Everest - Odd Harald Hauge - ebook
Opis

CO PCHA LUDZI DO EKSTREMALNYCH WYCZYNÓW W SYTUACJACH, KIEDY HONOR I SŁAWASTAJĄ SIĘ WAŻNIEJSZE NIŻ ŻYCIE?

 

Martin Moltzau jest światowej sławy podróżnikiem i zdobywcą niedostępnych rejonów świata, dwukrotnie okrzykniętym Podróżnikiem Roku. Ma jednak pewien problem: od jego ostatniego sukcesu upłynęło zbyt wiele czasu.

Martin nie jest himalaistą. Mimo to daje się skłonić do próby zdobycia Mount Everestu. Wszystko po to, żeby zachować lukratywny kontrakt sponsorski. Wykupuje udział w komercyjnej ekspedycji, prowadzonej przez brytyjską legendę himalaizmu, sir Richarda Lawrence’a.

Od pierwszych chwil ekspedycji jest wyczuwalna podejrzliwość i niechęć do współpracy pomiędzy jej uczestnikami. W czasie, kiedy ekipa walczy o zdobycie najwyższego punktu na ziemi, ujawnione zostają niebezpieczne kłamstwa i półprawdy.

Na wysokości ośmiu tysięcy metrów grupa wkracza w tzw. strefę śmierci, gdzie ustają kolejne funkcje niedotlenionego organizmu. Zegar tyka, a nawet niewielki błąd może prowadzić do śmierci.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 403

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Okładka

Strona tytułowa

Tylko ci, którzy ryzykują pójście za daleko, dowiedzą się, jak daleko można dojść.

T.S. ELIOT

Everest

Strach jest prawdziwy. Strach przyćmiewa wszystko.

Martin Moltzau zaparkował swoje wypożyczone Audi TT między dwoma modelami A7 i sięgnął po podróżną torbę leżącą na siedzeniu pasażera. Siedział z nią jeszcze trochę na kolanach, próbując zebrać myśli. Potrzebował chwili, by dojść do siebie po tym, jak w iście rajdowym stylu pokonał siedemdziesiąt kilometrów między lotniskiem Fransa Josefa Straussa pod Monachium a Ingolstadt. Dwadzieścia cztery minuty od drzwi do drzwi, jego nowy życiowy rekord.

Podniósł głowę i spojrzał na prostokątny nowoczesny gmach ze szkła. Na jego krótszej ścianie dominowały cztery splecione ze sobą pierścienie i litery układające się w napis „Audi”. Kwatera główna jednej z najbardziej rozpoznawalnych marek świata.

Od jego ostatniej tu wizyty minęło półtora roku.

Zrobił głęboki wdech. Nie ma się czego bać. Był tutaj bohaterem. Wystarczy, że przedstawi swój pomysł w odpowiedni sposób, a wszystko pójdzie jak po maśle. Zerknął na zegarek. Do umówionego spotkania zostały trzy minuty, w Niemczech liczyła się punktualność.

Schylił głowę, gramoląc się ze sportowego auta i przeklinając się w duchu za próżność, która skłoniła go do wybrania modelu zupełnie niedostosowanego do jego wysokiego wzrostu.

Zgłosił się do kontuaru przy wejściu i z zadowoleniem stwierdził, że recepcjonista poinformował telefonicznie o jego przybyciu dokładnie o umówionej godzinie. Wpisał się do cyfrowej księgi gości – dostrzegł przy tym uznanie w oczach młodego mężczyzny za kontuarem, który najwyraźniej rozpoznał jego nazwisko – po czym ruszył przed siebie zadumany.

Z rozmyślań wyrwał go radosny okrzyk. Franz Mendler, szef działu umów sponsorskich w koncernie Audi, kroczył w jego stronę z wyciągniętymi ramionami. Uścisnęli się jak starzy przyjaciele, którymi zresztą w pewnym sensie byli. Martin wiele zawdzięczał temu o dziesięć lat starszemu Niemcowi.

Mendler zebrał cały zespół, sześć osób, w sali konferencyjnej na najwyższym piętrze. Martin miał okazję poznać każdego z nich już wcześniej. Wszyscy spoglądali na niego z nieukrywanym podziwem. Budziło to w nim pewien dyskomfort, ale mimo to uśmiechał się mechanicznie, przemawiając do zebranych niemal bezbłędnym niemieckim.

Na jednej ze ścian wisiały dwa wielkie plakaty sponsorskie. Martin zastanawiał się, czy umieszczono je tam specjalnie na potrzeby tego spotkania. Jeden z nich przedstawiał samotnego narciarza przemierzającego bezkresne pustkowie. Ślady nart zdawały się ciągnąć za nim w nieskończoność przez płaski, niezalesiony krajobraz. Spektakularne zdjęcie, dające pojęcie o tym, jak niezwykle ambitne było przedsięwzięcie narciarza. Miał przemierzyć Syberię, od fińskiej granicy do Cieśniny Beringa, sześć tysięcy kilometrów, dwieście pięć dni, najdłuższa podróż na nartach na świecie. „Explorer of the Year”[1], głosił napis pod zdjęciem.

Drugi plakat był kolażem zdjęć tego samego podróżnika – od nart poprzez kajak i rower do łodzi żaglowej. Droga z bieguna północnego na południowy pokonana w dziesięć miesięcy, w czasie, w którym zdawał się wyłącznie na wiatr i siłę własnych mięśni. Także ten plakat opatrzono podpisem „Explorer of the Year”.

Powinien być dumny. Cały kłopot w tym, że od jego ostatniego wielkiego dokonania minęły trzy lata, trzy lata, odkąd stanął na biegunie południowym z flagą Audi uniesioną nad głową. Co robił od tamtej chwili? Jeździł po świecie z prelekcjami, ale poza tym próbował wieść normalne życie. To pierwsze miało dla Audi kluczowe znaczenie, podczas gdy to drugie – jak zakładał – mogło stanowić dla koncernu powód do zmartwienia.

Franz Mendler dokonywał właśnie podsumowania kariery Martina, on zaś przygotowywał się do prezentacji swojego najnowszego pomysłu. Miał już zaczynać, gdy drzwi stanęły otworem i do sali wszedł swobodnym krokiem mężczyzna na oko niewiele starszy od czterdziestojednoletniego podróżnika. Mendler zerwał się z krzesła, wyglądał, jakby chciał zasalutować.

– Pozwolę sobie przedstawić naszego nowego dyrektora generalnego Horsta Hegelera – powiedział Mendler, wykonując ukłon w stronę swojego szefa, a potem kolejny w stronę Martina. – A to Martin Moltzau.

– A więc to pan – powiedział Hegeler, błyskawiczne ściskając wyciągniętą rękę Martina. – Jestem nowy w Audi, znam pana tylko ze słyszenia. Ale z tego, co wiem, jest pan człowiekiem, na którego zawsze można liczyć. To dobrze. Chcę pracować z ludźmi, na których można liczyć. To dla mnie najważniejsze.

Hegeler mówił ze wzrokiem utkwionym w jakimś punkcie ponad ramieniem Martina, nagle poprawił swoją wypielęgnowaną fryzurę. Martin zerknął ukradkiem w bok i zrozumiał, że mężczyzna przegląda się w szkle antyram, za którymi wiszą plakaty. „Laluś pewnie zauważył, że mam zmiętą koszulę”, pomyślał. Zanim zdążył cokolwiek odpowiedzieć, Hegeler skinął krótko głową zebranym i wymaszerował z sali.

Martin opadł z powrotem na krzesło. „Rozluźnij się, oddychaj przeponą”, upomniał sam siebie. Odchrząknął parę razy, by skupić na sobie uwagę.

Był dobrze przygotowany. Dokładnie przemyślał zarówno samą koncepcję, prawdopodobieństwo sukcesu, ramy czasowe, jak i budżet. Jego prezentacja była poza tym błyskotliwa także od strony technicznej. Nie miał innego wyboru, w końcu wygłaszał ją w siedzibie koncernu, którego mottem jest „Vorsprung durch Technik”[2].

Pomysł był łatwy do objaśnienia. Miał zamiar okrążyć ziemię, podążając wzdłuż równika, ze wschodu na zachód. Nikt nie dokonał tego rzecz jasna wcześniej, inaczej nie wychodziłby w ogóle z taką propozycją. Większość trasy przebiegała przez morza – prawie połowę jej stanowiła przeprawa przez Pacyfik. Morskie odcinki nie wiązały się z żadnymi szczególnymi trudnościami. Prawdziwe wyzwanie, ujmując to łagodnie, stanowiła natomiast lądowa część trasy. W Afryce miałby do czynienia po części z płaskowyżem, po części zaś z dżunglą, tam jego zdaniem spokojnie by sobie poradził. O wiele gorzej przedstawiała się wizja pokonania lasów deszczowych na indonezyjskich wyspach i Borneo, nie mówiąc już o przebiciu się na wskroś przez Amazonię.

Zamierzał odbyć tę wyprawę sam. Przez oceany i dżungle. Zakładał, że realizacja projektu zajmie cztery lata i zostanie podzielona na etapy. Pomiędzy kolejnymi etapami będzie wracał do domu, by móc dodatkowo w tym czasie prowadzić prelekcje. Dzięki temu nie zniknie, nie zapadnie się pod ziemię i nie zostanie zapomniany.

Gdy skończył mówić, w sali zapadła cisza.

– Nie da pan rady – odezwała się wreszcie młoda kobieta siedząca przy końcu stołu. Martin nie pamiętał jej nazwiska.

– Dziękuję – odparł z uśmiechem. – Właśnie dlatego chcę to zrobić. Nie dlatego, że to łatwe, tylko ponieważ to trudne.

– Jakie ma pan doświadczenie w sztuce przetrwania w dżungli? – zapytał ktoś z pozostałych.

Martin miał ochotę odpowiedzieć, że niezbyt wielkie.

– Wystarczające – odrzekł zamiast tego.

Pomiędzy pracownikami Audi rozgorzała zażarta dyskusja o tym, czy taką wyprawę da się doprowadzić z powodzeniem do końca, czy nie. Martin rozparł się na krześle i słuchał. Czy faktyczne miał ochotę na tę ekspedycję, czy też czuł po prostu, że musi przedstawić jakiś spektakularny pomysł? Sam nie był tego do końca pewien.

Dyskusję przerwał w końcu Franz Mendler.

– Moim zdaniem to ambitny i bardzo wartościowy projekt zaplanowany z rozmachem, z tym chyba zgodzą się wszyscy. Ale jeśli ruszysz w przyszłym roku i przeznaczysz na ekspedycję cztery lata, od zakończenia wielkiego projektu od bieguna do bieguna do realizacji pomysłu z równikiem minie aż osiem lat. Osiem lat to długo jak dla sponsora. Już teraz musieliśmy zrezygnować z używania twojego wizerunku w kampaniach reklamowych, straciłeś aktualność.

Martin wbił wzrok w Mendlera. Przeczuwał, dokąd to prowadzi.

– Moim zdaniem, abyśmy mogli przedłużyć umowę o kolejnych pięć lat, potrzebujemy szybkiego tryumfu. Żeby pokazać, że nadal jesteś liczącym się graczem.

Martin dobrze wiedział, co Mendler chce przez to powiedzieć. W ostatnim czasie wszyscy: przyjaciele, dziennikarze, a nawet członkowie rodziny zadawali mu to samo pytanie. Czyżby nie miał żadnych nowych planów? Nigdzie się nie wybierał? Odpowiadał zawsze wymijająco, próbował wykręcać się żartami. „Dość już chyba miałem świeżego powietrza, nie uważasz?”.

Mimo to nie do końca rozumiał, co ma na myśli Mendler, mówiąc o szybkim tryumfie. Nie ma czegoś takiego jak szybki tryumf.

– Chcemy cię prosić, byś wymyślił ekspedycję, którą dałoby się zrealizować w ciągu najbliższego roku – ciągnął Mendler. – Mieliśmy tu niedawno w oddziale spotkanie strategiczne, na którym omawialiśmy nasze obecne umowy sponsorskie. Jeśli chodzi o ciebie, jesteśmy optymistyczni, ale widzimy potrzebę, tak jak to nazwałem, szybkiego tryumfu. Czegoś co sprawi, że kierownictwo zechce przedłużyć kontrakt.

– Ekspedycja równikowa mogłaby ruszyć w przyszłym roku – powiedział Martin.

– Równik, równik. – Mendler westchnął. – Nie sprzedajemy aut na Pacyfiku ani w dżungli. Lód, śnieg i zimno to symbole, których używamy w kampaniach reklamowych na wielu ważnych rynkach, dlatego pan Martin Moltzau tak dobrze nam się wpasował w koncepcję. A teraz mielibyśmy się niby promować w łodzi żaglowej? Albo pokazując zdjęcia faceta, który miesiącami przebija się przez parującą dżunglę?

– Mógłbym wpaść po drodze na Mount Everest – rzucił Martin. – Zatknąć na szczycie flagę Audi.

– Doskonały pomysł! – Mendler aż dźwignął się z krzesła.

– Przecież żartowałem! – niemal wrzasnął Martin.

– To by idealnie pasowało do twojego image’u – powiedział Mendler, siadając z powrotem.

– Nic z tych rzeczy. – Martin nie mógł uwierzyć w to, co słyszy. – Przecież ja nie jestem himalaistą.

– A kogo to obchodzi?

– Mount Everest to nie byłby dla Audi żaden tryumf – oświadczył Martin. – Wszyscy święci już tam byli, w tym pewnie też jacyś wasi pracownicy.

– Ale bardzo niewielu ludzi zdobyło dwa bieguny, i to w takim stylu, a do tego jeszcze szczyt najwyższej góry świata – oświadczył Mendler. – Taki hat-trick utrzymałby markę Martina Moltzaua przy życiu na długie lata, a ty mógłbyś spokojnie obmyślać i realizować kolejne ekspedycje.

Martin potrząsnął głową, ale Mendler już nabrał rozpędu.

– Dla Audi korzystniejsze jest umieszczenie cię na szczycie Mount Everest, niż przewiezienie cię wokół ziemi. To drugie jest śmiertelnie niebezpieczne, kosztowne i ekstremalnie trudne, ale dla naszych klientów nie miałoby raczej znaczenia. Większość ludzi nawet nie wie, którędy przebiega równik. A o Evereście słyszeli wszyscy.

– Everest to żadne osiągnięcie – zaprotestował Martin.

– I tu się mylisz. Everest to śmiertelna pułapka, spójrz tylko na statystyki. Statystyki wykazują poza tym, że zdobycie szczytu Mount Everest jest wyczynem, o którym marzy większość ludzi. Bezkonkurencyjnym numerem jeden na liście. A skoro to takie proste, to możesz to chyba zrobić? – Mendler rozparł się na krześle zadowolony z siebie.

Martin miał poczucie, że sam się zapędził w kozi róg. Jakim cudem dał się wmanewrować w tę sytuację? Chciał podać tylko pierwszy lepszy głupkowaty przykład czegoś, czego nie miał zamiaru robić. Tymczasem, sądząc po twarzach ludzi za stołem, pomysł uznawał za głupkowaty już tylko on. Między oczami Mendlera pojawiła się głęboka bruzda, zupełnie jakby mężczyzna usłyszał coś, w co nie mógł do końca uwierzyć.

Martin uświadomił sobie, że jest o krok od utraty źródła dochodów. Zobaczył się już oczyma duszy, jak idzie po schodach w ciemnym garniturze do biura. Węzeł krawata zaciskał mu się wokół szyi. Czy mógł sobie teraz pozwolić na negocjacje ze swoim starym przyjacielem Mendlerem, człowiekiem, który roztaczał nad nim opiekę przez całą dekadę?

– Może podyskutujmy o innych projektach, w których jest śnieg i lód – odezwał się Martin, tym razem z uśmiechem. Miał nadzieję, że nieprzesadnie sztucznym.

– No cóż, skoro sam wyciągnąłeś ten Everest, to muszę przyznać, że przychodzi do nas sporo ludzi ze spektakularnymi pomysłami na podobne ekspedycje, byli u nas już chyba wszyscy liczący się himalaiści – odparł Mendler. – Ale ciebie już znamy, dużo w ciebie zainwestowaliśmy, a kampania reklamowa z facetem, który zdobył oba bieguny i jeszcze na dodatek Everest, z pewnością przemówi do ludzi.

Martin zauważył, że wszyscy mają za oczywistość, iż bez problemów wejdzie na Everest, zakładają, że ma tam po prostu jechać i to zrobić.

– Czemu nie wspinał się pan wcześniej na żadne góry? – chciał wiedzieć jeden z zebranych.

Martin odpowiedział mu uśmiechem i wzruszeniem ramionami.

– Sądzę, że powinieneś się nad tym chwilę zastanowić – podsumował Mendler. – Tylko daj mi szybko odpowiedź. W ciągu najbliższych tygodni muszę przygotować budżet w związku z umowami sponsorskimi i chciałbym wiedzieć, czy cię w nim uwzględnić.

Martin wsiadł do sportowego auta z wypożyczalni, na siedzeniu pasażera położył torbę podróżną i dużą reklamówkę. Mendler podarował mu na pożegnanie kilka T-shirtów Audi oraz cztery pary najnowszych firmowych okularów przeciwsłonecznych, a także rynkową nowinkę Audi Smart Watch w trzech różnych kolorach.

Niemiec zszedł z nim do recepcji, gdy stali przed drzwiami wyjściowymi położył mu dłonie na ramionach i uścisnął je mocno, zaglądając mu w oczy.

– Przyjacielu, głęboko wierzę, że ten projekt okaże się owocny, zarówno dla ciebie, jak i dla mnie. Powodzenia!

Martin oparł obie dłonie na kierownicy i przymknął oczy. 8850 metrów nad poziomem morza. Ryzyko zejścia lawiny, mało tlenu, będzie balansował na ostrych graniach i wisiał na linach nad przepaściami, od samego myślenia o tym kręci mu się w głowie.

Tego do tej pory udawało mu się unikać.

Kurwa mać.

Upał uderzył go w twarz już na szczycie trapu. Na chwilę przystanął zaskoczony. Musiało być ponad czterdzieści stopni. Szybko ściągnął kurtkę, ale mimo to w kilka sekund oblał się potem. W oszołomieniu zszedł ze schodów i ruszył do hali przylotów, do chłodnego cienia.

Starsza pani, która siedziała obok niego przez te pięć godzin podróży z Doha, stanęła teraz tuż przed nim przy taśmie bagażowej. Podczas całego lotu nie zamienili ze sobą ani słowa. Teraz odwróciła się do niego i mrugnęła.

– Nie sądził pan pewnie, że tu jest aż tak gorąco?

Martin potrząsnął głową, wycierając obiema dłońmi pot z czoła.

– Każdy, kto przyjeżdża tu wiosną, tak reaguje, powiedziała. Katmandu leży na wysokości zaledwie tysiąca trzystu metrów i jest bardziej wysunięte na południe niż New Delhi. Nigdy nie spadł tu śnieg, proszę sobie to wyobrazić. Ludzie przyjeżdżając tutaj, myślą, że znajdą się w górskim klimacie Himalajów.

Starał się nie sprawiać wrażenia przesadnie zaskoczonego, uśmiechnął się tylko i odpowiedział mrugnięciem.

– Na pewno zaraz zrobi się zimno. Wspinam się na Mount Everest.

– Od strony północnej czy południowej? – zapytała.

– Od północnej, z Tybetu.

Starsza pani skinęła głową, ściągając w dół kąciki ust.

– Dziwny wybór.

Opanował chęć zadania pytania, co ma na myśli. Cóż starsza pani mogła wiedzieć o wyborze trasy na Evereście? Zamiast tego pochwycił swoje dwie ciężkie jak ołów torby marki North Face. Z trudem udało mu się zawlec je do wózka.

Kiedy znów wyszedł prosto w popołudniowy upał, czekała go kolejna niespodzianka. Kakofonia okrzyków i nawoływań, tłumy ludzi jak okiem sięgnąć. Nie był w stanie przejść z wózkiem.

– Hej! – zawołał ostro, ale nikt nie zwrócił na to uwagi. Dostrzegła go grupka tragarzy, którzy rzucili się do jego toreb. Odepchnął ich, usiłując przecisnąć się dalej, ale bez powodzenia.

Bagażowe sępy niechętnie odsunęły się na bok, kiedy pojawił się krótko ostrzyżony uśmiechnięty mężczyzna, wydając im parę zdecydowanych poleceń. Miał na sobie podniszczone dżinsy i jasnoniebieską koszulkę.

– Pan Moltzau, jak sądzę? – rzekł mężczyzna, wyciągając dłoń.

– Zgadza się – odparł Martin, przyjmując jego rękę.

Mężczyzna bez wahania wziął z wózka jedną torbę, zarzucił ją sobie na plecy i ruszył przodem. Martin pochwycił drugą. Na końcu parkingu stał mikrobus. Gorliwi pomocnicy zamocowali torby na dachu, a Martin w tym czasie wgramolił się do środka i upchnął jakoś swoje 193 centymetry na jednym z siedzeń. Jego dobroczyńca usadowił się na pojedynczym fotelu tuż obok i ponownie wyciągnął rękę.

– Dawa Chiri Sherpa.

Martin ujął jego dłoń, powtarzając swoje nazwisko, a po chwili zrozumiał, że to bez sensu. Zirytowany na siebie odwrócił się i patrzył, jak autobus wlecze się przez tłumy przy lotnisku. Wokół były zawalone budynki, wydawało się, że trzęsienie ziemi wydarzyło się zaledwie kilka dni temu. Odbudowa zajmie wiele lat.

Siedział tak aż do chwili, kiedy minęli rzekę, gdzie nad stosami unosił się dym. Ogniska były porozrzucane wzdłuż całego biegu rzeki. Przed oczami mignęły mu wystające z ognia dwie stopy; odwrócił głowę, żeby zobaczyć, czy mu się nie wydawało.

– Palimy tutaj ciała zmarłych, taka jest nasza tradycja – powiedział z tyłu Dawa.

– W samym środku stolicy? – zapytał zaskoczony Martin.

– W zeszłym tygodniu w obecności wielu ludzi został skremowany premier.

Martin wpatrywał się w palące się ciała aż do chwili, gdy ogniska zostały przysłonięte przez drzewa. Z trudem wyobrażał sobie kremację norweskiego premiera na brzegu rzeki Akerselva w Oslo.

Byli sami w autobusie, Martin czuł, że cisza nieprzyjemnie mu ciąży.

– Czy bierzesz udział w ekspedycji? – zapytał, patrząc Szerpie w oczy.

– Jestem przewodnikiem wspinaczki – odparł Dawa.

Martinowi cisnęło się na język wiele pytań. „Czy jest stromo?”, brzmiało jedno z nich, ale sam sobie odpowiedział. „Na Boga, oczywiście, że jest stromo”.

– To dzięki wam, Szerpom, możliwe są wyprawy na Everest – rzekł zamiast tego.

Dawa skinął głową, wyglądając przez okno.

– Musicie mieć dosyć takich jak my.

Dawa spojrzał mu prosto w oczy. Jego uśmiech zniknął.

– To nasza praca.

– Każdy może mieć dosyć swojej pracy. Przyjmowanie poleceń od niemających o niczym pojęcia obcokrajowców może nie być łatwe.

Dawa przyglądał się mijanym krajobrazom.

– Czasy się zmieniają – powiedział.

Martin doznał uczucia, że nie powinien zadawać więcej pytań. Po raz pierwszy siedział obok jednego z tych legendarnych Szerpów, bohaterów Himalajów. Zapewniono go, że ekspedycja będzie korzystać z pomocy pięciu Szerpów wybranych spośród najlepszych, których można wynająć za pieniądze.

– Czy twój zespół jest już na miejscu? – zapytał, żeby podtrzymać rozmowę.

Dawa nadal wpatrywał się w coś za oknem.

– Wszystko będzie dobrze – powiedział po chwili.

Siedzieli w milczeniu aż do chwili, kiedy autobus, zjechawszy wąską uliczką przez bramę, zatrzymał się przed hotelem. „Radisson Blue”, głosił napis, a pod spodem widniało pięć gwiazdek.

– To dopiero ekspedycja – wymamrotał Martin.

Papier listowy był opatrzony monogramem, wiadomość została pieczołowicie wykaligrafowana. Serdecznie zapraszam na kolację powitalną o 19.30, zbiórka w recepcji o 19.00. Podpisano: Sir Richard Lawrence.

Martin nie zabrał ze sobą odpowiedniego na taką okazję stroju. Wziął prysznic i doszedł do wniosku, że najbardziej reprezentacyjne będą dżinsy w połączeniu z niebieską luźną koszulą i parą zielonych butów trekkingowych od Scarpy. T-shirty z logo Audi zostawił w walizce, nie był przecież w pracy. Jeszcze nie.

Wszedł na wagę w łazience. Zawsze próbował przytyć trochę przed ekspedycją, by mieć potem z czego chudnąć. Dziewięćdziesiąt pięć kilogramów powinno być tym razem absolutnym minimum, ale waga pokazała osiemdziesiąt siedem, mimo że był w ubraniu. Miał nadzieję, że niska masa ciała okaże się zaletą, gdy zrobi się stromo.

– Uspokój się, jesteś świetnie przygotowany – wymamrotał do siebie, przeczesując dłońmi swoje krótkie szpakowate włosy. Przed wyjściem z pokoju zacisnął jeszcze pasek spodni i zapiął na kolejną dziurkę, zrobił kilka głębokich wdechów.

Wychodząc z windy, zauważył czekającą w recepcji grupkę ludzi. Ruszył w ich kierunku z lekkim wahaniem. Starszy ze stojących przy kontuarze mężczyzn dostrzegł go i wyszedł mu na powitanie.

– Mr Moltzau – przywitał go z wylewną radością i uścisnął mu dłoń. Martin miał wrażenie, że na jego ręce zamknął się szpon gigantycznego ptaka, kościsty, ostry, o napiętej łuskowatej skórze. Stał jak wryty, próbując uwolnić dłoń.

– Sir Richard Lawrence, do usług – przywitał się mężczyzna, nie zwalniając uścisku.

Martin zapomniał na chwilę o ptasim szponie. Sir Richard Lawrence we własnej osobie, brytyjska legenda. To tylko jego beznadziejna pamięć do twarzy sprawiła, że go nie rozpoznał.

– Myślę o panu niemal jako o koledze – ciągnął sir Richard z zaangażowaniem. – Mamy ze sobą wiele wspólnego.

– Tyle że ze mnie żaden himalaista – odparł Martin. Znów poczuł się niezręcznie.

Sir Richard udał, że tego nie słyszał, wciąż ściskał jego dłoń i potrząsnął nią jeszcze kilka razy.

– Obaj wybraliśmy życie poszukiwaczy przygód. Dobrze się będziemy rozumieć. Nie mogę się doczekać, żeby posłuchać o pańskich doświadczeniach.

Martin w końcu uwolnił dłoń.

– Sir Richardzie, to ja będę się od pana uczył.

– Nalegam, byśmy mówili sobie po imieniu, w górach wszyscy jesteśmy sobie równi i nawzajem od siebie zależni. Czekaliśmy na ciebie, właśnie się poznajemy.

Mężczyzna poprowadził go do pozostałych i przedstawił w kilku eleganckich zdaniach. Grupka składała się zaledwie z pięciu osób, łącznie z sir Richardem.

Na sam koniec Martin został przedstawiony ubranemu w dżinsy i T-shirt śniademu mężczyźnie stojącemu nieco na uboczu.

– Dawa Chiri Sherpa – powiedział sir Richard. – Najlepszy Szerpa i himalaista na świecie. Najważniejszy członek naszej ekspedycji.

– Należy każdego słuszną cenę znać[3] – odezwał się Szerpa i skłonił lekko.

Martin spojrzał na niego zaskoczony. Bardzo elegancki zwrot, chyba słyszał go już wcześniej? Nie był w stanie przypomnieć sobie gdzie. Zamiast tego skinął mężczyźnie głową, otrzymując w zamian nieznaczny uśmiech. Miał wrażenie, że Dawa przenika go wzrokiem na wylot.

Kierownik ekspedycji wrócił do historii o Himalajach, którą zaczął opowiadać przed przybyciem Martina. Norweg nie słuchał go, lustrował zamiast tego resztę ekipy. Fakt, że zaliczały się do niej dwie kobiety, można było uznać za ewenement, mimo że panie na Evereście dawno już przestały być sensacją.

Obie kobiety były uderzająco piękne, ale tu kończyły się podobieństwa. Drobna brunetka o długich włosach była zapewne Manuelą z Włoch. Nazwisko wyleciało mu z głowy. Pracowała jako meteorolog albo bankowiec, te dwie możliwości podpowiadała wyszukiwarka Google.

Celine miała krótkie jasne włosy i była przewodnikiem górskim. Co do tego Martin nie miał wątpliwości. Przewyższała Manuelę o głowę. Obie kobiety miały na oko trzydzieści kilka lat.

Manuela mówiła żywo gestykulując, raz po raz odgarniała włosy z twarzy, tak jak to często robią długowłose kobiety. Odsłaniała przy tym niewielką, ale rzucającą się w oczy bliznę tuż przy lewym uchu.

Blondynka stała ze skrzyżowanymi ramionami. Mówiła niewiele, uśmiechała się jeszcze mniej. Martin pomyślał o chińskim znaku oznaczającym niezgodę lub kłótnię – dwie kobiety pod jednym dachem.

Naprzeciw niego stał wysoki ciemnowłosy mężczyzna, nieco od niego młodszy. Uśmiechając się, obnażał rząd nieskazitelnych zębów, olśniewająco białych na tle opalonej twarzy. W Stanach mieszkało kilka tysięcy Marków Simmonsów, więc wyszukiwarka Google nie pomogła ustalić Martinowi zbyt wielu faktów.

Sir Richard spuentował historię, wszyscy oprócz Norwega wybuchnęli śmiechem.

– Zapraszam was dziś na kolację do Thamel, dzielnicy backpackerów i hipisów – dodał. – Nie ma się co spodziewać wyszukanej kuchni, ale na pewno będzie miło.

Restauracja wyposażona była w plastikowe krzesła. Martin czuł, że są wilgotne, nawet przez gruby materiał spodni. Pod sufitem wisiały duże drewniane wiatraki, ale żaden z nich nie był włączony. Czuł również, jak pod jego pachami rosną ciemne plamy od potu. Będą bardzo widoczne na niebieskiej koszuli. Zazdrościł swoim towarzyszom ich lekkich letnich strojów.

Kelner postawił przed nimi trzy otwarte butelki czerwonego wina. Martin chwycił jedną i zaczął napełniać kieliszki. Czuł, że wino dobrze mu zrobi. Celine mrugnęła do niego w podziękowaniu.

– Zdobycie Everestu to dla przewodnika górskiego pewnie większy prestiż i lepsze zarobki – powiedział.

Blondynka nie wydawała się zaskoczona tym, że Martin wie, jak zarabia na życie. Zamiast tego zastanowiła się nad tak bezpośrednio postawionym pytaniem.

– W ogóle o tym nie myślałam.

– To co cię tu sprowadza? – spytał Martin.

– A co sprowadza ludzi do najwyższej góry świata? Wiesz może, co George Mallory odpowiedział na pytanie, czemu chce ją zdobyć?

Martin skinął głową.

– „Because it’s there”.

– A ciebie co tu sprowadza? – skontrowała Celine.

O mały włos nie powiedział „konieczność”.

– Jestem poszukiwaczem przygód – odrzekł zamiast tego. Zazwyczaj próbował unikać tej kategoryzacji, ale w tej chwili brzmiało to właściwie.

– No tak, przecież z tego żyjesz – rzuciła Celine. Ona też najwyraźniej wiedziała o nim to i owo.

– Ale ty chyba też?

– Jestem z wykształcenia przewodnikiem górskim, chodzę z turystami po szwajcarskich Alpach przez cały rok.

– To chyba nie jest przypadek, że nosisz nazwisko Blanc i biegasz po górach.

Celine posłała mu uśmiech i odchyliła się na plastikowym krześle.

– Urodziłam się w majątku Blanc leżącym na wzgórzach na zachód od Chamonix, rozciąga się z niego wspaniały widok na Mont Blanc, więc owszem, to nie przypadek.

– Czyli przejmiesz kiedyś gospodarstwo w górach?

– Nie, jeśli nie będę musiała.

– Byłaś już w Himalajach? – spytał Martin, unosząc kieliszek.

Celine wyprostowała się na krześle i sięgnęła po swój, opróżniony już do połowy.

– Nie. Jestem ciekawa, jak dam sobie radę na naprawdę dużych wysokościach. Nigdy nie byłam wyżej niż pięć tysięcy metrów, a obóz bazowy pod Everestem leży rzecz jasna powyżej tej granicy.

Ponad stołem wyciągnęła się w stronę Martina potężna dłoń. Norweg odstawił kieliszek i uścisnął ją.

– Mark Simmons, New York City. Pewnie nie zapamiętałeś jak nas sobie przedstawiano. Jesteś z Norwegii, prawda? – Mark wybuchnął dziwnym, kobiecym śmiechem. – Na samym Manhattanie mieszka więcej ludzi niż w całym waszym kraju, zgadza się? Jesteś w stanie wymienić jednego Norwega, którego nazwisko powinienem znać?

– Edvard Munch – rzucił Martin niezrażony.

– A on jest z Norwegii? Myślałem, że to Hiszpan albo coś w tym stylu. A sam mam przecież Muncha na ścianie. Nawet dwie sztuki. Obrazy olejne.

Mark musiał zwrócić uwagę na pełen sceptycyzmu wyraz twarzy Martina.

– Czy to takie dziwne? Wystarczy wyłożyć trochę pieniędzy i kupić je na aukcji. Sotheby’s albo Christie’s. Jeden telefon i po sprawie.

Martin upił łyk wina i przyjrzał się Amerykaninowi znad kieliszka. Miał ochotę zapytać o tytuły tych dwóch obrazów, ale ugryzł się w język.

Sir Richard zastukał ostrożnie w kieliszek.

– Drodzy przyjaciele. Dopiero się spotkaliśmy, ale spędzimy razem dwa kolejne miesiące, w warunkach, które wystawią nas na ciężką próbę. Nikt z nas nie znał wcześniej nikogo ze swoich towarzyszy, ale mamy wspólny cel, wspólne marzenie, które łączy nas niezależnie od tego, kim jesteśmy i skąd pochodzimy. Żywię przekonanie, że dzięki współpracy i wzajemnemu wsparciu w trudnych chwilach razem doświadczymy czegoś, czego będzie zazdrościł nam świat.

Sir Richard zakończył tę krótką przemowę, unosząc kieliszek w geście toastu. Wszyscy wstali z krzeseł i poszli za jego przykładem.

Martin przyjrzał się kierownikowi ekspedycji, gdy usiadł na powrót za stołem. Odkąd obiecał Everest ludziom od Audi w Ingolstadt, zaczął się trochę wałkonić. Organizacja własnej ekspedycji nie wchodziła w grę. Musiał wybrać komercyjną wyprawę, gdzie wystarczyło zapłacić i dostać wszystko na tacy.

Z początku rozważał kontakt z Ronem Hunerem, królem Everestu. Jego firma, Everest Dreams, od lat dostarczała ludzi na szczyt za sowitą opłatą, za to bez poważnych wypadków. A to ostatnie pozostawało nie bez znaczenia na szlaku, na którym co sezon ginęło wiele osób.

Martin zmienił zdanie po przeczytaniu, że powrót na najwyższą górę świata planuje sir Richard Lawrence. W tym roku wypadał dwudziesty jubileusz jego pierwszego wejścia na szczyt i mijało dziesięć lat, odkąd za swoje dokonania otrzymał od królowej tytuł szlachecki. Anglik wspiął się w sumie na dziesięć ośmiotysięczników i był żywą legendą.

Martin sam nie wiedział, dlaczego wybrał sir Richarda. Nie miał szczególnego szacunku dla umiejętności organizacji wypraw prezentowanych przez Brytyjczyków, ale naznaczony kolejnymi ekspedycjami życiorys Lawrance’a obudził w nim chyba pewne poczucie wspólnoty.

A teraz oddał stery w cudze ręce.

Celine miała przed sobą na stole profesjonalną lustrzankę, wymieniała właśnie obiektyw z szerokokątnego na zoom. Skierowała aparat na dyskutujących towarzyszy i pstrykała zdjęcie za zdjęciem, bez lampy błyskowej. Obiektyw musiał być bardzo jasny. Gdy odwróciła się do Martina, ten pomachał rękami w obronnym geście.

– Mam nadzieję, że trafią się lepsze okazje.

Celine nie nalegała i odłożyła aparat.

– Robię zdjęcia cały czas – wyjaśniła. – W górach po kilka tysięcy rocznie, potem sprzedaję je do czasopism. Na tę ekspedycję mam podpisaną umowę z National Geographic.

Martin sięgnął po aparat i zważył go w dłoni. Z profesjonalnym obiektywem z zoomem był ciężki jak ołów. Dla niego liczyła się waga, zawsze zabierał ze sobą tylko najlepszy dostępny na rynku model aparatu kompaktowego. Nie interesował się fotografią, robił zdjęcia tylko dlatego, że wymagali tego sponsorzy.

– Na twoim miejscu nie dźwigałbym tego wszystkiego na szczyt – przestrzegł kobietę.

– I co jeszcze, muszę mieć najlepszy sprzęt na szczycie najwyższej góry świata. Bądź poważny! – Celine uśmiechnęła się i wyjęła mu aparat z rąk.

„Nie masz pojęcia, na co się porywasz”, pomyślał Martin i poczuł szarpnięcie za koszulę.

– Jesteś z Norwegii? – padło pytanie z ust Manueli.

– Tak jak łosoś, fiordy i trolle.

– Himalaista? – dociekała.

– Ty też nie wyglądasz jak entuzjastka wspinaczki wysokogórskiej – skontrował Martin i wzruszył ramionami.

– A jak wyglądam?

– Jak córka bogacza – rzucił pierwsze, co wpadło mu do głowy.

– Bo może nią jestem.

– Z pewnością jesteś jeszcze kimś poza tym – stwierdził.

– Pracuję jako meteorolog.

„Powinienem pamiętać”, pomyślał Martin. Pewnie w telewizji.

– Dla jakiego kanału? – zainteresował się.

– RAI.

Dostrzegał oczywistą zaletę obecności meteorologa na ekspedycji, na której o wszystkim mogła przesądzić pogoda. Chciał ją zapytać, co wiedziała na temat długoterminowych prognoz, ale zanim zdążył otworzyć usta, Manuela zwróciła się do wszystkich przy stole.

– Czy tu jest samoobsługa, czy trzeba coś zrobić, żeby wreszcie dali jeść?

Zanim ktokolwiek odpowiedział, kelnerzy zaczęli stawiać przed nimi talerze z olbrzymimi befsztykami i tonami frytek. Jedynym zielonym dodatkiem był wzorek wokół brzegów talerzy.

Sir Richard, Manuela i Mark chwycili bez wahania za sztućce, ale Celine i Martin siedzieli bez słowa, spoglądając sceptycznie na stojące przed nimi pół krowy.

– Jedzcie, do kolejnego porządnego befsztyka może minąć trochę czasu – poradził Mark.

– Nie przypominam sobie, żebym to zamawiała – stwierdziła Celine.

– Na tej ekspedycji nie ma niestety możliwości wyboru à la carte. Jemy to, co dostaniemy – stwierdził sir Richard, który powoli odkładał widelec z wielkim kawałkiem mięsa.

– Nie wejdziesz na Everest, jedząc gotowane warzywka – stwierdził Mark i wycelował w nią ociekający sosem widelec.

– Sir – odparła Celine. – Ponieważ jesteśmy na razie w restauracji, pozwolę sobie zamówić coś według własnego uznania. Na pański rachunek.

Przywołała kelnera skinieniem dłoni i podała mu talerz. Sir Richard przyglądał się jej, ale nie zaprotestował. Martin ukrył uśmiech za kieliszkiem czerwonego wina.

Holy shit[4]!

Po prostu mu się to wymknęło. Martin wskazał na dwie ciężarówki wysoko w górze, może nawet tysiąc metrów ponad nimi, stojące naprzeciw siebie zderzak w zderzak. Sprawiało to wrażenie, jakby oba pojazdy tkwiły przyklejone do lśniącej pionowej ściany górskiej.

– Shit! – powtórzył Mark.

Senny nastrój panujący w samochodzie nagle prysł. Wszyscy wpatrywali się w milczeniu w skalną ścianę ponad ich głowami i na szarą wstęgę wijącą się pod górę. Droga została wyciosana w górskim zboczu.

Martin siedział na tylnym siedzeniu toyoty land cruiser, obok Celine i Marka, a Manuela zajmowała fotel pasażera z przodu. Niewiele wskazywało na to, żeby kierowca od dawna miał prawo jazdy. O ile w ogóle je miał. Zmieniał biegi w złym miejscu oraz czasie i wydawał się niepewny co do długości i szerokości samochodu. Przy wymijaniu innych pojazdów się zatrzymywał.

Od chwili wyjazdu z podłego hotelu w Jongmu Mark siedział z głową opartą o szybę. Najwyraźniej poprzedniego wieczoru znalazł miejsce, w którym ugasił pragnienie, zapewne w jednej z tych obskurnych nor przy drodze prowadzącej do Friendship Bridge, mostu oddzielającego Nepal od Tybetu. Tak czy owak, próbując odnaleźć po ciemku w sześcioosobowym pokoju łóżko, przewrócił się z łoskotem. Martin miał wrażenie, że chlanie do upadłego uprawiane na tej wysokości nie jest dobrym pomysłem. Można było łatwo ulec złudzeniu, że Jongmu znajduje się w niecce, otoczonej prawie pionowymi zboczami gór, ale miasto leżało przecież na wysokości dwóch tysięcy czterystu metrów nad poziomem morza.

Mimo wielu krótkich postojów spowodowanych ruchem w przeciwną stronę szybko nabierali wysokości. Nad nimi ściana góry znikała pionowym słupem w chmurach, pod nimi rozpościerała się bezdenna przepaść, z której od czasu do czasu unosił się obłok mgły, spowijając samochód i wszystko dookoła.

Nikt się nie odzywał, a kierowca mozolnie prowadził samochód coraz wyżej. Droga się zwężała. Tylko miejscami była na tyle szeroka, żeby dwa pojazdy mogły się wyminąć, a mimo to ruch był tu spory. Wysokie i wąskie chińskie ciężarówki jechały na przemian z nowoczesnymi SUV-ami i od czasu do czasu mikrobusami. Niektórzy czekali, aż zwolni się miejsce, inni po prostu jechali przed siebie z założeniem, że jakoś to będzie. Przeładowana wiekowa ciężarówka przecisnęła się tuż obok nich, wciskając im w szybę boczne lusterko.

Martin cieszył się w duchu, że jadą od wewnętrznej strony, przytuleni do górskiej ściany, a nie na zewnątrz, przy przepaści. Nie miał odwagi nawet pomyśleć o drodze powrotnej. Chyba będzie zmuszony wynająć helikopter.

Ledwie zdążył uspokoić się nieco tą pocieszającą myślą, kiedy droga zakręciła pod kątem stu osiemdziesięciu stopni. Nagle znaleźli się na brzegu przepaści, a on siedział od zewnętrznej.

Martin zesztywniał. Celine siedząca tuż obok niego to zauważyła.

– Chyba nie powinieneś tu być – powiedziała cicho.

Martin spojrzał na nią bez słowa. Wstrzymał oddech, kiedy z przeciwnej strony nadjechała ciężarówka. Stanęła nieruchomo przy skalnej ścianie, a ich kierowca w tym czasie usiłował przecisnąć obok niej land cruisera wzdłuż przepaści. Martin gotów był przysiąc, że nie ma tam dość miejsca. Nawierzchnię drogi pokrywała ziemia oraz żwir i nie miała żadnych zabezpieczeń od przepaści.

Celine trąciła go w ramię, wręczając mu aparat. Potrząsnął głową. Oparła się więc na tylnym siedzeniu na kolanie, przechyliła przez Martina i opuściła szybę w oknie. Z górną połową ciała zwisającą na zewnątrz samochodu ustawiła ostrość najpierw na oba pojazdy, następnie na koła, znajdujące się w odległości kilku centymetrów od przepaści.

Martin wstrzymał oddech. Miał ochotę krzyknąć, że nie wolno zmieniać rozkładu ciężaru w pojeździe. Ale z jego ust nie wydobył się żaden dźwięk.

Kiedy w końcu przecisnęli się dalej, Mark wyciągnął z kieszeni kurtki ćwiartkę wódki. Napełnił zakrętkę po brzeg i wychylił ją do dna, a potem zaproponował po łyku wszystkim dookoła. Nawet Celine nie odmówiła.

Za następnym zakrętem droga okazała się całkowicie nieprzejezdna. Dwie ciężarówki usiłowały się wyminąć w miejscu, gdzie było to niemożliwe. Połowa prawego przedniego koła ciężarówki znajdującej się od zewnętrznej strony wisiała poza drogą. Kilka drobnych kamyczków i odrobina ziemi stoczyła się do wypełnionej mgłą czeluści. Martin zamknął oczy.

Sir Richard zapukał w boczną szybę. Wyczołgali się, żeby rozciągnąć nogi w oczekiwaniu na rozwiązanie dramatu rozgrywającego się przed nimi.

Martin zwrócił uwagę na sztuczną wesołość panującą w grupie, nikt nie miał ochoty przyznać, że czuje się niekomfortowo. Mark dostał z powrotem swoją butelkę z wódką i krążył z nią w dłoni. Sir Richard przyglądał mu się ze zmarszczonym czołem.

Martin podszedł do stojącego samotnie Dawy.

– Zdarzają się tutaj wypadki?

– Cały czas. Autobusy, ciężarówki, samochody. Wystarczy chwila i przepadły. Kierowcy są bardzo kiepscy. Zimą, kiedy jest śnieg i lód, nigdy bym tutaj nie jechał. Zbyt niebezpiecznie.

Okrzyki i brawa obwieściły, że ciężarówce przed nimi udało się przecisnąć. Nadeszła ich kolej. Pozwolili, aby land cruiser przejechał bez pasażerów, a sami ruszyli na piechotę. Na myśl o ponownym wejściu do samochodu Martin czuł głęboką niechęć.

Za każdym razem, kiedy droga skręcała w taki sposób, że znajdowali się bliżej góry niż otchłani, oddychał z ulgą, a kiedy jechali po zewnętrznej, kurczowo wpijał dłonie we własne uda.

Dogonili starą przeładowaną ciężarówkę, sprawiającą wrażenie, jakby na najbardziej stromych odcinkach drogi musiała jechać na pierwszym biegu. Kierowca nacisnął klakson, rozglądając się za możliwością wyprzedzenia.

„Nawet o tym nie myśl”, przemknęło przez głowę Martinowi.

W tym momencie kierowca gwałtownie skręcił land cruisera ku zewnętrznej stronie. Kiedy docisnął gaz, błotnista droga wydała odgłos mlaskania. Znaleźli się tuż obok ciężarówki, na tyle blisko, że Martin zamarł w oczekiwaniu na odgłos metalu trącego o metal. Mimo to odchylił się w stronę wyprzedzanego samochodu jak najdalej od przepaści.

Przed nimi droga skręcała łagodnie w prawą stronę. Zza zakrętu wyjechała kolejna ciężarówka, kierując się prosto na nich.

– Hamuj! – wrzasnął Martin.

– Do diabła! – krzyknął Mark, zasłaniając obiema rękoma twarz.

Land cruiserem zarzuciło, poczuli, jak tył pojazdu ześlizguje się w przepaść. Martin ujrzał niczym w zwolnionym tempie, jak niedoświadczony kierowca skręca kierownicę w złą stronę, przeciwną do tej, w którą powinno się zwrócić pojazd, aby wyjść z poślizgu. Silnik pracował na wysokich obrotach.

„Naciska w panice na gaz”, przebiegło Martinowi przez myśl. Przez ułamek sekundy widział obezwładniającą przepaść tuż pod kołami samochodu, zarejestrował płynącą daleko w dole rzekę, wijącą się niczym srebrna wstęga przez zieloną dżunglę.

Odgłos silnika zamienił się w pisk, cały pojazd nadal buksował. W kolejnej sekundzie Martin znalazł się nagle tuż obok skalnej ściany, a samochód ześlizgnął się lekko w dół i zatrzymał. Odwrócili się o sto osiemdziesiąt stopni i przód auta skierowany był teraz w dół, w stronę ciężarówki, którą jakimś cudem wyprzedzili. Stała nieruchomo. Wszyscy siedzieli jak sparaliżowani.

Martin popchnął drzwi po swojej stronie, ledwie starczyło miejsca na ich otwarcie przy górskiej ścianie i wytoczył się z pojazdu. Za nim wyszedł Mark, odepchnął go na bok i wielkimi krokami obszedł tył samochodu. Z okrzykiem wściekłości otworzył drzwi od szoferki. Obydwiema rękoma schwycił kierowcę za tył kurtki i gwałtownie wyciągnął na zewnątrz. Trzymał drobnego szofera za kołnierz w taki sposób, że tylko jego palce u nóg dotykały ziemi.

Martin otrząsnął się i okrążył samochód.

Mark wylewał na bezbronnego kierowcę potok soczystych przekleństw, potrząsając nim tak, że głowa latała mu na wszystkie strony. Rycząc popchnął go w tył, kierowca upadł na plecy w błoto. Mark kopnął go jeszcze w bok. Szofer próbował się odczołgać, ale Mark ruszył za nim.

Kilkoma długimi susami Martin dogonił ich i od tyłu unieruchomił Marka.

– Wystarczy! Nie zabijaj go.

Poczuł, jak mięśnie Marka się rozluźniają, ale puścił go, dopiero kiedy kierowca podniósł się i odbiegł.

Celine i Manuela wysiadły z samochodu. Manuela pochyliła się i chwyciwszy garść żwiru, rzuciła nim w szofera. Zasłonił się rękami i potknął.

– Powinieneś lepiej panować nad strachem – powiedziała Celine, wskazując Marka.

– Powinienem zrzucić go w przepaść – stwierdził Mark i dla podkreślenia swoich słów stracił w otchłań kamień. Martin powiódł za nim oczami, aż zniknął w głębinie, a potem cofnął się o kilka kroków.

Przypisy

[1] (ang.) „Podróżnik Roku” – wszystkie przypisy w tekście pochodzą od tłumaczek.

[2] (niem.) Przewaga dzięki technice.

[3] Nawiązanie do wiersza „Jeżeli” Rudyarda Kiplinga (w przekładzie J.K. Parnasa).

[4] (ang.) popularny wulgaryzm.

fot. Sturlason

Odd Harald Hauge jest pisarzem i dziennikarzem. Jego dorobek pisarski obejmuje wiele pozycji, zarówno z dziedziny literatury pięknej, jak i literatury faktu.

W 2007 roku zdobył Mount Everest.

Strona redakcyjna

Tytuł oryginału: EVEREST

Copyright © 2016 Kagge Forlag AS

Published in agreement with Stilton Literary Agency,

Norway and Book/lab Literary Agency, Poland.

Copyright for the Polish edition © 2017 Edipresse Polska SA

Copyright for the Polish translation © 2017 Art of Translation / Babel

Edipresse Polska SA

ul. Wiejska 19

00-480 Warszawa

Dyrektor ds. książek: Iga Rembiszewska

Redaktor inicjujący: Natalia Gowin

Produkcja: Klaudia Lis

Marketing i promocja: Renata Bogiel-Mikołajczyk, Beata Gontarska 

Digital i projekty specjalne: Katarzyna Domańska

Dystrybucja i sprzedaż: Izabela Łazicka (tel. 22 584 23 51),

Beata Trochonowicz (tel. 22 584 25 73),

Andrzej Kosiński (tel. 22 584 24 43)

Projekt okładki: Nils Olsson/Katslosa Design

Redakcja: Anna Kielan

Korekta: Bożena Hulewicz

Skład i łamanie: Graph-Sign

Biuro Obsługi Klienta

www.hitsalonik.pl

mail: bok@edipresse.pl

tel.: 22 584 22 22

(pon.-pt. w godz. 8:00-17:00)

www.facebook.com/edipresseksiazki

www.instagram.com/edipresseksiazki

ISBN: 978-83-8117-026-0

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kodowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych w całości lub w części tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.