Ewka - Dariusz Regulski - ebook
Opis

Powieść opowiadająca o życiu doktora Szczypiora. Być może ono wcale nie jest życiem. Być może szpital psychiatryczny, w którym ukrywa się przed żoną wcale nie jest szpitalem. Być może Ewka — pierwsza i ostatnia miłość Szczypiora nigdy nie istniała. Być może tajemnicza Chantal, na której punkcie Szczypior ma obsesję — wcale nie jest skromną kelnerką z restauracji „Violette”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 85

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Dariusz Regulski

Ewka

Projektant okładkiJan Wójcik

IlustratorJean Schmean

KorektorAdam Liszka

© Dariusz Regulski, 2017

© Jan Wójcik, projekt okładki, 2017

© Jean Schmean, ilustracje, 2017

Być może życie Doktora Szczypiora wcale nie jest życiem. Być może szpital psychiatryczny, w którym ukrywa się przed żoną wcale nie jest szpitalem. Być może Ewka — pierwsza i ostatnia miłość Szczypiora nigdy nie istniała. Być może tajemnicza Chantal, na której punkcie Szczypior ma obsesję — wcale nie jest skromną kelnerką z restauracji „Violette”.

ISBN 978-83-8126-323-8

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Obraz powraca. W środku nocy. Wszystko wydaje się jaskrawe. Tak świeże, niezagojone, niespokojne. Nie można nic z tym zrobić, niczego zmienić, nie można zawrócić biegu zdarzeń. Rozlana na jezdni kałuża zastygłej krwi, a w tej kałuży kwiat róży. Zwiędła czerwień zlewała się z martwą czerwienią zaschniętej posoki. W tym dniu dałem Ci różę. Nigdy nie dawałem Ci kwiatów, a akurat w tym dniu musiałem. I co najlepszego zrobiłem?

Ze środka lub końca

Światło

Doktor Szczypior obudził się o godzinie 7. Chociaż właściwie obudziła go żona, Pani Szczypiorowa Jolanta. Obudziła głosem tak subtelnym i świeżym, jak rosyjska łaźnia w czasie oblężenia.

— Szczypiorrr! Wstawaj do roboty!

Żona otworzyła okno w sypialni na oścież. Do środka wleciał chłodny wiatr, z daleka odgłosy budzącego się ociężale miasta. Tak samo i on budził się każdego dnia. Trudno jest schodzić na ziemię.

— Nie chce mi się żyć…

— Co?

— Tak się cieszę, że Cię widzę, Kochanie!

— Naprawdę?

Kłamał. Od osiemnastu lat, od kiedy budził się obok niej, patrzył na nią, siedział przy stole rodzinnym, związany przysięgą, kilkoma słowami, które odbijają się cieniem na przyszłości, a przeszłość stawiają tam, gdzie miejsce przeszłości. W ciemnościach.

Szczypior cierpiał. W zasadzie — dlaczego?

— Przecież Ty najlepiej powinieneś to wiedzieć!

— Dlaczego ja?

— Zazwyczaj pisarze, czy poeci siadają za biurkiem po dziadku Edwardzie z zamiarem stworzenia wiekopomnego dzieła. Jednak często jest tak, że na pomyśle się kończy.

— Bo siedzisz przed pustą kartką i nie możesz ułożyć ani jednego zdania. Znam to uczucie. Przerabiałem to wielokrotnie.

— Właśnie takie jest to nasze życie.

— Wiekopomne dzieło, które nigdy nie powstanie.

Kolejna kartka z kalendarza zdarta. Tak oto rozpoczynał się każdy dzień, w środku lub na końcu życia.

Na początku poranna toaleta. Szczypior zmył z siebie pot senny i brud. Rytualne oczyszczenie. Później rytuał śniadania. Wspólnego (psia mać!) posiłku. Bułka z masłem i żona z papilotami na głowie. Bułka mogłaby zostać, ale żona…

Szczypior nigdy nie odważył się powiedzieć żonie całej prawdy. Nigdy nie wyjawił przed nią tego, co naprawdę czuł. Wiedział doskonale, że to skończyłoby się rozwodem. Rozwód mógłby stanowić jakieś wyjście, lecz Szczypior był już za stary na chodzenie po sądach, rozprawy, oskarżenia, podziały majątków, podziały win, intencji dobrych i złych. Nie chciał.

Teraz do stołu dosiadła się szminkowa córka, Emilia. Odbicie lustrzane matki. Tylko papilotów jej brakuje. Ale na wszystko przyjdzie jeszcze czas.

— Pięknie wyglądasz, córeczko!

— No… — oczy jej wbite w ekran smartfona, który na co dzień wciągał ją i zabierał w smart-świat, a on już nie wiedział jak wyciągnąć ją ze smart-świata i jak z nią rozmawiać i czy w ogóle potrafi ona rozmawiać, mówić, czy zna jakikolwiek język poza swoim »smart językiem«.

Nigdy nie odważył się powiedzieć córce, że nie podobają mu się jej oceny i zachowanie. Nigdy nie odważył się powiedzieć córce, że nienawidzi, kiedy o czwartej nad ranem wraca pijana, albo kiedy w ogóle nie wraca na noc. Nigdy nie odważył się powiedzieć córce, że nie pochwala palenia w domu i tego, że zmienia chłopaków średnio co dwa tygodnie. Doskonale zdawał sobie sprawę, że popychał tym samym córkę na dno, może jeszcze bardziej niż na dno popychało ją towarzystwo, w którym tkwiła i z którego nie potrafiła się uwolnić. Szczypior mógłby być może coś na to zaradzić, lecz…

Kobiecy głos z radia oznajmił, że marzec może być wyjątkowo zimny i nie ma póki co oczekiwać rychłego przyjścia wiosny. Oto rozpoczynał się kolejny dzień ze środka lub końca życia.

„A gdyby tak dzisiaj zrobić coś zupełnie inaczej?”.

— Ojciec, daj dwie stówy na leginsy!

— Nie.

— Co?

— Szczypiorrr! — krzyczy żona — Co Ty gadasz wogóle?!

— Gadam, że nie. Po prostu, po krzywo, po przekątnej, nie. Nie zgadzam się. Jestem ojcem. A wiecie, kto to jest ojciec? Na pewno ojciec to nie jest dojna krowa, którą się doi z pieniędzy!

— Ale wszystkie dziewczyny z mojej klasy noszą leginsy. Elka, Helka, Andżela, Mariolka…

— I leginsy, te głupie gacie, które i tak wyrzucisz po tygodniu są aktualnie Twoim środkiem wszechświata, Twoim pragnieniem, pożądaniem…

— Matka — powiedz coś ojcu.

— Szczypiorrr…

— Zamknąć się! — pierwszy raz podczas rodzinnego śniadania to on opieprzał, a nie był opieprzany — To teraz ja wam coś powiem. Nigdy żadna z was nie przychodziła do mnie, nie pytała „Co u Ciebie?”, „Jak się czujesz?”, „Czy w pracy wszystko dobrze?”. Tylko ZAWSZE chodziło o dojenie. Szczypior — daj na nową kieckę (chociaż i tak w szafie nie ma już miejsca na nowe szmaty). Szczypior daj na kosmetyki (jakby mogły Ci w czymś jeszcze pomóc). Szczypior, daj na kino, bo wychodzę wieczorem z chłopakiem (którego najdalej za dwa tygodnie rzucę, bo nie pasowaliśmy do siebie). Ciągle tylko DAJ! DAJ! DAJ! To teraz ja was o coś poproszę. DAJCIE MI WSZYSCY ŚWIĘTY SPOKÓJ!

Tym oto radosnym akcentem Szczypior zakończył to nadzwyczajne, przełomowe w jego życiu śniadanie. Jakże jedno śniadanie może odmienić człowieka! Kulący się przed żoną i córką — Pantofel, zmienił się nagle w Króla Szczypiora I Niepokornego. Wygrana bitwa. Nie wojna.

— Jeszcze raz taki numer, Ty skurwysynu, to spotkamy się u adwokata! — czule pożegnała Szczypiora jego żona, kiedy ten właśnie wychodził z domu do pracy.

— Być może spotkamy się szybciej niż myślisz. Oby, oby…

Po tak udanym śniadaniu, Szczypior postanowił kontynuować swój misterny plan zrobienia czegoś inaczej. Przez lata odkładał pieniądze. Nie wiedział na co, po co, nie wiedział nawet ile pieniędzy znajduje się w jego tajemniczej skrytce. Zazwyczaj ludzie odkładają na nowy samochód, lodówkę, pralkę, telewizor, studia dla dziecka, lecz Szczypior nie miał tak wielkich ambicji. Prawdę mówiąc nie miał wcale planów na przyszłość, bo widział ją jako wielką czarną plamę, a pieniądze, które przez lata ukrywał skrzętnie i o istnieniu których tylko on wiedział po prostu były. Były tylko jego i mógł zrobić z nimi co chciał. Właśnie ta świadomość posiadania czegoś jedynie dla siebie i do własnej dyspozycji, sprawiała, że było mu trochę lżej na duchu. Ostatnio jednak zaczął myśleć o tym nieco inaczej.

„Pieniędzy trzeba się pozbyć. Wydać jednego dnia, wyrzucić albo wręczyć komuś naprawdę potrzebującemu. Biedakowi, pijakowi, nieuleczalnie chorej sierocie, byleby się pozbyć.”

Tak więc tego ranka, schodząc do piwnicy, dzierżył w dłoni młotek. W piwnicy na ścianie wisiał obrazek, przedstawiający dziewczynę w bieli. Szczypior zdjął go i za pomocą młotka uderzył mocno w puste już miejsce. Z łatwością przyszło mu wydrążenie dziury, przez którą niepewnie zajrzał, a oczom jego ukazało się czarne plastikowe pudełko z podobizną marynarza na wieku.

Chwila napięcia. Może Szczypiorowa dobrała się do pudełka i on niczego już tam nie znajdzie? Zrozumiał jednak, że te obawy są absurdalne, gdyż jego żona owszem potrafi grać na nerwach, ale nie jest na tyle inteligentna aby czytać w jego myślach. Otworzył wieko i wtedy odetchnął z ulgą.

— Przynajmniej coś raz dobrze zrobiłeś w życiu! — przyznał z satysfakcją.

W garażu na Szczypiora czekał kredytowy, niebieski samochód. Nienawidził go. Najchętniej pojechałby do pracy autobusem, bo nie ma dla niego znaczenia, czy tkwi w korku jadąc samochodem, czy autobusem. Ale przecież kto to widział czterdziestoparoletniego faceta, który nie ma samochodu? Szczypior nigdy nie chciał mieć samochodu. Nigdy nie chciał mieć żony, Jolanty. W dodatku zamiast chłopcem (tak wymarzony przez Szczypiora) Opatrzność obdarzyła go córką. Równie wredną i brzydką, jak jej matka. Tak naprawdę Szczypior do wszystkiego został zmuszony.

— Wiesz czego najbardziej żałuję?

— Czego?

— Tego, że kiedy miałem jeszcze wybór i mogłem decydować o swoim życiu, wolałem bać się rodziców, otoczenia, zwinąć się w kłębek i powiedzieć światu „Dobrze — możesz teraz zrobić ze mną, co zechcesz!”.

— Zawsze można wszystko zmienić…

— Wiesz, w pewnym momencie swojego życia nie można nic zmienić. Kiedy masz dwadzieścia lat, jedno niepowodzenie jest niczym. Możesz to brać, jako wyzwanie, płot, który można przeskoczyć. Nadal jednak masz wszystko przed sobą. Walczysz. Dziesięć lat później takie niepowodzenie staje się dużo większym problemem i trudniej sobie z nim poradzić. Jednak walczysz nadal. Dziesięć lat później, ten problem przybiera tak wielkich rozmiarów, że z płotu urasta do muru, którego nie sposób pokonać…

— Ale o co Ci tak naprawdę chodzi? Przecież Ty masz wszystko, co normalny człowiek chciałby mieć. Nie rozumiem.

No właśnie.

Szczypior stanął oko w oko z niebieską machiną. W pewnym momencie zrozumiał, że nic nie wie. Nie ma pomysłu. Pustka.

— Co mam teraz robić?

— Żyć, Kochany… — szepcze znajomy głos. I znika.

— Zawsze musisz odchodzić tak nagle?

Lecz w tym momencie uświadomił sobie, że odchodzenie Ewy jest tylko i wyłącznie jego winą. Że to on zabił Ewę. I jeszcze bardziej nienawidził siebie, papilocianej żony, szminkowej córki i niebieskiego automobilu.

„Zejdźcie mi z drogi”

W drodze do pracy Szczypior myślał o jego nowej książce, która nigdy nie zostanie dokończona. Nie zostanie dokończona, z trzech powodów.

Pierwszy — nie ma po co i dla kogo pisać.

Drugi — praca wypala twórczo (może rzucić pracę?)

Trzeci — brak pomysłów.

Książka zatytułowana »Uciekinierzy«. Kiedy opublikował jej fragmenty w internecie (wielkiej sieci, w którą można się złapać na amen), spotkał się z wielką falą krytyki, która jeszcze bardziej utwierdziła go w przekonaniu, że lepiej nie pisać. Lepiej przerzucić się na wędkarstwo.

Odważny anonim.com:

„Zupełnie nic nie rozumiem. Pseudointeligencki bełkot. Pretensjonalny. Brak dwóch przecinków i pięciu myślników (myśl, baranie!), gorzkie żale skrzywdzonego przez świat chłopca. Nikogo nie interesują przemyślenia. Chuj. Nie literatura. Lepsze wędkarstwo. Wszystkiego nie najlepszego”.

Szczypior pomyślał, że dobrym pomysłem byłoby rzucenie pracy i pisanie książek o sadomasochistycznych związkach, czy prostytutkach. Może nawet na kanwie jego powieści powstałby kasowy hit, obsypany nagrodami, a on sam zapisałby się tym samym złotymi zgłoskami w historii literatury światowej.

Szczypior, przepychając się przez