Facet do poprawki - Joanna Sykat - ebook
Opis

Z Gundą lepiej nie zadzierać. Wiedzą coś o tym „obiekty” wystawione jej przez zdradzane, wykorzystywane i porzucane żony. Filigranowa sylwetka, niebieskie oczęta, a w główce mnóstwo pomysłów na pognębienie rodzaju męskiego.

Czy tak już będzie zawsze?

Czy poza Kune, przedstawicielem nietypowego gatunku pupilów, znajdzie się jakiś samiec zdolny nieco spiłować jej ostre pazurki?

***

Twój mąż puszcza Cię z torbami? Sezonowo zamienia Cię na coraz nowsze modele? Albo grozi, że zabierze dom, samochód i co tylko się da, w ramach zadośćuczynienia za zmarnowane w małżeństwie lata?

Jeśli tak, pisz: [email protected],

a ja wyrównam z nim rachunki, przemówię do rozumu tak ciepło i serdecznie, że zmieni zdanie. I jeszcze ładnie Cię przeprosi.

Joanna Sykat, autorka epicko-lirycznych powieści o trudnych związkach, rodzinnych relacjach, marzeniach, nadziejach i niedomówieniach w nowej – tym razem komediowej – odsłonie.

Zemsta jest słodka? Nie w wykonaniu Gundy! Drogie panie, ta historia poprawi Wam humor. Panowie, dla Was niech będzie małą przestrogą...

Joanna Szarańska, pisarka

Gdy dojdziesz do wniosku, że ten konkretny egzemplarz mężczyzny do poprawki się żadną miarą nie nadaje, zadzwoń do Wykałaczki, a ona będzie wiedziała, co z tym dalej zrobić! Doskonała książka, która ma tylko jedną wadę – jak zaczniesz, to nie możesz przestać czytać aż do ostatniej strony. Ale tego autorka nie powinna poprawiać.

Iwona Czarkowska, pisarka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 228

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Joanna Sykat

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone

Projekt okładki

Iza Szewczyk

Skład i łamanie

Maciej Martin

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

Wydanie elektroniczne 2018

ISBN 978-83-7674-761-3

Książka jest fikcją literacką, a jakakolwiek zbieżność z rzeczywistością jest niezamierzona i przypadkowa.

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60-175 Poznań

tel./faks 061 868 25 37

[email protected]

www.replika.eu

Autorka ostrzega:

czytanie bez przymrużenia oka może skutkować niewłaściwą interpretacją książki.

ROZDZIAŁ I

Gardłowe sprawy

– Wpuścisz mi w żyłę trochę witaminy C? A właściwie to więcej niż trochę? Tak? To świetnie! – Ucieszyła się, że przyjaciółka może jej pomóc, bo inaczej za całowanie z kaktusem w gardle musiałaby policzyć klientkę podwójnie. – Tak. Tak. Jutro muszę być na chodzie. Dobrze, już się ubieram. Dzięki. Pa.

Gunda odłożyła telefon i złapała się ręką za szyję. Było fatalnie. Po prostu fatalnie. Kaktus namnażał się bakteriami czy wirusami i obiecywał upojne tête-à-tête z łóżkiem, atrakcje w postaci gorączki i niechęć do jedzenia przez dwie doby. Zważywszy jednak na dobrze płatną randkę, która czekała ją następnego dnia, wlew z witaminy był konieczny. Po prostu konieczny. Szybko zrzuciła domowy dres, włożyła bojówki i czarny top na ramiączkach, bo kwiecień podbijał słupki temperatury wcale nie po wiosennemu. Włosy związała ciasno tuż nad karkiem, tak jak na akcję, i przycisnęła je dodatkowo bejsbolówką. Dokumenty, portfel i telefon upchnęła byle jak po kieszeniach, bo przełykanie robiło się coraz trudniejsze.

– Idę, Kune. Trzymaj za mnie kciuki. – Zapukała w terrarium i wyszła do przedpokoju, gdzie natychmiast szpetnie zaklęła. Najpierw zła na siebie, że znowu zostawiła otwarte drzwi, a potem na tego pieprzonego złodzieja. Tym razem jego łupem padł czarny convers. To, że lewy, nie było już absolutnie dziwne. Gunda podliczyła w myślach straty tego roku. Klapek, crocs, pantofel, no i dzisiejszy uszczerbek w postaci trampka.

– Odetnę ci z żarcia, pieprzony lewusie. Albo dam Kune na przegryzkę. – Rozejrzała się wokół, próbując zlokalizować złodzieja. Oczywiście, schował się gdzieś przezornie i pewnie prędko nie wróci. – Jakbyś nie mógł kraść parami! Na sztuki wypadłoby ci tyle samo, a ja miałabym dwie pary do przodu. I co z tymi butami robisz, pojebany fetyszysto?

Gardło ostrym bólem przypomniało jej, że nie powinna tyle mówić. Gunda przecisnęła przez nie ślinę, włożyła pierwsze lepsze buty i wyszła z domu, zatrzaskując za sobą drzwi. Na werandę wystawiła tylko miskę z wodą. Do wieczora ostra dietka. Albo niech wpierdala conversa, gnój jeden. Zresztą pewnie nie pokaże się już do nocy, a temperatura na zewnątrz i tak nie zachęcała do rozpasania żywieniowego ani do spędzania upojnych wieczorów w domu.

I tu się myliła. Ledwie drzwi garażu oderwały się od ziemi, w powstałej szparze rozpłaszczył się kot. Spojrzał z wyrzutem na Gundę i przezornie dał drapaka, gdy tylko zobaczył, że jego właścicielka ze słowami „A więc kotek był dzisiaj mechanikiem” schyla się po drobiny żwiru.

– Policzymy się na mięsie, pieprzony złodzieju! – Znów zapomniała o gardle i dopiero później złapała się za nie dłonią, obawiając się, że nawet witamina C nie zadziała na tyle szybko, żeby mogła dobrze wykonać robotę. Zadanko dało się obskoczyć milcząco tylko do pewnego momentu, później już należało posrebrzyć je mową. Trudno było sobie bowiem wyobrazić, że mogłaby podsunąć zakontraktowanemu pod nos listę życzeń wypisaną wiecznym piórem na ozdobnej papeterii.

Gdy drzwi garażu otworzyły się całkowicie, przez chwilę zastanawiała się, czy wybrać skuter, czy jednak samochód. Zdecydowała się na bardziej tradycyjny środek lokomocji, żeby dodatkowo nie obciążać układu odpornościowego. Pogładziła podobiznę Kune, którą ozdobiła boczną szybę Strzały, i wsiadła do auta. Odpikała się dwa razy na pilocie i wyprowadziła samochód z posesji.

Do szpitala miała niedaleko, ale i tak cisnęła gaz do dechy, nie zwalniając nawet w miejscu, w którym wójt zwykł był umieszczać miniradary i później, za pomocą odpowiednich fotek, negocjować z winowajcami konieczną pomoc dla gminy, tak finansową, jak i inną. W zasadzie każdy chyba mieszkaniec wioski miał już u Ząbka tykającą bombę w postaci kartoteki, którą wójt odpalał wedle potrzeb. W każdym razie w technikę wyposażył najpierw dziuplę w przydrożnej lipie, potem znak drogowy, a gdy te kryjówki zawiodły, nie zawahał się sięgnąć po zbrodnię większego kalibru, podmieniając gipsowe oczy świątka na urządzenia przechwytujące. I w tym przypadku mieszkańcy Ząbkowa, jak ironicznie nazywano miejscowość Gundy, długo mieli zagwozdkę, a wójt, któremu ten chytry plan podsunął chyba sam diabeł, nagromadził wówczas tyle kwitów co nigdy. Dobrze choć, że mógł nimi obracać wedle uznania tylko za czasów swojej kadencji.

– Ciekawe, kogo tam szpiclujesz teraz. Pewnie żonę, czy nie dodaje do potraw za dużo masła. – Gunda przesunęła wykałaczkę do kącika ust, zastanawiając się, czy w którymś miejscu działają jeszcze zamontowane przez pomysłowego włodarza minikamery. – Aż żałuję, że twoja lepsza połowa nie złożyła na ciebie zamówienia. Od razu odechciałoby ci się inwigilacji i tym podobnych zabaw.

