Express Méditerranée, czyli podróż po Morzu Śródziemnym i okolicach - Jacek Pałasiński - ebook

Express Méditerranée, czyli podróż po Morzu Śródziemnym i okolicach ebook

Jacek Pałasiński

5,0
19,90 zł

lub
Opis

„Express Méditerranée” to podróż wśród narodów i kultur wyrosłych wokół Morza Śródziemnego. Podróż po obszarach i epokach pełnych fascynujących postaci: geniuszy i zbrodniarzy, fałszywych bożków i sług bożych. Podróż do Jerozolimy prze Ateny do Lizbony, z częstymi wypadami do Warszawy. Podróż po historii szlakami nieprzetartymi, a w każdym razie niecodziennymi i pasjonującymi.

Jacek Pałasiński, dziennikarz, pisarz, autor setek reportaży, filmów dokumentalnych i programów telewizyjnych, realizowanych w kilkudziesięciu krajach świata. Przez 30 lat mieszkał we Włoszech.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 292

Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0



Jacek Pałasiński
EXPRESS MÉDITERRANÉE
eLiteraWarszawa 2020
© Copyright for the text by Jacek Pałasiński, Rzym 2002
Projekt okładki: Maria Czerniewicz-Pałasińska
Redakcja i korekta: Zespół
Wszelkie prawa zastrzeżone. Publikacja ani jej części nie mogą być w żadnej formie i za pomocą jakichkolwiek dostępnych środków technicznych repredukowane bez zgody właściciela copyright. Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
Wydanie pierwsze, elektroniczne Warszawa, 2020
ISBN 978-83-63732-09-7
Wydawca:eLitera s.c.
.

Autor pragnie podziękować wszystkim Przyjaciołom, a zwłaszcza Jarosławowi Reszczyńskiemu i Henrykowi Litwinowi za życzliwą i cierpliwą konsultację naukową.

.

Filozofować to nic innego, jak przygotowywać się do śmierci.

Cyceron

Polak jest olbrzym, a człowiek w Polaku jest karzeł – i jesteśmy jak karykatury, jesteśmy tragiczna nicość i śmiech olbrzymi... Słońce nad Polakiem wstawa, ale zasłania swe oczy nad człowiekiem.

Cyprian Kamil Norwid

EXPRESS MEDITERRANÉE

Nie wiem dlaczego, ale ostatnio dość często powraca mi pod powieki widok najbardziej bodaj kuriozalnego pociągu w Europie, tego, który łączy korsykańskie miasto Calvi z leżącą na wschodnim wybrzeżu Bastią. Dwa krzykliwie kolorowe wagoniki z grubej blachy, pozbawione szyb w oknach, jadące po torach położonych bez żadnych umocnień na wydmach. Wiatr od Golfe de Calvi wydmuchuje piasek spod spruchniałych podkładów i zdarza się, że ciuchcia ciągnie całą tę koślawą karawanę przez wiele metrów po szynach zawieszonych w powietrzu.

Wagoniki zostały sklepane byle jak, jeszcze w dziewiętnastym wieku. Główna korsykańska linia kolejowa, Bastia–Ajaccio, uruchomiona została w ubiegłym, nie – w przędubiegłym stuleciu, a dokładniej w 1894 roku. Odnoga do Calvi, łącząca się z głównym traktem w Ponte Leccia, może być nieco późniejsza. Ale swoje lata ma, widać to z każdego centymetra blachy.

BRAT DIONIZOS POCIĄGA WINO

Precyzuję stulecie, bo dzisiejsze czasy jakoś wariacko zawirowały i trudno o identyfikację z własną epoką. Nie to, co w przeszłości, kiedy nikt nie miał wątpliwości, do jakiej należy epoki. A dzisiaj?... Okazuje się, że z powodu błędu pewnego średniowiecznego (556) mnicha, niejakiego Dionizosa Exiguusa („Niewystarczającego”, „Nędzarza”, „Drobnego”, choć w Polsce nazywa się go po prostu „Małym”), prawdziwy rok 2000 był w roku znanym nam jako 1996. Albo też może nastąpi w r. 2007...

Dionizos ustalił, że data narodzin Jezusa pokrywa się z datą śmierci Heroda Wielkiego, najprawdopodobniej by nadać jakąś logikę opowieści o rzezi niewiniątek. Herod zmarł jednak w 4 r. p.n.e.

Natomiast z Ewangelii wynika jednoznacznie, że Jezus urodził się w roku spisu powszechnego przeprowadzonego w prowincjach podległych namiestnikowi syryjskiemu Kwiryniuszowi (zwanemu w polskich przekładach Cyrynusem), a więc i w Galilei. Spis ten odbył się jednak w latach 6 i 7 raszej ery.

Ale nawet ta data nie jest pewna; prawdopodobnie miała uzasadniać obecność Józefa w Betlejem. Według przepowiedni Micheasza, Mesjasz musiał się narodzić ze szczepu Dawidowego w Judzie, w Betlejem. Ponieważ jednak rodzina Józefa mieszkała znacznie bardziej na północ, w Galilei, gdzie Jezus się wychował, trzeba było jakoś miejsce narodzin pogodzić z proroctwem. I autor Ewangelii podał, że mieszkańcy Palestyny otrzymali nakaz, by bez względu na to, gdzie się znajdują, powrócili w miejsca, z których pochodzi ich ród. W rzeczywistości jednak namiestnik rzymski takiego rozporządzenia nigdy nie wydał.

Tak czy owak, jeśli jeszcze nie jesteśmy, to zaraz będziemy w XXI wieku. W XXI wieku, którego nie lubię, w którym nie mam czego szukać i który jest mi obcy. Nie pozostaje mi nic innego, jak pogodzić się z faktem, że jestem reliktem XX wieku. Kto by przypuszczał, że pewnego dnia poczuję na sobie łapę strachu przed nie swoim stuleciem?

Kto by przypuszczał, że pewnego dnia zasiądę w ostatnim wagoniku klownowskiej, operetkowej, anachronicznej kolejki wiozącej mnie znikąd do nikąd w towarzystwie stacjonujących w Calvi żołnierzy Legii Cudzoziemskiej z łbami zwieńczonymi idiotycznymi, białymi kepi?... Choć może to wysmukłe, ołowiane hełmy?... Dzidy w rękach... A może to pastorały?...

Kto by przypuszczał, że przez nieoszklone okno będą mi migać przed oczami dziwni ludzie, dziwne krajobrazy i budowle, aż na którejś z wydm pociąg wypadnie z szyn na przepróchniałym podkładzie i, pogwizdując nie wiedzieć czemu wesoło, wwiezie mnie prosto w otchłanie Morza Śródziemnego?...

ZAWIROWANIA CZASU

Całego tego zawirowania w czasie, z jego bezpośrednimi konsekwencjami, również dla przestrzeni, w ogóle by nie było, gdybyśmy nadal, za Rzymianami, mierzyli czas ab urbe condita, czyli od r. 753 p.n.e. Albo, jak Żydzi, od stworzenia świata, tj. od roku 3760 p.n.e. Coś ich jednak nienajlepiej poinformowano o dacie początku świata; a może sami coś poplątali? Ale nie masz to jak konsekwencja: świat został stworzony pięć tysięcy siedemset sześćdziesiąt kilka lat temu. Jeśli nie wierzycie, spytajcie pierwszego lepszego ortodoksyjnego żyda.

Żydzi poznali metodę układania swojego kalendarza dopiero na początku IV w. Przedtem kalendarz ogłaszany był periodycznie przez Sanhedryn. Po zniszczeniu świątyni, wygnaniu i rozproszeniu Żydów pod koniec I w. n.e. rolę Sanhedrynu przejął patriarcha, który ogłaszał miesiące, daty świąt i sezonów, wysyłając posłańców do wszystkich większych wspólnot żydowskich. W pierwszych wiekach naszej ery również chrześcijanie regulowali swe życie według tego kalendarza. Ta zależność nie spodobała się kapłanom zwycięskiej religii, którzy wymogli na Rzymie zakaz ogłaszania kalendarza przez patriarchę. Nie pozostało mu więc nic innego, jak ogłosić wszem i wobec zasady jego ustalania. Usiłowałem je zgłębić, ale nie na moją to głowę. Zrozumiałem tylko, że najbardziej feralny dla Żydów dzień 9 Av, data zburzenia pierwszej i trzeciej świątyni jerozolimskiej, a także data wygnania Żydów z Hiszpanii, może przypaść równie dobrze w maju, jak i w sierpniu.

Chrześcijanie od pewnego czasu nie upierają się już, że świat został stworzony 4004 lata przez Chrystusem, chociaż nic mi nie wiadomo, by data ta, przyjęta za oficjalną przez biskupa Usshera w r. 1650, sto pięćdziesiąt osiem lat po odkryciu Ameryki, została oficjalnie przez Kościół zdementowana.

Kościół przyznaje jednak oficjalnie, że brat Dionizos popełnił błąd. Nie wyjaśnia tylko, dlaczego. Niewykluczone, że nomen był w tym wypadkuomen. Możliwe więc, że Dionizos – wierny swemu imieniu – czuł nadmierną skłonność do dobrego wina i że nie stało mu wiedzy, by brać się za układanie kalendarza.

W ogóle mamy pecha z liczeniem czasu. W najstarszej wersji obowiązującego do dziś (z niewielkimi zmianami) kalendarza rzymskiego było dziesięć miesięcy. To dlatego grudzień nazywa się december(decem – dziesięć), listopad – november(novem – dziewięć) a październik – october, proszę zgadnąć, dlaczego. KiedyUrbs była condita dopiero od kilkudziesięciu lat, wprowadzono kalendarz oparty na fazach księżyca, dwunastomiesięczny, z wypadającym co jakiś czas miesiącem przestępnym, by fazy księżyca wyrównały się z ruchem ziemi dookoła słońca. Juliusz Cezar zlecił reformę tego kalendarza egipskiemu (choć zhellenizowanemu) astronomowi Sosigenesowi, który wprowadził podział czasu znany w jego ojczyźnie od kilku tysięcy lat. Dzięki niemu od 1 stycznia 45 p.n.e. zamiast przestępnych miesięcy mamy przestępne dni.

Powinniśmy się cieszyć, że nie żyliśmy za Juliusza Cezara. Z wielu powodów – między innymi z tego, że wprowadzenie kalendarza egipskiego spowodowało zamieszanie doprawdy astronomiczne. Wystarczy wspomnieć, że, aby wyrównać zebrane nadwyżki, rok 46 p.n.e. trwał o sześćdziesiąt siedem dni dłużej od pozostałych. Czyż można tak lekkomyślnie podważyć jeden z niewielu pewników, na których opiera się człowiek w swej wędrówce przez ten padół?

Ale nie koniec na tym. Po jakimś czasie okazało się, że i Egipcjanin Sosigenes popełnił błąd. Pomylił się zaledwie o 11 minut i 6,9 sekundy na rok. Ale kiedy w 1582 roku papież Grzegorz XIII zdecydował się skorygować tę pomyłkę, uzbierało się już prawie trzynaście dni.

Papież Grzegorz reformę przeprowadził, ale państwa pozostające w strefie wpływów Konstantynopola, a więc i obrządku prawosławnego, by zrobić mu na złość i udowodnić, że nie ma nad nimi żadnej władzy, nadal używały starego kalendarza. Najdłużej obowiązywał on w Rosji. Niektóre dzieci długo nie mogły zrozumieć, jak to możliwe, że rewolucja październikowa była w listopadzie...

NOWY JORK, MORZE ŚRÓDZIEMNE

Wciągu ostatnich dwudziestu lat jechałem autobusem lub innym naziemnym środkiem masowej komunikacji miejskiej może trzy, może pięć razy. Ostatni raz autobusem linii M1 w Nowym Jorku. Za dolara dwadzieścia pięć można się było przejechać od World Trade Center, a więc praktycznie od „dolnego” krańca Manhattanu, aż do Harlemu, przez Union Square i 5th Avenue, wzdłuż Museum Mile przy Central Park East. Za podobną przejażdżkę turystycznym autobusem z londyńskiego demobilu Gray Line żąda dwadzieścia dolarów, choć rano daje się wytargować piętnaście, a jak się jest z ukochaną kobietą, to nawet dziesięć na łebka. M1 jest na dodatek klimatyzowany, co upalnym nowojorskim latem, kiedy temperatura przekracza regularnie 100 stopni Fahrenheita, czyli koło 38 naszych, albo zimą, kiedy lodowaty wiatr od oceanu przenika przez najbardziej nawet puszyste kurtki, decyduje o ujściu z przejażdżki z życiem.

Wariat – pomyślisz. Książkę o Morzu Śródziemnym zaczyna od Nowego Jorku... No tak, ale czy dzisiaj da się cokolwiek zacząć gdzie indziej? Książka jest o Morzu Śródziemnym i okolicach. I wszystko się zgadza. Nowy Jork, chociaż WASP i coloured, wydaje mi się bardziej śródziemnomorski niż – dajmy na to – dzisiejsze Ateny. I co ja na to poradzę?...

Zresztą Nowy Jork nie jest już dzisiaj taki sam jak niegdyś. Ten, który poznałem, przeszedł do przeszłości – jak Jerozolima, Ateny czy Rzym. W Jerozolimie stoi jeszcze rząd kolumn okalających cardo, główną oś komunikacyjną rzymskiego miasta, zbudowanego na ruinach Jerozolimy Chrystusowej; nad Atenami góruje Partenon; w Rzymie zachowała się ruina Koloseum. A w Nowym Jorku wykopano dziurę w miejsce wież WTC, pod którymi latem można było posłuchać dobrego jazzu...

ELEKTRYCZNYMUSIC HALL

Nowy Jork. Miliony ludzi usiłowały określić jakimś odpowiednim przymiotnikiem to miasto, niewątpliwie jeden z cudów nowożytnego świata. Więc i ja spróbuję. Elektryczne.

W Nowym Jorku krew płynie z nowym wigorem, inaczej niż gdziekolwiek indziej. To miasto podnieca. Zachwyca i jednocześnie przeraża. Wzbudza miłość, a jednocześnie strach i nienawiść. Kocioł, w którym smaży się osiem milionów grzeszników, pełen miejscuś i zaułków, w których nie możesz się oprzeć wrażeniu, że jesteś na świecie zupełnie sam. Najeżone nie kończącymi się wieżami, San Gimignano XX wieku, pełne sielsko-bukolicznych pólek, domków i ogródków. Miasto krezusów, przy których bogactwie blaknie bogactwo starożytnych Myken, pełne tysięcy nieszczęśników śpiących zimą na kratach od metra, spod których płynie nieco ciepła. Latem rozżarzone i pozbawione powietrza; zimą lodowaty biegun ekumenosu.

Plączesz się któregoś wieczora po Upper West Side, wracasz z koncertu jazzowego w krzakach, bo trudno to nazwać parkiem, okalających Lincoln Center. Wchodzisz do pierwszego lepszego deli – ni to sklepu garmażeryjnego, ni to restauracji – w którym przy kasie stoi potężny Hindus w czerwonobrunatnym turbanie. Powoli napełniasz domagające się sprawiedliwości kiszki i zadowolony dajesz, wychodząc, quarter’a żebrzącemu młodemu Murzynowi, który natychmiast rozpoczyna swój griotowski taniec dziękczynienia. Opuszcza cię strach – do Harlemu stąd niedaleko – atmosfera robi się przyjemna, braterska, wesoła. Na odchodnym mówisz ciao. Murzyn rozpoznaje w tobie Włocha i rozpromienia się jeszcze bardziej. Ciao, italiano, Colombo, Verrazano, Pavarotti – krzyczy za tobą. Co za wieczór. Co za miejsce.

To wszystko należy już do przeszłości. Może kiedyś wróci, ale nieprędko. Nowojorczycy zgodnie przyznają, że po 11 września 2001 roku ich miasto stało się lepsze, bardziej ludzkie. Nie obowiązuje już zasada „nigdy nie patrz w oczy człowiekowi, który idzie ci naprzeciw”. Można nie tylko patrzeć w oczy, ale wręcz zagadać do nieznajomego w metrze, autobusie, na ulicy. Zmniejszyła się liczba przestępstw – i to nawet bez interwencji Giulianiego i jego następcy Bloomberga. W Nowym Jorku pojawiły się życzliwe uśmiechy. Mijają miesiące, a czar jeszcze nie prysł; ludzie nadal są dla siebie życzliwi! „Efekt zamachów był o wiele większy, niż się spodziewaliśmy” – powiedział Osama do swego saudyjskiego gościa w Kandaharze. O, tak.

Osama, syn Ladena nie mógł wybrać do zaatakowania lepszego miasta niż Nowy Jork, a w tym mieście lepszego obiektu niż World Trade Center, by silniej wstrząsnąć sześcioma miliardami istot ludzkich, by niebezpiecznie zakołysać światową ekonomią, ludzkimi przyzwyczajeniami, sympatiami, upodobaniami. Niektórzy sądzą, że skuteczniej można było doprowadzić do frontalnego starcia cywilizacji, kierując parę porwanych samolotów na kopułę św. Piotra. Sądzę jednak, że reakcja świata nie byłaby tak jednomyślna i stanowcza, a kto wie, czy wszystko nie rozeszłoby się po kościach. Tylko Ameryka jest w stanie zogniskować energię zachodniego świata i skierować ją ku realizacji określonego celu.

Dopiero atak z 11 września 2001 roku w całej jaskrawości rozwiał złudzenie Europejczyków, że ich kontynent jest centrum świata. Osama zaatakował stolicę planety, a w stolicy jej symbol. Od trzydziestu lat nie była nim już Statua Wolności, ale bliźniacze wieże World Trade Center. Rzym może się chlubić mianem stolicy chrześcijaństwa, ale tak naprawdę jest mało liczącym się peryferyjnym miasteczkiem, któremu statusu stolicy odmawia nawet połowa chrześcijan.

JAK ŻYD Z POZNANIA WODZIŁ VASCO DA GAMĘ

Dzisiaj żelazne ptaszyska co kilka minut wypluwają tysiące przybyszy ze starego kontynentu, żądnych nowoświeckiej khatarsis, pragnących zastrzyku nowej energii, jakiej nieodmiennie dostarcza Nowy Jork. Ale pierwszym Europejczykiem, który zapuścił się w te strony, był Giovanni da Verrazano, Toskańczyk. Nemo profeta in patria, więc i on, jak Kolumb i tylu innych, poszukiwał fortuny jedząc obcy chleb. Nie Hiszpan i nie Portugalczyk, lecz król francuski Franciszek I przyjął go na swój żołd i w 1523 roku rozkazał żądnemu przygód Włochowi szukać drogi do Chin.

Od „odkrycia Ameryki” minęło wszystkiego trzydzieści lat, a niewiele ponad dwadzieścia od czasu, gdy gubernator Francisco de Bobadilla aresztował Kolumba na Haiti i w kajdanach odesłał do Hiszpanii, twierdząc, że robi machloje. W 1520 r. w Nowym Świecie został spalony na stosie pierwszy żołnierz hiszpański podejrzewany o „praktyki żydowskie”. Tego samego 1520 roku Fernâo de Magalhâes odnalazł drogę na Pacyfik, była ona jednak długa i niebezpieczna, podobnie jak ta, którą w 1487 roku przetarł dla Vasco da Gamy Bartolomeu Diaz, jako pierwszy docierając do Przylądka Dobrej Nadziei. Notabene, dotarłszy do Indii, Vasco da Gama spotkał pewnego Żyda z Poznania, który zdążył już dokładnie przeeksplorować całe Indie, na tyle, że Vasco zaangażował go jako przewodnika. Niestety, zazdrosny Magellan nie przytoczył imienia starozakonnego przybysza znad Warty.

Pacyfik też zresztą był już znany przed Magellanem: w r. 1513 Vasco Nunes de Balboa przedarł się piechotą na jego brzeg przez przesmyk panamski. Tymczasem już od 1507 roku lotaryński kartograf Martin Waldseemiiller (tak pisany z holenderska, bo w rodzinnej Wirtembergii pisano go albo Waltzenmiiller albo Waldsemüller) nazywał nowy kontynent „Ameriką” na cześć Ameriga, „Americusa” Vespucciego.

W 1523 roku świat był już znacznie mniejszy niż w okresie podróży Kolumba czy Diaza: hiszpańskie i portugalskie karawele setkami żłobiły wody wszystkich mórz i oceanów. Panowało jednak pewne rozczarowanie: nowy kontynent był, owszem, ciekawy, ale jak na razie nie dostarczał ani złota, ani korzeni, tak jak od wieków znane Indie czy Chiny. Dlatego głównym zadaniem nawigatorów stało się znalezienie jakiejś cieśniny, jakiegoś przesmyku, którym można by było ominąć nieciekawy, ba, nierentowny Nowy Świat i dopłynąć do gwarantującej zyski Azji.

DO AZJI, DO AZJI

Azja od zarania dziejów była źródłem bogactwa Europejczyków skupionych wokół wybrzeży Morza Śródziemnego, zwłaszcza w jego wschodniej i środkowej części. Przez stulecia nikogo (poza Islandczykiem Bjarnim Herjulfssonem który dotarł ponoć na Labrador na czternaście lat przed Wikingiem Leivem Erikssonem den Hepne, odkrywcą Nowej Szkocji na początku XI w.) nie interesowały wycieczki gdziekolwiek indziej. Liczyły się tylko Chiny i Indie. Stamtąd przywożono przyprawy (zdarzało się, że Europejczycy używali zamiast monet woreczków z pieprzem) i pachnidła, stamtąd też dotarła do Europy technologia.

Charles Singer, jeden z autorów monumentalnej Historii technologii, twierdzi, że od początku naszej cywilizacji Europa na ogół ustępowała Środkowemu, a zwłaszcza Dalekiemu Wschodowi pod względem rozwoju technologicznego. Większość osiągnięć epoki klasycznej i średniowiecza przybyła do Europy ze Wschodu: lekarstwa, barwniki (chemia), sekstansy i inne przyrządy astronomiczne, technologie budowlane, żywność, teorie prowadzenia wojen, technologie górnicze i hutnicze, broń i zbroje, by nie wspomnieć o tak przełomowych wynalazkach, jak papier, proch strzelniczy, laka i prawdopodobnie druk. W Chinach już w VIII w. używano do odbijania kart książek stałych, rytych w drewnie tablic, a od XII w. – czcionek. Chińczycy nauczyli nas też prowadzić kanały i akwedukty, budować statki, używać steru i żagli itp. itd.

Żaden inny region świata nie oferował Europejczykom takich wspaniałości. Fenicjanie znaleźli na zachodnim wybrzeżu Afryki Murzynów gotowych za ich wyroby płacić złotem, ale to był tylko surowiec; centrum technologiczne świata znajdowało się w Azji. Inne fenickie wyprawy poza Cieśninę Gibraltarską: na Wyspy Kanaryjskie, na Maderę i do Anglii to były tylko „przygody”, bez większego znaczenia praktycznego.

Prawdopodobnie nie byłoby żadnych liczących się wypraw na Atlantyk, gdyby nie fakt, że w 1453 Turcy zdobyli Konstantynopol, przypieczętowując tym swoje panowanie nad całym Morzem Śródziemnym i odcinając Europejczykom ostatni szlak wiodący ku Azji południowej. Mare Nostrum już sześćset lat wcześniej stało się niemal wyłącznym dominium arabskim; od XIV w. tylko Wenecjanom udawało się docierać swoimi statkami do portów lewantyńskich via Konstantynopol. Ale było ich niewielu, a po zajęciu stolicy Cesarstwa Wschodniego i oni zniknęli ze szlaków handlowych.

Zawsze się uważało, że koniec cywilizacji hellenistycznej, koniec epoki klasycznej i początek średniowiecza należy liczyć od tzw. „upadku cesarstwa rzymskiego”, to jest od zrzucenia z tronu ostatniego cesarza rzymskiego Romulusa Augustulusa przez Odoakra w r. 476. Dopiero stosunkowo niewiele lat temu przenikliwy historyk belgijski Henri Pirenne zauważył, że ciągłość cywilizacyjna Europejczyków została przerwana dopiero w połowie VII w., wraz z opanowaniem Bliskiego Wschodu i Afryki północnej przez Arabów. W ten sposób załamała się, trwająca od zarania dziejów zasadnicza jedność Eurazji. I w ten sposób Europejczycy zostali definitywnie odcięci od źródeł ich utrzymania.

Zdobycie Konstantynopola przez Turków spowodowało załamanie gospodarcze naszego kontynentu. Upadły kwitnące miasta, zanikła technologia. Europejczycy zdziczeli i zaczęli żyć wyłącznie z uprawy ziemi. Była to prawdziwa katastrofa cywilizacyjna.

Nie należy się więc dziwić, że przez całe dziesięciolecia po wzięciu Konstantynopola kto mógł, ten rozpaczliwie poszukiwał nowej, bezpiecznej drogi do Azji. Oczywiście, żywa była jeszcze euforia Reconquisty i niektórzy marynarze byli fanatykami religijnymi, ożywianymi wolą chrystianizacji ludów „Indii”. Albo, jak Kolumb, czerpali swą żarliwość religijną prawdopodobnie z obawy przed odkryciem ich żydowskiego pochodzenia. Ale w gruncie rzeczy wszystkim chodziło o pieniądze.

AMERYKA, WYPADEK PRZY PRACY,CZYLI MOST W NAGRODĘ

Ameryka w pierwszych dziesięcioleciach po jej „odkryciu” była więc tylko przykrym „wypadkiem przy pracy” poszukiwaczy chińskich i indyjskich przypraw, pachnideł i technologii. Trzeba było znaleźć sposób na jej ominięcie.

Co nie zmienia faktu, że odkrycie Ameryki definitywnie położyło krzyżyk na epoce, w której Morze Śródziemne stanowiło centrum świata. Ba, zrobiło zeń nieco żałosny basenik, odebrało mu szansę powrotu do dawnej świetności.

Jednym z owych poszukiwaczy był Giovanni da Verrazano, który w 1524 rozpoczął eksploatację wybrzeża amerykańskiego na północ od dzisiejszej Karoliny. Giovanni skierował dziób swego statku w górę rzeki, niesprawiedliwie nazywanej Rzeką Hudsona: Henry Hudson znalazł się tam dopiero osiemdziesiąt pięć lat później. By krzywdę tę naprawić, w 1964 r. Giovanniemu da Verrazano poświęcono ogromny wiszący most, spinający Brooklyn ze Staten Island. Był on, jak wszystko w Ameryce, najdłuższy na świecie, a przynajmniej najdłuższe było jego przęsło. Ale już nie jest: palmę pierwszeństwa przejęła turecka konstrukcja łącząca oba brzegi Bosforu, potem prawie nieużywany, siedemnastokilometrowy most Vasco da Gama przeprowadzony, nie wiedzieć czemu, przez najszerszy fragment rozlewu Tagu i łączący nic z niczym, podczas gdy inny most lizboński, zwany dzisiaj „25 Kwietnia” (choć, gdy go oddano do użytku, nazywał się „Antonio Salazar”), od świtu do późnej nocy zakorkowany jest tysiącami aut; a potem jeszcze most łączący Danię ze Szwecją... Następne, jeszcze dłuższe, już się szykują.

Szlak wodny, jaki ukazał się Giovanniemu da Verrazano, był doprawdy wspaniały: majestatyczny i szeroki. Przez ładnych kilka mil nie można się było zorientować, czy to jeszcze morze, czy już rzeka. Specyficzne ukształtowanie linii brzegowej sprawia, że słona woda miesza się ze słodką. Na horyzoncie, po lewej stronie, płaski dotąd brzeg (New Jersey) przemieniał się w skalne urwisko. Prawa strona była zalesiona, bardziej zachęcająca i dostępna. Mimo to Giovanni do niej nie przybił. Może dlatego, że – choć nie pisał tego w swoim dzienniku – zauważył zamieszkujących ją Indian ze szczepu Algonkinów, którzy w sto dwa lata później nierozważnie sprzedali wyspę Mannahattanink holenderskiemu cwaniakowi Peterowi Minuitowi. To on i jego koledzy nadali nazwę „Breede Weegh” staremu, szerokiemu szlakowi indiańskiemu „Weekquaesgeek”, przecinającemu w skos skalistą wyspę. Szlak ten istnieje do dzisiaj; znamy go jako Broadway.

Najprawdopodobniej jednak jako pierwszy do Zatoki Nowojorskiej wpłynął w 1497 r. Wenecjanin Giovanni Caboto, zwany przez swych angielskich mocodawców John Cabot.

UDANY SYN LADENA

Ale czy Osama rzeczywiście chciał doprowadzić do starcia cywilizacji? Czy raczej mają rację ci, którzy twierdzą, że tak naprawdę 11 września 2001 roku świat został wciągnięty w walkę o władzę nad Arabią Saudyjską. Niewyrównane rachunki ciągną się w czasie. W 1924 r. Hussein, król wyzwolonego spod opresji Imperium Ottomańskiego Hidżazu, emir Mekki, ogłosił się kalifem. Nie ścierpiał tego król również oderwanego od Porty Negedu (Nadżadu), wojowniczy Abd al-Aziz ibn Saud, czyli syn Sauda. Abd al-Aziz wypowiedział Husseinowi wojnę, pokonał go i w 1926 r. połączył oba królestwa, które w sześć lat później nazwał Arabią Saudyjską. Zanim zmarł w 1953 r. po pięćdziesięcioleciu sprawowania władzy absolutnej, zdążył zbudować linię kolejową z Riadu do portu w Dhahranie (czyli z polska w az-Zahranie). Po śmierci ojca władzę przejął syn syna Sauda, też Saud, lepszy kombinator, lecz przez całe życie miał kłopoty ze swym bratem Faisalem. Najpierw w 1958 r. zmuszony był mu oddać sporą część władzy, potem, w 1960 udało mu się wykopać braciszka ze stanowiska premiera i odzyskać pełnię władzy. Ale cieszył się nią tylko przez cztery lata, bowiem zdetronizowała go rada książąt, ulemów i przywódców plemiennych, przekazując tron Faisalowi, oczywiście nie bez pomocy ze strony mocarstw zachodnich, które chciały go użyć do osłabienia pozycji prosowieckiego Egipcjanina Nasera. W 1975 r. Faisal został zamordowany przez swego kuzynka i zastąpiony przez przyrodniego brata Chalida al-Aziza ibn Sauda. Po śmierci Chalida na tron wstąpił jego brat Fahd ibn Abd al-Aziz, do tamtej pory premier, „skompromitowany”, ponieważ był jednym z bliskich współpracowników Faisala. Obecnie, od kilku lat jest żywą mumią, a kochająca się rodzinka (dynastia, jak kto woli) dyskretnie toczy morderczą walkę o panowanie nad jednymi z najbogatszych złóż ropy naftowej świata. Osama jest jednym z pretendentów, może najbardziej szalonym, może najokrutniejszym, może najbezwzględniejszym... A może nie?

JA PRZY JÓZIU

Po 11 września 2001 roku tysiące piśmiennych ludzi skoncentrowało się na wyliczaniu przywar islamu. Ja nie zamierzam tego robić. Nie to, żebym nie podzielał przynajmniej części tych opinii, ale w tłumie krytyków ciasno mi jak w autobusie. W huzia mi niewygodnie i zazwyczaj stoję koło Józia. I jeśli już, to pewnie nie uda mi się uniknąć przypomnienia światłym chrześcijanom, że gdyby muzułmanie jeszcze przez najbliższe pięćdziesiąt lat nie robili nic innego, jak tylko dokonywali masakr podobnych to masakry w World Trade Center, to i tak musieliby mieć kompleks wobec masakr dokonanych przez nas, bogobojnych i cnotliwych chrześcijan, których Bóg – Syn Boży – nauczał wszak, by nadstawiać drugi policzek, i odpuszcza nam nasze winy jako i my – nigdy lub prawie nigdy – nie odpuszczamy naszym winowajcom...

LEW, OWCA I ŚWINIA

Próżno szukać na mapie Włoch miejscowości Verrazano. Ale miejscowość ta istnieje. Mam nadzieję, że ci, którzy, jak ja, czerpią część swej energii życiowej z obcowania z przyrodą, któregoś dnia będą jechać z Sieny do Florencji drogą 222, zwaną Chiantigiana – „chiantyjską”. Wszyscy wiedzą, co to jest chianti: pyszne, czerwone wino toskańskie. Bierze ono swą nazwę od maleńkiego (zaledwie osiemset kilometrów kwadratowych), łagodnie górzystego regionu, leżącego w okolicach miejscowości Greve, Radda i Poggibonsi, pomiędzy południową częścią powiatu (provincia) florenckiego a północną częścią powiatu sieneńskiego.

Jadąc drogą państwową 222 do Florencji, jakiś kawałek przed Greve, oszołomiony nagromadzeniem piękna, dostrzegasz pawilon, a na nim napis Chianti Castello di Verrazano. To tu przetrwała pamięć o pierwszych, dwunastowiecznych konfliktach o wino. Nie wiadomo, czy „Verrazano” nazywała się miejscowość, czy zamieszkująca tu rodzina. Zaginęły ślady po obu. Przetrwało jedynie wino.

To samo, którego smak musiał czuć pod językiem Giovanni, pływający w 1524 roku swą karawelą po Zatoce Nowojorskiej, u ujścia Hudson River.

Według tradycyjnej przypowieści żydowskiej, gdy Noe zasadzał pierwszą po potopie winorośl, nadszedł Diabeł i ukradkiem zakopał obok jej korzeni lwa, owcę i świnię. To z powodu tego właśnie psikusa każdy, kto uraczy się winem (patrz brat Dionizos), czuje się silny jak lew, choć jest łagodny jak baranek, i ma skłonności do nurzania się w błocie.

Chianti produkowane jest w pięciu powiatach toskańskich, ale to najprawdziwsze z prawdziwych pochodzi właśnie stąd, z Chianti. Można je rozpoznać po przyklejonej na szyjce butelki banderolce z czarnym kogutem. Po stuleciach konfliktów okoliczni producenci pogodzili się wreszcie i założyli niedostępne dla obcych konsorcjum „Gallo nero”. Ale ci obcy, często Anglicy lub Niemcy, którzy wykupili w tych okolicach niezliczoną liczbę casali, wielkich domostw wiejskich, produkują, zdarza się, wino lepsze. Na ogół zakupywane jest ono na kilka lat naprzód, pomimo ryzyka niepomyślnych zbiorów, przez wyrafinowanych znawców z Niemiec, Anglii i Nowego Jorku. To wino u producenta kosztuje po sto dolarów za butelkę i jest praktycznie niedostępne w sklepach. Kiedy jednak jakimś szczęśliwym zbiegiem okoliczności zwykły śmiertelnik dostąpi zaszczytu umoczenia ust w takim chianti, pojmuje w jednej chwili, że wszystko, co pił do tej pory, to była ponura lura.

Ów brunatnoczerwony, czasem wpadający w granat, płyn powstaje z wytłoczek z czterech rodzajów winogron: Sangiovese, czarnego Canaiolo, toskańskiej odmiany Trebbiano i chiantyjskiej małwazji. Niestety, z małwazji wychodzi słodkie i mocne viri santo i inne wina deserowe, które ostatnio przeżywają swój renesans. Można na nich o wiele lepiej zarobić, więc producentom przestało się opłacać dodawać małwazję do chianti, wskutek czego wino to stało się tuzinkowe, straciło całą swoją amabilità, czyli łagodność, która przez stulecia była jego charakterystyczną cechą. W 1995 r. konsorcjum zatwierdziło tę zmianę. A ponieważ chianti „żyje” siedem – osiem lat, po czym się psuje, prawdziwego chianti na dobrą sprawę nie można już znaleźć. Czasami trafia się jakaś trwalsza riserva sprzed 1995 r., którą jakiś snobistyczny markiz-producent trzymał dla siebie. Ale to już ostatnie butelki.

Toskania produkuje jeszcze co najmniej trzy rodzaje win o nadzwyczajnych walorach smakowych: brunello z Montalcino – z winogron Sangiovese, vernaccia z San Gimignano, znane już w XIII w., jedyne białe, wytwarzane z winogron o tej samej nazwie z maksymalnie dziesięcioprocentowym dodatkiem innych „białych” gron, i vino nobile z Montepulciano, wytwarzane z winogron Sangiovese z maksymalnie dwudziestoprocentowym dodatkiem innych gron lokalnych. Niestety, vino nobile spotkał ten sam los, co chianti – przestano dodawać doń małwazję. I choć konsorcjum jeszcze tej amputacji nie zatwierdziło, o dobre nobile jest bardzo trudno. Nawet jeśli leżakowało w beczkach czy baryłkach i po pięciu – sześciu latach nabrało dzięki garbnikom dębu pewnej szlachetności, nie jest to już to wino, które pijał pochodzący z Montepulciano Angelo Poliziano, piętnastowieczny poeta i przyjaciel Wawrzyńca Wspaniałego.

W języku włoskim istnieje sympatyczny synonim słowa „oszukać”: infinocchiare. Pochodzi od finocchio, czyli fenykułu, rodzaju kopru włoskiego, którego bulwy są jednym z typowych elementów kuchni włoskiej. Surowy fenykul wyostrza smak każdego wina, dlatego sprytni kupcy oferowali go nabywcom wina, nim przyszło do degustacji. Psiakość: w dzisiejszych czasach, jeżdżąc po Toskanii lepiej mieć gdzieś na podorędziu kawałek fenykułu. Chociaż za produkcję wina wzięła się ostatnio inteligencja. Chłopstwo robi pieniądze na kolorowej lurze, a wykształceni, młodzi ludzie szukają jakości. Czasami się to udaje i wychodzą wina wspaniałe, które już po roku warte są grzechu i wydatku, ale, niestety, jest to loteria. Trzeba mieć zaprzyjaźnionego pijaka albo enologa, żeby doradził; zawierzenie nazwie lub banderolce konsorcjum to przejaw naiwności.

PONURZY, KOLOROWI FENICJANIE

Tam, gdzie teraz jeździ korsykańska kolejka, człowiek pozostawił pierwsze ślady osiem i pół tysiąca lat temu. No, może nie właśnie tam, tj. koło Calvi czy Bastii, ale na samym południu, koło Bonifacio (rzeźba Dame de Bonifacio). Pomiędzy 3500 a 2000 r. p.n.e. na wyspie kwitła kultura neolityczna, po której otrzymaliśmy w spadku menhiry i dolmeny. Grecy dotarli na Korsykę dopiero w r. 565 przed Chrystusem – i to za pośrednictwem jednej ze swych kolonii, Fokai (Phoacaea).

Wcześniej z całą pewnością bywali tam Fenicjanie. Ale z nieznanych powodów nie zdecydowali się założyć swojej kolonii, jak uczynili to na Sardynii i na Sycylii (Caralis, czyli dzisiejsze Cagliari, Panormus na Sycylii, czyli dzisiejsze Palermo).

Rzymianie uważali religię Fenicjan za „ponurą”, głównie ze względu na fakt, że ów lud z wybrzeży dzisiejszej Syrii i Libanu składał swym bogom w ofierze własne dzieci. Tradycja ta przeszła na Fenicjan z ich przodków – Amorytów (albo – według innych źródeł – Amorejczyków lub Amorrejczyków), zwanych później Kananejczykami (wzięli swą nazwę od Kanaanu, Ziemi Obiecanej, choć i oni, i Hebrajczycy wywodzili się z Mezopotamii, najprawdopodobniej z południa, z okolic Ur, jak Abraham; być może Amoryci byli grupą wschodnią, a Kananejczycy zachodnią tego samego plemienia). Gdzieś koło XX wieku p.n.e. zaczęli tak gorąco wielbić (i bać się) swego Boga (illaha) Ela (zwanego później również Baalem lub Melkartem (Mel-kart – „król miasta”, choć niektórzy badacze twierdzą, że byli to dwaj różni bogowie), że składali mu w ofierze swe pierworodne dzieci, podobnie jak Kananejczycy Molochowi, bóstwu ziemi i ognia. Kult Ela ustępował czasami kultowi bogini Baalat (siostry Baala, znanej też jako Anat lub Asztarte, nimfomanki tak natarczywej, że bóg Eszmun wolał się własnoręcznie wykastrować, byleby tylko umknąć jej zalotom). Notabene, Eszmun, to trzecie bóstwo Fenicjan, bóg zdrowia i patron Sydonu, cytowany też w greckich źródłach jako Adonis. W religii Fenicjan ów młody bóg, ściśle związany ze swą matką, na przemian umierał i odradzał się: nie na próżno symbolizował doroczne cykle życia roślin. Co nam to przypomina?

Fenicjanie od niepamiętnych czasów kolonizowali wybrzeża Morza Śródziemnego. Tysiąc lat przed Chrystusem opanowali Cypr z jego kopalniami miedzi, od których wyspa ta wzięła swoją nazwę, potem Rodos i inne wyspy Morza Egejskiego, aż wreszcie dotarli do Tracji i Armenii, gdzie założyli arcybogate porty (kiedyś Armenia miała porty!; źródła greckie nazywały Ormian „Araratczykami”, ale jakiś rzymski tuman pomylił ich z Aramejczykami i tak już zostało), w których załadowywano złoto, żelazo i cynę, by sprzedać je z zyskiem w głównych ośrodkach ówczesnego świata.

Po roku 1000 przed naszą erą zapuścili się na wybrzeża dzisiejszych Italii, Hiszpanii i Algierii. Były to na owe czasy odkrycia historyczne, porównywalne z odkryciem Ameryki. Zajęli Maltę, Sycylię i Sardynię, przez Cieśninę Gibraltarską, zwaną przez Rzymian „kolumnami Herkulesa”, dotarli do Anglii i do Zatoki Gwinejskiej. Dotarli nawet na Wyspy Kanaryjskie i Azory.

Potrafili przekształcić się z koczowników-pasterzy w dominatorów morza. Wynaleźli nową technologię produkcji szkła. Wytwarzane przez nich szklane kulki stały się bodaj pierwszą monetą rodzaju ludzkiego. Jednym z głównych źródeł ich bogactwa była umiejętność produkcji trwałego barwnika koloru purpurowego, nieznanego innym ludom. Fenicjanie czerpali purpurę z pewnego ślimaka morskiego, który, jeśli umiejętnie obrabiany, wydzielał barwnik o zmiennej intensywności w zależności od okresu wystawiania go na słońce. Właściwie aż do połowy ubiegłego stulecia czerwone ubrania były niezwykle kosztowne. Pozwolić sobie na nie mogli wyłącznie królowie, arystokracja i plutokracja. A Fenicjanie uczynili czerwone sukno swoim handlowym bestsellerem we wszystkich portach Morza Śródziemnego i okolic. Temu kolorowi – sądzili starożytni Grecy – zawdzięczali też swą nazwę: phoinix to nic innego jak ten purpurowy barwnik (choć w polskich źródłach można się doczytać, że foinix to palma daktylowa). Inaczej pewnie pozostaliby przy swej dawnej nazwie: Kananejczycy.

WOW!

Fenicjanie wymyślili też zaskakująco nowoczesne metody księgowania przychodów i rozchodów. Wprowadzili nowoczesne pismo, oparte na alfabecie złożonym najpierw z 29, a później z 22 liter (choć pierwsze pismo linearne pojawiło się w kulturze mykeńskiej i w syryjskim mieście Ugaryt, które już w XIV w. p.n.e. dysponowało trzydziestołiterowym alfabetem. Nawiasem mówiąc, Fenicjanie używali głoski i litery „ł”, która w piśmie przypominała nieco pochylone „y”; nazwa litery brzmiała łał; po angielsku wow).

Tak, Fenicja była pierwszym znanym mocarstwem kolonizacyjnym via mare w naszym kręgu cywilizacyjnym. Była państwem bogatym, pewnie tak bogatym jak Portugalia w swej „złotej erze”, kiedy to z Brazylii płynął do Lizbony nieprzerwany strumień złota.

Bogactwo jest jednocześnie szczęściem i przekleństwem, nie tylko jednostek, ale i całych narodów. Po śmierci fenickiego króla Tyru, wielkiego Hirama II, rozpoczęła się długotrwała wojna o sukcesję, wojna o władzę i o bogactwa. W 814 r. p.n.e. – jak głosi legenda – zmęczona bezsensowną wojną królowa Elissa (z łacińska zwana Dydoną) wraz z grupą wiernych sobie poddanych zdecydowała się na emigrację. Osiedliła się na terenie dzisiejszej Tunezji, dając początek kolejnemu mocarstwu kolonialnemu: Kartaginie (chociaż niektóre źródła datują początek Kartaginy na r. 840 p.n.e.).

Jak to się stało, że przez ponad pięćset lat intensywnej kolonizacji wybrzeży Morza Śródziemnego Fenicjanie nie osiedlili się na Korsyce, choć wielokrotnie tam zawitali? Wszak jest to najpiękniejsza z wysp śródziemnomorskich, prawdziwy kalejdoskop doznań geograficznych: od pustyni, do raju botanicznego, od nizin wybrzeża wschodniego, po skalne, księżycowe obeliski Les Calanches koło Porto.

Pierwsi kolonizatorzy Korsyki – Fokajczycy – byli wielkimi podróżnikami, spadkobiercami Fenicjan. Wiele dzisiejszych źródeł odnosi się do fokajskiej religii z pewnym podziwem, bo jako bodaj jedyny lud w historii przyjmowali do swego „Olimpu” wszystkich kolejnych bogów ludów, z którymi się zetknęli.

Znaczy, że można. Jak potoczyłyby się losy świata, gdyby Żydzi zaakceptowali Jehoszuę, zwanego w Polsce Jezusem, jako Mesjasza albo przynajmniej proroka? Ilu ludzi uniknęłoby kaźni, gdyby chrześcijanie rozpoznali proroka w Muhammadzie, zwanym w Polsce Mahometem?

NARÓD Z RZĄDEM?

Nim Kartagina padła w r. 146 p.n.e., sprzymierzona na tę okazję z Etruskami, zdołała w r. 540 p.n.e. unicestwić Fokaję w wielkiej bitwie morskiej u wybrzeży Korsyki, opodal fokajskiej kolonii – Alerii (dziś małe miasteczko siedemdziesiąt kilometrów na południe od Bastii). Zrobiła to, by utrzymać dominację nad zachodnimi wybrzeżami Morza Śródziemnego, poważnie zagrożonymi przez Fokajczyków, założycieli m.in. Marsylii.

To Fokajczycy wymyślili pojęcie „talassokracji”, od greckiego thalassa – morze i kratein – dominacja. To był ich cel, taka była ich ideologia.

W wodach Morza Śródziemnego fermentowały, dojrzewały cywilizacje i podcywilizacje oparte na handlu. Jedna po drugiej, kolejno, przypłaciły życiem swą żądzę bogactwa. Paradoksalnie przetrwały tylko te, które – przynajmniej oficjalnie – gloryfikowały ubóstwo: judaizm, chrześcijaństwo i islam.

Fenicjanie swobodnie i w miarę bezkonfliktowo przechodzili od monarchii do oligarchii i z powrotem. Nigdy nie stworzyli swego państwa, ograniczali się do miast. Dowiedli, że można zdominować niemal cały ekumenos, czyli zamieszkały świat, bez tworzenia państwa, z jego strukturami i infrastrukturami, z jego biurokracją, scentralizowanym zarządzaniem, podatkami itp.

Dzisiaj widać wyraźnie, jak wszyscy po trochu: obywatele, środki masowego przekazu, nawet Kościół, prześcigają się w zapewnieniach, że państwo to świętość, podatki są nietykalne, biurokracja jest dobrodziejstwem ludzkości. A figę. Można i bez państwa.

Superscentralizowane monarchie padały jedna za drugą jak kaczki podczas kanonady. Nadmiar centralizmu spowodował podział Dawidowego państwa Żydów na Judę i Izrael. Padło wielkie imperium Hetytów, padli Asyryjczycy, padły oba imperia Babilończyków, padły państwa Persów, Egipcjan, Partów, Edomów, Chazarów, Wandalów, Ostro- i Wizygotów, padła Roma, padło Bizancjum, padł nawet Związek Radziecki...

Począwszy od 35 wieku p.n.e. na Bliskim i Środkowym Wschodzie wyeksperymentowano niemal wszystkie formy ustrojowe, od anarchii, przez demokrację do oświeconego absolutyzmu. Niestety, te historyczne doświadczenia nie dały nam definitywnej odpowiedzi, który z ustrojów jest lepszy.

We współczesnej Europie obowiązuje mit karoliński, w którym centralizacja władzy jawi się jako jedyne skuteczne remedium na narodowy „niebyt”. Historia Polski stanowi dowód słuszności tej tezy, do dziś jest przestrogą dla narodów europejskich – odnajdziecie ją w co lepszych podręcznikach do historii w Niemczech, Francji czy Anglii. Rozlazła i „wolna” Rzeczpospolita musiała ulec scentralizowanym, „nowoczesnym” mocarstwom ościennym.

MAŁY PRZEWODNIK PO RZĄDZENIU

Umberto Eco napisał kiedyś, że jeśli chce się przekonać, co sądzi na określony temat, to siada i pisze na ten właśnie temat artykuł. Nie on jeden. A więc: co sądzę na temat koncentracji władzy? Czy rzeczywiście centralizm jest podstawowym warunkiem przetrwania narodów?

Niezależnie od formy ustrojowej, wyodrębniłbym dwa podstawowe warunki przetrwania narodu:

1. przewagę militarną nad sąsiadami i

2. zgodę narodową.

Dodałbym jeszcze warunek 3. bogactwo, ale historia dostarcza wiele przykładów narodów ubogich, które podbijały bogate.

O ile w niektórych okresach swej historii Polska miała przewagę militarną nad sąsiadami, o tyle o zgodę narodową było u nas szczególnie trudno.

W Dialogach Konfucjusza czytamy: