Ezekiel. Jak poderwać drania? Tom 2 - Sara Ney - ebook

Ezekiel. Jak poderwać drania? Tom 2 ebook

Sara Ney

4,2

10 osób interesuje się tą książką

Opis

Wszystkie kobiety mają słabość do drani!

Zeke Daniels to największy drań, jaki chodzi po kampusie. Kapitan drużyny zapaśniczej, jedynak bogatych rodziców i prawdziwe ciacho, który kobiety traktuje przedmiotowo. Zalicza i zostawia. Ma problem tylko z biologią, przez które może wylecieć ze swojej drużyny. Jego jedynym ratunkiem jest Violet, studentka, która dorabia jako korepetytorka.

Dziewczyna jest jego całkowitym przeciwieństwem. Spokojna, nieśmiała, chętnie wspierająca innych. Kiedy ich drogi się krzyżują, Zeke odkrywa, że nie tylko chce przespać się z Violet, ale również chce się nią zaopiekować. To uczucie jest dla niego tak nowe, że odruchowo próbuje je w sobie stłumić.

Czy prawdziwy drań może się zmienić? Czy dziewczyna z sercem ze złota może je stracić dla jednego mięśniaka? A może ten cały Zeke tylko udaje takiego złego i też potrafi kochać?

__

O autorce

Sara Ney — to bestsellerowa autorka USA Today, której seria „Jak poderwać drania” stała się wielkim hitem. Sara znana jest ze swojego seksownego i pokręconego poczucia humoru, którym chętnie dzieli się z bohaterami swoich książek. Żyje pełnią życia, kolekcjonuje stare książki, jest uzależniona od mrożonej latte, a sarkazm stał się jej znakiem rozpoznawczym. Kiedy nie pisze, zastanawia się, jakby to było być Brytyjką.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 379

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Drań nadal nie ma dziewczyny.

„Moi rodzice musieli od samego początku wiedzieć, że będę grzesznikiem, i dlatego oprócz biblijnego nazwiska dali mi też biblijne imię. Bóg wie, że żaden ze mnie święty”.

Prolog

Nietrudno go zauważyć. Wysoki, potężnie zbudowany Ezekiel Daniels może i siedzi z kolegami przy stoliku w bibliotece, ale jego sylwetka i tak dominuje nad wszystkimi, podobnie jak czołg dominowałby na parkingu pełnym minivanów. Jest za duży i nie pasuje do otoczenia.

I od razu zwraca moją uwagę.

Spuszczam wzrok na rozpiskę korepetycji, którą trzymam w dłoni, i krzywię się na widok nazwiska wydrukowanego pogrubioną czcionką.

Ezekiel Daniels

Biblioteka, Centrum Studenta

21.30

Coś mnie mocno ściska w żołądku i jeszcze raz spoglądam na chłopaka; to musi być on. Rozgląda się niecierpliwie, jakby na kogoś czekał. I chyba wyczuwa, że mu się przyglądam, bo wstaje i obrzuca salę ponurym, groźnym spojrzeniem.

Szuka.

Poluje. W końcu zatrzymuje na mnie wzrok, a ja nie potrafię rozszyfrować jego wyrazu twarzy. Zupełnie bez emocji ocenia moją figurę ukrytą za ladą w punkcie odbioru książek, jak gdyby półki pełne literatury nie chroniły przed jego świdrującym spojrzeniem.

Jest tak przystojny, że prawie zapominam oddychać.

Rozczochrane czarne włosy. Czarne brwi ściągnięte do dwóch wściekłych kresek nad wyjątkowo jasnymi oczami. Ewidentnie przydałaby mu się golarka.

I korepetytorka.

Zsuwa z blatu karteczkę i łapie ją między dwa ogromne paluchy; wiem, co jest na niej napisane, bo sama mam identyczną. Stoję jak słup, nie mogę zrobić choćby jednego kroku. Nie ma mowy, żebym do niego podeszła i się przedstawiła, chociaż jestem pewna, że przyszedł na korepetycje.

Ze mną.

Nerwy nie pozwalają mi się ruszyć z miejsca.

