Fake it - Sandra Nowaczyk - ebook
lub
Opis

Czy poznałaś kiedyś kogoś takiego, kto wydawał się odbiciem twojej duszy? Kogoś, z kim rozumiesz się bez słów i z kim każda chwila nabiera milionów znaczeń? Bez kogo życie stanie się całkiem puste? Sparks postanawia skończyć ze sobą. Jej analityczny umysł nie widzi innego rozwiązania… Życie straciło dla niej sens, gdy wiele lat temu zniknęła jej mama. Wszystko już zaplanowane – do zrobienia zostało już tylko jedno. Idzie w miejsce gdzie będzie mogła bezlitośnie wyszydzić i zdemaskować to, czego nie da się racjonalnie wytłumaczyć: intuicję, zdolność przewidywania, uczucia. Nie wie jednego: że spotka tam kogoś, kto rzuci jej wyzwanie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 288

Popularność


Wstęp

Gdy tylko przekraczam próg rudery, która ma być salonem wróżbiarskim, od razu wiem, że to kiepski pomysł. I nawet jeśli wizytę u tarocistki można by uznać za jeden z punktów nieoficjalnej listy rzeczy do zrobienia przed śmiercią, a ja mam zamiar umrzeć już zaraz, to i tak lekko tchórzę. Głupio jak cholera. Bo czego tu się bać? Samozwańczej wiedźmy, która za kilka dolców przepowie mi, że za jakiś czas stanę się bogata albo kogoś poznam? Gdzie tu logika? To przecież oczywiste – i raczej nieuniknione – że spotkam inną zbłąkaną duszę, bo skoro po ziemskim padole chodzi ponad siedem miliardów ludzi, a ja nie mieszkam na pustyni, to ryzyko, że wpadnę na kogoś nowego, wynosi dobre sto procent. A niech tylko wróżba powie, że w przyszłości stanę się sławna, to chyba będę się śmiać do utraty tchu.

Brutalny fakt: umrę dzisiaj.

To nie jest żadna życiowa metafora czy dygresja. To obiektywne stwierdzenie faktu, pozbawione uczuć niczym ja sama. Dla mnie nie ma żadnej przyszłości, karty tarota nie mogą przepowiedzieć, co się ze mną stanie za miesiąc, rok czy dziesięć lat, bo to po prostu niemożliwe. Dlatego że już dzisiaj, zaraz po wyjściu stąd, wrócę najzwyczajniej w świecie do domu, położę list pożegnalny na blacie w kuchni, otworzę okno, żeby przez chwilę rozkoszować się uderzeniem zimnego powietrza w twarz, widząc po raz ostatni nocny gwar, jasną łunę bijącą od miasta. Tuż potem wespnę się na parapet i wyskoczę bez czekania na zmuszający mnie do odwrotu sygnał od Boga. Nie ma szans na zawahanie się, zdecydowałam, wybrałam słuszną opcję, kierując się chłodną logiką i wyliczeniami. Upadek z dziesiątego piętra w ciągu kilkunastu sekund pozbawi mnie życia, wydusi resztę powietrza z płuc, zatrzyma akcję serca. Na szczęście nikt nie będzie mógł mi w tym przeszkodzić, będę mogła nacieszyć się cudowną samotnością w ostatnich minutach życia.

Ojciec nocuje u swojej laski. Nic bym do niej nie miała, gdyby ona nie miała nic do mnie. Tylko że kiedyś, gdy wróciłam ze szkoły, podsłuchałam jej rozmowę z ojcem. Nie usłyszeli trzasku zamykanych drzwi. Siedzieli w kuchni przy stoliku śniadaniowym, odwróceni tyłem do mnie. Ojciec trzymał Nadię za rękę, głaszcząc ją i przechylając głowę, podczas gdy ona mówiła. Dobrze znam te sztuczki. Jeśli miałabym wymienić najbardziej dwulicową osobę w promieniu stu kilometrów, osobę, która jest świetnym marketingowcem i doskonale spełnia się w pracy, a swoich sztuczek psychologicznych używa także bez jakichkolwiek hamulców w życiu codziennym, to wskazałbym mojego ojca. Stanowczo. Nie dziwię się Nadii, że dała się na to nabrać. Ja też bym się nabrała, gdyby nie to, że tyle razy podsłuchiwałam jego telefoniczne rozmowy z klientami. Potrafił okręcić sobie każdego wokół małego paluszka, prowadząc długie, inteligentne dysputy i dając przy tym odczuć rozmówcy, że to on jest na wygranej pozycji.

Z ust Nadii wylewał się potok słów. Każde zdanie było o mnie i każde raniło tak samo. Zabawne, jacy ludzie stają się szczerzy i otwarci, mówiąc o tobie, gdy nie ma cię w pobliżu. Pamiętam szczególnie taki fragment: „Ona jest dziwna, nie uważasz? Owszem, dzieci w jej wieku mają te słynne fazy buntu. Ale jej zachowanie jest nienormalne, założę się, że to już podchodzi pod chorobę psychiczną. Nie sądzisz?”. Ojciec odpowiedział coś kojącym głosem, nie przestając gładzić jej po ręce. A ona niewzruszona ciągnęła dalej: „Boję się przebywać w twoim domu. To znaczy… ona ma taki wzrok, że człowiekowi ciarki przechodzą po plecach. Potrafi jednocześnie patrzeć na ciebie przeszywającym spojrzeniem i nie przestawać pisać w swoim notatniku. Zajrzałam raz do niego. Zupełnie przypadkiem, przysięgam. Były tam wzory, ciągi liczb, sekwencje”. W tym momencie lekko otworzyłam usta. Nadia przeglądała mój notatnik? Mój prywatny zeszyt z osobistymi zapiskami? Jakim, do cholery, prawem? Umknęła mi odpowiedź ojca, ale zaraz znowu słyszałam jej głos, teraz nieco wyższy, wskakujący na płaczliwe tony: „Robert, nie chcę mieszkać w tym domu. Potrafisz mnie zrozumieć? Boję się, że któregoś dnia ona weźmie w nocy nóż i spróbuje mnie zabić. Jak ty tu wytrzymujesz? Czy… ona zawsze taka była? Taka… niepokojąca? Nie da się z nią porozmawiać. Mam wrażenie, że jest zbyt skryta. Nie uśmiecha się ani nie płacze, zupełnie jakby nie miała emocji”.

Takich właśnie słów używają ludzie, kiedy nie chcą powiedzieć prawdy wprost, ale pragną dać ją łagodnie do zrozumienia. Nie nazwała mnie świruską, popapraną nastolatką, wariatką. Nie, powiedziała, że jestem „niepokojąca”.

Ojciec na to odpowiedział cicho: „Nie, nie zawsze. To się zaczęło po odejściu… Diany”. To skończyło dyskusję, zamknęło usta Nadii i nic już nie odpowiedziała. Wiem, bo czekałam jeszcze chwilę. Wszyscy reagują tak samo na wspomnienie o mojej matce, która pewnego dnia wyszła z domu i nie wróciła. Są zdolni tylko do wymamrotania krótkiego „przykro mi” albo szybkiej zmiany tematu. Reakcja Nadii nie była niczym nowym. Dodatkowo w naszym domu funkcjonuje niepisana zasada, że nie mówimy o matce, choćby nie wiem co, albo ucinamy dyskusję najszybciej, jak się da. Ta opcja mi bardzo odpowiada.

Zatrzymuję się w wąskim korytarzu rudery, zastanawiając się, po jaką cholerę ja tu przyszłam. Może po prostu chcę oszukać przeznaczenie, pokazać, że nie istnieje coś takiego jak czary. Stoję i myślę, czy się z tego nie wymigać, wyjść i skończyć ze sobą już teraz. Robi mi się niewygodnie we własnym ciele. Każdy włosek na moim przedramieniu podnosi się, pojawia się gęsia skórka. To niemal boli. Czuję się tak bardzo obco, przytłoczona i mam już szczerze dość tego uczucia, bo nie da się go w żaden sposób usunąć albo chociaż zdusić.

Wyjmuję kartkę z listem pożegnalnym. Jest zmięta i niemal rozdarła się na środku, ponieważ składałam ją i rozkładałam już chyba miliony razy. Brzeg z jednej strony jest postrzępiony, bo wyrwałam stronę z tego samego notesu, w którym grzebała Nadia. W liście nie ma słów, są tylko obliczenia i krótkie komentarze. Między innymi ten, żeby nikt się nie martwił, bo nie będę czuła długo bólu. Chwytam się tej kartki jak ostatniej deski ratunku, przystawiam ją do nosa. Nie czuję żadnego zapachu, niczego znajomego. Nic.

Wpatruję się w ostre litery, małe, konkretne, o kanciastych brzegach. Kiedyś miałam takie piękne pismo – okrągłe, dziecinne. Spisywałam nim historyjki, które dawałam do przeczytania mojej matce. Wesołe bajeczki o zwierzątkach zawsze kończyły się dobrze. Ale ta era już dawno się skończyła; jej kres nastąpił gwałtownie i w efekcie wyginęły wszystkie dinozaury. Od tego czasu nie napisałam ani jednego opowiadania, chociaż ogromnie to kochałam. Od tego czasu przerzuciłam się na obliczenia, suche fakty. Liczby nie kłamią, nie mamią jak słowa. Nie oszukują, nie obiecują jak własna matka, że będą zawsze i nigdy cię nie zostawią. Nie, liczby prowadzą od punktu a do punktu b. Nie ma na marginesach zmyślnych historii, splecionych słów pełnych emocji, żadnego lania wody. Czyste fakty, proste tezy, prostolinijne rozwiązywanie problemów.

Nie chowam listu z powrotem do kieszeni. Trzymam go w ręce jak amulet. Sama nie wiem, po co. Żeby się poczuć bezpiecznie? Jakie to żałosne. Dlatego właśnie dłużej się nad tym nie zastanawiam, tylko przesuwam wzrokiem po nędznym korytarzu. Ściany są obklejone ciemnoczerwoną tapetą w romby, która odłazi w kątach przy suficie i podłodze. Z sufitu zwisa goła żarówka. Na końcu korytarza widzę niby-drzwi zrobione z koralików. Poruszają się wahadłowym ruchem, pewnie przez przeciąg, który zrobiłam przy wejściu.

To miejsce nie ma w sobie za grosz uroku. Jest po prostu obskurne w taki sposób, że ma się ochotę odwrócić na pięcie, jak najszybciej stąd wyjść i wymazać z pamięci drażniący zapach stęchlizny.

Muszę się uspokoić i przestać nerwowo skubać wargę. Wyciszyć myśli, złapać oddech, opanować emocje, natychmiast. Niedługo to wszystko ucichnie, a ja będę mogła się zapaść w nicości.

Niedługo.

Kiedy już w niecałe pięćdziesiąt pięć sekund udaje mi się wypracować stoicki spokój, na który składają się kamienna twarz i opanowana postawa, zostaje on zburzony w mgnieniu oka.

Czuję zimny powiew powietrza na karku. Mam wrażenie, że włosy na głowie stają mi dęba, a przez całe ciało przeskakują iskry. To zbyt niepokojące uczucie. Instynkt w mgnieniu oka podsuwa mi dwie opcje do wyboru – zerwać się do ucieczki albo odwrócić się i spojrzeć temu czemuś twarz. Wybieram drugą możliwość.

Odwracam się na pięcie, chowając za plecami list. Przede mną stoi dziewczyna, na oko metr sześćdziesiąt pięć, średniej długości blond włosy poprzetykane jasnymi pasemkami, szczupła. Ubrana w prostą białą koszulkę i sprane dżinsy. Nie wyglądają na drogie, więc nowo przybyła nie należy raczej do elity, chyba że jest jedną z tych dziewczyn, które polują w second-handach, żeby pochwalić się przyjaciółeczkom oryginalnymi zdobyczami. Nie, ta opcja raczej odpada. Wracam spojrzeniem do jej twarzy, dziwnie znajomej. Usta wygięte na kształt uśmiechu; widzę go też w jej oczach, lekko skośnych, jakby któryś z jej przodków miał azjatyckie korzenie. Chociaż dziewczyna tak naprawdę się nie uśmiecha.

Analizuję to wszystko chłodnym wzrokiem, nie daję po sobie poznać, jak bardzo jej wejście wytrąciło mnie z równowagi. Mam wrażenie, jakbym skądś ją znała. Towarzyszy mi bardzo niepokojące uczucie gnieżdżące się w okolicy splotu słonecznego. Zwalam to od razu na karb zmęczenia psychicznego oraz przewrażliwienia. Ewentualna opcja – chodzi do mojej szkoły, może mój mózg całkowicie bezwiednie zarejestrował jej twarz na szkolnym korytarzu. Nie ma innej możliwości, nie chodzę w żadne miejsca, gdzie bywają takie dziewczyny jak ona. A wygląda na taką, co zalicza jak najwięcej zajęć dodatkowych, żeby mieć więcej punktów na studia. Po przyjaznym wyrazie twarzy stawiam na coś społecznego, może samorząd szkolny albo redakcja gazetki.

Stop. Co ja robię? I dlaczego się przejmuję? To i tak nie ma zupełnie znaczenia, skąd i czy w ogóle ją znam. Nie ma. To nic nie znaczy. Jednak mój mózg najwyraźniej w ostatnich godzinach życia chce wchłonąć każdy obraz, dźwięk, za wszelką cenę wszystko zapamiętać. Albo ma to na celu chomikowanie wspomnień przed ostatecznym końcem, albo w ten podstępny sposób mój umysł stara się mnie odwieść od samobójczego planu. Na pewno nie. Nie wycofuję się, nigdy. A gdybym miała jakieś wątpliwości, to wystarczy, że spojrzę na list pożegnalny, na masę obliczeń, które mają opisać moje życie.

Mimowolnie przechylam głowę na bok. Przysięgam, że robię to odruchowo i natychmiast się na siebie wściekam. Czuję, że tracę powłokę opanowania, a to bardzo źle. Muszę za wszelką cenę ją przywrócić. Zaciskam zęby, nie mówiąc ani słowa. Prostuję plecy.

– Na którą? – pyta dziewczyna tak po prostu, bez żadnych ceregieli, sztucznej otoczki życzliwości dla obcych ludzi.

Wiem od razu, o co pyta.

– Dziewiętnastą – odpowiadam, wypuszczając bardzo wolno powietrze z płuc. Tętno zwalnia do pięćdziesięciu uderzeń na minutę.

Kiwa głową z miną, której nie potrafię rozszyfrować. Przeszukuję wszystkie znane mi słowa poukładane w katalogach w mózgu, ale nie umiem znaleźć wyrażenia opisującego emocje na jej twarzy. To całkowicie nowe uczucie.

– Ja na osiemnastą trzydzieści. Chyba jestem przed tobą – mówi.

Jestem za wcześnie. Straciłam rachubę czasu, myślałam, że jest już dużo później. Wyszłam z domu w pośpiechu, chcąc po raz ostatni zobaczyć tętniące dookoła mnie życie. Chodziłam po ulicach i przyglądałam się wszystkiemu, a potem przestraszyłam się, że się spóźnię, i przyszłam tu.

– Zamierzasz stać tak w progu, blokując wejście? – pyta, widząc mój brak zainteresowania rozmową.

– Nie. Dopiero weszłam.

Uśmiecha się, ale wychodzi to raczej blado przez kręgi rysujące się pod jej oczami. Słabe oświetlenie w korytarzu nie kryje ostro zaznaczonych kości policzkowych, suchych włosów bez połysku, skóry o niezdrowym kolorze. Czyżby dopiero co skończyła imprezować?

Dziewczyna zauważa moje analizujące spojrzenie i jej twarz pokrywa się rumieńcem. Dziwna cecha, która mi do niej nie pasuje. Wygląda bardziej na taką, co kocha być w centrum zainteresowania i robi wszystko, byle tylko czyjeś spojrzenie choć na sekundę skierowało się w jej stronę. Na królową życia. To skąd ten rumieniec?

Ta dziewczyna jest pełna sprzeczności. A ja po raz pierwszy nie umiem kogoś rozgryźć, przeanalizować w pełni. Zwykle ludzie są nieskomplikowani, tak prości, że wystarczy kilka minut, by móc opowiedzieć o nich wszystko. Wystarczy spojrzeć na to, jak wyglądają ich paznokcie, obserwować, w jaki sposób się zachowują, kiedy myślą, że nikt ich nie widzi, rejestrować każdy szczegół.

Dziewczyna wyciąga rękę przed siebie, gestem pokazując mi falującą w przejściu zasłonę z koralików, do których jestem odwrócona plecami.

– Możemy przejść do poczekalni?

Jakie „my”?

Przechodzę jak najszybciej do drugiego pomieszczenia. Kolejny fakt o mnie – nie umiem znieść, kiedy ktoś znajduje się za moimi plecami, czuję się jak zwierzę, które znalazło się w potrzasku. Dlatego teraz idę szybkim krokiem, ale nie na tyle szybkim, by ktoś mógł powiedzieć, że jestem zdenerwowana. Docieram na miejsce i od razu odwracam się w stronę dziewczyny.

Poczekalnia jest w zdecydowanie lepszym stanie niż korytarz, ale dalej nie można jej określić słowem „przytulna”. Pod ścianą stoją dwie drewniane ławki wyglądające, jakby ktoś ukradł je z parku. Tutaj tapeta jest ciemnofioletowa w kwieciste wzorki. Niemal całą podłogę przykrywa czerwony dywan, imitujący perski. Na ścianach powieszono obrazki przedstawiające wyobrażenie ludzkich ciał z czakrami, wszystkie w brązowych ramkach.

– Usiądziemy? – pyta dziewczyna. Jej ton nie jest wcale wrogi, wydaje się niemal przyjazny. Nie czekając na moją odpowiedź, siada na ławeczce, wyciągając nogi przed siebie. Dopiero potem podnosi wzrok i patrzy mi prosto w oczy, a jej spojrzenie niemal przeszywa mnie na wylot. Na szczęście mam już na tyle wyćwiczoną sztukę panowania nad sobą, że nawet powieka nie drgnie mi ze zdenerwowania.

Wydawałoby się, że człowiek, który ma świadomość, że za kilka godzin umrze, nie powinien się niczym przejmować, jednak ja nie przestaję dbać o to, jak wyglądam na zewnątrz, jakie sprawiam wrażenie. To raczej kwestia tego, że trudno pozbyć się nawyków budowanych latami, które zdążyły się stać częścią mojego jestestwa.

– Zawsze jesteś taka milcząca? – odzywa się ponownie dziewczyna. Posyłam jej najbardziej chłodne spojrzenie, na jakie mnie stać. Nie do wiary, że tuż przed śmiercią muszę spędzać czas z kimś, kto czuje potrzebę trajkotania o niczym, byle tylko zapełnić pustkę nic nieznaczącymi słowami. Dziewczyna jednak nie odwraca wzroku, co też jest zaskakujące. A może raczej – intrygujące. Niewielu jest takich ludzi jak ona. Na moje spojrzenia wszyscy zazwyczaj reagują natychmiastowym spuszczeniem oczu.

Ignoruję jej pytanie.

– Dziwnie tu pachnie – mówię. Mój głos brzmi spokojnie, jest zupełnie niepodobny do tego, jak wyobrażam sobie ton samobójcy. Ciekawe, czy zgadłaby, że już za kilka godzin nie będzie mnie na tym świecie, a ona jest prawdopodobnie jedną z ostatnich osób, z którymi rozmawiam.

Kiwa głową w stronę ściany na prawo ode mnie.

– To pewnie przez te świeczki.

Faktycznie. Na stoliku przy ścianie pozapalano aromatyczne świeczki, które drażnią mój nos i szczypią w oczy. Czuję mieszankę cynamonu, bergamotki i czegoś jeszcze, może owoców leśnych. Nie pytam o pozwolenie, tylko gaszę je, jedną po drugiej. Następnie wracam do dziewczyny i siadam obok niej na ławce, zachowując odpowiednią odległość.

Ma skrzyżowane ręce i wzrok utkwiony gdzieś na suficie, ale nie mogę określić, czy to dlatego, że jest z jakiegoś powodu zła, czy też coś ją gryzie.

– Masz jakiś problem? – pytam, zanim zdążę ugryźć się w język. Nagle mam przemożną ochotę, żeby ją przytulić. To uczucie jest mi obce. Skąd się wzięło? Dziwne. Dlatego biorę wdech i wyrzucam je z głowy.

Po raz pierwszy słyszę jej śmiech. Spogląda na mnie, a w policzkach pojawiają się jej dołeczki. Z jakiegoś niewiadomego powodu robi mi się ciepło na sercu. Może to dlatego, że śmieje się tak szczerze, a ja nie mogę sobie przypomnieć momentu, kiedy ktoś szczerze śmiał się w mojej obecności.

– Nagle nabrałaś ochoty na rozmowę, i to od razu o problemach?

– Nie – odpowiadam. – Nie musimy gadać. Nie czuję potrzeby rozmawiania o czymkolwiek – dodaję.

– Przerażasz mnie – mówi.

– Niby czemu?

Unosi brwi, zaciskając palce na kolanach.

– Co „czemu”? – pyta, nie rozumiejąc.

Przechylam głowę. Czy ona udaje?

– Powiedziałaś, że cię przerażam. Dlaczego?

Teraz marszczy brwi i lekko się ode mnie odsuwa. Na jej twarzy wyraźnie maluje się niedowierzanie.

– Naprawdę powiedziałam to na głos?

– Słyszałam przecież. Nie mam schizofrenii, to nie ukryta kamera.

– Niech ci będzie. – Wzrusza ramionami, starając się pokazać, jak bardzo jej to nie obchodzi. Gest jest tak sztuczny, że od razu wiem, że ta dziewczyna udaje. Jest bardziej zaintrygowana niż przestraszona tym, że usłyszałam coś, czego nie powiedziała. Ja zresztą w to nie wierzę. Nie ma czegoś takiego jak telepatia.

Wyciąga rękę w moją stronę. Na jej twarzy pojawia się lekki uśmiech, a ja już wiem, że mi się to nie podoba, bo dziewczyna sprawia wrażenie, jakby wiedziała o czymś, o czym ja nie wiem.

– Jestem Indigo. A właściwie to Indie.

Odwzajemniam uścisk, a gdy nasze dłonie się spotykają, czuję dziwne mrowienie, jakby ręka mi zdrętwiała. Muszę ponownie wziąć głębszy oddech, który wcale nie jest oznaką opanowania. Puszczam jej dłoń i natychmiast krzyżuję ręce, żeby ogrodzić się od tego uczucia. Nie wiem, co się dzieje.

– Sparks.

– To imię czy nazwisko? – dopytuje Indie.

– Nazwisko.

– A imię?

– Nie używam – mówię. Chociaż mam na imię Sara, to i tak nikt się do mnie zwraca w ten sposób. Nauczyciele, Nadia, każdy, kto mnie zna. Nawet ojciec mówi do mnie „dziecino”. Sama nie wiem, skąd się to wzięło i czy miało jakąś konkretną przyczynę, ale tak już się przyjęło i specjalnie mi nie przeszkadza.

– Zawsze jesteś taka ponura? Czy po prostu boli cię, kiedy się uśmiechasz? – Chociaż brzmi to, jakby chciała mi dogryźć, to wiem, że stara się żartować. Nawet udaje jej się wywołać coś na kształt uśmiechu kiełkującego w moim wnętrzu, jednak ostatecznie zachowuję pokerową twarz.

Postanawiam kontynuować jej grę.

– A ty zawsze zadajesz pytania jak agentka CIA?

Parska śmiechem, a jej ciało nieco się rozluźnia. Kładzie dłonie na ławce, przez co zajmuje więcej przestrzeni i skraca dystans między nami. Nie powinno mi się to podobać. To nic nie znaczy. Wszystko nic nie znaczy. Właśnie dlatego mam nadzieję, że za kilka godzin moje serce przestanie bić.

Tym razem Indie ignoruje mój sarkastyczny komentarz. Postanawia zmienić temat:

– Dlaczego tu jesteś?

– Masz na myśli, dlaczego jestem na tym ziemskim padole? Jaki jest tego powód? Wagarowałaś na biologii? Mam powtórzyć z tobą materiał o kwiatkach i motylkach? – Puszczam do niej oko, zanim zdążę zapanować nad tym, co robię.

– Nie.

Stop. Stop.

Co się dzieje? Dlaczego, chociaż za kilka godzin umrę, żartuję jak gdyby nigdy nic z kimś, kto dla mnie nic nie znaczy? Czy tak jest zawsze, gdy wiadomo, że wkrótce wszystko się skończy? Człowiek dostrzega więcej, czuje więcej, wchłania wszystko w siebie, każdy szczegół, drobiazg. Wyostrza mu się dowcip. Szkoda, że w żadnym podręczniku nie napisano, że samobójcy na krótko przed śmiercią zachowują się z taką dozą nonszalancji.

Indie też się śmieje i z jakiegoś powodu lubię na to patrzeć. Miło jest wiedzieć, że ktoś się śmieje w twojej obecności. Z tobą, a nie z ciebie.

– Nie – powtarza. – Chodzi mi oczywiście o to. – Zatacza ręką koło. – Dlaczego właśnie tu przyszłaś? Nie wyglądasz na osobę, która wierzy w takie rzeczy.

– Bo nie wierzę, Indie. – Czemu jej imię brzmi tak znajomo, tak przyjaźnie, że mam ochotę wypowiadać je w kółko i ułożyć dla niego specjalne równanie z niewiadomą? – Magia według mnie nie istnieje.

– A dusza? Dusza to też jakaś forma magii.

– Nie wierzę w duszę. Nie mam jej, nie czuję, że ją mam. Jak ona wygląda? Jestem w stanie uwierzyć tylko w rzeczy, które widzę. Takie, które można potwierdzić naukowo.

Otwiera szerzej oczy.

– To tym bardziej – komentuje pod nosem i parska. – Co cię w takim razie tutaj sprowadza?

– Chcę przechytrzyć tych wszystkich wróżbitów i udowodnić im, że magia nie istnieje.

Kręci głową. Jest coś takiego w jej reakcji, w tym uniesieniu jednego kącika ust, co sprawia, że staję się zaintrygowana jak wtedy, gdy nauczyciel napisze na tablicy jakieś wyjątkowo trudne równanie, a ja mam za zadanie je rozwiązać. Nachylam się w jej stronę.

– A ty? – pytam.

– Wierzę w magię. – Tym razem jest poważna, mimo że na jej twarzy błąka się uśmiech. Jednak zaraz odchrząkuje, marszcząc brwi, a kąciki jej ust opadają. – Moja babcia czasem mi wróżyła, ale umarła kilka miesięcy temu. Tarot zawsze się sprawdza, a ja jestem ciekawskim stworzeniem, więc przychodzę tu czasami, kiedy czuję, że potrzebuję odpowiedzi.

Nie mówię żadnego „przykro mi” z powodu śmierci jej babci. Te słowa są tak banalne, zbyt często używane, że nie ma sensu ich wypowiadać, skoro i tak nic nie zmienią.

– Jakiej potrzebujesz odpowiedzi? Gwarantuję, że tylko w obliczeniach leżą odpowiedzi, a nie w jakichś kartach. To bzdura.

– Zawsze jesteś taka szczera? – Ton tego pytania nagle wydaje się oschły. Oscylujemy gdzieś pomiędzy dyskusją a słowną potyczką. Nie pozostaje mi nic innego, jak kontynuować tę rozmowę, bez względu na to, dokąd nas ona zaprowadzi.

Uśmiecham się najszerzej jak potrafię.

– Kiedy człowieka dzieli kilka godzin od śmierci, Indie, to myśli butnie, że może sobie pozwalać na bezceremonialność.

Czekam na jej reakcję. Uwielbiam to robić. Rzucać coś niby mimochodem, żeby każdy pomyślał, że tylko żartuję, ale tak naprawdę mówić coś w stu procentach poważnie. Obserwuję każdy jej ruch. Rejestruję nawet najmniejsze szczegóły. Drga jej lekko lewa powieka. Moja towarzyszka zakłada kosmyk włosów za ucho, zanim się odezwie. Myśli, zanim cokolwiek powie. To oznaka inteligencji. Widzę, jak analizuje mnie, moje słowa. Nie podoba mi się, że nie złapała haczyka, chociaż wszyscy zawsze dają się nabrać na tę sztuczkę z pośrednią szczerością.

Indie otwiera usta, jednak w tym momencie bez niczyjej pomocy, za to ze słyszalnym skrzypnięciem drzwi otwierają się na całą szerokość. Obydwie podnosimy się z miejsc, jednak moja reakcja jest bardziej opanowana, mniej gwałtowna. W porównaniu z Indie ruszam się powoli, ociężale, jakbym znajdowała się pod wodą. Patrzymy na siebie. Brodą wskazuję drzwi, dając jej znak, żeby weszła.

– Zawsze stosują tu takie groteskowe sztuczki?

Indie powoli kręci głową. Stara się sprawiać wrażenie, że się nie przejęła, ale widzę, że coś ją ruszyło.

Z pokoju obok dochodzi dziwny głos, jakby stylizowany, by brzmieć strasznie jak z horroru.

– Wejść.

Nie wiem czemu, ale czuję, że muszę dodać Indie otuchy, więc mówię:

– Założę się, że u każdego starają się wzbudzić taki strach. – Następnie dodaję szeptem: – To żebyś uwierzyła w tę ich magię. Dzięki temu będziesz skłonna zapłacić więcej za wróżby. Ale nie martw się, ja tu będę. Więc w razie, gdyby chcieli okroić cię z ostatniego drobniaka, krzycz.

Indie dziękuje mi pojedynczym skinieniem głowy i znika w pokoju.

Świetnie, czeka mnie teraz pół godziny nicnierobienia. W tym czasie będę mogła się zastanowić, co ja, do cholery, wyprawiam w ostatnich godzinach życia. Dlaczego żartuję sobie w najlepsze, jakbym znalazła koleżankę do plotek przy latte z odtłuszczonym mlekiem jak każda zwyczajna nastolatka? Ja już praktycznie umieram. Gdybym miała duszę, to byłaby czarna, brzydka, ociężała, pozbawiona kształtu, przygnieciona zmęczeniem, bez chęci do walki.

Nie mam czasu ani powodu bawić się w jakieś nowe znajomości. A już na pewno nie powinnam sugerować, że zamierzam się zabić. Gdyby Indie zrozumiała, co chcę zrobić, byłoby źle. Bardzo źle. Bo ja nie mogę pozwolić, żeby ktokolwiek pokrzyżował mi plany. Jestem zdecydowana, znam mój cel. Tak jak w równaniu. Nie zamierzam wdawać się w dyskusje, krążyć między wierszami, interpretować czyjeś słowa i zachowania. Jestem zdeterminowana. Nie stać mnie na błąd właśnie teraz, kiedy od śmierci dzieli mnie tylko kilka godzin i z każdą sekundą ten czas maleje.

Życie jest nic niewarte. Szczególnie gdy czuje się w każdej chwili, o każdej porze dnia poczucie winy. Moja dysfunkcyjna – jak się okazało – matka któregoś dnia wyszła bez słowa z domu z wszystkimi swoimi rzeczami. Przeze mnie. I dlatego pozwalam, żeby to uczucie przygniatało mnie codziennie. Chcę zadośćuczynić za to wszystko.

Ona tak po prostu wyszła, zostawiła nas. Mnie, ojca. Spakowała rzeczy, udając, że wcale nie ma rodziny. Jak można tak zrobić? W jednej chwili czytać córce na głos lekturę szkolną, pomagać jej w odrabianiu lekcji, gotować mężowi obiad, wyglądając przez okno, czy już przyjechał z pracy. Być przykładną żoną, matką, panią domu. Zapraszać koleżanki na kawę, chodzić na zajęcia jogi, zabierać córkę co tydzień do sklepu zoologicznego tylko po to, by pooglądała zwierzątka. A następnie, w kolejnej chwili, wrzucić byle jak ubrania do walizki, zamówić taksówkę i wyjść. Po co? Dlaczego? Jak to się mogło stać?

I czemu niezmiennie od siedmiu lat przerabiam to wszystko w głowie, mielę niczym niszczarka do papieru? Rozkładam na części pierwsze. Analizuję, czy mogłam jakoś temu zaradzić, zapobiec. Powiedzieć inaczej jedno słowo, zrobić coś w inny sposób. Taki efekt motyla. Na pewno jest jakieś rozwiązanie i gdybym się postarała i zatrzymała na chwilę, mogłabym zmienić bieg wydarzeń. Takie myślenie zajmuje mi całe noce, kiedy zamiast leżeć w łóżku, siedzę na parapecie i patrzę przez okno, jakbym spodziewała się, że zobaczę matkę wracającą do domu. Przecież musiał być jakiś powód.

A skoro go nie widzę, to jestem pewna, że to musiałam być ja. Zrobiłam coś takiego, że matka nie chciała mnie dłużej oglądać. A przynajmniej nie zrobiłam nic, żeby została.

Ale i tak jak zawsze w końcu stwierdzam, że bardziej sensowne jest nauczenie się na pamięć kolejnych cyfr po przecinku z liczby pi.

Czuję, że powoli ogarnia mnie panika.

Stop z myśleniem. To i tak do niczego nie prowadzi. Wyjmuję zeszyt z małego plecaka, bez którego nigdzie się nie ruszam. To nie jest ten słynny notes, bo tamten akurat się skończył. To zresztą zabawne – jedną z ostatnich kartek poświęciłam na napisanie listu pożegnalnego. Trzeba było nie kupować nowego zeszytu. To by było takie poetyckie, takie symboliczne: skończony, zapełniony notes, który jednocześnie symbolizuje koniec mojego życia.

W plecaku znajduję też długopis bez zatyczki. Otwieram zeszyt na pierwszej stronie i zaczynam spisywać po kolei ciąg cyfr z liczby pi, żeby jakoś uspokoić myśli. Następną stronę zapełniam ciągiem Fibonacciego. Ale to mało pomaga – czuję chaos, który powoli obejmuje cały mój mózg. Na chwilę zamykam oczy, biorę wdech nosem, zatrzymuję na kilka sekund powietrze w płucach i zaraz wypuszczam je ustami. Moje tętno zwalnia, ciało się uspokaja, jednak mam wrażenie, że bałagan w mojej głowie osiąga coraz większe rozmiary. Chowam zeszyt z powrotem do plecaka, widząc, że liczby tym razem nie pomagają. Z przymkniętymi oczami stosuję metodę odejmowania po kolei siódemek, zaczynając od stu. Raz, drugi, trzeci.

Cisza. Cicho. Zamilknąć. Wygłuszyć myśli, przygniatające, niewygodne, skłaniające do zadawania pytań, do szukania innych rozwiązań tej niewiadomej. Niech te myśli znikną.

Indie wychodzi z pokoju. Uśmiecha się, ale niewyraźnie, coś w jej spojrzeniu podpowiada mi, że udaje przede mną, stara się zachować twarz, nie zdradzić uczuć. Ale ja znam niektóre z tych sztuczek za dobrze, by można było mnie oszukać.

– Kazała wejść – mówi Indie cicho. Nie wysila się nawet, by na mnie spojrzeć. Mija mnie bez słowa. Wygląda, jakby zamierzała się odezwać, ale ostatecznie zamyka usta. Przybiera obojętny wyraz twarzy, nie przygląda mi się tym przeszywającym spojrzeniem, chociaż krzyczę do niej w myślach, żeby przynajmniej na mnie zerknęła. Wzrok ma utkwiony w jakimś nieokreślonym punkcie, jest kompletnie nieobecna duchem.

Siada na ławeczce zgarbiona i ukrywa twarz w dłoniach. Nie ruszam się z miejsca, ale moja dłoń sama wędruje w jej kierunku. Nie wiem, co chcę przez to osiągnąć. Mój instynkt każe mi ją pocieszyć, dotknąć ramienia. Mogłabym przysiąc, że czuję jakieś nieokreślone emocje, które się w niej gnieżdżą.

Przygryzam wnętrza policzków. Cofam rękę.

– Wszystko okej?

Potakuje.

Nie mam obowiązku się o nią troszczyć. Poprawka – nie jestem osobą, która troszczy się o innych. Daleko mi do tych, którzy poświęcają się, by ludzie mogli wypłakać się na ich ramieniu. Nie znoszę ludzkiego płaczu. Sama nie pozwalam sobie na płacz.

Co się ze mną dzieje?

Otrząsam się. Dała znać, że nic jej nie jest, więc chociaż wiem, że to nieprawda, i tak będę udawać, że jej uwierzyłam. Tak po prostu będzie łatwiej.

Poprawiam pasek plecaka na ramieniu i po raz ostatni spoglądam na Indie. Na szczęście nie patrzy w moją stronę, więc nie może dostrzec, że się na nią gapię. Wygląda na silną osobę, poradzi sobie na pewno. Ja nie mogę sobie pozwolić na nowe znajomości. Koniec. Zero dyskusji.

Pewnym siebie, doskonale wyćwiczonym krokiem wchodzę przez drzwi. W tym pomieszczeniu jest ciemno, unosi się lekki dym. Poznaję zapach kadzidełek. To dziwne, że w ogóle mnie nie drażni, w odróżnieniu od świeczek w poczekalni. Zamykam za sobą drzwi, które wyraźnie wymagają naoliwienia. Ale cóż – to jeden z chwytów wróżbitów naciągających na pieniądze naiwniaków wierzących w zabobony. Ma być strasznie i groteskowo, stąd te kadzidełka i skrzypiące drzwi. Potrafią stworzyć klimat, to akurat pewne.

Idę przed siebie, bo nie mam innej opcji. Z półmroku wyłania się rozmazany obraz wróżki siedzącej przy okrągłym stoliku. Jest ubrana jak Cyganka – na każdym palcu jej dłoni świeci pierścionek, jeden większy od drugiego. Strzelałabym, że ma prawie sześćdziesiąt lat. I że zajmuje się wróżeniem profesjonalnie, a nie żeby sobie dorobić po godzinach.

Brakuje tylko kilku elementów. Po pierwsze, kobieta nie ma na sobie powiewnej chusty, a w każdym filmie wróżki noszą wymyślne szale wokół głów, na szyjach albo przewiązane w pasie. Po drugie, brak kryształowej kuli. A szkoda, dodałabym to jako czynnik wypadkowej całego wróżbiarskiego przekrętu. Mogłabym nawet ułożyć o tym kilka równań, gdybym miała jeszcze trochę życia.

– Sara? – pyta kobieta. Stoi nieruchomo. Wygląda jak posąg. Jedyną częścią jej ciała, która się porusza – ledwie! – są wargi.

Sposób, w jaki to mówi, skłania mnie do myślenia, sprawia, że włoski na karku po raz kolejny dzisiaj stają mi dęba. Przecież gdy umawiałam się na wizytę, nie podawałam swojego imienia. Jestem tego pewna. Nigdy go nie podaję – zawsze używam nazwiska.

Patrzę na to natychmiast pod kątem logicznym. W ciągu ostatnich kilku dni byłam tak pochłonięta obliczeniami dotyczącymi własnej śmierci, że zdarzało mi się przeoczyć niektóre fakty. Nie oddałam wypracowania o Virginii Wolf, chociaż podczas lekcji angielskiego pan Marsden przypomniał o tym dwa razy, a ja miałam je w plecaku. Zapomniałam odkurzyć mieszkania, chociaż w grafiku wyraźnie stało, że teraz moja kolej. Praktycznie wcale nie spałam, stąd teraz gruba warstwa podkładu pod moimi oczami. Muszę sprawiać wrażenie, że wszystko ze mną w porządku i że żyję.

Więc wygląda na to, że albo zagapiłam się i podałam kobiecie moje imię przez telefon, albo to Indie… Nie, Indie nie zna mojego imienia. Więc pozostaje tylko ta opcja. Nie ma innej możliwości. Nie wierzę w to, że dzięki swojemu jasnowidztwu kobieta poznała moje imię.

– Tak – odpowiadam z najbardziej opanowaną miną, na jaką mnie stać.

– Czekałam na ciebie.

– Wiem, byłam umówiona na dziewiętnastą.

Wróżka nic sobie nie robi z mojej ironii. Gestem każe mi usiąść przy stole naprzeciwko siebie. Z niejaką satysfakcją robię, co mi każe. Zaraz będę mogła jej udowodnić, że nie ma dla mnie przyszłości, że nie może mi jej wywróżyć, skoro już dzisiaj nie będzie mnie na tym świecie.

Kobieta patrzy na mnie dłuższą chwilę. Domyślam się, co chce przez to osiągnąć. Ma zamiar sprawić, że poczuję się nieswojo. Ale to tak naprawdę czysta psychologia. Nie trzeba być jasnowidzem, by stwierdzić, czy ktoś jest żonaty. Wystarczy spojrzeć, czy ma obrączkę na palcu. Albo obserwować szczegóły i dopasować je do struktur psychologicznych, grup cech, na które wskazują pewne zachowania i które potrafią określić czyjąś osobowość. Nawet ja bym potrafiła zrobić coś takiego. Wystarczy przeczytać kilka podręczników.

Wróżka wyciąga karty z przepastnej kieszeni tuniki. Mój mózg znowu rejestruje serię niepotrzebnych szczegółów. To, że obrus leżący na stole jest miękki, chyba atłasowy. Kobieta ma narysowane czarne kropki pod oczami. Mamrocze pod nosem coś, czego nie potrafię dosłyszeć.

Układa karty w zbitą kupkę i stawia je między nami na stole.

– Jakie życzysz sobie czytanie? – pyta. Ma niski, przyjemny dla ucha głos. – Chciałabyś o coś zapytać? Dowiedzieć się czegoś o swojej miłości? Poznać przyszłość?

Nie umiem opanować pełnego wyższości uśmiechu, który wypełza na moje usta. Na szczęście szybko z nich znika, a zastępuje go zwyczajowa obojętność. Mówię:

– Chciałabym poznać moją przyszłość.

Kobieta opuszkami palców dotyka kart.

– Przełóż je.

Przekładam talię, starannie analizując reakcję kobiety, starając się wybadać, jakie sztuczki zamierza wykorzystać na mnie.

