papierowe latarnie, oświetlające im drogę. Była to niezbędna ostrożność, bowiem ulice były bardziej lub mniej podziurawione i wypełnione nieczystościami. Wszyscy nocni wędrowcy wchodzili do głównej bramy dużego pałacu, który Cogolin, doskonale znający swój Paryż, natychmiast rozpoznał.

– Pałac Gwizjusza! – wyszeptał przez zęby. – Czyżby u księcia miałyby być jakieś tańce i wszyscy ci ludzie przychodzą balować na cześć zwycięstwa Jego Królewskiej Mości…? Hm, to bardzo dziwni tancerze, o tajemniczych minach, z kolbami pistoletów, które u nich zauważyłem. Poza tym pałac jest tak mroczny, jak niebo bez księżyca, żałosny jak maślanka, groźny jak łeb dzika. Cóż u diabła ma zajść dzisiaj w pałacu Gwizjusza?

– Precz stąd! – zabrzmiał obok niego jakiś głos.

Cogolin ujrzał poruszający się tajemniczy cień, słyszał szczęk broni, i tym razem jeszcze szybciej umykając na swych długich nogach, oddalił się na bezpieczną odległość od tych, którzy tworzyli tak dobrą ochronę wokół pałacu.

Tak dotarł do ulicy Sainte-Croix-de-la-Bertonerie, która przez zniekształcenie zyskała później milszą nazwę Sainte-Croix-de-la-Bretonnerie, i wkroczył do pewnej uliczki o złej sławie, nazywanej – nie wiemy dlaczego – ulicą des Singes14. Ulica des Singes była prawdziwą kloaką, zarówno z punktu widzenia moralnego, jak i fizycznego. I z prawej, i z lewej strony, podpierając się jedna o drugą jak stare pijaczki, garbate, krzywe, jednookie, z trędowatymi twarzami, nadętymi brzuchami, nasadzonymi na bakier dachami jak czapki podchmielonych zawadiaków, stało ze dwanaście domów… właściwie ruder. Każdy parter był szynkiem, każdy szynk miał szyld, a wszystkie godła plątały się, zderzały i skrzypiały przy najlżejszym podmuchu wiatru.

A jakież były to szyldy! Cała niewinna bezczelność czasów, kiedy jeszcze nie było przekonania, że miłość jest rzeczą wstydliwą, tu kwitła w dytyrambach na część Bachusa15 i Wenus16. Żałujemy, że oficjalnie przyjmuje się, iż ucho współczesnego Czytelnika jest delikatnym organem, muszącym owijać się bawełną, a z drugiej strony, ponieważ czujemy wstręt do hipokryzji eufemizmów, jesteśmy zmuszeni to przemilczeć, więc nie będziemy opowiadali o arcydziele spokojnego i okazałego bezwstydu, które znajdowało się na szyldzie knajpy, do której podchodził Cogolin.

Cogolin był wygłodzony. Cogolin był spragniony, ale Cogolin był cnotliwy… a nawet przesadnie wstydliwy jak na jego czasy. Zasiadł więc przy stole, gdzie kazał sobie podać dwie butelki wina z Andegawenii, przysmażoną słoninę, szynkę z jajkami i inne, bardziej ostre potrawy, ale delikatnie odepchnął przywiędłą rozpustnicę, rozczochraną, rozchełstaną, chcącą usiąść mu na kolanach. Do tej nory przybywali, podobnie jak do jej sąsiadek, majtkowie z Sekwany, złodzieje i żołnierze. Kilka długich stołów, zastawionych dzbanami, dzbankami i kubkami, zaplamionych czerwonymi plamami z wina, proste ławy i grube ciosane stołki stanowiły całe umeblowanie. Na ścianach kolorowe obrazki, rozwieszone byle jak, przedstawiały Żyda Wiecznego Tułacza17 z kijem pielgrzymim w dłoni, Dziewicę na kuli przypominającej Ziemię, zgniatającą stopami węża, Pogrzeb pana Kredyta składanego do ziemi przez złych płatników oraz wiele innych o różnej tematyce, których z wyżej wymienionych przyczyn dotyczących delikatności uszu wzbraniamy się nazywać, a tym bardziej opisywać.

