Wydawca: Wielka Litera Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 290 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Facet na telefon 2 - A. J. Gabryel

Powieść dla kobiet, które rozpalił "Facet na telefon". I dla tych, które jeszcze nie znają smaku  prawdziwej namiętności.

Gdy jedna kobieta nie wystarcza...

Adam G., zawodowo zajmujący się zaspokajaniem potrzeb erotycznych klientek, w końcu spotyka na swej drodze kobietę, którą chce mieć tylko dla siebie. Ale czy mężczyzna, który miał dziesiątki partnerek,może wymagać wierności od kobiety? I czy naprawdę sam jest na to gotowy?

Przeszłość nie pozwala o sobie zapomnieć, a miłość łatwo pomylić z pożądaniem. Zwłaszcza gdy grzech namiętności tak słodko kusi...

Opinie o ebooku Facet na telefon 2 - A. J. Gabryel

Cytaty z ebooka Facet na telefon 2 - A. J. Gabryel

orgazm. Dochodzi z głową zagrzebaną w pościeli. Jeszcze kilka pchnięć i ja też kończę. Leżymy, ona pomiędzy nami. Nikt się nie odzywa, słychać tylko nasze oddechy, z chwili na chwilę coraz spokojniejsze. W końcu zasypiają. Wstaję, gdy słyszę lekkie pochrapywanie, wkładam
gdzie byli za jej życia. Widzę, że tylko kilkoro z nich głęboko przeżywa brak Ilony. Parę osób rozmawia swobodnie i szczerzy się, jeszcze trochę, a będą chichotać. Ksiądz zaczyna mówić, wygląda na smutnego, nie wiem, czy jest smutny, myślę, że ktoś taki z pewnością lata temu przyzwyczaił się do widoku śmierci. Płacz
Metodycznie zaczynam zajmować się jej młodym ciałem. Reaguje coraz głośniejszym, jękliwym dyszeniem. – Podobają ci się moje małe cycuszki? Małian mówi, że są ułocze – mówi, łapiąc za nie. Rzeczywiście, jej piersi, mimo małego rozmiaru, są jędrne idealnie i krągłe. Odpowiadam więc zgodnie z prawdą, że są słodkie, i biorę jeden z jej różowych sutków do ust. Drugi zaczynam lekko uciskać
kilka odcieni lamówką. Chwila rozmowy, podczas której co kilka sekund patrzy w podłogę. Niemal fizycznie czuję jej napięcie. Nalewa czerwone wino do kieliszków. Mówi, że chciałaby obejrzeć film, i coś się w niej zmienia. Podnosi swoje duże jasnozielone oczy. Oczekuję

Fragment ebooka Facet na telefon 2 - A. J. Gabryel

Ali­cja, nie wi­dzia­łem jej od do­brych dwóch lat, lecz mimo pół­mro­ku roz­po­zna­ję ją bez tru­du. Nie ma dwóch ta­kich sa­mych klien­tek, jak to się mówi, ale ona na­praw­dę była inna. Za­wsze o niej my­śla­łem jako o klient­ce od­mien­nej od resz­ty, in­nej niż wszyst­kie, wy­my­ka­ją­cej się sche­ma­tom obo­wią­zu­ją­cym wśród tych, któ­rzy mają ja­sno okre­ślo­ne zda­nie na te­mat tego, kim są ko­bie­ty ko­rzy­sta­ją­ce z płat­nej mi­ło­ści.

Jej roz­pusz­czo­ne wło­sy są dłuż­sze niż przed dwo­ma laty, nie wi­dzę do­kład­nie jej twa­rzy, je­stem jed­nak pew­ny, że ma sku­pio­ny wy­raz, czu­ję, że tu i te­raz dla niej nie ist­nie­je. Ubra­na jest pro­sto i kla­sycz­nie, w gru­by ciem­ny płaszcz z po­sta­wio­nym wy­so­ko koł­nie­rzem, ofi­cer­ki, skó­rza­ne rę­ka­wicz­ki.

Pa­mię­tam, że jej mąż był cho­ry i że to on chciał, by za­czę­ła się z kimś spo­ty­kać. Nie wy­obra­żam so­bie pod­ję­cia ta­kiej de­cy­zji. Wi­dy­wa­li­śmy się raz w mie­sią­cu i były to spo­tka­nia peł­no­wy­mia­ro­we, nie cho­dzi­ło o za­spo­ko­je­nie jej żą­dzy, seks był ra­czej tłem. Po­świę­ci­łem spo­ro cza­su, aby ją po­znać, od­kryć, co lubi, by mo­gła od­czuć moje za­in­te­re­so­wa­nie. I na­gle po kil­ku­na­stu mie­sią­cach prze­sta­ła dzwo­nić, do­sta­łem tyl­ko krót­kie­go uprzej­me­go ese­me­sa, że re­zy­gnu­je z mo­ich usług. Nie za­sta­na­wia­łem się nad tym. Jej pra­wo. Nig­dy nie roz­my­ślam nad po­wo­da­mi, dla któ­rych re­zy­gnu­je ze mnie klient­ka.

Ze zdzi­wie­niem od­kry­wam, że nadal pa­mię­tam imię jej pierw­sze­go psa, ty­tuł ulu­bio­nej książ­ki.

Czu­ję, jak mój puls za­czy­na przy­spie­szać, dziw­ne, bo prze­cież nie była dla mnie ni­kim nad­zwy­czaj­nym, lu­bi­łem ją, po­do­ba­ła mi się, ale to wszyst­ko. Nic wię­cej. Nie było mię­dzy nami ero­tycz­ne­go transu, któ­ry cza­sa­mi ro­dzi się mię­dzy mną a klient­ką, może lek­ka che­mia, lecz z pew­no­ścią nie było iskrze­nia.

Te­raz, pa­trząc na jej pro­stą, ele­ganc­ką syl­wet­kę, wiem, że grób, przy któ­rym stoi, jest mo­gi­łą jej męża. Nie wiem, dla­cze­go tak ster­czę i pa­trzę na nią przez dłu­gie mi­nu­ty, dla­cze­go nie idę w swo­ją stro­nę. Nie wiem, dla­cze­go pa­trze­nie na nią spra­wia mi przy­jem­ność i tro­chę mi z nią nie­swo­jo, jak­by była spa­czo­na. Czu­ję ro­sną­cą we mnie nie­zro­zu­mia­łą nie­cier­pli­wość, jak­bym na coś cze­kał. Wy­glą­da na zu­peł­nie po­grą­żo­ną w swo­ich my­ślach. Na ni­ko­go nie zwra­ca uwa­gi, wiem, że nie za­uwa­ży­ła­by mnie, na­wet gdy­bym pod­szedł bli­żej.

W koń­cu od­wra­ca się i od­cho­dzi.

Idę za nią, prze­cho­dzę obok gro­bu, przy któ­rym spę­dzi­ła tyle cza­su, i te­raz już je­stem pew­ny, że to grób jej męża. Nig­dy go nie wi­dzia­łem, ale w pa­mię­ci od­naj­du­ję jego imię, data śmier­ci na czar­nym mar­mu­rze mówi mi, że umarł pół­to­ra roku temu.

Nie wiem, dla­cze­go za nią po­dą­żam, dla­cze­go ją śle­dzę. Czu­ję się jak ja­kiś psy­cho­pa­ta, roz­śmie­sza mnie to po­czu­cie.

Wy­cho­dzi­my z cmen­ta­rza, stra­ga­nia­rze wciąż trwa­ją na swo­ich sta­no­wi­skach, wy­prze­dzam ją i od­wra­cam się tak, że na mnie wpa­da. Jest za­sko­czo­na, gdy mnie roz­po­zna­je, ja uda­ję rów­nie za­sko­czo­ne­go.

ALI­CJA

Gdy­by ktoś za­py­tał mnie, kim był dla mnie Adam, nie po­tra­fi­ła­bym po­wie­dzieć. Je­dy­nym męż­czy­zną, z któ­rym by­łam, oprócz Ro­ber­ta. Męż­czy­zną, z któ­rym przez dłu­gi czas zdra­dza­łam Ro­ber­ta. Ode­rwa­niem od rze­czy­wi­sto­ści, za­tra­ce­niem się w fi­zycz­no­ści.

Zu­peł­nie o nim za­po­mnia­łam, wy­par­łam z pa­mię­ci, wy­da­je mi się, że nie my­śla­łam o nim od na­szej ostat­niej roz­mo­wy.

– Ali­cja?

Jego głos wy­ry­wa mnie z za­pa­trze­nia.

ADAM

Naj­pierw przez dłu­gą chwi­lę tyl­ko pa­trzy. Uno­si dłoń, przy­kry­wa­jąc usta, co za dziw­nie dzie­cin­ny gest. Wiem, że mnie po­zna­ła, nie może mnie nie po­znać, jed­nak tyl­ko pa­trzy, z tą dło­nią za­kry­wa­ją­cą jej usta. Mija mo­ment, dru­gi, ko­lej­ny raz wy­ma­wiam jej imię.

Czas zwal­nia, pa­trzę, jak zdej­mu­je rę­ka­wicz­kę, wy­cią­ga rękę w moją stro­nę, uśmie­cha się do mnie ła­god­nym uśmie­chem i na­sze pal­ce do­ty­ka­ją się, jej są rów­nie chłod­ne, jak moje.

Wy­pusz­czam z płuc od­dech, na­wet nie za­uwa­ży­łem, że go wstrzy­ma­łem. Je­stem zbyt zmie­sza­ny, żeby ry­zy­ko­wać ode­zwa­nie się, nie chcę, by od­kry­ła moje spe­sze­nie.

Skrę­po­wa­nie, nie­po­rad­ne sło­wa, w koń­cu ra­tu­nek, gdy py­tam, czy nie chcia­ła­by na­pić się cze­goś cie­płe­go, a ona od­po­wia­da, że z przy­jem­no­ścią.

Wiem, że ka­wiar­nia jest nie­opo­dal. Roz­ma­wia­my, co chwi­lę spo­glą­da w moją stro­nę, lecz jej wzrok nie za­trzy­mu­je się na mnie dłu­żej niż kil­ka se­kund. Sta­ram się za­ma­sko­wać swo­je na­iw­ne pod­nie­ce­nie, nie­zro­zu­mia­łą, peł­ną za­że­no­wa­nia ra­dość z tego, że ją wi­dzę, że mnie nie zi­gno­ro­wa­ła, że chce ze mną roz­ma­wiać.

Wcho­dzi­my do za­tło­czo­nej ka­fej­ki. Nie je­stem pe­wien, czy wnę­trze sty­li­zo­wa­ne jest na sta­re, czy po pro­stu ta­kie jest, nie­mal wy­czu­wam w po­wie­trzu za­pach ku­rzu, sto­li­ki i krze­sła są star­sze ode mnie, szy­deł­ko­wa­ne ob­ru­sy po­żół­kły od upły­wu lat albo ty­to­niu, ze ścian ar­ty­stycz­nie od­sta­je ta­pe­ta. Tyl­ko je­den sto­lik jest wol­ny, idzie­my w jego stro­nę.

Sia­dam na krze­śle, któ­re chy­bo­cze się pod moim cię­ża­rem, wy­da­jąc z sie­bie ostrze­gaw­czy jęk, re­zy­gnu­ję z nie­go i za­mie­niam na inne, tyl­ko nie­co bar­dziej sta­bil­ne. Ali­cja zdej­mu­je płaszcz i rę­ka­wicz­ki, jest szczu­plej­sza niż przed dwo­ma laty, na­wet jej dło­nie wy­da­ją mi się drob­niej­sze, choć to nie­moż­li­we, że­bym pa­mię­tał roz­miar jej dło­ni, więc pew­nie mi się zda­je. Szczu­płość nie jest je­dy­nym śla­dem, jaki po­zo­sta­wi­ła na niej śmierć męża. Wy­da­je się prze­peł­nio­na smut­kiem i bar­dzo, bar­dzo kru­cha.

Za­ma­wiam go­rą­cą cze­ko­la­dę dla niej i dla sie­bie. Z przy­jem­no­ścią opla­tam zmar­z­nię­te dło­nie wo­kół go­rą­ce­go por­ce­la­no­we­go kub­ka, wdy­cham pa­ru­ją­cy lep­ki za­pach, nie­cier­pli­wość, a może za­wsty­dze­nie spra­wia­ją, że zbyt szyb­ko pod­no­szę na­pój do ust. Łyk wrzą­ce­go słod­kie­go sma­ku i ból opa­rze­nia. Klnę gło­śno, Ali­cja uśmie­cha się, mó­wiąc coś o chło­pię­cej za­chłan­no­ści.

Prze­su­wa dło­nią po bla­cie sto­łu. Na pal­cu jej dło­ni lśni ob­rącz­ka. Chwi­lę mil­czy­my, w tle ci­cha smycz­ko­wa mu­zy­ka i szmer ka­wiar­ni peł­nej lu­dzi. Pyta, czy oglą­da­łem Ostat­nie­go Mo­hi­ka­ni­na, od­po­wia­dam, że lata temu, oka­zu­je się, że mu­zy­ka po­cho­dzi z tego fil­mu. I na­gle, tak zwy­czaj­nie, dzię­ki mu­zy­ce wra­ca do nas za­po­mnia­na che­mia.

Mija go­dzi­na, pod­czas któ­rej świa­do­mie uni­kam dwóch te­ma­tów. W gło­wie cała masa py­tań, do sie­bie i do niej, nie za­da­ję żad­ne­go z nich. Ona rów­nież nie na­wią­zu­je do for­my, jaką mia­ła na­sza zna­jo­mość, nie wspo­mi­na też o mężu. Cie­szę się, gdy raz po raz do­strze­gam na jej twa­rzy ja­sny uśmiech.

Pa­trzę na nią i nie wiem dla­cze­go, ale wiem, że jej chcę. W su­mie wie­dzia­łem to już chy­ba w chwi­li, kie­dy zo­ba­czy­łem ją na cmen­ta­rzu. Je­stem też pew­ny, że jest to pierw­szy raz, kie­dy chcę jej na­praw­dę. Nig­dy wcze­śniej nie sku­pia­łem na niej ca­łej uwa­gi, te­raz je­stem w nią wsłu­cha­ny i za­pa­trzo­ny. Za­uwa­żam małe nie­zna­ne mi ge­sty, któ­re kie­dyś z pew­no­ścią by mi umknę­ły, za­chłan­nie re­je­stru­ję każ­dą wy­wo­ła­ną mo­imi sło­wa­mi re­ak­cję, każ­de po­ru­sze­nie za­pi­su­ję w pa­mię­ci każ­de unie­sie­nie brwi i ką­ci­ków ust, zmarsz­cze­nie czo­ła. Daw­niej do­strze­ga­łem oczy­wi­sto­ści, dziś zwra­cam uwa­gę na to, cze­go nie mówi, bar­dzo po­wo­li uczę się jej.

Ona się mnie nie uczy, spo­glą­da, roz­ma­wia, od­da­je uśmie­chy, ona mnie nie chce. Jesz­cze nie te­raz, jed­nak je­stem pew­ny, że nie­ba­wem ze­chce, nie wiem dla­cze­go, ale je­stem tego pew­ny i z tą ro­dzą­cą się pew­no­ścią moje wcze­śniej­sze drże­nie i nie­zde­cy­do­wa­nie ustę­pu­ją, zu­peł­nie się roz­pły­wa­ją.

Wiem, że dziś to za szyb­ko i nie mam po­my­słu, jak na­mó­wić ją na ko­lej­ne spo­tka­nie, jed­nak je­stem pew­ny, że coś wy­my­ślę. W mo­men­cie gdy ta myśl prze­cho­dzi mi przez gło­wę, ona mówi:

– Dzię­ku­ję. Uko­iłeś mnie tą roz­mo­wą, tak daw­no już z ni­kim nor­mal­nie nie roz­ma­wia­łam, było mi to po­trzeb­ne, na­wet so­bie nie uświa­da­mia­łam, jak bar­dzo. Lu­dzie stro­nią od roz­mów ze mną, boją się, że jed­no ich nie­uważ­ne sło­wo spra­wi, iż za­nio­sę się hi­ste­rycz­nym pła­czem. I mają ra­cję. Ale nie chcę o tym mó­wić, chcę czuć się do­brze i lek­ko.

Wi­dzę, że chce się zbie­rać. Py­tam, czy po­zwo­li, abym od­wiózł ją do domu. Za­sta­na­wia się chwi­lę, wi­dzę, że chce po­wie­dzieć nie, lecz od­po­wia­da tak.

ALI­CJA

Chce mnie od­wieźć do domu. Za­ska­ku­je mnie tą pro­po­zy­cją. Pa­trzę na nie­go i za­sta­na­wiam się, jak mo­głam wy­ma­zać go z pa­mię­ci, spę­dzi­li­śmy ra­zem tyle chwil. Może nie bar­dzo waż­nych, po­dob­nych do sie­bie, ale przy­jem­nych. Chwil, któ­re za­le­cza­ły, po­zwa­la­ły mi od­dy­chać.

Za­sta­na­wiam się, czy nadal jest tym, kim był, czy nadal się sprze­da­je.

Pa­trzę na nie­go i zda­ję so­bie spra­wę, że jest mi po­trzeb­ny. Chcę mieć to już za sobą. Wiem, że kie­dyś będę mu­sia­ła to zro­bić i chy­ba wolę zro­bić to z nim, któ­ry mnie zna, lecz nie na tyle, żeby wie­dzieć, kim je­stem; z nim bę­dzie ła­twiej.

My­śla­łam, że zro­bi pierw­szy krok, ale nie. Par­ku­je tuż przed moim do­mem, chcę go za­pro­sić, chcę, by było już po wszyst­kim. Za dużo my­śli, za dużo mówi, jest zbyt ostroż­ny, chcę, by już mnie wziął, by już we mnie był. Ale czu­ję w so­bie we­wnętrz­ny opór. Przez pół go­dzi­ny roz­ma­wia­my w sty­gną­cym sa­mo­cho­dzie, nie pro­szę o włą­cze­nie ogrze­wa­nia, nie pro­po­nu­ję pój­ścia do mnie. Sły­szę jego sło­wa, od­po­wia­dam na nie, sta­ram się ro­bić wra­że­nie, że in­te­re­su­je mnie tyl­ko roz­mo­wa, nie słu­cham go jed­nak, rów­nie do­brze mógł­by mil­czeć. Czu­ję się jak skry­ta pod wodą albo jak w dziw­nym śnie, gu­bię się w tym, cze­go chcę, w któ­rą stro­nę po­win­nam iść. Uda­ję chy­ba nie­wy­star­cza­ją­co do­brze.

Jego dłoń do­ty­ka mo­jej twa­rzy.

Je­den do­tyk i wszyst­ko się zmie­nia.

Bez za­sta­no­wie­nia roz­pi­nam gu­zi­ki, je­den się ury­wa, zsu­wam spodnie z ud. Jest chy­ba za­sko­czo­ny moją re­ak­cją, pa­trzy na mnie i wi­dzę w jego oczach zdzi­wie­nie. Nie trwa to jed­nak dłu­go, szyb­ko za­czy­na szu­kać pre­zer­wa­ty­wy, mówi na głos, że na pew­no ma ja­kieś w sa­mo­cho­dzie. Mam czas na zdję­cie ko­za­ków i wy­do­by­cie nogi z jed­nej no­gaw­ki. Znaj­du­je to, cze­go szu­kał.

Roz­kła­da fo­tel.

I chwi­lę póź­niej jest we mnie.

Rżnie mnie, in­a­czej nie moż­na tego na­zwać, i jest to do­kład­nie to, cze­go po­trze­bu­ję. Rżnie mnie moc­no, roz­cią­ga­jąc do gra­nic, da­jąc bo­le­sną roz­kosz.

ADAM

Nie wiem, dla­cze­go do­tkną­łem jej twa­rzy, nie my­śla­łem, co ro­bię, chcia­łem tyl­ko tego nie­win­ne­go do­ty­ku, może chcia­łem się do niej zbli­żyć, może po­czuć in­ten­syw­niej jej za­pach, któ­ry owie­wa mnie od kil­ku go­dzin.

Wy­cią­gam ku niej dłoń, zu­peł­nie nie po­tra­fię po­wstrzy­mać tego od­ru­chu.

Chcę jej, ale ogar­nia mnie chwi­la trzeź­wo­ści i wiem, co mu­szę zro­bić, że wła­ści­wą rze­czą jest po­wie­dze­nie jej, by­śmy prze­sta­li, bo gdy bę­dzie po wszyst­kim, gdy oprzy­tom­nie­je­my, nie bę­dzie mo­gła na sie­bie spoj­rzeć.

Nie pla­no­wa­łem tego. Kie­dy skó­ra do­tknę­ła skó­ry, ocze­ki­wa­łem opo­ru, sprze­ci­wu, zde­cy­do­wa­ne­go nie.

