Wydawca: Wydawnictwo Dolnośląskie Kategoria: Styl życia Język: polski

Etat w chmurach. Dziennik pokładowy stewardessy ebook

Teresa Grzywocz  

3.36842105263158 (19)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 266 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Etat w chmurach. Dziennik pokładowy stewardessy - Teresa Grzywocz

Kariera stewardessy kusi obietnicą dalekich podróży, poznawania niezwykłych miejsc i ludzi, jednak mało kto wie, jak wielu wyrzeczeń wymaga ten zawód. Autorka przez kilka lat pracowała w arabskich liniach lotniczych, podróżując po niemal całym świecie. Z humorem przedstawia wymagające szkolenia i egzaminy, normy dotyczące wyglądu i zachowania, sytuacje z kłopotliwymi pasażerami. Barwne opisy pozwalają poczuć nie tylko atmosferę egzotycznych wojaży, ale też codzienność życia między jednym lotem a drugim.

Opinie o ebooku Etat w chmurach. Dziennik pokładowy stewardessy - Teresa Grzywocz

Fragment ebooka Etat w chmurach. Dziennik pokładowy stewardessy - Teresa Grzywocz

Projekt serii: MARIUSZ BANACHOWICZ
Fotografie na okładce
© Daboost / www.shutterstock.com
© YuriyZhuravov / www.shutterstock.com
Redakcja: IWONA BATURO
Korekta: IWONA HUCHLA
Redakcja techniczna: LOREM IPSUM
Polish edition © Publicat S.A. and Teresa Grzywocz MMXIV (wydanie elektroniczne)
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
All rights reserved
jest znakiem towarowym Publicat S.A.
Wydanie elektroniczne 2014
ISBN 978-83-271-5143-8
Publicat S.A.
61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24
tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00
e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl
Oddział we Wrocławiu
50-010 Wrocław, ul. Podwale 62
tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

Wystarczy, że raz doznasz lotu, a będziesz

zawsze chodził z oczami zwróconymi w stronę

nieba, gdzie byłeś i gdzie pragniesz powrócić.

L

Arabowo, czyli kraje Półwyspu Arabskiego... Kontraktowi pracownicy linii lotniczych, którzy spędzili w tym rejonie kilka lat, tak właśnie nazywają tę część Azji. Jest to określenie, które zadomowiło się w branżowym żargonie. Krótkie, a więc wygodne w codziennym użyciu. Właśnie z takich praktycznych względów używam go w tej książce. Pragnę zaznaczyć, że posługując się tą nazwą, nie chcę nikogo urazić.

Sama spędziłam w Arabowie dwa lata. Stolica jednego z krajów półwyspu stała się moim domem – bazą, jak często mówi się w lotniczym środowisku. Pracowałam dla dużych, prestiżowych linii lotniczych i o tej pracy opowiada książka. Opisuję w niej swoje przygody, dzielę się spostrzeżeniami, przytaczam zabawne anegdoty, ale nie podaję prawdziwych imion, precyzyjnego czasu ani dokładnych miejsc zdarzeń. Nie jestem pewna, czy wszyscy moim znajomi chcieliby się stać częścią tej opowieści. A i pamięć zawodzi. Od mojego wyjazdu z Arabowa minęło dobrych kilka lat. Zdarza się, że pomijam lub przeistaczam fakty, o niektórych zdarzeniach zwyczajnie wolę nie pamiętać. To nie jest książka autobiograficzna ani reporterska. Nie miałam zamiaru tworzyć kroniki minionego czasu, a jedynie przywołać tamte lata. To wspominki, subiektywne przeżycia.

Nie jest to również przewodnik, może ku rozczarowaniu niektórych. Wprawdzie udało mi się sporo zobaczyć, ale nie pamiętam nazw ulic, restauracji czy kościołów w odwiedzanych miastach. Z tą książką pod pachą nie da się zwiedzać świata. Można natomiast poczuć atmosferę wielu miejsc i poznać pracę stewardesy od podszewki. Jej dobre i złe strony.

A więc miłej lektury i wysokich lotów!

Teresa Grzywocz

1. Początki

Gorąco. To pierwsze, co zauważam, wysiadając z klimatyzowanego samolotu na jednym z międzynarodowych lotnisk Półwyspu Arabskiego. Powiem więcej, bardzo gorąco. I pomyśleć, że w tym upale i na tym lotnisku mam spędzić następne dwa lata. Wtedy jednak jeszcze nie zdaję sobie z tego sprawy.

Czeka mnie kariera stewardesy. Dla wielu niespełnione marzenie, dla mnie rzeczywistość. Podczas swojego ostatniego lotu na kontrakcie usłyszę od jednej z pasażerek, że jako dziecko zawsze marzyła o takiej pracy. Naprawdę? Tymczasem ja nigdy. Mimo to pewnego majowego dnia moja stopa dotyka parzącego betonu na jednym z lotnisk w Arabowie. Zbliża się początek lata i właśnie zaczynam swoją lotniczą przygodę, która trwa do dziś. Zgodnie ze znanym powiedzeniem w tym zawodzie: „Raz stewardesa, zawsze stewardesa”.

Początek niezły – utrata bagażu. Mój cały dobytek pozostał we Frankfurcie. Zostałam z niewielką torbą podróżną i w tym, co miałam na sobie. Składam reklamację u denerwująco uśmiechniętego lokalsa („Nie mów, że zgubili ci bagaż?”), a potem zamówiona przez firmę taksówka zawozi mnie do hotelu, w którym zostałam tymczasowo zakwaterowana. Hotelowy pokój staje się moim domem na następnych kilka tygodni. Bez dostępu do pralki i kuchni, w zamian z maleńką lodówką (czytaj: pustym minibarem), telewizorem, łóżkiem, nad którym już wkrótce rozpoczną wędrówkę mrówki, ślepą łazienką w pokoju oraz codzienną zmianą pościeli, całodobowym room service, z którego nigdy nie skorzystam, basenem i sauną w budynku.

Razem ze mną w hotelu znajduje się kilkudziesięciu innych szczęśliwców – wybrańców z całego świata. Za kilka dni mamy rozpocząć sześciotygodniowe szkolenie, by stać się twarzą naszej linii. Pierwszym ogniwem, pomostem między przewoźnikiem a pasażerami, inaczej mówiąc – mięsem armatnim, tanią siłą roboczą traktowaną tylko odrobinę lepiej niż robotnicy przybywających do tej zielonej oazy na pustyni z Pakistanu, Bangladeszu i Indii.

To wszystko dociera do mnie znacznie później. Teraz wydaje mi się, że znalazłam się w raju, nawet jeśli następne dwa dni muszę spędzić w tych samych ciuchach i jedynie ze szczoteczką do zębów, którą przezornie włożyłam do podręcznego bagażu. Witaj, przygodo! Będę zwiedzać świat, żyć na Półwyspie Arabskim, w kraju, który od dawna mnie pociągał, będę podróżować i dostawać za to pieniądze! Oczywiście mam ambitne plany na ten czas – skończyć studia i nauczyć się języka. No i zadbać o siebie – zdrowa dieta i fitness, przecież będę miała tyle czasu!

*

Twarda rzeczywistość od razu koryguje moje plany. Na spotkaniu informacyjnym od jasnowłosej Egipcjanki dowiaduję się, że pierwsze pieniądze otrzymam po miesiącu szkolenia. Niby logiczne, ale nie dla kogoś, kto przyleciał z kilkudziesięcioma dolarami w kieszeni. Nauka potrwa półtora miesiąca – sześć dni w tygodniu od siódmej rano do szesnastej po południu. Wolny będzie piątek, tu weekend obejmuje inne dni niż w Europie – piątek i sobotę. To i tak ustępstwo na rzecz reszty świata, jeszcze do niedawna nie pracowano w czwartek i w piątek. Pieniądze jednak rządzą wszystkim. Biznes jest biznes. Dzięki przesunięciu weekendu kraj zyskał dodatkowy dzień na kontakty ze światem – transakcje handlowe i inne ważne sprawy.

Na spotkaniu poznaję swoją grupę – głównie Azjatki, dla których praca stewardesy to awans społeczny, ucieczka z biednego kraju i szansa na utrzymanie rodziny. Te dziewczyny nie będą traktować pobytów zagranicznych jako okazji do wyjścia lub zwiedzania, a jedynie jako możliwość odłożenia dodatkowych pieniędzy z diet. Będą się zamykać w pokojach, gotować ryż w przezornie wziętych ze sobą elektrycznych garnkach, prosić o dodatkowy papier toaletowy i chusteczki, by później pakować je do walizek... Wszystko po to, by wydać jak najmniej pieniędzy. Dopiero po pewnym czasie człowiek uświadamia sobie, jak wiele miał szczęścia, przychodząc na świat w Europie. Widząc biedę innych zakątków globu, brak możliwości dotykający ich mieszkańców, zaczynam doceniać to, co mam, przede wszystkim wolność wyboru drogi życiowej i możliwość pokierowania własnym życiem.

Dla mnie pobyt nad Zatoką Perską jest przygodą, choć oczywiście również okazją do zarobienia pieniędzy. Nie muszę jednak co miesiąc wysyłać większej części swojej pensji rodzinie w kraju, utrzymywać niepracującej, owdowiałej matki, młodszego rodzeństwa albo kuzynostwa, które chce iść na studia, a nie ma za co. Podczas pobytu w Arabowie nasłucham się mnóstwa smutnych opowieści, ale też dostrzegę dumę tych, którym udało się dostać dobrą pracę i którzy mogli pomagać swoim bliskim.

Na koniec prowadząca spotkanie informacyjne oznajmia:

– Przez następnych kilka tygodni, aż do uszycia mundurów, obowiązuje was strój oficjalny. Pełny makijaż i spięte włosy. Po otrzymaniu mundurów przychodzicie na szkolenie tak, jakbyście szli na lot. I dotyczy to również nakrycia głowy.

Trochę mnie to martwi, ze strojem biznesowym u mnie krucho. Na szczęście jeszcze wieczorem obsługa hotelowa przynosi moją zgubę – nieco zabrudzony i zmaltretowany plecak. Szybki przegląd jego zawartości uświadamia mi, że do oficjalnego ubrania mogę zaliczyć jedynie dwie pary spodni, dwie bluzki i jedną spódnicę. Para czarnych czółenek dopełnia zestaw.

Trudno, zawartość mojej kieszeni nie pozwala na zakupy. Mam nadzieję, że mundury otrzymamy szybko. Na razie rutyną stają się wieczorne przepierki w wannie. Tak samo jak pobudki o piątej trzydzieści, sześć dni w tygodniu przez sześć tygodni.

Twarz firmy

Szkolenie odbywa się w blaszanych barakach. Temperatura na zewnątrz sięga czterdziestu stopni, w środku nieco wytchnienia daje klimatyzacja, ale tylko w salach, w łazienkach i na korytarzach już jej nie zainstalowano. Wszystko jest tymczasowe – pomieszczenia, stołówka, nawet nasze zakwaterowanie w hotelu. Firma prężnie się rozwija, rozbudowuje siatkę połączeń, dokupuje budynki. Za kilka lat powstanie w tym miejscu prawdziwe miasteczko dla pracowników, za rok ma natomiast zostać otworzone centrum szkoleniowe z prawdziwego zdarzenia. My musimy się zadowolić barakami. I lepiej od razu przyzwyczaić się do warunków, w tych ścianach przyjdzie nam spędzić sporo czasu.

Na początek – tydzień wprowadzający. Struktura firmy, zapoznanie się z ludźmi, zabawy sprawdzające, których nie cierpię, badania, szczepienia, przymiarki munduru. Humor nam dopisuje, z wyjątkiem dnia, kiedy udajemy się na gruntowną ocenę naszego stanu zdrowia. Wszystkich ogarnia panika, co jeśli nie przejdę?

Wielu przewoźników zleca kandydatom wykonanie badań wstępnych jeszcze w swoich krajach. Dzięki temu oszczędza się czas i pieniądze na odsyłanie tych, którzy nie spełniają norm. Nasz pracodawca badania wykonuje jednak na miejscu i zdarza się, że nie wszyscy pozytywnie je przechodzą. Ci nieszczęśliwcy ze łzami w oczach muszą opuścić pracę, która jawiła im się jako wybawienie. Za kilka lat także nasza firma będzie nakazywała robić badania na własny koszt u siebie w kraju. Liczba osób odsyłanych do domu najwyraźniej da przewoźnikowi do myślenia.

Na szczęście nie mam AIDS ani gruźlicy, nie jestem w ciąży, dobrze słyszę, a czego niedowidzę, to dooszukam. Pozytywnie przechodzę łaskotanie po brzuchu, które wykonuje szef kliniki, indyjski lekarz. Wzbudza on ogólny strach wśród symulujących chorobę i słynie z tego, że bardzo niechętnie daje zwolnienia. Tego dnia ma dobry humor i przepuszcza wszystkich, a może po prostu wszyscy są zdrowi.

Nasza firma, jak wszystkie w regionie, ma własne budynki medyczne (są one, tak jak wszystkie inne, tymczasowe, nowe powstaną za kilka lat). Niektóre badania musimy jednak wykonać w szpitalu publicznym. Czysty, nowoczesny, chłodny, z profesjonalną obsługą. Pracują tu sami obcokrajowcy i zaczynam się zastanawiać, gdzie znajdują zatrudnienie lokalsi. Czy tutejsza społeczność w ogóle pracuje?

Jadąc taksówką (prowadzoną, jak większość, przez Pakistańczyka), zauważam na ulicy kilku autochtonów ubranych w tradycyjne białe stroje – thobe, inaczej diszdasz. Białe, bo ciepło. Beżowe i brązowe będą oznaczały nadejście zimy. Od tych strojów wzięły się przezwiska, których używają prawie wszyscy przybysze: chmurka, duszek, prześcieradło lub, bardziej międzynarodowe, beżowy. Dość obraźliwe, jak się nad tym zastanowić, ale nie ma czasu na myślenie.

Tuż po badaniach biegniemy na przymiarki mundurów. Wszystkie są szyte na miarę. Pierwszy raz nie wchodzę w rozmiar trzydzieści osiem, zarezerwowany dla drobniutkich Filipinek i smukłych Tajek. Malutkie Japonki i Chinki noszą trzydzieści sześć. Dla mnie pozostaje czterdzieści, smutno. Do tego buty, torba, walizki – firma dba o pracownika (lub o jego wygląd). W końcu jesteśmy jej twarzą.

W następnym tygodniu czeka nas dzień poświęcony dyscyplinie mundurowej. Jak nosić kapelusz, kiedy można go zdjąć, jak czesać włosy, jak dobierać makijaż i kolor paznokci... Wszystko z góry narzucone. Nie ma miejsca na improwizację, za błąd w sztuce grozi raport. A przecież żadna z nas nie zamierza się tłumaczyć w biurze, dlaczego krzywo włożyła kapelusz lub źle dopasowała kolor lakieru do szminki. Mężczyźni mają lepiej, muszą jedynie zadbać o schludność, mieć krótko ścięte włosy, opiłowane paznokcie i... są gotowi do lotu. No może powinni jeszcze nosić jednakowe skarpetki. Tę akurat zasadę regularnie łamie Australijczyk będący ze mną na szkoleniu. W ramach protestu przeciw systemowi, jak twierdzi.

Podczas swojej kariery w Arabowie kilkakrotnie będę miała nieprzyjemności związane z wyglądem. Nie zwalczam systemu, ale zwyczajnie zapominam o zaleceniach lub jestem niedoinformowana. Zdarza mi się umalować usta nieodpowiednią szminką (zbyt brązową), dobrać zły kolor lakieru do paznokci (za czerwone), użyć brązowych wsuwek do włosów (powinny być czarne) czy ozdobić uszy kolczykami z czarnymi perłami (dopuszczalne tylko białe). Drobiazgi, które jednak są powodem rozmowy (na szczęście przeprowadzanej na pokładzie przez szefów lotu, a nie w biurze). Co ciekawe, kiedy któregoś razu wracam z urlopu z włosami w pięciu kolorach, między innymi z białymi, czarnymi i rudymi pasemkami, nikt nie zwraca mi uwagi. Aż moja najlepsza koleżanka pyta z niedowierzaniem:

– Nikt cię jeszcze nie zaraportował?

Piąta trzydzieści rano, a już gorąco. Nauczona doświadczeniem nie włączam klimatyzacji na noc. Mam przynajmniej pewność, że rano będę w stanie mówić, a uszy nie zaczną boleć. No i że bluzka wyprana i powieszona w łazience będzie sucha na wiór.

Po dokładnym przeszukaniu plecaka odkrywam w nim jeszcze kilka skarbów: dwa sweterki, które od biedy ujdą za strój oficjalny, grzałkę, kubek i zupki instant. Rosołek, mniam. Odkąd tu przyleciałam, żywię się batonikami, chrupkim chlebkiem i tym, co można przygotować bez gotowania. Dobrze, że w czasie zajęć jest przerwa, podczas której w kantynie można zjeść coś ciepłego za rozsądne pieniądze.

