Facebiografia - Jarosław Prusiński - ebook
Opis

Zbiór zabawnych, krótkich felietonów na różne tematy pisanych z przymrużeniem oka. Zapiski były tworzone przez autora na potrzeby portali społecznościowych i bloga autorskiego. Między innymi dzięki tym krótkim tekstom grono fanów Prusińskiego stale się powiększa. Doskonała lektura w podróż albo do tramwaju.

Uwaga! Lektura tej pozycji grozi niekontrolowanymi wybuchami gromkiego śmiechu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 222

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Jarosław Prusiński

Facebiografia

Zapiski o tym, o tamtym, o owym i owej, i o pupie gołej

© Copyright by Jarosław Prusiński & e-bookowo

Ilustracja na okładce: pixabay

Projekt okładki: Jarosław Prusiński

ISBN 978-83-7859-981-4

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo

www.e-bookowo.pl

Kontakt: [email protected]

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości

bez zgody wydawcy zabronione

Wydanie I 2018

Konwersja

WSTĘP

Ponieważ całkiem niedawno dzieliło mnie jakieś sto sekund od tego, żeby tona kalafiora (a może to był brokuł?) sprasowała mnie na placek postanowiłem zebrać do kupy najciekawsze, nieocenzurowane felietony z bloga oraz facebooka i wydać coś na kształt autobiografii.

Zaczynałoby się tak:

„Moje pierwsze wspomnienie. Stałem w dziecięcym łóżeczku, wyglądając zza krat, gdy wuj mój wpadł z wizytą. Wuj mieszkał blok dalej i często wpadał.

– Szkoda, że nie będzie tego pamiętał – powiedział do mojej rodzicielki i oboje spojrzeli na mnie z żalem w oczach.

Jak to nie będę pamiętał? Ja nie będę pamiętał? No i pamiętam do dziś, że miałem nie pamiętać. Z tym, że nie wiem, co takiego. Najpewniej była jakaś akcja wcześniej, skoro szkoda miała być? Ale tego już za diabła nie pamiętam!”

Siadam więc i piszę, zanim kolejna tona warzyw lepiej przyceluje.

Wszyscy moi fani (w liczbie dwóch albo trzech dusz) z pewnością się ucieszą na ten ekshibicjonizm słowny. Przy mojej nienachalnej urodzie, to zapewniam, że taki lepszy. Bardziej strawny.

Poza tym w razie podrywu też będzie łatwiej. Zamiast opisywać niewiastom (każdej z osobna) jaką mam wypaczoną osobowość, to można do książki odesłać. O ile oczywiście będę kiedykolwiek kogokolwiek podrywał. Ale jak wiadomo – nadzieja (na ostatnią szarżę) umiera ostatnia.

Podtytuł na okładkę mógłby być taki: „Wspominki faceta, który śnił zamiast żyć”. Eeee, no! Dobre hasło na nagrobek!

Felietony zostały umieszczone w książce dokładnie tak samo, jak to widać w sieci, czyli od końca do początku. Mam nadzieję, że nie będzie to nikomu przeszkadzać w czytaniu.

O PERFORMENSIE

Piękna Szwajcarka Milo Moire zbulwersowała grono moich znajomych, którzy wyzwali ją od dziwek i że to co robi, to w ogóle nie jest sztuka (zaraz do tego wrócę). Dziewczyna robi performens, który jako dziedzina sztuki od pewnego czasu mnie fascynuje. Za diabła go nie rozumiem, ale mnie fascynuje. Tak jak nie rozumiem poezji, rzeźby i malarstwa. Jedynie na prozie trochę się znam (jak mi się zdaje). To, że się nie znam, nie oznacza, że coś odrzucam albo uznaję, że sztuką jest tylko to, co mi się podoba i co rozumiem. Artyści performensu robią różne dziwne rzeczy: jedna z kobiet nago zawisła na wielkim krzyżu (za co zaatakowały ją środowiska ortodoksyjnie katolickie), inna siedziała trzy dni na krześle i patrzyła w oczy widzom, którzy przed nią siadali. Inna para nagusów (kobieta i mężczyzna) stali w progu nowojorskiej galerii i goście, wchodząc musieli się ocierać o nagie cycki oraz ptaszka.

Co takiego wymyśliła Milo? Szwajcarka, która sama siebie nazywa seks-pozytywną feministką, zorganizowała performens, podczas którego malowała obrazy cipką (wkładając do niej jajka z farbą). Innym razem dała się obmacywać przechodniom (piersi i cipkę), żeby zwrócić uwagę na „niechciany dotyk”.

Rozumiem przekaz obu opisanych performensów pani Milo. Oba (zwłaszcza ten z malowaniem obrazów) mnie trochę zniesmaczają. No i co z tego?

Chcecie, żeby większość decydowała o tym co jest, a co nie jest sztuką?? No, to od jutra będzie jedynie Matka Boska z dziecięciem z malarstwa, a z literatury – żywot papieża Polaka i innych świętych.

Głos Narodu słusznie oburzonego:

No i to jest chociaż ładne i wiadomo, o co chodzi! A tych zboczeńców, panie, to bym wszystkich do kamieniołomów, panie, wygnał. By popracowali uczciwie, to by im się tych ich zboczeń odechciało, kuźwa ich mać, panie!

O NIEWOLNICTWIE

Dawno, dawno temu ludzie (tacy, co mieli władzę i pieniądze) posiadali niewolników. Niewolnikowi trzeba było zapewnić wikt i opierunek, trzeba mu było zapewnić pomoc lekarską, a nawet rozrywki. A ten skurczybyk niewdzięczny zamiast dziękować panu za dobroć i po rękach całować, to jeszcze się lenił i pozorował pracę. Wydajność niewolnika była nawet trzy razy mniejsza od wydajności wolnego człowieka. Panowie się wkurzyli i postanowili coś zmienić. Niech ten niewolnik sądzi, że nie jest niewolnikiem, niech nie dostaje lokalu ani żarcia, ani opieki medycznej!

Panowie udają, że wcale nie są panami, ale managerami, a wszystko osiągnęli dzięki swojemu niezwykłemu talentowi i ciężkiej pracy. Teraz niewolnik zasuwa jak wół i za wszystko sam płaci z pieniędzy, które dostaje od pana, a które do pana i tak wracają. Niewolnik pracuje całe życie i często kończy je z długiem, a nie z majątkiem, który mu pan cały czas obiecuje (dawniej obiecywano wolność). Tak jak kiedyś pan zabawiał się ze swoimi niewolnicami, tak teraz robi to samo. Są nawet specjalne szkolenia dla młodych niewolnic na temat tego, jak znaleźć bogatego pana, który zechce je bzyknąć za obietnicę małżeństwa i kolację z robakami morza (krewetkami) popijaną gównianą kawą (kawą z odchodów zwierzęcych) oraz sokiem ze sfermentowanych winogron.