Kobieta stawia pierwszą kartę leżącą na wierzchu na środku stołu, a resztę zabiera i zaczyna tasować. Zastanawiam się, co się pod nią kryje. Niestety nie mogę tego zobaczyć, ponieważ leży koszulką do góry. Rewers przedstawia księżyc, który po lewej i po prawej ma doklejone dwa sierpy. Obraz jest lekko rozmazany, jakby wyłaniający się spod wody. Tasowanie trwa niecałą minutę, podczas której żadna z nas nie wypowiada ani słowa. Pasuje mi to. Nie lubię bezsensownego gadania.

Wróżka rozkłada karty, jak to robią na filmach. Zajmują niemal całą długość stołu.

– Wybierz osiem kart. Podawaj mi każdą po kolei, ale nie patrz na nie. – W jej głosi brzmi nieoczekiwane ostrzeżenie. – Przesuń nad nimi lewą ręką. Jeśli poczujesz nad którąś wibracje, to znaczy, że cię wybrała. – Gdy widzi, że unoszę brew bez zmiany wyrazu twarzy, dodaje: – Wyglądasz na osobę, która nie wierzy w takie rzeczy, więc może ustalmy, że wybierzesz kartę, która z jakiegoś powodu przyciągnęła twój wzrok.

Kiwam głową. Myślę o przyszłości. A raczej o jej braku.

Nie wiedzieć czemu, mam przed oczami twarz Indie. Zastanawiam się, co się z nią stało, jaką ona miała wróżbę i gdzie teraz jest.

Nie. Stop. Myślenie o tym nie przyniesie nic dobrego. Więc czas przestać.

Podaję karty po kolei jak leci. Nawet się nad tym nie zastanawiam. Jeśli jakaś wystaje z szeregu, to ją wyciągam. Nie przykładam się do tego zadania, i tak z góry wiem, że w moim przypadku tarot się nie sprawdzi.

Kiedy już dziewięć kart zostanie ułożone w kwadrat, trzy na trzy karty, wróżka w powrotem zabiera resztę talii i chowa ją do kieszeni.

– Zobaczmy… – mówi cicho, odwracając po kolei karty. Jej wzrok prześlizguje się między nimi, analizuje i układa to sobie w głowie. Widzi je odwrócone, bo są ułożone w taki sposób, że to ja widzę je w normalnej pozycji. Jednak to ani trochę jej nie przeszkadza. Analiza nie zajmuje jej więcej niż kilka sekund, bo zaraz odzywa się, ale jej głos brzmi teraz, jakbym słyszała go zza szyby: – Pierwszy rząd symbolizuje twoją przeszłość. Mamy na samym początku Gwiazdę. – Wyciąga w moją stronę pierwszą kartę z lewego górnego rogu i pokazuje, żebym mogła na nią spojrzeć z bliska. Przedstawia dwoje duchów, kobietę i mężczyznę, którzy wyciągają do siebie ręce, a między nimi tworzy się supernowa. To przypomina mi obraz Stworzenie Adama Michała Anioła.

– Co to oznacza?

– Gwiazda symbolizuje niezwykłe piękno. Artystyczną duszę, harmonię, akceptację samego siebie, bycie otoczonym ciepłem i miłością. Tak widzę twoją przeszłość. Miałaś wokół siebie ludzi, którzy cię kochali i sprawiali, że miałaś niezwykłą wiarę w siebie. I możliwe, że pisałaś lub malowałaś, a w każdym razie miałaś zdolności w tym kierunku.

Wmawiam sobie, że tarot można dopasować do historii każdego człowieka. Ta karta nic nie znaczy. Przełykam ledwie dostrzegalnie ślinę, szybko odejmuję od stu kolejne siódemki.

– A kolejna karta? – pytam, kiedy już odzyskałam opanowanie. Tylko to może mnie trzymać w ryzach, we względnym spokoju.

Wróżka odkłada Gwiazdę na miejsce i wskazuje palcem kolejną kartę. Jest znacznie bardziej intrygująca: przedstawia drzewo rażone piorunem i ptaki siedzące na gałęzi. Jednemu z nich udaje się uratować, odlatuje, nie oglądając się za siebie. Natomiast drugi nie zdąża opuścić gniazda; piorun razi go i pozostawia szkielet.

– To Wieża. Nieoczekiwana sytuacja, na którą nie mogłaś mieć wpływu. Ktoś rozbił tę Gwiazdę… – Zamyśla się. Wzdycha. Nie mam pojęcia, co to może oznaczać, ale nie rozkładam jej reakcji na części pierwsze. To, co mam przed oczami, bardziej mnie absorbuje, sprawia, że w mojej głowie pojawiają się ciągi pytań, obliczenia. – Wieża to zmiana światopoglądu, zburzenie wartości. Utrata stabilizacji. – Patrzy mi w oczy i mówi: – Destrukcja.

Moje tętno podwyższa się do siedemdziesięciu uderzeń na minutę. Mija dziesięć długich sekund, zanim udaje mi się obniżyć je do pięćdziesięciu pięciu.

– Dalej. – Kładę ręce na stole. Chcę być bliżej tych kart. Dotknąć ich, sprawdzić, jakie to uczucie mieć je pod palcami. Sprawdzić, czy kłamią. Nie wierzę w to ani trochę. Nie ma ani jednego równania, które by mogło rozwiązać tę niewiadomą.

Dlaczego te karty opowiadają historię moją i mojej matki?

– Karta kończąca twoje dzieciństwo to Dziesiątka Mieczy. – Na obrazku widnieje grób, więc nachylam się i, mrużąc oczy, staram się to zinterpretować. – To koniec. Ból tak wielki, że nie można się podnieść. Poczucie winy. Wygląda na to, że to wydarzenie, które symbolizuje Wieża, nie było aż tak bardzo traumatyczne w momencie, kiedy się wydarzyło, ale w jego rezultacie przyszła autodestrukcja. Od dzieciństwa nie umiesz się wyprostować i spojrzeć w oczy przyszłości… Ten ból jest jak grom z jasnego nieba, chociaż po reszcie kart widzę, że traktujesz go jako stałego towarzysza…

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki