Fajnie być samcem - Dmitrij Strelnikoff - ebook

Fajnie być samcem ebook

Dmitrij Strelnikoff

4,0

Opis

Pełna humoru, autoironii, błyskotliwych żartów i zabaw słowem, a zarazem ciepła i serdeczna powieść młodego, mieszkającego w Polsce rosyjskiego dziennikarza (ale równocześnie biologa, podróżnika, barda i bystrego obserwatora rzeczywistości) prezentuje świat z punktu widzenia samca: mężczyzny i zwierzęcia, ciekawego nowości zdobywcy i wnikliwego, precyzyjnego badacza otoczenia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 328

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Opra­co­wa­nie ‌gra­ficz­ne: Ja­nusz ‌Ba­rec­ki

Ilu­stra­cje: Dmi­trij ‌Strel­ni­koff

Ko­rek­ta: Do­bro­sła­wa Pań­kow­ska

Co­py­ri­ght © ‌by Dmi­trij ‌Strel­ni­koff 2011

Co­py­ri­ght © ‌by Wy­daw­nic­two Iskry, War­sza­wa ‌2011

ISBN 978-83-244-0172-7

Wy­daw­nic­two ‌ISKRY

ul. ‌Smol­na ‌11, ‌00-375 War­sza­wa

[email protected]

www.iskry.com.pl

Skład ‌wersji ‌elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Mój oj­ciec jest sam­cem, mój dzia­dek jest sam­cemi ja je­stem sam­cem. Faj­nie być sam­cem!

TAK SIĘ ZACZĘŁO

Ona mówi – Ode­tnę i już!

Ja mó­wię – Nie wie­rzę w to, co mó­wisz!

Ona – O co ci cho­dzi?

Ja – Nie wie­rzę w to, co mó­wisz!

Ona – Cze­mu taki wraż­li­wy na­gle?

Ja – Nie zro­bisz tego! Wy­obra­żasz so­bie, jak to bę­dzie go bo­la­ło?

Ona – Nic go nie bę­dzie bo­la­ło. Do­sta­nie nar­ko­zę, za­śnie, a gdy się obu­dzi, bę­dzie już po pta­kach.

Ja – Po pta­ku!

Ona – Ha, ha, ha, bar­dzo śmiesz­nie. Zresz­tą jak zwał, tak zwał.

Ja – To nie­ludz­kie!

Ona – Prze­cież Wło­dzi­mierz nie jest czło­wie­kiem! Co cię gry­zie? Mę­ska so­li­dar­ność?

Ja – Po pro­stu nie ro­zu­miesz, co to zna­czy go mieć.

Ona – Co mieć?

Ja – Przy­ro­dze­nie.

Ona – Tyl­ko ją­dra mu wy­tną!

Ja – Tyl­ko?!! Na li­tość bo­ską! Tfu, tfu, tfu!

Ona – Mam do­syć tego try­ska­nia mo­czem na ścia­ny i me­ble, wy­cia po no­cach i ucie­czek z domu!

Ja – To po co go w ogó­le bra­łaś?

Ona – No wła­śnie!

Ja – Od­daj mi go.

Ona – Se­rio? Za­bie­raj w cho­le­rę!

W ten spo­sób w moim domu po­ja­wił się sub­lo­ka­tor – kot Wło­dzi­mierz.

Ura­to­wa­łem sam­ca.

Tak się za­czę­ło.

WYKŁADOWCA

Jak wia­do­mo, dzie­li­my się na sam­ców i sa­mi­ce. Tak stwo­rzy­ła nas na­tu­ra. Lub ktoś tam jesz­cze. Tego do koń­ca nie wie­my. Zresz­tą na co dzień nas to w ogó­le nie in­te­re­su­je. Fra­pu­ją nas inne rze­czy: uda­ny seks bez zo­bo­wią­zań, bo­gac­two, nar­ko­ty­ki oraz elik­sir mło­do­ści i zdro­wia.

Sam­ce i sa­mi­ce róż­nią się za­sad­ni­czo. To wi­dać go­łym okiem. Róż­nią się za­rów­no na goło, jak i w ubra­niach. Róż­nią się, kie­dy mil­czą i kie­dy mó­wią.

Sam­ców na świe­cie jest mniej niż sa­mic. By­cie sam­cem za­tem ozna­cza przy­na­leż­ność do eli­tar­ne­go klu­bu. Tę tezę po­twier­dza rów­nież to, że Bóg, lub ktoś tam, naj­pierw stwo­rzył sam­ca, a do­pie­ro póź­niej sa­mi­cę. Któ­ra zresz­tą, we­dług po­pu­lar­nej w Eu­ro­pie tezy, nie jest ni­czym in­nym, tyl­ko sam­ca że­brem. Lub ja­kąś inną ko­ścią. Nie tak, żeby od razu w gar­dle czy nie­zgo­dy, ale jed­nak ko­ścią. Przy­najm­niej we­dług czę­ści spo­łe­czeń­stwa.

Za­da­niem sam­ca od za­ra­nia dzie­jów jest szu­ka­nie mię­sa, sa­mic i Boga.

Te­raz kil­ka słów o ko­tach. Do­kład­nie sie­dem słów: koty, nie, są, mo­imi, ulu­bio­ny­mi, zwie­rzę­ta­mi, do­mo­wy­mi.

Mo­imi ulu­bio­ny­mi zwie­rzę­ta­mi do­mo­wy­mi są pan­to­fel­ki – orzę­ski pan­to­fel­ki. Ma­lut­kie pier­wot­nia­ki, któ­re całe ży­cie spę­dza­ją w wo­dzie – ko­leb­ce cy­wi­li­za­cji. Daw­niej orzę­ski były na­zy­wa­ne wy­mocz­ka­mi. Moż­na więc rzec, że moje ulu­bio­ne zwie­rzę­ta do­mo­we to wy­mocz­ki.

Naj­bar­dziej w pan­to­fel­kach lu­bię to, że po­tra­fią prze­trwać w każ­dych wa­run­kach, na­wet w ta­kich, w któ­rych pę­kli­by naj­tward­si ko­man­do­si świa­ta, ci twar­dzie­le w czar­nych, nie­bie­skich czy ja­kichś tam in­nych tę­czo­wych be­re­tach. Lu­bię też ob­ser­wo­wać ich wa­ku­ole po­kar­mo­we – pę­che­rzy­ki wol­no wę­dru­ją­ce w cia­łach. W tych wa­ku­olach orzę­ski ener­gicz­nie tra­wią swo­je eko­lo­gicz­ne je­dze­nie. Wy­mocz­ki nie mają ki­szek i nie wie­dzą, czym jest bie­gun­ka. Są zwin­ny­mi dra­pież­ni­ka­mi – od­ży­wia­ją się bak­te­ria­mi. Po­sia­da­ją zmy­sły i wraż­li­wość na róż­ne bodź­ce. Nie mają płci, ale za to mają dwa ją­dra. Bio­rąc to wszyst­ko pod uwa­gę, uwa­żam, że pan­to­fel­ki to są praw­dzi­we sam­ce.

Nie tyl­ko ja je­stem mi­ło­śni­kiem wy­mocz­ków. Zna­ny wschod­nio­eu­ro­pej­ski po­eta An­drzej Bur­sa na­pi­sał o pan­to­fel­kach je­den ze swo­ich naj­lep­szych wier­szy, tro­chę kon­tro­wer­syj­ny, ale szcze­ry, tro­chę pro­sto­li­nij­ny, ale cał­kiem ge­nial­ny:

Dzie­ci są mil­sze od do­ro­słych

zwie­rzę­ta są mil­sze od dzie­ci

mó­wisz że ro­zu­mu­jąc w ten spo­sób

mu­szę dojść do twier­dze­nia

że naj­mil­szy jest pier­wot­niak pan­to­fe­lek

no to co

mil­szy mi jest pan­to­fe­lek

od cie­bie ty skur­wy­sy­nie.

Oso­bi­ście nie po­rów­nu­ję swo­ich pan­to­fel­ków ze zna­ny­mi mi osob­ni­ka­mi ze świa­ta lu­dzi. Nie je­stem wspa­nia­łym po­etą wschod­nio­eu­ro­pej­skim. Bo­zia po­ską­pi­ła ta­len­tu. Je­stem zwy­kłym wy­kła­dow­cą na zwy­kłym uni­wer­sy­te­cie. Nie po­wiem, jak się na­zy­wam, bo nic wam to nie po­wie. Mów­cie na mnie po pro­stu Wy­kła­dow­ca.

Mam na­dzie­ję, że ze­chcą się Pań­stwo za­po­znać z se­rią mo­ich wy­kła­dów, za któ­re do­sta­ję so­wi­te wy­na­gro­dze­nie od przy­zwo­ite­go pań­stwa.

WYKŁAD PIERWSZYŚWIAT SAMCA, CZ. I.WPROWADZENIE

Jeśli my­śli­cie, że świat sam­ca to piwo, por­no­saj­ty i te­le­wi­zyj­ne me­cze pił­ki noż­nej w gro­nie przy­ja­ciół de­bi­li, to prze­by­wa­cie w błę­dzie. Świat sam­ca to: piwo, por­no­saj­ty, te­le­wi­zyj­ne me­cze pił­ki noż­nej w gro­nie przy­ja­ciół de­bi­li oraz wie­le in­nych wspa­nia­łych rze­czy. I wła­śnie na tej wie­lo­ści in­nych wspa­nia­łych rze­czy uprzej­mie pro­po­nu­ję się sku­pić.

Wiel­ką za­le­tą sam­ca jest to, że kie­dyś był dziec­kiem. I jak każ­de dziec­ko sa­miec bar­dzo chciał zo­stać bo­ha­te­rem. Świat sam­ca za­tem wy­ta­pe­to­wa­ny jest pla­ka­ta­mi z po­do­bi­zna­mi dziel­nych po­sta­ci, któ­re w każ­dej chwi­li są go­to­we ura­to­wać Zie­mię przed ude­rze­niem aste­ro­idy, po­ko­nać epi­de­mię świń­skiej gry­py etc., prze­pra­szam za wy­ra­że­nie.

Twarz sam­ca po­kry­wa bło­to, pot i krew. To nie ozna­cza, że ma on brud­ną twarz. To nie jest brud, to kwin­te­sen­cja sam­czo­ści, któ­rej ko­rze­nie ła­two jest zlo­ka­li­zo­wać, je­śli przy­po­mni­my so­bie, gdzie po­ja­wił się pierw­szy ludz­ki sa­miec – Adam. Otóż, moi dro­dzy, pan Adam zo­stał stwo­rzo­ny z nie­zna­nej bli­żej ma­te­rii sam­czej na ło­nie dzi­kiej na­tu­ry. Nie w za­dba­nym ogród­ku w oto­cze­niu pe­lar­go­nii i fre­zji, nie na ucze­sa­nym polu gol­fo­wym, tyl­ko w to­tal­nej raj­skiej dzi­czy. I od tej pory każ­dy sa­miec bada tę dzicz i szu­ka z niej wyj­ścia. Świa­tem sam­ca jest za­tem od­kry­wa­nie no­wych lą­dów i pró­ba zro­zu­mie­nia wła­snej isto­ty. Py­ta­nia: „Kim i po co je­stem?” oraz „Skąd przy­by­wam i do­kąd zmie­rzam?”, są py­ta­nia­mi fla­go­wy­mi w ży­ciu każ­de­go sam­ca. Po­wiedz­my, od­bie­ra sa­miec wy­pła­tę, pa­trzy na to, co za­ro­bił, i my­śli: „Kim i po co je­stem?!”. Albo – wra­ca sa­miec do domu z waż­ne­go spo­tka­nia, któ­re jak zwy­kle od­by­ło się w po­bli­żu dys­try­bu­to­ra piwa, i my­śli: „Skąd przy­by­wam i do­kąd zmie­rzam? I gdzie, do cięż­kiej cho­le­ry, są klu­cze od miesz­ka­nia?!”.

Sa­miec, jak wi­dać, jest z gło­wą za­nu­rzo­ny w mo­rzu py­tań fi­lo­zo­ficz­nych. Chce na nie od­po­wia­dać, ra­to­wać świat i zmie­niać go na lep­sze, po­nie­waż, pa­ra­fra­zu­jąc sam­ca Au­re­liu­sza Au­gu­sty­na, spo­łe­czeń­stwo ma­rzy o gwiazd­kach z nie­ba, za­po­mi­na­jąc, że po ko­la­na tkwi we wła­snych nie­czy­sto­ściach.

Ra­to­wa­nie świa­ta nie jest jed­nak za­ję­ciem ła­twym. Wy­ma­ga ono do­brej kon­dy­cji psy­cho­fi­zycz­nej. Tym­cza­sem współ­cze­sny świat ze swo­imi współ­cze­sny­mi war­to­ścia­mi wy­glą­da ni­czym głę­bo­ka ja­ski­nia w kró­le­stwie nig­dy nie­my­ją­cych się po­two­rów. Taki świat sam­com po pro­stu szko­dzi.

To on wy­kre­ował wi­ze­ru­nek sam­ca pi­ją­ce­go piwo i ob­se­syj­nie wer­tu­ją­ce­go por­no­saj­ty. Współ­cze­sne war­to­ści za­mu­la­ją świa­do­mość sam­ców, co do­pro­wa­dza do sy­tu­acji tra­gicz­nej – sam­ce prze­sta­ją sły­szeć głos wła­sne­go ser­ca. Du­sza sam­ca, dla któ­rej naj­wyż­szy­mi ide­ała­mi są wol­ność, na­mięt­ność i ży­cie na peł­nych ob­ro­tach, zo­sta­je znie­wo­lo­na i wcie­lo­na w me­cha­nizm glo­bal­nej ma­chi­ny gro­szo­rób­stwa. La­icy na­zy­wa­ją to zja­wi­sko „wy­ści­giem szczu­rów”, za­po­mi­na­jąc o tym, że wśród tych in­te­li­gent­nych ską­di­nąd zwie­rząt też są sam­ce, któ­re nie da­dzą so­bie w ka­szę dmu­chać.

Czy sa­miec dłu­go po­cią­gnie w bez­li­to­snej klat­ce bia­łe­go koł­nie­rzy­ka? Nie! Sa­miec roz­kwi­ta do­pie­ro wte­dy, gdy trzy­ma w swych sta­lo­wych rę­kach ster i sło­ny wiatr przy­gód ra­do­śnie i za­ma­szy­ście sma­ga jego po­kry­tą bło­tem, po­tem i krwią twarz. Tego sam­co­wi trze­ba – sło­nych, pie­prz­nych, so­czy­stych przy­gód. Tym­cza­sem współ­cze­sny świat usi­łu­je zro­bić z sam­ca pro­sty w ob­słu­dze pro­dukt – idio­tę, któ­rym z ła­two­ścią bę­dzie krę­cił pra­co­daw­ca, Ko­ściół i sa­mi­ca. I to naj­bar­dziej sam­ca boli.

Pod­su­mo­wu­jąc: świat sam­ca jest świa­tem szla­chet­nym, skom­pli­ko­wa­nym i peł­nym bo­le­snych do­świad­czeń lo­tów we śnie i upad­ków na ja­wie.

To wszyst­ko na dziś, za­pra­szam na ju­tro.

(Na sali okla­ski i po­gwiz­dy­wa­nia wy­ra­ża­ją­ce apro­ba­tę i za­do­wo­le­nie).

NA KOZETCE

Choć je­stem wy­kła­dow­cą, nie mam kom­plek­su Boga. Nie je­stem kimś, kto sam po­tra­fi roz­wią­zy­wać wszyst­kie swo­je pro­ble­my. Nie stro­nię od kie­lisz­ka, ale pa­trzę na sie­bie trzeź­wo. Pew­ne­go dnia zro­zu­mia­łem, że po­trze­bu­ję psy­cho­te­ra­peu­ty. Zna­la­złem go bez tru­du. Przez In­ter­net ma się ro­zu­mieć. Wie­le rze­czy za­ła­twiam przez In­ter­net. W tym wła­śnie pro­blem. Z ra­do­ścią przed­sta­wiam Pań­stwu swo­je­go le­ka­rza z gór­nej pół­ki – Xa­we­ry Gra­cjan Mę­czy­wór, pro­fe­sor.

Pier­wot­nie myśl o se­rii in­tym­nych spo­tkań z dy­plo­mo­wa­nym i cer­ty­fi­ko­wa­nym dusz­pa­ste­rzem prze­ra­zi­ła mnie. Po­my­śla­łem wte­dy, sto­jąc nad zbior­ni­kiem z wy­mocz­ka­mi: „Je­stem do­ro­słym, do­brze roz­wi­nię­tym sam­cem, mam dwie ręce o od­po­wied­niej dłu­go­ści i inne człon­ki cia­ła trwa­ją­ce w sy­me­trii naj­wyż­szej ja­ko­ści. Po co mi psy­cho­te­ra­peu­ta? Czy nie po­wi­nie­nem po pro­stu bar­dziej się otwo­rzyć na lu­dzi? Na po­sta­cie su­ną­ce w pi­ro­gach w dół rze­ki mo­je­go ży­cia?”. Moje wąt­pli­wo­ści zo­sta­ły jed­nak roz­wia­ne, ro­ze­rwa­ne na strzę­py i z obrzy­dze­niem wrzu­co­ne do ko­sza, gdy pod­czas ko­rzy­sta­nia z to­a­le­ty pu­blicz­nej w Naj­ja­śniej­szej Re­pu­bli­ce San Ma­ri­no prze­czy­ta­łem na drzwiach swo­jej ka­bi­ny na­stę­pu­ją­cy na­pis na­kre­ślo­ny ró­żo­wą szmin­ką do ust:

Kil­ka po­wo­dów, dla któ­rych psy­cho­te­ra­peu­ta jest lep­szy od przy­ja­ciół:

Psy­cho­te­ra­peu­ta nie za­py­ta: „Ile za­ra­biasz i dla­cze­go tak mało?”.

Psy­cho­te­ra­peu­ta wy­słu­cha cię bar­dzo uważ­nie wbrew temu, że jesz­cze nie je­steś na­ćpa­ny.

Psy­cho­te­ra­peu­ta nie wpad­nie w hi­ste­rię, je­śli zo­ba­czy na two­im ubra­niu włos in­ne­go psy­cho­te­ra­peu­ty.

Psy­cho­te­ra­peu­ta nie wy­kre­śli cię ze swo­je­go ka­je­ci­ka, je­śli nie za­dzwo­nisz do nie­go w dniu jego uro­dzin, ślu­bu czy roz­wo­du.

Psy­cho­te­ra­peu­ta nie po­wie ci z uśmiesz­kiem, że ma cię dość i masz za­bie­rać swo­je rze­czy.

Psy­cho­te­ra­peu­ta nie ze­chce wy­pła­kać się na two­im ra­mie­niu, bo wła­śnie zwol­nio­no go z pra­cy.

Psy­cho­te­ra­peu­ta nie zja­wi się u cie­bie w domu o szó­stej nad ra­nem z ban­dą in­nych, pi­ja­nych psy­cho­te­ra­peu­tów i nie bę­dzie bła­gał, byś szedł z nimi na dal­szą za­ba­wę.

Psy­cho­te­ra­peu­ta nie bę­dzie cię szan­ta­żo­wał w sty­lu: „Je­śli je­steś moim praw­dzi­wym pa­cjen­tem, to…, Je­śli na­praw­dę ci na mnie za­le­ży, to…”.

Psy­cho­te­ra­peu­ta nie ob­ra­zi się, je­śli się do­wie, że nie lu­bisz jego przy­ja­ciół – in­nych psy­cho­te­ra­peu­tów.

Mat­ka psy­cho­te­ra­peu­ty nie po­wie ci, że źle wpły­wasz na jej syna.

Psy­cho­te­ra­peu­ta nie bę­dzie spał z two­ją żoną dla­te­go, że wszyst­kie­go ci za­zdro­ści.

Psy­cho­te­ra­peu­ta nie wy­ki­wa cię w pra­cy i nie zo­sta­nie awan­so­wa­ny za­miast cie­bie.

Psy­cho­te­ra­peu­ta nie bę­dzie na­le­gał, byś się z nim oże­nił i miał dzie­ci.

Trzy­na­ście strza­łów w dzie­siąt­kę. Pod­da­łem się bez wal­ki.

Xa­we­ry Gra­cjan Mę­czy­wór, ab­sol­went Wyż­szej Aka­de­mii Psy­cho­lo­gii, Pa­rap­sy­cho­lo­gii i An­typ­sy­cho­lo­gii ma swój ga­bi­net na Sta­rów­ce w pry­wat­nej ka­mie­ni­cy przy uli­cy Ko­zie Łby. Ta lo­ka­li­za­cja bar­dzo mi od­po­wia­da – miesz­kam tuż za ro­giem w ka­mie­ni­cy przy uli­cy Krzy­wych Stóp. Mam więc nie­da­le­ko.

Na­sze pierw­sze spo­tka­nie wy­war­ło na mnie duże wra­że­nie. Dość nie­przy­jem­ne, co pod­kre­ślam bez cie­nia za­że­no­wa­nia.

Kie­dy po­ło­ży­łem się na mię­ciut­kiej ko­zet­ce pro­fe­so­ra, on na­gle za­py­tał mnie, co ja­dłem na obiad.

O co mu cho­dzi? – za­sta­na­wia­łem się z nie­sma­kiem. – Na li­tość bo­ską! Wzbu­dza we mnie lęk i wstręt już pod­czas pierw­szej wi­zy­ty!

Tego dnia aku­rat nie ja­dłem nic, ale głu­pio było przy­zna­wać się do tego na pierw­szym spo­tka­niu.

Nie mogę za­czy­nać od kom­pro­mi­tu­ją­cych mnie fak­tów! – stwier­dzi­łem.

Na­kła­ma­łem więc szczo­dro­bli­wie. Na moim wy­ma­rzo­nym sto­le obia­do­wym zna­la­zły się: ho­ma­ry, udziec sar­ni oraz pasz­tet z za­ją­ca z żu­ra­wi­na­mi ze Skan­dy­na­wii. A co?! – niech wie pro­fe­sor, że mamy wy­obraź­nię i gest, i gust. Do­pie­ro póź­niej zro­zu­mia­łem, że Xa­we­ry Gra­cjan po pro­stu chciał wy­ba­dać moją sy­tu­ację fi­nan­so­wą, by usta­lić wy­so­kość swo­je­go ho­no­ra­rium.

Głów­nym pro­ble­mem, któ­ry spro­wa­dził mnie do psy­cho­te­ra­peu­ty i któ­ry za­mie­rza­łem drą­żyć pod­czas na­szych dłu­gich, po­uf­nych roz­mów, były moje uza­leż­nie­nia. Wła­ści­wie jed­no uza­leż­nie­nie, bo in­nych nie mam.

– Pa­nie pro­fe­so­rze, po­roz­ma­wiaj­my o Pan­to­fel­ku – za­pro­po­no­wa­łem bez ogró­dek.

– Ma pan na my­śli wi­try­nę in­ter­ne­to­wą? – od­gadł pro­fe­sor. – Ten słyn­ny por­tal plot­kar­ski?

– Wi­dzę, że jest pan zo­rien­to­wa­ny.

– I tak, i owszem, mło­dy czło­wie­ku – uśmiech­nął się Mę­czy­wór. – Wie się to i owo, by­wa­ło się tu i ów­dzie. W czym jest pro­blem?

– Nie wy­obra­żam so­bie dnia, w któ­rym bym od­mó­wił so­bie cho­ciaż­by jed­nej mi­mo­lot­nej wi­zy­ty na tym por­ta­lu. A jak już tam wej­dę, wie pan, jak już tam wtar­gnę, to bu­szu­ję ze trzy, czte­ry go­dzi­ny, za­po­mi­na­jąc o ca­łym świe­cie, jak­by go nie było!

– A więc to tak – Mę­czy­wór gła­skał swo­je dłu­gie, pu­szy­ste wąsy – a więc uza­leż­ni­li­śmy się. Do­brze, do­brze, pro­szę się nie mar­twić, bę­dzie­my to le­czyć dro­gi pa­nie, do­trze­my do ko­rze­ni, przej­dzie­my ręka w rękę, ra­mię w ra­mię, kor­pus w kor­pus dłu­gą dro­gę prze­nie­sie­nia i prze­ciw­prze­nie­sie­nia, aż osią­gnie­my nasz cel. Za­cznij­my od snów. Co się panu dziś śni­ło, mło­dy czło­wie­ku?

Za­sta­na­wia­łem się: co mi się śni­ło?

– Śni­ła mi się moja zna­jo­ma ze skal­pe­lem w ręku.

– Czy to był sen ero­tycz­ny? – oży­wił się pro­fe­sor.

– Skąd­że, pa­nie pro­fe­so­rze! To był sen o Włod­ku.

– A więc jed­nak ero­tycz­ny – ucie­szył się psy­cho­te­ra­peu­ta, szyb­ko mierz­wiąc swo­ją buj­ną, siwą grzy­wę. – Niech pan nie opusz­cza szcze­gó­łów, każ­dy szcze­gół jest waż­ny, na­wet ten naj­mniej­szy! – za­śmiał się i pu­ścił do mnie oko. – Naj­mniej­szy czy naj­więk­szy, to wszyst­ko za­raz się wy­ja­śni.

W ten oto spo­sób na­sza roz­mo­wa po­pły­nę­ła w zu­peł­nie nie­spo­dzie­wa­nym prze­ze mnie kie­run­ku.

W pew­nym mo­men­cie przy­sną­łem, ale pro­fe­sor obu­dził mnie czu­łym po­ca­łun­kiem w czo­ło.

– W skó­rze każ­de­go czło­wie­ka ukry­wa się nie­wol­nik – rzekł po­waż­nie. – Po­pra­cu­je­my nad pana nie­wol­ni­kiem, uwol­ni­my go. Mam w za­na­drzu parę ko­zac­kich sztu­czek. A te­raz za­da­nie do­mo­we: niech pan czy­ta Mar­ka Twa­ina, naj­lep­sze­go mło­dzie­żo­we­go pi­sa­rza wszech cza­sów. To w pana przy­pad­ku na pew­no po­mo­że. Był pan kie­dyś dziec­kiem?

– By­łem.

– No wła­śnie. By­łem, je­stem, będę, tak się to od­mie­nia, a wszyst­ko, co się do­brze od­mie­nia, do­brze się koń­czy, mło­dy czło­wie­ku. Do ro­bo­ty!

Wy­sze­dłem od pro­fe­so­ra wzbo­ga­co­ny o cen­ną wie­dzę – Xa­we­ry Gra­cjan nie zna się na wy­mocz­kach, ale za to ma czte­ry koty.

WYKŁAD DRUGISAMIEC W ŚWIECIE ZWIERZĄT, CZ. I.PREZENTACJA I ZNAKOWANIE TERENU

Moi dro­dzy! Pra­wie po­ło­wę swo­ich wy­kła­dów za­mie­rzam po­świę­cić no­to­rycz­nie za­nie­dby­wa­ne­mu przez me­dia te­ma­to­wi, któ­re­go peł­no­krwi­sta na­zwa brzmi: „Sa­miec w świe­cie zwie­rząt”. Dzi­siaj sku­pię się na zna­ko­wa­niu te­re­nu oraz pre­zen­ta­cji oso­bi­stej owe­go dzi­kie­go sam­ca.

Naj­bar­dziej zna­nym, i naj­bar­dziej do­ku­cza­ją­cym co nie­któ­rym spo­so­bem zna­ko­wa­nia te­re­nu przez sam­ca zwie­rza jest try­ska­nie mo­czem na okre­ślo­ne przed­mio­ty: drze­wa, ka­mie­nie, śnieg, ścia­ny i me­ble. Mocz ten cha­rak­te­ry­zu­je trwa­łość przy­kre­go za­pa­chu, któ­ry jest ją­drem ca­łej za­ba­wy. Ten nie­raz gry­zą­cy do szpi­ku ko­ści za­pach in­for­mu­je inne sam­ce oraz sa­mi­ce, że na da­nym te­re­nie miesz­ka cał­kiem zdro­wy sa­miec, któ­ry ży­czy so­bie dużo sek­su w za­mian za mi­ni­mum zo­bo­wią­zań. Tak się dzie­je od za­ra­nia dzie­jów i wszy­scy oby­wa­te­le i oby­wa­tel­ki świa­ta zwie­rząt daw­no już wy­ra­zi­li swo­ją mil­czą­cą apro­ba­tę ta­kie­go sta­nu rze­czy.

Te­raz pro­szę so­bie wy­obra­zić, że sa­miec zwierz, zna­ku­ją­cy po bo­że­mu swój te­ren, na­gle tra­fia z bu­szu, ze swo­ich, że tak po­wiem, ba­gien, pro­sto na sa­lo­ny. Bo ko­muś tam, na tych sa­lo­nach, wy­da­wa­ło się, że zwier­za­czek jest miły w do­ty­ku, więc ktoś wpadł na po­mysł, by ho­do­wać dzi­kie­go sam­ca dla za­ba­wy w ogra­ni­czo­nych wa­run­kach miesz­ka­nia w cen­trum me­tro­po­lii. Sa­miec, trze­ba przy­znać, zno­si to z god­no­ścią, z zim­ną krwią: „Mia­sto to mia­sto, wszyst­ko mi jed­no” – zda­je się my­śleć w tej za­ska­ku­ją­cej sy­tu­acji i try­ska mo­czem na pra­wo i lewo, jak leci. Gdy za­uro­cze­nie sam­cem mija, jego opie­kun na­gle za­uwa­ża, że prze­szka­dza mu gry­zą­cy za­pach mo­czu wy­do­by­wa­ją­cy się z jego bu­tów. Po­sta­na­wia więc uciąć sam­co­wi ją­dra.

Pro­szę Pań­stwa! Czy ta­kie po­stę­po­wa­nie moż­na uznać za ra­cjo­nal­ne wyj­ście z tej dzi­wacz­nej sy­tu­acji? Czy sa­miec zwierz sam się wpra­szał do ludz­kie­go miesz­ka­nia? Czy pu­kał ob­se­syj­nie do drzwi, aż wresz­cie ktoś się zli­to­wał i wpu­ścił go do swo­jej cia­snej nory w cen­trum me­tro­po­lii? Czy gro­że­nie ucię­ciem ją­der sam­co­wi zwie­rza­ko­wi nie przy­po­mi­na psy­chicz­nej ka­stra­cji sam­ca czło­wie­ka znie­wo­lo­ne­go przez współ­cze­sny świat? Czy po­zba­wie­nie pra­wa do po­sia­da­nia ją­der ta­kie­go, po­wiedz­my, kota to nie pre­lu­dium do ma­so­wej ka­stra­cji sam­ców w świe­cie lu­dzi? Ktoś jest mą­drzej­szy od sze­fa – uciąć mu ją­dra!, nie po­tra­fi ugo­to­wać do­brej zupy – uciąć mu ją­dra!, pyta, dla­cze­go ma­lo­wa­ny na ob­ra­zach bi­blij­ny Adam ma pę­pek? – uciąć mu ją­dra! A prze­cież sa­miec po pro­stu chciał za­ko­mu­ni­ko­wać, że ist­nie­je, że śpie­szy się ko­chać! Pra­gnął po­zo­sta­wić po so­bie znak. To ta­kie zwie­rzę­ce.

Kie­dyś uci­na­ło się męż­czy­znom ją­dra po to, by cien­ko śpie­wa­li. Wów­czas pa­no­wa­ła moda na cien­ki śpiew. Tym­cza­sem w świe­cie zwie­rząt, w raj­skiej dzi­czy, sam­ce po­tra­fią pięk­nie śpie­wać w peł­ni zdro­wia, bez zbęd­nych, wsty­dli­wych za­bie­gów chi­rur­gicz­nych. Ten śpiew jest rów­nież ro­dza­jem zna­ko­wa­nia te­re­nu. Ale nie tyl­ko! Jest też pre­zen­ta­cją spraw­no­ści, fan­ta­zji i od­wa­gi sam­ca. Weź­my na przy­kład ta­kie­go sło­wi­ka – Lu­sci­nia lu­sci­nia. Z kim lub czym Pań­stwu ko­ja­rzy się ta pta­szy­na eu­ro­azja­tyc­ka?

(Gło­sy z sali: „Z Ma­łym Ry­ce­rzem!”, „Z Ro­meo i Ju­lią!”, „Z Ro­ber­ti­no Lo­ret­tim!”).

Kto po­wie­dział: Ro­ber­ti­no Lo­ret­ti?

(Rękę pod­niósł pan z si­wi­zną na skro­niach).

Cie­szy mnie pana obec­ność! My­śla­łem, że na sali nie ma ni­ko­go, kto się uro­dził przez ro­kiem 1990. Bar­dzo dzię­ku­ję za przy­by­cie i pro­szę po­le­cać moje wy­kła­dy wszyst­kim pań­skim zna­jo­mym.

(Pan z si­wi­zną na skro­niach uśmie­cha się i od­po­wia­da: „Oczy­wi­ście, oczy­wi­ście”).

A więc kon­ty­nu­uj­my.

Sło­wik ko­ja­rzy nam się z czymś lub kimś szla­chet­nym i god­nym uwa­gi. Nie chce­my go wy­ka­stro­wać. Na­wet wbrew temu, że przez całą noc wy­dzie­ra się pod na­szym oknem.

Śpiew sam­ca sło­wi­ka skła­da się z sze­re­gu głę­bo­kich me­lo­dyj­nych to­nów po­dzie­lo­nych na osob­ne, kil­ka­krot­nie po­wta­rza­ne wy­ra­zy. Zna­ny wschod­nio­eu­ro­pej­ski po­eta Lu­cjan Ry­del tak ujął tę pieśń w sło­wach ludz­kich:

Bied­nyś bied­nyś!

Boli boli boli!…

Żal mi cię, żal, żal, żal!

Ma­ciuś-ciuś-ciuś-ciuś-ciuś!

Bied­nyś! Oj, tak!

Cierp, cierp, cierp, cierp, cierp!

Czy­li we­dług po­ety jest to pieśń o bied­nym Ma­ciu­siu. Ła­two jest się do­my­ślić, kim jest ów Ma­ciuś. Jest nim oczy­wi­ście Król Ma­ciuś Pierw­szy, szla­chet­ny sa­miec, któ­ry chciał ra­to­wać świat i któ­re­go ten co­raz bar­dziej bez­li­to­sny świat wy­słał na bez­lud­ną wy­spę. Owa wy­spa, jak za­pew­ne się Pań­stwo do­my­śla­ją, sym­bo­li­zu­je cia­sne miej­skie miesz­ka­nie, gdzie po­rząd­ne­mu sam­co­wi za po­rząd­ne zna­ko­wa­nie te­re­nu gro­żą skal­pe­lem. Ma­ciuś jest bied­ny i Ma­ciu­sia boli. Ale do­pie­ro go za­bo­li, kie­dy spró­bu­je ozna­ko­wać kro­piel­ni­cę w ko­ście­le!

Zna­ko­wa­nie te­re­nu to jesz­cze nie wszyst­ko. Poza zna­ko­wa­niem w świe­cie sam­ca zwie­rza waż­na jest rów­nież pre­zen­ta­cja oso­bi­sta. Sło­wik jed­no i dru­gie za­ła­twia swo­im fa­na­tycz­nym śpie­wem. Jed­nak, co z pew­no­ścią nie­któ­rzy z Pań­stwa zdą­ży­li już za­uwa­żyć, nie wszyst­kie sam­ce w świe­cie zwie­rząt mają me­lo­dyj­ne gło­sy. Nie­któ­rym Bo­zia po­ską­pi­ła tego ta­len­tu. Ale bez obaw – ob­da­rzy­ła in­ny­mi!

Daj­my na to taki du­pek.

(Nie­śmia­ły głos z sali: „Chy­ba du­dek, pa­nie pro­fe­so­rze?”).

Istot­nie – du­dek. Prze­pra­szam za prze­ję­zy­cze­nie.

A więc, daj­my na to, taki du­dek – Upu­pa epops. Śpie­wak z nie­go, przy­znaj­my, jest taki, jak z ko­ziej dudy trą­ba. Gło­sik, za któ­re­go po­mo­cą zna­ku­je swój te­ren, jest, ła­god­nie rzecz uj­mu­jąc, taki so­bie. Ale pió­ro­pusz! Fan­ta­zyj­ny, wy­bu­ja­ły, roz­wi­chrzo­ny, ja­skra­wy, kon­tra­sto­wo ubar­wio­ny pió­ro­pusz dud­ka jest czymś, co w świe­cie ludz­kich sam­ców na­zy­wa się „skó­ra, fura i ko­mó­ra”. W nim tkwi ra­żą­ca siła pre­zen­ta­cji tej nie­tu­zin­ko­wej pta­szy­ny! Sią­dzie du­dek na ga­łąz­ce, roz­ło­ży pió­ro­pusz ni­czym wódz ple­mie­nia Mo­hi­ka­nów i wszyst­kie Po­ca­hon­tas tra­cą przy­tom­ność z wra­że­nia. Im więk­szy i ład­niej­szy jest pió­ro­pusz wo­dza, tym wię­cej Po­ca­hon­tas zdą­ży w swym krót­kim ży­ciu po­ko­chać.

Zna­nym mi­strzem sztu­ki pre­zen­ta­cji oso­bi­stej, moż­na rzec – iko­ną zwie­rzę­cej po­pkul­tu­ry – jest paw in­dyj­ski, Pavo cri­sta­tus. Na ca­łym świe­cie zna­ne jest po­ję­cie „pawi ogon”, któ­re sta­no­wi pier­wo­wzór wspo­mi­na­ne­go już ze­sta­wu dóbr do­cze­snych – „skó­ry, fury i ko­mó­ry”. Ze wzglę­du na zna­ko­mi­te osią­gnię­cia w roz­ma­itych dzie­dzi­nach sztu­ki oraz w ra­mach po­jed­na­nia ludz­ko­ści ze świa­tem zwie­rząt imie­niem pa­wia na­zy­wa­ne są uli­ce i pla­ce w wiel­kich mia­stach. To prze­sta­je dzi­wić, je­śli przy­po­mni­my so­bie, że paw, ten nasz pie­rza­sty, bły­sko­tli­wy przy­ja­ciel mie­nią­cy się wszyst­ki­mi ko­lo­ra­mi ge­jow­skiej tę­czy, przez dłuż­szy czas był uzna­wa­ny przez lu­dzi za bó­stwo. Je­śli weź­mie­my pod uwa­gę fakt, że ża­den czło­wiek nig­dy przez żad­ne zwie­rzę nie był uzna­wa­ny za bó­stwo, na­su­wa się nie­po­ko­ją­cy wnio­sek – sam­ce zwie­rzę­ta wciąż po­zo­sta­ją dla nas nie­do­ści­gnio­ny­mi wzor­ca­mi, któ­rych zdol­no­ści i moż­li­wo­ści nas prze­ra­sta­ją. Na przy­kład, rze­czo­ny paw umie la­tać, po­sia­da groź­ny głos, ma olśnie­wa­ją­co pięk­ne ubra­nie, jest duży i dum­ny, nie wsty­dzi się po­li­ga­mii, szyb­ko bie­ga, nie uczest­ni­czy w wy­cho­wa­niu po­tom­stwa, nie musi pra­co­wać i wszy­scy chcą go zo­ba­czyć – ide­ał pro­szę Pań­stwa! Tyl­ko po­zaz­dro­ścić.

Pod­su­mo­wu­jąc: głów­nym za­ję­ciem sam­ca w świe­cie zwie­rząt jest zna­ko­wa­nie te­re­nu i po­rząd­na pre­zen­ta­cja.

Tyle na dzi­siaj, wszyst­kich chęt­nych za­pra­szam na ju­tro.

WŁODZIMIERZZNOWU ZAGROŻONY

Zado­wo­lo­ny z wy­gło­szo­ne­go wy­kła­du i po­zy­tyw­nej in­te­rak­cji mię­dzy mną a stu­den­ta­mi wra­ca­łem do domu.

Kro­cząc uli­cą Krzy­wych Stóp, my­śla­łem o ko­lej­nym spo­tka­niu ze swo­im dusz­pa­ste­rzem. Mia­łem mie­sza­ne uczu­cia. Z jed­nej stro­ny sym­pa­tycz­nie się z nim ga­wę­dzi­ło, z dru­giej zaś roz­ło­żył mnie na ło­pat­ki ra­chu­nek, któ­ry wy­sta­wił mi po na­szym spo­tka­niu.

Sie­dzi pew­nie te­raz tu nie­da­le­ko, za ro­giem, w mo­jej ulu­bio­nej re­stau­ra­cji Całe Ży­cie Pod Bu­ra­ka­mi i wci­na ho­ma­ry, udziec sar­ni i pasz­tet z za­ją­ca z żu­ra­wi­na­mi ze Skan­dy­na­wii – my­śla­łem no­stal­gicz­nie, czu­jąc, jak kisz­ki gra­ją mi mar­sza.

Przy­po­mnia­ło mi się, że pro­fe­sor wy­py­ty­wał mnie o sny: twier­dził, że po­wi­nie­nem za­pi­sy­wać je w spe­cjal­nym sen­nym ze­szy­cie. Skrę­ci­łem więc do pa­pier­ni­cze­go i ku­pi­łem od­po­wied­ni bru­lion. Eks­pe­dient­ka do­brze mnie zna­ła, więc nie za­py­ta­ła: „Czy to dla dzie­ci?”, tyl­ko od razu po­da­ła po­rząd­ny, w twar­dej, ko­lo­ro­wej okład­ce, ze­szyt z wi­ze­run­kiem po­nęt­nej sa­mi­cy w bar­dzo ską­pym mi­ni­bi­ki­ni.

Sze­dłem, po­gwiz­du­jąc pod no­sem, czu­jąc, że wszyst­ko się w moim ży­ciu do­brze ukła­da. Nie wie­dzia­łem jesz­cze, że w domu cze­ka na mnie przy­kra nie­spo­dzian­ka. Wło­dzi­mierz, ten krót­ko­no­gi gnom, ta nie­wdzięcz­na ła­chu­dra, pod moją nie­obec­ność prze­wró­cił sło­ik z wy­mocz­ka­mi!

Na­tych­miast rzu­ci­łem się im na ra­tu­nek. Zbie­ra­łem je z pod­ło­gi szma­tą i wy­ci­ska­łem wraz z wodą do sło­ika. Pan­to­fel­ki są na tyle małe, że taki spo­sób prze­no­sze­nia ani nie może im za­szko­dzić, ani nie przy­no­si ujmy.

Po ak­cji ra­tow­ni­czej usia­dłem zdy­sza­ny nad smut­nym sło­ikiem od­bi­ja­ją­cym się w błysz­czą­cej pod­ło­dze. Moje akwa­rium stra­ci­ło cały swój urok. Woda była męt­na, pły­wa­ły w niej, ni­czym me­du­zy, cząst­ki ku­rzu, nit­ki i ko­cia sierść.

A więc ten nie­wdzięcz­nik tra­ci sierść! – szyb­ko do­pi­sa­łem do li­sty oskar­żeń ko­lej­ny grzech mo­je­go sub­lo­ka­to­ra.

Trze­ba było prze­pro­wa­dzić z Wło­dzi­mie­rzem po­waż­ną roz­mo­wę. Bez owi­ja­nia w ba­weł­nę. Jak sa­miec z sam­cem.

Z tru­dem pa­no­wa­łem nad gnie­wem.

Zna­la­złeś się na gra­ni­cy, na cien­kiej li­nii, po jej prze­kro­cze­niu już nie bę­dziesz sam­cem! – po­wie­dzia­łem kotu, chwy­ta­jąc go za kark i uno­sząc w górę tak, aby na­sze oczy zna­la­zły się na jed­nym po­zio­mie. – Jesz­cze je­den taki wy­bryk, a cię wy­ka­stru­ję!

Co ja ga­dam? – prze­ra­zi­łem się, wsłu­chu­jąc się we wła­sny głos. – Naj­pierw ra­tu­ję sam­ca, a te­raz go stra­szę? To cho­re!

Coś jed­nak trze­ba było przed­się­wziąć, ale co?

Za­sta­na­wia­łem się przez dłu­gie go­dzi­ny, lecz nic nie wy­my­śli­łem.

Po­sta­no­wi­łem po­ra­dzić się w tej kwe­stii pro­fe­so­ra Mę­czy­wo­ra.

WYKŁAD TRZECIŚWIAT SAMCA, CZ. II.O CZYM ROZMAWIA SAMIEC?

Podob­no tym, czym je­ste­śmy, uczy­nił nas ję­zyk – mowa, ust­na wy­mia­na in­for­ma­cji, sy­gna­li­za­cja dźwię­ko­wa. Ję­zyk roz­wi­ja mózg. Pa­trząc na po­szcze­gól­ne kra­je, trud­no oprzeć się wra­że­niu, że każ­dy ję­zyk roz­wi­ja go in­a­czej.

W sfe­rze szcze­rych roz­mów, a tyl­ko ta­kie nas in­te­re­su­ją, dla sam­ca naj­waż­niej­szy jest jego krąg. Wą­ski krąg zna­jo­mych, w któ­rym sa­miec czu­je się bez­piecz­nie i w któ­rym nic mu nie prze­szka­dza dać upust fan­ta­zji wer­bal­nej. Cia­sny, szczel­ny krąg po­trzeb­ny jest sam­co­wi po to, by nikt obcy nie po­są­dził go o głu­pie ga­da­nie. Bo praw­da jest taka, że każ­dy zdro­wy sa­miec lubi so­bie po­plot­ko­wać, ale bar­dzo nie lubi, kie­dy ktoś na­zy­wa go plot­ka­rzem.

Jak dro­dzy Pań­stwo my­ślą, o czym naj­chęt­niej roz­ma­wia sa­miec?

(Głos z sali: „O pi­wie i por­no­saj­tach!”).

Bra­wo! Głów­nym te­ma­tem sam­czych plo­tek jest oczy­wi­ście seks.

Sam­ce są do­sko­na­le zo­rien­to­wa­ni we wszyst­kich szcze­gó­łach in­tryg mi­ło­snych w swo­im śro­do­wi­sku oraz w ran­kin­gach „naj­bar­dziej go­rą­cych i po­żą­da­nych ciał”. Nic nie umknie ich uwa­dze. Wy­tłu­ma­cze­nia tego zja­wi­ska pro­po­nu­ję po­szu­kać w mro­ku na­szej wspól­nej dzi­kiej prze­szło­ści, kie­dy bez do­kład­nej in­for­ma­cji na te­mat tego, co się dzie­je w sta­dzie, nie było mowy o tym, by zo­stać wa­taż­ką, pre­zy­den­tem czy pa­pie­żem. Sa­miec za­tem jest ma­szy­ną do zbie­ra­nia waż­nych in­for­ma­cji w waż­nym cza­sie. Plot­ko­wa­nie sam­ców w wą­skim gro­nie moż­na więc na­zwać siłą na­pę­do­wą ewo­lu­cji cy­wi­li­za­cji.

Jed­nym z naj­mod­niej­szych tren­dów w ewo­lu­cji oso­bi­stej sam­ca jest ob­ga­dy­wa­nie, moż­na by rzec – bra­nie na ję­zy­ki fi­zycz­no­ści sa­mic. Po­nie­waż prze­cięt­ny sa­miec w swo­im prze­cięt­nym, peł­nym cięż­kich prób i wy­rze­czeń ży­ciu nie wi­dzi na wła­sne oczy zbyt wie­le tego ro­dza­ju ma­te­rii, chęt­nie po­sił­ku­je się por­no­saj­ta­mi i od­po­wied­ni­mi cza­so­pi­sma­mi. Tym bar­dziej że fe­no­men sam­ca po­le­ga mię­dzy in­ny­mi na tym, że naj­bar­dziej po­cią­ga go cia­ło sa­mi­cy nie­do­stęp­nej, moż­na by rzec – cu­dzej. Prze­ka­zy­wa­nie z rąk do rąk roz­kła­dó­wek i in­nych zdjęć, na któ­rych wi­dać wie­le szcze­gó­łów bu­do­wy cu­dzych sa­mic, jest tra­dy­cyj­ną czyn­no­ścią ry­tu­al­ną re­gu­lar­nie wy­ko­ny­wa­ną pod­czas burz­li­wych sam­czych ko­le­giów. Wspól­ne oglą­da­nie por­no­sów w świe­cie sam­ca jest ni­czym in­nym jak ak­tem re­li­gij­nym – czymś w ro­dza­ju iska­nia u małp.

Ktoś z Pań­stwa słusz­nie wspo­mniał o pi­wie. Zga­dza się: to rów­nież jest je­den z naj­waż­niej­szych ele­men­tów sam­czych roz­mów. Tak jak bran­dy, wód­ka, wino i kil­ka­na­ście in­nych ga­tun­ków po­pu­lar­nych trun­ków. Na ra­zie nie będę tego te­ma­tu po­ru­szał, gdyż za­mie­rzam po­świę­cić mu osob­ny wy­kład.

(Szmer za­do­wo­le­nia i spo­ra­dycz­ne okla­ski na sali).

Do­brze, je­dzie­my da­lej.

Wbrew temu, że sa­miec w swo­ich roz­mo­wach dużo uwa­gi po­świę­ca pro­ble­ma­ty­ce sek­su i piwa, nie moż­na go skla­sy­fi­ko­wać jako nie­ule­czal­ne­go zbo­czeń­ca. Je­śli się uważ­nie wsłu­chać w po­tok jego dy­wa­ga­cji, moż­na z nie­go wy­ło­wić wie­le in­nych pod­nie­ca­ją­cych te­ma­tów. Są to mię­dzy in­ny­mi: ko­nie me­cha­nicz­ne, ga­dże­ty RTV, elek­tro­ni­ka ery ja­ko­ści cy­fro­wej, bez­prze­wo­do­we łą­cza oraz pie­nią­dze. Duże pie­nią­dze ma się ro­zu­mieć. Jest jesz­cze pił­ka noż­na, boks, ho­kej, jaz­da kon­na, ru­let­ka, war­ca­by i bi­lard. W te­le­wi­zo­rze i re­alu. Z orzesz­ka­mi i pi­wem lub z ad­re­na­li­ną i pacz­ką kum­pli, nie­waż­ne gdzie, ale za­wsze z bło­tem, krwią i po­tem na twa­rzy.

Czy to wszyst­ko? By­najm­niej! Wy­obraź­nia sam­ca i świat jego taj­nych ma­rzeń się­ga o wie­le da­lej, niż kie­dy­kol­wiek śni­ło się ko­niom me­cha­nicz­nym. Ist­nie­ją na przy­kład ta­kie śro­do­wi­ska, w któ­rych sam­ce naj­wię­cej uwa­gi po­świę­ca­ją ubra­niom i mo­dzie. Szczy­ty po­pu­lar­no­ści w roz­mo­wach ta­kich sam­ców zdo­by­wa­ją mię­dzy in­ny­mi: sztucz­na opa­le­ni­zna, fry­zjer­stwo in­tym­ne, pięk­niut­kie ko­lo­ro­we szar­fi­ki, mar­ko­we to i owo, buty od… i faj­niut­kie ogrom­ne ze­gar­ki od… To spe­cy­ficz­ne wy­da­wa­ło­by się na pierw­szy rzut oka gro­no sta­je się co­raz mniej spe­cy­ficz­ne i bar­dziej po­wszech­ne. Sta­no­wi ono przy­kład ewo­lu­cji, me­ta­mor­fo­zy, któ­rą prze­cho­dzi współ­cze­sny sa­miec i któ­ra w osą­dach jed­nych sta­no­wi śle­pą ulicz­kę, zaś w opi­nii in­nych – daje sam­co­wi wię­cej moż­li­wo­ści i uwal­nia w nim po­kła­dy do­dat­ko­wej po­zy­tyw­nej ener­gii ży­cio­wej. Czas po­ka­że, jak to jest na­praw­dę.

Moi dro­dzy! Na­wet z tego krót­kie­go, lecz bar­dzo waż­ne­go w kon­tek­ście na­szych na­stęp­nych spo­tkań wy­kła­du ja­sno wy­ni­ka, że świat sam­czych roz­mów to eg­zo­tycz­ny tort, w któ­rym nie bra­ku­je od­waż­nych ele­men­tów i eks­pe­ry­men­tal­nych sma­ków. Gdy zo­sta­je po­da­ny i po­kro­jo­ny, bie­siad­ni­cy szyb­ko go zja­da­ją i na­tych­miast po­pi­ja­ją po­rząd­ną wód­ką – dla de­zyn­fek­cji. Bo­wiem na­wet w naj­węż­szym krę­gu nig­dy nie wia­do­mo, czy któ­ryś z obec­nych nie do­rzu­cił do wspól­ne­go gara ja­kie­goś bak­cy­la. W świe­cie sam­ca pa­nu­je że­la­zna za­sa­da: mo­żesz za­ufać każ­de­mu, ale tyl­ko pod wa­run­kiem, że nie ufasz ni­ko­mu.

To tyle na dziś. Wszyst­kich chęt­nych za­pra­szam na ju­tro. Ży­czę uda­nych i smacz­nych roz­mów w węż­szych i szer­szych krę­gach. Roz­ma­wiaj­cie, póki wam się chce.

STUDENCI I KOLEDZY

Moi stu­den­ci to sym­pa­tycz­ni, głów­nie bar­dzo mło­dzi lu­dzie. Sie­dzą zwy­kle da­le­ko ode mnie, więc nie mogę do­strzec, czy to sam­ce, czy sa­mi­ce, czy są ład­ni, czy ko­lo­ro­wi czy bia­li, czy mają do­bro­tli­we spoj­rze­nia. Taki stan rze­czy cał­kiem mi od­po­wia­da. Nie szu­kam prze­sad­nej bli­sko­ści. Cie­szę się, że nie wi­dzą mnie z bli­ska i nie do­strze­ga­ją wad w mo­ich ubra­niach i fi­zy­ce zu­ży­te­go cia­ła. Choć nie po­wiem – oku­lar­ki mam cał­kiem, cał­kiem.

Bio­rąc pod uwa­gę sa­mo­okre­śle­nie mo­ich stu­den­tów: licz­ba mno­ga – adi­da­so­wie, licz­ba po­je­dyn­cza – adi­das, czy­li „All Day I Dre­am Abo­ut Sex”, ła­two jest zro­zu­mieć, dla­cze­go głów­nym py­ta­niem, któ­re ich nur­tu­je, jest py­ta­nie „Czy dzi­siaj będę miał/mia­ła* seks? (nie­po­trzeb­ne skre­ślić)”. A je­dy­nym te­stem, któ­re­go nie chcą za­li­czyć, to test cią­żo­wy na­by­ty w po­bli­skiej ap­te­ce.

Dru­gą naj­waż­niej­szą rze­czą w ży­ciu mo­ich stu­den­tów są tani ope­ra­to­rzy te­le­fo­nii ko­mór­ko­wej. Te­le­fon stu­den­ta ma być za­je­faj­ny, a ra­chun­ki za jego eks­plo­ata­cję – za­je­faj­nie ni­skie. Za po­mo­cą ko­mór­ki stu­den­ci uma­wia­ją się na baw­ki, rand­ki oraz krę­cą ama­tor­skie fil­my ero­tycz­ne – sek­sting gwiaz­dą po­pkul­tu­ry mło­dzie­żo­wej na­szych za­je­faj­nych cza­sów.

Oce­nia­jąc się na­wza­jem, moi stu­den­ci na pierw­szym miej­scu sta­wia­ją wy­gląd ze­wnętrz­ny. Prze­ży­wa­ją okres fa­scy­na­cji obu­do­wą. Nie za­mie­rzam im w tym prze­szka­dzać. Z zim­ną krwią po­zo­sta­wiam ich w do­brze umię­śnio­nych rę­kach sam­ców Cy­ce­ro­na i Ezo­pa, któ­rzy w od­po­wied­nim cza­sie zro­bią z nimi po­rzą­dek.

Lu­bię swo­ich stu­den­tów. Wie­rzę, że do­ce­nią cykl wy­kła­dów, któ­ry dla nich przy­go­to­wa­łem. Pra­gnę im prze­ka­zać wia­do­mość, któ­rą kie­dyś prze­ka­zał mi mój Wy­kła­dow­ca: „Ogól­na suma in­te­li­gen­cji jest war­to­ścią sta­łą, a lu­dzi na Zie­mi jest co­raz wię­cej”.

Oprócz stu­den­tów spo­ty­kam się na uczel­ni ze swo­imi ko­le­ga­mi. Głów­nie są to idio­ci ob­cią­że­ni kom­plek­sem Boga. Je­śli nie Boga, to przy­najm­niej lo­kal­ne­go bó­stew­ka. Więk­szość z nich to sta­li by­wal­cy por­ta­lu To-Była-Kla­sa! Szpe­ra­ją w nim przez całe noce fa­na­tycz­nie, pro­wa­dząc taj­ną ko­re­spon­den­cję ze swo­imi by­ły­mi szkol­ny­mi mi­łost­ka­mi. Jak­by w Sie­ci nie było nic bar­dziej war­to­ścio­we­go! Jak­by nie było w niej por­no­saj­tów! Jak­by Bóg nie wy­na­lazł piwa!

W za­sa­dzie ich lu­bię. Ale pro­blem tkwi w tym, że nie ma wśród nich praw­dzi­wych sam­ców. To po­zba­wio­ne po­czu­cia hu­mo­ru pro­duk­ty sam­co­po­dob­ne. A prze­cież wia­do­mo, że wiel­kie, wręcz nie­by­wa­łe, po­czu­cie hu­mo­ru to jed­na z naj­waż­niej­szych cech roz­po­znaw­czych sam­ca. Praw­dzi­wy sa­miec jest wraż­li­wy na wszyst­ko, co jest śmiesz­ne: ję­zy­ki obce, mo­del­ki pa­ty­cza­ki, prze­mo­wy pre­zy­denc­kie, ceny, re­kla­my tam­po­nów, me­dia re­li­gij­ne, ga­da­ją­ce ba­becz­ki w pie­kar­ni­ku itd., itp. Tym­cza­sem moi ko­le­dzy są bar­dzo po­waż­ni. Ni­czym ko­nie w rzę­dach. Ni­czym twa­rze za­bój­ców ma­fij­nych. Ni­czym przy­wód­cy ra­dziec­cy.

Mam trud­no­ści z ich skla­sy­fi­ko­wa­niem we­dług czte­rech pod­sta­wo­wych ar­che­ty­pów oso­bo­wo­ści sam­ca: przy­wód­ca, eks­plo­ra­tor, bu­dow­ni­czy, ne­go­cja­tor. Je­dy­ne, co mi się na­su­wa na myśl, to sa­miec zwał. Moi ko­le­dzy to zwa­ły. Gru­zo­wi­ska próż­no­ści z fer­men­tem in­stynk­tów dzie­cię­cych.

Je­dy­ny zwał, z któ­rym od cza­su do cza­su cho­dzę na piwo, to dok­tor ha­bi­li­to­wa­ny De­zy­de­riusz Sio­strze­niec. Dość sym­pa­tycz­ny czło­wiek, za­pa­lo­ny ama­tor por­ta­lu Wszyst­ko-o-męż­czy­znach.

– Sły­szał już pan? – za­py­tał mnie dzi­siaj.

– O czym, pro­szę pana?

– Pio­truś Jan Pi­cuś-Glan­cuś za­dra­pał sa­mo­cho­dzik!

– Jaki Pio­truś? Jaki sa­mo­cho­dzik?

Nie lu­bię, gdy dok­tor ha­bi­li­to­wa­ny wy­ra­ża się w spo­sób nie­ja­sny.

– Na Wszyst­ko-o-męż­czy­znach po­da­ją.

– Aaa – po­wie­dzia­łem ze zro­zu­mie­niem, ma­jąc na­dzie­ję, że De­zy­de­re­mu to wy­star­czy.

– Lśnią­ce, pięk­ne BMWiąt­ko pro­szę pana. – Sio­strze­niec po­sta­no­wił opo­wie­dzieć mi wszyst­ko z naj­drob­niej­szy­mi szcze­gó­ła­mi.

– Ro­zu­miem, nie­zła bry­ka.

– O znak dro­go­wy za­dra­pał.

– Nie­szczę­ście.

– Po­dob­no prze­ra­ża­ją­cy dźwięk ry­so­wa­nia la­kie­ru sły­chać było z od­le­gło­ści wie­lu ki­lo­me­trów.

– Na­praw­dę?

– Jak Boga ko­cham.

– Ko­cha go pan?

– Pio­tru­sia?

– Boga!

– Tak, Pio­ru­sia ko­cham, lu­bię, sza­nu­ję. Moja mat­ka go lubi, moja żona go lubi, moje dzie­ci go lu­bią, moje wnu­czę­ta będą go lu­bić. Wie pan, jak Pio­truś sko­men­to­wał ten ka­zus?

– Jak?

– W Sta­nach Zjed­no­czo­nych miej­sca par­kin­go­we są duże jak lot­ni­ska. A nasz kie­row­ca musi wci­skać się w każ­dą byle dziu­rę.

– Ame­ry­ka­ni­sta?

– Wła­śnie.

– No do­brze, dro­gi De­zy­de­ry, czas już na mnie.

– Śpie­szysz się?

– Pój­dę, ścią­gnę so­bie stu­dent­kę.

– Jaką stu­dent­kę?

– Faj­ną.

– Ścią­gniesz ją do domu?

– Ma się ro­zu­mieć.

– Nie­złe z cie­bie ziół­ko ko­le­go, nie wie­dzia­łem, że je­steś taki roz­ryw­ko­wy. Może na­stęp­nym ra­zem umó­wi­my się na wspól­ne ścią­ga­nie? Znam parę stu­den­te­czek z pro­win­cji, ta­kie ciał­ka, że ach…

– Na na­stęp­ny raz je­stem już umó­wio­ny z Włod­kiem.

– Z kim?

– To mój nowy przy­ja­ciel.

– Uhu…

– Ten do­pie­ro ma pa­zur.

– Tak? Nie masz kom­plek­su niż­szo­ści w jego to­wa­rzy­stwie?

– Nie. To on w mo­jej obec­no­ści ma kom­pleks.

– Nie­złe z cie­bie ziół­ko, nie wie­dzia­łem, że je­steś taki roz­ryw­ko­wy.

Po przyj­ściu do domu włą­czy­łem kom­pu­ter i wtar­gną­łem na swo­ją ulu­bio­ną stro­nę stu­denc­ką.

– Już jest! – ucie­szy­łem się. – Ko­lej­na play­ma­te, świe­żut­ka stu­dent­ka mie­sią­ca, Maj 2009… Wło­dziu! Chcesz zo­ba­czyć Maj 2009? – po­szu­ka­łem oczy­ma kota.

Pole tek­sto­we za­wie­ra­ło zna­ne mi tre­ści: „Cze­mu jesz­cze nie je­steś stu­dent­ką mie­sią­ca? Brak Ci wia­ry w sie­bie? Chcesz być tren­dy? Chcesz zna­leźć swój nie­po­wta­rzal­ny styl i wy­róż­nić się z tłu­mu in­nych stu­den­tek? Pod­po­wie­my Ci, co jest na to­pie i gdzie naj­ta­niej ku­pić naj­mod­niej­sze rze­czy. Tyl­ko u nas po­ra­dy gwiazd show-biz­ne­su. War­to być stu­dent­ką mie­sią­ca! Mo­żesz nią zo­stać już wkrót­ce. Co mie­siąc da­je­my Ci szan­sę zdo­by­cia tego pre­sti­żo­we­go ty­tu­łu i po­ja­wie­nia się na na­szym por­ta­lu w nie­po­wta­rzal­nej, olśnie­wa­ją­cej se­sji zdję­cio­wej. Pa­mię­taj – spo­śród stu­den­tek mie­sią­ca zo­sta­nie wy­ło­nio­na stu­dent­ka roku! A spo­śród stu­den­tek roku – stu­dent­ka stu­le­cia! A spo­śród stu­den­tek stu­le­cia – stu­dent­ka ty­siąc­le­cia! Za­pisz się! Już wkrót­ce mo­żesz zo­stać gwiA­AAAAz­dą!!!”.

Ni­żej, jak zwy­kle, był umiesz­czo­ny quiz – li­sta py­tań. Od­po­wie­dziaw­szy na nie, naj­roz­trop­niej­sza stu­dent­ka mia­ła szan­sę zo­stać play­ma­te mie­sią­ca, a przy odro­bi­nie szczę­ścia na­wet play­ma­te roku. Maj 2009, ma­ją­ca na imię Róża, tak od­po­wie­dzia­ła na za­pro­po­no­wa­ne py­ta­nia:

Quiz: Co jej w gło­wie cho­dzi?

1. Z ja­kie­go kon­ty­nen­tu po­cho­dzą Afry­kań­czy­cy?

Róża: Z Afry­ki.

Do­brze!

2. Przy zmia­nie cza­su z zi­mo­we­go na let­ni prze­su­wa­my ze­gar­ki o go­dzi­nę do przo­du, czy co­fa­my je o 129 go­dzin?

Róża: Prze­su­wa­my do przo­du.

Do­brze!

3. Dy­stans ma­ra­toń­ski to:

a) 300 me­trów, b) 42 ki­lo­me­try i 195 me­trów, c) 2225 ki­lo­me­trów i 4 657 639,009 me­tra.

Róża: Od­po­wiedź b.

Do­brze!

4. Sto­li­cą ja­kie­go fran­cu­skie­go pań­stwa eu­ro­pej­skie­go jest Pa­ryż?

Róża: Fran­cji.

Do­brze!

5. Kto był twór­cą idei sprze­da­ży piwa w bu­fe­cie rek­to­ra­tu i wszyst­kich dzie­ka­na­tów?

a) Dzie­kan Wy­dzia­łu Bio­lo­gii, b) John­nie Wal­ker I Wiel­ki, c) Ka­rol Marks.

Róża: Od­po­wiedź a.

Do­brze!

6. Jak my­ślisz, o ile wzro­sną opła­ty w na­stęp­nym mie­sią­cu?

a) nie wzro­sną, b) wzro­sną nie­znacz­nie, c) wzro­sną trzy­krot­nie.

Róża: Od­po­wiedź c.

Do­brze!

7. Jak ma na imię zie­lo­na kró­lew­na ze Shre­ka?

Róża: Fio­na.

Do­brze!

8. Czy dzie­kan Wy­dzia­łu Psy­cho­lo­gii upra­wia sek­sting?

Róża: Nie upra­wia. Ze­psu­ła mu się ko­mór­ka!

Do­brze!

9. Jak my­ślisz, kto bę­dzie na­stęp­ną stu­dent­ką mie­sią­ca?

Róża: Kry­sia M., rek­tor już jej obie­cał.

Bar­dzo do­brze!

Róża

WIEK: 19 lat

WZROST: 199 cm

HOB­BY: rzu­ca­nie mło­tem, ba­let kla­sycz­ny, kry­mi­na­ły, te­le­fon do mamy.

Pod zdję­ciem Róży przy­pis za­chę­ca­ją­cy in­ter­nau­tów do dzia­ła­nia: „Ścią­gnij stu­dent­kę na swój kom­pu­ter!”.

No to ścią­gam. Wi­ta­my Różę na uli­cy Krzy­wych Stóp.

– Wło­dziu! Przyjdź zo­bacz!

Wło­dzi­mierz, mój je­dy­ny przy­ja­ciel, przy­cho­dzi i pa­trzy. Głasz­czę go po głów­ce, a on kiwa się i mru­czy. Do­brze, że ni­cze­go mu nie ucią­łem.

WYKŁAD CZWARTYSAMIEC W ŚWIECIE ZWIERZĄT, CZ. II.ISTOTA PREZENTU

Samiec w świe­cie zwie­rząt nie tra­ci cza­su na roz­mo­wy o byle ko­niach me­cha­nicz­nych. Nie in­te­re­su­ją go or­ga­ni­zmy nie­oży­wio­ne, gdyż nie ko­ja­rzą mu się z roz­ro­dem i sztu­ką prze­trwa­nia. Pod tym wzglę­dem jest dość ogra­ni­czo­ny. Ale jego ży­cie by­najm­niej nie jest sza­re. Jest w nim spo­ro miej­sca na do­brą roz­ryw­kę i set­ną za­ba­wę.

Pew­nie nie­raz wi­dzie­li Pań­stwo pro­ces prze­ka­zy­wa­nia pre­zen­tów. Przy­najm­niej w fil­mach. Lub sły­sze­li­ście o tym od swo­ich zna­jo­mych lub krew­nych. Sy­tu­acja jest na­stę­pu­ją­ca: ktoś coś ma i to coś za­mie­rza ko­muś dać. Na pierw­szy rzut oka prze­ka­za­nie pre­zen­tu jest prze­ja­wem al­tru­izmu, czy­li bez­in­te­re­sow­no­ści – masz tu pre­zent i pal buta. W rze­czy­wi­sto­ści jed­nak pre­zent to swo­isty orzech, któ­re­go isto­ta skła­da się z dwóch czę­ści – ma­te­rial­nej i nie­ma­te­rial­nej: sa­me­go pre­zen­tu i po­wo­du, dla któ­re­go zo­stał wrę­czo­ny.

Sztu­ką w da­wa­niu pre­zen­tów jest od­da­nie sko­rup­ki i schru­pa­nie ją­der­ka. Ją­der­kiem jest na­gro­da, in­a­czej na­zy­wa­na wy­ra­zem wdzięcz­no­ści. Sam­ce w świe­cie zwie­rząt dają swo­im sa­mi­com pre­zen­ty w za­mian za seks. Chy­ba nie mu­szę Pań­stwa prze­ko­ny­wać, że w na­szym, ludz­kim, świe­cie rzecz się ma do­kład­nie tak samo.

Za­cznij­my od bez­krę­gow­ców, form, że tak się wy­ra­żę, prost­szych.

W na­szym kra­ju wy­stę­pu­je pa­jąk da­row­nik prze­dziw­ny, Pi­sau­ra mi­ra­bi­lis. Swo­ją na­zwę za­wdzię­cza spo­so­bo­wi, w jaki sa­miec uwo­dzi sa­mi­ce. Da­row­nik rze­czy­wi­ście jest prze­dziw­ny. Za­miast bru­tal­nie, bez ce­re­gie­li, jak to czę­sto bywa w świe­cie bez­krę­gow­ców, schwy­tać i wy­ko­rzy­stać swo­ją part­ner­kę, ów, moż­na po­wie­dzieć dżen­tel­men, zja­wia się pod drzwia­mi pan­ny mło­dej z ele­ganc­ką pa­czusz­ką. Ten „dro­biazg” to świe­żut­ka mu­cha zręcz­nie za­pa­ko­wa­na w wy­kwint­ny je­dwab. Do­pie­ro kie­dy sa­mi­ca przyj­mie ów po­da­ru­nek, sa­miec kon­su­mu­je szczę­śli­we mał­żeń­stwo. Umiesz­cza na­sie­nie gdzie trze­ba i, jak to zwy­kle u pa­ją­ków bywa, daje nogę. Ma peł­ne ręce ro­bo­ty: tyle much na świe­cie, tyle szczę­ścia, tyle głod­nych sa­mic! Może i nie by­ło­by w tym nic cie­ka­we­go, gdy­by nie fakt, że nie­któ­re sam­ce da­row­ni­ki ce­chu­je nie­by­wa­ły, wprost ludz­ki spryt. Otóż zda­rza­ją się wśród nich osob­ni­ki, któ­re nie za­da­ją so­bie tru­du po­szu­ki­wa­nia i ło­wie­nia so­czy­stej mu­chy, tyl­ko pa­ku­ją w swój wy­kwint­ny je­dwab, tu­dzież pa­ję­czy­nę, ka­wa­łek byle cze­go: list­ka, traw­ki czy ga­łąz­ki, i z ta­kim oto pre­zen­tem wy­ru­sza­ją na pod­bój dam­skich serc. Póki nic nie­podej­rze­wa­ją­ca pa­ję­czy­ca roz­wi­ja szczel­nie za­pa­ko­wa­ny „pre­zent”, spryt­ny pa­jus sza­le­je ni­czym na­mięt­ny Eros w al­ko­wie Psy­che. Kie­dy oszu­stwo zo­sta­je wy­kry­te, za­zwy­czaj bywa już za póź­no – geny spry­cia­rza roz­po­czy­na­ją swo­ją dal­szą wę­drów­kę w cza­sie i prze­strze­ni, a szczę­śli­wy pan mło­dy zni­ka bez­pow­rot­nie w dzi­kiej pusz­czy mi­kro­ko­smo­su.

In­nym pa­ją­kiem, któ­ry roz­da­je pre­zen­ty za seks, jest tak zwa­ny ba­gnik przy­brzeż­ny, czy­li uży­wa­jąc nie­śmier­tel­nej ła­ci­ny – Do­lo­me­des fim­bria­tus.

(Głos z sali: „Że jak?”).

Do­lo­me­des fim­bria­tus. Pew­nie za­sta­na­wia­cie się, po co po­da­ję wam na­zwy ła­ciń­skie?

(Gło­sy z sali: „No wła­śnie!”, „Po co?”, „Są za trud­ne!”, „Nie­zro­zu­mia­łe!”).

Przy­ta­czam na­zwy ła­ciń­skie, po­nie­waż, jak już Pań­stwu mó­wi­łem, to nasz ję­zyk, mowa, ust­na wy­mia­na in­for­ma­cji, sy­gna­li­za­cja dźwię­ko­wa uczy­ni­ła nas tym, czym je­ste­śmy. Ję­zyk roz­wi­ja mózg. Pro­szę się uczyć ję­zy­ków moi dro­dzy.

Wróć­my do ba­gni­ka.

Ten dość duży pa­jąk za­miesz­ku­je pod­mo­kłe łąki, lasy ba­gien­ne oraz brze­gi je­zior i rzek. Bie­ga po po­wierzch­ni wody i do­sko­na­le nur­ku­je. Jest bez­względ­nym dra­pież­cą. Jego menu, w od­róż­nie­niu od ja­dło­spi­su da­row­ni­ka, skła­da się głów­nie z owo­ców mo­cza­rów: świe­żych ki­ja­nek, ma­łych ry­bek oraz in­nych stwo­rów wod­nych. To wszyst­ko ele­ganc­ko po­kro­jo­ne i uło­żo­ne na gu­stow­nych pół­mi­skach z Mi­śni do­sta­je sa­mi­ca ba­gni­ka. Nie za dar­mo rzecz ja­sna, ale taki układ cał­kiem jej od­po­wia­da. Ba­gni­ca jest re­alist­ką, wie, że to nie są żad­ne ło­so­sie w po­mi­do­ro­wym so­sie, ale jed­no­cze­śnie zda­je so­bie spra­wę, że na swo­im ba­gnie nie może li­czyć na nic wię­cej.

In­ny­mi bez­krę­gow­ca­mi ku­pu­ją­cy­mi seks za pre­zen­ty są uskrzy­dlo­ne, lecz nie­zbyt do­brze la­ta­ją­ce owa­dy, woj­sił­ki. W na­szej czę­ści glo­bu­sa wy­stę­pu­je woj­sił­ka po­spo­li­ta…

(Nie­śmia­ły głos z sali: „Pa­nor­pa com­mu­nis?”).

Bra­wo! Do­kład­nie tak – Pa­nor­pa com­mu­nis!

Woj­sił­ki, sam­ce i sa­mi­ce, są czę­ścio­wo dra­pież­ne, ale głów­nym ich po­kar­mem jest pa­dli­na – mar­twe bez­krę­gow­ce. To tro­chę wsty­dli­wy szcze­gół. Po­nie­waż nie wy­pa­da da­wać w pre­zen­cie ka­wał­ka pa­dli­ny, sam­ce woj­sił­ki wy­my­śli­ły coś zu­peł­nie nie­zwy­kłe­go: upa­ja­ją wy­bran­ki eg­zo­tycz­nym szla­chet­nym trun­kiem – wy­dzie­li­ną swo­ich gru­czo­łów śli­no­wych. Trik dzia­ła nie­za­wod­nie od mi­lio­nów lat! Sa­mi­ca pije, sa­miec dzia­ła. Czy­li po­dob­nie jak w pa­to­lo­gicz­nych ro­dzi­nach prze­ra­ża­ją­cych po­nad­prze­cięt­ną licz­bą pro­du­ko­wa­nych dzie­ci.

Sam­ce bli­sko spo­krew­nio­ne­go z woj­sił­ką bu­ga­ra, Bit­ta­cus ita­li­cus, rów­nież dają swo­im pan­nom sma­ko­wi­te pre­zen­ty – świe­żo upo­lo­wa­ne małe owa­dy. Kie­dy po uda­nych ło­wach pan bu­gar znaj­du­je sa­mi­cę, roz­ta­cza wo­kół sie­bie spe­cjal­ny za­pach, owa­dzie per­fu­my, któ­re dzia­ła­ją po­bu­dza­ją­co na płeć prze­ciw­ną. Da­lej wszyst­ko od­by­wa się do­kład­nie tak jak po­win­no: ocza­ro­wa­na sa­mi­ca je, sa­miec za­pład­nia.

Bu­ga­ro­wie po­sia­da­ją rów­nież inne, dość za­ska­ku­ją­ce umie­jęt­no­ści. Nie­któ­re sam­ce tych owa­dów opa­no­wa­ły sztu­kę uda­wa­nia sa­mi­cy. Po co? Po to, by do­sta­wać pre­zen­ty oczy­wi­ście! „Trans­we­sty­ci” pil­nie ob­ser­wu­ją inne sam­ce, i gdy tyl­ko po­czu­ją cha­rak­te­ry­stycz­ną woń per­fum ślub­nych, szyb­ko lecą na łeb na szy­ję w kie­run­ku jej źró­dła. Uda­jąc sa­mi­ce, uro­czy­ście przyj­mu­ją od roz­anie­lo­ne­go ad­o­ra­to­ra pre­zent i czym prę­dzej zmy­ka­ją, po­zo­sta­wia­jąc za­lot­ni­ka z fun­da­men­tal­ny­mi py­ta­nia­mi: „Kim i po co je­stem?” oraz „Skąd przy­by­wam i do­kąd zmie­rzam?”.

Tra­dy­cje ob­da­ro­wy­wa­nia pre­zen­ta­mi po­ten­cjal­nych part­ne­rów sek­su­al­nych zna­ne są oczy­wi­ście nie tyl­ko ze świa­ta bez­krę­gow­ców. Spek­ta­ku­lar­ne skła­da­nie po­da­run­ków, od­by­wa­ją­ce się rok w rok w okre­sie lę­go­wym, za­ob­ser­wo­wać moż­na u nie­któ­rych ga­tun­ków pta­ków. Jed­nym z nich jest ry­bi­twa zwy­czaj­na, Ster­na hi­run­do, ga­tu­nek dość licz­nie wy­stę­pu­ją­cy nad zbior­ni­ka­mi na­sze­go re­gio­nu. Sa­miec ry­bi­twy w za­mian za speł­nie­nie swo­ich fan­ta­zji ero­tycz­nych ofia­ru­je wy­bran­ce, jak sama na­zwa wska­zu­je, ubi­tą rybę. Zwy­kłą, su­ro­wą rybę pro­sto z wody – po­karm bo­ga­ty w skład­ni­ki od­żyw­cze, wi­ta­mi­ny, i, nie­ste­ty, w me­ta­le cięż­kie.

Za po­mo­cą sma­ko­wi­tej ryby uwo­dzą swo­je wy­bran­ki rów­nież sam­ce zi­mo­rod­ków, Al­ce­do at­this, dłu­go­no­se, ja­skra­wo ubar­wio­ne pta­ki, do­sko­na­li ry­ba­cy za­miesz­ku­ją­cy stro­me brze­gi rzek i je­zior. Z ko­lei sa­miec żoł­ny, Me­rops apia­ster, barw­ny po­łu­dnio­wy ptak gniaz­du­ją­cy w no­rach, wku­pia się w ła­ski swo­jej sa­mi­cy, ofia­ro­wu­jąc jej eks­klu­zyw­ne cia­stecz­ko w po­sta­ci psz­czo­ły z pul­su­ją­cym żą­dłem. Ta­kie coś w ro­dza­ju fugu – zjedz ko­cha­nie, ale na wła­sną od­po­wie­dzial­ność.

Czas na pod­su­mo­wa­nie.

Pro­szę Pań­stwa! Po­pu­lar­ne ludz­kie po­wie­dze­nia: „Jak so­bie po­ście­lisz, tak się wy­śpisz” oraz: „Jak im po­ście­lisz, tak będą pra­co­wać”, wy­ewo­lu­owa­ły z wni­kli­wych ob­ser­wa­cji ży­cia i zwy­cza­jów zwie­rząt po­czy­nio­nych nie­gdyś przez na­szych da­le­kich przod­ków. Daw­no, daw­no temu, gdy lu­dzie zro­zu­mie­li, że mniej­szym na­kła­dem moż­na osią­gać więk­sze cele, za­czę­ła się era pre­zen­tu. Z tym że lwia cześć ów­cze­snych pre­zen­tów przez dłuż­szy czas tra­fia­ła pra­wie wy­łącz­nie do bo­gów. Ale to już zu­peł­nie inna hi­sto­ria.

To tyle na dziś. Wszyst­kich chęt­nych za­pra­szam na ju­tro. W do­mo­wym za­ci­szu pro­po­nu­ję przy­po­mnieć so­bie, co ostat­nio do­sta­li­ście w pre­zen­cie i jaką cenę mu­sie­li­ście za to coś za­pła­cić. To może być bar­dzo in­te­re­su­ją­ce do­świad­cze­nie. Cza­sem nie­wąt­pli­wie szo­ku­ją­ce.

U MĘCZYWORA

– Aha, mój old­scho­olo­wy pa­cjent, wi­tam, wi­tam.

– Dla­cze­go old­scho­olo­wy? – zdzi­wi­łem się, zdej­mu­jąc nad­gry­zio­ny mo­lem i zę­bem cza­su ka­pe­lusz.