Wydawca: Videograf Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 567 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Erik Jan Hanussen. Jasnowidz Hitlera - Przemysław Słowiński, Danuta Uhl-Herkoperec

Pod swoim prawdziwym imieniem i nazwiskiem Hermann Steinschneider z pewnością nie zrobiłby tak wielkiej kariery jako jasnowidz. Dużo lepiej brzmiało jego aryjskie nazwisko – Erik Jan Hanussen – pseudonim artystyczny, który umożliwiał mu organizowanie dochodowych pokazów i otworzył mu drzwi do narodowego socjalizmu. Był człowiekiem, który wzbudzał skrajne emocje – jego występom towarzyszyły głosy zachwytu i szepty nienawiści, ekstaza i awantury. Do dzisiaj Erik Jan Hanussen pozostaje wielką zagadką. Czy był tylko zręcznym iluzjonistą, a może szarlatanem i oszustem, czy też rzeczywiście posiadał talent jasnowidzenia? Jego liczne przepowiednie, dotyczące zdarzeń o większym lub mniejszym znaczeniu, sprawdziły się przecież w zaskakujący sposób. Niewątpliwie łączył w sobie wyjątkowy talent aktorski, szarlatańskie sztuczki oraz umiejętność analizowania i wysnuwania trafnych wniosków. Nazwisko Hanussen zostało na długi czas usunięte z literatury na temat początków narodowego socjalizmu. Najpierw sami naziści, potem politycznie poprawni historycy starali się wymazać z publicznej świadomości fakt, że żydowski jasnowidz wspierał Hitlera w przełomowych momentach, zwłaszcza w ważnych dla jego reżimu latach 1932 i 1933.

Opinie o ebooku Erik Jan Hanussen. Jasnowidz Hitlera - Przemysław Słowiński, Danuta Uhl-Herkoperec

Fragment ebooka Erik Jan Hanussen. Jasnowidz Hitlera - Przemysław Słowiński, Danuta Uhl-Herkoperec

Redakcja

Anna Seweryn-Sakiewicz

Zdjęcia

© Wikimedia Commons

Redakcja techniczna, skład iłamanie

Damian Walasek

Opracowanie wersji elektronicznej Grzegorz Bociek

Korekta

Urszula Bańcerek

Wydanie I, Chorzów 2014

Wydawca

Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3 C

tel. 32-348-31-33, 32-348-31-35

fax 32-348-31-25

office@videograf.pl

www.videograf.pl

Dystrybucja wersji drukowanej

DICTUM Sp. z o.o.

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dystrybucja@dictum.pl

www.dictum.pl

© Copyright by Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2014

ISBN 978-83-7835-303-4

Nie ma bowiem nic ukrytego, co by nie wyszło na jaw,

ani nic tajemnego, co by się nie stało wiadome

Ewangelia św. Łukasza 12, 2

* * *

Pod swoim prawdziwym imieniem – Hermann Steinschneider – a tym bardziej pod zalatującym czosnkiem i cebulą zdrobnieniem Herschel z pewnością nie zrobiłby tak wielkiej kariery jako jasnowidz. Dużo lepiej brzmiało nazwisko Erik Jan Hanussen, jak w tym celu nazwał się po aryjsku. Ten pseudonim artystyczny miał jedną podstawową zaletę – umożliwiał bohaterowi poniższej opowieści organizowanie dochodowych pokazów, w czasie których przewidywano przyszłość. Ponadto otworzył mu drzwi do ruchu politycznego, któremu ostatecznie poświęcił się na dobre i na złe – do narodowego socjalizmu.

Szły za nim szepty zachwytu i szepty nienawiści, ekstaza i kalumnie, natchnienie i awantury, sztuka i skandal. Byli ludzie, którzy głosili, że mistrz jest w sojuszu z diabłem i tylko dzięki temu może dokonywać rzeczy, o jakich nikt przed nim nie słyszał.

Do dzisiaj Erik Jan Hanussen pozostaje dla współczesnych wielką zagadką. Na ile był po prostu zwykłym iluzjonistą, a także szarlatanem i oszustem, na ile zaś obdarzony był rzeczywistym talentem jasnowidzenia. Jego liczne przepowiednie, dotyczące zdarzeń o większym lub mniejszym znaczeniu, sprawdziły się przecież w zaskakujący sposób. Niewątpliwie łączył w sobie wyjątkowy talent aktorski, szarlatańskie sztuczki oraz umiejętność analizowania i wysnuwania trafnych wniosków. Był także znakomitym hipnotyzerem. Najbardziej banalne sztuczki współistniały w karierze Hanussena z fenomenami, które nieprzerwanie fascynują uczonych i parapsychologów. Wielu z nich twierdzi, iż faktycznie posiadał on trudną do wyjaśnienia zdolność czytania w myślach.

Liczni rzekomi jasnowidze uwierzyli, że posiadają prawdziwe zdolności, udając wiarę we własne mistyfikacje. Tymczasem w przypadku Hanussena – według niektórych badaczy parapsychologii – rzecz miała się zupełnie odwrotnie: uważał się za oszusta i tak postępował, a w rzeczywistości był prawdziwym jasnowidzem. Być może mag, Żyd wywodzący się z rodu rabinów chasydzkich, który został nazistą, tak brzydził się swoim pochodzeniem, że nie potrafił właściwie zrozumieć swoich nadzwyczajnych zdolności?

Jak we wszystkich podobnych przypadkach, ocena – szczególnie wiele lat po śmierci bohaterów – jest bardzo trudna. Z całą pewnością jednak Erik Jan Hanussen jest postacią, której losy rzucają nowe światło na najważniejsze wydarzenia zapisane w księdze historii lat dwudziestych i trzydziestych ubiegłego wieku.

Prolog. Strach

Berlin, noc z 24 na 25 marca 1933 roku

Bał się. Po prostu się bał. Strach żelazną obręczą ściskał mu żołądek. Wielokrotnie czytał wcześniej w literaturze opisy strachu. Określenia, że delikwentowi przestaje bić serce, że nie może się ruszyć z miejsca, że coś lodowatego spływa mu po grzbiecie, że krew zatrzymuje się w żyłach i że pot oblewa mu całe ciało – uważał za oklepane frazesy. Teraz przekonał się, że w tych opisach była zawarta prawda.

Czy powinien był przewidzieć rozwój wypadków? Chyba tak. Przecież był jasnowidzem. Dlaczego więc zlekceważył wszystkie pojawiające się wokół niego od jakiegoś czasu sygnały? Nie potrafił znaleźć na to odpowiedzi.

Chociażby sny, ta kolorowa zwykle podszewka naszej rzeczywistości. Lufcik do własnej podświadomości i azyl prawdy, a czasami teatr grozy, udręki i przerażenia. W rzeczy samej, jak dotąd sam nie wiedział, czym naprawdę są sny. Istniała ogromna ilość pomysłów, hipotez, teorii bądź przypuszczeń, z których jedne mogły jedynie wydawać się bardziej prawdopodobne od drugich. Wszystko to jednak nie bardzo sprawdzało się jako metoda naukowa. Chociaż w świecie snu więcej jest stref niewyjaśnionych niż poznanych, miewał sny bardziej prawdziwe niż to, co ludzie nazywają rzeczywistością. Czasami jednak sen, początkowo nawet czarowny i piękny, zamieniał się na koniec w potworny koszmar. Tak właśnie było tej ostatniej nocy…

Był w swoim pokoju. Było cicho, ciepło i bezpiecznie. A potem usłyszał wyraźnie czyjeś kroki.

– Kto to? – zawołał w ciemność.

Kroki zamilkły, ale wiedział dokładnie, że ktoś jest w pokoju. Obudził się zlany zimnym potem i przestraszony. Wstrząsały nim dreszcze. Rzucał się gwałtownie po całym łóżku. Serce waliło mu jak oszalałe, coś ze straszliwą siłą ugniatało piersi, wysysając z płuc całe zgromadzone tam powietrze. W końcu udało mu się wydrzeć z siebie przeraźliwy okrzyk, który przywrócił go do rzeczywistości… Poranne słońce, wpadające do pokoju przez niedokładnie zaciągnięte zasłony, jakby przekłuło mu powieki. Przerażony uniósł się z poduszki, lecz jeszcze przez kilkanaście sekund przed oczyma tańczyły mu kolorowe strzępy koszmaru.

Sypialnia była karuzelą. Wszystko wokół wirowało w jakimś upiornym, szalonym pędzie. Stopniowo zaczął rozróżniać szczegóły: szafa na ubrania, bieliźniarka, krzesło z leżącym na nim ubraniem, nocny stolik, a na nim budzik z fosforyzującymi wskazówkami – dwiema zielonymi kreseczkami mżącymi zieloną poświatą niczym oczy wrogiego, choć bezsilnego demona. Słyszał tylko wiatr, hałaśliwie dobijający się do okna.

Wreszcie odzyskał równowagę. Podniósł się z wielkim trudem z posłania, czując w skroniach bolesne pulsowanie, i poszedł do łazienki napić się wody. Przestraszyło go własne lustrzane odbicie. Napełnił szklankę, wypił i sięgnął po następną. Brzeg naczynia zagrzechotał między zębami. Musiał użyć obu dłoni, żeby je utrzymać. Kiedy ustały męczące go skurcze żołądka, odetchnął z ulgą. Wspomnienie o sennym koszmarze zaczęło się roztapiać. Pozostały tylko fragmenty, składające się z poszczególnych, odrębnych obrazów, które parowały niczym kawałek suchego lodu.

Dlaczego, na miłość boską, zlekceważył wszystkie sygnały?

Jak gdyby nigdy nic wbił się w swój ciemnoniebieski frak i jak co wieczór spokojnie poszedł do znajdującej się w budynku Scali kawiarni Grüner Zweig (Zielona Gałąź). Knajpa należała do sympatycznej wiedenki, Toni Ott. Dym z papierosów jeszcze bardziej odrealniał panujący tam półmrok. Niczym w płynnym roztworze kłębiły się dziwne stwory, poruszające, rozciągające, kłapiące pokrzywionymi pyskami, łypiące maślanymi, pustymi albo śmiertelnie smutnymi oczyma. Wypił swoją kawę i wyszedł z lokalu, aby pójść do garderoby, a potem – jak zwykle – na scenę.

Czekali na niego w bramie. Dwóch potężnych facetów, którzy równie dobrze mogli być urzędnikami policji kryminalnej, jak członkami SA w cywilu.

– Czy pan jest Erik Jan Hanussen? – zapytał jeden z nich, wielki, masywny mężczyzna o sylwetce i urodzie czołgu oraz rysach twarzy pełnych zwierzęcego okrucieństwa, jakby żywcem wzięty z książki Lombroso1Zbrodniarz urodzony.

Nazywał się Rudolf Steinle, ale tego zagadnięty nie miał się nigdy dowiedzieć. Liczył sobie dwadzieścia dwa lata, choć wyglądał na dużo starszego. Wysokie czoło kończyło się nad wystającą kością łuku brwiowego, spod którego patrzyły głęboko osadzone oczy – uważne i przenikliwe. Duży nos nosił ślady licznych kontuzji. Kości policzkowe i szczęka były topornie uformowane, jak granit, z którego wycięto także czoło. Był duży, bardzo duży, z byczym karkiem, szerokimi ramionami i dobrze umięśnioną klatką piersiową. Wydawało się, że jest zdolny przełamać człowieka na pół i że często to robi, tylko i wyłącznie dla zabawy.

Dla całego świata był dziwadłem, niezdarnym wielkoludem o twarzy neandertalczyka, która wystraszyłaby nawet niedźwiedzia grizzly. Małe dzieci często się go bały. Ludzie w każdym wieku gapili się na niego, jedni bez skrępowania, inni ukradkiem. Niektórzy się nawet śmiali, a kiedy myśleli, że nie patrzy, robili sobie z niego żarty. Zazwyczaj udawał, że nie widzi tego wszystkiego, dopóki nie tracił cierpliwości i nie przywoływał tamtych do porządku. Ale zawsze dostrzegał kpiny innych, i to go bolało. Najgorsze były nastolatki, zwłaszcza dziewczyny, które chichotały i śmiały się z niego otwarcie…

W pierwszej chwili zapytany miał ochotę zaprzeczyć, powiedzieć, że nie zna żadnego Erika Jana, tak naprawdę przecież wcale nie nazywał się Hanussen. Doszedł jednak do wniosku, że to nie ma sensu. Mężczyźni dobrze wiedzieli, kim jest. I nieprzypadkowo tam na niego czekali.

– Tak – potwierdził.

– Musimy pana prosić, aby poszedł pan z nami – powiedział olbrzym zaskakująco łagodnym głosem.

– To absolutnie wykluczone – zaprotestował. – Muszę iść na scenę, za chwilę mam występ.

– Proszę nie robić trudności, panie Hanussen. – Głos wielkoluda wyraźnie stwardniał. – Musi pan pójść z nami.

– Dokąd?

– Do pańskiego mieszkania, jest pan tam oczekiwany – odezwał się drugi z mężczyzn, kościsty, rudawy blondyn o niespokojnych, wodnistoniebieskich oczach. Facet o ponurej twarzy, z którym nie chciałoby się rozmawiać nawet o pogodzie. Nazywał się Kurt Egger, ale tego Hanussen również nigdy nie miał się dowiedzieć.

„Oczekiwany? – pomyślał z nadzieją. – Przez kogo? Czyżby to był Karl Ernst? Hrabia von Helldorf? A może to sam Göring zareagował wreszcie na mój list?”.

– Proszę – rzekł z naciskiem Egger, wskazując zaparkowanego przy krawężniku ciemnego mercedesa. W jego tonie można było wyczuć zarówno ironię, jak i groźbę.

Ulica była pusta. Stojący zwykle przed wejściem do lokalu portier ulotnił się, przeczuwając widocznie coś niedobrego. Hanussen miał ochotę zawołać o pomoc, lecz po krótkim wahaniu odrzucił tę myśl. „Jeżeli to zrobię, zabiją mnie od razu – pomyślał. – Ale jeśli się powstrzymam, będę miał jeszcze kilka minut życia”. Eskortowany przez obu mężczyzn, ruszył posłusznie w kierunku pojazdu. Martha Schwanebeck, właścicielka lokalu Mała Scala, który znajdował się naprzeciwko, zobaczyła go, jak wsiadał do auta.

W środku, za kierownicą oczekiwał trzeci typ, wyglądający jak starszy brat tamtych dwóch – wszystkich łączyły oczy; nieruchome, zimne i okrutne, jak u gadów. Ten miał około pięćdziesiątki. Niewysoki, nieco otyły, lecz zarazem elastyczny jak sprężyna, spięty, jakby gotów do skoku. Do tego miał gładką twarz, jasne włosy koloru dojrzałego zboża, wysokie czoło i bladoniebieskie oczy. Wyglądał jak wbita w garnitur kiełbasa serdelowa. Przypominał te typy, jakie rekrutowali do Leibstandarte SS Adolf Hitler2. Nazywał się Wilhelm Ohst i posiadał stopień SA-Führera. Tego nazwiska jednak, podobnie jak dwóch pozostałych, Hanussen nie miał nigdy poznać.

Rudawy blondyn otworzył tylne drzwiczki i zgrabnie wsunął się na siedzenie. Następnie olbrzym niemalże wepchnął Hanussena do środka, po czym sam usadowił się obok niego. Zużyte resory odpowiedziały głośnym jękiem.

Jazda odbyła się w milczeniu. Na zadawane pytania Hanussen nie otrzymywał żadnej odpowiedzi. Miasto wyglądało jak upudrowany trup. Po obu stronach ulicy stały dobrze utrzymane domy. Żółte światła majaczyły niewyraźnie za zaciągniętymi zasłonami. Co kawałek stały wysokie latarnie, a przestrzeń między nimi wypełniały fioletowoczarne, zlane deszczem cienie.

Jechali szybko przez wyludnione ulice. Hanussen znał je dobrze, często tędy jeździł. Z tymi miejscami wiązało się wiele przeżyć – był to Berlin, który zawojował. Po lewej stronie wynurzyła się z ciemności majestatyczna bryła Schloss Charlottenburg, imponującej budowli, której nazwę nadał król Fryderyk I Pruski na cześć zmarłej żony Zofii Charlotty Hanowerskiej.

To był również Berlin wprost z nazistowskiego mitu: Hitler wywrzaskujący obłąkane brednie; paskudny mały Goebbels kuśtykający na powykręcanej stopie; gruby, obwieszony orderami Göring, nie wiedzieć, czy bardziej śmieszny, czy groźny; bojówkarze ze swastykami maltretujący poczciwych Żydów. Jakim cudem dotąd tego nie zauważył?

Bez przerwy dławił go obezwładniający strach. Równocześnie zastanawiał się: „Czy jest jeszcze dla mnie ratunek? Czy mam jeszcze szanse na ocalenie?”. Nad wszystkim, nad lękami i rozważaniami, dominowało jedno pytanie i jedno pragnienie: „Czy zobaczę jeszcze rynek i pierwsze światło dnia?”.

Z miłym zaskoczeniem powitał zatrzymanie się samochodu przed jego domem przy Lietzenburger Strasse. Dwaj młodsi mężczyźni odprowadzili go do drzwi mieszkania. Sięgnął do kieszeni, chcąc otworzyć je własnym kluczem, lecz rudawy chwycił go za rękę, olbrzym zaś zadzwonił. Drzwi otworzyły się i barczysty blondyn wpuścił wszystkich do środka. Jego ramiona przywodziły na myśl pnie drzew, a twarz sprawiała wrażenie odlanej z betonu. Szare, głęboko osadzone oczy wydawały się niemal przezroczyste. Dziwne. Nie zimne, nie okrutne ani nie zabójcze. Po prostu puste. Jak u maszyny. Z wyjątkiem oczu wyglądał zupełnie przeciętnie. „Czy oni wszyscy muszą mieć takie dziwne oczy?” – pomyślał Hanussen. Odniósł przy tym wrażenie, że już gdzieś, kiedyś widział tego człowieka.

– My się chyba znamy? – zapytał przyjaźnie.

– Morda w kubeł! – usłyszał w odpowiedzi. – Marsz do sypialni! – Mężczyzna wyciągnął z kieszeni czarnego walthera PP3.

Hanussen posłuchał rozkazu. Szybko zorientował się, że podczas jego nieobecności mieszkanie zostało dokładnie przeszukane. Wyciągnięte z biurka szuflady wraz z całą zawartością leżały na podłodze, obok zrzuconych z półek bibelotów.

– Jeżeli hrabia Helldorf… – spróbował zaprotestować.

– Morda w kubeł! – przerwał mu gwałtownie blondyn. – Powiedziałem: do sypialni. Już!

W sypialni niczego jeszcze nie ruszono. Wszędzie panował wzorowy porządek, dziwnie kontrastujący z bałaganem w salonie.

– Proszę otworzyć sejf – zażądał olbrzym.

– Ale ja nie mam żadnego sejfu – skłamał gładko Hanussen.

Wielkolud uśmiechnął się pogardliwie. Podszedł do stojącej w rogu szafy, otworzył drzwi i kilkoma gwałtownymi ruchami wyrzucił wszystkie ubrania na podłogę.

– Niech pan otworzy sejf – zażądał ponownie.

Kiedy Hanussen zorientował się, że oni wszystko wiedzą, po plecach przeszedł mu zimny dreszcz. „Ciekawe skąd? – pomyślał. – Zapewne mój przyjaciel Karl Ernst nasłał na mnie tych ludzi. Widział przecież kryjówkę w szafie, wtedy, w nocy, kiedy wkładałem tam jego ostatnie pokwitowanie. A więc chodzi o pokwitowania… Ta świnia!”.

Nie zostało mu jednak wiele czasu do namysłu. Blondyn popchnął go pistoletem w stronę szafy. Nie miał wyboru. Drżącymi rękoma otworzył sejf i patrzył, jak mężczyzna pakuje całą zawartość do swojej aktówki, aż do ostatniego banknotu i ostatniego kawałka papieru.

Nagle zadzwonił telefon. Zapewne ludzie ze Scali niepokoili się, dlaczego mistrz nie pojawił się na występie. Nieproszeni „goście” zdawali się tym zupełnie nie przejmować. Na polecenie blondyna Hanussen zamknął sejf i powiesił z powrotem ubrania. Wszystko wyglądało tak, jak przedtem. Wyszli do przedpokoju, gdzie na wieszaku blondyn zostawił swój skórzany płaszcz i kapelusz. Ubierając się, odłożył pistolet na gzyms. Ten moment postanowił wykorzystać Hanussen, rzucając się do ucieczki. Wbiegł do pokoju, chciał zamknąć drzwi, ale w zamku nie było klucza.