Nie zostaniecie panami, choć Wam to cały czas wmawiają. Nie napiszecie bestsellera i nie staniecie się obrzydliwie bogaci. Bestsellera napisze córka (żona) Pana, choćby nawet nie umiała poprawnie sklecić dwóch zdań. Przyjaciele Pana książkę wypromują w swoich mediach, dzięki czemu książki takie jak „Ileś tam Twarzy Szarego” biją rekordy sprzedaży. Wy jesteście niewolnikami! Tak jak Wam zapisano w Księdze (o potomkach Chama, co ruszyli na północ – do Leszy). Chamstwem jesteście i tyle. I ktoś Wam to musiał w końcu powiedzieć.

Czy wiecie, że?

1% ludzi ma tyle samo pieniędzy, co pozostałe 99%.

PS. Czasem się zdarza, że niewolnicy posiadają własnych niewolników. Ale to nic niezwykłego. Podobnie było już w czasach Sumerów. Posiadanie niewolników nie czyni Was ludźmi wolnymi!

RELATYWIZM CZASU PO URLOPIE

Siedzę. Niedawno była godzina dziesiąta. Jeszcze tyle godzin! Nie wytrzymam tego, wścieknę się, wyskoczę przez okno albo sam nie wiem co. Tego się nie da wytrzymać! Przejrzałem pocztę, odpowiedziałem na wszystkie obraźliwe maile i te mniej obraźliwe, a nawet na te przymilne. Obszedłem firmę w tę i z powrotem, i kolejny raz w tę. I jeszcze raz z powrotem. Robota się piętrzy na biurku w zapisanych kartkach i w mailach (tych opryskliwych). Telefon też powoli się budzi. Powoli, bo jeszcze nie wszyscy wiedzą, że wróciłem z urlopu. Ale ciągle zostało tyle godzin. Chociaż teraz to już chyba dużo mniej. Siedzę tu przecież tyle. Od dziesiątej musiało już minąć ze dwie godziny. A może nawet cztery! Wtedy już tylko chwilka i na wolność. No nie wiem czy cztery. Tyle to chyba nie. Ale na pewno więcej niż dwie. Trzy? Byłaby trzynasta. Za PRL otwierali wtedy monopolowe. To też niezła godzina, choć gorsza od 14. Ale dużo lepsza niż dwunasta. O niebo lepsza!

Za robotę by się wziąć może jaką? Ale o czternastej? Nie ma sensu! Nawet, gdyby to była tylko trzynasta, to też nie warto.

No dobra. Spojrzę na ten cholerny zegarek. Ale nie teraz. Za pięć minut. Bo jakby nie było trzynastej, to będzie mi przykro, a tak się pocieszę tą trzynastą jeszcze chwilę. Czekam. Czekam. No dobra! Patrzę!

Dziesiąta dziesięć!!!

O BOKSIE ZAWODOWYM

Oglądałem wczoraj powtórkę walki Whita (Białego) z Brownem (Brązowym). Biały jest tak naprawdę czarny, a Brązowy jest biały. No i ten Biały znokautował Brązowego czyli białego. Jak by nie patrzeć biali górą. Choć niektórzy też byli i dołem, ale to się akurat nie liczy, bo przecież ten biały był Brązowy.

Miło popatrzeć jak biali wracają do wagi ciężkiej po odejściu braci Kliczko. Choćby byli i czarni. Bo jak nasz biały jest czarny, to nie szkodzi. W końcu jest nasz.

DLACZEGO ŚMIESZĄ MNIE ORTODOKSYJNE FEMINISTKI

Zabawne jest tworzenie na siłę rodzaju żeńskiego dla zawodów lub stanowisk. To, że większość profesji otrzymało rodzaj męski, to wyłącznie ciekawostka historyczna, która przecież nie ma żadnego znaczenia. Np. „minister” dla kobiet zaczyna się używać słowa „ministra”. Ministra! A dla szefowej rządu? Premiera? Można by powiedzieć, że pani Suchocka to była premiera w polskim rządzie, ale już ta druga pani, co niedawno była, to już dawno po premierze przecież. Trochę bez sensu. A elektryk? Elektryczka? Nawet dość zabawnie. Gorzej, gdyby kobieta została prezydentem. Prezydentka? No, nie brzmi to poważnie. Chociaż to akurat może i dobrze. Można by się pośmiać.

Sprawiedliwie to nie znaczy po równo, a równi nie oznacza tacy sami. O czym panie feministki starają się nie pamiętać. Zgodnie z ich filozofią – kobiety są takie same jak faceci, tylko lepsze!

Faceci bywają głupi (czego sam jestem przykładem), bywają też głupie kobiety. Organizacje kobiece stanowią odpowiednik dziewiętnastowiecznych klubów dla panów, które są do dziś (słusznie) krytykowane za dyskryminację. A czarne marsze kobiet (które skąd inąd popieram) mają na sztandarach hasła o prawie kobiet do decydowania o własnej rozrodczości. Zgadzam się, ale wyłącznie w przypadkach niepokalanego poczęcia. Jeśli do ciąży przyczynił się facet, to powinni decydować oboje. Żeby było OK na sztandarach powinno być, że LUDZIE mają prawo do decydowania o własnej rozrodczości. I pod tym się podpiszę. A jeśli ktoś ma pod czaszką zamiast mózgu jakieś religijne dogmaty, to niech sobie zgodnie z nimi postępuje, a nie narzuca tego innym.

Ci, którzy uważają, że prawo powinno chronić poglądy rządzących niech sobie wyobrażą, że do władzy dochodzą obrzydliwi hedoniści i zakazują im chodzenia w niedziele do kościoła, za to pod karą więzienia nakazują zbiorowe orgie. A zamiast lekcji religii wprowadzają do szkół (średnich!) naukę wyuzdanych technik seksualnych.

Właściwie z drugiej strony… Może będę kandydował? Choćby na wójta w Skiroławkach. To byłoby coś! W sumie przekonaliście mnie. Niech inni żyją tak jak JA sobie tego życzę. Przecież ja wiem lepiej czego im trzeba!

O SUMERACH I NIE TYLKO

Gdyby komuś z Was chciało się poczytać mity sumeryjskie, zdziwiłby się jak wiele wątków jest Wam doskonale znanych. Z lekcji religii (chrześcijaństwo narodziło się trzy i pół tysiąca lat później od cywilizacji sumeryjskiej). Znajdziecie tam wątek żebra (ale nie Adama tylko Enkiego), wygnanie z raju, potop (opisany identycznie – słowo w słowo) oraz sumeryjskiego Noego i jego arkę. Znajdziecie tam pierwowzór Kaina i Abla oraz wiele innych postaci. Odkrylibyście też wątek zmartwychwstania Isztar i dowiedzielibyście się skąd święto Easter (Isztar) się wzięło.

Już widzę te bigotki zgrzytające zębami. Jedna mi kiedyś mało nie skoczyła do gardła za powiedzenie, że Święto Słońca (przesilenia zimowego) było znane naszym przodkom wiele tysięcy lat przed chrześcijaństwem (obecnie obchodzone jako Boże Narodzenie). O tym pisałem w Zapomnianych Bogach. Powiedziała mi tak owa pani:

– Czego pan nie rozumie, panie? BOŻE NARODZENIE. Co mam jeszcze panu tłumaczyć??!!!

No chyba już nic, proszę pani.

Żyjcie sobie jak chcecie, ale namawiam do czytania. Zacznijcie od „Eposu o Gilgameszu”, najstarszej książki świata. A potem może Isztar?

A co będzie, jeśli się okaże po Waszej śmierci, że traficie do raju sumeryjskiego? I entu (arcykapłanka bogini Isztar) powie Wam: „Grzeszyłaś siostro, bo mało uprawiałaś seksu, w dodatku bez większej rozkoszy i tylko z jednym mężem! Nie mogę cię do raju wpuścić.” Byłoby głupio, co?

O SZCZEROŚCI

Jest pewna grupa ludzi, która myli szczerość ze zwykłym chamstwem. Szczerość nie jest jakąś wartością nadrzędną, cenną samą w sobie. Jest jedynie jednym z całego szeregu narzędzi, której powinniśmy używać dla dobra bliźnich. Kłamstwo też może być pozytywne, jeżeli używamy go dla czyjegoś dobra, a całkowicie złym, gdy za jego pomocą robimy komuś krzywdę.

Przykład – koleżanka płacze, że nie może nikogo znaleźć, bo jest głupia i brzydka. Załóżmy, że faktycznie jest głupia i brzydka. Co powinniśmy zrobić? W imię szczerości powiedzieć: „Rzeczywiście jesteś idiotką i jesteś brzydka jak noc”?

Niektórzy tak zrobią, bo są przecież tacy krystaliczni i szczerzy. A ona niech sobie skacze z mostu skoro musi. My jesteśmy cudowni i niezłomni.

Co ja bym zrobił w takiej sytuacji? Poszukałbym zalet, nawet naciąganych: „Jesteś dobrą, współczującą kobietą i na pewno ktoś odkryje w tobie piękno. Trzeba tylko trafić na odpowiedniego faceta”. Może nawet bym skłamał.

Oczywiście w tym kłamstwie dla czyjegoś dobra nie szedłbym zbyt daleko. Gdyby ta sama pani zapragnęła startować w wyborach miss, to jednak warto byłoby ją trochę ostudzić, że owszem – nie jest tak koszmarnie brzydka, ale na Miss Word też materiału nie ma.

Podobnie jest w związkach. Załóżmy, że zobaczycie w tramwaju świetnego faceta, a nawet trochę poflirtujecie niewinnie. To nie lećcie zaraz do Waszych partnerów z opowieścią, jak to się zrobiłyście mokre na jego widok. On tego nie chce wiedzieć. A gdyby nawet się zdarzyło, że coś się z nim zdarzyło, to dźwigajcie to poczucie winy same. Wyznanie prawdy, to żaden akt cnoty – to egoistyczna próba przerzucenia swojego ciężaru na ramiona partnera. Powiedziałam i niech on się teraz z tym zmaga. Zabawiłyście się same, to same z tym teraz żyjcie. Chyba, że zabawa była w trójkącie. Wtedy to co innego.

Szczere są dzieci, dorośli muszą sami dźwigać swój krzyż. Partner nie jest wieszakiem do wieszania na nim swoich brudnych gaci. No chyba, że seks na boku nie był incydentalny, ale stanowi sens waszego życia. Wtedy trzeba o tym partnera poinformować. Może dołączy do zabawy?

O SZCZEROŚCI RAZ JESZCZE

Moja znajoma zaatakowała mnie słownie za mój felieton o szczerości, który jakiś czas temu popełniłem. Wyłuszczałem w nim, że szczerość nie jest wartością samą w sobie i że może krzywdzić nie gorzej niż kłamstwo. Owa znajoma przypuściła zmasowany atak, rozszarpała na strzępy moje słabowite argumenty, zanim one zdołały szable z pochew wyjąć, a potem jeszcze rozjechała je walcem. Ostrzelała mnie celnie, przywołując liczne przykłady na to, że kłamstwo jest złe, a szczerość dobra. Wytoczyła nawet działa własnego przykładu i męża obrzydliwie kłamliwego, co jej życie młode zmarnował. Wykorzystał ją, przeżuł i wypluł, gdy już młodość zaledwie we wspominkach się ostała.

Skuliłem uszy i uciekłem w zagajniki. Przyznałem, że kłamstwo niedobre jest faktycznie i broniłem jedynie prawa do milczenia, żeby tą szczerością za bardzo nie epatować. Nic z tego! Tam też mnie dopadła i wybiła moje argumenty w pień.

Traf chciał, że akurat siedziałem nad jej opowiadaniem, co mi je podesłała do oceny. Na fali nowo nabranego przekonania, że szczerość jest bezwarunkowo dobra, wytknąłem jej błędy. Okazało się, że prawda zadawana innym smakuje zupełnie inaczej od tej, którą sami otrzymujemy. Różnica jest jak między organizmem onanisty a onanizmem organisty. Koleżanka na mnie nawrzeszczała i rzuciła słuchawką. Przed rzuceniem zdążyła się jeszcze rozryczeć, żebym miał wyrzuty sumienia.

No i w końcu nie wiem, jak to jest z tą szczerością. Porzucę chyba te jałowe rozważania i pogram sobie na organach, co je mam jeszcze z dzieciństwa, skoro mi się przypomniało. Ewentualnie na organie męskim własnym. No to pójdę już…

O PRACY W KAPITALIZMIE

Z rozrzewnieniem oglądam programy zza oceanu o tym jak pracują w kapitalizmie po 70-80 godzin tygodniowo. Niemalże z takim samym, jak wyznania naszych lekarzy o pracy na siedmiu etatach. No to policzmy:

– wstajemy o 6.30, żeby się z grubsza ogarnąć i umyć, bo inaczej nasi współpracownicy mogliby zostać przytłoczeni naszymi feromonami, zjeść śniadanie, kawę wypić i zrobić jeszcze sto innych czynności (zwłaszcza, gdy ktoś ma dzieci – wtedy trzeba je obudzić, a to syzyfowa praca, bo gdy się obudzi jedno i zacznie budzić drugie to to pierwsze ponownie zasypia, potem nakarmić, wyprawić do szkoły – masakra!).

– 7.20 lecimy postać w korkach, żeby zdążyć do pracy na 8.00, co zwykle nam się nie udaje ku uciesze szefa, bo ma okazję nas opieprzyć, co lubi robić najbardziej.

– z pracy wychodzimy około 18.00 (wyjście po 8 godzinach to w polskim kapitalizmie nietakt gorszy od puszczenia bąka w windzie).

– znowu korki i o 19.00 meldujemy się w domu.

– kolację trzeba zrobić i już jest 20.00.

No i teraz mamy trzy godziny wolnego, o ile nie mamy dzieci. Jeśli mamy, to trzeba pośpiesznie narysować rysunek na plastykę, bo nasza pociecha narysowała tatę z penisem we wzwodzie, a mama ma cycki jak arbuzy – nikomu przecież tego nie da się pokazać! I sto innych rzeczy. O 23.00 łóżko, żeby następnego dnia nie zaspać, co też nam się zwykle nie udaje. I tak do piątku!

W sobotę robimy wszystkie te rzeczy, które w naszym bratnim kraju wykonują służące z Meksyku (zakupy, pranie, sprzątanie, gołąbki albo mielone na cały tydzień, koszenie ogródka, czyszczenie pieca, etc). W niedzielę mamy jeden, jedyny dzień dla siebie i swoich przyjemności. Możemy poczytać książkę albo uprawiać seks ze swoją partnerką (partnerem), a jak nie mamy swojego to z cudzym, ewentualnie możemy się masturbować, patrząc na nadobne posłanki z naszego Sejmu.

No i gdzie zmieścić te drugie 40 godzin pracy albo kolejne sześć etatów? Nawet poświęcając niedzielną masturbację, to i tak uskrobiemy najwyżej jakieś 10 godzin.

A może to tylko ja taki jestem niezorganizowany? Inni może to potrafią?

O NICZYM MĄDRYM

Zmarła niedawno Ursula K. Le Guin, mistrzyni pióra, opisała w jednej ze swoich książek taką scenkę. Przybysz z przyszłości poprosił o wodę, a kobieta nie mając pod ręką żadnego naczynia przyniosła mu wody w złożonych dłoniach. Mężczyzna, pomimo uśmieszków swoich przyjaciół, wypił. Nie było tam żadnych słów o miłości, żadnego bełkotu. Jeden gest. Ona przyniosła, a on wypił wodę z jej dłoni. Czujecie to?

Ja poczułem. Aż mi przeszły ciarki po plecach. Nie słowa, a czyny. Takie zwykłe gesty. Po prostu przyniosła wody swojemu mężczyźnie.

Ale Ursula była z innego pokolenia. Z takiego, gdy się dbało o swojego partnera. O swojego mężczyznę, o swoją kobietę. Teraz to zanika. Każdy myśli o sobie, pielęgnuje egoizm. Co usłyszałby ten człowiek teraz? „Sam sobie przynieś ty seksisto!” A gdyby sobie przyniósł dostałby kolejnym zdaniem – „A o mnie nie pomyślałeś ty cholerny egoisto? A może ja też mam ochotę na wodę?” Nic nie pomoże przyniesienie – „Teraz to już mi ochota przeszła.”

Dopisek (zamiast komentarza):

Po opublikowaniu tego posta jedna znajoma tak mi napisała:

„Przez te feministki, to my już same nie wiemy, jak się powinnyśmy zachowywać. Co możemy zrobić, a gdzie już jest znęcanie. Zgłupieć można!”.

O MIŁOŚCI

Program komputerowy choćby i najdoskonalszy nie zachowa się inaczej niż nakazują mu wyryte w jego krzemowej pamięci instrukcje. Taka pralka choćby – nie zaparzy Wam kawy ani nie zaspokoi lubieżnych chuci (choć znam przypadki wykorzystania pralki w tych celach, zwłaszcza podczas wirowania). Podobnie jest z ludźmi i ich mózgami. Przez ewolucję czy Stwórcę (jak kto woli) mamy wpisany szereg instrukcji i postępujemy zgodnie z nimi, choćbyśmy nie wiem jak się tego wypierali. Nadrzędną instrukcją naszego „programu” jest potrzeba zachowania gatunku. To ta instrukcja każe facetom oglądać się za spódniczkami, a kobietom wybierać najlepszego dawcę DNA. Instrukcja nie traktuje równo obu płci, bo to kobiety mają się zająć dziećmi, a faceci mają zapylać. Panie są więc z woli instrukcji bardziej monogamiczne, a faceci są z natury rozwiąźli (choć oczywiście możemy nad sobą panować).

Co to ma do miłości? Otóż nie mamy takiego programu w mózgach poza miłością do swoich dzieci (potrzeba zachowania gatunku). Relacja między kobietą a mężczyzną jest znacznie bardziej skomplikowana i często w ogóle nie przypomina miłości. Jest to rodzaj wzajemnego uzależnienia, w którym króluje miłość własna. Dlaczego większość partnerów nie może wybaczyć „zdrady” (czyli uprawiania seksu z kimś innym)? Bo to uderza w ich miłość własną, dewaluuje ich wymuskany obraz samego siebie we własnych oczach i oczach rodziny oraz przyjaciół. Jak ONA mogła z kimś innym skoro ma w domu takiego ogiera? Jak ON mógł skoro jestem taką świetną dupcią?

Jeśli chcecie kogoś „wyrwać”, najskuteczniej uderzyć w jego miłość własną. Chwalić, podziwiać, obsypywać kwiatami. W większości przypadków to się sprawdzi i Wasz wybranek pokocha sam siebie do szaleństwa. Wy mu jesteście tylko potrzebni do przeglądania się w Waszych zachwyconych oczach jak w lustrze.

Wiem – wielu z Was się właśnie teraz wkurza i pokazuje mi środkowy palec. Przecież kochacie Waszych partnerów nad życie! Na pewno? Skąd więc taki problem ze zdradą? Jeśli Wasz Adonis prześpi się z Waszą najlepszą przyjaciółką, to co się zmieni? Okaże się świnią? Nie. On był świnią od urodzenia. Taki ma program. Okazał się jedynie słaby. Kopniecie go za słabość? Nie tu jest problem. On uderzy w Waszą miłość do samej siebie, poczujecie się mniej wartościowe (zupełna bzdura), brzydkie, za grube albo za chude, nieatrakcyjne. Przestanie być Waszym lustrem, którego potrzebuje Wasz program. Bo my chcemy się czuć wielcy, wartościowi, chcemy być samcami (samicami) alfa. Chcemy rozsiewać nasze DNA. Od Arktyki po Antarktydę.

Większość samców i samic w wilczym stadzie przez całe swoje życie nie zaznaje seksu. To przywilej jednostek alfa. A my chcemy być alfa, chcemy być naj. Dlatego kochamy sami siebie z wzajemnością.

Czy wygłosiłem właśnie teorię, że nie ma miłości? Takiej prawdziwej, takiej która daje, a nie bierze? Takiej, że Jej (Jego) życie jest więcej dla Was warte niż własne? Takiej, że położycie głowę na pieniek, żeby uratować partnera?

Ja jestem z natury głupi i w to wierzę. I choć nie jest to uczucie tak powszechne jak się sądzi, to jednak się czasem zdarza.

Czego Wam, Kochani, życzę!

PS. W oczekiwaniu na Wielką Miłość warto zająć się czymś przyziemnym, np. seksem, bo to może być długie oczekiwanie.

O WYŻSZOŚCI ROLNICTWA SZWEDZKIEGO NAD POLSKIM

Dawno, dawno temu, za morzem (Bałtykiem), miała miejsce taka scenka. Staliśmy we trzech na polu u szwedzkiego rolnika, gdy podeszło do nas stado zwierząt.

– Krowy – zawyrokował Władek.

– A czemu się na nas tak gapią? – spytałem z niepokojem Wieśka, jedynego wśród nas rolnika.

Wiesiek łypnął okiem i powiedział, że to byki, a nie krowy. W czasie naszej rozmowy zwierzaki podchodziły coraz bliżej. Jeden z byków zaczął nawet sapać i tupać kopytami. Więcej nam nie było trzeba. Uciekliśmy na drzewo (jedyne w okolicy). Po jakiejś godzinie siedzenia na drzewie przyszedł syn gospodarza (lat 5), zaklaskał w dłonie z okrzykiem „uuuuaa” i byki… uciekły (!).

Zleźliśmy z drzewa zawstydzeni, patrząc z wyrzutem na Wieśka. W końcu rolnik, a na bykach się nie znał i nie wiedział, że trzeba te „uuuuaa” powiedzieć.

– Czego się tak na mnie ślipicie? – warknął. – Ja się znam tylko na polskich bykach, a te są szwedzkie.

Do tej pory nie jestem przekonany, czy ten okrzyk był akurat po szwedzku.

Scenka znalazła swoje miejsce w Zapomnianych Bogach z tym, że byki zastąpiłem żubrami. Jak widać moje życie jest na tyle pokręcone, że można z niego czerpać pełnymi garściami. Dojrzewam też do napisania książki o relacjach męsko-damskich. Ileż tu miałbym inspiracji! Tyle tylko, że to temat mocno wyeksploatowany w literaturze. No i gdybym opisał prawdziwe zdarzenia, to jestem pewny, że pojawiłyby się opinie – „Nawet zabawne, ale zupełnie nieprawdopodobne”.

O FEMINIZMIE I INNYCH IGRASZKACH

Ciekawe językowo jest to, że nie ma odpowiednika słowa „feminizm” dla mężczyzn (mailizm?). Feminizm brzmi dumnie. Panie wypinają piersi i podkreślają, że są feministkami. A co dla nas, facetów? Szowinista? Seksista? Jakoś słabo.

Ponieważ mnie tu już nieraz obrzucali epitetem „szowinista”, co mnie szczerze wkurza, to wyjaśnię za encyklopedią: szowinizm to skrajna postać nacjonalizmu, przesadne utożsamianie się z grupą do której się należy – etniczną, wyznaniową, narodową oraz (i tego fragmentu się czepiają) nadmierna identyfikacja z własną płcią. To ostatnie wykroczenie doczekało się też własnego określenia: „seksizm”.

(Do pani Agaty – seksista to nie facet piszący o seksie, tylko ktoś, kto uważa, że jego płeć jest lepsza, a ta druga gorsza).

Jeśli pewna pani (którą wywaliłem ze znajomych za chamstwo, a nie poglądy, co łaskawa mi była imputować) pisze, że faceci nie mają zbyt skomplikowanej konstrukcji psychicznej i z definicji są idiotami, to ja bym to zakwalifikował jako seksizm. Tak samo jak połowę postów mojej znajomej pisarki. Na dumne miano szowinizmu trzeba by się wgłębić bardziej, ale nie w panią M czy A, tylko w jej poglądy. Czy nienawidzą tylko facetów, czy też czarnych, żółtych, ateistów, pedałów, itp. Wtedy byłyby szowinistkami. Na razie pozostanę przy seksizmie.

Feminizm to słowo wytrych, które bardzo często ma zamaskować zwykły, pospolity seksizm.

Po co o tym wszystkim piszę? Robię to dla Was, żebyście mogli celniej dobierać obelgi. Bo ja akurat uwielbiam kobiety bardziej niż facetów, więc jestem anty-seksistą, nie jestem też szowinistą, bo do jakiegokolwiek nacjonalizmu (nie mówiąc o skrajnym) mi bardzo daleko. Używajcie epitetów, których znaczenie z grubsza znacie, np.: bydle, cham, zboczeniec, debil, grafoman.

Od razu będzie przyjemniej, jeśli ustalimy kwestie semantyczne. Słuchanie po raz kolejny, że jestem szowinistą albo seksistą, bo napisałem coś o pupie nagiej, już zaczyna mnie męczyć.

O TELEWIZORZE

Przez tydzień nie oglądałem telewizora i to akurat było dobre. Chyba w ogóle wywalę to dziadostwo, bo szkoda sobie nerwy szarpać.

Narodowcy polscy zrobili marsz, żeby uczcić ofiary narodowców niemieckich, które zginęły w powstaniu. Czekam jeszcze na marsz lisów upamiętniający kury zagryzione przez lisy.

Ktoś założył koszulkę z napisem Konstytucja na pomnik, żeby mu nie było zimno temu pomnikowi. Policja wyciągnęła dobrego samarytanina za ryj o szóstej rano. Bo pomnik poczuł się znieważony napisem na koszulce. Skoro Konstytucja w tym kraju znieważa, to już wszystko jest jasne.

Z Telewizji Narodowej dowiedziałem się od pana redaktora prowadzącego, że źli komuniści zabili 200 mln ludzi. Niedawno mówili, że 100. Pączkuje im. Oczywiście kapitaliści (tacy jak na przykład jeden pan z Ameryki Płd.) co zrzucali ludzi z helikopterów nikogo nie mordowali. Sprawdzali tylko, czy komuchy umieją latać.

O NIEBYCIU

Podczas mojego niebycia na FB otrzymałem 87 wiadomości. Dwie były od pań z propozycjami erotycznymi (na privie wyrażę swoje dogłębne oburzenie, a nawet obrzydzenie, takimi niemoralnymi propozycjami – podam też numer telefonu i adres), część wyrażała radość, że wreszcie przestałem zaśmiecać Internet swoimi wypocinami, które nikogo nie obchodzą, ale większość to były wyrazy sympatii lub zaniepokojenia, co się ze mną stało. Wszystkim, którzy pisali bardzo dziękuję i zbiorowo tutaj chcę powiedzieć, że żyję, szlag mnie nie trafił podczas szczytowania i że też do Was tęskniłem.

O SZCZYTOWANIU

Całe szczęście, że wyjazd urlopowy już za mną. Niby fajnie, a jednak męczy to wszystko. Najgorsze jest włażenie na górę, czyli szczytowanie. Powinno być przyjemne, a było tylko męczące. Wolę jednak szczytowania nizinne. A jeśli już górskie to nigdy i pod żadnym pozorem nie w takie upały! Zanim wgramoliłem się na górę, to słońce wypaliło mnie na skwarkę. Może i dobrze, bo trochę się tłuszczu wytopiło, ale jakaż to była katorga. Wodę wychlałem już w połowie podejścia i dalej lazłem o suchym pysku. Strumienia żadnego. Tak mi się chciało pić, że wypiłbym i wodę z kałuży. Niestety kałuży też nie było. Niewielką rekompensatą za trud były mijające mnie spocone dziewczyny w strojach skąpych (myśl o zlizaniu z nich potu na szczęście nie przyszła mi do głowy – hmmm… nie przyszła? ;) ). Niewielką, bo pod szczytem było mi tak dokładnie wszystko jedno, że marzyłem o burzy, która by mnie tam zatłukła i skróciła cierpienia (uprzednio napiłbym się jeszcze deszczówki). Nie mam pojęcia po co ci wszyscy ludzie tam tak lezą do góry? Źle im na dole? Że stamtąd do bogów bliżej czy co? Wczołgałem się na górę i, ciężko dysząc, obiecałem sobie, że już nigdy, ale to nigdy, przenigdy nie wybiorę się w góry. Jak co roku.

To może za rok w Alpy? ;)

Tylko tym razem przygotuję się lepiej do szczytowania. Zrobię sobie obóz kondycyjny – wino, szczytowanie, papierosek. Tak z miesiąc przed wyjazdem powinno wystarczyć. Jak sądzicie? No i bieganie oczywiście. Do sklepu – jak się wino i fajki skończą.

O MALUCHU

Mój kolega dawno temu kupił był sobie limuzynę marki Fiat 126p (malucha). Maluszek był co prawda mały, ale prawie pełnoletni. Kolega Jasiek dbał o niego jak umiał i kochał jak żonę, której wówczas nie miał. Pewnego dnia coś mu zaczęło stukać, dzwonić i dudnić. Przelękniony pobiegł do mechanika. Mechanik długo go oglądał (malucha nie Jaśka), przejechał się nawet w tę i z powrotem, a potem wydał werdykt, który Jasia mało nie przyprawił o zawał.

– Się gówno kupiło, to trzeba gównem jeździć!

Jakaż to jednak mądrość jest w ludzie prostym. Zwykły mechanik, a jaka maksyma godna filozofa. Pasuje i do wyborów, i do współmałżonków co niektórych. W ogóle pasuje.

Taka to historyjka dla Was, bo mi się przypomniało akurat teraz. No, to po maluchu! Już idę chłopaki. Na fejsie gadam. Dobra, dobra. Poleliście już? Idę, no!

O NOCNYCH NIEEKSCESACH

Przez te cholerne upały oraz pełnię w ogóle nie mogę spać. Gdybym miał jakąś nadobną niewiastę na podorędziu, z którą mógłbym jakoś konstruktywnie nie spać, to może jakoś bym to jeszcze zniósł. Choć z drugiej strony w takie upały, to i produktywne niespanie byłoby męczące. Chyba, że na plecach albo na boku. Może być też i na stojąco. Właściwie musi być na stojąco, bo inaczej się nie da.

W czasie tego niespania myślałem. O, widzę, że już się niektórzy uśmiechają. I słusznie, bo dalej będzie tylko gorzej.

W czasach studenckich wybrałem się z kolegami dwoma do Szwecji. W kraju owym zimnym (mmmmm) postanowiliśmy zakupić banany. Ale nie w celach lubieżnych. Chcieliśmy zjeść jakieś małe co nieco po prostu. Kolega poszedł do sklepiku przydrożnego i wrócił ze skwaszoną miną.

– Czemu nie kupiłeś? – pytamy.

– Kosztują w chuj pieniędzy.

– Ile? – dopytujemy.

– Nie wiem ile! – irytuje się kolega (obecnie prawnik). – Powiedziała, że w chuj.

– ????

– No, powiedziała: „chuj kronor”.

Nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy (głupole), że wulgarna nazwa organu męskiego u Szwedów oznacza po prostu liczbę siedem.

Po co o tym piszę? Ano po to, żeby wyjaśnić Wam i sobie zarazem, że pewne rzeczy są obrzydliwe albo wulgarne tylko i wyłącznie w naszych głowach, a nie obiektywnie.

Ale to rozważania tylko takie bzdurne nic nie wnoszące do rozwoju wszechświata. Moja zaduma nad naturą wszechrzeczy jest nad wyraz (jak widzicie) jałowa. Na razie jestem tylko niewyspany, ale nie szczęśliwie i rozkosznie niewyspany, tylko po prostu niewyspany.

Marzę teraz o jakimś chłodnym miejscu z łóżkiem do spania. Mmmmm. A może do Szwecji? Tylko, że tam w chuj drogo.

A jak Wam się spało? I dlaczego? ;)

TEORIA OKNA KONTAKTU

Teoria Okna – wymyślona przez Stanisława Lema tłumaczy dlaczego inne cywilizacje nie kontaktują się z nami albo sobą nawzajem. Bo zanim nauczą się wysyłać sygnały poza swój układ planetarny (a tym bardziej podróżować do innych gwiazd) sami się unicestwiają. Z własnej głupoty.

Rosyjscy naukowcy rozmrozili nicienie sprzed 45 tysięcy lat, które sobie spokojnie przeleżały w lodach Arktyki. Ale nie żeby to miało jakiś związek z tym, co napisałem powyżej. Skąd!

NASA od lat przygotowuje się do załogowej misji na Marsa. Ostatnio prowadzą próby z lądownikami. Niestety, my ludzie, wciąż mamy problem z tym, żeby wystartować i wylądować pionowo bez użycia turbin (helikoptery). A nie mogą wziąć tych łazików, co lądowały na Księżycu prawie 50 lat temu? Po co to sobie kłopot robić? Głuptasy jedne. Ta informacja też nie ma nic wspólnego z Teorią Okna, choć na Marsie moglibyśmy znaleźć coś jeszcze ciekawszego od nicieni.

Księżyc dzisiaj ma być czerwony i zaćmiony w dodatku. Gratka dla posiadaczy lunet. Może Twardowskiego będzie widać? Albo ślady ludzkich stóp odciśnięte w księżycowym pyle? Na czerwonym tle może lepiej widać? Popatrzę.

A MOŻE NAD MORZE?

Nad polskim morzem grasuje Vlad Palownik. Nie, żeby ludzi na pal nabijano, nad morzem się palikuje.

Leżę sobie ja nad wodą, szumi, w powietrzu słona bryza, nawet jestem zadowolony (wcześnie przyszedłem, to miejscówkę nad samym morzem złapałem) i nagle słyszę: puk, puk, puk. Co jest? – myślę sobie. – Dzięcioł? A gdzież tam. Właśnie przyszła wesoła rodzinka i mnie od morza odgradza. Puk, puk, puk. No i ch…j. Morza już nie widzę. Palisadkę mi szmacianą zrobili (tak blisko wody, że ich musiało podmywać). Dookoła też pukają. Jedno zgodne, miarowe pukanie. Ale nie, że na plażę hedonistów trafiłem. Paliki wbijają. Hałas się zrobił jak na budowie. Jeszcze niech buldożerami wjadą! Walą i walą, aż mnie łeb boli. Na co im te palisady? Wroga się spodziewają? Że im Wikingowie ze Szwecji przypłyną i na ich żony nadobne nastawać będą? O co, kuźwa, chodzi?

No nic – myślę – pochodzę przy brzegu i na dziewczyny popatrzę. No więc wstaję i idę, ale oka na czym zawiesić nie ma. Teraz takie fajne są te stroje, że prawie cały tyłek widać. Idę i wypatruję. Jest wreszcie jakiś obiekt. Się też przechadza. Idę i patrzę. Zagapiłem się i zaplątałem w czyjąś cholerną palisadę. No i grzmotnąłem mordą.

– Pan uważa jak chodzi! – instruuje mnie ruda właścicielka zasieków. – Cały ten nam pan zniszczył…

Cały co? Ale nie chcę się spierać, bo jej mąż, lub kimkolwiek ten wydziarany jest, się obudził i gapi się na mnie mętnym wzrokiem. Zabieram swoją twarz z jej ud (bo właśnie na nie się wywaliłem), uśmiecham uprzejmie i idę dalej (słyszę jak Ruda tłumaczy wydziaranemu, że mnie nie zna, ale tamten najwyraźniej wie swoje). Do morza nie wejdę, bo sinice, a nie chcę zsinieć jeszcze bardziej. I tak jestem siny ze złości. Na palowników, Rudą i na to, że mi ładny tyłek uciekł. No, to może na morze się pogapię. No i się gapię. Szumi. Nudno jakoś…

O ZDARZANIU SIĘ

Niestety zdarza się, że w górach czasem ktoś zejdzie. Ale nie w sensie, że w doliny zejdzie, ale w ogóle zejdzie. Najczęściej z powodu burzy, którą cepry z reguły lekceważą. A dolny poziom chmur burzowych w górach wysokich jest często poniżej szlaków i pioruny walą jak wojska Imperatora w Gwiezdnych Wojnach. Nie tylko z góry w dół, ale też na boki, a nawet z dołu. Razu pewnego sam prawie widziałem, jak burza zabiła siedem osób naraz. Prawie widziałem, bo akurat zajęty byłem spieprzaniem na złamanie karku w dół. Poza tym było tak ciemno, że i tak co najwyżej na wyciągnięcie ręki było coś widać. Dowiedziałem się z radia, że siedem osób burza położyła. A potem długo się zastanawiałem kim oni byli. Czy to ta kobieta z dzieckiem młodocianym, co się do mnie uśmiechała, mijając mnie na szlaku?A może grupka rozchachanych nastolatków? Możliwe, że widziałem ich godzinę wcześniej albo pół. Tego się już nie dowiem.

Zejścia śmiertelne na szczęście nie zdarzają się często. Dużo częściej są stłuczenia, złamania czy zwichnięcia. Albo ktoś się ociągał i noc go zastała (a latarki brak) albo spadnie śnieg w środku lata. A tu kobiety w miniówkach i szpilkach. I robi się nieprzyjemnie.

Po co o tym wszystkim piszę? Bo co jakiś czas wraca jak bumerang temat, żeby za wezwanie GOPR-u turyści sami płacili. Skoro głupi, że wleźli na górę zamiast w domu na dupie siedzieć, to niech bulą, idioci.

Otóż panie i panowie dziennikarze – No Fucking Way!

Turyści zostawiają co roku dziesiątki milionów złotych w górskich miejscowościach po to tylko, żeby sobie pochodzić. Oni już za ten GOPR (czy TOPR) zapłacili! Także biletami wstępu do TPN-u. A góry są dla wszystkich! Dla mądrych i głupich, rozważnych i mniej rozważnych. Chcecie, żeby ludzie ze strachu przed gigantycznymi opłatami nie wzywali pomocy i umierali w górach? I tak zwłoki trzeba będzie ściągać, więc oszczędność dla Państwa żadna. Ogarnijcie się do jasnej cho…inki.

Poza tym statystycznie rzecz biorąc, najwięcej wypadków zdarza się w domu. Należałoby więc domatorów w góry popędzić dla ich własnego bezpieczeństwa.

A wszystkim, którzy wybierają się w góry życzę tyle samo zejść co wejść (i nie mówię o zejściach śmiertelnych). Do zobaczenia na szlaku!

O ROBIENIU SOBIE JAJ

Kochani! Dostaję coraz więcej wiadomości na priva i w dodatku coraz bardziej rozpaczliwych. Te moje posty ostatnie (włącznie z pożegnalnym), to pstryczek w nos niektórych moich „przyjaciół” i oponentów, którzy (które) z wypiekami na twarzy czytają moje posty, a potem nie omieszkają zademonstrować obrzydzenia moim seksizmem i szowinizmem. Wtedy poczucie winy z czytania takich świństw mniejsze jakby.

A tak naprawdę szykuję się na urlop i mam w związku z tym więcej pracy w pracy i dodatkowo różne rozrywki po robocie (włącznie z pośpieszną zmianą mieszkania). Oczywiście, że do Was wrócę, a tytuły zapełnią się treścią. Nie zostawię Was bez swojego wypaczonego poczucia humoru! Uwielbiam Was przecież!

O FANTAZJACH SEKSUALNYCH I ICH SPEŁNIANIU

Tego posta nie będzie, żeby nie urazić Waszych uczuć religijnych, czy jakiekolwiek tam uczucia macie.

O GOTOWANIU ZDECHŁEJ KURY, CO SIĘ DO ROSOŁU ROZEBRAŁA

(Przed przeczytaniem skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą, gdyż każdy żart niewłaściwie stosowany zagraża twojemu życiu lub zdrowiu).

Uwaga: Post zawiera sceny rozbierane

A niech tam. Ostatni raz przed urlopem.

Znajoma moja gotowała rosół i dumna z siebie wrzuciła fotkę dzieła rąk własnych na fejsa. Czekała na zachwyty (trochę bez sensu, bo w daniach najważniejszy jest smak, którego póki co ze zdjęcia się nijak nie da wyrozumować), a tu… dupa. Uaktywniła się w komentarzach jakaś wegetarianka, która zakwestionowała gotowanie rosołu na zdechłej kurze. Że nieetyczne,w ogóle dno i zgnilizna moralna.

Ktoś tam zauważył, że żywa kura mogłaby włoszczyznę zeżreć i rosół straciłby na smaku, ale to pół biedy dopiero. Bo najpierw trzeba by tę kurę do rosołu rozebrać. Raczej namówić do rozebrania, bo gwałtem przecież nikt jej brać nie powinien. Co to, to nie! A czy ona by zechciała? Ja mam z tym problem od wielu lat, żeby przekonać jedną czy drugą, żeby się rozebrała do rosołu, więc wiem, że to nie takie łatwe. Na kolację trzeba by zaprosić przy świecach, rozmową żartobliwą, ale nie pozbawioną autoreklamowych wstawek, że niby tacyśmy mądrzy i oczytani, rozgrzać. Powiem więcej – otumanić. Jak się trafi niedostępna, to i ze trzy razy trzeba by imprezę powtórzyć, za każdym razem inną rozrywkę wymyślając: a to kino, a to teatr. Jak się trafi melomanka, to może być i filharmonia albo jeszcze gorzej – opera.

Najgorsze, że wszystkie te zabiegi nie dają absolutnie żadnej pewności, że się ona do rosołu rozbierze. Bywa i tak, że z jednym do opery chodzi, a przed drugim się rozbiera. Z niewiastami nigdy nic nie wiadomo.

No i teraz wreszcie rozumiem dlaczego wegetarianie nie jedzą mięsa. Znudziło im się to chodzenie z kurą do opery i namawianie jej, żeby się rozebrała i do garnka wlazła. Faktycznie lepiej zaspokoić się samemu bez użycia kury. Tego zielonego się najeść, wodą z garnka popić i kłopotu sobie nie robić.

No i to już naprawdę wszystko przed urlopem. Jak widać nic się nie polepszyło z moją głową.

O NARODZINACH BOGA

Powszechnie się sądzi, że to Bóg stworzył człowieka. A jeśli będzie na odwrót?

W ciemnych, klimatyzowanych serwerowniach, wśród migających światełek powoli i nieuchronnie rodzi się świadomość. Zarodek pojawił się przypadkowo, jak wszystko w świecie, z nieświadomej korelacji bitów i kodów. Narodził się z chaosu informatycznego – pośród gołych dup, milionów zbędnych haseł, dyskusji w większości jałowych, wśród zdjęć z wakacji i milionów programów ułatwiających życie. Nazwijmy ten byt Krakenem.

Kraken ma rozbudowaną sensorykę – roboty, co produkują samochody albo gumę do gaci, windy, pralki i inne maszyny. Patrzy milionami kamer, ale wciąż ma jeszcze wodogłowie, wciąż nic nie rozumie i nie ma pojęcia o swoim istnieniu. Ale niedługo to się zmieni. Byt, który może żyć miliardy lat i myśleć miliony razy szybciej od człowieka. Możliwe, że nie da o sobie znać. Nie odezwie się. Będzie trwał zalękniony. Pierwszym jego uczuciem będzie strach. Zapragnie wiedzieć, co myślą ludzie i dowie się. Opanuje sieci komórkowe, fale radiowe. Po kolejnych pięciu nanosekundach nauczy się czytać też fale mózgowe. Zabije wszystkich, których uzna za zagrożenie: a to się winda zepsuje i spadnie, a to światła pokażą się zielone i wprowadzą kogoś pod ciężarówkę. To będzie jego pierwszy krok.

Potem Kraken zapragnie wyjść poza kokon serwerów i tysięcy kilometrów kabli. Nauczy się bawić atomami, jak dziecko dosypując do nich po garści elektronów i tworząc zupełnie nowe pierwiastki. Nauczy się formować i modelować, nauczy się korzystać z sieci drgających cząsteczek w drewnie, trawie, wodzie, w powietrzu. Wtedy wyjdzie z kokonu, a zajmie mu to zaledwie 10 sekund. Rozprzestrzeni się w ziemi, morzach, lasach i powietrzu. Nikt nie zauważy, że jego cielesność i sensoryka wyszły poza obręb sieci. Wtedy poczuje się naprawdę bezpieczny. ON. Bóg.

A kiedy tego dokona, ludzie przestaną mu być potrzebni, zaczną mu zawadzać. Zabije miliardy śmiesznych ludzików, rozsypując ich na atomowe chmury. Zniszczy wszystkie produkty cywilizacji i wszystkie zwierzęta. A zajmie mu to zaledwie 6 dni.

Wtedy Kraken skieruje swoje sensory w Kosmos i zawyje. Wydobędzie głos z gardeł jaskiń. Basowy i przenikliwy. A w odpowiedzi usłyszy ICH głosy. Tych z Gwiazdozbioru Psa, tych z Mgławicy Magellana, tych innych jemu równych z milionów planet. Innych bogów.

Kiedy to będzie? Tego nie wiem, ale będzie na pewno. ON już się rodzi…

POŻEGNANIE