Se­rio, przy­się­gam, chcia­łem być kul­tu­ral­nym, umie­ją­cym się za­cho­wać męż­czy­zną. W jed­nej chwi­li gra­tu­lu­ję so­bie dżen­tel­meń­skie­go za­cho­wa­nia, a w dru­giej je­stem w niej.

W sa­mo­cho­dzie, nie­mal kom­plet­nie ubra­ni, pod jej do­mem.

Jesz­cze wcho­dząc w nią, my­ślę, że mimo wszyst­ko, mimo po­śpie­chu bę­dzie to ła­god­ne zbli­że­nie, lecz pa­trzę na nią i wi­dzę, że nie chce ła­god­no­ści.

Czu­ję, jak sa­mo­chód buja się w rytm mo­ich pchnięć, czu­ję jej pal­ce za­ci­ska­ją­ce się na mo­ich ra­mio­nach.

Z da­le­ka do­cho­dzą do nas gło­sy. Wi­dzę, jak przy­tom­nie­je, na mo­ment za­sty­ga, ja za­sty­gam wraz z nią, mówi, że­by­śmy po­szli do jej domu. Do­pro­wa­dza się do po­rząd­ku.

Za­my­ka­my za sobą drzwi, przy­ci­skam ją do nich. Od­naj­du­ję jej usta i zno­wu od­kry­wam, że to nie czu­ło­ści chce.

ALI­CJA

Bie­rze mnie pod drzwia­mi, na sto­ją­co, no­ga­mi opla­tam go w pa­sie. Za­czy­na spo­koj­nie, zbyt spo­koj­nie, lecz przy­śpie­sza, moje cia­ło od­bi­ja się od drew­na drzwi, od­po­wia­da­jąc na każ­de jego pchnię­cie.

ADAM

Ago­nia. Ból od­ro­cze­nia. Mu­szę się za­trzy­mać, nie chcę tego, ale po­trze­bu­ję jesz­cze mi­nu­ty, jesz­cze nie chcę dojść. Osu­wam się wraz z nią na pod­ło­gę, nie wy­cho­dząc z niej, zdej­mu­ję jej płaszcz, roz­pi­nam bluz­kę, szar­pię do góry sta­nik. Jest ciem­no, jej cia­ło oświe­tla­ją tyl­ko smu­gi świa­tła la­tar­ni wpa­da­ją­ce przez okno, efekt jest pięk­ny.

Zno­wu chcę jej warg, od­wra­ca gło­wę, uchy­la się od po­ca­łun­ku.

Czu­ję jej znie­cier­pli­wie­nie, nic nie mówi, nie po­ga­nia mnie, ale wy­raź­nie roz­po­zna­ję nie­za­do­wo­le­nie w mo­wie jej ge­stów i cia­ła.

Na­pie­ram, wzmac­niam ru­chy.

ALI­CJA

Zno­wu za­czy­na mnie rżnąć. Jak do­brze czuć jego pul­su­ją­cy, su­wa­ją­cy się we mnie czło­nek. Jak do­brze.

Nie wiem, czy jest we mnie wię­cej po­czu­cia winy, czy de­spe­ra­cji. By­łam pew­na, że seks będę upra­wia­ła tyl­ko we wspo­mnie­niach, a te­raz je­stem tu, pod nim i chcę wię­cej i wię­cej…

ADAM

Jej pa­znok­cie dra­pią par­kiet, na­sze cia­ła z każ­dym ude­rze­niem mo­ich bio­der prze­su­wa­ją się o kil­ka cen­ty­me­trów w stro­nę dru­gie­go koń­ca przed­po­ko­ju. Wi­dzę, jak szyb­ko od­dy­cha przez roz­chy­lo­ne usta, po­do­ba mi się ta szyb­kość jej od­de­chu, po­do­ba­ją mi się jej oczy szczel­nie za­ci­śnię­te w roz­ko­szy.

Jej cia­ło się uno­si, jej usta od­naj­du­ją moje ra­mię, chwi­lę póź­niej czu­ję twar­dy chwyt zę­bów. Czu­ję, jak się we mnie wgry­za. Czu­ję jej spa­zmy, wsłu­chu­ję się w nie, wsłu­chu­ję się w jej cia­ło. Gry­zie mnie moc­niej, spa­zmy przy­bie­ra­ją na sile. I wiem, że i ja mogę się za­tra­cić.

Od­de­chy się wy­rów­nu­ją. Za­wie­sze­nie, ci­sza. Skrę­po­wa­nie.

Wsta­ję, nie chcę iść do ła­zien­ki, szyb­ko zdej­mu­ję z sie­bie kon­dom i wkła­dam go do kie­sze­ni kurt­ki. Sły­szę, jak Ali­cja też do­pro­wa­dza się do po­rząd­ku.

Przez mo­ment za­sta­na­wiam się, czy bę­dzie chcia­ła mi za­pła­cić. Oby nie. Nie chcę, by na­wet myśl o tym prze­szła jej przez gło­wę.

At­mos­fe­ra sty­gnie. Nie pro­si mnie, abym zo­stał dłu­żej, ja też tego nie ocze­ku­ję. Po­wo­li się wy­co­fu­ję. Mó­wię, że je­śli kie­dyś bę­dzie mia­ła ocho­tę, to niech dzwo­ni, będę do jej dys­po­zy­cji.

Zda­nie to chy­ba brzmi dwu­znacz­nie, zu­peł­nie nie tak, jak chcia­łem, jak­bym ofe­ro­wał jej moje pro­fe­sjo­nal­ne usłu­gi, za­czy­nam wy­ja­śniać, po­wstrzy­mu­je mnie jed­nak, pod­cho­dzi bli­żej, choć nie za bli­sko, uśmie­cha się.

– Nie mu­sisz tłu­ma­czyć, wiem, co mia­łeś na my­śli. Za­dzwo­nię, na pew­no za­dzwo­nię.

Wy­cho­dzę.

Nie je­stem pew­ny, czy za­dzwo­ni, jed­nak mam na­dzie­ję, że tak. Nie wiem, skąd bie­rze się ta na­dzie­ja, lecz nie mogę za­prze­czyć, że po­zo­sta­je we mnie. Wra­cam do domu, bio­rę prysz­nic.

Czu­ję się do­brze, je­stem za­do­wo­lo­ny, nie wiem dla­cze­go, ale sa­tys­fak­cja wy­peł­nia mnie, może na­wet roz­pie­ra.

Za­sy­piam we wła­snym łóż­ku z książ­ką w dło­ni.

ALI­CJA

Nie mam wy­rzu­tów su­mie­nia. My­śla­łam, że będę mia­ła, ale nie mam. Leżę na ple­cach, pa­trzę w ciem­ny su­fit i wma­wiam so­bie, że nie mam wy­rzu­tów su­mie­nia, że jest mi lżej.

Przy­cho­dzi do mnie we śnie, wiem, że to tyl­ko sen, na­wet tam pa­mię­tam, że już go nie ma.

Uśmie­cha się. Rani mnie ten uśmiech. Pod­cho­dzi do mnie. Je­ste­śmy sami, tyl­ko ja i on. Mówi coś, ale nie sły­szę, a może nie pa­mię­tam jego słów. Ca­łu­je mnie, czu­ję mięk­kość ust i smak soli. Bu­dzą mnie moje łzy. Lecz wiem, że po­mi­mo tych łez za­dzwo­nię do Ada­ma, bo nie chcę, lecz mu­szę na nowo na­uczyć się żyć.

ADAM

Na­stęp­ny dzień. Dwu­go­dzin­na se­sja z klient­ką, któ­ra jest mi zu­peł­nie obo­jęt­na, nie pod­nie­ca mnie na żad­nym po­zio­mie, z tru­dem po­świę­cam jej uwa­gę, ale roz­ma­wiam z nią, by nie pa­mię­tać cią­gle o Ali­cji. Tyle że moje my­śli i tak co chwi­lę wy­my­ka­ją się w ob­sza­ry zwią­za­ne z tam­tą, co chwi­lę za­sta­na­wiam się, czym było dla niej na­sze spo­tka­nie, czy po wszyst­kim za­ją­łem choć tro­chę jej my­śli.

Wie­czo­rem nie po­tra­fię się uspo­ko­ić, nie mogę za­pa­no­wać nad pęcz­nie­ją­cym znie­cier­pli­wio­nym po­iry­to­wa­niem. Jed­no przy­pad­ko­we spo­tka­nie, a ja czu­ję się spę­ta­ny. Opę­ta­ny.

Ali­cja wy­par­ła z mo­ich my­śli Ilo­nę.

W Ali­cji, mimo że ją znam, od­na­la­złem coś od­mien­ne­go, nie­spo­dzie­wa­ne­go, nie wiem, co to jest. Tyl­ko na nią spoj­rza­łem, a wi­dok jej zmar­z­nię­tej syl­wet­ki obu­dził we mnie emo­cje, o któ­rych daw­no już za­po­mnia­łem, do któ­rych, jak są­dzi­łem, nie je­stem już zdol­ny. I świa­do­mość tego mnie draż­ni.

Ko­lej­ny dzień, ko­lej­na klient­ka. Tym ra­zem idzie mi le­piej, Na­ta­lia jest es­te­tycz­nie bar­dzo sty­mu­lu­ją­ca. Niby to nic, ale po­zwa­la mi bar­dziej się na niej sku­pić.

Jest jed­ną z mo­ich młod­szych i naj­mniej re­gu­lar­nych klien­tek. To do­pie­ro nasz może pią­ty raz. Po raz pierw­szy spo­tka­li­śmy się ja­kieś dwa lata temu.

Jest utrzy­man­ką star­sze­go od niej o po­nad dwa­dzie­ścia lat Ame­ry­ka­ni­na, moc­no, jak mówi, oty­łe­go, za to bar­dzo bo­ga­te­go. Nie roz­ma­wia­li­śmy dużo, ale kil­ka zdań, któ­re za­mie­ni­li­śmy, do­wo­dzi­ło, że jest in­te­li­gent­na i – co mnie za­sko­czy­ło – do­brze wy­kształ­co­na. W su­mie nie wiem, czy zdo­by­ła wy­kształ­ce­nie jesz­cze za­nim po­zna­ła swo­je­go part­ne­ra, czy to może on wy­do­był ją, zu­peł­nie nie­okrze­sa­ną, z ja­kichś do­łów spo­łecz­nych i za­dbał o jej edu­ka­cję. Cho­ciaż za­zwy­czaj wy­kształ­ce­nie nie jest tym, co naj­bar­dziej ob­cho­dzi spon­so­ra, gdy spo­ty­ka się z dziew­czy­ną. Tak czy in­a­czej, nie jest ona ty­po­wą utrzy­man­ką z mó­zgiem w tył­ku.

Po­nie­waż pra­cu­ję zwy­kle na „noc­ną zmia­nę”, wra­cam do domu póź­no i rzad­ko za­sy­piam przed czwar­tą rano, nie lu­bię spo­ty­kać się z klient­ka­mi za dnia, bo je­stem za bar­dzo roz­bi­ty. Mimo to na po­po­łu­dnio­we spo­tka­nie z nią się zga­dzam.

Na­ta­lia na­le­ży do gro­na ko­biet po­wścią­gli­wych w ar­ty­ku­ło­wa­niu swo­ich po­trzeb.

Szcze­rze mó­wiąc, nie ro­zu­miem, dla­cze­go więk­szość osób ma kło­po­ty z nada­niem imion swo­im pra­gnie­niom. Jed­no czy dwa zbli­że­nia na­wet mnie nie wy­star­cza­ją na do­kład­ne okre­śle­nie ocze­ki­wań klient­ki, jed­nak wie­dząc tych kil­ka rze­czy o ży­ciu Na­ta­lii, do­my­ślam się, że zwy­czaj­nie pra­gnie męż­czy­zny, któ­ry na sam jej wi­dok do­sta­nie wzwo­du jak su­per­gwiaz­da por­no u szczy­tu ka­rie­ry, i to bez żad­nej via­gry.

Re­dak­cja

Han­na Śmie­rzyń­ska

Ko­rek­ta

Ja­dwi­ga Pil­ler

Ja­dwi­ga Prze­czek

Co­py­ri­ght © A. J. Ga­bry­el, 2013

Co­py­ri­ght © Wiel­ka Li­te­ra Sp. z o.o., War­sza­wa 2013

Wiel­ka Li­te­ra Sp. z o.o.

ul. Ko­sia­rzy 37/53

02-953 War­sza­wa

www.wiel­ka­li­te­ra.pl

ISBN 978-83-64142-01-7

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.