Wydawca: Sine Qua Non Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 662 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Exodus - Łukasz Orbitowski

Wędruj samotnie i śpiewaj!

Aleister Crowley

Wyobraź sobie, że w jednej chwili porzucasz wszystko: rodzinę, pracę, hobby, dom i kredyt. Nic nie potrafisz. Nic nie wiesz. Poza jednym – musisz uciekać przed siebie.

Przed tobą hałaśliwy Berlin, obóz przesiedleńczy u podnóża Alp, półświatek Lublany i grecka wyspa, gdzie zbliżysz się do strasznej tajemnicy.

Exodus pozbawia poczucia bezpieczeństwa i ciska w obszary mroku, których istnienie się przeczuwa, ale o których boi się myśleć.

Fragment książki - Exodus

issuu.com/wydawnictwosqn/docs/exodus_issuu_

Opinie o ebooku Exodus - Łukasz Orbitowski

Fragment ebooka Exodus - Łukasz Orbitowski

Dla Klaudii

Wędruj samotnie i śpiewaj!

Aleister Crowley, Księga Thota, tłum. Krzysztof Azarewicz

CHOLE

1

Trach.

Jest jasno, są ludzie i samochody, jest Puławska i zieleń parku Morskie Oko, jest przewrócony koziołek po drugiej stronie ulicy i cukiernia w dawnej kamienicy Wedla, jest stal i krew, jest facet na wózku handlujący sznurówkami, ale ja widzę tylko rudego kota w obroży. Kręci się, rozgląda i podchodzi do kałuży, żeby się napić. Spłoszony pryska w chaszcze za wiatą przystankową. Pójdę i ja.

Opromieniony słońcem, z plecakiem na ramieniu idę w stronę placu Unii Lubelskiej. Rowerzyści jadą po chodniku i dzwonią na przechodniów, a jakiś cham w maździe ciśnie klakson, niewiele brakuje, by przejechał mi po stopach. Zaczynam biec. Przeskakuję psie smycze, mijam skamieniałe staruszki, rozrywam splecione dłonie zakochanych i biegłbym tak dalej, gdyby nie światła.

Ulica jest szeroka, świateł bardzo dużo, do tego wszystkie czerwone, więc stoję i patrzę na ławicę samochodów. Nie znam się na tym, ale to chyba tanie i złe auta, dlatego tak ich wiele. Są też autobusy nabite ludźmi i ekologiczne taksówki pompujące w miasto smród, i skutery z zimną pizzą, wszystko to pędzi i tylko piesi czekają, bo o nich zapomniano. Wreszcie robi się zielone, przechodzę parę kroków i znów stoję, na wysepce pośrodku ulicy. Dlaczego nie można po prostu przejść na drugą stronę za jednym zamachem? Światło znów nie chce się zmienić i jest chyba jedynym czerwonym na całym wielkim skrzyżowaniu. Wszyscy wszędzie przechodzą i przejeżdżają, mnie jednemu nie wolno, więc stoję, tupię i gryzę wargę, aż boli.

Przed kawiarniami ludzie drapią łyżeczkami desery lodowe, burgery skwierczą na blasze, a z wystawy księgarni spoglądają kucharze, piłkarze i celebryci bez wyraźnej przynależności. Z witryny banku uśmiecha się do mnie piękny mężczyzna uradowany tabletem, który otrzymał za otwarcie konta walutowego i polecanie tej usługi znajomym. Wewnątrz panuje sztuczny chłód. Zrzucam plecaczek na bordową sofę. Dziewczyna podobna do Marion Cotillard pyta, w czym może mi pomóc. Mnie nie można pomóc. Marion ma złoty wisiorek ze strzelcem i oczy łani z japońskiej kreskówki. Jesteśmy tu tylko my dwoje.

Mówię, że mam u nich dwa konta oszczędnościowe, jedno osobiste i lokatę, a Marion nawet nie czeka, aż wykrztuszę, co chciałbym z tym wszystkim zrobić, i prosi o dowód osobisty. Gdzie on? Grzebię po kieszeniach, znajduję i już mam podać, gdy rozbrzmiewa Imagine. Ciskam Marion dowód pod nos, sprawdzam, kto dzwoni, i czekam, aż piosenka się urwie. Wypada ją przeprosić, tę Marion, za rzucanie dowodem, więc przepraszam, a ona nie przestaje stukać w klawiaturę. Słyszę, że wszystko się zgadza – jestem sobą, moje pieniądze są moimi pieniędzmi. Zdradzam, w czym rzecz. Chciałbym wszystko zlikwidować. Przechodzę trudny okres. Zdarzyło mi się coś nieprzyjemnego, powiedzmy, przejściowy kłopot, któremu szmal pomoże ukręcić łeb.

Beznamiętna Marion uruchamia machinę bankowych procedur, więc stoję jak kołek, mając za towarzystwo Johna Lennona, świat bez granic, wojen i miłosiernego Stwórcy. W bankach zawsze trzeba czekać, co jeszcze rozumiem, ale nie mogę pojąć, czemu nas, oczekujących, pozostawia się bez niczego. Powinni coś zrobić, na przykład puścić film czy piosenkę. Chodzi o to, żeby tak samemu ze sobą nie czekać. Marion wraca z wydrukami. Muszę podpisać całą tę stertę, tylko długopis wypada mi z rąk. Wreszcie jakoś to idzie, kartka za kartką, a Marion obwieszcza, że wszystko źle, bo podpis nie zgadza się ze wzorem w komputerze. Zaczynam od nowa. Pytam, ile tego wyszło. Wydawało mi się, że mam więcej, dopytuję i sprawa staje się jasna. Jest jeszcze fundusz na małoletniego. Również likwidujemy, gotówkę proszę. Marion podnosi na mnie sarnie oczy i mówi, że w oddziale można wypłacić jedynie dwadzieścia pięć tysięcy złotych, ani grosza więcej.

Przypominam, że są to moje pieniądze, że jestem klientem od dziesięciu lat. Płacę za karty i przelewy. Gdzie w umowie napisano, że bank nie wypłaca klientom ich własnych pieniędzy? Tutaj napisano. Marion pokazuje mi odpowiedni paragraf.

Stoję, ona siedzi. Wyobraźmy sobie, że walę pięścią w blat, wyjmuję spluwę, wybucham płaczem, a nawet żądam rozmowy z kierownikiem. Marion dalej tkwiłaby na tym krześle, delikatna i nieczuła, z jedną dłonią na słuchawce telefonu i drugą pod ladą. Proszę o parę minut i wychodzę na zewnątrz. Telefon znów dzwoni. W stronę Mokotowa gnają dwie karetki i samochód policyjny na sygnale.

Wracam do banku. Tym razem siadam, łączę dłonie na blacie i próbuję spojrzeć Marion w oczy. Obniżonym głosem mówię, że zachowałem się jak idiota i bardzo mi przykro. Wiem, jak trudno ocalić spokój przy problemowych kontrahentach, a teraz, niespodziewanie dla siebie, stałem się jednym z nich. Kończę, zapada cisza. Marion ożywia się, dopiero gdy dodaję, że wezmę grzecznie te dwadzieścia pięć kółek i zniknę. Pyta, czy chcę odebrać pieniądze w osobnym pomieszczeniu. Ani mi to w głowie. Bankowa procedura rozkręca się na nowo, drukarka wypluwa kartki, a gdy kończę składać podpisy, na każdej zostaje podłużna plama potu.

Marion informuje, że resztę pieniędzy mogę wypłacić w innym oddziale, byle po notyfikacji i przed piętnastą. Próbowała powiedzieć to wcześniej, lecz nie pozwoliłem. Dziękuję jej bardzo, zapewniam, jak wiele znaczy dla mnie taka informacja, zaś Marion przełyka ślinę i trzepocze rzęsami, jakby nagle sobie przypomniała, że może być zakłopotana, tak zwyczajnie, jak człowiek.

***

W warszawskich tramwajach gęsto, nawet gdy w środku jest niewielu ludzi, bo wszyscy sadowią się na bogato – torby kładą na miejscu obok i wyciągają nogi, tak, by nikt nie usiadł naprzeciwko. Ja trzymam plecak na kolanach, stopy razem i patrzę przez okno.

Na Marszałkowskiej sprzedają risotto po czterdzieści pięć złotych, restauracja gruzińska zmienia się we włoską, księgarnia w kawiarnię, ludzie zdejmują płaszcze i kurtki, a smutna dziewczyna tkwi przy stoisku z okularami przeciwsłonecznymi. Nogi kwiaciarek przy Zbawicielu są jak belki z tysiącletnich sosen. Na stolikach w Charlotte, w Karmie, w Funky i Tuk Tuku leżą papierzyska i pootwierane laptopy, a w nich plany kwartalne, scenariusze, wywiady i książki, cały świat niedokonany. Piętnastka jedzie na Politechnikę. Z dwóch stron kadłuba podnosi się dwoje kanarów.

Mężczyzna ma gruby kark i czerwone podgardle, ale do mnie podchodzi kobieta o przerzedzonych włosach, uzbrojona w terminal i legitymację bez nazwiska. Nosi polar i dżinsy, dba o siebie co trzeci dzień i ogarnia dzieci – z pewnością ma dzieci, przynajmniej dwójkę. Musi być bardzo odważna w tym męskim zawodzie. Co jej dzieci mówią, gdy koledzy pytają, czym zajmuje się ich mama? Ci koledzy spotkają tę mamę w tramwaju, nie będą mieli biletu i sprawa się wyda. Będzie przemoc, dzieci się zemszczą na dzieciach. Biletu nie mam też ja.

Podaję dowód i zaraz cofam rękę. Przecież nigdy nie uiszczę tej kary. Pytam, ile to wyniesie, jednocześnie grzebiąc w plecaku. Kontrolerka wymienia kwotę i zaznacza, że jeśli zapłacę od razu, to będzie mniej. Przecież mam tego od cholery, podaję dwieście złotych, a ona zaczyna wypisywać kwitek i wydaje resztę. Nad moją głową zawisa dłoń pełna drobnych.

Biorę te pieniądze, już dojeżdżamy do dworca. Powinienem coś powiedzieć tej kobiecie, bo na pewno czuje się źle ze swoją pracą. Wstaję, wyciągam rękę i mówię niskim głosem:

– Dziękuję pani bardzo. Mógłbym panią zabić. Bardzo pani dziękuję.

Kontrolerka zastyga, po czym zaczyna się wycofywać. Wpada na swojego towarzysza, coś tłumaczy. Wysiadamy razem, jak najdalej od siebie. Oni natychmiast znikają w przejściu podziemnym, ja wyciągam szyję – po drugiej stronie Jerozolimskich dostrzegam oddział mojego banku.

***

Na najwyższym piętrze Złotych Tarasów trwa spieszny żer. Ludzie siorbią colę, kruszą panierkę i spoglądają w kolorową otchłań.

W Adidasie pytam o klasyczne czarne dresy bez ściągaczy na dole i słyszę, że nie ma. Żalę się, bo to bardzo dziwne – w końcu czarny dres bez ściągaczy jest symbolem tej firmy. Sprzedawca przyznaje mi rację, tylko nic z tym nie może zrobić. Taki dres czasem jest, czasem go nie ma: to rzadkie dobro, które trzeba schwytać.

W zamian wybieram czarną bluzę z kapturem, szarą bluzę bez kaptura i niebieską kurtkę z trzema paskami na brzuchu i mankietach. Dochodzą do tego koszulki, trzy pary spodni dresowych, buty i czapka z daszkiem. Proszę, by spakowano do torby wszystko poza czarną bluzą, czapką i butami. Płacę, znikam w przebieralni i już jestem w Levi’sie, gdzie kupuję dwie pary dżinsów – pięćsetjedynki i jakieś nowe. Te nowe są bardzo specjalne, przynajmniej tak twierdzi sprzedawca. Nie pierze się ich, lecz czyści szczotką i trzyma w zamrażarce, dzięki czemu dopasują się do ciała, będą drugą, niebieską skórą, jak w Avatarze.

Jest tyle rzeczy, które można mieć. Kupuję skórzaną kurtkę z orłem na plecach, ciemne okulary, trzy koszule, kilka krawatów i dwie marynarki z Wólczanki. To dzbany, w których zamierzam się skryć, rdzawe lampy zdolne zmylić współczesnych Aladynów. Krążę po Tarasach, zmieniam piętra, staję dopiero przed sklepem z zabawkami dla dorosłych chłopców.

Dorośli chłopcy mają czerwone policzki, koszule w drobną kratę i dżinsy z fabrycznymi przetarciami. Tłoczą się w tym sklepie. Mają tutaj magnetyczne sznurówki, czołgi szpiegowskie, drony, łuki i całą ścianę wiatrówek. Wszystko to razem stanowi obietnicę życia zabawnego i pełnego niespodzianek, jakby drony zmieniały się w gołębie, a lufy wiatrówek skrywały proporczyki.

Proszę o scyzoryk bez dowcipu, a ponury sprzedawca nie bardzo rozumie, w czym rzecz. Tłumaczę, że mają tutaj rzeczy z żartem zaszytym w środku – bombowe kubki i akwaria na USB – tymczasem mnie interesuje solidny scyzoryk o wielu ostrzach bez żadnych niespodzianek. Dalsza część rozmowy przebiega standardowo. Dostaję kilka nożyków, z których jeden mi się podoba. Wychodzę. Ludzie biegną za mną, podając zgubione ubrania.

Dziewczyna pracująca w Puccinim ma krótkie włosy i osobliwe tatuaże na przedramionach: jedno skuwa lód, drugie trawi ogień. Próbuję ich dotknąć, ona rozgląda się za ochroną, przepraszam więc grzecznie i pytam o walizki. Wybieram największą, pomarańczową, i od razu ładuję do niej ubrania.

***

Przyglądam się godzinom odjazdów. Rodzice przegrywają wyścig z dziećmi po schodach do McDonalda, zagubieni Brytyjczycy szukają pociągu na Modlin, na białych sofach pośrodku przysypiają żule, niezmienni jak bryła dworca, a ja nie mogę zapamiętać żadnego połączenia. Głośnik szczeka, że ekspres z Wrocławia jest opóźniony o dwadzieścia pięć minut. Zastanawiam się, co zrobiliby ludzie, gdyby ta sama szczekaczka obwieściła, że ów ekspres zniknął, zdezintegrował się razem z pasażerami i załogą, był, lecz już go nie ma? Biliby na alarm czy prosili o zwrot biletów? Staję w kolejce do kasy.

Kolejka jest długa, lecz idzie błyskawicznie – pasażerowie rozpraszają się płynnie do kolejnych okienek. Moja kasjerka wygląda, jakby przyszła tu prosto od kosmetyczki; nie może oderwać oczu od własnych piekielnie zadbanych dłoni. Proszę o pierwszy pociąg na Zachód, dokądkolwiek, koniecznie pusty przedział. Wychodzi na to, że wybieram się do Berlina, jest tylko mały klops – w drugiej klasie brakuje pustych przedziałów. Po prawdzie nie ma tam żadnych przedziałów, bo wagony są bezprzedziałowe. Chcąc nie chcąc, wybieram pierwszą klasę, a kasjerka muska klawiaturę opuszkami, jakby w obawie o los drogocennych paznokci. Proszę, aby sprzedała mi przedział. Nie miejsce w przedziale, tylko cały, a ona dziwi się trochę, dziwi się uroczo, jak przystało na biedną dziewczynę, która zetknęła się z kimś, kto szasta pieniędzmi.

Dostaję bilet w kopercie ozdobionej zdjęciem młodych, zakochanych na zabój i namiętnych, którzy do tego podróżują z trójką dzieci. Odchodzę od kasy i natychmiast wracam, odtrącając zakonnicę z papierowym rozkładem jazdy. Gdy uprzytamniam kasjerce jej pomyłkę, ta chyba mnie nie poznaje, choć widzieliśmy się kilka sekund temu. Chciałem cały przedział, nie jedno miejsce. Przedział w pierwszej klasie, tak trudno to pojąć? Kasjerka odbiera bilet i drukuje nowy. Minę ma, jakby myślała tylko o tym, by zrobić sobie selfie.

***

Podziemia dworca splatają się w labirynt, gdzie kawa z Costy i książki z Matrasa sąsiadują z odzieżą patriotyczną i używanymi telefonami komórkowymi. Klozet czai się gdzieś w bocznej alejce, jakby komuś zależało, żeby każdy doczłapał tutaj na podkurczonych nogach z wilgotnym już kroczem. Wstępu broni bramka na monety, strzeżona przez wysłużoną babcię klozetową. Ta nie chce mi rozmienić stówki, więc przetrząsam kieszenie. Czemu akurat dwa pięćdziesiąt? Muszę znaleźć nie jedną, lecz dwie monety, w tym upatruję rozwiązania zagadki. Chodzi o systemowe upokarzanie ludzi. Chodzi o to, by każdy czuł się śmieciem, nim wsiądzie do przepysznego pendolino.

Zamykam się w kabinie, ściągam przepoconą bluzę, przekopuję rzeczy, przebieram się w skórę i dresowe spodnie. Walizkę i torby upycham wokół muszli. Opuszczam ciężką deskę, kładę na niej telefon, z portfela wyjmuję kartę płatniczą, dwie kredytowe, dowód osobisty i sięgam po scyzoryk.

Wysuwam wszystkie ostrza naraz, jakbym znowu był dzieckiem: nożyk długi i krótki, piłka, pilnik, śrubokręt, korkociąg oraz nożyczki, które najbardziej mnie interesują. Karty, twarde jak warunki kredytu, tnę na trzy–cztery paski, lecz dowód osobisty wymaga większej pracy. Pilniczkiem zacieram zdjęcie, adres zameldowania, imię i nazwisko, całość tnę najdrobniej, jak się da, i spuszczam w toalecie.

Mam kilkadziesiąt nieodebranych połączeń. Od patrzenia w ekran zalewają mnie fale zimna i gorąca, pieśń lodu i ognia, nie ma co. Kiedyś telefony były inne, jak mój stary alcatel. Nikt nie słyszał o żadnych wirusach, bateria trzymała tydzień i wyjmowało się ją jednym ruchem. Tu muszę znaleźć sposób albo rozpieprzyć system. Więc dziabię scyzorykiem. Pęknięty ekran gaśnie jak oko Terminatora. Kartę SIM rozkrawam i miażdżę. Adios, znajomi! Nie będzie już lajków, wydarzeń takich jak weekend kalamburowy w ArtCafe i grup o wydziaranych dresach, nie będzie też zdjęć kotów i z imprez rodzinnych, demotywatorów z Kwachem i dziesiątków ekranów GIF-ów z Tumblra, nie będzie was, nie będzie ciebie, nie będzie więc mnie.

Telefon wiruje w odpływie dworcowego klopa, razem z resztkami kart i dowodem osobistym. Nie będzie mnie, a więc: żegnaj, Janku.

***

Piętnaście lat wcześniej, po południu przed sylwestrem leżałem w wannie i przewracałem kartki nowej powieści Filipa Włócznika. Lubiłem niespieszne kąpiele. Miałem cudowne wrażenie, że woda sama z siebie oczyszcza moje ciało, bez gąbki, bez mydła, a ja nie muszę nic robić. Wycierałem się błyskawicznie, bo nie lubiłem siebie nagiego, choć nie pamiętam, co dokładnie mi się nie podobało.

Mój pokój wyglądał trochę inaczej niż pokoje dzisiejszych dwudziestolatków. Nie było w nim komputera ani tabletu. Miałem wieżę, kompakty Deep Purple i Marillion, parę podręczników do socjologii i mnóstwo powieści fantastycznych.

Na łóżku rozłożyłem wszystkie pary spodni – z Ravela, z Big Stara, ze sklepu wojskowego – i gdy już prawie zdecydowałem się na szturmówki, wparowała mama i powiedziała, że w sztruksach będzie mi lepiej, doradziła też koszulę. Jej zdaniem kiedyś było nie do pomyślenia, by młody człowiek pojawił się na imprezie sylwestrowej bez krawata.

Na obiad były bitki z ziemniakami. Mama odsmażyła moją porcję, swojej już nie, ale i tak jadła, narzekając na zęby. Prosiła, żebym się nie upił. Mieszkaliśmy przy parku Morskie Oko, sylwester odbywał się na Żoliborzu, tuż obok kina Wisła. Nocą tramwaje nie jeździły, linia metra dochodziła tylko do Ratusza Arsenał i mama nie chciała, żebym szedł taki kawał, do tego pijany. Na koniec przypomniała, że nie sypia, gdy włóczę się po nocy, takie targają nią nerwy. Powiedziałem to, co zawsze się mówi w takich chwilach: jestem dorosły, umiem o siebie zadbać. Obiecałem wrócić najpóźniej pierwszym tramwajem. Wskoczyłem w martensy i zielony płaszczyk trzy czwarte, na Puławskiej za pięćdziesiątkę od mamy kupiłem wódkę i szampana, i pojechałem na Żoliborz.

Na imprezie było ze trzydzieści osób, ale dla mnie liczyła się tylko Patrycja, szatynka z niewielką diastemą i kolczykiem w dolnej wardze. Wymykała mi się z rąk przez cały semestr. Podobno lubiła chłopaków z SGH i bałem się nawet, że przyjdzie z jakimś. Ale towarzyszyła jej tylko Julka od nas z roku. Ta chyba dobrze czuła się w towarzystwie popularniejszych dziewczyn, bo nie musiała się za wiele odzywać. Sprzedałem jej buziaka i usiadłem na podłodze pod ścianą, gdzie polewano wódkę i nektar jabłkowy do przepicia.

Wieża grała najpierw piosenki Kayah z Bregoviciem, potem leciał soundtrack z Pulp Fiction. Wszyscy palili. Jakaś para zamknęła się w łazience i nie chciała wyjść. Ktoś sikał na balkonie. Tańczono, aż meblościanka się trzęsła. Dobrze przed dwunastą, po pierwszej bójce, kiedy parę głów już opadło, przysiadła się do mnie Patrycja. Miała mocno w czubie, bez przerwy poprawiała zsuwające się ramiączko i byłem pewien, że robi to specjalnie, że dziś wreszcie się uda. Papierosa strzepywała do paczki po niebieskich chesterfieldach. Coś ją trapiło, dobór słów przychodził jej z trudem. W końcu zapytała, co sądzę o Julce. Odparłem, zgodnie z prawdą, że bardzo ją lubię, choć nie znam za dobrze, co nie znaczy, że nie mógłbym jej lepiej poznać czy coś. Nagie ramię Patrycji było gładkie jak kula bilardowa. Powiedziała, że Julka też bardzo mnie lubi, i poszła tańczyć.

Julka czekała w kuchni przytulona do rury ciepłowniczej, ubrana w fioletową koszulę i czarne spodnie w kant. Przypominała trochę Nosowską, której brakło witamin, by urosnąć, w każdym razie miała w oczach ten sam strach. Pogadaliśmy, potańczyliśmy, wreszcie huknęły szampany i fajerwerki, dziewczyny zaczęły piszczeć, faceci buczeć, a ja objąłem Julkę i pocałowałem. Resztę nocy przesiedzieliśmy już razem. Rozmawialiśmy o nadchodzącej premierze Władcy Pierścieni, o piorunujących Czarnych oceanach Jacka Dukaja i niebezpieczeństwach wiążących się z wejściem Samoobrony do wielkiej polityki. Obściskiwaliśmy się w kuchni i postaliśmy chwilę na balkonie, patrząc na sztuczne ognie. Chcieliśmy pójść na całość, tylko łazienka była wciąż zajęta.

Impreza gasła, ziewaliśmy oboje. Ludzie spali nawet w przedpokoju, na kurtkach. Julka wynajmowała pokój na Starych Bielanach. Poszliśmy w noc, przez miasto w zabawie, wzdłuż ulicy Słowackiego. Chodnik lśnił od lodu obsypanego kawałkami szkła. Taksówkarze gwałtownie zmieniali pasy, robiąc miejsce dla karetek pogotowia. Ze zniszczonego billboardu śmiał się Irek z Big Brothera. Przechodnie pozdrawiali się wzajemnie. Na nasz widok unosili kciuki, życząc dobrego nowego roku 2002. Było zimno, więc mówiliśmy niewiele. Na wysokości skrzyżowania Armii Krajowej, gdzie rozpędzeni kierowcy odkrywali, że wyłączono światła, przyszło mi do głowy, że jeszcze nigdy nie widziałem takiej pięknej Warszawy.

Julka pochodziła z Płocka. Jej rodzice chcieli, żeby codziennie dojeżdżała na zajęcia z domu. Ojciec robił tak przez trzy lata, gdy studiował w szkole rolniczej, i uważał, że codzienny spacer na dworzec nie zrobi jego córce krzywdy. Julka uparła się i postawiła na swoim. Pierwszy rok spędziła w akademiku. Miejsce musiała odkupić od studentki z Podbeskidzia – mieszkała za blisko, by je dostać. Poradziłam sobie, powiedziała. Zresztą w akademiku wcale się jej nie podobało. Od piątku do niedzieli trwały imprezy, skądinąd całkiem przyjemne, ale prysznice i toalety znajdowały się na korytarzu. Sprzątaczki żegnały się w piątek i wracały w poniedziałek rano. Do tego czasu w kiblach wyrastały kopce, a brodziki zapełniała brudna woda. Dlatego Julka po roku uciekła z akademika. Uprosiła rodziców o więcej pieniędzy i teraz mieszka tu.

Dom był piętrowy, otoczony murem, z widokiem na bloki. Julka ostrzegła, że właściciele, emeryci, nie lubią gości, hałasy też im przeszkadzają. Poza tym są w porządku, tylko mają wielkie grube okulary i flanelowe koszule upchane w spodniach. Mówiła na nich ufoludy. Zauważyłem, że zamieniła rejwach na zupełną ciszę – akademik na Stare Bielany. Bardzo jej się to spodobało. Ostrożnie obróciła klucz w zamku i poprowadziła mnie po stromych drewnianych schodach.

W pokoju prócz wąskiego łóżka była tylko szafa i zawalone książkami biurko. Julka rozebrała się i pomogła się rozebrać mnie. Pieprzyliśmy się, zatykając sobie nawzajem usta. Wytrwałem dłużej, niżbym przypuszczał, lecz koniec mnie zaskoczył, przyszedł tak nagle. Pogłaskałem Julkę po twarzy, przeprosiłem i zapewniłem, że niedługo znów będę gotowy; a może chciałaby, żebym coś dla niej zrobił, coś przyjemnego? Nie miała ochoty. Powiedziała, że wszystko jest w porządku.

Leżeliśmy jeszcze chwilę, wtuleni w siebie. W końcu odwróciła się plecami, tylko ja nie mogłem zasnąć i starałem się nie ruszać, żeby jej nie zbudzić. Nie wiedziałem, która może być godzina, nie miałem zegarka, a komórkę dopiero planowałem kupić. Wstałem, gdy poszarzało. Julka zapytała, co robię, i poprosiła, żebym został – ufoludy nigdy tu nie zaglądają. Poleżymy sobie nawet do południa, a potem przemyci mnie na zewnątrz. Stwierdziłem, że muszę coś załatwić – przecież nie mogłem powiedzieć, że chodzi o mamę. Julka usiadła obok i podciągnęła kołdrę pod szyję. Była ciekawa, co ważnego może czekać na człowieka w Nowy Rok o szóstej rano. O dziwo, oddała pocałunek. Przeprosiłem raz jeszcze i zapytałem, czy zobaczymy się pojutrze, na przykład w Lotosie. Zgodziła się. Na przystanku tramwajowym, brodząc w śniegu, między butelkami, resztkami rac i petard, papierowymi czapeczkami i rzygowiną, ogarnął mnie lęk: bałem się, że coś zrobiłem źle i stracę tę dziewczynę.

***

Oddech wraca mi do normy, dopiero gdy ruszamy z Kutna, a ja wpadam w sidła dóbr ekskluzywnych. Mini morrisy, odrestaurowane zegarki marki Omega z lat pięćdziesiątych, macBooki i perfumy Toma Forda to być może fragmenty precyzyjnie skonstruowanej pułapki, która w odpowiedniej chwili zmiażdży głowy tych, co nie oparli się pokusie. Przetrwają chłopy w oplach, pachnące wodą po goleniu Wars i wódą – przynajmniej tak myślę, mordując się z jackiem. To gówno w szyjce butelki wadzi, nie mam przecież kubka, a z przechylonej flaszki na język ścieka tylko kilka kropel. Jeśli się nie napiję, to umrę, po prostu rozlecę się od środka: wciskam jacka między kolana i scyzorykiem wykrawam drogę dla whiskey.

Po pierwszym łyku czuję się dziwnie, jakbym czekał na ważny telefon, po paru kolejnych nieprzyjemne uczucie gaśnie. Sięgam po plecak i na blacie pod oknem dzielę pieniądze, tę królewską cegiełkę. Mam jeszcze jakieś siedemdziesiąt kółek. Pięć stów trafia do przedniej kieszeni, tysiak do tylnej, reszta wraca do plecaka, owinięta w skarpetę.

Konduktorzy, niezależnie od płci i wieku, zawsze mają oczy starców. Te należące do kobiety sprawdzającej mi bilet mogły widzieć jeszcze manifestacje prohibicjonistów w Atlantic City. Zagaduję, czy ma może jakiś pojemnik, szklankę, nawet papierowy kubeczek, i pytam, czy napiłaby się ze mną. Natychmiast czuję, że zrobiłem coś złego, że jestem złym człowiekiem z tą butelką. Konduktorka prosi, żebym nie zabierał alkoholu do wagonu restauracyjnego, i znika.

Dociskam drzwi, zasuwam zasłony. Sięgam po koszulkę, resztę upycham, układam torby i walizki na dwóch siedzeniach. Za oknem sarna prowadzi młode przez brudną wodę stojącą wśród drzew. Kierowcy zatrzymani przez szlaban wyszli z samochodów. Wpycham koszulkę w usta i zaczynam krzyczeć. Trwaj chwilo, jesteś straszna. Słyszę trzask, jakby otwierała mi się głowa.

To nie głowa, lecz drzwi, w których stoi krępy, muskularny facet. Ostry nos i cofnięty podbródek upodabniają go do rekina. Facet pyta, czy może w czymś pomóc, i słyszy, że ma spierdalać. Twarz mu tężeje.

– Żadnych kefirów, ziomuś, już mnie nie ma.

***

Pojawiam się w warsie w czapce nałożonej daszkiem do tyłu, z okrągłą sumką do rozpieprzenia. Witają mnie same smutne twarze. Należą do robotnika zwieszonego nad piwem, przestraszonego studenta i żmijowatej bizneswoman stukającej w tablet. Trzech pięknych, młodych mężczyzn nawet nie zerknie w moim kierunku. Siedzą na wysokich stołkach, pałaszują sałatki i śmieją się z własnych żartów. Mają podgolone głowy i tatuaże na przedramionach. Gdzie podziały się czasy, gdy po słowach: „Kolejka dla wszystkich!”, strzelano na wiwat?

Mam ochotę tylko na banię, lecz powinienem coś zjeść, tak podpowiada mi mój sojusznik rozum. Zamawiam ruskie i piwo do tych ruskich, albo nie, lepszy będzie krupnik. Proszę od razu butelkę i dwa kieliszki. Pytam robotnika, czyby się ze mną nie napił, i siadam, nim padnie ospała odpowiedź.

Pijemy szybko, a on mówi powoli i z namysłem, jakby miał do przekazania rzeczy wielkiej wagi. Wybiera się do Wittenbergi, gdzie stawia ogrodzenia. Teraz, po zimie, ma żniwa, choć pracował i w styczniu, do diabła, stawiał płoty na piętnastostopniowym mrozie, do czego trzeba kurewskiej siły, byle pętak nie podoła. Czy chodzi mu o mnie? Czy powiedziałby tak o obcym facecie, który postawił wódkę na stole? Musi się bać, że zatrzasną się przed nim wrota raju, bo pije szybko i nie wypuszcza kieliszka.

Życie polega na zmianie, wzdycha. Dziś płoty, jutro coś innego. Może pojedzie do Szwecji? Kasy mają jak lodu, te durne skandynawy, a robić nie ma komu. Pyta, kto moim zdaniem tę robotę weźmie. Ciapaci? Wolne żarty. Jesteśmy murzynami Europy. Jemu to pasuje. Jest murzynem nawet we własnym kraju. Przez Piaseczno szedł nocą, jak złodziej, żeby go ta kurwa, była żona, nie przyfilowała. Nim odpowiem, robotnik zagaduje wężowatą bizneswoman.

Ta droczy się chwilę, choć dawno podjęła decyzję. Robotnik, który mozolnie zlepia słówka tylko po to, by obrażać innych, ten Janusz i kartofel, zdołał mnie zawstydzić. Nigdy nie potrafiłem zagadywać obcych i zazdrościłem takim, co umieją. Zawołanie studenta chwały mi nie przynosi, ale już jest za późno, siedzimy we czworo przy dwóch kieliszkach i słuchamy, jak bizneswoman opowiada o swoim kocie.

Kot nazywa się Kropka, jest rosyjski, niebieski, i kocha jej kolana, wykorzysta każdą okazję, by na nich usiąść. Tych nie ma zbyt wiele, bo bizneswoman mieszka na dworcach i lotniskach, czasem, zwłaszcza o świcie, zapomina, w jakim mieście się znajduje. Stąd i kot, bo wytrzyma i cztery dni, żrąc z dozownika pokarmu, z psem kłopot byłby większy, największy z człowiekiem.

Student nawet nie myśli o kocie, nie wie, gdzie zamieszka za rok. Zamiast domu wybrał świat stojący otworem. Opowiada o pięknie Berlina, o tym, że można bezkarnie palić jointy na ulicach, o imprezach trwających tydzień i łatwych dupach. Polewam mu. Bizneswoman zsuwa się z krzesła, ma dosyć, chce wracać do przedziału, a jednak wciąż przy nas stoi. Chciałbym wiedzieć: spłoszyło ją chamstwo studenta czy ręka, którą położyłem jej na kolanie?

Mamy jeszcze tych trzech pięknisiów na wysokich stołkach. Zżarli już sałatki, zerkają ku nam z ukosa i dowcipkują. Tacy goście grają w squasha, mają trenerów personalnych i traktują kobiety jak szmaty. Ale co mi tam. Niech skorzystają z mojej hojności. Kiwam na nich i pytam, czy napiją się z nami. Jeden odmawia, pozostali rechoczą, wszyscy trzej pokazują mi plecy.

Gdyby tylko odmówili, wszystko byłoby w porządku, ale ten rechot rozpala mnie od środka. Krążę wokół nich, wymachując banknotami. Kim oni są? Czy to wstyd siedzieć ze mną? Przecież zesralibyście się wszyscy na widok mojego PIT-a, o tak, wtedy jeden z drugim zaraz by się chciał zaprzyjaźniać, bo tacy właśnie jesteście, skurwysyny. Chcieliby wiedzieć, ile zarabiam? Chcesz wiedzieć, ile zarabiam? Tak właśnie o nich myślę i może nie tylko myślę, bo chyba powiedziałem to na głos. Student kamienieje, bizneswoman pryska z warsa, a piękny mężczyzna w zamszowej ramonesce podnosi się z wysokiego stołka i mówi, żebym się odpierdolił.

Widywałem już takich Pompejuszy. Noszą drogie kurtki jak złote pancerze. Wykręcam mu nos, kwiczy, puszczam i czekam, co będzie, bo przecież jestem pancerny i nie mogę umrzeć. Piękny mężczyzna gapi się na zakrwawione dłonie i chyba nie wierzy w to, co właśnie się wydarzyło. Unoszę gardę, wciąż zaciskając palce na pliku stuzłotówek, lecz nagle ktoś szarpie mnie do tyłu. Wyrywam się, a robotnik prowadzi mnie w stronę drzwi. Potrafi jednocześnie przepraszać za kłopot i rzucić mną przez pół wagonu. Miękkie lądowanie zapewnia biust konduktorki.

Krzyczę, żeby oddali mi plecak. Piękni mężczyźni zwierają krąg nad stolikiem i tylko ten jeden wciąż bada swój nos. Po drugiej stronie korytarza pojawia się znajomy rekini pysk o chytrych oczkach. Mruga i natychmiast znika. Student podrywa się z moim plecakiem, pilnując, by nie wejść w zasięg moich rąk. Przecież nie zrobiłbym mu krzywdy, jestem łagodny i bezbronny, a chciałem tylko poważnego traktowania. O tym właśnie myślę, wleczony do przedziału.

– Wiedziałam, że tak będzie – mówi konduktorka.

***

Powinienem na siebie uważać. Tak sądzi robotnik, ten zaszczuty, smutny gość, który nie uważał przez całe swoje bezmyślne życie i teraz musi wbijać pale w jakiejś Wittenberdze. Wypowiada te słowa, jakby wypluwał zęby, moszcząc się na fotelu swoim kwadratowym zadem. Wyciąga z tylnej kieszeni portfel napchany wszystkim, tylko nie pieniędzmi, i kładzie pod oknem; to, co wielkie i puste, uwiera najbardziej.

Przecież mu nie powiem, że nie muszę już uważać na nikogo ani na nic. Nie zrozumie tego, więc dziękuję tylko, dodaję, że chyba przesadziłem, i proponuję, by jeszcze się napić. Robotnik próbuje się zasłonić brakiem biletu w pierwszej klasie, zaraz odpuszcza i przysysa się do butelki. Próbuje się trzymać, lecz ma mocno w czubie.

Gadamy. Robotnik chce wiedzieć, co mi się przydarzyło. Nachyla się przy tym, patrzy w oczy i rozkłada dłonie, mogę więc sądzić, że jest szczery, a nawet próbuje się zaprzyjaźniać. Powieki mu opadają. Odpowiadam, że nic szczególnego, znalazłem się na życiowym zakręcie, jakoś wrócę na właściwy tor, pozbieram się, tylko potrzebuję czasu. Robotnik splata dłonie i mówi, że ludzie są silniejsi, niż sądzą. Znał takich, co tracili żony przez kolegów i przegrywali mieszkania w kasynach. Po paru latach byli mocni i uśmiechnięci, jakby nic złego się nie zdarzyło. Człowiek jest jak rzeka, sam się oczyszcza, potrzebuje tylko czasu. Zauważam, że nie do końca – stare kontuzje dają o sobie znać nawet po latach.

Robotnik zaczyna snuć opowieść. Dwa lata temu miał wypadek przy pracy. Wypadek nazywa się Lena. To idiotyczne imię, dodaje, lecz nikt nie pytał go o zdanie. Suka, kurwa, matka Leny, chce tylko pieniędzy. Raz ją nakrył, jak szła przez Tarasy z torbami, a w torbach nie było nic dla dziecka, tylko buty, perfumy, bluzki. Robotnik pyta, czy moim zdaniem jest frajerem, i nie czeka na odpowiedź. Dlatego wyjechał, dlatego będzie wbijał płoty w Wittenberdze. Nie da kurwie złamanego grosza, a dziecko przy dziadkach nie ma źle.

Walczy z sennością. Przychodzi mi do głowy, że ludzie zawsze wisieli na innych ludziach, przez co świat przypomina wielką choinkę. Ci u szczytu najmniej narzekają, lamenty dochodzą znad samej ziemi, a wszystko razem tworzy niekończące się Boże Narodzenie. Powiedziałbym to temu robotnikowi, ale już zasnął. W rozdziawionej gębie czernieją amalgamaty.

Za oknem rozpala się miejska łuna. Suniemy przez nieużytki pełne piaskowych hałd, za którymi majaczą wieże ciśnień i potężne budynki. Pasażerowie z wolna gromadzą się na korytarzu, chyba pora i na mnie. Wynoszę majdan z przedziału, wracam i pochylam się nad robotnikiem. Nie poderwałyby go nawet trąby pod Helmowym Jarem. Sięgam po jego portfel. Nie boję się, bo mój sojusznik rozum podpowiada, że to najlepsze możliwe rozwiązanie. Robotnik na zdjęciu w dowodzie osobistym jest wyraźnie szczuplejszy ode mnie, ale ma podobny kształt podbródka. Zaraz wysiądę, a on zostanie. Umknę w Berlin, jego obudzi konduktorka. Nim odłożę portfel i schowam dokument do tylnej kieszeni, przyjrzę mu się jeszcze, zaszyję głęboko w sobie nowe imię.

EXODUS

Copyright © by Łukasz Orbitowski 2017

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2017

Redakcja – Joanna Mika

Korekta – Paweł Wielopolski, Małgorzata Kuśnierz

Projekt typograficzny i skład – Joanna Pelc

Okładka – Joanna Tyborowska

Ilustracja na okładce – Zbigniew M. Bielak

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Wydanie I, Kraków 2017

ISBN EPUB: 978-83-8129-082-1ISBN MOBI: 978-83-8129-083-8

  wsqn.pl  WydawnictwoSQN  wydawnictwosqn  SQNPublishing  wydawnictwosqn  WydawnictwoSQN  Sprzedaż internetowa labotiga.pl  E-booki  Zrównoważona gospodarka leśna  Antiqua quae nunc sunt, fuerunt olim nova
Spis treści
Okładka
Strona tytułowa
CHOLE
MELAINA CHOLE
PHLEGMA
SANGUIS
PODZIĘKOWANIA
Strona redakcyjna

Inne książki Łukasza Orbitowskiego w Wydawnictwie SQN