Jednak teraz w głowie należało mieć nie przeszłość, ale obecne zleconko, na które w myślach przepowiadała sobie plan. Oby tylko ta kroplówka pomogła, bo czuła, że trzymając się za gardło i łykając z wytrzeszczem oczu ślinę, wiarygodna nie będzie. A Króliczek pachniał kasą, z której trudno byłoby zrezygnować. I to kasą, która za dwa dni mogłaby już być nieaktualna. Trza się spiąć, witamina w żyłę i do przodu. Prosto w puchate łapki Króliczka.

Na parkingu szpitalnym idealnie wpasowała się między niebieską mazdę a czarnego opla Beaty. Trzasnęła drzwiami, wrzuciła klucze do jednej z kieszeni spodni i ruszyła w kierunku głównego wejścia, w którym zderzyła się z wychodzącym mężczyzną.

– No i kogóż to moje oczy oglądają? Jak się pięknie dzień zaczął!

– Dla kogo pięknie, dla tego pięknie – mruknęła Gunda, usiłując wyminąć tego zarozumiałego dupka z nosem jak kartofel. Nic z tego, palant mierzył ją wzrokiem zaczepnym, potem nagle zapatrzył się na coś za nią, a gdy podążyła za jego spojrzeniem, sprawdził klapsem sprężystość jej pośladków. Wściekła złapała go za poły koszuli, odrzucając na ścianę budynku, i już miała posunąć się dalej, gdy dotarło do niej, że nie powinna aż tak się dekonspirować. Poluzowała uścisk i nachyliła się do ucha mężczyzny.

– Łapy przy sobie, złamasie. Bo następnym razem będziesz musiał w szpitalu posiedzieć trochę dłużej. I na pewno nie z powodu sraczki – wyzłośliwiła się, pijąc do przypadłości, która dotknęła męża przyjaciółki.

Facet patrzył na nią lekko zszokowany, ale zaraz się uśmiechnął.

– Lubię takie ostre panienki.

– Powtarzam, łapy przy sobie. – Puściła go, grożąc jeszcze wzrokiem bazyliszka, i weszła do szpitala, mrucząc: – Uch, żebyś ty się dostał w moje ręce… Nie wiem, co ta Beata w tobie widzi.

Mąż przyjaciółki nie nadawał się do niczego. Absolutnie do niczego. Ani był z niego dobry mąż, ani ojciec, ani opiekun domu czy innych przyległości, co widać było na przykład po wspólnym samochodzie. Czarna, chyba stuletnia astra była tak zaniedbana i brudna, że każdego normalnego człowieka musiał na to trafiać szlag. Rafał chronicznie nie miał czasu na pierdoły. Miał za to czas na koleżanki wszelkiej maści, co z bólem stwierdzała jego żona. Gunda buntowała ją niejednokrotnie, żeby rzuciła palanta, ale ta trwała przy nim z uporem Penelopy. Czekała na oświecenie i nawrócenie, które raczej nie miało nastąpić, ale nadzieja nadzieją i dodatkowo matką głupich. Gunda aż zaciskała ręce w kieszeniach, setki razy wyobrażając sobie w myślach, co mogłaby zrobić Rafałowi. Niestety samowolka wbrew żonie w rachubę nie wchodziła. A szkoda, wielka szkoda. Czasem aż prosiłoby się nagiąć własne zasady i zrobić coś dla sportu, a nie dla pieniędzy.

– No cześć. – Beata znienacka objęła ją od tyłu. – Jak gardło?

– Coraz gorzej.

– Brałaś coś?

– Tylko olejek herbaciany.

– Dobrze. Na pewno już zaczął działać. A witamina C postawi cię szybko na nogi. Chodź. – Beata rozejrzała się po korytarzu i zaprosiła Gundę do zabiegowego. – Może tu? – Zaciągnęła parawan wokół leżanki. – Kładź się. Masz szczęście, że dziś dyżuruje Łysy i bez mrugnięcia wypisał zlecenie. – Beata uśmiechnęła się do przyjaciółki.

Gunda zrzuciła buty i wyciągnęła się na płasko, nadstawiając lewą rękę do wkłucia. Skrzywiła się lekko, gdy igła przebiła jej skórę, i zamknęła oczy. Beata opatrzyła wkłucie, podłączyła kroplówkę i nastawiła jej szybkość.

– Dałam bardziej dynamiczny, bo mówiłaś coś o pracy.

– Tak. Zwaliło mi się kilka tekstów na zamówienie. Niezłe pieniążki, więc nie mogłam puścić takiego zlecenia. – Z zamkniętymi oczami wszelkie półprawdy i kłamstwa snuło się znacznie lepiej. Gunda doceniła fakt, że na ogół nie zwierzała się ze swojego życia zbyt intensywnie. Kobiety potrafią być bardzo upierdliwe i wyciągnąć z drugiej kobiety tak prozaiczne rzeczy jak rozmiar stanika, o zatrudnieniu już nie mówiąc. A gdyby jej… hm… profesja stała się tajemnicą poliszynela? Nie. No, nie. Zdecydowanie nie.

– Dobrze. To ty sobie leż spokojnie. Ja wracam do obowiązków. – Beata poprawiła parawan i wyszła.

Gunda słyszała stukot jej chodaków w znajdującej się tuż obok pokoju zabiegowego dyżurce. Potem stopy znieruchomiały, a pracę podjęły za to palce, które wystukiwały coś zawzięcie na klawiaturze komputera. Przestały dopiero na odgłos brzęczyka.

– Muszę na chwilę wyjść – Beata wetknęła głowę za parawan – do pana Znów-boli-mnie-głowa. Dzisiaj już piąty raz. Zwariuję albo zrobię mu krzywdę.

Gunda na takie dictum otworzyła jedno oko i uśmiechnęła się pobłażliwie. Jakby pani Wyjatkowo-ładna-brunetka potrafiła komuś zaszkodzić!

– Dam sobie radę – mruknęła nieco sennie. Pozycja pozioma i w miarę wygodne łóżko zawsze wprowadzały ją w taki stan. Spanie było czymś, co lubiła wręcz namiętnie i stanowiło niezły odstraszacz dla pseudointeligentnych facetów, którzy pytali o jej hobby. Kunepodobne zwierzątka i sen, dokładnie w takiej kolejności, powodowały u potencjalnych wielbicieli najpierw konsternację, a potem dość nagły odwrót. No cóż. Nie było czego żałować. Dla takich facetów nie zamierzała zmieniać swoich przyzwyczajeń. A tak w ogóle, czy jeszcze istnieją sensowni faceci? Po tym, czego nasłuchała się z racji swojej profesji, no i czego naoglądała, wielkich złudzeń nie miała. Nie miaaałaa. Nie…

ROZDZIAŁ II

Królik z wierzbowym ogonkiem

Wczorajszy seans w zabiegowym, z sączącym się w jej żyłę specyfikiem, podreperował ją zdrowotnie. Gardło bolało zdecydowanie mniej, a i samopoczucie było dużo lepsze. Gunda poprawiła czapkę z daszkiem i chuchnęła sobie na dłoń. W wydychanym powietrzu dalej było czuć olejek herbaciany. Skrzywiła się, cmokając z niechęcią. Dobrze jeszcze, że nie najadła się czosnku, bo facet wiałby ile wlezie! Ale porządna guma do żucia powinna załatwić sprawę. Wyłuskany z torebki mroźny oddech w postaci drażetki od razu poprawił jej humor. Musi tylko pamiętać, żeby wypluć go na chwilę przed… godziną zero. Poprawiła ponownie daszek czapki i z zadowoleniem stwierdziła, że interesujący ją obiekt właśnie zaparkował samochód na leśnym parkingu. Żując energicznie gumę, obserwowała, jak mężczyzna wysiada z auta, zrzuca garnitur i wskakuje w sportowy strój. Podpiął sobie też jakieś okablowanie, pewnie monitoring czynności życiowych. Gunda pokiwała głową. No cóż, jak się żyje tak intensywnie erotycznie, to potem zwykłe bieganie może się skończyć zawałem serca. Patrzyła jeszcze chwilę, jak mężczyzna poprawia na sobie ubranie, a potem, gdy zaczął truchtać, porzuciła stanowisko obserwacyjne, wepchnęła własne ubranie i plecak głębiej w krzaki i ruszyła na spotkanie z pieniążkami. Tysiące tańczyły w jej oczach tak bardzo, że nawet nie musiała zbytnio udawać, że mężczyznę przewróciła na ziemię przez roztargnienie.

Gramoliła się niezdarnie i leniwie, pozwalając sobie na dotyk uzasadniony podparciem. Króliczek leżał totalnie obezwładniony i nawet ręce rozrzucił w geście „Poddaję się!”. Patrzył figlarnie na Gundę, a ona miała ochotę niezwykle mocno wesprzeć się pięścią o jego genitalia. Niestety, za to jej nie płacono, a odczucia mężczyzny były nagrodą zbyt mierną. Tyle, w domowym zaciszu, mogła zrobić żona.

– Nigdy wcześniej pana tu nie widziałam… – Spojrzała na niego spod spuszczonych rzęs. – A jestem pewna, że nie przeoczyłabym. – Rozciągnęła sugestywnie ostatnie słowo, pozwalając, żeby mężczyzna powiódł ręką po jej talii. Poszło szybko, ale, według tego, co mówiła żona Króliczka, w tej kwestii wiele nie było trzeba.

– Ja ciebie też, ale to niczemu nie szkodzi. Niczemu, prawda? – Ręka ześlizgnęła się w miejsce, gdzie przewężenie pleców zaczęło rozszerzać się w biodra.

Pokręciła głową, lekko wydymając usta.

– To dlaczego jeszcze tracimy czas?

– Sama nie wiem… – Przeciągnęła palcem po jego koszulce, kończąc na wysokości pępka. Prawdą było to, co mówiła żona Króliczka. Absolutnie wszędzie i najwyraźniej z każdym. To znaczy, z każdą. Bez słowa sprzeciwu pozwoliła podnieść się z ziemi i zaprowadzić w ustronne miejsce, w którym mężczyzna od razu przystąpił do rzeczy. Gunda wywinęła się z jego ramion.

– To za proste. Wyobraź sobie, że jestem dzikuską i właśnie cię porywam w celu wiadomym… – Wyciągnęła z torebki biodrowej mocny sznur i rozprostowała go w rękach, podchodząc do mężczyzny. – Omińmy scenę, w której walę cię kłodą drewna w głowę i, zamroczonego, przytraczam do mojego wierzchowca. Zacznijmy od tego, że się budzisz nagusieńki, głowa boli, no i w dodatku taka niespodzianka! – Na zachętę zdjęła swój top i poczekała, aż Króliczek obierze się z szatek, a następnie podprowadziła go do drzewa i obróciła tyłem. Faktycznie, w kwestii fanaberii był prosty w obsłudze jak konstrukcja cepa. I najwyraźniej nie zmieniał upodobań co parę minut, a zabawa w dzikuskę i spętanego młodziana dalej była na topie. Gunda sprawnie omotała nadgarstki mężczyzny i sprawdziła siłę splotu. To samo zrobiła z nogami delikwenta.

– I co teraz będzie? – Króliczek skręcił głowę i wpatrywał się w nią wzrokiem pełnym zachwytu. – Jeszcze nigdy nie spotkałem kobiety, która na „dzień dobry” funduje mi takie atrakcje… Mmm. Hraam! – Wychylił się, usiłując ustami złapać ją za ramię. W odpowiedzi otrzymał lekkie uderzenie w pośladki.

– Teraz będzie już tylko fun – zapewniła, odsuwając się od mężczyzny. – Poczekaj tu sekundkę. Zaraz wracam w pełnym rynsztunku, więc nastaw się na ostrą jazdę. Od dawna nie miałam mężczyzny, a ty na ułomka nie wyglądasz. Hraam!

Prawie dusząc się ze śmiechu, uciekła w zarośla, w których miała schowane ubrania. Prędko zrzuciła czapeczkę i legginsy i mocno zacisnęła w pasie czarny trencz. Odpowiednie buty, beret i ciemnoczerwona szminka dopełniły wizerunku. Naprawdę trzeba mieć jaja, żeby rozwodzić się z żoną, która zna i upodobania, i słabości swojego mężczyzny. Cóż. Ten widać miał. I jeszcze kupę kasy, którą nie chciał się podzielić z żoną. A teraz będzie musiał. I jeszcze, z dobrego serca, odpali trochę Gundzie.

Zaszła go od tyłu, znienacka wtykając gałąź wierzby między jego pośladki. Potem zrobiła kilka zdjęć, podchodząc z różnych stron.

– Co do dias…?! – Najpierw zamarł, pewnie zastanawiając się, co ma w tyłku, a potem poruszył się wściekle, na tyle, na ile pozwalały mu związane kończyny, i prędko obrócił głowę.

Gunda pozwoliła mu przez chwilę kontemplować jej image. Patrzyła, jak zdziwienie w oczach powoli przeradza się w autentyczny lęk. Pewnie rozkminiał teraz w głowie, o co mogło chodzić i dlaczego kobieta, której nie znał, połączyła dwa w jednym. Dzikuska z suczą w płaszczu uosabiały zarówno jego seksualną dewiację, jak i strach, który z pewnością będzie mu towarzyszył do końca życia.

– Nie bój się. Tym razem nie zabiorę cię do domu dziecka, bo jesteś już dużym chłopczykiem. – Od razu przystąpiła do sprawy, informując go, że wie, dlaczego tak bardzo boi się kobiet o wyglądzie Michelle z ’Allo ’Allo!. – Jeśli będziesz współpracował, naszą znajomość zakończymy w ciągu kilku minut. Jeśli nie… Wiesz, w sumie nie przewiduję takiej opcji. – Wyjęła z kieszeni paczkę papierosów, jednego wsadziła sobie do ust. Mały, damski rewolwer wyciągnięty z drugiej kieszeni okręciła sobie na palcu. – Wiedziałam, że dasz się namówić! I to nawet bez słów – oświadczyła radośnie, naciskając cyngiel. Z lufy wypełzł ogienek, a Gunda zapaliła nim papierosa. Mina Króliczka była wprost bezcenna! Gunda w myślach podziękowała Zenobii, której zawdzięczała ten pomysł. Odkąd tylko zapoznała się z Księgą strachów Nienackiego, zawsze chciała być jak ta dziewczyna. Szczupła, ładna, wysportowana i inteligentna. Czuła z nią jakąś więź. Może chodziło o to, że obie miały dziwaczne imiona?

– Ty głupia suko! – Króliczek wściekle szarpał więzy. – Dobrze się bawisz?

Gunda zaciągnęła się dymem, a potem wypuściła mężczyźnie w nos kilka zgrabnych kółek.

– Świetnie. Każda minuta mojej zabawy z tobą kosztuje cię stówę. Co ty na to?

– Jesteś pieprznięta! – Więzy trzymały mocno, choć Króliczek robił wszystko, żeby się wyplątać.

Patrzyła na to z rozbawieniem, czekając, aż facet choć spróbuje myśleć racjonalnie. Gdy zmęczony przestał się w końcu szarpać, dała mu jeszcze chwilę, a potem wymownie stuknęła w zegarek.

– Tik-tak. Tik-tak. Tik-tak.

– Dobra. Czego chcesz?

– Ja w sumie niczego. Wystarczy, że zadzwonisz do żony i powiesz jej, że na jutrzejszej rozprawie rozwodowej wspaniałomyślnie zostawisz jej dom i połowę oszczędności. Domku w górach nie chce. Samochodu też nie, bo mówi, że przepieprzony na dziesiątą stronę. No to jak będzie, Króliczku?

– Pocałuj mnie w dupę!

Z niesmakiem pokręciła głową.

– Na pieszczotę to trzeba zasłużyć. – Teraz z kolei pożyczyła sobie tekst od Kilkujadka z Kingsajzu. – Niegrzeczny chłopczyk. No cóż. Już dzisiaj cały internet będzie się śmiał z prezesa znanej krakowskiej firmy. Mam tu kilka bardzo fajnych ujęć. – Przeglądała fotki, kiwając nad nimi głową z uznaniem. – A, jeszcze zrobię sobie z tobą zdjęcie rozwodowe i przyjdę z tym jutro do sądu. Chcesz? – zapytała wesolutko i na dowód tego, że mówi prawdę, ustawiła się bardzo niedwuznacznie i bardzo blisko Króliczka, pstrykając sobie fotkę z uchylonymi ustami i zmrużonym okiem.

– Dlaczego? – Związany zmienił ton.

Gunda zaciągnęła się papierosem, patrząc uważnie na mężczyznę.

– A o to, to już powinieneś żony zapytać. Ja tu tylko sprzątam. No to jak będzie? Robimy deal?

Mordercze spojrzenie dowodziło, że delikwent jednak przemyślał sprawę i postanowił jej bardziej nie komplikować. Również finansowo.

– Co mam zrobić?

– No widzisz. Kiedy zaczynasz myśleć czym innym niż fiutem, to gadasz nawet z sensem – pochwaliła go, uśmiechając się złośliwie. – Teraz – wyjęła telefon z kieszeni – ja zadzwonię do twojej żony, a ty grzecznie podziękujesz jej za to, że przez tyle lat prała twoje skarpetki i majtki, i uznasz to jako wkład we wspólne oszczędności oraz przeprosisz za wszystko, co złe, i powiesz, że jutro rozwiedziesz się z klasą, na jej warunkach. Gotowy? – Zawiesiła głos, potem powiedziała: – No to ja dzwonię, ale wiesz co? Wcześniej wyślę jej zdjęcie, żeby wiedziała, że to na pewno ty. Dobry pomysł, prawda? Bo gdyby się okazało, że jednak się pomyliłam? – Znęcała się dalej, żeby kutafon miał co wspominać przez resztę życia. – O, już! No to teraz dzwonimy, żebyś nie zmienił zdania. Kurczę, a jeśli twoja żona się nie zgłosi, to głupio tak będzie stać z gołym tyłkiem, no nie? – Udała zatroskanie, ale już po chwili uśmiechnęła się promiennie. – Masz farta. Musiała jednak cię kochać – powiedziała szeptem, odsuwając telefon od ust. – Tak, dzień dobry, to ja. Dzwonię, żeby powiedzieć, że pani mąż jest absolutnie chętny do współpracy. Proszę włączyć nagrywanie. Przekazuję słuchawkę. – Zbliżyła telefon do ucha Króliczka, po czym wcale nie delikatnie szturchnęła go w ramię. – Tik-tak. Pamiętasz?

Króliczek zrobił grymas, jakby miał coś bardzo niesmacznego w ustach. Wykrzywił wargi, a potem odezwał się tak niepewnie i z takim trudem, jakby właśnie dopadł go ogromny ból gardła.

– Zgadzam się na twoje warunki.

– Głośniej! – Gunda wymierzyła mu kolejnego szturchańca. – No, nie patrz na mnie z takim morderstwem w oczach. Jestem uodporniona. – Wyszczerzyła się. – Dalej!

– Zgadzam się na twoje warunki – powiedział do telefonu przez zaciśnięte zęby.

– I dziękuję…

– I dziękuję za wszystkie wspólne lata.

– I przepraszam za to, że byłem takim dupkiem.

– I przepraszam za to, że byłem takim dupkiem. – Ostatnie słowo sprawiło mu wyjątkową trudność, której Gunda już nie komentowała. Przyłożyła telefon do swojego ucha, raportując, że z jej strony zadanie dobiegło końca.

– Czekam na informację jutro po rozprawie. Tak. Mam zdjęcia i zrobię forward. Powodzenia.

Schowała telefon do kieszeni, poprawiając zawadiacko beret.

– Współpraca z tobą to czysta przyjemność. Lubię konkretnych facetów – zadrwiła. Dawno zgaszonego papierosa zastąpiła wykałaczką i zażonglowała nią przy użyciu języka, patrząc na miejsce, z którego, niezbyt naturalnie, wyrastała wierzbowa witka.

– Ty głupia cipo! Dorwę cię… – Króliczek jeszcze raz naprężył muskuły.

– Myślisz, że robienia węzłów uczyłam się w przedszkolu? – Gunda spojrzała na niego ironicznie. – Straciłeś swoją szansę. Może spędzisz tu nawet upojną noc. Twój wybór. – Odwróciła się na pięcie.

Przekleństwa goniły ją aż do parkingu, na którym zostawiła swój samochód. Czy króliki naprawdę potrafią krzyczeć tak głośno?

Ciąg dalszy w wersji pełnej