Fado - Andrzej Stasiuk - ebook
Opis

„Przeszłość i pamięć są moją ojczyzną” – pisze Andrzej Stasiuk. I przy dźwiękach Fado wraca z Babadag do rodzinnej wsi  na Podlasiu, oddając się wspomnieniom dzieciństwa i składając hołd cieniom przodków.

"Lubię podróżować. Lubię siedzieć w swoim pokoju i wspominać. Podróże, własne życie, dzieciństwo, wspominać własne wspomnienia, własne kłamstwa. To wszystko się miesza i czasami próbuję jakoś dojść z tym do ładu." Andrzej Stasiuk

"Nicość u Stasiuka! Mało kto się z nią tak boryka we współczesnej polskiej literaturze, bo mało jest dziś pisarzy prawdziwie metafizycznych. Taki jest właśnie Stasiuk, czy się to komu podoba, czy nie: nie zanudza opowieściami o byle czym, nie pompuje się rekwizytami kultury wysokiej, nie udaje, że nie jest tym, kim jest. Od lat, od "Dukli" pewnie, stara się patrzeć w nicość, która go zachodzi od różnych stron, i nie odwrócić od niej oczu. Od lat Stasiuk stara się przezwyciężyć nihilizm, który zawsze czai się tam, gdzie zrozpaczony człowiek zadaje sobie pytanie "dlaczego bardziej jest nic, niźli coś?".

O tym właśnie jest "Fado": o tym, że wszystko w naszym życiu przydarza się tylko nam." Michał Paweł Markowski

"Stasiukowi dostało się swego czasu za akcentowanie plebejskiego, mówiąc eufemistycznie, składnika naszej rzeczywistości, ale po ostatnich wyborach jego krytykom (którzy widzieli już Rzeczpospolitą wśród europejskich potęg) chyba zrzedła mina. Pisarz wykazał się tu godnym pozazdroszczenia zmysłem obserwacji i darem przewidywania. Książkę zamyka mocny akcent prozatorski: teksty poświęcone pejzażom geograficznym i mentalnym wschodniej i południowo-wschodniej Polski, dorastającej córce pisarza i jego dziadkom, a wreszcie... Janowi Pawłowi II. Jeśli jest to zapowiedź powrotu Stasiuka do rodzimej tematyki, to bardzo obiecująca. Z miejsca włączyłbym te utwory do spisu lektur szkolnych, obok fragmentów prozy Iwaszkiewicza (o ile poeta ze Stawiska jeszcze się w nich uchował). "Stróże", "Spokój", "Połowa października, powrót", "Ciało ojca" – Stasiuk pokazuje tu prawdziwą klasę." Aleksander Kaczorowski

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 150

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki i stron tytułowych Agnieszka Pasierska

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Zdjęcie na okładce © Josef Koudelka / Magnum Photos / ekpictures

Copyright © by Andrzej Stasiuk, 2006

Wybór tekstów Jacek Suchecki, Monika Sznajderman

Redakcja Teresa Leśniak

Korekta Małgorzata Poździk / d2d.pl

ISBN 978-83-8049-386-5

Autostrada

Najlepsza jest noc w obcym kraju. O zmierzchu porzuca się jakąś okolicę, ponieważ okazała się beznadziejnie nudna, i rusza, powiedzmy, prosto na południe. Ciemność spada na równiny, zakrywa ich smutek i o dziesiątej wieczór jedzie się już przez czystą, czarną przestrzeń. Można wyobrażać sobie różne rzeczy, można odgadywać zarysy niewidzialnego pejzażu, pola, sady, miasta z białego kamienia, kościoły i place stygnące z całodziennego upału, można próbować dojść do ładu z perwersyjną obfitością materii, z pornograficznym bezwstydem historii, wylegującej się na wznak za każdym zakrętem, za każdym wzniesieniem, ale koniec końców zdaje się to psu na budę, bo zostajemy sam na sam z przestrzenią, która jest najstarsza ze wszystkich rzeczy.

Droga numer 4, droga numer 1, droga numer 13, czerwone i białe światła, linie na asfalcie ciągnące się w nieskończoność, miraże w lusterkach, blask rozpuszczony w gorącym, czarnym powietrzu, rozjazdy, zielone tablice z nazwami, obwodnice i wiadukty, sploty asfaltowych wstążek, wśród których biją serca miast, sznury ciężarówek jak kolosalne pociągi, ciągnących za sobą pasma smrodliwego cienia, błędne ogniki obłąkańców lewego pasa — sto siedemdziesiąt, sto osiemdziesiąt na godzinę, jakby chcieli przejechać noc na wskroś i zdążyć na wschód słońca, gdy inni będą jeszcze podróżować w mroku… Tak, tak, ostateczna samotność autostrady, gdy przez kilka godzin nie widać żywej duszy, jedynie skondensowane człowieczeństwo z jego obsesyjną potrzebą ruchu i zwycięstwa nad nieskończonością. Nic, tylko płaskie profile, ledwo cielesne plamy za szybami, ogniki papierosów albo dłubanie w nosie. Chyba że trafia się na stację benzynową, gdzie wszyscy wyglądają na zmęczone potencjalne ofiary i ożywionych ruchliwych rzezimieszków, a ślepe cielska ciężarówek na tle granatowego nieba przypominają wielkie głazy.

To wszystko jest ledwo żywe, jakby zużywało resztki sił, i jednocześnie martwe, mechaniczne niczym perpetuum mobile, którego celem pozostaje przetrzymanie wieczności.

Tak, najlepsza jest noc w obcym kraju na autostradzie, ponieważ obcość rozciąga się wtedy nad całą ziemią i porywa w swój nurt wszystkich bez różnicy. Gdzieś na linii horyzontu widać ognie ludzkich siedzib, które nie różnią się niczym od dalekiego lśnienia gwiazd. Ach, migotliwa tętnica nicości, ach, wspomnienie najstarszych czasów, gdy byliśmy na świecie bezdomni, gdy przestrzeń przerażała ogromem. Teraz irytuje nas nieuchwytnością.

Po czterech godzinach dałem za wygraną. Nie chciało mi się czytać mapy. Skręciłem w pierwszy zjazd i wąską serpentyną opuściłem się na dno lesistej doliny. W górze na gigantycznych betonowych przęsłach biegła sześciopasmówka. Światła reflektorów ślizgały się po niebie. Monotonne dudnienie opadało w dół jak ciężki kurz. Po kilku minutach wszystko zniknęło i umilkło. Jechałem przez las. Czasami mijałem jakieś zabudowania. Były ciemne. Wszyscy spali. Nie miałem pojęcia, gdzie jestem. W środku leśnego pustkowia zobaczyłem samotny dom z oświetlonym podjazdem. To była knajpa. Zwalisty mężczyzna w białym fartuchu i kucharskim czepku oglądał telewizję. W półmroku połyskiwała świeżo umyta podłoga i sterczały nogi odwróconych krzeseł. Nie było żadnych gości. Poprosiłem o szklankę wina. Odkręcił srebrzysty kran i nalał, nie troszcząc się o miarę. Powiedział, że niestety nie ma nic do jedzenia, że kuchnia już zamk­nięta, ale może mi zrobić kanapkę. Nie chciałem jeść. Wytłumaczyłem mu, że chciałbym więcej wina. Znalazł za barem pustą litrową butelkę i zapytał, czy tyle wystarczy. Skinąłem głową. Uśmiechnął się i odkręcił kran.

Pół godziny później zjechałem z szosy w leśną przecinkę, znalazłem spłachetek trawy, zawinąłem się w śpiwór i po trzech łykach zasnąłem.

Rano ruszyłem na poszukiwanie kawy. Mijałem pojedyncze domy zagubione wśród zielonych wzgórz. W końcu trafiłem do miasteczka. Naprzeciwko baru była stacja benzynowa. Trzy dystrybutory stały wprost na chodniku. Między nimi siedziało czterech starszych mężczyzn. Przynieśli skądś krzesła i po prostu siedzieli. Nieruchomi jak jaszczurki, grzali się w porannym słońcu. Wszyscy palili papierosy. A właściwie papierosy spalały się same w ich dłoniach. Słupki popiołu rosły i spadały na ziemię. Czasami podjeżdżał skuter i wtedy jeden podnosił się, nalewał i brał pieniądze. Czułem pomieszane zapachy benzyny i tytoniowego dymu. Spod przymkniętych powiek ­obserwowali w milczeniu ulicę. Nie odzywali się do siebie, ponieważ widzieli w życiu już wszystko i nie było o czym gadać. Słońce wędrowało po niebie, do ich stóp powoli zbliżał się cień rzucany przez okap dachu. To było ich miejsce i wiedzieli, że nim dzień stanie się gorący, oni będą już ukryci w bezpiecznej plamie chłodu.

Potem przeszedłem obok nich. Ze swoich krzeseł widzieli nad dachami domów szare przęsła auto­strady, wbite w ciemną zieleń gór pięć albo sześć kilometrów dalej.

Słowiańskie on the road

No więc całe to przypominanie, to siedzenie na tyłku w półmroku i nieustanny odjazd wstecz, to gapienie się w tylną szybę pamięci, ta liryka utraty, to słowiańskie on the road, które teraz wystukuję na maszynie — trzecia piętnaście w nocy — wcale nie po to, żeby zapamiętać, ale po to, by sobie wciąż wszystko od nowa przypominać, zaczynać od nowa, dopóki myśl i złudzenie ostatecznie nie przykryją rzeczywistości, nie zmyją, nie wytrą tych wszystkich nazw i krajobrazów, tych zdarzeń, bez których można by się obejść, i tych przygód, które równie dobrze mogłyby się przydarzyć komu innemu…

Bo jechać to jest nic. Najważniejsze zaczyna się potem, właśnie teraz, gdy wszystko już znieruchomiało, struchlało i powoli obraca się w nicość. Pięć godzin temu o zmierzchu jechałem serpentynami przez Šariską vrchovinę i widziałem, jak nad głównym grzbietem Karpat zbierają się chmury. W Klenovie, w Kvačanach, w Rokycanach było jeszcze jasno, jasno było nad Čergovem, ale na północy zapadała już liliowa ciemność. Blask przedostawał się tylko wąską poziomą szczeliną gdzieś między Lac­kową a Jaworzyną. A potem sina powieka nieba opadła ostatecznie i gdy brałem benzynę w Prešovie, zobaczyłem pierwsze żyłki błyskawic. Do przejścia granicznego w Becherovie jechałem już wskroś burzy.

Teraz siedzę w oknie i patrzę w ślad za nią. Nie słychać już grzmotów, ale krawędź góry raz po raz rozpala się zimnym światłem. Chmury suną prosto na południe. Wyobrażam sobie te wszystkie miejsca, w których dzisiaj byłem. Blask błyskawic wydobywa je z mroku. Ludzie śpią w swoich łóżkach i domach. Elektryczna światłość obnaża ich ciała. Rusini w Regetovce, Słowacy w Lipanach, Cyganie w Zborovie, Węgrzy w Silicy — wszyscy wyglądają tak samo: ułożeni na wznak, zwinięci w kłębek, na boku, z rozchylonymi ustami. Przez chwilę twarze przypominają srebrne maski, a potem gasną i znów stają się niewidzialne. W nocnych koszulach, w pidżamach, w gaciach, w kalesonach, nago, oddzielnie albo razem, samotni albo wtuleni w siebie jak zwierzęta, w oddzielnych pokojach jak bogacze, w każdym razie ledwo żywi i niewinni.

Czy śpiący człowiek jest Węgrem? Albo Cyganem? Czy jest Polakiem? Popijam kelta z patentowej butelki i wcale nie jestem tego taki pewien. Burza przetacza się teraz gdzieś nad Silicką Planiną i zaraz przekroczy węgierską granicę niczym jakaś kosmopolityczna utopia. Spadnie na Putnok, spadnie na Miszkolc i na Góry Bukowe i będzie sunęła na południe, aż zgasi ją świt.

Spędziłem kiedyś na ukraińsko­-rumuńskiej granicy osiem godzin. Była noc. Autobus pełen ukraiń­skich przekupek stał i stał. Siedziałem na krawężniku, paliłem papierosy i obserwowałem psy. Były kompletnie pozbawione instynktu państwowego. Wypadały watahą zza budynków po rumuńskiej stronie i z ujadaniem znikały po stronie ukraińskiej. Odprowadzały niektóre samochody i potem wracały. Łączyły się w oddziały i broniły swoich rewirów. Obszczekiwały współbraci, węszyły, kręciły się, raz po raz przekraczały pas ziemi niczyjej i posterunki. Mundurowi zdawali się ich nie dostrzegać. Gdyby chciały, mogłyby ruszyć psią wyprawą w głąb podzielonych terytoriów, pokonując następne granice. Na przykład rumuńsko­-bułgarską, bułgarsko­-jugosłowiańską, a potem przez Węgry i Słowację mogłyby znów znaleźć się w tym miejscu i nikt by im nie przeszkodził. Byłem tego pewien. Na przejściu węgiersko­-rumuńskim w Petei widziałem ich współplemieńców, tak samo inter­nacjonalistycznych, tak samo cwanych i tak samo wychu­dzonych.

Tymczasem Rumuni poddawali nasz autobus dezynfekcji. Po prostu spryskali całą karoserię jakimś płynem, jakby pojazd był zadżumiony. W środku ukraińskie kobiety podawały sobie pieczoną kurzą nogę, bochenek chleba i popijały piwem. Potem oglądały fotografie z czyjegoś wesela. Wyglądały na jedną wielką rodzinę. Tył autobusu załadowany był towarem. Koła rowerowe, dętki, opony, ­kartony słodyczy, tobołki, pudła konserw, paki proszków do prania i worki nie wiadomo czego piętrzyły się pod sufit. Siedziały i czekały, aż suma łapówki spadnie do rozsądnej wysokości. Ich spokojny fatalizm dorównywał psiej swobodzie. Wydawało się, że granica — jako abstrakcyjna linia oddzielająca dwa dość podobne terytoria — dla nich nie istnieje. Drzemały, wspominały, pachniały trochę kwaśnym mlekiem i trochę drzewnym pyłem. Siedziały jak w domu, gdy nie ma nic do roboty, albo jak na dworcu, gdy spóźnia się pociąg.

To wszystko przypomina mi się teraz, gdy sączę kelta i patrzę, jak burza wędruje na południe: chmury jak bezpańskie psy, jak toboły ukraińskich bab, jak same baby — ciężkie, cierpliwe i pewne swego. Wyobrażam sobie, jak suną nad moją Europą otoczone cumulusami słynnych toreb w czerwono­-niebieską kratkę, jak przetaczają się nad kordonami obładowane asortymentem rzeczy niezbędnych, jak płyną wytrwale niczym tłuste galeony ze wydętymi żaglami spódnic, by opuścić się nad bazarem w Suczawie, nad targowiskiem w Záhony, nad Stadionem Dziesięciolecia w Warszawie…

Tak. Od paru lat prześladują mnie wizje. Wyjeżdżam za południową albo wschodnią granicę, wracam po tygodniu albo dwóch i próbuję ustalić, co zdarzyło się naprawdę, a co było fikcją. Zza jednolitej materii świata przezierają zbłąkane ­zdarzenia. Czas pęka, rozłazi się i, żeby nie zwariować, wciąż trzeba go odtwarzać. Ta kruchość, ulotność, nietrwałość czasu to specyfika moich stron. Nigdy nie płynął tutaj równym, spokojnym nurtem, właściwym wielkim metropoliom. Zawsze coś stawało mu na przeszkodzie. Dzielił się, rozdwajał, zawracał, zakręcał, wchodził w dziwne relacje z przestrzenią, chwilami przycichał zupełnie i przepadał.

Tej wiosny zabłądziliśmy w Rumunii. Pomyliłem drogi w Satu Mare i zamiast w stronę węgierskiej granicy, pojechałem na południowy zachód, w stronę Oradei. Szosa numer 19 była pustawa. Słońce stało nisko nad horyzontem i oślepiało. Mieliśmy za sobą dwa tysiące kilometrów po krętych drogach Maramureszu, Bukowiny i Siedmiogrodu i byliśmy zmęczeni. Chcieliśmy już odpocząć od szaleństwa zmiennych obrazów, pejzaży, chcieliśmy już odetchnąć od tej nieustannej odmienności. I wtedy z przeciwka, spomiędzy złotych promieni, gdzieś ze świetlistej nicości wyjechał wprost na nas cygański tabor. Cztery wozy, zaprzężone w cztery chude konie, pokryte były postrzępioną dziurawą folią. Coś z nich zwisało, jakieś wiadra, blaszanki, plastikowe kanistry po oleju. Minęliśmy ich, potem bez słowa wrzuciłem wsteczny, a Piotr chwycił swoją leicę i przewiesił przez ramię nicona. Zostałem w aucie, a on poszedł w ich stronę. Po prostu zatrzymali się i czekali. Byli ciemnoskórzy, obdarci i kolorowi. Nie mieli nic, co według nas mogłoby stanowić jakąkolwiek wartość. Koce, naczynia, ­rozklekotane archaiczne pojazdy i zwierzęta równie chude jak oni sami. Tak, przybywali na skróty z otchłani minionego i całkiem dobrze czuli się w teraźniejszości. Pertraktowali z Piotrem w sprawie zapłaty za fotografowanie. Nie chcieli pieniędzy, chcieli papierosów. Oddałem wszystkie, jakie miałem w aucie. Stali cierpliwie, uśmiechali się, dziewczyny robiły zalotne miny. Przybywali z minionego czasu, kiedy ludziom wystarczało znacznie mniej, i próbowali­ żyć w teraźniejszości, a w istocie pozwalali, by teraźniejszość przepływała obok nich. Prawdopodobnie traktowali ją jak żywioł, który można wykorzystać jak, powiedzmy, ogień do gotowania albo wodę do mycia. Do samochodu podeszły dzieci, rozdałem resztki słodyczy, chrupek, chipsów i co tam jeszcze było. Widziałem i czułem, że traktują mnie obojętnie i pragmatycznie. Auto, aparaty Piotra, nasza obecność w ogóle to było dla nich zjawisko całkiem naturalne — w sensie naturalności przyrody, którą można eksploatować. W paradoksalny sposób odpłacali nam pięknym za nadobne. My redukowaliśmy ich człowieczeństwo do egzotycznego wizerunku, oni ograniczali nasze do ekonomii własnego przetrwania.

Jest noc, pada deszcz i przypominam sobie to wszystko nie wiadomo który już raz. Po raz kolejny czytałem ostatnio Okręg Sinistra Ádáma Bodora. Bodor i jego mityczna Sinistra nakładają się ­przezroczyście na realny Maramuresz i Bukowinę, a do jednego i drugiego przylega prześwitująca i żywa materia moich myśli, mojej miłości, mojego strachu. Tutaj, w Sinistrze, wszystko należało do strzelców górskich, do pułkownika Puiu Borcana, a potem, gdy umarł, do Izoldy Mavrodin­-Mahmudin, również w randze pułkownika, zwanej zdrobniale Cocą. Z przełęczy Baba Rotunda roztaczał się widok na Popa Iwana, w dole pełzły wąskotorowe, opalane drewnem lokomotywy. Mieszkańcy Sinistry nosili na piersiach wojskowe nieśmiertelniki. Każdy przybysz, który tu zostawał na dłużej, dostawał nowe imię. Coca od czasu do czasu urządzała pod Popem Iwanem zasadzki na Mustafę Mukkermana, który woził swoją ciężarówką baraninę gdzieś z ukraińskiej strony aż do Tesalonik albo nawet na Rodos, ale prócz baraniny zdarzało mu się przewozić w chłodni ciepło ubranych ludzi. Towarzysze z Polski informowali Cocę o zamiarach Mukkermana — trzystukilogramowego pół Turka, pół Niemca. Rozcieńczonego denaturatu używało się tutaj do moczenia suszonych grzybów, a piło się go ze sfermentowanym sokiem z leśnych owoców. Matowe szyby do sinistrańskiego więzienia robił w swoim warsztacie Gabriel Dunka: wkładał taflę szkła do skrzyni z piaskiem i deptał ją bosymi stopami przez długie godziny. Miał trzydzieści siedem lat i był karłem. Któregoś deszczowego dnia zabrał do swojej furgonetki nagą Elvirę Spiridon i pierwszy raz w życiu poczuł zapach kobiecego ciała. Ale lojalność zwyciężyła pragnienie i zadenuncjował ją, ponieważ tylko przypadek sprawił, że nie wsiadła do ciężarówki Mukkermana.

Sinistra nie daje mi spać. Zwłaszcza gdy pada deszcz. „Europa Środkowa jest dziś pojęciem zrozumiałym chyba tylko dla meteorologów” (Josef Kroutvor). No więc mitografia i meteorologia… Ale nie potrafię rozpoznać, która z nich daje mi się ostatnio bardziej we znaki. Na półce stoją obok siebie Historia Ukrainy, Historia Bułgarii, Historia Węgier, stoi mnóstwo pomniejszych historii i historyjek, łącznie z Dziejami Słowacji i Rumunami Eliadego, ale nic z tego nie wynika. Czytam to wszystko przed snem i w końcu zasypiam, lecz nigdy jeszcze nie przyśnił mi się Jan Hunyady ani car Ferdynand, ani Vasile Nicola Ursu, zwany Horią, ani Vlad Tapes, ani ksiądz Hlinka, ani Taras Szewczenko. Śni mi się najwyżej wysoce enigmatyczny okręg Sinistra. Jakieś mundury nieistniejących armii i stare wojny, w których nikt nie ginie naprawdę. Śnią mi się białe wapienne ruiny i wąsaci strażnicy granic, po których przekroczeniu wszystko się zmienia i zarazem nie zmienia się nic. Śnią mi się banknoty z podobiznami herosów z jednej strony i pejzażami półpustynnych wygwizdowów z drugiej. I bilon też mi się śni. I opakowania papierosów, których nigdy nie paliłem. Śnią mi się stacje benzynowe na równinach — wszystkie podobne do tej na przedmieściach Słowackiego Nowego Miasta, i śni mi się red bull z napisem: „špeciálne ­vyvinutý pre obdobie zvýšenej psychickej alebo fyzyckej namahy”. Śnią mi się butwiejące wieże strażnicze na pustkowiach i cykliści prowadzący pordzewiałe rowery w pagórkowatym pejzażu od miejscowości do miejscowości, których nazwy można wymówić w trzech przynajmniej językach, śnią mi się konne zaprzęgi i ludzie, i jedzenie, i hybrydy krajobrazów, i cała reszta.

Tak, deszcz pada na te wszystkie miejsca, pada na Maramuresz, na sny, na Sinistrę, padał na Spiskie Podgrodzie tamtego dnia, w piątek dwudziestego pierwszego lipca, gdy zatrzymaliśmy się na błotnistym parkingu nad Morgeczanką. Parterowa zabudowa ciągnęła się wzdłuż jedynej ulicy. Poszliśmy przed siebie wąskim chodnikiem. Znaleźliśmy żółtą synagogę. Wieńczyły ją cztery blaszane kopuły. Sklepione okna były czarne i martwe. Wyglądały jak przeniesione z jakiejś dziewiętnastowiecznej fabryki. W prześwicie między świątynią a domami widać było pagórki i dalekie wieże Spiskiej Kapituły. Na wzgórzu nad miasteczkiem bielały ruiny zamku. Były tak wielkie i jasne, że przypominały raczej jakiś meteorologiczny kaprys, kanciaste spiętrzenie cumulusów albo miraż przyniesiony z krainy, która dawno przestała istnieć. Przejechał samochód, potem drugi i wszystko ucichło. Szara skoda niknęła w zielonym cieniu drzew, ale tak naprawdę znikała w czasie. Sunęła tunelem ­wydrążonym w nieruchomości. Szosa przebijała się przez miasteczko jak przez wnętrze góry, jak przez interior, przez obce terytorium, które łaskawie zezwala na tranzyt. Z niskiego domu na zakręcie wyszła smagła gruba kobieta i chlusnęła mydlinami na asfalt, i zmyła wszelki ślad po pojazdach. Parę kroków dalej w otwartym niskim oknie zobaczyłem wnętrze wielkiego pokoju. Ktoś zaczął robotę i ją przerwał. Przez środek pomieszczenia ciągnął się świeży ceglany mur. Gdzieś w głębi grał telewizor. Błękitne błyski zapalały się i gasły w półmroku. Obok wznoszonej ściany stał stół do bilardu. Kilka kul zatrzymało się w połowie rozgrywki. Było zbyt ciemno i nie mogłem dostrzec ich kolorów. Czułem tylko zapach mokrego wapna i butwienia. Gdzieś poza ścianą, poza ciemnością, poza gadaniną telewizora słychać było podniesione męskie głosy. Potem ich zobaczyłem w wąskim prześwicie między domami. Spierali się nad odwróconym do góry kołami wózkiem. Jeden obracał szprychową obręcz, a drugi kręcił głową i gestykulował, że to szmelc, nic z niego nie będzie i wszystko trzeba zaczynać od początku. Byli smagli, krępi i żywi, jakby ich ciała nie odczuwały tej nieruchomości wokół, jakby przebywały w innej, nieważkiej przestrzeni. Zapewne tak było. Żyli w dawnej żydowskiej dzielnicy, na skraju słowac­kiego miasteczka, u stóp węgierskiego zamku, więc żeby istnieć, żeby nie zniknąć, musieli ustalić jakieś własne zasady, osobliwą teorię ­względności, regułę ­grawitacyjną, która utrzyma ich na powierzchni ziemi i nie ­pozwoli przepaść w pustce kosmosu, w otchłani niepamięci.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

[email protected],[email protected]

[email protected],[email protected]

[email protected]

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

[email protected]

Sekretarz redakcji: [email protected]

Dział promocji: ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa

tel./fax +48 22 621 10 48

[email protected],[email protected]

[email protected],[email protected]

magd[email protected]

Dział marketingu: [email protected]

Dział sprzedaży: [email protected]

[email protected]

[email protected]

Audiobooki i e-booki: [email protected]

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków

tel. +48 12 432 08 52, [email protected]

Wołowiec 2016

Wydanie II