Etta i Otto i Russell i James - Emma Hooper - ebook
Opis

Piękna, nastrojowa opowieść o miłości i przyjaźni, które przetrwały ponad pół wieku.

Największym, niespełnionym dotąd marzeniem 82-letniej Etty jest zobaczyć ocean. Pewnego ranka Etta wstaje bardzo wcześnie, pakuje notes, ołówek, trochę czekolady, strzelbę, wkłada najlepsze buty i ruszę w drogę. Do przejścia ma dwa tysiące mil.

Jej mąż, Otto cierpliwie czeka na nią w domu. W domostwie obok Ettę wspomina także ich sąsiad Russell, który kocha ją nieprzerwanie od pięćdziesięciu lat.

Książka o idealnych proporcjach śmiechu i wzruszeń, humoru i nostalgii, przeszłości i teraźniejszości. Klimat tej subtelnej powieści drogi zdobył już serca czytelników na całym świecie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 287

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Emma Hooper

ETTA I OTTO I RUSSELL I JAMES

przełożyła Małgorzata Glasenapp

Tytuł oryginału: Etta and Otto and Russell and James

Copyright © Emma Hooper, 2015

All rights reserved

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXV

Copyright © for the Polish translation by Małgorzata Glasenapp, MMXV

Wydanie I

Warszawa, MMXV

Dla C. i T.

na zawsze

bez końca

1

Otto,

zaczynał się list, napisany niebieskim atramentem.

Wyruszyłam w podróż. Nie widziałam jeszcze nigdy oceanu, więc chcę tam dojść. Nie martw się, nie wzięłam furgonetki. Dam radę na piechotę. Postaram się pamiętać, żeby wrócić.

Twoja (zawsze)

Etta.

Pod listem zostawiła plik kartek z przepisami na wszystkie potrawy, które najczęściej gotowała. Także zapisanych niebieskim atramentem. Żeby wiedział, co jeść, kiedy jej nie będzie. Otto usiadł przy stole i poukładał je obok siebie, każdą osobno. Kolumny i rzędy. Przyszło mu do głowy, żeby włożyć płaszcz, buty i wyjść z domu na poszukiwania; może popytać sąsiadów, czy ktoś widział, którędy szła – ale nie zrobił tego. Siedział dalej przy stole z listem i kartkami. Trzęsły mu się ręce. Położył jedną dłoń na drugiej, żeby je uspokoić.

Po chwili wstał i poszedł po globus. Globus miał żarówkę w środku, podświetlającą linie siatki kartograficznej. Włączył ją i zgasił lampę w kuchni. Postawił globus na drugim końcu stołu, z dala od rozłożonych kartek, i palcem nakreślił drogę. Halifax. Jeśli Etta poszła na wschód, miała do pokonania 3232 kilometry. Jeśli na zachód, do Vancouver – 1201 kilometrów. Ale poszła na wschód, był tego pewien. Czuł, jak skóra na całym ciele ciągnie go w tamtą stronę. Zauważył też, że z szafki zniknęła jego strzelba. Do świtu pozostała jeszcze co najmniej godzina.

***

Otto miał czternaścioro rodzeństwa. Razem z nim było ich w domu piętnaścioro, braci i sióstr. To było w czasach, kiedy pojawiła się grypa i nie chciała minąć, a ziemia była jeszcze bardziej sucha niż zwykle. Banki upadały jeden po drugim i w okolicy umierało więcej dzieci, niż się rodziło. Więc wszyscy starali się o dziecko; z pięciu ciąż zostawało troje niemowląt, z trojga niemowląt jedno dziecko. Prawie wszystkie żony farmerów chodziły w ciąży. W tamtych czasach sylwetka pięknej kobiety była zaokrąglona oczekiwaniem. Matka Ottona była taka sama. Piękna. Zawsze zaokrąglona.

Ale sąsiedzi i ich żony patrzyli na nią nieufnie. To przekleństwo albo łaska boża; to nienaturalne, mówili, gdy spotykali się przy skrzynkach na listy. Bo matka Ottona, Grace, nie straciła żadnego z dzieci. Ani jednego. Każda jej ciąża kończyła się krzepkim noworodkiem, a z każdego noworodka wyrastał równie krzepki maluch, który wśród braci i sióstr ubranych w szare i szarobure piżamy, z młodszym rodzeństwem w objęciach albo trzymanym za rękę, zaglądał do sypialni rodziców, słuchając z powagą jęków dobiegających ze środka.

~

Tymczasem Etta miała tylko jedną siostrę: Almę, z włosami czarnymi jak noc. Mieszkali w mieście.

Pobawmy się w zakonnice, powiedziała któregoś razu Etta po szkole, jeszcze przed kolacją.

Dlaczego w zakonnice?, spytała Alma. Zaplatała właśnie włosy Etty w warkocze, zupełnie zwyczajne włosy, brązowe jak krowi placek.

Etta pomyślała o zakonnicach, które czasem widywała na przedmieściach, chodzące święto-duchowo między sklepami a kościołem. Czasami koło szpitala. Były zawsze takie czyste w czarno-białych strojach. Popatrzyła na swoje czerwone buciki. Niebieskie sprzączki. Niezapięte. Bo są piękne, powiedziała.

Coś ty, Etta, odparła Alma, zakonnice nie powinny być piękne. Ani nie mają żadnych przygód. Nikt o nich nie pamięta.

Ja pamiętam, powiedziała Etta.

A zresztą, dodała Alma, ja może wyjdę za mąż. I ty też.

Nie, powiedziała Etta.

Nie wiadomo, powiedziała Alma. Schyliła się i zapięła jej but. A poza tym co z przygodami?

Trzeba mieć przygody, zanim się będzie zakonnicą.

A potem trzeba przestać?, spytała Alma.

A potem trzeba przestać.

2

Pierwsze pole, przez które rano przeszła Etta, należało do nich. Do niej i Ottona. Gdyby miała być rosa, to wisiałaby teraz kroplami na źdźbłach pszenicy. Ale Etta czuła na nogach tylko suchy kurz. Ciepły, suchy pył. Przeszła całą ich ziemię bardzo szybko, zanim jej nogi zdążyły się na dobre przyzwyczaić do butów. Dwa kilometry zrobione. Następne było pole Russella Palmera.

Etta nie chciała, żeby Otto widział, jak opuszcza dom, dlatego wyszła tak cicho i wcześnie. Ale Russell jej nie przeszkadzał. Wiedziała zresztą, że nie dotrzymałby jej kroku, nawet gdyby chciał.

Jego gospodarstwo było o dwieście hektarów większe, a dom był wyższy niż ich, chociaż Russell mieszkał sam i niemal bez przerwy był na dworze. Tego ranka stał między swoim domem a granicą farmy, pośrodku młodego zboża. Stał i rozglądał się. Minęło prawie piętnaście minut, zanim Etta do niego doszła.

Dobry dzień na obserwację, Russell?

Jak zwykle. Na razie nic nie było.

Nic?

Nic ciekawego.

Russell wypatrywał jeleni. Był już za stary, żeby pracować w gospodarstwie, wynajmował do tego ludzi, więc zamiast pracować, obserwował jelenie. Od wschodu słońca przez jakąś godzinę, a potem godzinę przed zachodem. Czasami widział jakiegoś. Ale zazwyczaj nie.

To znaczy nic oprócz ciebie. Może je spłoszyłaś.

Może. Przykro mi.

Kiedy rozmawiali, Russell rozglądał się dookoła, spoglądał to na Ettę, to znowu wokoło, nad jej głową. Ale teraz przestał i popatrzył na nią.

Przykro ci?

Z powodu jeleni, Russell, tylko z powodu jeleni.

Na pewno?

Tak, na pewno.

Aha, OK.

Pójdę teraz dalej, Russell. Powodzenia z jeleniami.

OK. Miłego spaceru. Do zobaczenia i pozdrów Ottona. I jelenie, jeśli jakieś spotkasz.

Jasne. Dobrego dnia, Russell.

Dla ciebie też, Etta. Wziął w ręce jej dłoń, z widocznymi żyłkami, postarzałą, podniósł do ust i pocałował, trzymając przy twarzy przez jedną, dwie sekundy. Będę tutaj, gdybyś czegoś potrzebowała, powiedział.

Wiem, odparła Etta.

OK. To na razie.

Nie spytał: gdzie idziesz ani dlaczego gdzieś idziesz. Odwrócił się w kierunku, z którego mogły nadejść jelenie. Etta ruszyła dalej, na wschód. W plecaku, w kieszeniach i na ramieniu niosła:

Cztery zmiany bielizny

Jeden ciepły sweter

Trochę pieniędzy

Trochę kartek, w większości czystych, ale jedną z adresami i jedną z nazwiskami

Ołówek i pióro

Cztery pary skarpet

Znaczki

Ciastka

Mały bochenek chleba

Sześć jabłek

Dziesięć marchewek

Trochę czekolady

Wodę w butelce

Mapę w plastikowym worku

Strzelbę Ottona, z nabojami

Małą rybią czaszkę

***

Sześcioletni Otto sprawdzał, czy w metalowej siatce dookoła kurnika nie ma dziur wystarczających dla lisa. Lisy umiały przecisnąć się przez każdy otwór większy niż jego pięść, nawet częściowo pod ziemią albo całkiem wysoko. Kiedy znajdował dziurę, wciskał w nią dłoń, udając, że jest lisem. Kury wtedy uciekały, chyba że był z nim Wiley; obowiązkiem Wileya było rzucanie kurom ziarna. Ale Otto akurat był sam i kury bały się jego pięści. Jestem lisem! Otto objął kciukiem zwinięte palce i poruszał nim jak lisim pyszczkiem. Jestem lisem, wpuśćcie mnie, wciskał dłoń powoli, ale nieubłaganie, jak lis, jak lisi nos. Jestem głodny i was zjem. Otto był głodny. Prawie zawsze chodził głodny. Czasami zjadał trochę kurzego ziarna, dobrego do żucia. Jeśli Wileya akurat nie było.

Sprawdził już prawie całe ogrodzenie, kiedy trzyipółletnia Winnie przyszła do niego, ubrana w same ogrodniczki, bez koszulki. Otto włożył jej rano koszulkę, ale było gorąco i musiała ją ściągnąć. Obiad, powiedziała. Podeszła na tyle blisko, żeby ją usłyszał, ale nie bliżej; bała się kur. Otto, powtórzyła. Czas na obiad. Potem poszła szukać Gusa, żeby powiedzieć mu to samo. Taki miała obowiązek.

Oprócz imienia każde dziecko w rodzinie Ottona miało swój numer, żeby łatwiej było je rozpoznać. Marie-1, Clara-2, Amos-3, Harriet-4, Walter-5, Wiley-6, Otto-7 i tak dalej. Marie-1 była najstarsza. To ona wpadła na pomysł numerowania.

1?

Jest.

2?

Jest.

3?

Tutaj.

4?

Jest, tutaj.

5?

Jest, jest, cześć.

6?

Obecny.

7?

Tak, proszę.

8?

Obecny.

9?

Tutaj!

Wszyscy zawsze byli obecni. Nikt nie opuszczał obiadów ani kolacji.

Dobrze, powiedziała matka Ottona, wszyscy są. Każdy ma umyte ręce?

Otto skwapliwie kiwnął głową. Miał czyste ręce i był strasznie głodny. Pozostali także przytaknęli. Ręce Winnie były bardzo brudne, wiedzieli o tym, ale wszyscy pokiwali głowami, łącznie z Winnie.

Dobrze, powiedziała ich matka, opierając chochlę na zaokrąglonym brzuchu, zupa!

Wszyscy pobiegli do stołu, każdy do swojego krzesła. Ale dzisiaj nie było miejsca dla Ottona. A raczej było, ale siedział na nim ktoś inny. Jakiś chłopiec. Nie brat. Otto popatrzył na niego, a potem sięgnął po swoją łyżkę, leżącą przed chłopcem na stole.

To moja, powiedział.

OK, odparł chłopiec.

Otto złapał swój nóż. To też moje, powiedział znowu. I to, dodał, łapiąc pustą jeszcze miskę.

OK, odparł znowu chłopiec.

Nie powiedział już nic więcej i Otto nie miał pojęcia, co dalej robić. Stał za krzesłem, starając się nie upuścić swoich rzeczy, powstrzymując się od płaczu. Znał zasady. Nie wolno zawracać głowy dorosłym sprawami dzieci, chyba że jest krew albo chodzi o jakieś zwierzę. Matka obchodziła stół dookoła, zatrzymując się przy każdym dziecku, z garnkiem i chochlą, więc Otto, który trzymał w dłoniach swoją miskę i cicho płakał, musiał czekać, aż do niego dojdzie. Obcy chłopiec tylko patrzył przed siebie.

Matka Ottona nalewała dokładnie jedną chochlę zupy do każdej miski. Dokładnie po jednej na dziecko, aż zatrzymała się na chwilę i:

Ty nie jesteś Otto.

Nie, nie jestem.

Ja jestem Otto, tutaj.

Więc kto to jest?

Nie wiem.

Jestem od sąsiadów. Jestem strasznie głodny. Nazywam się Russell.

Przecież Palmerowie nie mają dzieci.

Mają bratanka. Jednego. To ja.

Matka Ottona zastanowiła się przez chwilę. Clara-2, powiedziała wreszcie, podaj, proszę, z szafki jeszcze jedną miskę.

***

Do niedawna rodzice Russella mieszkali w mieście, w Saskatoon, i do niedawna Russell mieszkał tam z nimi. Ale pięć tygodni wcześniej banki ogłosiły całkowite bankructwo, w gazetach, żeby wszyscy się na pewno dowiedzieli, jeśli jeszcze nie zdążyli zauważyć, i po dwóch tygodniach ojciec Russella, właściciel sklepu w samym środku miasta, gdzie sprzedawał wszystko: narzędzia, landrynki, bawełniane płótno na metry, zrobił się jakiś blady, potem zaczęło mu się kręcić w głowie, potem musiał usiąść, potem się położyć, a potem pocił się i pocił, a Russell przynosił tyle zimnej wody z kuchni, w największym emaliowanym dzbanku, który dźwigał po schodach, przyciskając z całej siły do siebie, zimny i ciężki, i wnosił do sypialni, gdzie leżał ojciec, najpierw sam, a potem, niedługo, z lekarzem stojącym nad łóżkiem, a potem, niedługo później, z lekarzem i księdzem, podczas gdy matka Russella gotowała dla wszystkich i próbowała sobie poradzić z „tymi przeklętymi papierami”, aż wreszcie, po kolejnym tygodniu, kiedy Russell niósł już dwunasty dzbanek wody z kuchni, tak zimny na jego brzuchu i piersiach, zimnem, które niemal paliło mu skórę, jego ojciec poddał się i umarł. Matka westchnęła i włożyła czarną sukienkę, tę ze sztywnym koronkowym kołnierzykiem, a potem zamknęła sklep na dobre i znalazła sobie pracę stenotypistki w Reginie.

Przez część drogi Russell jechał razem z nią. Nigdy wcześniej nie jechał pociągiem. Za oknem migały krowy chude jak patyki. Russell miał ochotę wychylić się i otworzyć oczy jak najszerzej, żeby wiatr wysuszył je całkiem, na zawsze. Ale okno nie dawało się otworzyć. Więc zamiast tego Russell wodził palcem po kołnierzyku matki, wzdłuż wijących się wzorów koronki, i pozwolił swoim oczom na płakanie. Niemal dokładnie między Saskatoon a Reginą pociąg zatrzymał się i Russell wysiadł, a jego matka nie. Będzie ci się podobało w gospodarstwie, powiedziała. Na wsi jest lepiej.

OK, powiedział Russell.

Naprawdę jest lepiej, powtórzyła matka.

OK, powtórzył Russell.

I niedługo się zobaczymy, pamiętaj, powiedziała.

Tak, odparł Russell. OK.

Wujek i ciotka Russella czekali na niego na peronie. Zrobili mały transparent z dna skrzynki na mleko. Było na nim napisane: WITAJ WDOMU RUSSEL! Chociaż bardzo chcieli, nie mieli własnych dzieci.

~

Tego samego roku, w którym również Etta skończyła sześć lat, w ogóle nie spadł deszcz, ani razu. To było dziwne, to było bardzo niedobre, ale jeszcze gorszy był fakt, że nie spadł także śnieg. W styczniu można było wyjść za miasto, w wysokie trawy, i wszystko wyglądało jak latem, żadnych płatków ani szronu. Ale kiedy dotknęło się traw albo kiedy ptak próbował na nich przysiąść, źdźbła kruszyły się od razu, przemarznięte i łamliwe. Alma zabrała Ettę na spacer do strumienia, a raczej do miejsca, gdzie kiedyś płynął strumień. Patrzyły na rybie szkielety leżące na dnie suchego łożyska, jaśniejące najbielszą bielą. Jeżeli w kostkach znajdowały się dziurki wydrążone przez owady, dziewczynki zabierały je do domu jako materiał na naszyjniki. Czaszki oczywiście zawsze miały otwory, ale siostra Etty nie chciała z nich robić korali.

Mogą znowu ożyć, kiedy dotkną twojej skóry, powiedziała. I zacząć mówić. Zostaw je.

Dobrze, powiedziała Etta. Ale kiedy Alma była odwrócona, wsunęła kilka mniejszych czaszek do rękawiczek, z wierzchu, tak żeby móc swobodnie zginać palce.

Zimno ci w uszy?, spytała Alma.

Trochę, powiedziała Etta. Chociaż wcale nie było jej zimno. Trzymała rękawiczki przy uszach, żeby sprawdzić, czy będzie już coś słychać, czy usłyszy głosy rybich czaszeczek. Chciała zobaczyć, czy dotknięcie skóry jej dłoni wystarczyło, żeby je obudzić, żeby zaczęły mówić. Tego dnia wiatr świszczał naprawdę głośno, ale kiedy Etta przycisnęła policzek do wełnianej tkaniny wystarczająco mocno, coś się odezwało. Jakieś szepty.

Po jakiemu mówią ryby?

Alma ścierała pył ze ślicznej ości, niemal całkowicie przezroczystej; nie podniosła wzroku. Pewnie po francusku, odparła. Jak babcia.

Etta przycisnęła rękawiczki do uszu i cichutko zapytała: Czy powinnam być zakonnicą?

Zawiał wiatr i ze środka rękawiczek dobiegło: Non, non, non.

3

Etta śpiewała podczas marszu. Nigdy nie zapominała słów piosenek.

Na skraju równiny patrzymy przed siebie,

Pytając, czemu nie ma deszczu na niebie,

A anioł Gabriel śpiewa nad nami,

Że deszcz jest teraz za chmurami.

Starała się trzymać z dala od dróg, iść polami, na których zaczynały rosnąć zboża. Wiedziała, że farmerzy tego nie lubią, ale na drodze przystawałaby każda ciężarówka, żeby się przywitać i zapytać: dokąd idziesz, co chcesz robić. Zatem trzymała się pól, uważając na młode rośliny. Pola były tutaj rozległe i puste, poza pasącymi się krowami tu i ówdzie, więc śpiewała tak głośno, jak tylko miała ochotę.

Zatrzymała się, żeby coś zjeść w przydrożnej kafejce w Holdfast. Zmienili stoły i krzesła od czasu, gdy była tu ostatni raz, z Almą. Teraz było czyściej i mniej kolorowo. Nikt nie zwrócił na nią uwagi, kiedy wchodziła do miasta, i nikt nie zauważył, kiedy je opuszczała – poza kelnerką i chłopakiem obsługującym kasę.

Zjadła trzy gołąbki, dwie kromki chleba z masłem i kawałek placka z rabarbarem, zapłaciła i wyszła, niosąc w kieszeni dziesięć jednorazowych saszetek z keczupem i osiem z zielonym sosem. W sosie były warzywa i cukier, a keczup składał się z owoców i cukru, więc mogły się przydać w razie potrzeby.

O zmierzchu zboża zaczęły rzednąć i ziemia stawała się coraz bardziej piaszczysta, aż w końcu całkiem zmieniła się w piasek. I wtedy, gdy słońce zniknęło za pomarańczową linią horyzontu, Etta się zatrzymała; doszła do brzegu jeziora, do samej wody, na tyle blisko, że prawie zmoczyła ją lekka fala. Zdawała sobie oczywiście sprawę, że po drodze napotka przeszkody, że będzie musiała pokonać rzeki i jeziora, zanim dojdzie do Halifaksu. Wiedziała, że w prowincji Ontario jest pełno jezior. Ale nie spodziewała się ich tak od razu. Usiadła na piasku, parę metrów od brzegu. Dobrze było sobie posiedzieć. Zastanawiała się nad przepłynięciem jeziora. Ile potrzeba na to energii; jak długo można płynąć bez zatrzymania. Położyła się i słuchała drobnej fali, nowego dźwięku. Zamknęła oczy.

O Boże, to pewnie ktoś nieżywy.

Nie!

Nie wiadomo.

Chcesz sprawdzić?

Chodź ze mną.

Jasne.

Kocham cię.

Ja ciebie też. Popatrz, nie jest nieżywa. Oddycha.

Słyszałam, że czasami tak robią, po śmierci.

Kto, trupy? Oddychają?

No.

Nie.

Nie wiadomo.

Nie.

Ettę obudził dźwięk ich kroków, dudniących na piachu, ale trzymała oczy zamknięte, żeby lepiej słyszeć, co mówią, podchodząc do niej. Oddychała płytko. Kiedy spała, jej nogi zagłębiły się w piasku, podobnie jak część tułowia. Ciężar piasku dawał poczucie bezpieczeństwa. Czuła, jak podnosił się wraz z jej oddechem. Jeżeli otworzę oczy, spytają mnie, kim jestem, pomyślała. Ale jeśli nie otworzę oczu, będą sądzili, że nie żyję. Pewnie zadzwonią na policję. Starała się dojść do jakichś wniosków, otworzyć umysł, ciągle z zamkniętymi oczami. Piasek. Dotknięcie piasku. Zmęczenie, które czuła w biodrach. Noc. Głosy. Lekki wiatr. Siostra z czarnymi włosami. Dom w mieście. Papier do pisania. Kartka.

Para nadal zajęta była rozmową, coś odwróciło ich uwagę. Nie otwierając oczu, Etta sięgnęła do kieszeni płaszcza, żeby wyjąć kartkę, której szukała teraz między saszetkami zabranymi z restauracji, osypując z siebie kaskady piasku. Ani dyskretnie, ani niedostrzegalnie. Wreszcie znalazła. Poskładaną. Wyjęła ją i rozłożyła. Teraz już na pewno zorientowali się, że nie jestem nieżywa. Pewnie czekają. Albo się przestraszyli. Otworzyła oczy. Było ciemno, więc musiała przysunąć kartkę blisko twarzy.

Ty:

było na niej napisane.

Etta Gloria Kinnick z Deerdale Farm. Wiek: kończysz 83 lata w sierpniu.

Etta Gloria Kinnick, wyszeptała do siebie. OK. W porządku, OK.

Nie jestem nieżywa, powiedziała do dwójki młodych ludzi stojących w pobliżu, wpatrujących się w nią niespokojnie. Nazywam się Etta Gloria Kinnick. Człowiek nie może oddychać po śmierci.

O Jezu! Chciałem powiedzieć, dobrze! To znaczy, dobry wieczór, powiedział chłopak.

Widzisz? Mówiłam, powiedziała dziewczyna.

Dobrze się pani czuje?, spytał chłopak.

Tak, tak, wszystko w porządku.

Aha, OK, to dobrze.

Może zaprowadzić panią do domu?

Nie idę do domu. Więc nie, dziękuję.

Jest pani bezdomna?

George!

No co, po prostu nie wygląda, jakby była bezdomna, i tyle.

Nie jestem bezdomna. Tylko nie idę do domu.

A gdzie pani idzie?

Na wschód.

Ale to znaczy, że musi pani przedostać się na drugi brzeg Last Mountain Lake.

Albo obejść dookoła.

Ale ono jest naprawdę długie, wie pani?

Nie wiem. Może tak.

Jest. Mamy mapę w domu. Jest bardzo długie.

Może pomożemy pani wstać?

Molly i George, nastolatki, które znalazły Ettę, były tutaj na imprezie; oddaliły się po cichu, osobno, najpierw jedno, a po siedmiu minutach drugie, a potem spotkały się sto metrów dalej na plaży, za szopą wędkarską Lambertsów. Wracali właśnie na przyjęcie, jakieś pół godziny później, kiedy natknęli się na Ettę. Teraz, gdy już ją znaleźli, stwierdzili, że nie jest martwa, pomogli jej wstać i otrzepać się z piasku – skierowali się w swoją stronę, z powrotem na zabawę, oboje przesiąknięci zapachem wysuszonych sieci na okonie, ze śladami lin odciśniętymi na plecach.

Hej, wiecie co?, powiedziała Molly.

Co?, spytał George.

Co?, spytała Etta.

Powinna pani pójść z nami. Na imprezę. Niech pani z nami pójdzie.

Tak?, spytał George.

Tak?, spytała Etta.

Tak!, stwierdziła Molly, od razu biorąc Ettę za rękę i kierując się wzdłuż plaży w stronę głosów i światła.

Kochany Otto,

Płynę właśnie łódką. Taką małą, tanim dmuchanym pontonem – na szczęście, bo nie wiem, jak uda mi się go zwrócić właścicielkom, młodszym siostrom bliźniaczkom pewnego chłopca, którego spotkałam wczoraj wieczorem przy ognisku na zachodnim brzegu Last Mountain Lake. Byliśmy tam na imprezie. Jedna z dziewcząt powiedziała, że jestem podobna do jej babci, która już umarła. Powiedziałam jej, że nie jestem akurat niczyją babcią i nie umarłam, a ona stwierdziła, że to się świetnie składa.

Wiosłuję wiosłem, które znaleźliśmy na plaży. Nie wiemy, do kogo należy. Pewnie bliźniaczki nigdy nie chciały wypływać na tyle daleko, żeby potrzebowały wiosła.

Kiedy dopłynę na drugi brzeg, włożę wiosło do łódki i zepchnę ją na wodę, z karteczką: Łódka – własność bliźniaczek McFarlan. Wiosło – właściciel nieznany. Już to napisałam, na serwetce. Mam też zwykły, prawdziwy papier (jak ten), ale nie chcę go zużyć zbyt szybko.

Oprócz łódki i wiosła dzieciaki dały mi też dwa piwa i pół butelki whisky. Przyda się, gdyby zrobiło mi się zimno, powiedziały. To były naprawdę miłe dzieciaki. Niektórzy byli zakochani.

Pamiętaj o zakładaniu kapelusza i jedz szpinak, jak już będzie.

Twoja

Etta.

Otto dostał list pięć dni po dacie umieszczonej w nagłówku. Czyścił właśnie piekarnik według instrukcji zapisanej na pożółkłej kartce:

Potrzebne:

Soda oczyszczona i woda.

Sposób użycia:

Nałożyć, poczekać, zetrzeć.

kiedy list przyszedł z poranną pocztą. Etty nie było już od tygodnia. Pierwszego dnia próbował wyjść w pole jak zwykle, ale nie mógł przestać się oglądać, patrzeć w stronę domu. Jak Russell za swoimi jeleniami.

Przez kolejne dni pracował w warzywniku albo w domu. Bolał go brzuch, jeśli oddalił się bardziej. Przekopał i zagrabił grządki, a następnego dnia zrobił to samo. Grabił równo, rowek przy rowku. Nie posiał niczego, szpinaku ani marchwi, ani rzodkiewek, dopóki Etta nie dotarła do prowincji Manitoba.

***

W gospodarstwie rodziców, gdy Otto był mały, przed południem jego obowiązkiem było sprawdzanie ogrodzenia w kurniku. Po obiedzie musiał zbierać kamienie. Znowu używał swojej pięści jako miarki. Jeżeli kamień był mniejszy niż jego zaciśnięta pięść, zostawiał go. Jeśli był większy, wrzucał go do worka po mące, który ciągnął za sobą, dopóki worek nie zrobił się prawie – ale nie całkiem – zbyt ciężki. Wtedy wlókł go do granicy ich ziemi, do rowu, za którym była farma Palmersów, i wrzucał tam kamienie. To była Kamienna Dolina i w niedziele, kiedy nie musieli pracować, Otto z braćmi i siostrami, i teraz też z Russellem bawili się tam w Niebezpieczną Podróż. Jeżeli kamień był bardzo duży, zbyt duży, by mógł go podnieść, musiał zawołać albo poszukać Harriet (4) i Waltera (5), zajmujących się topieniem gofferów, które inaczej przekopałyby całą farmę1. Harriet i Walter mieli więcej siły i mogli podnieść większe kamienie. Zazwyczaj jednak Otto sam dawał radę. Zwłaszcza teraz, kiedy Russell pracował razem z nim. Russell był tylko pięć miesięcy młodszy od Ottona, więc matka Ottona nazwała go Russell-7½. Powiedziała do niego: Możesz u nas jeść, Russell-7½, nie mam nic przeciwko temu; pewnie czujesz się samotny u cioci i wujka; ale jeśli już tu jesteś, będziesz musiał pracować jak inne dzieci. Dobrze?

Dobrze, odpowiedział Russell. W jego głosie zabrzmiał strach, który ucieszył Ottona, nawet jeśli to znaczyło, że Russell będzie wszędzie za nim chodził i przeszkadzał.

Czy twoja ciotka i wujek nie mają dla ciebie nic do roboty w gospodarstwie?, spytał teraz Otto, a jego oczy przeglądały ziemię pod nogami z lewa na prawo i z powrotem, jakby ciął kosą; był to sposób, który wymyślił, żeby nie zostawiać żadnych kamieni. Russell szedł kilka kroków za nim, w razie gdyby jednak coś zostało. To był jego szósty dzień pomagania na farmie.

Nie. Oni uważają, że dzieci nie powinny pracować, powiedział Russell, bo komuś może stać się krzywda.

To jak masz się nauczyć pracy w gospodarstwie, żeby potem wszystko umieć, jak będziesz dorosły?

Nie wiem, czy będę miał gospodarstwo. Poza tym będę chodził do szkoły.

Ponieważ szli jeden przed drugim, musieli to wszystko mówić głośniej niż zwykle, prawie wykrzykując. Wiatr nawiewał im pył do ust, na język i na podniebienie. Otto nauczył Russella, jak wypluwać go do czysta, co parę minut.

My też chodzimy do szkoły, powiedział Otto. Ale nie latem, tak jak teraz, i nie w żniwa i na Boże Narodzenie, i Wielkanoc. Umiemy liczyć od zera do dziesięciu i z powrotem. Nawet Winnie. Ale w szkole nie można się nauczyć, jak zrobić, żeby lis nie zjadł wszystkich kur, a wtedy nie ma jajek na śniadanie ani do ciasta.

No, powiedział Russell, my nie jemy dużo ciasta. Kopnął na bok jeden zbyt mały kamień. I lubię chodzić do szkoły, dodał.

Russell stał się wkrótce jednym z rodzeństwa Voglów. Pracował z nimi, jadł z nimi, opuszczał szkołę razem z nimi i dorastał wśród nich. Niektóre z młodszych dzieci zapomniały albo w ogóle nie zdawały sobie sprawy, że nie jest ich bratem, chociaż zazwyczaj wychodził o piątej po południu i szedł do domu ciotki na kolację, pacierz i sen. W łóżku zawsze czekała na niego butelka z gorącą wodą, mimo że wody brakowało i ciotka musiała podgrzewać tę samą wodę i wlewać z powrotem do butelki, każdego wieczora. Poza tym Russell należał do rodziny Voglów. Dlatego dzieci tak się zdziwiły, kiedy okazało się, że nigdy nie jechał traktorem.

To OK, że nie jeździł traktorem. Nie możemy sami jeździć, aż nie mamy dziesięciu lat dla dziewczynek i dwunastu dla chłopaków.

Ale to nie chodzi o prowadzenie. On nigdy nawet nie siedział w traktorze.

Nigdy?

Nigdy.

To byli Otto i Walter. Zrobili sobie akurat przerwę w pracy i szli do domu po wodę do picia dla siebie i dla Russella, i Harriet, z których jedno szukało na polu kamieni, a drugie – gofferów. Było bardzo gorąco. Właśnie zaczął się lipiec i powietrze było upalne, suche i pyliste. Walter miał na sobie za duży kapelusz, a Otto zawsze zapominał swojego i szedł teraz bez niczego. Słońce znowu paliło mu głowę. Potem musiał wyciągać spomiędzy włosów kawałki łuszczącej się skóry, czego nie cierpiał, więc znajdował swój kapelusz i wieszał na poręczy łóżka, ale i tak o nim zapominał. W późniejszym życiu skórę na przedziałku zawsze miał czerwoną od maja do września, nawet kiedy już osiwiał. Sąsiedzi mogli kierować się jego opalenizną niczym kalendarzem – pikować szpinak, kiedy zaczerwienienie się pojawiało, i przykrywać krzaki pomidorów, gdy zaczynało blednąć.

Biedny Russell, powiedział Walter.

No, odparł Otto. Chociaż tak naprawdę czuł satysfakcję.

Harriet!

Co Harriet?

Ona jest wystarczająco duża! Już jeździ traktorem, no nie?

No tak… ale chyba nie możemy. Nie ma teraz żadnej pracy na traktorze. I nie znaleźliście jeszcze wszystkich gofferów.

Nigdy nie znajdziemy wszystkich gofferów. A ty nigdy nie znajdziesz wszystkich kamieni.

Może znajdę. Przecież się staramy.

Nie da się. Weźmiemy wodę, zaniesiemy Harriet i Russellowi, a potem powiemy Harriet, żeby wzięła traktor i wsadzimy Russella na górę. Chodź! Możemy to szybko zrobić. Tylko piętnaście minut, wzdłuż pola, a potem wracamy do gofferów i kamieni. Dobra?

Może, odparł Otto.

OK, powiedziała Harriet. Jeżdżenie jest proste. Nie ma sprawy.

OK?, zapytał Otto. Na pewno?

Pewnie, czemu nie? Nie będzie nawet piętnaście minut.

Widzisz?, powiedział Walter.

A co ty na to?, powiedział Otto, odwracając się do Russella, który nie odezwał się ani razu od początku rozmowy.

OK, odparł Russell.

Na traktorze było miejsce tylko na dwoje z nich. A tak naprawdę tylko na jedno, na metalowym siedzeniu pomalowanym na zielono, zaprojektowanym dla osoby o nogach znacznie dłuższych niż nogi Harriet – ale z tyłu było trochę przestrzeni i tam mogła stanąć jeszcze jedna osoba, trzymając się ramion kierowcy. A jeśli ktoś był naprawdę mały, można było się wcisnąć za kierownicę i usadowić na kolanach prowadzącego. Większość dzieci tak właśnie jechała na traktorze po raz pierwszy, na kolanach matki, ojca albo Marie, ale Russell był zbyt duży, a Harriet zbyt mała, więc musiał stanąć za jej plecami. Walter i Otto patrzyli z dołu.

Najpierw wiwatowali i krzyczeli, gdy Harriet poprowadziła traktor wzdłuż granicy pola. Potem stali tylko i przyglądali się z tyłu jeszcze przez jakąś minutę. Potem właściwie już niewiele było widać, więc wrócili do gofferów i kamieni, idąc powoli po śladach wyciśniętych w ziemi przez koła traktora.

Dwa duże kamienie i jednego utopionego goffera później wydało im się, że widzą Amosa – którego obowiązkiem o tej porze roku było zbieranie dzikich jagód do dwóch dużych wiader i przez to miał zawsze fioletowe palce – jak biegnie w ich kierunku, wymachując swoją pomazaną ręką nad głową. Nie zdawali sobie sprawy, że to Harriet, dopóki Otto nie zauważył warkoczy wystających spod kapelusza. Z bliska jej ręce były bardziej czerwone niż fioletowe. Oddychała jak maszyna.

Kojot, powiedziała. Przestraszył się. To nie była jego wina, to nie była moja wina. To był kojot, powtórzyła.

Złapała Ottona za rękę, a on złapał Waltera. Biegli wszyscy razem, śladem opon traktora.

Otto widział wiele umierających stworzeń. Dużo. Widywał goffery, kiedy Harriet i Walter zalewali ich nory wodą albo kiedy do nich strzelali, gdy zamiast się utopić, uciekały prosto pod strzelbę Harriet. Zazwyczaj strzelała im prosto w głowę i ginęły od razu, chyba że biegły inaczej niż zwykle i dostawały postrzał w bok albo nogę, a potem starały się biec dalej, trzymać się życia, aż Harriet wymierzyła do nich znowu, żeby się nie męczyły.

Widział też kury oczywiście, zjedzone do połowy przez lisa, albo ptaki, które uderzyły w okno albo schwytał je kot.

A kiedyś, gdy był młodszy, zaledwie czteroletni, znalazł bardzo małego kotka, najsłabszego w miocie, dopiero co urodzonego i porzuconego w trawie rosnącej za wychodkiem. Był szaroróżowy i strasznie mały. Otto nikomu o tym nie powiedział, bo nie wolno im było trzymać własnych zwierząt. Wziął z kuchni brytfannę do pieczenia indyka, której matka używała tylko w Boże Narodzenie, w środku zrobił posłanie ze szmat i drewnianych wiórków i trzymał tam kotka, wśród wysokiej trawy, w tym samym miejscu, gdzie go znalazł. Odchodząc, nakładał pokrywkę, żeby kotek nie wyszedł i żeby nie dostały się do niego psy ani lisy. Kociak był tak mały, że z łatwością chował się pod materiałem i wiórkami, więc Otto musiał go wygrzebywać za każdym razem, kiedy przychodził z mlekiem albo rozmoczonym w mleku chlebem. Trzymał go wtedy w dłoni tuż przy swojej twarzy i mówił: Teraz jesteś malutka, ale będziesz bardzo duża. Nie masz się czego bać. Będziesz królową kotów. Nie bój się, nie płacz. Będziesz wielka, największa. Głaskał zwierzątko palcem po pomarszczonym łebku i miał nadzieję, że otworzy oczy. A ono wbijało w niego pazurki, które bardziej łaskotały, niż kłuły. Nazwał je Cynthia.

Ale Cynthia nie otworzyła oczu. Nigdy nie zjadła chleba i wypiła tylko odrobinkę mleka. Zaczęła ruszać się coraz mniej i coraz więcej spać, tylko spać, prawie się nie ruszała, gdy Otto wyjmował ją z brytfanny. Głaskał jej łebek coraz dłużej, a nawet próbował, troszkę, odciągnąć powieki, ale nie pomagało. Kołysał ją powoli w dłoni i mówił: Cynthia, Cynthia, Cynthia, obudź się, obudź się, obudź się, ale ona była chora, a on wiedział, co to znaczy. Chora jak dziecko sąsiadów. Więc którejś nocy, kiedy poszedł zrobić siusiu, zabrał brytfannę z Cynthią i po cichu zaniósł do sypialni. Amos, który miał osiem lat i był mądry, obudził się, gdy Otto wszedł do pokoju.

Otto?, szepnął. Dookoła wszyscy spali.

Co?

Po co ci garnek do indyka?

Nie powiesz?

Nie powiem.

Chodź zobacz.

Amos wstał, starając się nie zbudzić Waltera, z którym dzielił łóżko, i razem z Ottonem wyszedł na korytarz. Otto postawił brytfannę na podłodze między nimi. To mój kotek, powiedział. Cynthia. Jest chora. Podniósł pokrywkę. Trzeba ją wyciągnąć spod spodu, dodał. Ona się chowa. Znalazł zwierzątko w rogu, zagrzebane w wióry. Podniósł je w prawej ręce, jak zawsze. Miało wiórki przyczepione do grzbietu i łebka. Ciągle tylko śpi, powiedział.

Jest łysa, powiedział Amos.

No, powiedział Otto.

Przyglądali się jej przez parę sekund. Z pokoju za ich plecami słychać było oddechy śpiących.

Wiesz, że nie żyje, powiedział Amos.

No tak, powiedział Otto. Gardło miał całkiem suche. Trzymał prawą rękę bardzo, bardzo ostrożnie.

OK, powiedział Amos. Położył dłoń na ramieniu Ottona i nie zabierał.

OK, powiedział Otto.

Prawie rok później, kiedy wracali razem na kolację po pracy, Amos powiedział do Ottona:

Pamiętasz Cynthię? To był goffer, wiesz. Nie kotek. I tak trzeba by ją zabić. Bo to był goffer.

Otto nic nie odpowiedział, tylko pokiwał głową.

Widywał też nieżywe cielęta, które źle się urodziły, niektóre od razu martwe, inne prawie, na tyle, że zaraz potem umierały, z pomocą albo same z siebie, z oczami niemal większymi od głowy, z poplątanymi nogami.

Do nich Russell był teraz najbardziej podobny, leżąc na ziemi, do połowy pod traktorem, z jedną nogą zaplątaną wokół drugiej, jak te długie cukierki do żucia. Tylko jego oczy były zamknięte, jak u Cynthii. Otto popatrzył na niego, a potem odwrócił się i zwymiotował.

To był kojot, powiedziała Harriet. Przebiegł obok nas i Russell się przestraszył i puścił mnie, a ja musiałam skręcić, żeby nie przejechać kojota, i Russell się zachwiał, to nie była jego wina ani moja wina, i nie jego wina, i nie moja wina, nie moja wina, mówiła.

Wszyscy mieli na sobie zwykłe spodnie, poza Ottonem, który tego dnia włożył stare ogrodniczki Waltera z podwiniętymi nogawkami. To był największy kawałek materiału, jaki mieli, więc Otto zdjął je z siebie, a potem podnieśli nieprzytomnego Russella, położyli go na nich jak na noszach, ciągle zaplątanego, z zamkniętymi oczami, i zanieśli do domu, Harriet i Walter trzymający po jednej mocno naciągniętej nogawce, a Otto, w majtkach i koszulce, za nimi, trzymając szelki i patrząc na zamknięte oczy Russella.

Russell nie umarł, ale jedna z jego nóg tak; jedna noga pozostała skręcona jak cukierek do żucia, więc kiedy szedł przez pole, zawsze było wiadomo, że to on, nawet gdy słońce świeciło prosto w oczy. Zginał się w przód co drugi krok, w stronę wykręconej prawej stopy, i natężał wszystkie mięśnie zdrowej nogi, brzucha i pleców, żeby wyprostować się ponownie, tak raz za razem. Kiedy się na niego patrzyło dłuższy czas, wyglądał, jakby tańczył walca sam ze sobą.

~

Niezbyt wiele lat później Etta i Alma jechały samochodem do Holdfast, w milczeniu. Etta miała piętnaście lat. Alma prowadziła, w swoich beżowych pantoflach na obcasach. Tych, które nosiła na potańcówki. Etta myślała, że musi być trudno prowadzić w takich butach, ale nic nie powiedziała. Świst wiatru był głośniejszy od silnika samochodu. Kiedy dojechały do przydrożnej kafejki, Alma zaprowadziła ją do stolika przy ścianie. Zamówiły coś u kelnerki, której nie znały, a potem:

Jestem chora, Etta, powiedziała Alma. Jej czarne włosy, które zazwyczaj spinała w kok, były rozpuszczone. Ta fryzura zmieniała kształt jej twarzy, ukrywała rysy, zasłaniała. Wiatr w aucie potargał ją i poplątał.

Nie widać, żebyś była chora, powiedziała Etta. Wiedziała, że chorzy ludzie szarzeją albo żółkną, albo kaszlą, tracą głos i nie mogą jeść, ale Almy nie dotyczyła żadna z tych rzeczy. Jej głos był cichszy niż normalnie, ale brzmiał wyraźnie. Jej twarz była schowana, ale miała zwykły kolor. I nie przestała jeść. Zamówiły ciasto: śmietankową babkę z rodzynkami dla Almy, placek z jagodami dla Etty. Ludzie nie chorowali na grypę już od dawna, od lat, od kiedy były naprawdę małe. I wtedy chorowały głównie wiejskie dzieci, nie miejskie, takie jak one, które miały do dyspozycji światło elektryczne i toalety w domu. Ale serce Etty zabiło niespokojnie. Wyglądasz dobrze, Alma, powiedziała.

Alma położyła dłonie na stole, wnętrzem do góry. Etta musiała się powstrzymać, żeby nie zrobić tego samego. Naśladowanie Almy zawsze było jej pierwszym odruchem. Zamiast tego przycisnęła swoje dłonie, wnętrzem do góry, do spodu stolika.

Nie mam grypy, powiedziała Alma.

OK, powiedziała Etta.

Wszystko zepsułam.

Ty?

My, razem.

My?

Ale nie mam zamiaru mu powiedzieć.

Komu? Czego?

Jimowi.

Ojej, szepnęła Etta. Coś ścisnęło ją w żołądku; jej twarz pochłodniała, zbladła i poszarzała. Miała nadzieję, że Alma tego nie widzi. Kochała się w Jimie. Jim zabierał ją na przejażdżki, razem z Almą. Zawsze rozśmieszał jej rodziców. Och, ojej.

Kelnerka przyniosła ciasto. Dziękuję, powiedziały.

To ja dziękuję, odparła kelnerka, przekrzywiając głowę i uśmiechając się do nich. Potem odwróciła się i wróciła do kuchni. Jej buty były takie same jak Almy, tylko bardziej znoszone, z poobdzieranymi obcasami i noskami. Etta spojrzała na siostrę. Nie na twarz, ale na wszystko poza tym: piersi, ramiona, ręce. Zza stołu nie widać było brzucha, ale wyobraziła go sobie, białą skórę, na której opinał się materiał niebieskiej sukienki.

Będę musiała wyjechać, powiedziała Alma. Myślałam, myślałam i myślałam, i nie ma innego wyjścia, wyjadę.

Wyjechać?

Tak.

Dokąd?

Do ciotek.

Ale my nie mamy żadnych ciotek.

Chodzi o co innego, Etta.

Ale przecież, powiedziała Etta i umilkła. Spuściła wzrok na stojący przed nią talerz; błękitny kwiatowy wzór biegł wzdłuż krawędzi. Ona nie była chora, ale nie miała ochoty na swój placek. Ojej, dodała po chwili. Czy Jim też wyjedzie?

Nie wiem. Dlaczego miałby wyjeżdżać?

No przecież on…

To się tak nie dzieje, Etta.

Etta odkroiła widelczykiem kawałek placka. Był pełen fioletowych jagód. A czy ja mogę z tobą jechać?, spytała.

Etta, powiedziała Alma. Nie.

Alma zjadła trochę swojej babki, słodkiej, z ciągnącym się kremem, więc Etta też zjadła trochę swojego ciasta. Nie było takie dobre jak ich własne, które piekły w domu. Przecież nie chodzimy nawet do kościoła, powiedziała Etta.

To nie szkodzi, odparła Alma.

Nie znamy nawet żadnych modlitw.

Ja znam. Teraz.

Więc dziecko też będzie zakonnicą. Etta wyobraziła sobie maleńkie niemowlę owinięte habitem, otoczone przez kobiety z zakrytymi włosami. Wszystkie na czarno. Ten obraz był prawie piękny. Wszystkie śpiewały święte kołysanki.

Nie, powiedziała Alma. Oddadzą je.

Oddadzą je?

Tak. A ja zostanę i będę się modlić.

Na zawsze?

Na zawsze. Ale można przyjeżdżać w odwiedziny. I habity nie muszą być czarne, są też niebieskie, jasnoniebieskie.

Etta zamknęła oczy. Czuła bicie serca pod powiekami. Próbowała zza czarnych habitów dojrzeć niebieskie, błękitne jak niebo, jak woda.

Alma wyjechała niecały tydzień później. Więc przekonałaś ją w końcu, Etta, powiedział ojciec, kiedy wracali ze stacji kolejowej. Pomyślcie tylko, nasza Alma w zakonie. Nasza Alma. Wyobraźcie sobie. Szedł z przodu, za nim Etta, na końcu matka, po żwirowej ścieżce wiodącej przez spłowiałą trawę, na tyle blisko, że słyszeli się nawzajem.

Jestem z niej dumny, powiedział ojciec.

Tak, odparła Etta.

Tak, dodała jej matka, z tyłu.

Etta nie miała pojęcia, czy rodzice wiedzieli, czy nie.

Klasztor znajdował się na Wyspie Księcia Edwarda. Trzeba było jechać bardzo długo pociągiem, a potem jeszcze płynąć promem. Jedyne łodzie, jakie widywały dotąd Etta i Alma, były zrobionymi z papieru łódeczkami, które prawie dawały radę unosić się w błotnistym nurcie strumienia. To tak strasznie daleko, powiedziała Etta, kiedy kładły się spać w noc przed odjazdem, odwracając się w stronę, gdzie musiała być Alma, choć nie było jej widać w ciemnościach. Dlaczego akurat tam, tak daleko?

Tam właśnie mają niebieskie habity, powiedziała Alma.