Wydawca: Novae Res Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 493 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Fanaberia - Łukasz Kotkowski

Gratka dla fanów Stephena Kinga oraz mocnych, trzymających w napięciu thrillerów!

W niewyjaśnionych okolicznościach umiera dwudziestolatka. Policja szybko umarza sprawę, uznając śmierć Martyny za naturalną. Zaniepokojona przyjaciółka dziewczyny, Dorota, postanawia wyjaśnić przyczynę zgonu. Udaje się w tym celu do prywatnego detektywa, Tomasza Radziejowskiego, który w toku śledztwa zaczyna dostrzegać powiązania badanej sprawy z nierozwikłaną do końca przed laty serią bestialskich morderstw dokonanych na kilkunastu dzieciach. Co więcej, w międzyczasie zaczynają w okolicy ginąć bez śladu kolejne ofiary…

Czy detektywowi uda się rozwikłać niejasną przyczynę śmierci Martyny?
Czy ma ona związek z brutalnym mordem dokonanym na grupie kilkulatków?
Do czego może się posunąć człowiek z niezabliźnionym piętnem z dzieciństwa?

Opinie o ebooku Fanaberia - Łukasz Kotkowski

Fragment ebooka Fanaberia - Łukasz Kotkowski

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Beyond the shadow you settled for,

there’s a miracle illuminated.

Thomas Zane

PROLOG

 

 

 

Procesja pogrzebowa posuwała się w kierunku cmentarza, niosąc ze sobą przeszywającą powietrze w całej okolicy pieśń żałobną. W kondukcie szli niemal wszyscy mieszkańcy wsi – nie było tylko tych, którzy byli zbyt starzy, żeby ruszyć się z łóżka, i tych zbyt młodych, żeby brać udział w tego typu uroczystościach. Atmosfera była nabrzmiała od niedowierzania, choć mogło to być tylko ułudą; tego typu zdarzenia w małych miasteczkach i wsiach zawsze były wodą na młyn plotek, domysłów i debat, cała społeczność żyła nimi, a pod maską żalu, szczelnie okrywającą twarze podczas pogrzebu, malowały się pełne pokrętnej satysfakcji uśmiechy, gdy każda kobieta i każdy mężczyzna w głowie układali swoją wersję historii, którą opowiedzą innym, przekonując, że to właśnie ich wersja jest jedyną słuszną.

Marek szedł wraz z tłumem, wsłuchany w tupot setki ludzkich stóp i fałszujące głosy staruszek, które jako jedyne prócz księdza pamiętały tekst pieśni (a że od urodzenia uczestniczyły w każdym pogrzebie, który odbywał się we wsi – trudno się temu dziwić), i za wszelką cenę starał się nie myśleć. Nie wychodziło mu. Obrazy kumulowały się w jego głowie, siłą wtłaczając do niej prawdy, których tak bardzo nie chciał przyjąć do wiadomości.

Kondukt dotarł na cmentarz. Po odprawieniu obrzędów właściwych katolickiemu pochówkowi trumna została opuszczona do przygotowanego wcześniej dołu w towarzystwie samotnych dźwięków trąbki (ot, taki amerykański akcent, bonus – „Tylko dziś! Wynajmij nasz zakład pogrzebowy. All inclusive”. Litości). Wraz z opadającą na dębowe wieko trumny ziemią do Marka stopniowo docierało to, nad czyim grobem stoi, choć wciąż ciężko mu było w to uwierzyć… Przecież znał tę dziewczynę od zawsze. Była najlepszą przyjaciółką jego młodszej siostry, miała zaledwie dwadzieścia lat, a teraz leżała w drewnianym pudełku na kości, zostawiona na pożarcie czerwiom (kremacja na wsi równała się społecznemu wykluczeniu rodziny denata).

Dzień był upalny, więc żałobnicy nie udawali zbyt długo, że kontemplują tajemnice życia wiecznego, pospiesznie rozchodząc się do domów, gdy tylko ksiądz zdecydował się opuścić zgromadzenie. Marek jednak stał dalej, przyglądając się z pewną nutą zaciekawienia pracy grabarzy, którzy kończyli usypywanie grobu i przykrywali go przyniesionymi przez mieszkańców kwiatami, tworząc żywy nagrobek, nim zastąpi go trwalszy, z kamienia. Stał tak około godziny, nie myśląc o niczym, nie czując niczego, oderwany od siebie i od miejsca, w którym się znajdował. Dlaczego? – nie wiedział. Oprócz pośredniej znajomości poprzez jego siostrę, z Martyną nie łączyło go absolutnie nic, a jednak przeżył jej śmierć bardzo boleśnie.

Boleśniej przeżyli ją chyba tylko jej rodzice i siostra Marka, Dorota, która była w takim szoku, że nie była w stanie pojawić się na pogrzebie; pogrążona w pogłębiającej się apatii siedziała w swoim pokoju, patrząc przez okno, wychodząc tylko na posiłki i do łazienki; i tak już od niemal tygodnia, od momentu, w którym zadzwonił telefon z informacją, że Martyna nie żyje.

„Nie żyje?! Ale jak to się stało?!” – niemal krzyczała do telefonu ich matka, gdy usłyszała przez telefon głos ciotki Anety, która przyjaźniła się z rodzicami Martyny. „Zatrzymanie akcji serca” – usłyszała. „Zawał?” – „Nie, lekarz stwierdził zgon z przyczyn naturalnych”. Matce aż odebrało mowę ze zdumienia, więc odłożyła słuchawkę, nieco bezceremonialnie przerywając konwersację. „I co ja mam powiedzieć Dorocie?” – zapytała Marka, na co on tylko odpowiedział krótko – „Nic. Ja jej o tym powiem”.

Może wyczytała to z jego twarzy, gdy otworzył drzwi, może wyczuła podświadomie, co chce jej powiedzieć – może po prostu słyszała strzępy rozmowy, którą jej matka odbyła piętro niżej. Tego Marek nie wiedział, jednak kiedy tylko wszedł do jej pokoiku i spojrzał na nią, ona wiedziała. „Nie żyje, prawda? Martyna nie żyje?”, a on nie był w stanie nic powiedzieć, tak bardzo oszołomiony był tonem jej głosu, jak gdyby słuchał o czymś, czego jesteśmy pewni, a jednak do samego końca mamy nadzieję, że nas to ominie. „Tak, skąd… skąd wiesz?”. „Nie wiem, braciszku…” I wybuchła płaczem.

Marek przytulił ją i bez słowa pozwolił jej płakać, aż potok łez wysechł w jej oczach, a wsiąkł w jego koszulę.

Teraz, wracając z pogrzebu, myślał o tym, czego sam się dowiedział z rozmowy z komisarzem Dąbrowskim, starym znajomym ojca, który, choć nie powinien, opowiedział mu o szczegółach śmierci Martyny. Dziewczyna wyjechała na studia jakiś rok temu. Dorota bardzo to przeżyła, ponieważ Martyna wyjechała do innego miasta – nie dostała się na wymarzony kierunek studiów, więc spróbowała szczęścia na innej uczelni, gdzie wymagania przy rekrutacji były niższe. Wynajmowała pokój w kamienicy, u starszego małżeństwa, bo była to najtańsza możliwa oferta, jaką udało się znaleźć, a jednocześnie lokalizacja była bardzo dobra – samo centrum miasta, duży pokój. Jedyne niedogodności to kuchnia i łazienka wspólna z właścicielami, no i trochę nienormalni sąsiedzi w tym samym korytarzu. Oprócz tego – ideał.

Pośrodku tego ideału pani Basia, od której Martyna wynajmowała pokój, znalazła dziewczynę martwą na podłodze przy łóżku, ubraną w czerwoną piżamę w złote liście. Cudem zdarzyło się tak, że akurat chciała o coś Martynę poprosić (nie zeznała policji o co, bo już nie pamiętała); inaczej dziewczyna zostałaby znaleziona dopiero wtedy, kiedy smród rozkładu zacząłby przebijać się przez zatęchłą woń spowijającą cały korytarz, a sąsiedzi zauważyli, że tym razem to nie oni tak cuchną.

Wokół Martyny nie było nic, co mogłoby wskazywać, że noc przed jej śmiercią różniła się jakkolwiek od innych nocy jej życia – biurko zapełnione notatkami ze studiów, wysprzątany pokój, poukładane w szafie ubrania, na wierzchu ubiór na następny dzień; dziewczyna zdecydowanie nie spodziewała się dokonać żywota tak prędko. Pani Basia, pytana o to, czy w ostatnich dniach Martyna zachowywała się jakoś inaczej, odpowiedziała tylko, że wyglądała na bardzo nerwową, ale przypisała to w całości zbliżającej się letniej sesji egzaminacyjnej.

Zgon był na tyle tajemniczy, że Wojewódzka Komenda Policji zdecydowała się za zgodą rodziny przeprowadzić dokładną sekcję zwłok, jednak nie wykazała ona nic ponad to, co stwierdził patolog pięć minut po obejrzeniu ciała – zgon z przyczyn naturalnych, jakkolwiek irracjonalnie to brzmi, biorąc pod uwagę, że umiera osoba w wieku, w którym śmierć z przyczyn naturalnych bynajmniej nie jest… naturalna.

Wśród prywatnych rzeczy Martyny również nie znaleziono nic, co mogłoby wskazywać na jakiekolwiek odstępstwa od normy w jej życiu. Policja była w kropce. Marek także.

Po powrocie z pogrzebu pierwsze kroki skierował do pokoju siostry, gdzie zastał ją siedzącą przy oknie, wpatrującą się tępo w przestrzeń, z wyrazem twarzy nie odbiegającym zanadto od ekspresji człowieka uderzonego pałką w łeb. Niewiele tam było emocji, jedynie lekko dostrzegalny wyraz zdziwienia, jakby nie była do końca świadoma, skąd spadł cios i kto go zadał.

– Halo, ziemia do Doroty? Siostrzyczko, jesteś jeszcze z nami, czy dla ciebie również mam już zamawiać zakład pogrzebowy i powiedzieć proboszczowi, żeby rozśpiewał się dobrze na „Anielski orszak”?

Nie mogła się nie roześmiać. Choć było to tylko ciche parsknięcie, przywołało ją do rzeczywistości.

– Tak, jestem, jestem… po prostu… wciąż nie mogę dojść do siebie.

– Ja też… wiem, jak dużo znaczyła dla ciebie Martyna…

Przez dłuższą chwilę patrzyli na siebie w milczeniu, a potem niespodziewanie Dorota wstała i podeszła do biurka, otworzyła szufladę, grzebała w niej przez chwilę i wyciągnęła niebieską, zapinaną teczkę.

– Pisałyśmy do siebie listy. To głupie, prawda? Mamy przecież Facebooka, telefon, e-mail… a jednak pisałyśmy do siebie. Dzięki temu czułyśmy, że dalej coś dla siebie znaczymy, nawet gdy jesteśmy daleko od siebie. Często rozmawiałyśmy przez telefon, ale listy zawsze były obowiązkowe. Taka jakby niepisana umowa. List co dwa tygodnie. Nawet w tym tygodniu dostałam od niej list…

Dorota wybuchła płaczem po raz drugi, tym razem ciszej i mniej gwałtownie, a jednak łzy płynęły potokiem po obydwu policzkach, bezgłośnie skapując na ziemię.

– Powinnam była tam pojechać – powiedziała, krztusząc się łzami. – Ona tak bardzo się bała… powinnam być przy niej, powinnam ją stamtąd zabrać, powinnam…

– Heeej, już spokojnie… spokojnie. – Przytulił ją mocno do siebie i pogładził jej długie blond włosy. Gdy nieco się uspokoiła, odsunął ją od siebie i zapytał: – Czego się bała? Czy coś się stało, ktoś jej groził?

– Nn… nie… To wszystko jest w listach… dlatego je wyciągnęłam, chciałam ci je pokazać, bo tak naprawdę ja… ja… ja nie wiem, co o tym myśleć, nie wiem, czy pokazać to na policji, czy wyrzucić, czy co z tym zrobić, nie wiem…

– Usiądź, pomału, spokojnie. Pójdę zrobić herbatę; ty w tym czasie masz siedzieć, głęboko oddychać i uspokoić się na tyle, żeby mi wszystko składnie opowiedzieć, okay? Zaraz wrócę.

Zszedł na dół, do kuchni, nastawił wodę w czajniku, po czym zaparzył sobie i siostrze po kubku mocnej, owocowej herbaty, żadnej z tych uspokajających, ale ich ulubioną – zieloną z mandarynką, liściastą, niezwykle aromatyczną, którą zawsze pili razem, gdy tylko oboje przyjeżdżali do domu. Wrócił do pokoju na piętrze, postawił kubek przed Dorotą i wyjął jej z rąk teczkę, którą w dalszym ciągu trzymała zamkniętą na kolanach.

– Wyciągnij najpierw ten z samego dołu, pierwszy, który mi przysłała. Pisze w nim, jak wyglądało miejsce, gdzie mieszkała.

Posłuchał i przerzuciwszy plik kartek, wyciągnął arkusz ze spodu. Upił łyk gorącej jeszcze herbaty i zaczął czytać.

 

Droga Doro,

wiem, że mówiłam Ci już o tym wszystkim przez telefon, ale wprost nie mogę się powstrzymać, żeby Ci o tym jeszcze raz nie napisać – taka okazja! Pokój w samym centrum, 400zł, bez żadnych dodatkowych opłat, w dodatku ci państwo są tacy mili. Pani Basia ciągle przynosi mi jabłecznik (jest okropny, za każdym razem wyrzucam go do śmieci, ale nie mam serca jej tego powiedzieć) i zawsze pyta mnie, jak idą mi studia. Ale, ale – miałam Ci przecież napisać jak mieszkam. To trochę dziwne miejsce. Gdy wejdziesz z klatki schodowej przez drzwi, gdzie normalnie spodziewałabyś się wejścia do mieszkania, tutaj wchodzisz na szeroki korytarz, a po obydwu jego stronach są drzwi. Są też drzwi naprzeciwko, jedyne z szybką z hartowanego szkła, przez którą nic nie widać, jednak wpada przez nią światło, bo pokój wychodzi na południe. Oprócz mnie i Pani Basi mieszkają tu dwie rodziny, widzę je codziennie, bo pokoje mają z jednej strony korytarza, a kuchnie z drugiej. Dziwne, prawda? Szczerze mówiąc… kiedy ich pierwszy raz zobaczyłam, myślałam, czy nie zmienić lokum, ale pomału zaczynam się przyzwyczajać. Para, która mieszka przy samym wyjściu, to z tego, co zrozumiałam, małżeństwo (ale cholera wie), które wypuścili z ośrodka dla niepełnosprawnych umysłowo (tak też wyglądają i się zachowują). Okropnie od nich cuchnie, jak otwierają drzwi do kuchni, to nie da się przejść przez korytarz, oddychając – przysięgam, odkąd tu jestem, ani razu nie słyszałam, żeby korzystali z łazienki! Drzwi w drzwi ze mną mieszka matka z dwójką dzieci, ale mam szczerą nadzieję, że opieka społeczna szybko pozbawi tę babę tytułu matki, istna patologia, po prostu masakra – przechodzę raz przez korytarz, a tu słyszę, jak drze się na sześciolatka: „jak możesz nie rozumieć matematyki, przecież to jest proste jak jebanie!”, uwierzysz? Nie wspominając o krzykach, których słucham na co dzień. Korytarz jest trochę straszny, nie ma na nim światła, a ja co wieczór muszę przez niego przejść, żeby dostać się do łazienki. Znasz mnie – wcześniej niż o północy się nie kładę, a jedynym źródłem światła na korytarzu jest to małe okienko w drzwiach, przez które wpada trochę światła lampy z ulicy. Żebyś mnie widziała, jak szybko biegłam przez korytarz pierwszy raz, gdy zawiał wiatr przez szparę w tych drzwiach. Pomyślałam, że pewnie okno jest otwarte, ale może było po prostu nieszczelne. Podobno nikt tam nie mieszka od długiego czasu, a pokój stoi pusty, właściciele wyjechali do Anglii, czy coś. W sumie to dobrze, czuję, że nie zniosłabym jeszcze jednego sąsiada! Tęsknię za Tobą, Dorciu… Czasem myślę, czy nie uciec do Ciebie, może pójdę na pierwsze lepsze studia u Ciebie i zamieszkamy razem w jakimś mieszkanku? Płonne nadzieje, rodzice by mnie zabili! Napisz mi, jak Twój pierwszy miesiąc w akademiku, dają Ci tam żyć? Na pewno nie możesz opędzić się od chłopaków, jesteś przecież taka śliczna. :-)

Buziaczki,

Twoja Marcysia

 

– Nie wydawała się szczególnie zadowolona ze stancji, prawda? – spytał Marek.

– Na to wyglądało z pierwszego listu, ale potem chyba przywykła do tego wszystkiego, o czym pisała. No, może nie do końca, na pewno nie była osobą, która przyzwyczaja się do czegoś, czego nie toleruje – odpowiedziała Dorota, parskając śmiechem.

Marek wyciągnął z teczki wszystkie listy i zaczął wertować kartki, począwszy od najstarszych. Większość z nich nie wnosiła nic ciekawego – ot, opowieści o nowo poznanych ludziach, chłopakach, narzekania na wykładowców, kolegów ze studiów, chłopaków, historie o przeżytych imprezach, poznanych chłopakach…

– Daj mi to – powiedziała Dorota, widząc coraz większy wyraz dezaprobaty na twarzy brata. Przejrzawszy kartki, wybrała kilka z samej góry i podała Markowi. – Czytaj od tego na dole, jest sprzed dwóch miesięcy.

Po rewelacjach na temat życia osobistego Martyny (jak potem oświeciła go siostra – w większości nieprawdziwych opowieści, pisanych po to, by zamaskować samotność; przez telefon rozmowa wyglądała nieco inaczej) odrobinę stracił ochotę na czytanie, ale odwrócił kartkę i przyjrzał się zapisanym na niej słowom.

 

Droga Doro,

jak minęła Wielkanoc? Wszystko u Ciebie w porządku? Ja w tym roku nie pojechałam na święta do domu. Wiem, może przesadzam, ale chciałam się dobrze przygotować do tych wszystkich kolokwiów, które nasi przeuprzejmi wykładowcy zapowiedzieli na po świętach. Nazwij mnie paranoiczką, proszę bardzo, ale potem to ja będę miała czyste konto! :-) Wiesz, ostatnio chyba naprawdę trochę mi odbija. Pamiętasz, jak w Wielki Piątek dzwoniłam do Ciebie i mówiłam, że sąsiedzi chyba zostawili otwarte okno, bo w całym korytarzu było zimno jak w zamrażarce? Jak tylko odłożyłam telefon, wyszłam na zewnątrz, żeby zobaczyć, czyje okno jest niedomknięte, wiesz, myślałam, że pewnie ci cholerni syfiarze znów coś narobili, ale to nie ich okno było otwarte, tylko okno w pokoju obok, w tym, w którym nikt nie mieszkał od kilku lat. Co zabawne, jak wróciłam do środka, na korytarzu nie było już zimno. Pomyślałam, że może Pani Basia tam weszła, otworzyła okno, żeby trochę wywietrzyć, a potem zamknęła, ale zapytałam ją o to następnego dnia i powiedziała, że nikt nie ma klucza do tego pokoju i że na pewno nikt do niego nie wchodził od dobrych pięciu lat. Dziwne, nie? Pewnie nie pisałabym Ci o tym, gdyby nie to, że często wydaje mi się, jakby ktoś był za ścianą, słyszę skrobanie, raz nawet słyszałam, jak ktoś chodził po pokoju, przysięgam! A może to tylko moja wyobraźnia płata mi figle? Muszę na jakiś czas odstawić Stephena Kinga. :-) Sama nie wiem, co o tym myśleć, ale czasem naprawdę się boję. Chyba jednak doskwiera mi samotność, ciężko myśleć racjonalnie, kiedy nie mam się do kogo przytulić w nocy i boję się własnego cienia.

Tęsknię za Tobą, mam nadzieję, że zobaczymy się za tydzień, tak jak rozmawiałyśmy!

Twoja Marcysia

 

– Czytaj następny – poleciła Dorota.

 

Droga Doro,

to już przestaje być zabawne! Poszłam dzisiaj do Pani Basi powiedzieć, żeby zrobiła coś z tymi przeklętymi bachorami, które mieszkają z matką naprzeciwko, bo nie da się normalnie spać. Co dzień słyszę jak drą mordy, a na domiar złego przez cały ostatni tydzień beczą po nocach. Nie mogę spokojnie zasnąć, bo ciągle je słyszę, niemal tak wyraźnie, jakby były za ścianą, a nie po drugiej stronie korytarza. A wiesz, co powiedziała mi na to Pani Basia? Że to niemożliwe, bo dzieci były przez cały tydzień u swojego ojca, na Mazurach. Jasne. To ciekawe przez kogo nie mogłam spać?

Przepraszam, że tak wylewam swoje frustracje, ale nie chciałam Cię tym męczyć przez telefon, poza tym od razu czuję się lepiej, jak przelałam to na papier. Mam nadzieję, że nie będziesz na mnie zła. :-)

Buziaczki,

Twoja Marcysia

 

– Chyba jednak miałaś rację, nie przywykła do sąsiadów – zaśmiał się Marek.

– Wiesz, co jest w tym wszystkim dziwne? Pamiętam jak dziś, że widziałyśmy się krótko po tym, jak przysłała mi ten list. I okazało się, że te dzieci naprawdę były w tym czasie u swojego ojca. Powiedziała mi, że pewnie słyszała płacz dzieci, które mieszkają piętro wyżej, ale…

– Co?

– Pani Basia twierdziła, że oprócz tej baby w całej kamienicy nikt inny nie ma dzieci.

– Może przyjechały do kogoś z wizytą? I płakały po nocach, bo tęskniły do domu?

– Może tak… a może nie. Czytaj następny list.

 

Droga Doro,

chyba naprawdę wariuję, albo coś tu jest nie tak. Coraz częściej i głośniej słyszę drapanie za ścianą – może to szczury? Nie byłoby fajnie, gdyby przegryzły się do mojego pokoju. Muszę o tym porozmawiać z Panią Basią. Ostatnio, wracając z uczelni, spojrzałam na okna na moim piętrze i widziałam kobietę w średnim wieku stojącą w oknie w pokoju, który jest za moją ścianą. Tego samego dnia, myjąc naczynia, zagadałam do Pani Basi, że w końcu ktoś wprowadził się do tego mieszkania, ale ona spojrzała na mnie jak na wariatkę, więc nie powiedziałam jej, co widziałam. Ale ta kobieta naprawdę tam była! Znasz mnie, przecież wiesz, że nie wymyśliłabym sobie tego, chora wyobraźnia to jedno, ale przywidzenia to co innego, a ta kobieta na pewno mi się nie przywidziała!

A może po prostu jestem przemęczona i naprawdę nikogo tam nie było? Sama już nie wiem.

Poczułabym się o wiele lepiej, gdybyś przyjechała do mnie na weekend. Co Ty na to? Poszlajałybyśmy się po sklepach, poszły na jakąś dyskotekę, spędziły razem trochę czasu.

Daj znać, co o tym myślisz.

Twoja Marcysia

 

– I co, pojechałaś do niej?

– Tak, byłam u niej tydzień po tym, jak przysłała mi list. To był całkiem miły weekend, ale naprawdę nie wiem, jak ona wytrzymywała w tamtej norze.

– Aż tak źle?

– Wiesz, sam pokój był naprawdę w porządku, ale cała reszta? Masakra. Jak ta szurnięta dwójka miała otwartą kuchnię lub łazienkę, to zwyczajnie nie dało się przejść przez korytarz, a do tego dwa popieprzone psy, które szczekają o piątej rano… A jeszcze bardziej popieprzona była właścicielka, wyobrażasz sobie? Sobota, piąta rano, a ty słyszysz darcie mordy na cały korytarz: „Tuśka, ty popierdolona pipo, chodź tutaj”.

Marek nie mógł się powstrzymać i śmiech po prostu z niego eksplodował. Dorota też nie wytrzymała i przez chwilę śmiali się razem, na moment zapominając o tym, że dziś pochowali bliską osobę.

– O… opowiadaj dalej – powiedział Marek, wciąż zanosząc się śmiechem.

Dorota otarła wilgotne od łez rozbawienia oczy i podjęła opowieść.

– No więc… no. Stancja nie była najfajniejsza, ale Martynie wydawało się to nie przeszkadzać, a przynajmniej dobrze grała przez ten czas, kiedy u niej byłam. Widziałam jednak, że coś jest nie tak.

– Powiedziała, o co chodzi?

– Powiedziała mi tylko tyle, że myśli o zmianie stancji, bo tutaj ma problemy ze spaniem. Jak ją zapytałam, co się dzieje, powiedziała tylko, że jest za blisko ruchliwej ulicy i w nocy nie może zasnąć, bo jeździ zbyt dużo samochodów. Faktycznie, było dość głośno, ale na pewno nie przeszkadzało to w spaniu.

– Nie uwierzyłaś jej, co?

– Ani trochę. Nie drążyłam tematu. Pomyślałam, że jeśli dzieje się coś bardzo poważnego, na pewno kiedyś mi o tym powie. Ale chyba wiedziałam już wtedy, co ją niepokoi.

– Co takiego?

– Wiesz, drugiej nocy u niej słyszałam to chrobotanie w ścianie. Od razu pomyślałam, że to szczury, tak też to brzmiało. Lecz potem… potem usłyszałam, jak ktoś wychodzi na korytarz i puka do drzwi Martyny. Pomyślałam, że to pani Basia coś chciała, więc wstałam i otworzyłam drzwi, ale… nikogo tam nie było.

– Co ty mówisz?

– No poważnie. Skoro już wstałam, to poszłam do łazienki po drugiej stronie korytarza i kiedy wracałam… na korytarzu było tylko światło wpadające przez to małe okienko z pokoju obok Martyny. I…

– I co?

– I jestem pewna, że widziałam, jak ktoś po nim chodzi. Na pewno widziałam. To nie mógł być cień drzewa, bo tam nie było drzew. To wyglądało jak cień człowieka…

– Niech zgadnę… Kobiety?

Dorota spojrzała poważnie na brata.

– Widzę, że zaczynasz myśleć o tym, co ja?

– Trudno nie myśleć… Pamiętaj, że ja też czytam dużo Stephena Kinga. – Marek uśmiechnął się, mówiąc to, ale jakoś bez przekonania. – Powiedziałaś jej o tym?

– Zwariowałeś? Oszalałaby ze strachu, a ja nie chciałam jej bardziej martwić.

Przez dłuższą chwilę oboje milczeli, pogrążeni każde w swoich rozważaniach. W ręku Marka został już tylko jeden list. Dopił do końca herbatę i przeczytał. Ten list różnił się od pozostałych. Na początku nie wiedział, w czym tkwi różnica, jednak po chwili zrozumiał – pismo było niechlujne, pospieszne, jakby pisała je stara babcia w późnym stadium parkinsona, a nie młoda dziewczyna, która przepisywała całą kartkę, jeśli tylko zdarzyło się jej choć jedno skreślenie. Zaciekawiony zaczął czytać.

 

Droga Doro,

boję się. Spędziłam cały dzień na szukaniu stancji, nie chcę zostać tu ani chwili dłużej. Naprawdę się boję. Dziś w nocy wydawało mi się, że ktoś jest w moim pokoju, naprawdę tak myślałam. Kiedy wychyliłam głowę spod kołdry, zobaczyłam, że drzwi są lekko uchylone, a przecież zamykałam je na noc na klucz! Pytałam Pani Basi, czy była po coś w moim pokoju, tylko ona miała klucz, ale powiedziała, że nie. Kiedy opowiedziałam, że ktoś otworzył drzwi, tylko się uśmiechnęła i powiedziała, że pewnie zapomniałam ich zakluczyć, jak wróciłam z łazienki, a przeciąg je uchylił, nie ma powodu do obaw. Jasne. Nie mówiłam Ci o tym wcześniej, ale czasem wieczorem, gdy wracam z łazienki, wydaje mi się, że ktoś chodzi po tym zamkniętym pokoju. Widzę cień przesuwający się przez plamę światła, na pewno mi się nie przywidziało! Zastanawiam się, czy nie pojechać na jakiś czas do domu, dopóki nie znajdę czegoś innego. Tak bardzo bym chciała, żebyś tutaj ze mną była, przy Tobie zawsze czuję się znacznie lepiej.

Marcysia

 

– Nie rozumiem, dlaczego nie zadzwoniła, skoro tak bardzo się bała? Po co pisała list, który przy naszej poczcie będzie szedł co najmniej trzy dni?

– Ależ dzwoniła, Marek. Dzwoniła niemal codziennie, ale pisała też listy, bo chyba już weszło nam to w nawyk, że nawet jeśli o czymś rozmawiałyśmy przez telefon, pisałyśmy sobie o tym potem w listach. Pokazuję ci je, bo pewnie nigdy byś mi nie uwierzył, gdybym ci po prostu opowiedziała, albo powiedziałbyś, że przesadzam. A tak zobaczyłeś na własne oczy.

– Przyznaję, masz rację. Kiedy przyszedł ten ostatni list?

– Dwa tygodnie temu, jakieś cztery dni przed śmiercią Martyny.

– Rozmawiałyście o tym jeszcze?

– Tak, gdy tylko przeczytałam ten list, od razu do niej zadzwoniłam, ale zachowywała się bardzo dziwnie.

– To znaczy?

– Nie chciała rozmawiać, drżał jej głos, powtarzała tylko w kółko, że jutro musi wrócić do domu, że nie wytrzyma tam ani minuty dłużej. Chciała nawet od razu się spakować i jechać autostopem, ale wybiłam jej to z głowy, kazałam poczekać do rana.

– Nie pojechała następnego dnia, prawda?

– Nie. Dzwoniłam do niej przez cały dzień, ale nie odbierała. I wtedy, dzień przed jej śmiercią, zadzwoniła do mnie. Było bardzo późno w nocy.

– Co mówiła?

– To było… straszne. Na początku nie poznałam jej głosu, bo mówiła szeptem. Marek, ona krztusiła się łzami, tak bardzo się bała podczas rozmowy ze mną.

W oczach Doroty zebrały się łzy i popłynęły bez ostrzeżenia. Marek podszedł do siostry, objął ją, po czym delikatnie odsunął się na długość ramion.

– Co ci powiedziała? – zapytał, z powagą patrząc w lśniące od łez oczy.

Dorota, wciąż zanosząc się urywanym szlochem, zaczęła opowiadać.

– Powiedziała, że wczoraj w nocy przyszła do niej kobieta. Powiedziała, że była prawie dokładnie taka, jak w japońskim „Ringu”, tylko że prawdziwa. Kobieta zapytała ją, dlaczego chce od niej uciec, czy Martynie nie podoba się jej towarzystwo. Na samo wspomnienie jej głosu robi mi się zimno… Nigdy nie słyszałam nikogo tak przerażonego.

– Nie pomyślałaś, że może po prostu miała zły sen?

– Tak, pomyślałam. Nawet ją o to zapytałam, ale ona tylko się zaśmiała. Tak… sztucznie, nienaturalnie. Jak obłąkana. A potem… potem powiedziała, że ta kobieta przyjdzie do niej jutro. Tak jej powiedziała. „Jutro przyjdę do ciebie, żebyś nie bała się ciemności”, tak mi opowiedziała Martyna. Potem powiedziała tylko jedno zdanie.

– Hm?

– „Boję się”. I zakończyła rozmowę. Następnego dnia znaleźli ją martwą.

Już nie płakała. Może nie miała już czym, tak wiele łez wylała w przeciągu ostatnich kilku dni, a może po prostu spod łagodnej powłoki zaczęła wyzierać wściekłość, bo z jakiejś nieznanej, nielogicznej przyczyny straciła swoją najlepszą przyjaciółkę. Jeszcze raz sięgnęła do szuflady i wyciągnęła z niej nieotwartą jeszcze kopertę.

– To przyszło wczoraj, spójrz na datę nadania.

– Dzień śmierci Martyny?

– Dokładnie. Musiała go napisać jeszcze zanim do mnie zadzwoniła. Śmiertelnie bałam się go otworzyć, ale teraz, kiedy ty tu jesteś… możesz go przeczytać? Ja nie jestem w stanie.

Marek bez słowa wyjął kopertę z rąk siostry, rozerwał ją, rozprostował papier zapisany chwiejnym, pospiesznie kreślonym pismem i, wziąwszy głęboki oddech, zaczął czytać na głos.

 

Droga Doro,

ona nie pozwoli mi wyjść, tak mi powiedziała. Ten list wyślę przez Panią Basię. Telefon nie działa i nie mam Internetu. Wiem, że to wszystko JEJ sprawka. Powiedziała mi, że zabiłam jej dzieci i teraz muszę za to zapłacić. Gdy odpowiedziałam, że nie wiem, o co chodzi, powiedziała mi tylko: „Nie kłam, ty szmato, dobrze wiem, że to z tobą uciekł ten sukinsyn, który spłodził mi synów, zostawił nas, cholerny kurwiarz”, a ja nie miałam nawet słów, żeby zaprzeczać, tak bardzo się bałam. Powiedziała mi, że jeśli ucieknę, to i tak mnie znajdzie i dalej będzie odwiedzać. A potem zabierze mi wszystko, co dla mnie najważniejsze, tak jak ja rzekomo zabrałam jej to, co było najważniejsze dla niej. Boję się, tak bardzo się boję, ale nie ucieknę, bo wtedy ona przyjdzie do Ciebie… bo to Twoja przyjaźń jest i zawsze była dla mnie najważniejsza. Dziękuję. Pozdrów też Marka. Wiesz… od zawsze się w nim podkochiwałam. Ty pewnie i tak to zauważyłaś, ale mam chociaż nadzieję, że on nie, nie chciałbym, żeby taką mnie zapamiętał.

Muszę kończyć. Słyszę, jak do mnie idzie. Jest środek dnia, ale to jej nie przeszkadza. Nie widzę jej wtedy, ale czuję jej zimny dotyk. Boję się, Dorciu. Śmiertelnie się boję. Nie wiem, jak się wydostać, tak bardzo się boję, tak bardzo, bardzo się boję. :-(

Twoja Marcysia

 

Gdyby ktoś podłączył Marka w tym momencie do EKG, właśnie wołaliby pielęgniarkę z dożylnym środkiem na obniżenie ciśnienia. Jego serce galopowało jak wściekłe, przysiągłby, że słychać je było w domu po drugiej stronie ulicy. Spojrzał na Dorotę; jej organizm chyba podobnie przyjął tę ostatnią wiadomość od najlepszej przyjaciółki; cały kolor odpłynął z jej twarzy, oddychała spazmatycznie, wydawało się, że za chwilę zemdleje. Marek, widząc to, zerwał się z krzesła, złapał siostrę i mocno nią potrząsnął.

– Hej, już, spokojnie, Dorota. Dora! Hej! Już, wystarczy.

Otworzył okno, żeby wpuścić do środka świeże, choć ciężkie, majowe powietrze i pobiegł po wodę dla siostry. Kiedy wrócił, jej oddech nie był już tak urywany, ale w dalszym ciągu nie wyglądała najlepiej. Napiła się wody, spoglądając z niemą wdzięcznością na brata, a potem zapytała:

– Myślisz, że ona…?

– Umarła ze strachu? Tak.

– Tak… – powtórzyła Dora. Chyba o tym wiedziałam, gdy tylko powiedziałeś mi, że nie żyje. A ja… a ja nie byłam w stanie jej pomóc. A teraz już nawet nie jestem w stanie płakać. Już nie. Teraz jest mi już tylko źle, wiesz… jakby ktoś wyrwał ze mnie wnętrzności i zostawił pustą przestrzeń, którą zalewa krew. Tak chyba wygląda żal…

– Nic już na to nie poradzimy, siostrzyczko – powiedział Marek i raz jeszcze objął siostrę, mając nadzieję choć odrobinę ukoić jej ból.

– Myślisz, że powinniśmy pokazać te listy policji? – zapytała Dora. – Chociaż nie… pewnie uznaliby Martynę za obłąkaną, a za przyczynę śmierci podali przedawkowanie jakiegoś środka, który jest niewykrywalny po dostaniu się do krwiobiegu, prawda?

– Tak, pewnie masz rację – przyznał Marek i uśmiechnął się w duchu, słysząc znajomą nutkę cynizmu w głosie siostry. – Teraz możemy tylko o niej pamiętać. Najlepiej jak umiemy.

Siedzieli w milczeniu jeszcze jakiś czas, a potem poszli na długi spacer. Nie rozmawiali. Nie musieli. Wszystko zostało już powiedziane. Za kilka dni pewnie wszystko wróci do normy i przy okazji wspólnych spacerów, ku którym mieli coraz mniej okazji, znów będą sobie dogryzać i śmiać się z rzeczy, których nikt inny by nie zrozumiał.

Kiedy wrócili, był już wieczór. Zjedli kolację i poszli spać, każde do swojego pokoju.

Marek leżał przez długi czas, wpatrując się tępo w ciemność nad głową. „Wiesz… od zawsze się w nim podkochiwałam…”, dźwięczało mu w głowie wypowiadane głosem Martyny, który, choć dotąd nie zdawał sobie z tego sprawy, zawsze sprawiał mu przyjemność. Miał ciepły, lekko ochrypnięty ton, jednocześnie zadziorny, jak i bardzo… seksowny. Czy to dlatego tak bardzo żałował jej śmierci? Cały czas wydawało mu się, że żałował, bo zmarła najlepsza przyjaciółka jego siostry, ale teraz… czy nie czuł dziwnej pustki po tym, jak Martyna wyjechała na studia? Po tym, jak przestała przychodzić codziennie do ich domu? Nie wiedział. Nic już nie wiedział. Wpatrywał się w nicość, a nicość go ogarniała, powoli porywając w krainę snu. Już prawie spał, gdy nagle gwałtownie zerwał się z łóżka i usiadł na jego skraju, wytężając słuch.

Przez chwilę nie słyszał nic, a potem wyraźnie, choć niezbyt głośno dotarł do niego dźwięk, który go rozbudził.

Skrobanie. Ciche skrobanie przy łóżku, które mogło być pazurkami szczurów drążących w ścianie. Albo kobiecymi paznokciami, trącymi tynk.

ROZDZIAŁ I

 

 

 

I

Promień oślepiającego światła padający z okna przez nie do końca szczelne zasłony powalił mnie na łóżko z siłą równą tej, z jaką senny koszmar mnie z niego wyrwał. Oszołomiony, zlany potem, czując szaleńcze bicie serca szamoczącego się w potrzasku żeber, leżałem na łóżku, a w moim mózgu wciąż kołatały się przebłyski obrazów, zamglone sceny dopiero co przeżytego koszmaru. Sceny znane mi bardzo dobrze. Za dobrze. Może powinienem zacząć się tak przedstawiać? „Dzień dobry, nazywam się Tomasz i miewam koszmary”. Nie, raczej nie brzmiałoby to zbyt zachęcająco.

Leżałem, po raz kolejny przeżywając pustkę, jaką każdorazowo niósł ze sobą sen. Paradoksalnie – dzisiejszy nie należał do najgorszych. Obfitował w obrazy i dźwięki, dzięki którym byłem w stanie choć odrobinę zrozumieć przerażenie i rozpacz, z jaką budziłem się po obejrzeniu tych mentalnych projekcji. Niósł ze sobą w potężnej dawce jak najbardziej rzeczywisty i namacalny wymiar strachu, a mimo to… nie, ten zdecydowanie nie należał do najgorszych.

Najgorsze koszmary to te, w których wszystko spowija ciemność. Ciemność znacznie gęstsza od tej, która zapada za zamkniętymi powiekami. Ciemność nieprzenikniona, a dookoła tej ciemności ze wszystkich stron rozlegają się głosy. Głosy, które nawołują, błagają o pomoc. Czasem pełne rozpaczy i strachu, a czasem pełne żalu i pretensji. Dobiegają ze wszystkich stron, z daleka i z bliska. Bez powodu, bez uprzedzenia, bez celu. Po prostu pojawiają się, wychodząc z sobie tylko znanego źródła, dewastując spokój nocy. Każdy poranek był jak środek uspokajający. A przynajmniej pozwalał choćby na czas trwania tej części doby, w której świeciło słońce, zapomnieć o jej ciemnej stronie, którą sny czyniły jeszcze bardziej mroczną.

Ponure rozmyślania przerwało mi delikatne muśnięcie ciepła na moim ciele. Czując, jak ten sam promień, który uderzył mnie w twarz, leniwie przesuwa się na moją wciąż mokrą od zimnego potu klatkę piersiową, z równą co on dozą lenistwa zerknąłem na stojący przy łóżku budzik. 5.47 – zły sen jak zwykle nie dał mu najmniejszych szans, żeby obudzić mnie swoim donośnym alarmem o godzinie, którą można by nazwać chociażby przyzwoitą.

Jako że dłuższe leżenie w łóżku mogłoby grozić powrotem do spowitej cieniem krainy snu, ostatni raz pozwoliłem moim kościom i mięśniom wyciągnąć się w należyty sposób, po czym bez szczególnego entuzjazmu podniosłem ociężałe ciało z łóżka, po czym podszedłem do okna, aby do końca rozsunąć zasłony i rzucić nieco więcej światła na sypialnię. Mętnym wzrokiem ogarnąłem skąpane we wschodzącym słońcu pomieszczenie i przechodząc przez korytarz, udałem się do łazienki.

Zapaliłem światło i spojrzałem w lustro. Jak co dzień o tej porze w jego szklanej tafli ujrzałem Tomasza Radziejowskiego, nie do końca ubranego, z rozczochraną parodią fryzury i mętnymi, przekrwionymi oczami, których nie powstydziłby się zawodowy alkoholik w samym środku wyjątkowo obfitego ciągu. Niespełna trzydziestodwuletnią skórę wokół oczu pokrywała delikatna sieć zmarszczek, a szczękę i policzki zdobił twardy, szorstki, dwudniowy zarost. Gdy zyska status trzydniowego, bez większych skrupułów się go pozbędę, by następnie dać mu kolejne trzy dni na ponowne przyozdobienie twarzy. Zapewne gdyby dokładniej przyjrzeć się włosom, tu i ówdzie znalazłyby się pojedyncze siwe pasemka, jednak zdecydowanie nie leżały one w kręgu moich zainteresowań.

Wychodząc z łazienki, zgasiłem światło, po czym chwyciłem pilota i pozwoliłem dojść do głosu prowadzącemu poranny serwis na kanale informacyjnym. Czasem ciężko mi uwierzyć, że program ten naprawdę jest nadawany na żywo. Szósta rano z całą pewnością nie wpływa dobrze na świeżość umysłu i ogólną nienaganną prezencję, którą prezenter wprost emanował, podając swym mocnym głosem informacje o wydarzeniach mających miejsce po drugiej stronie globu. Podczas gdy przygotowywałem śniadanie, dobiegały do mnie, wychwycone spoza szumu gotującej się w czajniku wody, strzępy informacji o dramatycznych, jeszcze bardziej dramatycznych, a czasem też skandalicznych wydarzeniach z całego świata (nic tak człowieka nie pobudza o szóstej rano jak solidna dawka optymistycznie nastawiających treści).

Można by pomyśleć, że świat to nie tylko umierający ludzie, wypadki, sceny swą drastycznością dorównujące najlepszym horrorom, skandale oraz plotki z życia gwiazd i polityków. Można by tak pomyśleć, jednak współczesna telewizja zdecydowanie nie dopuszczała do publicznej informacji takiej wersji wydarzeń.

Nie zwracając szczególnej uwagi na to, co znajdowało się na moim talerzu, przystąpiłem do konsumpcji, popijając pochłaniane kalorie mocną, czarną kawą. Ona jedna miała wyrazisty smak. Zawsze tak samo czarna, zawsze tak samo mocna, budząca organizm do życia o tak niesprawiedliwie wczesnej porze, z jaką od pięciu lat przychodziło mi się budzić. Cała reszta nie miała znaczenia. Posiłki jedzone z powinności nie mają smaku.

Pół godziny później wyszedłem z domu, żeby przejść na drugą stronę ulicy, gdzie w kamienicy pamiętającej czasy Hitlera mieściło się moje biuro. Minąłem stojących pod budynkiem pijaczków, ignorując ich „kierowniku, poratuj do winka”, i przed wejściem do środka rzuciłem szybkie spojrzenie na wiszącą nad drzwiami (pomiędzy „Stowarzyszeniem przyjaciół Wilna i Grodna” oraz „Zrzeszeniem kombatantów – Zarząd”) niebieską tabliczkę, na której białe, pogrubione litery głosiły: „Tomasz Radziejowski – Prywatny Detektyw”. Pod spodem, mniejszą czcionką dopisane było: „Spraw rozwodowych nie przyjmuję”.

Otworzyłem drzwi i wszedłem do środka. Kamienica przy Sosnowej 22a nie była co prawda typową miejską szczalnią, przeznaczoną na mieszkania komunalne, ale szczerze mówiąc – nie brakowało jej wiele. Ściany nie czuły na sobie świeżej farby od dobrych dziesięciu lat, a skrzypiące schody błagały o wizytę stolarza. Wszedłem na drugie piętro, gdzie za drzwiami równie starymi jak cały budynek mieściła się moja baza wypadowa.

Przekręciłem staroświecki klucz w zamku i wszedłem do środka, zapalając światło. Był tam korytarz mający pełnić rolę poczekalni, mała łazienka oraz dwa biura. Pierwsze znajdowało się na wprost wejścia, na końcu korytarza.

Był to przestronny gabinet, wyposażony we wszystko, co było niezbędne do prowadzenia działalności detektywistycznej. Przy dużym oknie stało sporych gabarytów biurko, a na nim biurowa lampka, pojemnik z długopisami, jakiś przycisk do papieru oraz serce całego centrum dowodzenia – laptop o parametrach wystarczających do wykonywania wszelkich zadań, z jakimi tylko miał pomóc mi się zmierzyć. Co wieczór na biurku lądowały dokumenty z prowadzonych aktualnie spraw, wraz z kopią zapasową na zewnętrznym dysku. W szufladzie, w metalowej kasetce, spoczywała połyskująca regularnie polerowaną czernią Beretta 92F, a cała reszta pierdółek, jak dyktafon, dokumenty i stos innych rzeczy, zamknięta była w szafce. Tak naprawdę całe biuro mieściło się w tym jednym meblu.

Wnętrze gabinetu ożywione było kilkoma kwiatami, stojącymi w donicach na przylegających do obu ścian niskich regałach (zapewne długo tam nie pobędą, przynajmniej nie żywe, znaczy się, przy moich zdolnościach florystycznych – wymienię na nowe, jak zawsze), oraz wiszącym z jednej strony obrazem (sto dwadzieścia na dziewięćdziesiąt centymetrów, zakupiony w Castoramie za niecałe siedemdziesiąt złotych – nie było to dzieło sztuki, ale spełniało swoje zadanie; przynajmniej teoretycznie). Mimo tych ozdobników wnętrze miało nieco surowy, spartański charakter. Odróżniało się oczywiście od ponurego wnętrza kamienicy, ale samo w sobie, choć jasne, miało coś przygnębiającego. W sam raz do stanu mojego umysłu. Przy biurku od strony okna stał wygodny, skórzany fotel, od drugiej zaś dwa krzesła dla ewentualnych interesantów. Na ścianie po lewej stronie biurka rozwieszona była sporych rozmiarów mapa Miasta z zaznaczonymi wszystkimi obszarami i ulicami, mogąca być bardzo pomocna przy ewentualnych poszukiwaniach.

Obok tego gabinetu znajdował się mniejszy, przygotowany na ewentualne (nadchodzące od pięciu lat) „później”, kiedy przyjdzie mi zatrudnić sekretarkę (koniecznie młodą, koniecznie ładną i koniecznie długonogą; kolor włosów bez znaczenia), dzięki której chociaż moje kwiaty będą miały jakąś szansę przetrwania.

Po godzinie zabijania czasu grą w szachy na moim laptopie (zanim zauważyłem, że można obniżyć poziom trudności, poniosłem największą liczbę miażdżących klęsk w tej grze w moim życiu) poszedłem na chwilę do drugiego pokoju, aby zaparzyć kawę.

Stojąc przy oknie z kubkiem gorącego napoju, usłyszałem dzwonek u wejścia, a następnie odgłos otwieranych drzwi. Gdy dotarłem na korytarz, ujrzałem stojącego w nim mężczyznę.

Na pierwszy rzut oka zbliżał się do piątego krzyżyka. Miał krótkie, rzadkie włosy, przyprószone na skroniach sporą dozą siwizny, która znaczyła też jego skrzętnie przystrzyżony zarost, uformowany w literę „W”. W blasku oświetlających korytarz lamp wyraźnie widoczna była delikatna sieć zmarszczek, nie była to jednak sieć okalająca oczy i kąciki warg, charakterystyczna dla ludzi o wesołym usposobieniu, lubiących często się śmiać i nie szczędzących uśmiechu nawet przygodnie napotkanym osobom. Te zmarszczki spowodowane były wyłącznie wiekiem. Z całej twarzy przybysza, a zwłaszcza z oczu o nieokreślonym kolorze, schowanych za szkłami w prostokątnych oprawkach, biła wyniosłość i chłód.

Nieznajomy wyciągnął rękę i spytał twardym, głębokim basem:

– Detektyw Radziejowski?

– Tak, z kim mam przyjemność?

– Grzegorz Przybylski, miło mi – powiedział, ściskając moją rękę.

Jego dłoń była niespodziewanie delikatna i wypielęgnowana. Świadczyło to o tym, że mój potencjalny klient wiele się w życiu nie napracował fizycznie, jednak markowy ubiór, zapach drogiej wody kolońskiej i ogólna postawa wskazywała na to, że mam przed sobą człowieka, któremu się w życiu powodzi, w każdym razie finansowo.

Zaprosiłem mojego interesanta do biura. Wskazałem mu jedno ze stojących przed biurkiem krzeseł, sam zaś rozparłem się wygodnie w fotelu, po czym skierowałem wzrok na siedzącego przede mną mężczyznę i siląc się na uprzejmy ton, rozpocząłem konwersację.

– Słucham, w czym mogę panu pomóc?

Mężczyzna nie odpowiedział od razu. Rozglądał się po gabinecie i wyraźnie krytycznym spojrzeniem lustrował nieco surowy wystrój pomieszczenia, wyraźnie nie odpowiadający jego wyobrażeniom o tym, jak powinny wyglądać biura (obraz z Castoramy był tu wręcz bluźnierstwem). Mijały kolejne sekundy. Już miałem zamiar powtórzyć pytanie, gdy mój klient wyprostował się na krześle i odezwał do mnie.

– Przyszedłem pana wynająć – powiedział tonem pełnym nieskrywanej wyższości. – Potrzebuję prywatnego detektywa.

– Domyślam się, że po to pan przyszedł. – (Przecież nie po to, żeby wynająć pokojówkę). – Słucham, w czym rzecz?

– Chodzi o moją żonę – powiedział przybysz, a jego głos obniżył się, pobrzmiewała w nim złość i pogarda. – Suka mnie zdradza i dobrze o tym wiem, chociaż… nie mam dowodów. Ale ona wcale się z tym nie kryje. I nie chce się zgodzić na rozwód, bo dobrze wie, że zostałaby bez grosza przy dupie. – Przerwał na moment, łapiąc oddech i najwyraźniej próbując opanować emocje, po czym przemówił, tym razem spokojnym, ale zdecydowanym głosem: – Chcę, żeby pan ją śledził. Żeby pan ją przyłapał z tym gołodupcem, z którym się puszcza. I chcę to mieć na zdjęciach – zakończył i wyciągnął się na krześle, czekając na moją odpowiedź.

Zamyśliłem się na chwilę, rozważając słowa mojego rozmówcy. Potarłem dwudniowy zarost zdobiący twarz i zwróciłem się do Grzegorza Przybylskiego, już nie siląc się na przesadne uprzejmości:

– Czy dobrze zrozumiałem? – spytałem, ważąc słowa. – Chce pan, żebym śledził pańską żonę i podał panu na tacy obciążające ją dowody, żeby mógł pan zażądać rozwodu?

– Tak, dokładnie tego oczekuję – odpowiedział mężczyzna. – Widzę, że się rozumiemy.

Sięgnąłem do szuflady. Wyciągnąłem z niej paczkę papierosów i małą, zdobioną chińskimi znaczkami popielniczkę. Tę ostatnią położyłem przed sobą na biurku, a z paczki wyciągnąłem cristala, po czym wetknąłem go sobie do ust (nałóg całkiem dobrze sprawdzał się jako antydepresant, do tego był dostępny bez recepty – z dwojga złego lepsza dziura w płucach niż w mózgu). Wygrzebałem jeszcze z szuflady stalową, żarową zapalniczkę, przypaliłem cristala, wypuściłem z ust pierwszy kłąb dymu i zwróciłem się do klienta:

– Mogę zadać panu pytanie?

– Oczywiście, powiem panu, co tylko będzie potrzebował pan wiedzieć – odpowiedział skwapliwie Przybylski, sądząc, że właśnie rozpoczynam wstępny wywiad.

– To dobrze. Wobec tego niech pan mi powie… czy potrafi pan czytać?

Grzegorz Przybylski przez krótką chwilę był wyraźnie zbity z tropu tym pytaniem, po czym zdumienie na jego twarzy ustąpiło rozdrażnieniu.

– Ależ oczywiście! Co to za głupie pytanie?!

– Cóż – odparłem spokojnie, zaciągając się papierosem – przychodząc właśnie tutaj, z taką właśnie sprawą, dostarcza mi pan wystarczający dowód, że mam do czynienia z osobą niepiśmienną.

– Jak pan śmie?! – oburzył się klient. – Jak…

– Domyślam się, że wchodząc tu, spojrzał pan na tabliczkę przy drzwiach? – przerwałem mu.

– Tak, i co z tego? – odburknął mężczyzna.

– Bardzo wiele – powiedziałem, kładąc przed nim wizytówkę, różniącą się od tabliczki przy wejściu tylko numerem telefonu w prawym dolnym rogu. – „Spraw rozwodowych nie przyjmuję”. To powinno panu wystarczyć jako powód, dla którego nie wezmę tej sprawy.

– Nie weźmie pan? – powtórzył z niedowierzaniem mężczyzna.

– Zgadza się, nie wezmę.

– Nie ma pan pra…

– Owszem, mam – uciąłem krótko. – To moje najświętsze prawo: wybór zleceń, które przyjmuję.

– Za żadną cenę? – nie poddawał się klient.

– Za żadną. Nie zajmuję się brużdżeniem w cudzym pożyciu małżeńskim, nawet jeśli jest tak cholernie nieudane.

– Ale…

– Ale – przerwałem mu – tylko w tym Mieście znajdzie się co najmniej dwóch detektywów nie widzących problemu w uganianiu się za pańską żoną z aparatem. Nie mówiąc o tym, jak wielu chętnych znajdzie się w skali kraju. Jednak zamiast zwrócić się do któregoś z nich – kontynuowałem, nie bacząc na nieme protesty mojego rozmówcy – udał się pan akurat tu, do człowieka, który akurat tylko takich spraw nie przyjmuje. Doprawdy, godny podziwu… niefart – skończyłem, strząsając jednocześnie popiół do popielniczki.

– Przyszedłem do pana, bo jest pan wiarygodnym źródłem dla sądu. A pański kodeks mnie nie interesuje. Zapłacę, ile będzie trzeba.

– To zabawne… próbuje mnie pan kupić? – W moim głosie nie było ani krztyny wesołości. Świdrowałem mężczyznę chłodnym spojrzeniem.

– Każdy ma swoją cenę – bezczelnie odpowiedział klient. – Bez pana nie rozwiodę się z tą zdzirą!

– Tam są drzwi – powiedziałem, nie podnosząc się z fotela. – Trafi pan do wyjścia. Do widzenia. To moje ostatnie słowo.

Wzburzony do ostatnich granic Grzegorz Przybylski zerwał się z krzesła, narzucił płaszcz i ruszył w kierunku wyjścia. Zatrzymał się przy drzwiach i odwrócił się w moją stronę.

– Nie pociągnie pan długo, postępując w ten sposób, tak traktując zleceniodawców.

– Na szczęście – odpowiedziałem – to nie pański biznes. Do widzenia.

I ponownie gestem wskazałem mu drzwi.

 

 

II

Gdy tylko usłyszałem trzask, świadczący o tym, że mój upierdliwy klient opuścił biuro, obróciłem się na fotelu w stronę okna, w spokoju paląc papierosa i patrząc na budzącą się do życia ulicę Sosnową. Był początek czerwca. Dzień zapowiadał się przyjemnie, jednak pogodzie daleko było do upałów, którymi raczyła tę część globu jeszcze w ostatnim tygodniu maja, jak gdyby słońce złapało zadyszkę i musiało nieco zwolnić. Obserwowałem, jak ludzie wchodzili i wychodzili z kamienic po przeciwnej stronie ulicy; widziałem sąsiadów, których imion dotąd nie poznałem, choć od pięciu lat mieszkałem w tym samym co oni budynku, spieszących ku swoim sprawom, do pracy, na zakupy, do lekarzy, burdeli… Ilu ludzi, tyle kierunków. Dzieci zaczynające lekcje o późniejszej porze również wybiegały na zewnątrz, wypełniając swoimi krzykami poranną ciszę.

Pozwalając myślom błąkać się swobodnie, dokończyłem papierosa. „Palenie zabija” – pomyślałem. Zapaliłem jeszcze jednego. Nie zdążyłem zaciągnąć się nawet dwa razy, gdy po raz drugi tego dnia zabrzmiał dzwonek u drzwi.

– Proszę – zawołałem, widząc, że ktokolwiek stał za drzwiami, nie chciał wejść nieproszony.

Drzwi otworzyły się z przeciągłym jęknięciem i zostały delikatnie zamknięte. Stukot obcasów na wyłożonej panelami podłodze wzmógł się i do biura weszła druga tego dnia obca osoba.

Gdy podniosłem wzrok w wypełnionym dymem papierosowym pomieszczeniu, pomyślałem, że brakuje mi tylko fedory na głowie, by ta scena była skrajnie kliszowa, niczym żywcem wyjęta z czarnego kryminału lat pięćdziesiątych: samotny detektyw, zadymione biuro i piękna kobieta. Bo taka istotnie była dziewczyna, która stanęła w przejściu: długie blond włosy, twarz anioła przyozdobiona delikatnym makijażem i ciało, które choć drobne, musiało przyciągnąć niejedno spojrzenie, a to wszystko opakowane w czerń – począwszy od opaski na głowie, poprzez ciasno opinającą sylwetkę sukienkę, po okrywające zgrabne nogi rajstopy i buty na średniej wysokości obcasie. Nie mogła mieć więcej niż dwadzieścia lat.

– Dzień dobry, czy można? – zapytała nieśmiało dziewczyna.

– Oczywiście, oczywiście – odparłem. – Niech pani siada.

Wstałem, żeby (jak przystało na dżentelmena) odsunąć damie krzesło i pomóc jej zająć miejsce.

– Dziękuję – powiedziała, widząc oznaki mojej kurtuazji, i usiadła, podobnie jak mój poprzedni klient rozglądając się po gabinecie.

– Ależ proszę. Czy napije się pani czegoś?

– Jeśli to nie problem, to poproszę wody.

– Naturalnie, już podaję – odpowiedziałem, ruszając do kuchni po szklankę wody mineralnej.

Pozwoliłem mojej interesantce zaspokoić pragnienie, po czym rozpocząłem konwersację:

– Tak więc, pani…

– Doroto. Mam na imię Dorota Lutowska – odparła, wyciągając dłoń w moją stronę.

– Tomasz Radziejowski, bardzo miło mi panią poznać, pani Doroto – powiedziałem, ściskając dłoń tak delikatną, jak można było się spodziewać po tak drobnej postury kobiecie. – Co panią do mnie sprowadza?

Na chwilę odwróciła wzrok, jak gdyby zbierając myśli, po czym, wciąż patrząc w podłogę, nieśmiało rozpoczęła:

– Nie bardzo wiem, od czego zacząć…

– Najlepiej od początku – powiedziałem najbardziej przyjaźnie, jak to było tylko możliwe. Sprawa musiała być poważna, widać to było na pierwszy rzut oka.

– Widzi pan… dwa tygodnie temu zmarła moja najlepsza przyjaciółka, Martyna. A niespełna dzień po jej pogrzebie mój… mój starszy brat trafił do szpitala w stanie ciężkiego szoku i zapadł w śpiączkę…

– To tłumaczy kolor pani garderoby…

– Tak, to…

Głos jej się załamał. Byłem pewien, że wybuchnie płaczem, jednak opanowała się i podniosła wzrok. Spojrzała mi prosto w oczy. W jej zielono-błękitnych oczach, choć zasnutych bielmem żalu, płonął ogień.

– Przychodzę do pana, bo chcę, żeby pomógł mi pan rozwiązać zagadkę jej śmierci i stanu mojego brata. Jest pan ostatnią osobą, do której mogę się udać, ostatnią, która może być w stanie mi pomóc. Przynajmniej tak twierdzi komisarz Dąbrowski…

– Dąbrowski? To on dał pani namiary na mnie?

– Tak. Powiedział, że jest pan osobą, która mnie wysłucha i być może będzie w stanie pomóc, bo on, jak sam powiedział, nie potrafi zrobić już nic więcej.

Ziarno ciekawości, zasiane we mnie przez przybycie pięknej nieznajomej, kiełkowało w zawrotnym tempie, gotowe niebawem w pełni rozkwitnąć. W twarzy tej dziewczyny widziałem żal i determinację, a także… strach? Cokolwiek przydarzyło się jej najbliższym, nie było zwyczajne (cóż, żadna śmierć nie jest, nieprawdaż? Nieważne, jak na to patrzeć, zawsze jesteśmy zdziwieni). I do tego przysłał ją Dąbrowski…

– Proszę opowiedzieć mi wszystko od początku.

– Dobrze, lecz zanim zacznę, bardzo proszę, żeby słuchał pan do końca, bez względu na to, co powiem. Komisarz Dąbrowski powiedział, że spośród wszystkich ludzi, jakich zna, pan nigdy nie odrzuca żadnej, nawet najbardziej nieprawdopodobnej możliwości. Że pan jeden potraktuje mnie poważnie.

– Postaram się nie odstawać od tego, co powiedział pani komisarz Dąbrowski. Proszę, niech mi pani opowie, co dokładnie się wydarzyło.

– Pozwolę sobie opowiedzieć nieco od końca. Widzi pan, uważam, że to, co przytrafiło się mojemu bratu, jest bezpośrednio związane ze śmiercią Martyny.

– Często po śmierci bliskich nasz stan psychiczny się pogarsza. Może dopiero po pogrzebie do pani brata dotarło to, co się właściwie stało i…

– Nie, to nie to. Proszę, niech mi pan pozwoli opowiedzieć całą historię.

– Oczywiście, przepraszam. Niech pani kontynuuje.

– Dziękuję. Mój brat, Marek… jest dla mnie najważniejszą osobą na świecie. Drugą najważniejszą osobą była Martyna. Gdy dowiedziałam się o jej śmierci, byłam zdruzgotana. Czułam, że tylko Marek może mnie zrozumieć, więc pokazałam mu to…

– Co pani pokazała bratu?

– Przepraszam, zdaje się, że się zapędzam. To wszystko jest tak trudne… Chce pan wiedzieć, jak zmarła moja przyjaciółka?

– Owszem – odparłem, starając się nie okazywać drążącej mnie ciekawości.

– Według patologów była to śmierć naturalna. Dodam, że Martyna miała tylko dwadzieścia lat, tak jak ja.

– Śmierć naturalna w tym wieku? – spytałem szczerze zdumiony, nieco unosząc głos.

– Może pan wierzyć lub nie, ale tak właśnie stwierdzili patolodzy po sekcji zwłok. Sprawa była tak niezwyczajna, że postanowiono zrobić dokładną sekcję, jednak ta tylko potwierdziła pierwszy osąd: zgon z przyczyn naturalnych, zatrzymanie akcji serca.

– Ciężko w to uwierzyć…

– A jednak. Niemniej… może pan to uznać za głupie, ale nie uwierzyłam w wyniki tej sekcji. Nie po tym, co przeczytałam w listach od Martyny. Pokazałam je Markowi, on również nie uwierzył.

– O jakich listach pani mówi?

– A, racja, przepraszam, znów się zapędzam… – mówiąc to, sięgnęła do swojej torebki (czarnej, a jakże) i wyciągnęła z niej prostą, niebieską teczkę z gumką. – Ja i Martyna pisałyśmy do siebie listy. Głupie, prawda? W dobie Internetu, telefonów… Ale to nas zbliżało do siebie, nawet gdy zaczęłyśmy studiować w różnych miejscach, te listy sprawiały, że czułyśmy prawdziwą więź.

– Rozumiem. Proszę powiedzieć, co dokładnie było w tych listach, które pokazała pani bratu?

– Przyczyna śmierci Martyny – powiedziała niemal szeptem Dorota. – Marek doszedł do tego samego wniosku, gdy tylko je przeczytał. Wiedziałam, że inaczej mi nie uwierzy, nikt by nie uwierzył, więc dałam mu je, żeby przekonał się na własne oczy. Tak samo proszę, niech pan je przeczyta. Ułożyłam je po kolei, niech pan przeczyta wszystkie, od początku do końca. Wtedy i pan się przekona, że Martyna, ona… ona… umarła… ze strachu – dokończyła łamiącym się głosem.

– Ze strachu? Nie sądzę, żeby to było moż…

– Proszę, niech pan czyta – powiedziała cicho, lecz stanowczo.

Wręczyła mi teczkę. Odciągnąłem gumkę, wyjąłem pierwszą kartkę i zacząłem czytać. „Droga Doro…”. Mijały minuty, a z każdym kolejnym listem, który czytałem, narastał we mnie niesprecyzowany niepokój i uczucie, że staję przed czymś, z czym raczej wolałbym się nie zetknąć. Mimo to czytałem dalej, gdyż ziarno ciekawości w moim umyśle już dawno nie tylko zakwitło, ale wydało dorodne owoce. Starając się zachować spokojny wyraz twarzy, po blisko dwudziestu minutach lektury dotarłem do ostatniej kartki. Czytając ją, czułem, jak z każdą linijką odpływa kolor z mojej twarzy, jednak starałem się nie okazać mojej klientce tego, co działo się we mnie.

Odłożyłem kartki z powrotem do teczki i z sercem bijącym mocniej niż powinno, zwróciłem się do siedzącej naprzeciw mnie kobiety:

– To…

– Ciężko uwierzyć, prawda? – spytała tonem „a nie mówiłam?”.

– Prawda… Pani Doroto, jakiej pomocy właściwie pani ode mnie oczekuje? I co właściwie powiedział Dąbrowski, że zdecydowała się pani przyjść właśnie do mnie?

– Panie Tomaszu, komisarz Dąbrowski prowadził sprawę śmierci Martyny, jednak po orzeczeniu patologów sprawa została uznana za zamkniętą. Tylko ja nie mogłam dać temu spokoju, więc poszłam do niego i pokazałam mu listy… Gdy tylko je obejrzał, powiedział, że nie jest w stanie mi pomóc, ale powiedział też, że pan, panie Tomaszu, jest wolny od wszelkich uprzedzeń i będzie skłonny mi pomóc. Powiedział też… że ma pan niejako doświadczenie w takich przypadkach. Czy to prawda?

Doświadczenie, co? – pomyślałem. Cholerny Benny… (tak nazywaliśmy Dąbrowskiego już w szkole policyjnej). Wcale nie masz mniej „doświadczenia” ode mnie, cwaniaku. A jednak odesłałeś ją do mnie…

– Cóż, można tak powiedzieć, choć nie do końca; wolałbym jednak nie wdawać się w szczegóły. Pani Doroto, czy może pani zostawić u mnie te listy? Chciałbym je przeczytać raz jeszcze.

– Czy to znaczy, że zgodzi się pan mi pomóc? – zapytała z nadzieją w głosie.

– Jeszcze nie wiem, pani Doroto. Powiem szczerze: to, z czym prawdopodobnie mamy tutaj do czynienia, może mnie przerosnąć.

– Bardzo pana proszę… jest pan moją ostatnią szansą.

– Mimo wszystko, muszę się nad tym zastanowić, dobrze?

Młoda kobieta siedząca przede mną posmutniała, jednak szybko na jej twarzy pojawił się delikatny uśmiech, którym mnie obdarzyła, powodując delikatną sensację w okolicach mostka.

– Oczywiście – powiedziała, podnosząc się z krzesła. Wyciągnęła z torebki kawałek kartki i długopis, zapisała coś i podała mi kartkę. – To jest mój numer telefonu, jestem w mieście, bo mojego brata przewieźli tu przedwczoraj ze szpitala w mojej miejscowości. Podobno tu będzie miał lepszą opiekę, jest większa szansa na to, że obudzi się ze śpiączki. Proszę do mnie zadzwonić, gdy już pan postanowi, co dalej, dobrze? – I wyciągnęła dłoń na pożegnanie.

– Naturalnie – rzekłem, raz jeszcze czując delikatność jej dłoni. Obiecuję zadzwonić jeszcze dziś, po przejrzeniu na spokojnie tych listów, które mi pani pokazała.

– Dziękuję, będę czekać na telefon – powiedziała, po czym odwróciła się, z niewymuszoną zmysłowością zarzuciła włosami i skierowała swe kroki do wyjścia. – Do zobaczenia!

Do zobaczenia – pomyślałem. Do zobaczenia.

 

 

III

Gdy tylko drzwi zamknęły się za moją nową klientką, postanowiłem wywiesić na nich kartkę „Nieczynne, przepraszamy”, by przy kolejnym kubku kawy i papierosie (no, może trzech) raz jeszcze, w spokoju, przejrzeć zawartość niebieskiej teczki. Czytałem, popijając niezwykłą treść dawkami kofeiny w płynie i pozwalając nikotynie wspomóc przewodzenie synaps. Śmierć tej młodej dziewczyny nie była zagadką. Ona naprawdę umarła ze strachu… i nikt nie powinien jej za to winić. Stan psychiczny brata Doroty… Jedyny wniosek, do jakiego byłem w stanie dojść – jakkolwiek paranoicznie brzmiało to nawet wewnątrz mojej głowy – był taki, iż prawdopodobnie tajemnicza kobieta i jemu złożyła wizytę, jednak był na tyle odporny, by nie umrzeć na zawał.

Siedziałem w niemal kompletnym bezruchu ponad pół godziny, rozważając wszelkie za i przeciw, po drodze starając się nie dać się obezwładnić wspomnieniom, które gwałtownie, bez ostrzeżenia, zaczęły wdzierać się do mojego umysłu. Starałem się wydychać niepokój wraz z dymem papierosowym, jednak tak jak dym osadza się w płucach, tak niepokój zostawiał pokaźne plamy na moim mózgu.

Wstałem z fotela. Przez chwilę krążyłem po pokoju, pozwalając krwi dopłynąć do zasiedziałych części ciała, po czym sięgnąłem po leżącą na stole kartkę, wyjąłem telefon i wybrałem zapisany na niej numer.

– Tak, słucham? – usłyszałem po drugiej stronie.

– Witam, pani Doroto, Tomasz Radziejowski z tej strony.

– Tak? – zapytała niepewnie.

– Zapraszam panią do mojego biura jeszcze raz, dziś po południu, jeśli nie stanowi to dla pani problemu. Chciałbym omówić z panią szczegóły tego zlecenia.

– O… Oczywiście. Czy to oznacza, że zgodził się pan mi pomóc? – zapytała z nadzieją w głosie.

Przez moment milczałem, zastanawiając się nad odpowiedzią. Westchnąłem w duchu, mając nadzieję, że nie pożałuję swojej decyzji.

– Tak, pani Doroto. Pomogę pani, jednak chcę raz jeszcze omówić to, o czym rozmawialiśmy rano.

– Naturalnie – odparła, wyraźnie starając się opanować narastającą ekscytację. – Czy godzina szesnasta panu odpowiada?

– Jak najbardziej. Będę na panią czekał – odpowiedziałem.

– W takim razie do zobaczenia o szesnastej – powiedziała z wyraźną ulgą w głosie, po czym zakończyła rozmowę.

– Do zobaczenia… – rzuciłem w stronę głuchego sygnału, po czym sam odłożyłem telefon.