Cogolin zabrał się do jedzenia i opróżniania wielu kubków na cześć zwycięstwa i uśmiech losu Capestanga. Tak dobrze to czynił, że przy drugiej butelce już nie czerwienił się na widok nieprzyzwoitych póz, jakie widział na malowidłach wiszących na ścianach, a przy trzeciej nie był wcale zaskoczony widokiem siedzącej mu na kolanach, lgnącej do niego ladacznicy, którą wcześniej odepchnął gestem pełnym dostojeństwa. Jednym słowem, używając wyrażenia, które wymaga pomsty moralności, upodabniając się do zwykłych ludzkich świń przekraczających dozwolone granice, Cogolin tarzał się w orgii; stoczył się w swoim opilstwie i podłości; stał się skończonym pijakiem, lubieżnikiem bez żadnej skromności. Ta rozpusta, której celem było głoszenie chwały jego pana – ponieważ człowiek jest zawsze zdolny do pokrywania swoich wylewności lakierem, który je upiększa – ta rozpusta, jak powiedzieliśmy, trwała całą noc. Faktycznie, w tym okresie zamętu, gdy straże prawie nie odważały się wychylić nosów poza posterunki, wszelkiej maści tawerny i speluny pozostawały tak długo otwarte, jak tylko miały gości.

Cogolin więc tarzał się w swej bezecności do czasu, aż spostrzegł, że ladacznica wymknęła się delikatnie i bez pożegnania z nim. W tej chwili gospodyni oparła dwie pięści na stole i patrząc na niego z góry, wlepiła w niego wzrok.

– Pić! – zawołał Cogolin.

– Zapłać najpierw za to, co wypiłeś i zjadłeś do tej pory, ponieważ, dzięki Bogu, nie brakowało ci niczego! Za wszystko należy się pięć talarów!

Cogolin uśmiechnął się. Doskonale pamiętał, że posiadał sześć talarów, zatem pozostawał mu jeden, który mógł zamienić na żywność i napitki.

Zmarszczył nos, rzucił wokół błędnym wzrokiem, rozdziawił gębę aż po same uszy. Cogolin był w tej chwili ohydny, z jego kiwającą się głową, twarzą pijaka, podobny był do starego Sylena powracającego do zbierania winogrona, ale Sylena chudego, Sylena łysego, ponieważ peruka stoczyła się z głowy na ławę, a z ławy na posadzkę, gdzie walała się – ona także – w hańbiącej kałuży niespożytego wina18.

– Pić! – powtórzył chełpliwym tonem. – Mam czym zapłacić, jak myślę! Z sześciu talarów można wydać pięć! Daj wina, i to dobrego!

– Najpierw zapłać – powiedziała karczmarka, rzucając wymowne spojrzenie na Pogrzeb pana Kredyta.

Cogolin wzruszył ramionami jak człowiek, który ulega, chcąc zadowolić czyjś niewytłumaczalny upór.

Tymczasem gospodyni była już całkowicie spłacona. W rzeczywistości Cogolin zjadł i wypił za trzy talary, a ona już odebrała cztery od ladacznicy, która ukradłszy nieszczęsnemu Cogolinowi sześć talarów, w zupełności zadowoliła się dwoma. Szynkarka była więc podobna do urzędu skarbowego domagającego się dwa razy zapłaty i nic niezwracającego, gdy zauważy swoją pomyłkę. Zatem ta łotrzyca – mówimy o gospodyni – nie miała nic innego na celu jak zabezpieczyć się, gdyby jej klient nie miał jakiejś innej gotówki.

Ale Cogolin daremnie przeszukiwał wszystkie kieszenie. Nie znalazł ani sześciu talarów, ani zaskórniaka.

Był jak porażony i na matronę, która już podparła się pod boki, co było przedwstępnym gestem do wykrzyczenia serii obelg, podniósł zasmuconą twarz ukazującą wzrok zamglony przez łzy rozpaczy i wypite wino.

– Nic nie mam – jąkał się. – Nie wiem, jak się to stało, ale…

Cogolinowi nie dane było dokończyć myśli…

– Oszuście! Łajdaku! Złodzieju! Szubieniczniku! – krzyczała szynkarka. – Ach, pijesz, nie płacisz! Niech cię weźmie cholera! Niech cię pożre febra! Ach, rozpustniku, nicponiu, łobuzie, skąpcu, bezbożniku, sprośny oszuście, heretyku, rogaczu!

To ostatnie słowo rzucone było z całą mocą, jako zakończenie przemowy. Cogolin, zasypany gradem obelg, zachowywał spokój, który przeciwstawiłby się rzucanym oszczerstwom, gdyby nie towarzyszył im inny grad, znacznie silniejszy: walenie pięścią, kopanie, obijanie kijem przez gospodynię, jej męża i syna, którzy przybiegli przywołani krzykami szynkarki. Rozlegały się okrzyki, wrzawa, jęki i w końcu Cogolin, zwleczony z ławy, szturchany, popychany, szarpany, został wyrzucony na zewnątrz ostatnim kuksańcem i stoczył się do rynsztoku, potłuczony, zdezorientowany, krwawiący i żałośnie narzekający.

Cogolin niemiłosiernie jęczał i krzyczał, lecz nikt nie przychodził mu z pomocą. Widząc, że nic nie zyskuje wołaniem: „Pali się!” i „Mordują!”, podniósł się z ziemi, obmacał się i stwierdził, że nie ma żadnych złamań. Następnie, zamroczony wypitym winem, laniem, jakie otrzymał, i zdziwieniem, jakie wywołało niepojęte zniknięcie sześciu talarów, kulejąc, ruszył w drogę, obijając się o mury, czepiając narożników, przewracając się przez śmieci, tu zatrzymywany i kopany przez jakichś złodziei, tam przez grupkę młodych paniczów…

Jeżeli uliczka des Singes była kloaką, to także reszta miasta, nawet najpiękniejsze dzielnice wymagały porządnego oczyszczenia.

 

Bezładna gmatwanina domów,

Błoto na wszystkich kołach;

Mosty, kościoły, pałace, więzienia,

Sklepy dobrze lub źle zaopatrzone;

 

Mnóstwo ludzi czarnych, rudych lub siwych,

Skromnisie, dziewczyny zatracone,

Zabójstwa i zdrady,

Pisarze o wykrzywionych rękach;

 

Wielu upudrowanych, niemających pieniędzy,

Wielu mężczyzn bojących się strażnika,

Wielu fanfaronów drżących jak osiki;

 

Paziowie, lokaje, nocni złodzieje,

Karety, konie i wielki hałas:

To jest Paryż, jaki wy widzicie!

 

Ten dobrze znany sonet, jaki Scarron19 miał napisać trochę później, który zresztą nie rości sobie pretensji do długiego poematu, daje nam jednak niedoskonały, ale prawdziwy szkic Paryża przemierzanego przez Cogolina, potykającego się i nieustannie gawędzącego z samym sobą na temat umiarkowania, czystości i męstwa oraz wszystkich innych cnót, jakich mu zabrakło tej nieszczęsnej nocy.

Kierował się w stronę ulicy Vaugirard nie w nadziei, że odnajdzie tam Capestanga, ale z myślą, że zdoła odpocząć na strychu i tam wytrzeźwieć po nadmiernym spożyciu wina i odpocząć po pobiciu.

Zaczął świtać dzień, kiedy pojawił się w okolicy pałacu o bardzo okazałym wyglądzie, gdzie w przeciwieństwie do tego, co zobaczył wieczorem przy pałacu Gwizjusza, we wszystkich oknach błyskały światła, lecz drzwi były szczelnie zamknięte. Światła przesuwały się we wszystkich kierunkach, co świadczyło o wielkim poruszeniu w budynku. Można było przypuszczać, że słudzy i przyjaciele domu byli czymś przestraszeni, że musiało przytrafić się jakieś nieszczęście…

Pałac ów należał do Kondeusza, a zebrani w nim jego stronnicy po zaaresztowaniu księcia zadawali sobie pytanie, czy mają prowadzić dalej walkę czy też poddać się królowi, czy przejść z bronią na stronę Gwizjusza.

Cogolin szedł wzdłuż pałacu, który położony nad główną fosą, nadawał tej ulicy nazwę des Fossés-de-M.-le-Prince-de-Condé20.

– Ho, ho! – mówił Cogolin. – W pałacu Gwizjusza okna były bardzo zaciemnione, za to zbyt wielu ludzi kręciło się po ulicy; tutaj zbyt dużo świateł paliło się wewnątrz i zbyt wielka cisza panowała na zewnątrz. Wszystko to wskazuje na to, że Paryż ma krwiste usposobienie, jak mawiał mój były szef, aptekarz. Lecz co mnie to obchodzi? Ja chcę się wyspać. Czy Lotaryńczyk, czy Bearneńczyk zwyciężą, czy Kondeusz, Gwizjusz i Ludwik będą panowali razem, albo nawet żaden z nich, to czy w jakiś sposób zmieni się mój smutny los? A los tych wszystkich imbecyli, którzy wrzeszczą: „Niech żyje!” ten, albo „Niech żyje!” tamten, a żaden z nich nie pomyśli, żeby krzyknąć: „Niech żyję ja!”. Do pioruna, co ja mam na głowie? Czapkę z ołowiu…? Och, już więcej nie będę pił! Jeśli jednak byłaby jakaś otwarta knajpa, a ja miałbym kilka dukatów… Do licha, oszaleję z pragnienia…! Hola! Kto tam idzie? To pan, panie kawalerze? Nie, to kamienna amazonka. Och, przeklęta, złamała mi żebro! Spać, spać. Na flaki Naszego Ojca Świętego! Mam całą głowę w kawałkach! Pijak! Rozpustnik! Lubieżnik…! Ja, lubieżnik! Och, popełnia pan błąd, proszę pana… Nie! To słup przy murze, który daje wsparcie memu ramieniu. Nie mogę temu zaprzeczyć. Jestem przemielony, zdruzgotany. Dlatego idę zygzakami. Hola! To jakaś maskarada? Dlaczego tak wszyscy biegną i krzyczą? Zatrzymajcie się, łajdacy…!

Uderzony nagle pięścią w nos, giermek Capestanga padł jak długi na jezdnię ulicy Vaugirard, na którą doszedł, cały czas monologując. Usłyszał wściekłe krzyki. Poczuł na swoim grzbiecie stopy tłumu ludzi, którzy w pędzie po nim przebiegali…

Przerażony, osłupiały, tłuczony, miażdżony, prawie nieprzytomny Cogolin zdołał się przeczołgać do kąta. Cały czas jęcząc, podniósł głowę i nagle zupełnie zgłupiał z przerażenia na widok tego, co zobaczył.

Znajdował się przed oberżą „Pod Henrykiem Wielkim”, jego oberżą! Otaczali ją uzbrojeni ludzie! Podwórze zatłoczone było szlachcicami ze szpadami w dłoniach.

– Cóż znowu? To ja wynająłem to mieszkanie…! – mruczał Cogolin. – Co tu robi człowiek z wychudzonym obliczem, które rozpoznaję?

Natychmiast wytrzeźwiał. Wychudzona twarz zbliżyła się do Conciniego i coś do niego mówiła… To był Laffemas…!

Cogolin jak we śnie widział Laffemasa biegnącego do szopy, a później wychodzącego z wiązkami chrustu, które własnoręcznie podpalał…!

– Brawo, panie Laffemas! – krzyczał Concini.

– Laffemas! – warknął Cogolin. – Ten łotr z pałacu d’Angoulême! Dlaczego on podpala moją oberżę…? Poskarżę się memu panu… Ach, mój pan! Tam! Schodzi ze schodów…! Wielki Boże…!

Uczynił wysiłek, by się podnieść. Udało mu się klęknąć na ziemi.

Osłupiały, przerażony, z oczami rozszerzonymi zgrozą, był świadkiem ostatniego i szybkiego epizodu pojmania Capestanga. Widział, jak upadł, widział, jak wrzucono go na konia. Cogolin, szlochając, szedł w pewnej odległości za triumfującą bandą i dostrzegł, że wszyscy ci ludzie otaczający jego pana, weszli do pałacu Conciniego…!

– Mój biedny pan jest zgubiony! Biedny kawaler de Capestang nie żyje…!

 

***

W tym miejscu tracimy ślad Cogolina, by odnaleźć go jakiś miesiąc później. Co się działo w tym czasie? Wiemy tylko, że każdej nocy regularnie sypiał w podpalonej oberży, bowiem w istocie ogień nie zniszczył jej całkowicie. Jako tako obroniła się kuchnia i główna sala oraz przyległe pokoje, to znaczy pomieszczenia znajdujące się na parterze. Nie było ani strychu, ani zewnętrznych schodów. Dlatego też Cogolin urządził się w kuchni, z której zrobił swoją główną kwaterę. Sypiał w wielkiej skrzyni wypełnionej słomą, zajmował się naprawianiem odzieży i butów, żywił się tym, co zdobył swoją działalnością. Czym się zajmował? Tego nie wiemy. Niewątpliwie w ciągu tego miesiąca, bardzo dla niego smutnego, imał się różnych zajęć, które mógł wykonywać człowiek nieznający żadnego rzemiosła. Może nawet nocą obciął kilka sakiewek i ukradł kilka płaszczy na moście Pont-Neuf, który w owym czasie był głównym miejscem grasowania złodziei – nieszlachciców lub szlachciców…

„Diabeł mnie podkusił, bym wyrywał płaszcze i zabierał ubrania z ozdobami” – pisał w tym czasie najjaśniejszy pan d’Esternod21. Cogolin, który nie był najjaśniejszym panem, zapewne dał się podkusić diabłu. Może niesłusznie go oskarżamy, lecz przecież był to bardzo łatwy połów. Krótko mówiąc, musimy się przyznać, że życie Cogolina z tego miesiąca pozostaje dla nas tajemnicą.

 

***

Zatem miesiąc, albo coś koło tego, upłynęło od czasu pożaru oberży „Pod Henrykiem Wielkim”, od tego dnia, w którym kawaler de Capestang został uniesiony do pałacu Conciniego jak do straszliwej jaskini, z której, jak wszystko na to wskazywało, nigdy nie wyjdzie żywy – jednak w chwili, kiedy przewieszony przez konia przekraczał bramę pałacu, jeszcze żył.

W dniu, do którego teraz nawiązujemy, siąpił jeden z tych drobnych deszczyków, które nie mają żadnego motywu, by kiedykolwiek przestać, i są w niebie tym, czym akademickie dyskusje w celu zdobycia wiecznej chwały.

W tym dniu jakiś człowiek szedł ulicą de la Juiverie, skurczony, prześlizgując się pod daszkami sklepików, by uniknąć strumieni wody spływających z dachów, przy których wówczas nie było ani rynien poziomych, ani pionowych. Musiał to być jakiś wyjątkowy osobnik, skoro go zauważano, a przechodnie odwracali się, by przez chwilę jeszcze śledzić go spojrzeniem. Przy bucie prawej nogi miał jeszcze przyczepioną żelazną ostrogę, podczas gdy druga obuta była w zwykły sandał mnicha. Na czymś w rodzaju kaftana, którego szkarłatna barwa zmieniła się na buroszarą, nosił dziurawy płaszcz, pocerowany, wystrzępiony, z żółtymi i zielonymi łatami. Wreszcie, głowę zdobiła peruka z przędziwa, a przynajmniej coś, co rościło sobie pretensję do udawania peruki, a w rzeczywistości było bezkształtną masą konopi, rudis indigestaque moles22.

To był Cogolin, ale w jakże smutnym stanie…! Jaki był wychudły, wynędzniały, zmizerowany i nieszczęśliwy!

Straciwszy swoją perukę w rozróbie na ulicy des Singes, Cogolin sam wykonał sobie inną z kawałków sznurów, które rozplątał i jako tako uczesał. Jego spiczasty nos się wydłużał, a oczy straszliwie zezowały w chwili, kiedy przechodził koło jakiegoś straganu z pieczonymi mięsami. Zdarzało mu się nawet zatrzymywać przed stosami złotawobrązowych pulard, ale wówczas jego oczy nabierały takiego blasku, tak groźnie i głośno pociągał nosem, że natychmiast pojawiał się sprzedawca pieczeni i stawał na warcie przed swymi kurczętami, mrucząc:

– Powiem ci, człowieku o sznurkowych włosach, że te zwierzęta nic ci nie zrobiły!

– Ale ja chciałbym im coś zrobić… – mówił Cogolin żałosnym głosem.

– Idź, idź, one nie są dla twego nosa!

– O, przepraszam – zaprzeczał Cogolin, który lubił logicznie myśleć – one na pewno są dla mego nosa, skoro wdycham ich cudowną woń. Na nieszczęście są tylko dla mego nosa.

I Cogolin z jeszcze bardziej wciągniętym brzuchem, bardziej błędnym spojrzeniem odchodził, ciągnąc po ziemi mnisi sandał i rajtarski but, wystawiając grzbiet na deszcz i szepcząc:

– Och, biedny Laguigne! Teraz podobny do Łazarza czy też Joba23, daję swoim współczesnym obraz dwóch dostojnych nieboszczyków, zmarłych z głodu. Kim ja jestem, jeśli nie rodzajem nieboszczyka, który jeszcze spaceruje, rodzajem szkieletu, któremu można by policzyć wszystkie żebra, gdybym przez wstydliwość nie ukrywał przed paryżanami mojej niedoli pod tym płaszczem? Jeśli chodzi o mnie, to mógłbym pozbyć się płaszcza, bo przecież jestem tylko cieniem! Ach, kawalerze de Capestang, który zamierzałeś mnie udusić za to, że nie chciałem nazywać się Lachance! Tym razem byłbyś zmuszony przyznać, że jestem już tylko widmem Laguigne’a. Na szczęście dla ciebie nie zobaczysz, w jak smutnym stanie jest twój giermek, bowiem już nie żyjesz, biedny rycerzu de Capestang…!

Powiedziawszy to, Cogolin dwa razy zapłakał – raz za siebie, a drugi za rycerza, jak twierdził. Potem, idąc tam, gdzie oczy poniosą, poruszany tą nieokreśloną falą nadziei znalezienia jakiegoś złego lub dobrego kąska, którym mógłby się pożywić, przepychając w głowie myśli, jakie nasuwają się tym, którzy nie mają schronienia i nie wiedzą, czy i kiedy cokolwiek zjedzą, przeszedł przez Sekwanę, poszedł ulicą des Arcis i w końcu znalazł się na ulicy Saint-Martin.

Szedł ponury, z nosem zwieszonym na kwintę, zabłocony, zmoknięty, ociekający wodą, nie mając nawet odwagi wciągać zapachy pieczonych mięs, nie śmiąc już chronić się pod daszkami, gdy nagle uderzył głową w plecy jakiegoś mieszczanina.

– Niech dżuma zadusi tego łajdaka! – warknął mieszczanin.

– Proszę mi wybaczyć, panie, nie zauważyłem… – wyjąkał Cogolin.

– Nie widzisz, że nie można tędy przejść? Jest dość miejsca na ulicy! Gdzie, do diabła, trzymasz swoje oczy, kiedy idziesz? Może w kieszeni?