Patrzę, jak Ezekiel Daniels gestykuluje dziko przed kolegami. Marszczy brwi, a jego usta formułują wściekłe słowa, których nie słyszę ze swojego miejsca. Jeden z jego kumpli wybucha śmiechem, inny kręci głową i odchyla się na krześle wyraźnie rozbawiony, krzyżując potężne wytatuowane ramiona. Wokół całej grupy unosi się namacalna atmosfera niepokoju i zblazowania, która mnie dziwi. Z przerażeniem patrzę, jak Ezekiel robi wulgarny gest imitujący robienie laski. Wybuchają rechotliwym śmiechem. Teraz są już tak głośni, że słyszę wszystko, co mówią. Nadstawiam ucha, udając, że pracuję. Patrzę, jak jeden z chłopaków podnosi swoje potężne ciało z krzesła i idzie przez salę.

– Jak nazywa się ta twoja korepetytorka? – pyta.

– Violet.

– Och, jak ślicznie. – Kontynuuje swój powolny marsz, przeciska się przez misterny labirynt stolików, za cel obrawszy dziewczynę ubraną w grzeczny czarny kardigan, z perłami na szyi i okularami z czarnymi oprawkami założonymi na błyszczące brązowe włosy.

Dziewczyna uczy się z pochyloną głową i nosem w podręczniku. W duchu biję jej brawo, gdy kilka chwil później spławia kolesia, odsyłając go z powrotem do kolegów.

Kolos z wytatuowanymi rękami rzuca kawałkiem papieru w Ezekiela Danielsa, uśmiechając się pod nosem, i pada sztywno na krzesło.

– To nie ona? – Niesie się donośny głos Ezekiela.

– Nie. – Kolega otwiera podręcznik. Bezduszne i groźne spojrzenie Ezekiela staje się intensywniejsze, gdy jego pełne usta formułują kolejne zdania. Raz po raz wymawia moje imię, a niski pomruk gniewnego głosu rezonuje w przestrzennej sali. Ponownie rozgląda się po bibliotece.

– Tu jest napisane, że nazywa się Violet. Gdzie ona jest, do cholery?

Wstaje. Patrzy mi w oczy z drugiego końca sali.

Kiedy unosi swoje czarne brwi i wyciąga arogancko kącik ust, cofam się, dopóki nie natrafię pośladkami na blat za mną. Ezekiel Daniels zaczyna spokojny marsz w stronę punktu odbioru książek – w moją stronę – ciągnąc leniwie nogi po drewnianej podłodze. Ten jego powolny krok to coś prawdziwie pięknego.

Skupia na sobie uwagę.

To działa, bo po prostu muszę na niego patrzeć.

Nie mogę odwrócić wzroku, przynajmniej dopóki chłopak nie znajdzie się tuż przede mną i nie spojrzy na mnie oczami błyszczącymi z irytacji. Cynicznie.

– Czy to tutaj znajdę korepetytorkę, która została mi przydzielona? – pyta bez żadnego wstępu. Kładzie kartkę na ladę, głośno uderzając otwartą dłonią o blat. – Nie mogę jej namierzyć.

Spuszczam wzrok i widzę swoje nazwisko zapisane pogrubionymi czarnymi literami.

– T-tak.

Gdy się jąkam, jego brwi znowu się poruszają, a Ezekiel wydaje się zadowolony z siebie.

– Denerwujesz się przy mnie?

– Nie.

– Jesteś tego pewna?

Opieram dłonie przed sobą na gładkim drewnie, ignorując jego pytanie. Zamierzam zadać własne, wspierając się swoim najbardziej autorytatywnym tonem.

– Cz-czy jest coś, w cz-czym mogłabym ci pomóc?

Przygląda mi się uważnie przez kilka niezręcznych chwil, jego nieprzyjemne spojrzenie przesuwa się po mojej klatce piersiowej w górę i w dół, a potem rozchylają się jego pięknie wyrzeźbione usta.

– Czy Violet jest teraz dostępna?

Jestem?

Czy jestem dostępna dla tego kolesia?

To jest to, ten moment, kiedy muszę podjąć decyzję. Czy skażę się na tego chłopaka dla dobra pracy? Będzie odbierał mi po trochu szacunek do samej siebie – pozwolę mu na to dla tych paru groszy, które dzięki niemu zarobię? Czy zmuszę się, by przesiadywać z nim niezliczone godziny – co może się okazać niezbędne, żeby zdał przedmiot?

Prawda, potrzebuję tej roboty, ale nie wiem, czy będę w stanie się przemóc i uczyć Ezekiela Danielsa.

