Fałszywy pieśniarz - Martyna Raduchowska - ebook

123 osoby właśnie czytają

Opis

Bezpośrednia kontynuacja Szamanki od umarlaków i Demona Luster.

Ekipa śledcza Wydziału Opętań i Nawiedzeń wkracza do ogrodu Kusiciela, aby odkryć ostatni element układanki. Ekshumacja zwłok nieznanego mężczyzny daje początek serii tragicznych wydarzeń. We Wrocławiu dochodzi do przerażających samobójstw, mroczna przeszłość Kruchego powraca, by upomnieć się o jego duszę, Ida zaś przekonuje się, że dar szamanki od umarlaków w niepowołanych rękach grozi katastrofą, a życzenia potrafią być niebezpieczne szczególnie wtedy, gdy się spełniają…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 430

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Martyna Raduchowska

FAŁSZYWY PIEŚNIARZ

Copyright © by Martyna Raduchowska, MMXIX

Wydanie I

Warszawa, MMXIX

Niniejszy produkt objęty jest ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że wszelkie udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Prolog

Ogród wiecznej jesieni milczał złowrogo, jakby tylko czekał na ich pierwszy ruch.

Uśpiony, lecz czujny, dziki, a jednak martwy od koniuszków zwiędłych pnączy aż po wąsy przegniłych korzeni, nic sobie nie robił z panującego wokół lata czy nadchodzącej burzy. Nie skrzypnęła choćby jedna pokryta szronem gałąź. Nie zaszeleścił nawet jeden zmarznięty liść. Ani jedno źdźbło trawy nie drgnęło na porywistym wietrze. Suche, powykręcane szkielety roślin trwały w nienaturalnym bezruchu, rzucając przybyszom nieme wyzwanie.

Przez ostatnie miesiące Ida odwiedzała posiadłość Kusiciela częściej, niżby sobie tego życzyła, lecz dopiero teraz zrozumiała, że zapewne nigdy nie zdoła poznać wszystkich jej sekretów. Ani tych, które lśniły na widoku w zalanych słońcem kryształkach lodu, ani tych skrytych przed ludzkim okiem gdzieś głęboko pod ziemią. Do niedawna sądziła, że zna tu każdy kamień, każdy wiecheć trawy, każdą spróchniałą deskę w ścianie zapuszczonego domostwa, ale dziś ogarnęło ją nieodparte wrażenie, że wszystkie jej wspomnienia związane z tym miejscem były tylko zamglonym snem. Jak gdyby uśpiony dotąd ogród nieoczekiwanie się przebudził – a ona razem z nim.

Czuła na sobie spojrzenia ukrytych w gąszczu ślepi, śledzących z uwagą każdy krok nieproszonych gości. Do jej uszu dochodziły szepty. Złowieszcze pomruki. Stłumione, nerwowe mamrotanie, ledwo słyszalne wśród pojękiwań wichru. W powietrzu przesyconym wonią mokrej ziemi, zbutwiałego drewna oraz gnijących liści wisiało coś jeszcze. Coś ulotnego i wyraźnego zarazem, jak ostry zapach dymu z jesiennego ogniska. Jakaś nieokreślona, lecz jasna zapowiedź rychłej nawałnicy, która nie miała żadnego związku z kapryśną pogodą…

Pogrążona w zadumie szamanka nie od razu spostrzegła wyciągniętą ku sobie dłoń. Uniosła głowę, napotkała przenikliwe oczy koloru deszczowego nieba. Dwie krople chłodnej stali wpatrywały się w nią intensywnie, jakby próbowały pochwycić jej rozproszony umysł i zakotwiczyć go z powrotem w rzeczywistości. Ida zamrugała raptownie, z niejakim trudem skupiła wzrok, a stojąca przed nią postać naraz nabrała szczegółów. Czarne włosy do ramion, znoszona kurtka z ciemnobrązowej skóry, koszulka ze spranym i zupełnie nieczytelnym nadrukiem, powycierane dżinsy, glany zdarte na nosach niemal do samej blachy – Kruchy wyglądał, jakby przyjechał na koncert rockowy, a nie na oględziny zwłok. A minę miał taką, jakby oględziny zwłok uważał za znacznie lepszą rozrywkę niż dzikie pogo pod sceną.

Szamanka odetchnęła głębiej, schowała do torby plik zmiętych, pokreślonych kartek, które przez cały ten czas kurczowo ściskała w dłoniach. A potem wzięła od łowcy parę lateksowych rękawiczek.

– Idziemy, partnerko? – zapytał wesoło i trącił ją łokciem w bok.

Przełknęła ślinę, starając się ignorować dreszcz niepokoju, który bez ostrzeżenia i bez wyraźnej przyczyny przebiegł jej po plecach. Ponownie zajrzała Kruchemu w oczy, po krótkim wahaniu skinęła głową.

– Idziemy, partnerze.

Dostrzegłszy wyraz jej twarzy, lekko uniósł brwi, ale ona szybko i niedbale machnęła dłonią na znak, że wszystko w porządku. Nic więc nie powiedział, o nic nie zapytał. Obrócił się na pięcie i żwawym krokiem ruszył do ogrodu Kusiciela. Ida jeszcze raz powiodła spojrzeniem po wyszczerbionym murze z szarego kamienia, po zapadniętym dachu przebłyskującym wśród zwichrowanych konarów, po pędach uschniętego bluszczu, może i całkiem już martwych, lecz z pewnością nadal trujących. Minęła dłuższa chwila, nim wreszcie podążyła za łowcą.

Dogoniła go tuż przed bramą wjazdową, którą oplątywał ciężki łańcuch spięty mosiężną kłódką. Minęli ją, maszerując ramię w ramię wzdłuż ziejącego dziurami ogrodzenia, a potem przez zardzewiałą, przekrzywioną furtę wkroczyli na miejsce zbrodni.

Na ich widok kryminalistycy z Wydziału Opętań i Nawiedzeń przerwali cichą rozmowę i zeszli pośpiesznie z ogrodowej ścieżki, robiąc im przejście.

– Mówiłem ci, że jesteś w Firmie sławna, szamanko od umarlaków – szepnął Kruchy. Nie zwolnił kroku i do nikogo nie zagadał, pozdrowił tylko znajomych techników lekkim skinieniem głowy. – Niszczycielko lustrzanych piekieł i pogromczyni Kusiciela.

– Kpij sobie, kpij – mruknęła Ida, starannie unikając taksujących spojrzeń. – Sławna czy osławiona?

Łowca uśmiechnął się lekko. Po krótkim zastanowieniu wzruszył ramionami.

– W obu przypadkach jedni będą cię podziwiać, a inni nienawidzić, więc co za różnica?

– W zasadzie żadna.

– No i sama widzisz. Kiedyś im przejdzie, zobaczysz.

Zboczyli ze ścieżki i zaczęli przedzierać się przez bujne zarośla. Przed nimi w plątaninie rachitycznych gałęzi majaczyła pękata sylwetka białego namiotu.

– Co my tu mamy, Szerszeń? – zawołał Kruchy, gdy po wyjściu z gęstwiny zatrzymali się przed taśmą w czarno-czerwone pasy.

Nazwany Szerszeniem technik, który jako jedyny z całej ekipy dochodzeniowo-śledczej nie zwrócił żadnej uwagi na ich przybycie, zerknął przez ramię z osobliwie nieobecną miną, jak gdyby głos łowcy wyrwał go nagle z głębokiego transu. Mężczyzna potrzebował chwili, aby na powrót nawiązać kontakt z rzeczywistością, po czym zamrugał i raptownie poderwał się z klęczek; na kolanach nieskazitelnie białego kombinezonu ochronnego widniały ciemne plamy błota. Podstarzały, przygarbiony, z ogoloną głową i, dla równowagi, sięgającą do pasa srebrzystą brodą przypominał stuletniego druida, lecz kiedy ruszył im na spotkanie, w jego sprężystym i zaskakująco energicznym kroku kryła się pewna młodzieńcza niecierpliwość.

Wszelkie skojarzenia ze statecznym celtyckim kapłanem zniknęły bez śladu w chwili, w której Szerszeń i Kruchy przybili sobie na powitanie skomplikowaną serię piątek i żółwików.

– Ida Brzezińska, szamanka od umarlaków, moja nowa partnerka – przedstawił dziewczynę łowca. – Krzysztof Szerszuła, szef sekcji techników.

Ida uśmiechnęła się lekko, podała mężczyźnie rękę, po czym uśmiechnęła się szerzej, mocno zaciskając usta, zagryzając zęby i z całych sił starając się nie syknąć. Palce Szerszenia, twarde i silne niczym imadło, o mało nie zmiażdżyły jej dłoni.

– Miło mi poznać – huknął na nią z góry, aż podskoczyła.

– Mnie… uch… również… – Niemal westchnęła, gdy wreszcie ją puścił, po czym ukradkiem pokręciła nadgarstkiem, żeby przywrócić krążenie w zdrętwiałym przedramieniu.

Szerszeń nie czekał, aż łowca zacznie go ciągnąć za język, tylko od razu odstąpił na bok i uniósł taśmę, wpuszczając ich na zabezpieczony teren. Na wpół zapraszającym, na wpół niezdecydowanym gestem wskazał namiot i ziejącą pod nim dziurę w ziemi. Sam jednak jakoś się nie kwapił, żeby tam wracać.

– Aż tak źle? – Kruchy także nie ruszył się z miejsca. – Nic nam nie powiesz?

– Nie bardzo jest co mówić – burknął technik. Obejrzał się na rozkopany grób i wydął usta. – Żadnych widocznych obrażeń, a nie mogę przeprowadzić dogłębnej ekspertyzy, bo zwłoki są oplecione potężnymi zaklęciami ochronnymi, które zakłamują odczyty.

– Udało się je chociaż zidentyfikować?

– A skąd. Mamy całkowity zakaz dotykania ciała. Fotograf zrobił zdjęcia i posłał je analitykom, ale nie znaleźli w bazie nikogo, kto przypominałby denata…

– Zaraz, chwila. – Kruchy zmarszczył brwi. – Godzinę temu dostałem cynk, że znaleźliście same szczątki, a ty mi tu teraz o jakichś zdjęciach…

– Spodziewaliśmy się szczątków, bo to nam sugerowały sonary, zanim zaczęliśmy ekshumację – wyjaśnił Szerszeń spokojnie, lecz w jego bladoniebieskich oczach błysnęła iskierka irytacji. Najwyraźniej nie należał do ludzi, którzy lubią niespodzianki. – Też byliśmy zdziwieni faktycznym stanem zwłok. Dopiero po odkopaniu wykryliśmy aktywność magiczną, a wtedy dowództwo kazało nam natychmiast wstrzymać oględziny. Nic tu więcej nie zdziałamy bez nakazu przełamania zabezpieczeń ani bez biegłego nekromanty. Ruda ma już prokuratora na linii.

Wszyscy troje zerknęli w kierunku czarownicy, która spacerowała nerwowo w tę i z powrotem z telefonem przy uchu. Bluzką i miedzianymi włosami zaczepiała o kolczaste liście ostrokrzewu.

– Ale znając Maćkowiaka i jego zamiłowanie do papierologii, nie dostaniemy decyzji szybciej niż za kilka dni.

– Pozwolisz nam się tu w międzyczasie trochę pokręcić?

– Sam nie wiem, Kruchy…

Szerszeń, który przez tę całą rozmowę zdawał się zupełnie ignorować obecność Idy, łypnął na nią teraz spod siwych, krzaczastych brwi, mrużąc pomarszczone powieki. Skanował ją z uwagą centymetr po centymetrze, aż w końcu speszona opuściła głowę i również zlustrowała swój ubiór. Nie znalazła niczego kompromitującego, żadnej plamy czy rozpiętego suwaka w najmniej odpowiednim miejscu… Zaraz jednak przyszło jej na myśl, że w szaroburej bluzie z kapturem, powycieranych dżinsach i rozdeptanych fioletowych trampkach nie wygląda zbyt profesjonalnie. Kruchy to co innego, z ponadsześcioletnim stażem i świeżo otrzymanym awansem mógł sobie nosić, co mu się żywnie podobało. W przeciwieństwie do szamanki nie miał już nikomu nic do udowodnienia, a pierwsze wrażenie, jakiekolwiek było, dawno przysłonił serią zawodowych sukcesów.

– Jesteś ekranowana, młoda? – spytał szorstko technik.

– Jestem ekranowana, młody? – Szamanka niepewnie zerknęła na łowcę.

– Jest ekranowana, staruszku. – Łowca uśmiechnął się i klepnął technika w ramię. – Osobiście założyłem na nas zasłony. Nic nam nie grozi.

Ostatnie zdanie wypowiedział z pełnym przekonaniem, a mimo to Ida jakoś nie potrafiła wyzbyć się wątpliwości. Zadrżała lekko, zapewne przez wiatr, który podstępnie wdzierał się pod ubranie.

A może wcale nie przez wiatr.

Bardziej czuła, niż wiedziała, że chodziło o coś więcej – coś znacznie gorszego. Miała wrażenie, że to czyjś lodowaty oddech mroził jej skórę na karku, że w świszczącym szumie kolejnych podmuchów pobrzmiewały strzępki gorączkowych słów.

Potrząsnęła głową i naciągnęła kaptur bluzy aż po same brwi. Nie pomogło. Ogród nie przestawał do niej mówić, nie przestawał się gapić.

– Jak tam sobie chcecie. – Szerszeń zanurkował pod taśmą ze zwinnością, jakiej trudno było oczekiwać po kimś w jego wieku. – Życzę udanej zabawy – rzucił na odchodnym, nie oglądając się za siebie, po czym dołączył do głośnej grupki kryminalistyków, którzy mówili coś jeden przez drugiego i wymachiwali rękami.

Kruchy mrugnął do Idy, po czym ruszył dziarsko w stronę namiotu. Podążyła jego śladem z wyraźnym ociąganiem. Stąpała po mokrych liściach jak po topniejącym lodzie przekonana, że lada moment wydarzy się coś, co już na zawsze zmieni jej wyobrażenie o tym miejscu. I rzeczywiście, już po kilku krokach usłyszała rozpaczliwy trzepot skórzastych skrzydeł, tak głośny, że odruchowo zerknęła przez ramię. Nie dostrzegła niczego. Jedynie szkarłatne plamy, które nagle wykwitły jej przed oczami.

W uszach gwałtownie zahuczała krew, serce mocno załomotało o mostek. Szamanka syknęła, kiedy widmowe kły i pazury wbiły się w jej ciało – nie z zewnątrz, lecz od środka, jakby uwięziony w niej demon postanowił nieoczekiwanie wydostać się na wolność.

Skoczyła do przodu, chwyciła łowcę za ramię. Nie cofnęła dłoni ani nie rozluźniła uścisku nawet wtedy, gdy się zatrzymał i obrócił w jej stronę.

– Nie jestem pewna, o co chodzi – odpowiedziała na pytanie, które dopiero miał zadać. Zamrugała szybko, potarła palcami powieki, aby pozbyć się sprzed oczu krwawych powidoków. – Nie podoba mi się to miejsce.

– Już tu przecież byliśmy. I to nieraz…

– Ale teraz coś jest inaczej. Gorzej niż zwykle.

– Miałaś wizję? Przeczucie?

– Nie… – zawahała się. – Tak. To chyba Pech próbuje mnie ostrzec.

– Twój demon. – Kruchy omiótł szamankę badawczym spojrzeniem, jakby oczekiwał, że opętująca ją istota lada chwila zmaterializuje się gdzieś obok nich. – Ufasz mu?

– Czy wierzę, że dla odmiany chce uchronić mnie przed zagrożeniem? – Skrzywiła się sceptycznie. – Nigdy w życiu. W końcu żywi się moim strachem, im bardziej mam przerąbane, tym lepiej dla niego… No chyba że sam znajdzie się w niebezpieczeństwie – dodała po chwili namysłu. – A cokolwiek tu jest, on się tego boi.

– Może po prostu nie podobają mu się zaklęcia ochronne – zauważył trzeźwo łowca. – Demony nie są zbyt kompatybilne z białą magią.

– Może – przyznała bez oporów, ale i bez przekonania.

Kruchy zastanawiał się przez moment, po czym bez słowa odszedł tam, skąd dopiero co przyszli, w kierunku pękatych toreb ze sprzętem, ustawionych wzdłuż taśmy na brezentowej plandece. Grzebał w nich przez jakiś czas, przerzucając w tę i z powrotem pobrzękującą cicho zawartość, wreszcie wrócił do Idy uzbrojony w dwa szerokie pasy. Podał jej jeden, drugi zapiął sobie na biodrach. Były identyczne, wykonane z metalowych blaszek w kształcie wężowych łusek, a wielkie klamry wyobrażały głowę kobry o rozpostartym kapturze i wyszczerzonych zębach.

– Emitery pola obronnego – wyjaśnił krótko. – Na wszelki wypadek. Zakładaj i chodź. Nie będziemy niczego dotykać, rozejrzymy się tylko.

Otoczeni sferami przydymionego, falującego powietrza podeszli do grobu, ostrożnie stawiając stopy na śliskim błocie. Zajrzeli do środka.

Denat musiał spędzić pod ziemią ładnych parę lat, na co wskazywały niezbicie przegniłe strzępki ubrania, lecz same zwłoki nie nosiły żadnych widocznych śladów rozkładu. Skóra, choć blada niezdrową, sinawą bladością, przypominała skórę żywego człowieka, zdawała się nawet pomału nabierać rumieńców od słońca i zimnego wiatru. Umazana ziemią twarz utrudniała dokładną ocenę wieku, ale po regularnych rysach, gęstych ciemnobrązowych włosach, gładkich dłoniach i szczupłej sylwetce dało się oszacować, że mężczyzna umarł bardzo młodo, w okolicach trzydziestki.

Łagodne oblicze zastygło mu w wyrazie niewinnego zdziwienia, Ida była jednak przekonana, że to tylko maska. Że ten spokojny bezruch to pułapka, którą ktoś zastawił tu specjalnie na nich. Że na pozór martwe ciało aż rezonuje od tłumionego szyderczego śmiechu. Wyobraźnia zrobiła swoje i już w następnej sekundzie szamanka dostrzegła, jak oczy trupa poruszają się nieznacznie pod powiekami, a usta wypowiadają bezdźwięczne zaklęcia…

Cofnęła się gwałtownie, poślizgnęła na rozmiękłym gruncie. Dopiero gdy podtrzymana przez łowcę odzyskała równowagę, jej wzrok padł na wystające z ziemi kości. Ptasie i kocie czaszki, szczerbate grzebienie żeber, białe łańcuszki drobnych kręgosłupów.

– Stos ofiarny pierwsza klasa – mruknął Kruchy, wolno obchodząc grób.

– To była ofiara z niego czy dla niego? – zainteresowała się szamanka. Nie mogła zdecydować, która z tych możliwości bardziej ją niepokoi.

– Wnioskując po stanie zwłok, raczej to drugie. Ktoś się mocno natrudził, żeby założyć te zabezpieczenia. Wyczuwam zarówno białą, jak i czarną magię, a bardzo trudno splątać je ze sobą tak, by się nawzajem wzmacniały, zamiast neutralizować. Wyższa szkoła jazdy, powiadam ci.

– A te zabezpieczenia chronią jego czy raczej przed nim?

– Dobre pytanie. Zwłaszcza że to, co jest groźne dla twojego demona, niekoniecznie jest groźne dla nas. Ale od samego patrzenia niewiele się dowiemy. Szerszeń ma rację, bez nakazu i dobrego nekromanty nic tu po nas.

– A załatwienie jednego i drugiego trochę potrwa – sarknęła Ruda, ze złością dźgając palcem klawiaturę telefonu.

Nawet nie zauważyli, kiedy podeszła. Skrzywione wargi, głębokie cienie pod oczami i powieki zmrużone w wąziutkie szparki sugerowały, że świeżo objęte stanowisko w Wydziale Wewnętrznym dało jej już nieźle popalić. Ale Ida nie miała ani nadziei, ani złudzeń. Czarownica wbrew pozorom była w swoim żywiole, jej miodowe tęczówki jarzyły się jasno jak nigdy dotąd. Szanse na to, by zechciała przekazać dowodzenie nad tym śledztwem komuś innemu, wynosiły zero. A nawet mniej.

– Maćkowiak ma już papiery na biurku. – Kobieta z westchnieniem wrzuciła komórkę do torby. – Ale zanim je rozpatrzy i puści dalej, zdążymy tu wszyscy zapuścić korzenie. – Z niechęcią zerknęła na szamankę. – Twój ruch, smarkulo.

Ida nie zapytała, co to znaczy. Świetnie wiedziała, o co chodzi.

I wcale a wcale nie czuła się gotowa.

Poderwała głowę, gdy ciężkie, skotłowane chmury rozpruł szybki zygzak błyskawicy.

– Najwyższy czas, żebyś porozmawiała z Demonem Luster.

Jakby tylko czekając na te słowa, po niebie przetoczył się grom, a pierwsze krople deszczu zabębniły głośno w dach namiotu.

Szamanka nic nie powiedziała. W końcu rozkaz to rozkaz. Patrzyła ponuro, jak strugi lodowatej wody sieką obumarłą trawę i wyszarpują liście z rosochatych drzew. Czuła w kościach, że wbrew temu, czego wszyscy oczekiwali, jej spotkanie z Kusicielem to jeszcze nie będzie koniec, lecz zaledwie początek wyjątkowo paskudnych kłopotów.

A ponieważ miała Pecha, miała również rację.

Rozdział pierwszy

Płomień podrygiwał niemrawo na czubku czerwonej świecy, kopcąc gęstym, czarnym dymem i raz po raz spluwając iskrami. Taniec ognia hipnotyzował, usypiał, podobnie jak przyjemny zapach kadzidła, szałwii i rozgrzanego wosku.

Ida ziewnęła głośno, przetarła zmęczone oczy. Bez specjalnej nadziei sięgnęła po filiżankę zimnej już kawy i wypiła do dna, krzywiąc się z niesmakiem. Nie miała wątpliwości, że to, na co czekała od wielu tygodni, wydarzy się właśnie tej nocy, lecz zupełnie nie potrafiła się skoncentrować. Zamiast nasłuchiwać znajomej Pieśni Umarłych, zamiast przywoływać obrazy z wieszczego snu, który lada moment miał się ziścić, wciąż mimowolnie powracała myślami do Kusiciela oraz mężczyzny zakopanego w jego martwym ogrodzie.

Roztrząsanie dawnych niepowodzeń z pewnością nie było zdrowe ani dla ciała, ani dla umysłu – a już szczególnie dla duszy, wyjątkowo wrażliwej na destrukcyjne działanie negatywnych emocji oraz czarnych, melancholijnych myśli – lecz Ida nic nie mogła na to poradzić. Wbiła wzrok w abstrakcyjny wzorek z fusów na dnie filiżanki i, chcąc nie chcąc, pogrążyła się we wspomnieniach.

Minęły już ponad trzy miesiące, odkąd udała się do aresztu śledczego na swoją pierwszą i jak na razie ostatnią rozmowę z Markiem Karewiczem, nekromantą, porywaczem i seryjnym mordercą. Osławionym Kusicielem znanym również jako Demon Luster.

I przez cały ten czas śledztwo nie posunęło się nawet o krok.

Karewicz wbrew swoim wcześniejszym zapewnieniom wcale nie był chętny do współpracy. Pytania szamanki zbywał upartym milczeniem, wpatrując się w nią z drapieżną fascynacją, od której aż cierpła skóra. Przypięty do stołu i podłogi łańcuchami z metalu tłumiącego magię, nonszalancko muskał palcami kajdany na nadgarstkach, jakby poprawiał mankiety eleganckiej koszuli. Całym sobą dawał do zrozumienia, że jest mu doskonale obojętne, co z nim uczynią, udzielanie zaś szamance jakichkolwiek informacji bynajmniej nie leży w jego dobrze rozumianym interesie.

Zdawał się w ogóle nie słuchać tego, co mówiła, lecz Ida gotowa była iść o dowolny zakład, że w rzeczywistości chłonął łapczywie każde jej słowo. W końcu to on się uparł, że chce rozmawiać wyłącznie z dziewczyną, która przywróciła mu pamięć i wyciągnęła go z lustra. Zażądał tego spotkania albo dla czystej rozrywki i zabicia czasu, albo jednak czegoś od niej chciał. Szamanka instynktownie stawiała na to drugie. Po tym, jak weszła w zwierciadło i dotknęła jego duszy, znała Kusiciela w jakiś nieokreślony, nie do końca zrozumiały, czysto podświadomy sposób. Wyczuwała bardziej, niż wiedziała, że potrzebował jej tak samo, jak ona potrzebowała jego, i tylko czekał, aż złoży mu właściwą propozycję. Nie została jednak upoważniona do prowadzenia negocjacji z zatrzymanym. Nie miała nic, co mogłaby mu zaoferować w zamian za pomoc w śledztwie. Potrzebowała innego sposobu, aby nakłonić go do mówienia, a z braku wprawy musiała improwizować.

Przełom nastąpił dopiero wtedy, gdy machnąwszy ręką na protokół przesłuchania, odsunęła na bok przygotowany przez Rudą kwestionariusz i poszła na całość. Niby od niechcenia i całkowicie niezgodnie z prawdą zasugerowała Kusicielowi, że eksperci z Wydziału Opętań i Nawiedzeń są coraz bliżej złamania zabezpieczeń chroniących ciało tajemniczego nieboszczyka w jego ogrodzie. Przez parę chwil z satysfakcją obserwowała zmiany na niewzruszonym dotąd obliczu Demona Luster, dumna, że oto wreszcie zdobyła nad nim przewagę, że dzielący ich mur nieodwracalnie zaczął się kruszyć.

Krew momentalnie odpłynęła mu z twarzy, rysy się wyostrzyły, źrenice rozszerzyły do granic, całkowicie pochłaniając różnobarwne tęczówki. Głęboko nabrał powietrza i szamanka była pewna, że wreszcie coś powie…

Zerwał się z krzesła z takim impetem, że nie zdążyła choćby mrugnąć. Złapał ją za rękę, przyciągnął do siebie mocnym, brutalnym szarpnięciem, które poczuła aż w korzeniach zębów. Jego twarz znalazła się nagle centymetr od jej twarzy. Czuła na policzkach gorący oddech, tonęła w ostrym zapachu pieprzu i imbiru, a przyszpilona spojrzeniem dziko wytrzeszczonych oczu nie była zdolna do żadnego ruchu.

– Jestem tobą rozczarowany – wychrypiał z trudem, głosem wzburzonym i zduszonym zarazem, jakby dławił się własnym gniewem. – Po kimś, kto odnalazł klucz do moich luster, spodziewałem się znacznie więcej rozsądku. Nie waż się, wiedźmo! – warknął głośniej, by przekrzyczeć upiorny ryk syren, od którego aż zadygotała podłoga i zawibrowały ściany. W tej właśnie chwili, zalany roztętnionym, czerwonym światłem lamp alarmowych, naprawdę wyglądał jak demon. – Nie waż się dotykać tego grobu! Powiedz tym głupcom, by trzymali się od niego z daleka, rozumiesz? – Gdy nie odpowiedziała, nie mogąc znaleźć słów, chwycił ją za ramię i silnie potrząsnął. – ROZUMIESZ?!

– Czyj to grób? – zasyczała trochę z podszytej strachem złości, a trochę z bólu. – Kogo zakopałeś w ogrodzie?

Kusiciel otworzył usta, ale nagle zawahał się i zamknął je z powrotem. Jak oparzony odepchnął ją od siebie, bez sił opadł na krzesło.

– Ja… – zająknął się i skrzywił. Głośno przełknął ślinę. – Nie pamiętam… – szepnął z rozpaczliwą pustką w oczach, tak cicho, że musiała odczytywać słowa z ruchu jego warg. – Pomóż mi – zdążył jeszcze poprosić, zanim drzwi z łomotem wyrżnęły o ścianę, a do środka wpadli strażnicy.

Dwaj doskoczyli do Karewicza, trzeci zamknął Idę w żelaznym uścisku i nie zważając na jej protesty, brutalnie wywlókł ją na korytarz.

Nawet świdrujące w uszach wycie alarmu nie zdołało zagłuszyć huku zaklęcia paraliżującego, wrzasku Kusiciela ani głuchego łoskotu, z jakim jego bezwładne ciało zwaliło się na podłogę pokoju przesłuchań.

Szamanka westchnęła głęboko i o mały włos nie zgasiła przy tym świecy. Płomyk prychnął, załopotał niczym maleńka chorągiew ze złota i dymu, na dobre wyrywając dziewczynę z rozmyślań.

Przywoływany duch wciąż się nie zjawiał i Ida zaczynała powoli dochodzić do wniosku, że może jednak się pomyliła. Może śmierć nie miała jeszcze zamiaru zebrać swego żniwa. W snach widywała co prawda księżyc tuż przed pełnią, taki sam, jaki wisiał dzisiaj na wieczornym niebie, zanim zakryły go chmury, ale niewykluczone, że był to tylko symbol, którego nie umiała właściwie odczytać.

Znudzona i poirytowana wstała z impetem od kuchennego stołu. Gwałtownie odsunięte krzesło uderzyło o szafki, budząc drzemiącego na parapecie Gryzaka. Koszmarek otworzył jedno żółte ślepie, zmierzył swoją panią wzrokiem pełnym najgłębszego potępienia, po czym ziewnął i zasłonił sobie pyszczek lisim ogonem. Ida dopiero teraz, kiedy na dobre wypadła z lekkiego półtransu, poczuła, że przemarzła na kość, aż się cała telepie. Cicho zamknęła uchylone okno, podrapała łapacza snów za uszami, a potem na palcach przeszła na drugą stronę kuchni, żeby nastawić wodę na herbatę.

Szum czajnika, dzwonienie kropel deszczu o szyby, miarowe posapywanie Gryzaka, głęboki, senny pomruk, który przetaczał się wolno przez każdą deskę starej willi, od poczerniałych dachówek aż po obluzowane klepki parkietu – szamanka nie usłyszała żadnego z tych dźwięków, w jej głowie wciąż rozbrzmiewał rozgorączkowany szept Demona Luster.

„Nie pamiętam… Pomóż mi”.

Dlaczego nie pamiętasz, skoro podobno zwróciłam ci wspomnienia, pytała go w myślach po raz nie wiadomo który.

Jak mam ci pomóc?

I dlaczego, do diabła, po tym wszystkim, co zrobiłeś, w ogóle chcę ci pomagać?!

Minęło tyle czasu, a ona wciąż nie znalazła na to żadnej odpowiedzi.

Gdyby tylko udało jej się ponownie z nim porozmawiać… Ale po ich ostatnim spotkaniu Kusiciel wpadł niespodziewanie w katatoniczny stupor, od tygodni nie odezwał się do nikogo ani słowem i spędzał właśnie kolejny miesiąc na oddziale psychiatrycznym. Nikt nigdy nie powiedział jej tego wprost, lecz szamanka podejrzewała, że to właśnie ją i jej nieudane przesłuchanie obarczano winą za kiepski stan psychiczny zatrzymanego. I że to dlatego Ruda od wielu tygodni trzyma Idę z dala od śledztwa, pozwalając jej jedynie na udział w porannych odprawach.

Stęskniona za swoją nieodżałowaną psychologią dziewczyna bez szemrania chodziła na wszystkie sugerowane kursy oraz szkolenia dla rekrutów, na inne zapisywała się nawet z własnej nieprzymuszonej woli – a jednak świadomość, że bierze w nich udział niejako za karę i że pod ich pretekstem została właściwie wykluczona z zespołu, była nad wyraz gorzka. Wydawało się, że nawet Kruchy ostatnio trzyma się od szamanki na dystans, a to już całkiem paskudziło jej humor.

Na domiar złego przyjaciel Demona Luster i jego partner w zbrodni, siewca zapomnienia Feliks Szkudlarek, który niegdyś odebrał Kusicielowi pamięć, a potem przez lata ukrywał go przed organami ścigania, zacierając ślady po dokonywanych przez niego zbrodniach, konsekwentnie odmawiał zeznań. Najlepsi czytacze umysłów w kraju nie byli w stanie przejrzeć utkanej przez niego mgły niepamięci i dotąd nie wyłowili z jego jaźni ani jednej sensownej myśli. A zaklęcia chroniące bezimiennego nieboszczyka z ogrodu okazały się tak silne i skomplikowane, że nekromanci wciąż nie zdołali ich rozplątać.

Nie mówiąc nic nikomu, Ida próbowała na własną rękę przywołać duszę Anonima, ale ponieważ, po pierwsze, nic o nim nie wiedziała, po drugie, do miejsca jego pochówku nikomu nie wolno się było zbliżać, a po trzecie, echo śmierci, które mogłoby pomóc nawiązać kontakt, całkowicie zagłuszała strzegąca grobu magia, jej wezwania wpadały w zaświatowy eter jak kamienie w wodę i do tej pory pozostawały bez odpowiedzi.

Innymi słowy, po przeszło trzech miesiącach mozolnych oraz całkowicie jałowych wysiłków sytuacja rysowała się raczej niewesoło. Trup nadal tkwił w ziemi za domem Kusiciela, śledztwo utknęło w martwym punkcie, a Rudej, która w desperacji sprowadzała coraz to nowych specjalistów z całej Polski, powoli kończyły się pomysły.

Atmosfera w Firmie robiła się napięta i Ida dawno już nie przywitała weekendu z taką ulgą jak dzisiaj. Weekend bynajmniej nie oznaczał dla niej wolnego od pracy, o czym najlepiej świadczyły ostatnie godziny zmarnowane bezpowrotnie nad rytuałem przywołania, ale wolała już zaczadzić się kadzidłami i paść trupem we własnej kuchni, niż znosić humory zołzowatej szefowej choćby ułamek sekundy dłużej.

Trzy herbaty, dwie kawy oraz pół świecy później wyczerpana szamanka już miała dać za wygraną i powlec się do łóżka, gdy wreszcie poczuła za plecami czyjąś obecność. Wolno odstawiła filiżankę na spodek i nie wstając z krzesła, obróciła się w stronę od dawna oczekiwanego gościa.

Dziewczyna. Na oko osiemnastoletnia. Niska, szczupła, krótko ostrzyżona. Ubrana jedynie w białą męską koszulę i czarne koronkowe figi. Ida nie widziała dobrze jej twarzy, lecz od razu rozpoznała aurę. Nie miała wątpliwości, że to o tej śmierci śniła przez ostatni miesiąc, że to właśnie tą duszą powinna się teraz zaopiekować.

Wzięła świecę ze stołu, podeszła bliżej.

Zjawa zdawała się w ogóle jej nie dostrzegać. Nie unosiła się w powietrzu, jak to mają w zwyczaju duchy z dłuższym stażem czy po prostu większą świadomością stanu własnej egzystencji, tylko stała twardo na podłodze, przestępując z jednej bosej stopy na drugą. Wodziła wokół szeroko otwartymi, niebieskimi oczami, wyraźnie zdezorientowana, niepewna, jak tu trafiła. Koszulę, majtki i ścięte na pazia włosy koloru starego złota miała całkiem przemoczone, woda spływała jej po policzkach, po bladych ustach, po łabędziej szyi, na której widniały ciemnofioletowe krwiaki…

Niech to szlag, pomyślała szamanka, przywołując na twarz uprzejmy uśmiech.

– Witaj – przemówiła łagodnie do ducha.

Nic. Żadnej reakcji.

– Mam na imię Ida, a ty?

Widmo milczało, wciąż z tym samym zagubionym wyrazem twarzy. Słowa szamanki odbijały się od jego na wpół prześwitującej postaci jak od dźwiękoszczelnej szyby.

– Pamiętasz, kim jesteś? – spróbowała Ida raz jeszcze, dla porządku.

Zamiast odpowiedzieć, dziewczyna zrobiła parę chwiejnych kroków, a szamance wydało się naraz, że słyszy ciche popluskiwanie, że powietrze wokół widziadła burzy się i faluje, dziwnie zgęstniałe, mętne jak mydliny. Usta zjawy poruszyły się, lecz zamiast słów wypłynęło z nich jedynie kilka bąbli powietrza.

– Tak to my się nie dogadamy – mruknęła Ida pod nosem, unosząc świecę na wysokość twarzy. – Wracaj tam, skąd przybyłaś – powiedziała głośniej, choć było jasne, że nieznajoma nie mogła jej słyszeć. – Niedługo znów się spotkamy – obiecała z przekonaniem, po czym zdmuchnęła płomyk.

Zjawa wydała z siebie krótki, bulgoczący krzyk i już po chwili pozostał po niej jedynie poszum rozbryzgiwanej wody i ślady mokrych stóp na wytartym parkiecie.

Szamanka zerknęła na zegar tykający głośno nad lodówką. Dochodziła druga. Za oknem szalała jesienna zawierucha, deszcz głośno brzęczał o szyby, rozmazując światło ulicznych latarni w ruchliwe, pomarańczowe plamy. W jednostajnym jęku wiatru dało się słyszeć ciche zawodzenie zagubionej duszy, a to oznaczało, że nie mogła być daleko. Ida teoretycznie powinna bez chwili zwłoki udać się na poszukiwania, ale jeszcze nie upadła na głowę, żeby o takiej porze i w taką pogodę samotnie podążać tropem potencjalnej ofiary morderstwa. Tym bardziej że tuż po zabójstwie dziewczyna prawdopodobnie wciąż miała towarzystwo, którego za wszelką cenę należało unikać.

Ida przez moment rozważała, czy nie zadzwonić do Kruchego albo do swojego oficera kontaktowego z wrocławskiej policji kryminalnej, uznała jednak, że nie będzie nikogo wyciągać z łóżka w środku nocy, w dodatku na początku weekendu, tylko dlatego, że ma podejrzenia, za to żadnych dowodów na ich poparcie.

Zamiast tego pogasiła resztę świec i kadzidła, zdusiła w popielniczce pęki tlących się ziół, po czym z kubkiem herbaty w dłoni oraz rozmruczanym Gryzakiem pod pachą udała się wreszcie na zasłużony odpoczynek.

Parę godzin później wymaszerowała w mglistą, wilgotną szarość nadchodzącego świtu. Nie musiała zbyt mocno wytężać wewnętrznego Oka ani w ogóle zastanawiać się nad tym, dokąd zmierza. Nogi same prowadziły ją ścieżką między sennymi willami, a maleńka iskierka czekającej na nią duszy, która migotała w oddali niczym błędny ognik zagubiony pośród bagien, z każdym krokiem rozbłyskiwała jaśniejszym, cieplejszym światłem. Mokre liście mlaskały pod stopami szamanki i przyklejały jej się do butów, kałuże chlupotały, a ciężki, gęsty opar owijał się leniwie wokół kostek, stawiając niemal namacalny opór.

Po zaledwie dziesięciu minutach dotarła na miejsce. Zatrzymała się przed wysokim blokiem mieszkalnym w ładnej, spokojnej okolicy pełnej drzew, zadbanych trawników, ogródków działkowych i spacerowych alejek. Zadarła głowę, omiotła wzrokiem ścianę ciemnych okien. Budynek nie różniłby się absolutnie niczym od pozostałych domów przy tej ulicy, gdyby nie to, że klatka numer dziewięć przyzywała ją żarliwym, natarczywym szeptem.

Zanim szamanka zdążyła choćby pomyśleć, jak dostanie się do środka, z bramy wyszła zaspana kobieta z równie zaspanym spanielem, który niemal szorował nosem po betonie, co rusz potykając się o własną smycz. Ida uprzejmie przytrzymała im drzwi. Odpowiedziała na grzeczne, acz niezbyt przytomne „dzień dobry”, po czym dziarskim krokiem przekroczyła próg i ruszyła w stronę schodów.

Na czwartym piętrze musiała zwolnić, na szóstym przystanąć dla złapania tchu, na ósme wgramoliła się już wyłącznie siłą woli, przeklinając w duchu zdradzieckie papierosy oraz swoją pożałowania godną kondycję. Święcie przekonana, że lada moment albo wypluje płuca razem z krtanią, albo się udławi szaleńczo łomoczącym sercem, klapnęła tyłkiem na stopień, rozpięła kurtkę, przetarła rękawem spocone czoło. Kiedy już nieco uspokoiła oddech, podniosła głowę i wbiła pełne pretensji spojrzenie w drzwi z numerem dwadzieścia siedem.

Tak, to te. Bez wątpienia.

Umiała to stwierdzić nawet bez dotykania klamki, choć wcześniej na wszelki wypadek muskała dłonią wszystkie mijane po drodze na górę.

Nasłuchiwała przez chwilę, ale z mieszkania nie dochodził najmniejszy nawet dźwięk. Z cichym stęknięciem dźwignęła się na nogi, przyłożyła dłoń do framugi pokrytej łuszczącą się farbą.

– Czego chcesz? – warknął na nią wizjer. – Mówiłam ci tyle razy, żebyś dał mi spokój!

Ida zacisnęła powieki, starając się pochwycić szybkie powidoki, które rozbłyskiwały jej pod czaszką w bezgłośnych eksplozjach. Próbowała połączyć migawki w czytelniejszy obraz, ułożyć je w kolejności niczym kadry filmu, lecz umykały przed jej świadomością jak cienie przed płomieniem świecy, zanim zdążyła zarejestrować szczegóły. Dostrzegła jedynie zarys wysokiej i barczystej sylwetki. A potem poczuła potężną, brutalną siłę, z jaką niewyraźna postać naparła na zamykające się drzwi…

Szamanka gwałtownym ruchem cofnęła dłoń, otworzyła oczy, wypuściła bezwiednie wstrzymywane powietrze. Gdy stało się jasne, że mieszkanie nie ma jej już nic więcej do powiedzenia, wydobyła z torby mlecznobiały kryształ, który dostała od Kruchego na zakończenie szkolenia z wykrywania źródeł mocy, i ostrożnie położyła go na wycieraczce. Czekała blisko minutę, ale nie zmienił koloru, nie znalazł żadnych śladów magicznej energii – jeśli więc faktycznie doszło tu do przestępstwa, była to sprawa dla zwykłej policji.

Ida schowała amulet, dokładnie wytarła framugę jednorazową nawilżaną chusteczką do okularów. Powoli wycofała się spod drzwi, wsiadła do windy i wróciła na parter.

Kilka minut później siedziała na ławce obok placu zabaw po drugiej stronie bloku, popijając gorącą, słodką kawę z termosu. Dzień zapowiadał się piękny. Była to zaiste miła odmiana, gdyż w tym roku złota polska jesień za żadne skarby świata nie chciała trzymać się kalendarza. Wrzesień podejrzanie szybko przywdział żółto-rudo-brązowe barwy października, październik zaś, chociaż dopiero obejmował władzę nad światem, już teraz przypominał raczej końcówkę listopada: ponurą, deszczową i tchnącą nieprzyjaznym chłodem.

Dzisiejszy poranek dawał pewne nadzieje na poprawę pogody. Wiatr przegnał granatowe chmury, niebo na wschodzie powoli nabierało rumieńców od pierwszych nieśmiałych promieni słońca. Szamanka przez kilka chwil napawała się tym widokiem, a potem naciągnęła kaptur, wcisnęła dłonie głęboko w kieszenie kurtki, przymknęła powieki. Uwolniła duszę z ciała, pozwalając, by silniejszy podmuch uniósł ją razem z mgłą wysoko nad parującą ziemię.

Wślizgnęła się do mieszkania przez zasłonięte okno. Odrobina światła, która wpadała do salonu przez wąską szczelinę w kotarach, kładła się bladą, podłużną plamą na stole z resztkami kolacji, drobnymi ognikami płonęła w krysztale dwóch pękatych kieliszków, lśniła na gładkim szkle butelki czerwonego wina, migotała w wazonie z bukietem herbacianych róż, wciąż owiniętych ozdobną folią. Pozostałą część pokoju skrywał gęsty cień pogłębiony dodatkowo ciemnym kolorem ścian. Sunąca na oślep Ida nie wpadała na meble tylko dlatego, że chwilowo nie miała ciała, a wyjście do pogrążonego w półmroku przedpokoju znalazła czystym przypadkiem. Obróciła się niepewnie wokół własnej osi, szukając wzrokiem jakiegokolwiek punktu zaczepienia. Zamarła w powietrzu, gdy kątem oka dostrzegła cienką linię chłodnego blasku sączącego się przez szparę między podłogą a zamkniętymi drzwiami. Ida podpłynęła bliżej, wyciągnęła dłoń, pozwalając, by jej widmowe palce wtopiły się w lakierowane drewno.

– Co ty robisz, oszalałeś?! – wrzasnęło jej prosto do ucha. – Nie dotykaj mnie! Puszczaj, bo zacznę krzyczeć! Mówię poważnie, wynoś się w tej chwili, wyno…

Głos zamilkł w pół słowa. Rozległ się stłumiony krzyk, potem głośny plusk. I naraz wszystko ucichło.

Szamanka po krótkim wahaniu przeniknęła na drugą stronę drzwi.

Najpierw zobaczyła nogi. Drobne stopy o zadbanych paznokciach pociągniętych bladoróżowym lakierem. Zgrabne, ładnie umięśnione łydki. Kształtne, choć nieco zbyt kościste kolana.

Ida westchnęła w duchu i wolno zbliżyła się do wanny. Wybałuszone niebieskie oczy spojrzały na nią smutno zza zasłony mętnej od mydła wody. Krótkie włosy sterczały wokół głowy nieruchomą aureolą, rozczapierzone w pośmiertnym skurczu dłonie zaplątały się w zaciśniętą na szyi czarną tkaninę.

– Powiedziałam mu, że z nami koniec – zaszemrały kapiące z kranu krople. – Ale on postanowił zakończyć to po swojemu.

Szamanka nie odpowiedziała. Czekała, aż duch wyjdzie z ukrycia.

– Wiedziałaś, że to się wydarzy – stwierdziło oskarżycielsko lustro. – Wiedziałaś, wiedziałaś, wiedziałaś…

– I nie zrobiłaś nic – szepnął samotny pęcherzyk powietrza, rozpryskując się bezdźwięcznie na gładkiej powierzchni wody.

– Pozwoliłaś mi zginąć – wychrypiała skulona przy wannie postać, której jeszcze przed momentem z pewnością tam nie było. – Dlaczego?

Ida przycupnęła naprzeciwko zjawy, unosząc się tuż nad mokrymi kafelkami podłogi.

– Nie miałam wyboru – wyjaśniła ze znużeniem. I choć w zasadzie było to zgodne z prawdą, to i tak czuła się podle. – Nie wolno mi ratować tych, którym pisane jest umrzeć.

– Dlaczego?

– Bo wtedy musiałby umrzeć ktoś inny. Być może ja. Życie za życie. Śmierć za śmierć. Tak to niestety działa.

Podobno, dodała w myślach.

Zjawa zastanawiała się nad tym przez dłuższą chwilę.

– To musi być okropne – mruknęła wreszcie. – Wiedzieć, że komuś grozi niebezpieczeństwo, i tylko biernie czekać, aż wróżba się spełni. Nie zniosłabym tego. Nie wiem, jak ty to znosisz.

Szamanka odwróciła głowę, uciekła przed przenikliwym spojrzeniem błękitnych oczu. Dziewczyna trafiła w sedno, uderzyła w najczulszą strunę skrytą głęboko w zakamarkach Idowej duszy.

Kiedy blisko rok temu dopiero przyuczała się do zawodu pod czujnym okiem zmarłej ciotki, perspektywa biernego czekania, aż osoba, której śmierć przepowie, kopnie w kalendarz, nie wydawała się Idzie wcale taka zła. Prawdę mówiąc, nawet jej ulżyło. Już samą opiekę nad zbłąkanymi zjawami uznała wtedy za wystarczający wysiłek i aż nadto wielką odpowiedzialność, a co dopiero, gdyby miała jeszcze rzucać się na ratunek każdemu, kogo ujrzy w swoich wieszczych snach.

Ale teraz wszystko się zmieniło.

Po tym jak dosłownie przeszła przez piekło, żeby ocalić własną skórę na przekór wszelkim przepowiedniom, bezczynność i obojętność wobec tragicznego losu innych ludzi zaczęły nagle trącić hipokryzją. Nie umiała już siedzieć z założonymi rękami. Walka o przetrwanie za bardzo weszła jej w krew, wyrobiła odruchy, jakich szamanka wcale nie zamierzała w sobie dusić. I chociaż Ida znała zasady rządzące jej niewdzięczną profesją, przyłapała się na tym, że mimowolnie analizuje nocne wizje w poszukiwaniu wskazówek, symboli, ukrytych znaczeń – czegokolwiek, co pozwoliłoby jej odwrócić bieg wydarzeń. No bo skoro nawiedzające ją niedawno koszmary o jej własnym smutnym końcu nie okazały się ostatecznie żadnym nieuniknionym wyrokiem, lecz jedynie ostrzeżeniem, dlaczego nie miałaby traktować swojego daru jako syreny alarmowej? Sygnału do działania? Może wszystkie te senne przywidzenia odzwierciedlały zaledwie jedną z wielu wersji przyszłości zamiast scenariusza, który koniecznie musiał się spełnić?

Ida wcale nie była pewna, czy w decydującej chwili znalazłaby w sobie dość odwagi, aby z premedytacją złamać Prawa Śmierci, spróbować oszukać przeznaczenie i dla odmiany uratować komuś życie. A potem stawić czoło konsekwencjom. Odkąd powróciła z piekieł Demona Luster, przeprowadziła w zaświaty już ponad tuzin zjaw, lecz ani razu nie stanęła jeszcze przed podobną decyzją. Nie mogła wywołać ani zlokalizować dusz ludzi, którzy wciąż żyli, a jej złowróżbne sny jak na złość stały się tak niejasne i chaotyczne, że wprost niemożliwe do zinterpretowania, skutkiem czego Ida nie miała żadnych szans na jakąkolwiek interwencję i przybywała na miejsce, gdy było już za późno. Zupełnie jak gdyby tajemnicza siła wyższa czuwająca nad porządkiem wszechrzeczy przejrzała zamiary zbuntowanej szamanki i postanowiła pokrzyżować jej plany.

Zresztą w skrytości ducha Ida podejrzewała, że gdyby przyszło co do czego, gdyby naprawdę miała wybór, czy ratować, czy pomóc umrzeć… stchórzyłaby. Żadna z Teklowych ksiąg nie mówiła wprost, że za cudze życie musiałaby zapłacić swoim, istniała jednak taka możliwość. Szamanka tłumaczyła sobie, że pierwsza zasada jakiejkolwiek pomocy każe ratującemu unikać zbędnego ryzyka i dbać przede wszystkim o własne bezpieczeństwo, ale i tak czuła wstyd. Bo przecież dla niej samej ktoś zaryzykował. I tylko dzięki temu jeszcze tu była.

– Przyszłaś, żeby mnie zabrać w zaświaty, prawda? – zapytała dziewczyna po długiej chwili milczenia, wyrywając Idę z ponurych rozmyślań.

– Tak – odparła i nawet nie starała się ukryć ulgi.

Rzadko się zdarzało, aby duchy ludzi, którzy zginęli w tragicznych okolicznościach, nie tylko zdawały sobie sprawę z własnej śmierci, ale jeszcze potrafiły rozpoznać medium. Najgorsza w tej pracy – prócz bezczynnego czekania na kolejny zgon, rzecz jasna – była właśnie nader częsta i kłopotliwa konieczność uświadamiania duszom, że są już tylko duszami, a ich czas na ziemi bezpowrotnie dobiegł końca. Bardzo niewiele zjaw przyjmowało to z takim spokojem.

– A jeżeli nie zechcę stąd odejść?

– Twoja wola. – Szamanka wzruszyła ramionami. – Ale jeżeli pozostaniesz zbyt długo po stronie żywych, rozpłyniesz się w nicość. A to nic przyjemnego, wierz mi na słowo.

Dziewczyna zerknęła w stronę wanny. Zagryzła wargi, szybko odwróciła wzrok.

– Przecież nie mogę tego tak zostawić – wycedziła, a jej niebieskie tęczówki zabłysły od zimnego gniewu. – On musi zapłacić za to, co zrobił. Chcę go odnaleźć. Chcę mu zgotować piekło na ziemi. Chcę go nawiedzać i dręczyć w snach, dopóki nie oszaleje, nie wyskoczy oknem, nie podetnie sobie żył albo…

– Odradzam – przerwała jej spokojnie Ida. – Jeśli zmienisz się w poltergeista lub upiora, prędzej czy później dopadną cię pogromcy duchów. Oni nie dbają o to, czy wypędzana przez nich dusza trafi w zaświaty. Ich priorytetem jest dobro żyjących, a nie umarlaków. Jest znacznie lepszy sposób, żeby zniszczyć draniowi życie – dodała szybko, bo zjawa już otwierała usta, żeby wznowić protesty. – Powiedz mi dokładnie, co tu się wydarzyło, a ja poinformuję, kogo trzeba. Zrobię wszystko, żeby twój zabójca trafił za kratki, masz na to moje słowo. Tylko pozwól mi zabrać cię stąd w bezpieczne miejsce. Proszę.

Dziewczyna milczała długo, wodząc palcami po ciemnofioletowych wybroczynach na białej, łabędziej szyi.

A potem zwinęła dłonie w pięści, hardo poderwała głowę. I zaczęła opowiadać.

– Nie ma to jak świeży trup w piękny sobotni poranek – mruknął starszy sierżant Tomasz Smoczyński, gdy tylko Ida otworzyła drzwi jego samochodu i z ciężkim westchnieniem opadła na fotel pasażera.

Poszarzała ze zmęczenia cera, zmierzwiona blond czupryna i sinawe worki pod powiekami zdradzały, że podobnie jak szamanka niezbyt dobrze spał tej nocy. O ile w ogóle. Wyglądał, jakby broda w dowolnej chwili mogła mu opaść na szeroką pierś, ale jasnozielone oczy z żółtawymi obwódkami wokół źrenic pozostawały przytomne i bystre.

Ida wybąkała coś niewyraźnie w odpowiedzi. Drżącymi rękami wyjęła z torby termos, nalała do nakrętki aromatycznej kawy, siorbnęła łyk.

– Chcesz trochę?

Pokręcił głową, wskazując na tekturowy kubek ze Starbucksa, który tkwił w plastikowym uchwycie obok drążka zmiany biegów. Policjant przyglądał się bez słowa, jak dziewczyna wyciera rękawem resztki topniejącego szronu z policzków i brwi, jak zgina i prostuje zaczerwienione z zimna palce. Powstrzymał się od komentarza, choć słońce przygrzewało od samego rana i termometr na wyświetlaczu wskazywał prawie dwadzieścia stopni na plusie.

– Mam nadzieję, że niczego nie dotykałaś – powiedział sucho, właściwie jedynie po to, żeby przerwać przedłużającą się ciszę.

– Tylko framugi drzwi wejściowych. Nie martw się, wytarłam odciski. I nie, powtarzam raz jeszcze: nie mogę używać rękawiczek.

Nie zapytał dlaczego, mimo że strasznie go korciło. Właściwa odpowiedź brzęczała mu gdzieś z tyłu głowy, ale szybko przegnał ją ze świadomości. Odkąd jego przełożony, nadkomisarz Poniedziałek z komendy wojewódzkiej, przedstawił mu tę dziwną dziewczynę jako nieoficjalnego informatora policji kryminalnej, Smoczyński regularnie utwierdzał się w przekonaniu, że pewnych rzeczy po prostu lepiej nie wiedzieć.

– Marlena Zawadzka – powiedziała Ida zmęczonym głosem, strzepując mokry śnieg z włosów czarnych jak krucze pióra. – Świeżo upieczona studentka weterynarii. Mieszkanie, które zajmowała, należy do jej rodziców, oboje obecnie przebywają za granicą. Tu masz wszystkie nazwiska, telefony i adresy, jakie udało mi się zdobyć. – Podała mu wydobytą z kieszeni, gęsto zapisaną kartkę. – Marlena w przyszłym tygodniu skończyłaby dziewiętnaście lat, wczoraj wieczorem świętowała swoje urodziny ze starszym o dwa lata chłopakiem, Rafałem Mazurkiem. Romantyczna kolacja przy świecach, upojne chwile w sypialni, wspólna kąpiel… Masz obraz. Wyszedł od niej tuż przed pierwszą w nocy, a po kilku minutach usłyszała pukanie do drzwi. Była pewna, że to Rafał zapomniał komórki albo kluczyków od samochodu, co jak sama twierdzi, dość często mu się zdarzało, więc nawet nie wyjrzała na klatkę przez wizjer…

Umilkła na blisko minutę, lecz Smoczyński w ogóle tego nie zauważył. Umysł całkiem mu się zawiesił, zapętlił, po czym zaczął buzować, gdy dotarł do niego sens trzech niepozornych słów:

„jak sama twierdzi”.

Policjant wzdrygnął się lekko, wyobraziwszy sobie gadające zwłoki zamordowanej studentki, zaraz jednak skarcił się w duchu za tę idiotyczną myśl. Czym prędzej zdusił w zarodku kiełkujące w nim przypuszczenia oraz domysły, które nie miały racji bytu w jego zdroworozsądkowym obrazie świata. Nie miały, i już. Ida po prostu się przejęzyczyła, o tak, z pewnością. Alternatywa zwyczajnie nie wchodziła w grę.

Szamanka tymczasem pociągnęła duży, nieśpieszny łyk, wygrzebała z torby paczkę papierosów i zapałki. Pytająco zerknęła na Smoczyńskiego, a on bez słowa uchylił okna. Zapaliła, zaciągnęła się głęboko, przymykając powieki.

– Przed drzwiami stał jej eks, Patryk Górczewski, lat dwadzieścia trzy – podjęła, nie otwierając oczu. – Zerwała z nim blisko rok temu i jak już się pewnie domyślasz, kiepsko to przyjął. Wydzwaniał, pisał esemesy, nagabywał znajomych Marleny, wypytując, czy kogoś sobie znalazła, przychodził do kawiarni, gdzie dorabiała wieczorami na ćwierć etatu, i robił sceny na oczach klientów… Potem trochę się uspokoił i tylko od czasu do czasu wysyłał jej wiadomości z prośbą o spotkanie, które konsekwentnie ignorowała. Dzisiejszej nocy widziała go po raz pierwszy od wielu tygodni. Kazała mu iść precz, ale nie zdążyła zamknąć drzwi… – Urwała na moment, by wciągnąć do płuc kolejną porcję nikotyny. – Górczewski to kawał chłopa, bez trudu wdarł się do mieszkania. Musiał wiedzieć, że jej rodzice wyjechali, pewnie już od jakiegoś czasu obserwował dom. Zeszłej nocy zaczekał, aż Rafał sobie pójdzie i Marlena zostanie sama.

Ida strzepnęła popiół za okno. Milczała przez kilka chwil, obserwując wijący się w powietrzu dym.

– Udusił ją albo utopił – rzekła wreszcie bezbarwnym tonem. – Ciało leży w wannie pełnej wody, z czarną pończochą zaciśniętą wokół szyi.

– Skąd… – wyrwało się Smoczyńskiemu, ale zaraz ugryzł się w język. – Masz ubłocone buty – zauważył zamiast tego, wbijając wzrok w jej sfatygowane trzewiki. – Jeśli weszłaś do tego mieszkania…

– Nie weszłam, a przynajmniej nie w konwencjonalny sposób – przerwała mu, po czym uśmiechnęła się blado na widok jego miny. – Górczewski zabrał klucze i zamknął za sobą drzwi na cztery spusty, ale spokojna głowa. Nie zostawiłam po sobie żadnych śladów, jakie mogliby wykryć wasi kryminalistycy.

Odwrócił głowę, żeby nie dostrzegła, jak wykrzywia wargi. Choć jej zapewnienia jeszcze nigdy nie okazały się jedynie pustymi przechwałkami, choć w jej głosie nie zadźwięczała ani jedna arogancka nuta, choć doskonale wiedział, że bynajmniej nie próbowała mu zaimponować, tylko starała się rozwiać jego obawy, poczuł nagle taką irytację, że aż zaswędziała go skóra. Ida nie była zarozumiała i paradoksalnie miał jej to za złe. Bo gdyby była, dałaby mu doskonały powód, żeby zerwać tę niecodzienną współpracę, wycofać się znad niebezpiecznie cienkiej granicy między logiczną, przyziemną, namacalną rzeczywistością a światem, którego w ogóle nie znał i którego wcale nie życzył sobie poznawać.

Jeszcze trzy miesiące temu szydził bezlitośnie z kolegów po fachu, kiedy zamiast zatrudnić profilera do pracy przy wyjątkowo skomplikowanych śledztwach, zwracali się o pomoc do jednego z rzekomych jasnowidzów, wypromowanych przez pseudodokumentalne programy telewizyjne – nieznośnie pyszałkowatego typa, który bardzo dużo gadał i bardzo niewiele z tego wynikało. Smoczyński naprawdę wolałby nabijać się teraz z nadkomisarza Poniedziałka za sam pomysł angażowania w czynności śledcze kogoś takiego jak Ida oraz z samego siebie za to, że w ogóle dał się w to wciągnąć. A jednak ku swemu zdumieniu i rozczarowaniu nie miał żadnych powodów do kpin. Jakkolwiek niełatwo mu to przychodziło, musiał uczciwie przyznać, że z tą dziewczyną pracowało się o niebo wygodniej i skuteczniej niż bez niej. I chyba powoli zaczynał rozumieć, co go w tym wszystkim najbardziej wytrącało z równowagi: świadomość, że zamiast na własnym doświadczeniu oraz żmudnie zdobywanych kompetencjach coraz częściej polegał na tajemniczych umiejętnościach jakiejś pokręconej smarkuli.

Usłyszał, jak Ida nabiera powietrza, kątem oka dostrzegł, jak otwiera usta, żeby coś powiedzieć. Rozmyśliła się jednak w ostatniej chwili i ponownie zacisnęła wargi na papierosie. Rozżarzona końcówka zmieniła się z sykiem w kolejny wałeczek popiołu.

– Sąsiedzi niczego nie słyszeli? – zapytał oschle.

Wydmuchnęła ostatnią chmurę dymu, po czym zgniotła niedopałek w samochodowej popielniczce.

– Niestety nie. Piętro niżej trwała impreza, muzyka musiała zagłuszyć odgłosy szarpaniny.

– No to będzie trzeba poczekać, aż ten… jak mu tam? Oberek? – Zerknął na kartkę.

– Mazurek.

– Aż Mazurek odkryje zwłoki.

– Rafał nie ma kluczy. A poza tym pojechał na kilka dni na wieś do rodziców, wraca dopiero w środę rano.

– A koleżanki? Znajomi z pracy?

– Marlena wzięła sobie wolny weekend, z nikim się nie umawiała. Wczoraj rozmawiała z matką. Ze względu na różnicę czasu zdzwaniają się tylko dwa razy w tygodniu, w piątki i we wtorki.

– Niedobrze, cholera. – Smoczyński w zamyśleniu zabębnił dłońmi o kierownicę. – Zanim kogokolwiek zaniepokoi brak kontaktu z Marleną, zanim ktokolwiek stwierdzi, że trzeba zawiadomić policję, minie kawał czasu… A ja nie mogę po raz kolejny powołać się na anonimowy cynk o popełnionym przestępstwie, bo w końcu kumple zaczną podejrzewać, że sam mam coś wspólnego z tymi wszystkimi zgonami. Już teraz co poniektórzy krzywo na mnie patrzą.

– Byłbyś chyba pierwszym seryjniakiem o tak różnorodnym modus operandi – stwierdziła, siląc się na żartobliwy ton, ale z marnym skutkiem. – Rany od noża, wypchnięcie przez okno, trutka na szczury w pomidorowej, rzekome przedawkowanie leków, upozorowane powieszenie, a teraz utopienie łamane przez uduszenie… Niezły repertuar.

Policjant nie skomentował. Wyjął swoją kawę z uchwytu i wypił duszkiem.

– Poniedziałek nie przewidział na podobne sytuacje jakichś nadzwyczajnych procedur? – zagadnęła go po chwili.

– Nie. W naszej komendzie prawie nikt nie słyszał o żadnym WON-ie i nadkomisarzowi bardzo zależy, żeby tak pozostało. Wam, zdaje się, również.

Nie potwierdziła ani nie zaprzeczyła. Mruknęła coś niezrozumiale pod nosem, wzruszając ramionami, a to mogło oznaczać wszystko.

– Nienawidzę bezczynności. – Gniewnym ruchem zgniótł tekturowy kubek, po czym bez ceregieli cisnął go na tylne siedzenie.

– Witaj w klubie. – Ida wyjęła z kieszeni telefon, sprawdziła godzinę na wyświetlaczu. – Dobra, ja się zwijam, bo padam z nóg. Kiedy już dostaniecie zgłoszenie albo gdybyś miał jeszcze jakieś pytania, dzwoń.

– Podwieźć cię gdzieś? – spytał, przekręcając kluczyk w stacyjce.

Miał nadzieję, że odmówi, i chyba wyczuła to tym swoim szóstym zmysłem, bo przyglądała mu się przez kilka sekund z nieodgadnionym wyrazem twarzy.

– Nie – rzuciła wreszcie, a Smoczyński musiał się bardzo pilnować, żeby nie odetchnąć z ulgą. – Po tym wszystkim spacer dobrze mi zrobi. Ale dzięki za propozycję.

Machnęła mu dłonią na pożegnanie, odpowiedział lekkim skinieniem głowy. Gdy zatrzasnęła za sobą drzwi i ruszyła żwirową alejką przez zalany słońcem plac zabaw, pomyślał, że choć znakomicie sprawdzała się w roli informatorki, naprawdę, ale to naprawdę wolałby jej już nigdy więcej nie oglądać na oczy.

Rozdział drugi

– Wyglądasz gorzej, niż ja się czuję – przywitał się wesoło Kruchy. Szamanka nawet nie zauważyła, kiedy wszedł do sali odpraw i zajął krzesło obok niej.

– Ciężki weekend? – spytała.

– Chyba nie aż tak jak twój.

Nie musiała nic mówić, wystarczyło, że popatrzyła na łowcę ze zbolałą miną.

– Oho. Działo się, jak widzę. Co tym razem?

– Niby to samo co zwykle – mruknęła, ponownie wbijając wzrok w zgaszony ekran projekcyjny. – Ale nie do końca. Nigdy dotąd nie przeprowadzałam nikogo młodszego ode mnie. Straszne uczucie.

Łowca ze zrozumieniem pokiwał głową. Obserwował w milczeniu ponury profil szamanki, nie po raz pierwszy zdając sobie sprawę, że nie pamięta, kiedy ostatnio słyszał jej śmiech. Dokonywał tego odkrycia regularnie od ładnych paru tygodni i za każdym razem budziło w nim przykrą mieszaninę niepokoju oraz nie do końca zrozumiałej irytacji.

– Ta biedna dziewczyna nie skończyła nawet dziewiętnastu lat – kontynuowała Ida nie swoim, zupełnie wypranym z emocji głosem. – Dopiero co zdała maturę i zaczęła studia, niedawno znalazła nową pracę, po raz pierwszy w życiu naprawdę się zakochała. A na dodatek… – zająknęła się. Odgarnęła z twarzy splątane włosy, przez blisko minutę masowała w milczeniu podkrążone powieki.

Nauczony doświadczeniem Kruchy nie próbował jej popędzać. Czekał cierpliwie, obracając w palcach benzynową zapalniczkę.

– Podejrzewa, że była w ciąży – szepnęła wreszcie szamanka. – Patrzyłam na jej śmierć każdej nocy od przeszło miesiąca, ale sny ani razu nie pokazały mi żadnego dziecka. A skoro nie śniłam o dziecku, to by oznaczało, że nie powinno było umrzeć, a ja przybyłam za późno, żeby temu zapobiec. I na samą myśl o tym, że leżą tam teraz oboje i gniją w mydlinach… – Wzdrygnęła się, odwróciła głowę.

– To pewnie marna pociecha – powiedział łowca po chwili taktownej ciszy – ale może ta dziewczyna zwyczajnie się pomyliła, a ty niepotrzebnie robisz sobie wyrzuty?

– Obyś miał rację. – Skuliła ramiona, międląc w dłoniach powyciągane rękawy swetra. W niepojęty sposób przypominała teraz jednocześnie zagubioną, spłoszoną dziewczynkę oraz przygniecioną życiem staruszkę, która na nic już nie potrafi reagować inaczej niż tylko melancholijną rezygnacją. – Tyle że w gruncie rzeczy to bez różnicy, jest dziecko czy go nie ma. Ja już po prostu na dobre przestałam rozumieć, na cholerę mi dar widzenia przyszłości, skoro nie wolno mi jej zmieniać. Rok temu nawet się nad tym nie zastanawiałam, ale teraz, po tym wszystkim, co się wydarzyło… – Zerknęła na Kruchego. – No sam powiedz, jaki w tym jest sens? Przepowiednie potrafią mnie nawiedzać przez wiele długich tygodni, zanim wreszcie się urzeczywistnią, a ja się pytam: po co?

Nie miał na to żadnej odpowiedzi, więc tylko bezradnie rozłożył ręce.

– Otóż właśnie. Tekla twierdzi, że to po to, żeby mnie psychicznie przygotować do kolejnego zadania, jednak ostatnio… – Szamanka niespokojnie zawierciła się na krześle. – Ostatnio coraz częściej nachodzi mnie taka okropna myśl, że to nie śmierć zsyła mi sny, tylko moje sny zsyłają śmierć, a ja próbuję ścigać się z własnym umysłem…

– Urocza perspektywa.

– Wiedziałam, że ci się spodoba.

Wymienili blade uśmiechy.

– Rozmawiałeś z Rudą? – Szybko zmieniła temat, żeby przełamać wreszcie tę grobową atmosferę.

– A jak sądzisz, czemu się tu ukrywam? – Kruchy obejrzał się na drzwi, jakby chciał sprawdzić, czy czarownica przypadkiem nie podsłuchuje w progu. – Jest wściekła jak wszyscy diabli. Naskoczyła na mnie z samego rana i zaczęła coś pleść o zaległych raportach, które ma na biurku już od zeszłego wtorku. Zdecydowanie za dużo ostatnio pracuje, a za mało śpi, powoli przestaje ogarniać mapę…

– Powiedziała ci, dlaczego odwołała dzisiejszą odprawę?

– Taaaa… Warszawa przysłała nam kolejny zespół speców od deszyfrowania zaklęć – odrzekł na wpół z nadzieją, na wpół sceptycznie. – Ruda zamknęła się z nimi w konferencyjnym i właśnie składa sprawozdanie z tego, co udało nam się ustalić na temat zwłok w ogrodzie Kusiciela. Czyli już od przeszło godziny nawija o niczym, no bo przecież nadal guzik wiemy. Ale, ale – zreflektował się – my tu sobie gadu-gadu, a czy ty przypadkiem nie powinnaś być teraz na sesji z czytaczami?

– Znowu mi ją przełożyli – poskarżyła się, lecz Kruchy odniósł wrażenie, że w rzeczywistości przyjęła to z ulgą. – Dostali dziś do analizy nową partię zapisów z jaźni Szkudlarka i Karewicza, ponoć będą w nich grzebać przynajmniej do środy. Już od miesiąca odgrażają się, że prześwietlą mi głowę, żeby, cytuję, „zmapować ektoplazmatyczną aktywność umysłu oraz zidentyfikować indywidualną psychoenergetyczną sygnaturę daru wieszczego śnienia”, koniec cytatu. Czyli że co? Tak w praktyce?