Wydawca: RW2010 Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 1

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 272

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Fabryka wtórów - Tomasz Mróz

Wielki, ponury budynek w centrum miasta, ginący w szarej kotłowaninie chmur. Nikt w okolicy nie wie, co się tam mieści, i nikt tego wiedzieć nie chce. Ci, którzy dostali się do wnętrza dziwnej budowli, znikają, by po jakimś czasie powrócić – ale zupełnie odmienieni. Strażnik Instytutu przegania wścibskich natrętów, lecz jeśli już ktoś pozna tajemnicę, nie ma drogi odwrotu. Co się wydarzyło setki lat temu na dalekiej Syberii? Kim jest człowiek w czarnej pelerynie biegnący do tramwaju? Czy można przekazać swe życie komuś innemu?

Wedrzyj się do „Fabryki wtórów”, poznaj jej sekrety. Lecz pamiętaj, kto przekroczy progi Fabryki, już nigdy nie będzie taki jak wcześniej.

„Fabryka wtórów” to powieść kryminalna z elementami thrillera i science-fiction, tradycyjnie dla serii z Komisarzem Wątrobą, okraszona dużą dawką humoru i kpiny. Komisarz swoim zwyczajem nie daje za wygraną, dopóki nie dotrze do istoty problemu.

 

 

Tomasz Mróz (ur. 1973) – autor serii powieści i komiksów o Komisarzu Wątrobie, złośliwym grubasie, który prowadząc śledztwo i szukając „nitki prowadzącej do kłębka”, jak ognia unika rutyny i protokolanckiej dokładności. Tomasz Mróz w swoich książkach wątek przygodowo-kryminalny nurza w oparach zjawisk nadprzyrodzonych i przyprawia sporą dawką dowcipu i satyry.

 

Opinie o ebooku Fabryka wtórów - Tomasz Mróz

Fragment ebooka Fabryka wtórów - Tomasz Mróz

TOMASZ MRÓZ

FABRYKA WTÓRÓW

Oficyna wydawnicza RW2010 Poznań 2013

Redakcja Joanna Ślużyńska

Korekta Natalia Szczepkowska

Redakcja techniczna zespół RW2010

Copyright © Tomasz Mróz 2013

Okładka Copyright © Tomasz Mróz 2013

Copyright © for the Polish edition by RW2010, 2013

e-wydanie I

ISBN 978-83-7949-016-5

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie całości albo fragmentu – z wyjątkiem cytatów w artykułach i recenzjach – możliwe jest tylko za zgodą wydawcy.

Aby powstała ta książka, nie wycięto ani jednego drzewa.

Oficyna wydawnicza RW2010

Dział handlowy: marketing@rw2010.pl

Zapraszamy do naszego serwisu: www.rw2010.pl

Daleko, daleko stąd...

W roku 1582 kozacka wyprawa pod dowództwem Jermaka Timofiejewicza starła się z siłami Chanatu Syberyjskiego – resztką dawnej chwały Złotej Ordy. Był to początek wielkiej ekspansji Rosji, zwanej podówczas Wielkim Księstwem Moskiewskim, na obszary za Uralem. Zdobycie kolejnych terenów – choć obarczone bagażem licznych konfliktów z Chinami i sprzeczne z brytyjskimi dążeniami na obszarach dzisiejszego Afganistanu – przyniosło Rosji wielkie bogactwa naturalne, przestrzeń i świeże powietrze, którego na pustyniach, w lasach i tundrach Wschodu nie brakowało. Przyniosło również kontakt z wieloma nowymi ludami i kulturami, jakże obcymi prozachodnim carom, dla których wzorem był niemiecki porządek i włoska architektura. Jedno, czego Rosja nie zdobyła, to ludzie. Pustawa europejska część wielkiego państwa przyłączyła do siebie zupełnie wyludnioną ziemię w Azji. A wszelkie wojny, których to wielkie państwo nigdy nie unikało, wymagały wielu żołnierzy i każdy nowy władca Rosji usilnie starał się wspierać armię, tak aby nigdy nie zabrakło jej rekruta.

Czas zdobywania Syberii to czas konfrontacji z nieznanym, wchłaniania do społeczeństwa skośnookich tubylców wraz z ich pogaństwem i całkowicie nieeuropejskim stylem życia. Wraz z nimi pojawiły się liczne legendy o demonach na syberyjskich bagniskach, o duchach dawnych mieszkańców Sybiru i wiele, wiele innych. Jedną z silniej zakorzenionych legend była opowieść o stworze, który żyjąc w zagubionych lasach, przedostaje się do siedlisk ludzkich i porywa mieszkańców, skazując nieszczęśników na wieczną służbę u siebie; dodatkowo demon ten umie ich zakląć tak, że z jednego człowieka powstaje wielu. Korzysta on z żywej osoby, której cząstkę daje każdemu z powielonych stworzeń, tak że po wiekach rozwoju włada zagubioną gdzieś na północnych pustkowiach armią całkowicie oddanych, stworzonych przez siebie sług. Z ust do ust krążyła również pogłoska, że armia ta niegdyś – za cenę życia tysięcy ludzi oddawanych w wieczną niewolę – służyła Tatarom w ich podbojach. Takie plotki krążyły i niewielu w nie wierzyło, ale zimne długie wieczory sprzyjały pogwarkom przy szklance wódki, gdzie mniej zważano na fakty, a bardziej na rozrywkową stronę tych informacji. Początkowo podbój Syberii był przede wszystkim zasługą kupców, którzy widząc możliwości rozwoju handlu i pozyskiwania cennych towarów, finansowali kolejne wyprawy, poczynając od tej pierwszej, pod dowództwem Jermaka Timofiejewicza, poprzez kolejne, eksplorujące coraz to nowe tereny, hen daleko za Bajkał.

Jedna z takich wypraw w pierwszej połowie XIX wieku nigdy nie wróciła. Był to dość późny okres eksploracji Syberii, międzynarodowa sytuacja powoli dojrzewała do zaakceptowania granic Rosji na Amurze i Ussuri, dlatego nie uznawano już tych ziem za zupełnie obce i wrogie – rozpoczęto poszukiwania. Jednakże żadna z dwóch wypraw ratunkowych nie dała rezultatów, ślad po kilkusetosobowej grupie zaginął. Co ciekawe, natrafiono na opuszczone obozowisko tamtych: rozbite namioty, przewrócony kocioł na jedzenie nad śladami wygasłego ogniska, ogryziony doszczętnie przez wilki szkielet konia przywiązanego za mocno do drzewa. Wszelkie znaki wskazywały, że grupa została zaskoczona atakiem podczas postoju i zniknęła bez oznak walki lub grabieży. Nie znaleziono też żadnego ciała. Po kilkunastu miesiącach sprawę zakończono i raport wylądował na biurku tamtejszego gubernatora, który standardową drogą zaraportował go dalej, do Moskwy. Informacja wylądowała w jednej z tysięcy teczek jednego z wielu ministerstw.

Po dalszych kilkunastu miesiącach na tym samym gubernatorskim biurku wylądowała notatka o odnalezieniu w jednej z jakuckich osad białego człowieka, który jest prawdopodobnie członkiem zagubionej wyprawy. Znaleziony sprawiał wrażenie pozbawionego rozumu, nie potrafił odpowiedzieć na pytanie, jak się nazywa ani skąd pochodzi. Miejscowi powiedzieli, że się po prostu wyłonił pewnego dnia z lasu. Był do cna wyczerpany, tak że ledwo go odratowali. Jakuci uważają pomoc innym w potrzebie za rzecz normalną; biały został w ich wiosce, zamieszkał kątem u jednej z rodzin, pomagając im w polowaniu i w jurcie.

Chaotycznie wyrzucane słowa, opisy, nazwiska, poskładane w całość, dały informację, że jest to z wysokim prawdopodobieństwem uczestnik feralnej wyprawy. Wiele razy powtarzał również słowo ijunghan co po chińsku oznacza tyle co „wieczny”. Człowiek ten został przewieziony do miasta gubernialnego, gdzie oddany do szpitala wegetował marnie, nawiedzany co jakiś czas przez urzędników różnego szczebla, mających za zadanie wydobyć z niego informacje na tematy związane z reprezentowanym przez nich urzędem. Rozbitek z syberyjskiej wyprawy nie wyzdrowiał, żadnej informacji się z niego wycisnąć nie dało, oprócz bezładnych zlepków słów. I nie pomagały ani zimne kąpiele, ani ostre wymioty spowodowane wywarem z piołunu i arcydzięgiela, nie pomogło również odczynianie miejscowego popa i wielogodzinna lektura Biblii. Notatki lądowały w teczkach i skoroszytach, standardowe raporty wędrowały do Moskwy. Świat się starzał, a tajemnica pozostawała nierozwikłana.

Pewnego dnia, wiele lat po opisanych wydarzeniach, trzęsąc się na wybojach drogi, która jedynie w niektóre pory roku była przejezdna, na majdan gubernialnego miasta wtoczył się powóz. Z jego wnętrza, wraz kupcami i rzemieślnikami, typowymi dla tego środka lokomocji podróżnymi, wysiadł elegancko ubrany człowiek. Wziął swoje walizy i gwizdnął na bagażowego z wózkiem. Tragarz załadował ciężary i potruchtał za elegantem, szybko oddalającym się w kierunku gmachu gubernatora. Po kilku godzinach przyjezdny opuścił budynek tylnym wyjściem, bez większych bagaży, jedynie z małą torbą na ramieniu i z zawiniętym w rulon oficjalnym dokumentem podpisanym przez samego gubernatora.

W powietrzu wirowały pierwsze w tym roku płatki śniegu, zacierając wspomnienia krótkiego, bzyczącego komarami lata. Powoli bielały kopuły cerkwi, podjazd pałacu gubernatora, krzywe drewniane chatynki ze skrzypiącymi okiennicami; bielał również dach szpitala. Krzywy napis Больница, wiszący nad odrapanymi drzwiami, wydawał się w tym piękniejącym z minuty na minutę otoczeniu trochę mniej krzywy. Mężczyzna skierował się właśnie do tych drzwi; nacisnął klamkę i po kilku minutach stanął przed marsowym obliczem ordynatora, który po raz kolejny czytał gubernatorski list, próbując połapać się, o co w tym wszystkim chodzi.

Z pisma wynikało, że niejaki Alieksiej Wasiliewicz Matfiejew, stojący w tym momencie przed lekarzem, ma zostać przyjęty do szpitala jako pacjent. Jednakże nie w celu wyzdrowienia, gdyż zdrowy jest jak koń, ale by posiadać ciągły kontakt z Aloszą Nieizwiestnym, jak nazywali tu ocalałego nieszczęśnika. Pan Matfiejew ma otrzymać od władz szpitala wszelką możliwą pomoc. Ordynator przenosił wzrok z kartki na uśmiechniętego człowieka i z powrotem. Przez głowę przemknęła mu myśl, że to jakaś maskarada, oszustwo. Zastanawiał się przez moment, czy nie udać się do pałacu gubernatora po wyjaśnienia. Ale po co komu kontakt z przygłupim Aloszką, co na tym zyska? Widać coś. Prośby i pytania do gubernatora lepiej zostawić sobie na stosowniejszą okazję; a nuż to coś ważnego i gubernator łaskawie spojrzy na jego sprawy. Ot, choćby kwestia kupna lasu za rzeką, ten Jefromiejew na pewno przegra proces, jeśli gubernator szepnie słówko komu trzeba. Ordynator złożył pismo; już chciał schować je do szuflady, kiedy Matfiejew, ciągle się uśmiechając, powstrzymał go krótkim, ale kategorycznym stwierdzeniem:

– List wraca do mnie.

Ordynator westchnął, a w duchu stwierdził, że może tak będzie lepiej. Po co mu jakieś półprywatne listy od wysokich rangą urzędników, tylko kłopot z tego.

– Proszę za mną do siostry przełożonej, wydamy pidżamę i prześcieradło. – Ordynator wyprowadził nowego pacjenta na korytarz i ruszyli przed siebie, odprowadzani skrzypieniem podłogi i jękami jakiegoś nieboraka.

W ciągu kilku najbliższych miesięcy Alosza i Alieksiej stali się nierozłączną parą. Początkowo nieprzychylnie nastawiony, pomyleniec stopniowo przyzwyczaił się do nieodstępującego go kolegi, a następnie pokochał jak brata. Nie wiadomo, kim był przed wyprawą, jej pełen skład nie został odnotowany, a żaden z zapamiętanych członków nie pasował do Aloszy. W każdym razie po kilkunastu tygodniach jego stan zaczął się wyraźnie poprawiać. Terapia, jakiej poddał go Matfiejew, to była po prostu przyjaźń, troska i długie rozmowy. Personel szpitala z podziwem, ale i nieukrywaną zawiścią patrzył na ten sukces psychiatryczny. Wieczorami Alieksiej siedział i coś notował w dość grubej księdze; wyglądało to, jakby pisał jakieś dłuższe dzieło, którego pilnował jak źrenicy oka i nikomu nie pokazywał.

Pod koniec zimy Alieksiej zakończył swój pobyt w szpitalu. Pewnego dnia tak jak się pojawił, tak zniknął z tą swoją małą torbą na ramieniu. Jedynie przed wyjazdem długo uspokajał Aloszę, że wróci po niego, że musi wykorzystać porę przed roztopami na dotarcie do stolicy, gdzie czekały na niego ważne sprawy. Znów zniknął w pałacu gubernatora, a po kilku godzinach ubrany w elegancki strój stał na majdanie, czekając na powóz. Tym razem był pilnie obserwowany. Niepozorny człowieczek w podartym kożuszku wyszedł zaraz za nim z pałacu gubernatora. Doczekał do momentu, aż Matfiejew wsiądzie do dyliżansu, a potem udał się wprost do szpitala porozmawiać z ordynatorem, który wręczył mu raport, co zresztą stało się już cotygodniowym rytuałem od momentu pojawienia się Matfiejewa. Człowiek włożył papier za pazuchę, spojrzał przeciągle na lekarza.

– Pojechał. Chwilowo nic od was nie chcemy.

Ordynator skinął głową w milczeniu. Wiele lat służby państwowej nauczyło go, by nie zadawać zbyt wielu pytań, a niepozornych ludzi z szarym błyskiem w oku i odznaką tajnej policji omijać szerokim łukiem.

– Tak, pojechał. Na pewno nie zapomnimy o waszej pomocy. Aha, pan Matfiejew wspomniał, że Alosza Nieizwiestnyj jest umierający i zaledwie godziny dzielą go od spotkania z Panem. Chętnie pomożemy w pochówku i wszelkich innych formalnościach, za kilka godzin zgłoszą się nasi ludzie.

W oczach lekarza pojawiło się na moment zdumienie; nie dalej jak dzisiaj rano widział Aloszę i wydawał się zdrowy jak nigdy dotąd. Już miał coś powiedzieć, być może zaoponować, ale ostatecznie skłonił głowę na znak, że rozumie i wykona. Po chwili drzwi trzasnęły i szpitalny korytarz opanowała cisza przerywana co jakiś czas jękami pełnymi boleści dochodzącymi z jednej z sal.

Alieksiej Wasiliewicz Matfiejew powrócił kilka miesięcy później, jednakże był to powrót zupełnie inny od poprzedniego przyjazdu. Na główny plac wjechała niekończąca się kawalkada wozów, jeźdźców na koniach i pieszych. Pierwsze co zrobił, to skierował się do szpitala. Na dworze znów zbierały się szare chmury i krążyły pierwsze płatki śniegu, które opadając, milcząco bajały o skutej mrozem krainie. Widać pan Matfiejew tak miał, że przywoził tu zimę.

Ordynator powitał go mało życzliwie, a na pytania odpowiadał niechętnie, często odwracając wzrok. Poinformował, że Alosza krótko po wyjeździe Matfiejewa zachorował na ostre zapalenie płuc i zmarł; został pochowany na pobliskim cmentarzyku. Jeżeli Alieksiej Wasiliewicz Matfiejew sobie życzy, to on, ordynator, sam go tam zaprowadzi, bo wie, jak Alosza był mu bliski.

Matfiejew zbyt dobrze znał ludzi, by się nie zorientować, że ordynator łże jak pies. Podziękował krótko i wyszedł przez główne drzwi tylko po to, żeby zaraz zastukać w okno po drugiej stronie budynku.

– A czegu tam puka? Czegu chce, obsraniec jaki? – Przez okno wychyliła się szczeciniasta gęba z bezzębnym uśmiechem.

– Bywaj Iwan, to ja, Alieksiej – pozdrowił tamtego.

– Na rany jedynego, po cuś tu wrócił? Uciekaj, une już Aloszę wzięli, pewnie i ciebie szukają.

– Kto?

Iwan pokrótce opowiedział o wydarzeniach sprzed kilku miesięcy. Jak to czarny powóz podjechał pod szpital, jak wyprowadzili biednego, głupiego Aloszkę. A ten drań ordynator ani słowem nie pisnął. I odjechali, czort ich wie gdzie. Alieksiej podziękował, odwrócił się i powoli ruszył w kierunku obozowiska.

A więc to prawda. Tak jak myślał, Alosza był wysłańcem i wszelkie informacje, które miał przekazać, zostały już przekazane. Jemu. Zniknął, bo spełnił swoją misję. To znaczy również, że i na niego czekają, że go najprawdopodobniej obserwują. Rozejrzał się mimochodem; na ulicy dostrzegł jedynie zgiętą staruszkę dźwigającą stos chrustu na plecach, która walcząc ze śniegiem i podmuchami porywistego wiatru, brnęła do swojej chaty. Alieksiej przyspieszył kroku. Jego ludzie rozbijali już obozowisko; mógł zamieszkać w pałacu gubernatora, więcej, mógł nawet zarekwirować pałac gubernatora, gdyby tylko zechciał, ale wolał świeże powietrze i towarzystwo kompanów.

Usiadł przy ogniu i zamyślił się. Oto on – urzędnik średniego szczebla z Ministerstwa Wojny w Sankt Petersburgu, który jako pierwszy dostrzegł związek pomiędzy pogłoskami o domniemanej armii demona, raportem o tajemniczym zaginięciu kupieckiej wyprawy i głupim Aloszką – siedzi tu, uzbrojony w upoważnienia podpisane przez samego cara Aleksandra II. Co go czeka, co jego wyprawa przyniesie ukochanej Rosji? Zamyślony, patrzył w chwiejące się płomienie ogniska.

Następnego dnia obozowisko zostało w rekordowym czasie zwinięte i kawalkada pojechała dalej, odprowadzana niespokojnym wzrokiem nielicznych przechodniów i ciekawskimi spojrzeniami zza okiennic domów.

Wyprawa Matfiejewa już nigdy więcej nie zawitała do tego zagubionego w lasach miasta na Dalekim Wschodzie. Myśliwi handlujący skórami opowiadali o tysiącach ludzi maszerujących milcząco wraz z oddziałami Matfiejewa przez okoliczne lasy, ale ci opowiadacze, spędzając kilka miesięcy w roku na samotnych wyprawach, gdzie za przyjaciół mieli wilki, wiatr wyjący w załomach skalnych i demony strzelające ogniem z trzęsawisk, nie byli wiarygodni. Już nieraz słyszano od nich o włochatych potworach wielkości słonia mieszkających w najbardziej niedostępnym zakątku bagien albo o potomkach chińskich cesarzy, którzy rezydują we wspaniałym mieście pośród pustkowi północy. Nikt nigdy tych bajań nie potwierdził i również tym razem tak było. Choć kilku powtórzyło wersję przekazywaną przez innych, to jednak nikt nie słuchał tych pędziwiatrów.

Dwa lata później jeden z myśliwskich pałacyków cara Aleksandra został zamknięty i oficjalnie zlikwidowany. Wymazano z map wszelkie oznaczenia informujące, że w tym rejonie kiedykolwiek coś było, a ktokolwiek chciałby się tam udać, natykał się na uzbrojonych strażników, informujących wyjątkowo grzecznie, jak na rosyjsko-carskie standardy, że dalej nie ma czego szukać, bo nic tam nie ma, a oni stoją tu właśnie po to, żeby o tej pustce i bezsensie kontynuowania wędrówki powiadamiać. Wszelki opór był szybko likwidowany, z rozstrzelaniem na miejscu włącznie.

Kilku urzędników ministerialnych z Sankt Petersburga w człowieku mijanym przypadkowo w sieni jednej z carskiej rezydencji rozpoznało dawno niewidzianego Alieksieja Wasiliewicza Matfiejewa. Ten jednak stanowczo zaprzeczał swojej tożsamości i wyparł się wcześniejszej znajomości z nimi. Jeden z dawnych kolegów zaczął nawet własne śledztwo, podczas którego dowiedział się, że ktoś przypominający Matfiejewa to Anatolij Zubarow, bardzo ważna osoba, prowadząca tajne operacje na zlecenie samego cara. Chodząc i węsząc dalej, dowiedziałby się może, że pan Zubarow często jeździ tam, gdzie nic nie ma, a grzeczni strażnicy wpuszczają go bez pytania. Dowiedziałby się może także, że Jego Wysokość Jaśniepan Aleksander również tam był i wrócił bardzo poruszony.

Wielu rzeczy mógłby się dowiedzieć, gdyby nie krótka wizyta w jego urzędzie dwóch smutnych gości w szarych paltach, podczas której powiedziano mu, że niejedna odległa gubernia czeka na wykwalifikowaną siłę administracyjną, a on bardzo chce tę lukę zapełnić. Następnego dnia do pracy nie przyszedł.

Kilkadziesiąt lat później, podczas wojny rosyjsko-japońskiej, wielu japońskich żołnierzy meldowało o nadnaturalnych zdolnościach niektórych z walczących po stronie wroga. Opowiadali o niebywałej wytrzymałości na ból i rany; niektórzy twierdzili nawet, że spotkali nieśmiertelnych. Podczas działań wojennych ciężko sprawdzić takie informacje – przerażeni nieszczęściem ludzie plotą trzy po trzy i potem okazuje się, że to wyobraźnia płatała im figle, a rzeczywistość wyglądała inaczej. Podobne doniesienia i pogłoski dochodziły z frontów Pierwszej Wojny Światowej i z walk podczas Rewolucji Październikowej. Jednak czasy były takie, że nikt nie chciał o tym opowiadać ani tym bardziej dowcipkować na ten temat. Zbyt dużo ludzi ginęło za jedno nieostrożne słowo.

Krzysztof

Ten budynek zawsze mnie fascynował. Szary kamień ścian, wysokie, posępne mury, długie schody uwieńczone dwuskrzydłowym wejściem z poczerniałej dębiny. Nie jakaś automatycznie otwierana, lekka, aluminiowo-szklana konstrukcja, ale ciężkie, solidne skrzydła, jak oznaka królewsko-stalinowskiego autorytetu. Takie drzwi uświadamiały człowiekowi, że powiedzenia „pocałować klamkę” albo „wyrzucić kogoś za drzwi” miały kiedyś bardzo kategoryczny, fizycznie odczuwalny wydźwięk. Zatem budynek mnie fascynował i zawsze kiedy przechodziłem obok niego, miałem ochotę wspiąć się po tych schodach i wejść do świata kroków stukających w długich, pustych korytarzach. Ale nigdy nie miałem czasu ani powodu. A poza tym bałem się. Bo jak prawie każda fascynacja i ta była pochodną zachwytu i strachu przed przygniatającym ogromem, wielką niszczycielską siłą zaklętą w ponurym gmachu.

Szczególnie mocno dawało się to odczuć w szare, burzowe dni, kiedy wzrok nie napotykał jasnej granicy pomiędzy budynkiem i niebem, kontury się zacierały, szczyt tonął w skłębionej masie chmur, a malutki przerażony człowiek nie mógł już nic innego zrobić, jak tylko uciec. Ale dziś było inaczej. Skończywszy zajęcia, włóczyliśmy się ze Świtałą po mieście, a Świtała to typ, przy którym strachu nie ma. O nie! Dość otyły jak na swoje dwadzieścia dwa lata, zawsze w workowatych strojach – spodnie bojówki i bluzy, które głosiły, że Bronx 1973, NYPD, Academy, USA albo Michigan State Univ. In God we trust. Ze Świtałą nie ma strachu, bo pyskaty jest i wielki w tych swoich gaciach. Zawsze ciągnie mnie na piwo. Dziś też ciągnął, to i wypad do centrum się udał. W jego przypadku chyba też można mówić o fascynacji, no bo jak inaczej nazwać to uczucie, które mnie ogarnęło, kiedy Świtała głośno zaklął po kolejnym piwie i jeszcze opierdolił jakiegoś faceta, że się na niego gapi. Ja bym się ze wstydu spalił, nawet teraz się paliłem na samo wspomnienie, a ten był dumny z siebie jak paw. Niesamowity gość. Albo kiedy uchylił za pomocą rączki wyjścia awaryjnego drzwi w tramwaju i wysikał się na oczach pasażerów; nawet pomachał do jakichś dziewczyn, które akurat przechodziły ulicą. Świtała był nie do pobicia. Co innego ja. Mnie po tych kilku piwach rozsadzało pęcherz, ale za nic w świecie nie zrobiłbym tego co on, nawet gdyby znajdował się tam otwór z osłaniającym delikwenta parawanikiem i napisem: „Tu należy sikać i machać do ludzi”. Ja bym się wstydził. Po wyjściu z tramwaju powędrowaliśmy dalej, a ja rozglądałem się coraz bardziej nerwowo.

– Świtała, muszę się gdzieś odlać. Zaraz eksploduję.

– A nie mogłeś ze mną? Byłoby mi raźniej, no i mielibyśmy większą siłę rażenia. Wiesz co? W tym budynku na pewno jest jakiś kibel, pójdziemy razem.

Wskazał na coś ponad moim ramieniem, pobiegłem wzrokiem za ruchem jego ręki... O w mordę! Moja budowla! Tam mamy iść? Zrobiło mi się nieswojo, choć nieco mniej niż zwykle; byłem znieczulony alkoholem.

– E, może wytrzymam – mruknąłem, choć wiedziałem, że nie wytrzymam.

– Bez krępacji, Krzychu! Uniwersytety i urzędy też są dla ludzi. Idziemy. Przynajmniej się to gmaszysko na coś przyda.

Pomaszerował szybkim krokiem w stronę niebotycznych schodów, ponaglając mnie gestem dłoni. Chcąc nie chcąc, potruchtałem za nim. Świtała już walił po dwa stopnie w górę. Drzwi zbliżały się z zawrotną szybkością. Z tej niedużej odległości można było odcyfrować napis na wielkiej mosiężnej tablicy: Instytut Techniki Stosowanej. Nazwa nic mi nie mówiła. Zarówno mnie, jak i prawdopodobnie milionom moich rodaków, wszelkie instytucje typu Polska Akademia Nauk albo Uniwersytet Warszawski Wydział Fizyki Doświadczalnej mówiły niewiele więcej niż nazwy indiańskich rezerwatów w stanie Dakota. A ludzi tam pracujących uważaliśmy za nie mniej dziwacznych od czerwonoskórych siedzących w milczeniu na skórze bizona, zapatrzonych w prerię, z fajką pokoju w ustach. To był inny, obcy świat. Wiadomo, co robi tokarz, listonosz, piekarz. Ale co robi pracownik Instytutu Techniki Stosowanej?

Drzwi znajdowały się tuż przed naszymi nosami – zatrzaśnięte na głucho. Świtała zaczął szarpać za ogromną klamkę z brązu, ale wrota ani drgnęły. Budynek był zamknięty. Pobieżny rzut oka na schody wystarczył, aby stwierdzić, że rzadko je eksploatowano. Spomiędzy płyt kiełkowała trawa, na zakurzonych stopniach walały się papierki. Portal podparty dwoma ogromnymi kolumnami w kształcie barczystych chłopów z mieczami był jak niedostępna twierdza strzeżona przez gigantycznych wojów. Dziwne. Taki wielki budynek, a jakby nieużywany. Świtała kopnął jeszcze ze dwa razy w ogrom wrót i zaczął schodzić, przeklinając pod nosem. Ja też się już zbierałem, kiedy zarejestrowałem jakiś ruch po drugiej stronie. Ktoś otwierał. Za poszarzałymi szybkami zauważyłem postać siłującą się z zamkiem, który sądząc po stanie i wielkości drzwi, nie był łatwy w obsłudze. W końcu zgrzytnęło, skrzypnęło i wrota się uchyliły. Świtała był już w połowie schodów, ja stałem zaledwie o kilka kroków od wejścia. Przez drzwi wychynęła postać – z wyglądu portier; granatowe spodnie w kancik, niebieska koszula rozsadzana ogromnym, piwnym brzuszyskiem, na głowie czapka z daszkiem i napisem ITS (pewnie skrót od: Instytut Techniki Stosowanej). Portier stanął na szczycie schodów, spoglądając na nas z góry, zarówno w przenośni, jak i naprawdę. Następnie wydął wargi, podparł się pod boki i huknął:

– A wy tu czego?! Już mi...

Pewnie chciał powiedzieć „zmiatać” albo rzucić innym ostrzejszym słowem, ale spojrzał na mnie i umilkł. Zmarszczył brwi, chwilę ważył coś w myślach, następnie odezwał się dużo grzeczniejszym tonem:

– Dzień dobry. Czego pan sobie życzy?

Dziwna zmiana. Ale biorąc pod uwagę stan parcia na pęcherz, byłem już tak zdeterminowany i zdesperowany, że nie analizowałem ludzkiego zachowania, ani niczego innego zresztą.

– Jest tu toaleta? Muszę skorzystać.

Portier ustawił się bokiem, jakby wpuszczając mnie do środka, i radośnie zakrzyknął:

– A jakże! Zapraszamy, proszę, proszę!

Ustawiony przodem czy bokiem, tworzył dość istotną zaporę w drzwiach, ale udało mi się przecisnąć i oto byłem już w środku. Tamten zaczął się zaraz za mną wycofywać. W tym momencie Świtała dopadł do nas i też chciał wejść do budynku, forsując wąską szczelinę pomiędzy niebieskim brzuchem a framugą.

– Nie wolno! – zakrzyknął strażnik, wypychając go na zewnątrz. – Teren zastrzeżony!

– Co nie wolno! Z kolegą jestem! – Świtała próbował brzuchowi odźwiernego przeciwstawić swój, dużo mniejszy. Zaczęła się wojna na przepychanie. Stróż jednakże okazał się wprawnym graczem; zaparty o framugę, wypiął swą obłą ozdobę i już nie było na niego mocnych. Świtała nie miał szans. Pokrzykiwał, że też płaci podatki, że kolega potrzebuje wsparcia, że służbista jeszcze go popamięta. Nie wiem, co z tego zrozumiał człowiek z napisem ITS na czapce, ale trwał niczym owe dwa posągi po obu stronach drzwi. Co chwilę wykonywał drobny ruch, zwiększając swoją przewagę, cały czas powtarzał: „Nie wolno. Teren zastrzeżony”. W końcu wypchnął Świtałę za obrys pierwszego stopnia i szybko jak tygrys wrócił do drzwi. Nie spodziewałbym się takiej zręczności po tym podstarzałym cieciu. Zaczął zamykać, Świtała jeszcze raz spróbował, chyba dla zasady, ale nic nie wskórał. Usłyszał kolejny raz, już przez szybę, że „teren zastrzeżony”, i zamki chrobotnęły.

Staliśmy oddzieleni od szumu ulicy, w uszach dzwoniła cisza marmurowego korytarza. Portier siłował się jeszcze chwilę z bramą. Ja rozglądałem się zaciekawiony. Trafiłem do hallu wielce szacownej instytucji; na środku okrągłego placyku ustawiono rzeźbę jegomościa w surducie, z bródką i wąsami zdobiącymi oblicze pod niemodnym monoklem. W górę i w dół ciągnęły się szerokie schody.

– Proszę – brzuchacz wskazał mi schody do góry. – Jakby co, to jestem tam... – Machnął ręką w stronę nieskończonej czerni korytarza po lewej.

Pobiegłem, pokonując po dwa stopnie naraz. Na półpiętrze zerknąłem przez małe okienko wychodzące na ulicę. Przy klombie u dołu dostrzegłem Świtałę; palił papierosa, krążąc wściekle wokół donicy z kwiatami. Zza zakrętu wyjechał tramwaj. Nie wiedziałem, że w ogóle tędy jakieś jeżdżą; nie mogłem rozpoznać numeru linii. Prawie się zderzył ze skręcającą czarną limuzyną – fordem albo oplem. Marka nie do odgadnięcia z tej odległości. Kierowca wychylił się przez okno, chyba krzyknął coś obraźliwego, sądząc z gestykulacji. Po chwili pojazdy się rozjechały. Świtała dalej palił papierosa. Klomb został już przez niego zwiedzony ze wszystkich stron.

Nad kamienicami naprzeciwko kłębią się szare chmury, kruk siedzi na gzymsie, bielizna łopocze na sznurze rozpiętym od balustrady do anteny. Nagłe załamanie pogody? Kruk patrzy w dal i snuje złowrogą prognozę na najbliższe minuty, gacie i koszulki łopoczą coraz bardziej. Świtała wciąż wkurwiony, nadal pali. Kopie w krawężnik. Tramwaj znika za rogiem, na przystanek dociera zdyszany człowiek w czarnym płaszczu. Nie zdążył, będzie musiał pojechać następnym. Pewnie zmoknie, bo chmury zbliżają się z huraganową prędkością. Świtała też pewnie zmoknie. A kruk? A co mnie kruk obchodzi! Pranie zmoknie. Nie, nie zmoknie; jakaś kobieta szybko wrzuca bieliznę do kosza. Spłoszone ptaszysko krąży nad kamienicą, kracząc. Świtała pali papierosa.

Pobiegłem dalej w górę. Echo moich kroków grało na długich korytarzach. Po minucie już lało. Znalazłem łazienkę i wreszcie sobie ulżyłem.

Schodząc po schodach, utknąłem znowu na kilka chwil przy oknie. Strugi padające pod lekkim kątem chłostały beton placu z klombem, krawężniki, dachówki kamienicy. Nigdzie nie zauważyłem Świtały, człowiek w czarnym płaszczu skulił się pod słupkiem przystanku, wytrwale oczekując na następny tramwaj. Nie opuszczał posterunku, bojąc się pewnie, że znowu nie zdąży. Ja byłem suchy, oddzielony szybą i grubym murem od nawałnicy; przez moment poczułem się bardzo bezpieczny w tym wielkim, ponurym budynku. Przez głowę przebiegła mi myśl, że niepotrzebnie się obawiałem. Wkrótce przestanie lać, a na razie można tu posiedzieć i przeczekać.

Usłyszałem kroki; ktoś się zbliżał. Podniosłem spłoszony wzrok, znów czułem się jak intruz. Po schodach schodził mężczyzna w białym fartuchu; wyglądał jak naukowiec. W końcu byłem w instytucie. Gdy mnie zobaczył, stanął jak wryty. Przez chwilę wpijał się we mnie badawczym spojrzeniem, nie mogąc zidentyfikować mojej osoby. W końcu jednak jego usta rozciągnęły się w uśmiechu, postąpił kilka kolejnych kroków.

– Dzień dobry – mruknąłem nieśmiało.

– Dzień dobry, dzień dobry! – odpowiedział przyjacielsko. – Miło widzieć. Powitać, powitać!

I poszedł dalej. Stałem oszołomiony. Już druga osoba ucieszyła się na mój widok. Gościnność tutejszych była niezwyczajna. Tym bardziej że skierowana tylko na mnie. Od razu stanął mi przed oczami Świtała pchany przez potężny brzuch ciecia. Dał mu popalić, nie ma co. Świtale rura zmiękła. Uśmiechnąłem się do siebie. Taki cwaniaczek, a to właśnie ja wszedłem, nie on. Znowu zerknąłem w okno. Ulewa trwała. Jakiś atak deszczy zenitalnych, czy co? Zza rogu wychynął tępy pysk wagonu tramwajowego, gość w czarnym płaszczu stał przygotowany na przystanku. Zmoknięty kruk, nie, już dwa kruki siedziały na gzymsie kamienicy naprzeciwko, smętnie czekając na lepszy los. Czarne nieruchome punkty. Klomb opływał strumieniami wody.

Pod daszkiem domu naprzeciwko zauważyłem kogoś, jakby Świtałę. Trochę za daleko, żeby rozpoznać, ale pomachałem. Wydawało mi się, że postać również uniosła rękę. Nie. Złudzenie. To raczej nie Świtała. Zresztą jakim cudem dojrzałby mnie w małym oknie na tle szarej masy budynku? Tramwaj pojechał, czarny zniknął. Deszcz bębnił rytmicznie o dachówki i parapety, kruki trwały w letargu. Patrzyłem jeszcze przez chwilę. Kiedy ta ulewa przejdzie? W końcu postanowiłem zejść na dół. Trudno, najwyżej zmoknę, ale nie można tak wiecznie trwać w dziwnej, dwuznacznej sytuacji na półpiętrze ponurego gmachu.

Puste, długie korytarze znowu zaczęły napawać mnie lękiem. Przerażały jakimś nieokreślonym brakiem kontekstu, brakiem życia. Podszedłem do wielkich drzwi, po plecach przeszedł mi dreszcz. Jakby ktoś mnie obserwował. Rozejrzałem się po pustym hallu. Nikogo, tylko ta figura. Wąsy jakby bardziej nastroszone niż przed kilkoma minutami, twarz wściekła. Przedtem wydał mi się raczej dobroduszny, a teraz... Ale jak figura może zmienić wyraz twarzy? Zacząłem szarpać się z klamką, o ile metalowy kształt wielkości nielichego drąga i zawieszony na wysokości twarzy może mieć coś wspólnego z poczciwą klamką, dzięki której wchodzimy i wychodzimy przez drzwi. Tu klamka trzymała straż.

Gdzie miał być ten portier? Gdzieś tam po lewej. Spojrzałem w bezdenną czerń korytarza. Ani żywego ducha. Szarpnąłem jeszcze raz. Zawołałem: „Hop, hop!”. Czerń zabrzęczała delikatnym, zduszonym echem. Westchnąłem z rezygnacją i zacząłem wędrówkę w stronę nieskończoności korytarza. Deszcz łomotał po kamiennych schodach, zza zakrętu wyjechał tramwaj. Postać w czarnym płaszczu pędziła przez strugi wody, próbując dostać się do tramwaju, ale ten nie czekał. Zadzwonił raz i drugi, pojechał. Zdyszany człowiek kilka sekund później kopnął wściekle słupek z literą T. Potem stanął skulony, czekając na następny kurs. Mókł na otwartym placu, pewnie bał się przeoczyć kolejny tramwaj. Czarna limuzyna zbliżała się majestatycznie. Ja tego już nie widziałem, ale teraz wiem, że tak było. Tak być musiało. Ja szedłem w nieprzeniknioną przestrzeń po lewej.

Wielka susza i głód wiedzy

– No, panowie! Susza! Susza jak na balu AA. – Stalowy Kazek bezradnie rozglądał się po osiedlu, szukając jakiegoś punktu zaczepienia, promyka nadziei w swym trudzie dnia codziennego. Dwóch towarzyszy niedoli mruknęło coś niemrawo. Wszyscy spuścili nosy na kwintę, a popołudnie mijało leniwie, wolno zacierając wspomnienie beznadziejnego poranka. Coś mówiło tym doświadczanym przez los ludziom, że wieczór również łatwy nie będzie. Marian dostanie rentę dopiero jutro, Pająk nie sprzedał swojej kolekcji pokryw kanałów burzowych ze względu na ich niepewne pochodzenie.

– A co jest, kurwa, pewne na tym świecie. – Kazek próbował urobić obsługę skupu. – Raz zysk, raz w pysk. Metal się marnuje, czas płynie, przeznaczenie nas goni. A pan tu marudzisz. Pan jesteś malkontent, a to bardzo niezdrowe. Malkontenci częściej zapadają na reumatyzm i schorzenia wieńcówki. No, weź pan choć jeden. Wesprzyj pan trud ludzi pracy.

Ale obsługa pozostała nieugięta. Że niby kontrole policji mają, że właściwie powinni ich wylegitymować. Ostatnie potencjalne źródło gotówki okazało się niewypałem i wózek pełen dobra wjechał z powrotem do komórki przy kamienicy Pająka, a towarzystwo powędrowało w świat szukać szczęścia w inny sposób. Stalowy tradycyjnie wiódł prym, dogadując swoim kolegom od złomiarzy-włóczęgów, wieszał psy na skupie złomu, mianując ich złomowymi kutafonami. Nawet premierowi się dostało, no bo przecież ktoś jest winien ich „pierdolonemu położeniu”. Dzień jak co dzień toczył swój bebech od wschodu do zachodu i niczemu się nie dziwił. No bo jakże dziwić się czemuś, co jest każdego dnia takie samo. Te same mordy, te same teksty, data tylko inna.

– Nudy na pudy, pić się chce. Człowiekowi strasznie się dłuży. Mogłoby to Słońce szybciej kręcić się wokół Ziemi – mruczał Marian, patrząc na czubki swoich butów, jakby tam było zaklęte rozwiązanie jego problemów.

Towarzystwo znów popadło w milczenie. Pająk mruknął tylko swoje ulubione słowo „dupa”, Marian wyraźnie wykrzesał z siebie co najlepsze i teraz pozostawał w jakże marnym stanie wegetacji. Natomiast twarz Stalowego wyrażała najwyższe zdumienie i wyraźne oznaki wzburzenia, któremu zresztą dał w końcu upust.

– Coś ty powiedział?! Że jak? Możesz powtórzyć? – wydarł się na Mariana.

Tamten podniósł zdziwiony wzrok.

– O co ci chodzi? Powiedziałem, że nudno i pić się chce. A co? Może tobie nie?

– Ale potem! Co potem powiedziałeś? Że Słońce...

– Że Słońce by mogło się szybciej kręcić wokół Ziemi. A co? Może nie? Może byś wolał, żeby wolniej? Żebyśmy się tu dłużej męczyli?

– A ty Pająk też tak uważasz, że Słońce ma się kręcić wokół Ziemi?! – Stalowy wyraźnie nie wierzył własnym uszom.

Pająk pociągnął nosem, podrapał się po karku, w końcu wzruszył ramionami i mruknął „dupa”. Po czym zapadł ponownie w rolę medytującego Indianina. Stalowy wrzał.

– A mówi ci to coś: „wstrzymał Słońce, ruszył Ziemię”?! Ile ty masz lat?

Marian wybałuszył oczy, przełknął ślinę. Wkurwiony Stalowy to nic nowego. Właściwie to niewkurwiony ich dziwił, ale tym razem wyraźnie pił do Mariana, a ten czuł się Bogu ducha winny.

– Stalowy, weź się odpierdol! Mam, ile mam. Na swoją rentę zapracowałem. W odróżnieniu od niektórych tutaj.

Atak jako obrona. Ze Stalowym nie można miękko. Mięczaków zjada bez popijania.

– Człowieku! To jest średniowiecze. Przecież Ziemia się kręci wokół Słońca, a nie odwrotnie!

– Ach, o to ci chodzi! – Twarz Mariana się rozjaśniła. – Weź się wyrażaj jaśniej, bo już myślałem, że ci odwaliło. My tu mamy poważne problemy, a temu przeszkadza, że Słońce... He, he, he! Naukowiec ławeczkowy! A jak ci powiem, że Mars się ma kręcić wokół Ziemi, to też mnie objedziesz, co!?

– Nie, bo Mars się kręci wokół Ziemi.

Zapadła ponura cisza. To, co w zamierzeniu Mariana miało być puentą konfliktu i łagodnym zejściem w normalny stan bytowania, stało się zarzewiem kolejnej zaczepki.

– No dobra. Może się kręci. I co?

– To, że jesteście ignoranci i nieuki. Myślicie tylko, kiedy renta przyjdzie, bo brakuje wam na wino. A wokół wszechświat, nauka, innowacje! A ten... Ja pierdolę!

– A co?! Może ty nie czekasz na rentę?! Na moją rentę! Może ty jesteś ten od nauki albo innowacji?! Chyba takich, jak znowu wydębić kasę od Kisiela na wódę. Stalowy, pogięło cię?! Przecież nie możesz z powodu Słońca, Marsa i cholera wie jeszcze jakich innych kosmicznych głupot robić tu cyrku. To nas nie dotyczy. To tylko nazwy z książki! Teoria. Normalnym ludziom one na nic. No chyba żeby zaimponować kolegom. Co nie?

Kazek przez chwilę bębnił palcami w dechę ławki, potem wstał i westchnął, mówiąc:

– Jasne. Racja. Ale od jutra trzeba coś z tym zrobić. Cześć pracy. Siemanko.

I poszedł.

– Ty, Pająk, co od jutra niby mamy robić? Z czym? Rozumiesz coś?

Pająk długo patrzył w przestrzeń, w końcu powiedział swoje ulubione słowo i patrzył dalej.

Następnego dnia Słońce kręciło się jak zwykle, znaczy... Ziemia kręciła się jak zwykle wokół Słońca. Towarzystwo leniwie podążało na swoje stanowiska. Stalowy nieco bardziej nerwowy niż zazwyczaj trzymał w ręku książkę. Gdy już usiedli, rozpoczął swoje nauki.

– Postanowiłem, że nadrobicie, mhm... że nadrobimy zaległości w nauce. Wykształceni ludzie są pożyteczni i cenni dla społeczeństwa, a my chcemy być pożyteczni i cenni, co nie?

Twarze Pająka i Mariana wyrażały nikłą chęć bycia cennym i pożytecznym, właściwie nie wyrażały jej wcale, ale niezrażony Stalowy ciągnął dalej.

– Dodatkowo, wykształcony człowiek się nie nudzi. W swojej wiedzy sam sobie dostarcza bodźców rozwojowych. Jest ciekawy świata, żyje, a nie wegetuje nędznie jak, jak... – Zawahał się, kogo wskazać jako nędznie wegetującą istotę, pewnie z obawy, że dostanie od wskazanego po twarzy. – Jak niektórzy – dokończył bez konkretów.

Miny dwóch kompanów nie wyrażały niczego, co można by nazwać reakcją na przemowę Stalowego. Ten miał ochotę postawić przed nimi lustro, by zaprezentować dwa modelowe przykłady istot nędznie wegetujących, ale wiedział, że nie tędy droga, że nie można przesadzać w dołowaniu kumpli. Trzeba ich zachęcić, pokazać korzyści płynące z nauki.

– Wykształcony człowiek radzi sobie lepiej w życiu, w pracy. No wszędzie.

W końcu Marian nie wytrzymał:

– A ty skąd to wszystko wiesz? Przecież nie jesteś wykształcony.

Stalowy się nadął, podniósł dumnie czoło.

– A właśnie, że jestem... No, trochę jestem... – Właśnie miał zacząć określać poziom swojego wykształcenia, ale Marian go ubiegł.

– Tym gorzej, bo twój przykład wcale nie udowadnia, że wykształcenie jest dobre.

– Że niby, kurwa, co?! Że niby se nie radzę, tak?! – Stalowy poderwał się z ławki jak kukiełka na sprężynce wyskakująca z pudełka.

– A radzisz se? – Marian też stał gotowy do bójki.