Wystarczy na niego spojrzeć, by wiedzieć, że żaden z niego przyjemniaczek.

– No i? – pyta z naciskiem, popychając kartkę w moją stronę. – Jest dostępna czy nie?

Podnoszę wzrok, patrząc szatanowi prosto w oczy.

– Nie. Nie jest.

Rozdział 1

„Nie patrz mu w oczy; to jak spoglądanie prosto w słońce,

tylko że zamiast stracić wzrok, zyskasz ochotę na seks”.

Czy pan mnie w ogóle słucha, panie Daniels? – pyta. Odwracam głowę w stronę, z której dobiega głos trenera; wkurzam się, bo koleś jest zdeterminowany, żeby marnować mój czas. Biuro jest małe, ale w zasadzie facet też. Ściany z pustaków wyblakły do sinej barwy nadającej jego skórze upiorny odcień.

Na szyi trenera uwydatniają się żyły, gdy walczy, by odzyskać kontrolę nad improwizowanym spotkaniem, na które mnie wezwał. Nie jestem w nastroju do słuchania.

Nie mając nic do dodania, trzymam gębę na kłódkę i tylko kiwam sztywno głową.

– Pytałem, czy mnie słuchasz, synu.

Mam ochotę przypomnieć mu, że nie jestem jego synem – ani trochę. Nawet mój własny ojciec nie mówi do mnie „synu”.

Co nie znaczy, że chciałbym, żeby to robił.

Zaciskam zęby, napinam mięśnie szczęki.

– Tak, proszę pana.

– Nie wiem, dlaczego jesteś taki obrażony, i nie będę udawał, że obchodzi mnie, co się dzieje, gdy stąd wychodzisz, ale nie pozwolę, żeby jeden z moich chłopaków dążył do autodestrukcji. – Jego zniszczona skóra rozciąga się razem z ponuro zaciśniętymi ustami. – Myślisz, że jesteś pierwszym, który przychodzi tutaj w przekonaniu, że jego gówno nie śmierdzi? Nie jesteś, ale tobie jako pierwszemu nie udało mi się zetrzeć tego głupiego uśmieszku z twarzy. Jesteś o jedną sarkastyczną uwagę od bliskiego spotkania z pięścią, przystojniaczku. Nawet twoi kumple z drużyny cię nie lubią. Nie pozwolę na kłótnie w moim zespole.

Zaczynam zgrzytać zębami, ale nie mam nic do powiedzenia, więc siedzę cicho.

Trener kontynuuje wykład.

– Czego trzeba, żeby pan to wreszcie pojął, panie Daniels?

Nic. Nie masz nic takiego, staruchu.

Odchyla się na drewnianym krześle, splata palce i przygląda mi się uważnie. Balansując na nogach, opuszkami dotyka brody, zachowując równowagę.

Mam na końcu języka, że jeśli chce, żeby cokolwiek do mnie dotarło, niech na początek przestanie zwracać się do mnie per pan Daniels. Po drugie, niech już przestanie ściemniać i powie wreszcie, dlaczego naprawdę ściągnął mnie do swojego biura po treningu.

Po długiej ciszy nachyla się do przodu, aż sprężyny krzesła wydają głośny metaliczny dźwięk. Opiera ręce o blat. Jego dłoń wędruje do sterty kartek i zdejmuje pierwszą z wierzchu.

– Powiem ci, co zrobimy. – Przesuwa papier w moją stronę. – Szef programu mentorskiego „Starszy brat” jest mi winien przysługę. Masz doświadczenie z dzieciakami, prawda?

Kręcę głową.

– Nie.

– Wiesz w ogóle, co to za inicjatywa?

– Nie, ale założę się, że zaraz mnie pan oświeci – odparowuję; nie potrafię się powstrzymać. Krzyżuję ręce na piersi, przyjmując defensywną pozę, którą większość ludzi odczytuje jako budzącą strach.

Ale nie trener.

– Proszę pozwolić, że panu wyjaśnię, panie Daniels. To program, który ma za zadanie połączyć małoletniego ze starszym wolontariuszem, na przykład z panem, w roli mentora. Starszy brat spędza czas z podopiecznym, pokazuje, że dzieciak nie jest sam. Jest kimś, na kim można polegać i kto nie nawala. Zazwyczaj to dobre dzieciaki z niepełnych rodzin, ale nie zawsze. Czasami są zostawione samopas, mają ojców nierobów i takie tam. Czasami rodzice po prostu mają swoje dzieci gdzieś i one muszą same o siebie dbać. Wiesz, jak to jest, prawda, synu?

Tak.

– Nie.

Sadysta nie zamierza przestać. Przerzuca jakieś papiery na biurku.

– Istnieje proces rekrutacyjny, który z powodzeniem byś oblał, więc pociągnę za kilka sznurków i ominiemy biurokrację. Wiesz dlaczego? Bo masz potencjał, żeby odnieść sukces, ale marnujesz go, będąc wrednym gnojkiem.

Szura krzesłem, odgłos odbija się od ścian biura przypominającego celę więzienną.

– Może musisz wreszcie pomyśleć o kimś więcej niż tylko o sobie. Może musisz poznać dzieciaka, który ma w życiu bardziej przejebane niż ty. Koniec tego użalania się nad sobą.

– Nie mam czasu na bycie wolontariuszem, trenerze – cedzę. Facet szczerzy do mnie zęby zza biurka, światło lampy sufitowej odbija się w jego grubych okularach.

– No to strasznie szkoda, wiesz? Bo albo znajdziesz czas na wolontariat, albo wylatujesz z drużyny. Nie potrzebuję takiej tykającej bomby jak ty. Uwierz mi, że damy sobie radę bez ciebie.

Czeka na moją odpowiedź, a ponieważ nie udzielam jej od razu, naciska.

– Myślisz, że sobie poradzisz? Powiedz: „Tak, panie trenerze”.

Kiwam sztywno głową.

– Tak, panie trenerze.

– Świetnie. – Usatysfakcjonowany sięga po żółty ołówek i rzuca go w moją stronę. – Wypełnij kwestionariusz i zabierz go ze sobą. Spotkasz się ze swoim podopiecznym jutro w centrum miasta. Adres masz na formularzu.

Niechętnie zabieram ołówek i kartkę, ale nawet na nią nie zerkam.

– Nie spóźnij się. Nie spieprz tego. Jutro po południu przekonasz się, jak żyją inni, jasne? – Gdy kiwam głową, dodaje jeszcze: – Świetnie. A teraz wypieprzaj z mojego biura.

Posyłam mu groźne spojrzenie.

Jego chrapliwy śmiech dociera do mnie zza pleców, gdy odwracam się do drzwi.

– Panie Daniels, jeszcze jedno.

Zatrzymuję się, ale się nie odwracam.

– Wiem, że to nie będzie łatwe, ale proszę się postarać i nie zachowywać się jak skończony dupek przy tym dzieciaku.

Trener to totalny buc.

Nie żeby to mnie jakoś ruszało, bo sam nie jestem lepszy. Niewiele rzeczy mnie ostatnio obchodzi. Nie mam pojęcia, skąd mu przyszło do głowy, że będę się przejmował jakimś pieprzonym bachorem. Zwłaszcza takim, którego wciska mi na siłę.

Przyjaciele nazywają mnie bezlitosnym. Twierdzą, że w moich żyłach płynie lodowata krew i nie można się do mnie zbliżyć.

Ale ja tak lubię; uwielbiam tworzyć dystans. Ludzie mnie nie potrzebują, a ja potrzebuję ich jeszcze mniej. Szczęście to mit. Na co ono komu? Ten gniew jątrzący się we mnie jest prawdziwszy niż jakiekolwiek szczęście, o którego istnieniu już zapomniałem, bo całe życie byłem sam.

Pasowało mi to doskonale przez piętnaście lat.

Wciąż wściekły wchodzę do sklepu spożywczego, biorę wózek i pcham go przez kolejne alejki, wrzucając do środka zakupy bez zwalniania kroku.

Płatki owsiane. Syrop z agawy. Orzechy włoskie.

Docieram do sekcji ze zdrową żywnością, automatycznie sięgam po białko w proszku. Jedną ręką chwytam pudełko i wrzucam je do wózka między mięso, chleb i butelki z wodą.

Skręcam w następną alejkę, przesuwam wózek na prawą stronę, prawie wpadając na dziewczynkę stojącą na palcach i sięgającą po coś na wyższej półce. Czarne kręcone włosy ma związane mocno w dwa kucyki, a chude jak patyki rączki wyciąga w kierunku pudełka, którego nigdy nie dosięgnie.

Nawet gdyby się wspięła na same czubki palców.

No i stoi mi na drodze.

– Cholera, dzieciaku, mało brakowało, a bym cię rozjechał – warczę. – Na drugi raz rozglądaj się trochę.

Dziewczynka ignoruje moje ostrzeżenie.

– Możesz mi to zdjąć? – Jej małe pulchne palce wyciągają się w stronę czerwonego pudełka z wafelkami do lodów, a wskazujący jest skierowany w stronę najwyższej półki. Jej maleńkie paznokcie są pomalowane brokatowym niebieskim lakierem, a pod nimi kryje się trochę brudu.

– A ty w ogóle możesz rozmawiać z obcymi? – Patrzę na nią groźnie, ale i tak zdejmuję pudełko, po czym szorstko podaję je małej. Rozglądam się i zauważam, że dziewczynka jest bez opieki. – Chryste, dzieciaku, a gdzie twoi rodzice?

– W szkole.

– W szkole?

– Mój tata pracuje, a mama jest w college’u.

– To z kim tutaj przyszłaś, do cholery?

Mała ignoruje pytanie. Zamiast odpowiedzieć przekrzywia głowę i patrzy na mnie zmrużonymi oczami.

– Powiedziałeś brzydkie słowo.

Nie mam nastroju na bycie grzecznym, więc też mrużę oczy.

– Jestem dorosły. Mogę mówić, co mi się żywnie podoba.

– Naskarżę na ciebie. – Jej małe usta wydymają się z niezadowoleniem i widzę, że dzieciak mnie ocenia. Założę się, że jest bardzo lubiana w klasie.

– Jasne, mała, śmiało.

– Summer?! – Dociera do mnie kobiecy głos gdzieś zza rogu. Nagle niczym szarobiała lawina do alejki wpada właścicielka owego głosu i aż jej dech zapiera na nasz widok.

– Mój Boże, tu jesteś!

Pada na kolana i przyciąga chudzinkę do piersi.

– Mój Boże – powtarza zdyszana. – Kochanie, nie możesz tak po prostu sobie odchodzić! Wystraszyłaś mnie na śmierć. Nie słyszałaś, jak cię wołam?

Dziewczynka – najwyraźniej Summer – nie poddaje się, próbując wyswobodzić się z objęć kobiety.

– Chciałam rożki i posypkę.

– Summer. – Kobieta znowu przyciska dziewczynkę do siebie i bierze niepewny oddech. – Nie mogłam cię znaleźć. Myślałam, że ktoś cię porwał. Prawie dostałam zawału.

– Przecież byłam tutaj, Vi – piszczy mała w kurtkę kobiety i wierci się, żeby tamta jej nie udusiła swoim uściskiem. – Ten chłopak zdjął mi rożki.

Ten chłopak?

Podnoszę ręce do góry.

– Ej, ej. Nie wciągaj mnie w to bagno, dzieciaku.

Wtedy kobieta zauważa moją obecność i podnosi wzrok. Wysoko. Wysoko, aż do moich zirytowanych oczu. Nasze spojrzenia spotykają się i zdaję sobie sprawę, że kobieta jest młodsza, niż mi się wydawało. Do tego wygląda jakby znajomo.

Jej oczy są cudownie orzechowe i otwierają się szeroko pod wpływem nagłej paniki, pewnie dlatego, że patrzę na nią wrogo. Większość ludzi czuje strach na mój widok i uważam to za powód do dumy.

Kobieta rozchyla usta, ale nie wydobywa się z nich żadne słowo, jedynie lękliwy pisk. Szybko odzyskuje równowagę, ściska mocniej dziewczynkę i głaszcze ją po delikatnych rączkach.

– D-długo tu z nią czekałeś?

Kiedy dociera do mnie, że to ja jestem adresatem tego pytania, prycham i ignoruję je. Zamiast udzielić odpowiedzi, stwierdzam oczywistość:

– Dziewczyno, kijowa z ciebie niańka. Ktoś mógł ją przecież porwać.

Opuszcza głowę i ramiona zawstydzona.

– Wiem! Uwierz mi, wiem.

Znowu zaciska usta, broda zaczyna jej drżeć. Bierze kilka głębokich wdechów, żeby zapanować nad emocjami, a potem przełyka nerwowo ślinę.

– Dziękuję za pomoc.

– Za pomoc? To zabawne. Żaden ze mnie samarytanin. – Nie chcę jej podziękowań, nie chcę też przedłużać tej porażająco nudnej gadki. – Ja tylko powstrzymałem ją przed wywróceniem całego regału. Jest zajebiście niska.

– Tak czy inaczej, dziękuję. – Kolejny szybki uścisk ramion małej i opiekunka wstaje.

Jest drobna, daję jej metr pięćdziesiąt trzy wzrostu – maleńka, niższa ode mnie o jakieś trzydzieści centymetrów. Oczy ma duże, orzechowe. Włosy gęste i tak jasne, że niemal białe. Opadają jej na ramię splecione w gruby misterny warkocz. Mój wzrok natychmiast wędruje do dekoltu spranej już koszulki Iowa, żebym mógł podziwiać jej biust. Płaska.

Cholera, słabo. Zmrużonymi oczami przyglądam się jej zarumienionej twarzy.

– Czy my się znamy?

Dziewczyna przełyka ślinę i odwraca wzrok.

– Nie wydaje mi się.

Nie cierpię kłamców.

– Ależ znamy się. Mieszkasz w bibliotece.

Jakiś niesforny kosmyk, który nawet nie wpadał jej do oczu, zostaje brutalnie usunięty na bok.

– P-pracuję w bibliotece, zgadza się. A także jako niania dla n-niektórych studentów z dziećmi w wieku przedszkolnym oraz w Centrum Studenta.

Wierci się jak cholera i nie mam bladego pojęcia, jaki ma problem.

Może się zawstydziła. Albo coś ćpała.

Nachylam się, żeby się lepiej przyjrzeć jej źrenicom – sprawdzam, czy nie są rozszerzone – i wtedy do mojego nosa dociera jej zapach; pachnie dziewicą i chyba zasypką dla niemowląt, chociaż nie mam za bardzo pojęcia, jak to właściwie pachnie.

Przysuwam się jeszcze bliżej.

– Powiedz tym pieprzonym korepetytorom, że powinni pojawiać się w pracy.

Jeśli to w ogóle możliwe, żeby człowiek zrobił się czerwony od opuszek palców po skórę głowy, tej dziewczynie się to udało. Podnosi ręce do twarzy i przyciska dłonie do policzków.

Bierze głęboki wdech, po czym ściska ramię dziewczynki.

– Przekażę. – Pauza. – Musimy uciekać.

– Jasne, powinnyście już iść, bo stoicie mi na drodze. – Szarpię wózek, popychając go do przodu, żeby mogły się ruszyć. Próbuję przejechać przez tę resztkę miejsca, którą łaskawie mi zostawiły. Zanim jednak zniknę za rogiem alejki, jeszcze raz celuję palcem w dziewczynę. – A tak w ogóle, beznadziejna niańko, ten dzieciak nie powinien być w sklepie, tylko w domu.

Po tym popołudniu rodem z piekła rzucam torby z zakupami na blat w kuchni, bezceremonialnie wypakowuję ich zawartość i pozbywam się brązowego papieru. Przestawiam rzeczy w kilku szafkach, żeby zrobić miejsce na nowy szajs, a potem otwieram butelkę wody, zastanawiając się nad obiadem.

Chuda pierś kurczaka i brokuły. Warzywa z brązowym ryżem. Miska płatków owsianych z orzechami i borówkami.

Nic nie brzmi dobrze.

Nie po tym całym gównie, które mnie dzisiaj spotkało.

W głębi korytarza rozlega się dźwięk otwieranych i zamykanych drzwi, po czym następuje cisza. Kilka chwil później ktoś spuszcza wodę w łazience.

Do kuchni wchodzi Jameson Clark – dziewczyna, z którą mój współlokator Oz spotyka się od niedawna. Ma na sobie dopasowane dżinsy i puchaty jasnoniebieski sweter. Okulary. Pełen satysfakcji uśmiech na jej twarzy szybko zostaje zastąpiony wyrazem zaskoczenia, kiedy widzi mnie przy zlewie.

Jameson za mną nie przepada.

Nie obchodzi mnie to, bo ja też jej nie lubię.

Dziewczyna ostrożnie podchodzi do lodówki, ale waha się, zanim ją otworzy.

– Hej, co tam? – pyta, próbując nawiązać rozmowę.

– Spoko.

Pokazuje na lodówkę.

– Nie będziesz miał nic przeciwko, jeśli…

Prycham.

– Och, nie krępuj się. Proszę, jedz nasze żarcie i czuj się jak w domu. I tak zawsze to robisz.

Zamiast otworzyć w końcu lodówkę, Jameson opiera się o blat, przyglądając mi się uważnie, jakbym był zagadką, której nie potrafi rozwikłać.

– Wiesz, że nie jestem twoim wrogiem, prawda?

Bzdura.

– Nie rozumiem, dlaczego próbujesz ze mną rozmawiać. Nie jestem w nastroju – cedzę.

– A to coś nowego. Ale z ciebie zrzęda.

James wyjmuje z dużej miski jabłko – jedno z moich jabłek – i gryzie. Przeżuwa i przełyka pierwszy kęs. Gryzie znowu, a ciszę w kuchni wypełnia tylko odgłos chrupania.

– Widzę, że coś cię gnębi, Zeke. I chociaż tyle warczysz i prychasz, wiem przecież, że nie może chodzić o mnie.

James wesoło wyciąga nogę i opiera ją o szafkę. Spuszczam odruchowo wzrok, przyciągają go jej paznokcie u stóp, pomalowane na żywy niebieski kolor. Pasują do kardiganu.

Zauważa moje spojrzenie i przebiera palcami, uśmiechając się pod nosem.

Cholera.

– Zdaję sobie sprawę, że nie zaczęliśmy zbyt dobrze, ale chciałabym, żebyś czuł się w mojej obecności swobodnie. Może nawet mógłbyś uznać mnie za przyjaciółkę.

Wykluczone.

– Wiem, że uważasz się za superlaskę, bo sypiasz z Sebastianem Osborne’em, ale uwierz mi, nie jesteś nią – mówię z uśmiechem. – Toleruję cię, bo muszę, więc możesz sobie darować.

Opada jej kopara, a ja rozluźniam się zadowolony, że wybiłem jej z głowy głupie pomysły o zaprzyjaźnieniu się ze mną.

– Dlaczego jesteś ciągle taki wkurzony? – mamrocze bardziej do siebie niż do mnie, a w jej głosie słychać zdumienie.

– Chryste, dlaczego wszyscy mnie o to pytają?

To mnie jeszcze bardziej wkurza.

– Zeke, nawet jeśli nic cię nie trapi, może poczułbyś się lepiej, gdybyś porozmawiał z Sebastianem…

– Spotykasz się z Ozem całe pięć minut. Zrób nam obojgu przysługę i daruj sobie te próby analizowania mnie. Może i jestem jego kumplem, ale twoim nigdy nie będę. – Maszeruję do drzwi, zabieram swoje rzeczy i zarzucam plecak na ramię.

Jameson gapi się na mnie z szeroko otwartymi oczami i wydaje się…

Trochę urażona.

Trudno, nie mogę teraz pieprzyć się z tymi bzdurami.

– Jestem umówiony w bibliotece. I nie mam czasu na pogaduszki, więc wybij sobie z głowy te urojenia o naszej przyjaźni.

Otwieram drzwi i wychodzę, nie oglądając się za siebie.

– Nie czekajcie na mnie.

Rozdział 2

„Słuchaj, próbowałam go polubić,

ale jego kutas smakował porażką

i rozczarowaniem”.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści:
Okładka
Karta tytułowa
Prolog
Rozdział 1
Rozdział 2
Karta redakcyjna

TYTUŁ ORYGINAŁU:

How to Date a Douchebag: The Failing Hours

(Book Two)

Redaktor prowadząca: Marta Budnik

Redakcja: Anna Klim

Korekta: Justyna Yiğitler

Projekt okładki: designpartners.pl

Zdjęcia na okładce: © kiuikson (Shutterstock.com),

© Nadya Korobkova (Shutterstock.com)

Copyright © 2017. The Studying Hours: How to Date a Douchebag by Sara Ney

Copyright © 2019 for the Polish edition by Wydawnictwo Kobiece Łukasz Kierus

Copyright © for the Polish translation by Agnieszka Brodzik, 2019

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2019

ISBN 978-83-66234-97-0

Bądź na bieżąco i śledź nasze wydawnictwo na Facebooku:

www.facebook.com/kobiece

Wydawnictwo Kobiece

E-mail: [email protected]

Pełna oferta wydawnictwa jest dostępna na stronie

www.wydawnictwokobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek