Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 75

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Fanaberie pana starosty Kaniewskiego - Placyd Jankowski

„Fanaberie pana starosty Kaniowskiego” opisują niechlubne wyczyny Mikołaja Bazylego Potockiego, starosty kaniowskiego – XVIII-wiecznego magnata, a przy tym niewybrednego hulaki i awanturnika. Mimo dobrego urodzenia szlachcic zapisał się w historii jako wyjątkowo podły charakter, o którego obmierzłych czynach pisali również Julian Ursyn Niemcewicz, Seweryn Goszczyński, Henryk Rzewuski czy Józef Ignacy Kraszewski. Swoje opowiadanie poświęcił mu również Placyd Jankowski. Placyd Jankowski (1810–1872) był polskim duchownym (najpierw unickim, a następnie prawosławnym) oraz pisarzem. Debiutował w 1835 roku utworem „Chaos”. Pisywał powieści, szkice, wspomnienia oraz poezje, był ceniony jako humorysta. Używał pseudonimu artystycznego John of Dycalp. Zajmował się także tłumaczeniami z angielskiego, niemieckiego i włoskiego, jako jeden z pierwszych tłumaczył Williama Shakespeare’a. Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Fanaberie pana starosty Kaniewskiego - Placyd Jankowski

Fragment ebooka Fanaberie pana starosty Kaniewskiego - Placyd Jankowski

Placyd Jankowski

Fanaberie pana starosty Kaniowskiego

Warszawa 2012

[Fanaberie pana starosty Kaniowskiego]

Zachwycając się śmiesznościami i dziwactwami księcia Karola Radziwiłła, jeden z naszych pisarzy zaszedł nawet aż do uwielbiania szalonych i niemal zawsze okrutnych wybryków, smutnej pamięci starosty Kaniowskiego. A jednak, zamiast upatrywania w tym dowcip, obowiązkiem każdego człowieka byłoby raczej opłakiwać, lub wspominać ze zgrozą pamięć tych dzikich i oschłych ludzi, którzy mając złożone w swym ręku od opatrzności niezliczone sposoby do przyświecania czynem i przykładem swym młodszym braciom, w całym swym życiu poniewierali tylko dary boża i rozszerzali dokoła własne upodlenie. Takim był właśnie niestety starosta Kaniowski. Pan milionowy, dziedzic jednego z najpiękniejszych i najszanowniejszych imion – a czymże się zaprzątał? Przystrojony po kozacku i otoczony zgrają, swych nieodstępnych mołojców, trawił dni i noce na burdach, napadach i na najgminniejszej, najczęściej karczemnej hulance. Potrzeba upaść zbyt nisko, by ukochać podobne życie i zrobić sobie zeń jedyne zadanie. Boleśnie pomyśleć, że to się działo tak niedawno, i że szaleństwo, które w każdym z ościennych nam krajów pośpieszono by wnet i bez wrzawy ukryć w szpitalu, u nas broiło jawnie, samopas i z podniesioną głową. Wymienimy kilka przykładów z nieskończonej prawie kroniki tego na nieszczęście długiego życia, które można by nazwać ciągiem bezprawiem, i zobaczymy, czy gdzieindziej w podobnych przykładach widziano by i ścierpiano tylko dowcipne wybryki.

Pan starosta przejeżdża ze swą drużyną. Wtem spotyka starą żebraczkę, która z głębokim ukłonem wyciąga doń rękę o jałmużnę. Wesoła myśl przychodzi panu staroście.

– Słuchaj babko! Masz oto dukata, ale wleź na tę czereśnię i zakukaj na szczęśliwą podróż.

Biedna starowina na widok złota, z którym nigdy może nie spotkała się w życiu, zbiera ostatnie siły, gramoli się na drzewo i drżącym od znużenia głosem zaczyna kukać.

Nagle rozlega się wystrzał, i „cha! cha! cha! – woła uradowany pan starosta – zabiłem kukawkę”.

Pijana czereda grzmiącym śmiechem wtóruje panu – i jedzie dalej.

Innym razem Żyd jakiś, jadący z pilnym listem z daleka, spotyka nieszczęściem, kawalkadę pana starosty: obcy w tej okolicy, ani się domyśla, że powinien by co prędzej albo zawrócić, albo skoczyć na stronę.

– Ha! ha! – woła pan starosta rozpoznając podróżnego – więc już doszło do tego, że i niedowiarki pędzą w galop po naszej świętej Humańszczyźnie! A powieście mino tego Barabasza!

Właściciel miasteczka, z którego powieszony był rodem, pozwał pana starostę do sądu o zabójstwo. Pan starosta odpowiedział na wezwanie sądowe, że gotów stokrotnie wynagrodzić szkodę, ale sądzić się nie będzie. W rzeczy samej, rozkazał natychmiast w najpierwszym ze swych miasteczek nachwytać całą furę Żydów, naładował nimi ogromny wóz ukraiński i ucisnąwszy z góry tak nazwanym rablem, to jest drągiem, którym się umocowują snopy przy przewożeniu, odesłał ten transport swojemu sąsiadowi, i oświadczyć kazał, że więcej jeszcze przyśle, jeśli tego za mało.

Koncept podobno przez kogoś powtórzony ze smolarzem, którego za karę, że zbierał z ziemi raz sprzedaną smołę, przeciągnięto przez beczkę i osypano pierzem – jak wiele innych w podobnym rodzaju, jest również niezaprzeczoną własnością pana starosty Kaniowskiego. Opowiemy tę wszakże nieco obszerniej sławną w swym czasie przygodę, z kwestarzem, dla tego, że w niej się niejako streszcza i uwydatnia cały tryb życia pana starosty. Pan Kaniowski miał niesłychanie mocną głowę, do trunków i poszukiwał podobnych sobie mocarzy. A że naówczas słusznie czy nie słusznie opinię właśnie takich siłaczy mieli kwestarze, każdy więc z nich mile był witanym na zamku Kaniowskim i obdarzanym w miarę tego, jak potrafił usprawiedliwić nadzieje pana starosty. Rzadki jednak z tych wędrowców zdarzał się w powtórną gościnę, a każdy wstępował ze strachem w progi zamku. Były do tego wielkie powody, jak wnet zobaczymy.

Jednego szczególniej lata, jak gdyby się zmówili, wymijali wszyscy zamek Kaniowski. Znudzony i rozżalony pan starosta, musiał aż pisać do najbliższego gwardiana, że będzie się skarżył prowincjałowi: bo nie poczuwa się na sumieniu, aby zasłużył czymkolwiek na tę sąsiedzką oziębłość. Gwardian odpisał, że wnet, jutro jeszcze nadeśle kwestarza, właśnie przybyłego niedawno za obediencją, aż z prowincji Wielkopolskiej; i przepraszał zarazem z góry JW starostę, jeśliby nieświadomy zwyczajów i miejscowości kandydat, nieszczęściem w czymkolwiek nie odpowiedział nadziejom. Udobruchany tą obietnicą pan starosta, nazajutrz od rana jeszcze zasadził się na kwestarza w karczmie, w której koniecznie wypadał popas na drodze z klasztoru. Jakoż około 10 w rzeczy samej dał się słyszeć dzwonek kwestarskiego barana przewodnika, i zatrzymał się wózek dwukonny, tak nazwany skarbczyk, przed gospodą. Pan starosta, który przebrany po chłopsku, wraz z kilkoma ze swych mołojców siedział nad czarką za stołem, wyjrzał ciekawie oknem i aż mu serce urosło, gdy spostrzegł w wysiadającym kwestarzu, silnie zbudowanego i obiecującego mężczyznę. Wszyscy powstali za wejściem dobrodzieja, a pan Kaniowski w imieniu swoim i kolegów zaprosił go na czarkę.

– Dziękuję wam dziatki! – odpowiedział kwestarz – ale darujcie, że się wymówię od waszej uprzejmości: bo chcę zdążyć jeszcze na śniadanie do pana starosty.

– A cóż to lepszego od nas starosta! – odrzekł niedbale Kaniowski; dzień w dzień pije on taką śmierdziuchę jak i my.

Kwestarz nim odpowiedział, palnął mówiącego laską po baraniej czapce, aż mu spadła z głowy.

– A wara chłopie! Odzywać się tak przy mnie o naszym miłościwym staroście Kaniowskim! – I ustroił takiego marsa, zmarszczył brwi i ścisnął pięści tak potężnie, że pań starosta jakby na prawdę przestraszony, uchylił się mu pokornie, jął niby przepraszać, a po chwili wraz z towarzyszami cichutko wyniósł się z karczmy, obiecując sobie zapewne wynagrodzić to powitanie w Kaniowie.

We trzy godziny potem, biedny kwestarz, prowadzony przez szereg podwojów, stał już przed obliczem starosty Kaniowskiego. Ale świetnie przybrany pan zamku, kolosalnym chyba tylko swym wzrostem mógł przypominać niedawno uczęstowanego wieśniaka.

– Jesteś podobno z Wielkopolski, mój ojcze, i nie rozumiesz dobrze naszej ukraińskiej mowy – przemówił z uśmiechem pan starosta. Nawykłeś tam zapewne do wina, a u nas tu ciężkie czasy. Wino pić mogą sami komisarze, bo ich na to staje, a u mnie w Kaniowie prosta tylko nalewka.

– Tamto prawda JW starosto – odpowiedział kwestarz; ale z nalewką taką sławną po całym kraju, jaka ma być tylko w Kaniowie, jeślibym spotkać się miał zaszczyt, może bym się i rozmówił, choć naszą nieszczególną kwestarską łaciną.

– A! Toś wasze i łacinnik! To bardzo pięknie! Ja umiem tylko Pater noster. Ale nalewka moja też mówna bestia! Zarywa czasem nawet pod koniec i po arabsku, i po hotentocku. Zaraz cię z nią poznajomię, tylko powiedz mi mój ojcze, czyś przypadkiem nie mszalny? Bo ta wiadomość bardzo mi potrzebna.

– Nie, JW starosto, jestem jeszcze w nowicjacie.

– O, ja pasjami lubię nowicjuszy. Kilku nawet, nie chwaląc się, byłem profesorem i wyprowadziłem na ludzi; a oni za to nie chcą teras znać starego Kaniowskiego.

Zatem pan starosta czterokrotnie uderzył w dzwonek, i na to hasło wnet wniesiono tacę z czterema potężnymi flaszami i tylomaż pucharami. Na drugiej tacy leżały różne zimne przekąski.

– No, zdrowie twoje, nasz gościu wielkopolski – rzekł pan starosta, duszkiem osuszając puchar, a drugi podając kwestarzom.

Ale jakkolwiek niesłychaną miał wprawę w opróżnianie kielichów, jeszcze nie zdołał wyprostować podanej w tył szyi, gdy braciszek już go uprzedził o parę dobrych sekund i trzymał w ręku kielich próżny.

– No próbujcież ojcze! – mówił starosta, nie dostrzegłszy co zaszło.

– Chciałbym mieć szczęście wnieść zdrowie JW starosty Kaniowskiego, dobroczyńcy naszego konwentu, ale...

– Ale, cóż u licha... bez tych wielkopolskich komplementów.

– Ale nie mam nic w kielichu.

Pan starosta mimowolnie raz i drugi przetarł oczy i jeszcze sobie niedowierzał, czy to nie jest złudzenie.

– Ho! ho! – odezwał się wreszcie, kiwając głową. Ale wnet przydał: – Zanosi się, jak widzę aa długą między nami znajomość; niechże mara honor wiedzieć jak waszeci na imię.

– Brat Wit, miłościwy starosto!

– Patrzaj waszmość! Takie zda się, krótkie imię! Ala o to z nami nie będzie sprzeczki. Nalewajcie sobie ojcze Wicie, bez subiekcji, jak w celi, jak we własnej celi. Chyba może nie do smaku wam ta nalewka? Bo to kwaśne i słabe, jak woda.

– Hm! – odrzekł kwestarz, czmychnąwszy rubasznie – jak dla Wita, dobra i ta! Ale jeśli mi wolno być otwartym, spodziewałem się, wyznam...

Pan starosta spąsowiał, aż mu żyły nabrzmiały na czole, i zadzwonił gwałtownie.

– A widzicie osły! – krzyknął na wbiegającą służbę – że mi tylko wstyd zawsze robicie przed porządnymi ludźmi. Zabrać to, a podać nalewkę spirytusową Nr 1 i takież sztofy. – W oka mgnieniu spełniono rozkaz.

– Przebacz i odpuść, najszanowniejszy ojcze Wicie, łaskawco mój i Dobrodzieju! – mówił gospodarz napełniając ogromny puchar – ja tu sam żyję, jak pustelnik, nikt do mnie nie zajrzy, nikt się nie dowie, jak ja bieduję; to też i za grosz niema ładu w całym domu. Kozactwo to rozpustne, nieżyczliwe; żłopie samo od rasa do wieczora, a o mnie nigdy ani wspomni sobie, czym też miał przecie choć kroplę w ustach? Czy masz jeszcze ojca, bracie Wicie?

– Przy życiu jeszcze, dzięki Bogu, JW starosto.

– A więc naprzód za zdrowie twojego rodzica; cześć mu za takiego syna!

– Ścielę się do stóp JW pana – odpowiedział zakonnik, spełniając kielich z głębokim ukłonem – ale jest nas wszystkich dwunastu braci.

– Co ja słyszę, aż dwunastu braci! A toż sam anioł zawitał dziś do mojego domu w twojej osobie, ojcze Wicie! Nie inaczej, nie inaczej, wypijemy za zdrowie wszystkich dwunastu braci z kolei. Tylko raczysz każdego z nich zalecić mi po imieniu.

– Najstarszemu, JW starosto, Bartłomiej na imię, albo jak u nas mówi się pokrótce: Bartek.

– A więc z osobna za zdrowie Bartłomieja i za zdrowie Bartka, bo dla najstarszego brata zawsze szczególny wzgląd mieć należy. Ale jakże ci się wreszcie zdaje ten 1-szy numer mojej nalewki? Lepszej, ojcze Wicie, nieoceniony mój łaskawco, w zapadłym moim Kaniowie niema.

– Jak nie ma to i nie ma! – odpowiedział kwestarz sentencjonalnie.

Pan starosta niby nie zrozumiał tej przymówki, i spiesznie dopytywał o imię, drugiego z kolei brata.

Był nim Maciek, trzecim Grzela, czwartym czy piątym z porządku zdarzył się Mikołaj.

– Co, Mikołaj! – zawołał uradowany pan starosta. – A niechże cię uścisnę, ojcze Wicie! Szczęście, oczywiste szczęście przynosisz w moje samotne progi! Bo czy to uważasz, że jak raz na Mikołaja rozpoczynamy tę drugą flaszę? A bodaj żebym cię kiedyś powitał prowincjałem! – Brat Wit zawsze będzie sługą i bogomodlcą JW starosty.