Zajęcia ciągną się niemiłosiernie, wszystko po angielsku, nie znam połowy słów, domyślam się z kontekstu. Słownika fachowego brak, gdy trzeba, uczę się na pamięć bez zrozumienia. Budowa samolotu, działanie silników, procedury bezpieczeństwa, kilkusetstronicowy manual, czyli podręcznik, jeden z kilku do wkucia na pamięć. Test goni test, skończyła się zabawa z pierwszego tygodnia. Po zajęciach najchętniej bym się położyła, a tu trzeba się uczyć. Czyżbym wróciła na studia? Gorzej niż podczas sesji. Za oknem piękna pogoda, basen, coś, co można od biedy nazwać morzem, a ja przy biurku rozrysowuję położenie sprzętu awaryjnego. Jeszcze żeby był jeden typ samolotu, ale nie! Na każdym sprzęt awaryjny znajduje się gdzie indziej.

W nadchodzących tygodniach dojdą zajęcia praktyczne. Ewakuacja na lądzie i w wodzie, pierwsza pomoc. Wszystko trzeba zaliczyć, dopuszczalne dwa błędy, inaczej poprawka. Ta niezaliczona i żegnamy. A uczyć się trudno. Po dniu spędzonym w klimatyzowanych barakach, w pełnym skupieniu, dochodzą godziny odsiedziane w pokoju hotelowym. Kładę się o dwudziestej drugiej, żeby dać radę wstać o piątej trzydzieści. I tak ma być przez sześć tygodni. Z nadzieją wyczekuję każdego piątku, wytchnienia.

W nielicznych wolnych chwilach walczę z plagą mrówek, które opanowały hotel. Mam koszmary senne, że mnie atakują, spadają na głowę z autostrady, którą sobie urządziły nad łóżkiem. Hotelowi sprzątacze kilkakrotnie spryskują mój pokój jakimiś chemikaliami, co pomaga na kilka dni. Trudno, przyjdzie się z nimi zaprzyjaźnić. W innych hotelach oprócz mrówek goszczą podobno karaluchy i zabawne jaszczurki, przypuszczam, że gekony. Kiedyś mignie mi przed oczami taki malec dzielnie wspinający się po pionowej ścianie budynku. Zobaczę też sporej wielkości szczura, na szczęście będzie to wieczorem i z dala od mojego miejsca zamieszkania.

*

Poznaję ludzi z grupy. Pierwszego w życiu geja, który się do tego przyznaje, choć tylko przed nami. Oficjalnie jest hetero, chociaż wszyscy wiedzą, że osiemdziesiąt procent stewardów to homoseksualiści. Taka orientacja seksualna jest jednak zakazana w Arabowie. Jakby miało to jakieś znaczenie, skoro i tak, teoretycznie, seks przedmałżeński jest tu zakazany.

Osoby mieszkające w budynkach należących do przewoźnika nie mogą nawiązywać bliższych kontaktów z płcią przeciwną. W czasie pobytu w Arabowie mamy żyć w celibacie. Odwiedziny są dozwolone tylko do godziny dwudziestej trzeciej, ale ile można zrobić do dwudziestej trzeciej, to już inna sprawa. Za łamanie tych i innych przepisów można zostać wydalonym z kraju. Deportacja w dwadzieścia cztery godziny. Na noc każdy musi wrócić do siebie. Tu w hotelu nikt nas nie pilnuje, ale też nie bardzo mamy czas na coś innego niż nauka.

Reszta grupy to wspomniane Azjatki, głównie Filipinki, które między sobą porozumiewają się w tagalog. Oficjalnie obowiązuje nas język angielski, tylko on jest dopuszczalny podczas zajęć i na pokładzie samolotu, w praktyce różnie z tym bywa.

Czuję się wyobcowana, ale na szczęście udaje mi się zbliżyć do sympatycznej Brazylijki, stewardesy z ponaddziesięcioletnim stażem. Razem raźniej. Chodzimy na plażę z nieodłącznymi manualami, ona też przekazuje mi mądrości, które każda stewa powinna znać. Któregoś dnia ze śmiechem oznajmia:

– Pamiętaj, zawsze pakuj walizkę tak, żebyś mogła sama ją unieść.

Rada przydaje mi się do dziś. Zadziwiające, jak mało dżentelmenów jest na tym świecie.