– Otwieraj, bydlaku! – rozległ się wrzask, któremu towarzyszyły dwa głośne wystrzały. Dwie okrągłe dziurki pojawiły się w drzwiach, tuż obok jego głowy. Z wahaniem spełnił polecenie. Blondyn podszedł do niego i splunął mu w twarz.

– Żydowska świnia! – syknął przez zaciśnięte zęby.

W Scali tymczasem kasjerka z rozczarowaną miną liczyła dochód. Ponad 70 procent biletów zostało zwróconych.

* * *

Znowu siedział w aucie, osaczony na tylnym siedzeniu przez rudawego z jednej strony i wielkoluda z drugiej. Blady jak wskrzeszony trup, który wybiera się na upiorny koktajl. Blondyn zajął miejsce obok kierowcy. Podczas drogi, która zdawała się trwać całą wieczność, Hanussen szlochał i paplał na przemian.

– Dokąd jedziemy? – zapytał. Zero odpowiedzi. – Dokąd mnie wieziecie? – powtórzył.

Mówił wolno, głębokim głosem, jak gdyby wygrzebywał z siebie każde słowo oddzielnie. Normalnie mówił tak tylko wtedy, gdy popadał w trans. Teraz siedział nieruchomo, skulony, z twarzą przypominającą zjełczały ser. Kiedy kolejny raz nie otrzymał odpowiedzi, zaczął krzyczeć. Zamilkł jednak natychmiast, kiedy poczuł na ramieniu twardą jak żelazo dłoń olbrzyma. Zrozumiał: wszelkie słowa i wszelkie skargi nie miały najmniejszego sensu, a krzyk mógł nawet przypłacić życiem. „A może mimo wszystko uda mi się ujść z życiem?” – pomyślał z nadzieją. Patrzył przed siebie rozszerzonymi z obawy, niemal oślepłymi oczami. Strach nie wypuszczał go ze swych szponów. Każda sekunda ciągnęła się w nieskończoność, każdy moment puchnął niczym mydlana bańka, otaczająca ich i oddzielająca od reszty świata, gdzie zegarki robiły to, co do nich należało.

„Jesteś zgubiony, Herschelu – pomyślał. – Po tylu wysiłkach, po tak głębokiej, zmarnowanej wierze, cóż ci teraz pozostało? Tylko nienawiść, tylko smutek i dzika chęć przyśpieszenia własnej zguby. A zguba przyjdzie i tak dość prędko, tego możesz być pewien. Nie będziesz długo nienawidził, nie będziesz długo cierpiał. Śmiesz buntować się przeciwko tym potęgom i osobom, których dojścia do władzy tak gorąco pragnąłeś. Ale jesteś za słaby, Eriku, i nie masz obrońców”.

Miał wrażenie, że czuje również myśli tamtych: „Kto będzie po tobie płakał? – pytali niemo. – Kto zasłoni ci oblicze nad tak żałośnie zmarnowaną szansą? To my zamkniemy ci powieki, żeby twoje oczy nie były już dłużej otwarte i przestały patrzeć w niebo z milczącą skargą, z niewymownym wyrzutem. Czy będziesz bardziej pobłażliwy w chwili śmierci, niż bywałeś za życia? To twarde życie nie pozwalało ci na pobłażliwość. A jeśli tak, to może nam przebaczysz, że my, twoi wrogowie, że my jedynie pochylamy się nad twoim trupem. Twój los bowiem się wypełnił. Sam sprowokowałeś swój koniec”.

Przypomniał sobie, że krawiec, który szył mu garnitur, powiedział: „To ubranie wytrzyma aż do pańskiego zgonu”. Chyba okazał się dobrym prorokiem… Zgon. Piękne słowo. Pomyślał, że za chwilę znajdzie się u swoich przodków. Tylko u jakich? U żydowskich czy u pogańskich? U tych, co leżeli na niedźwiedzich skórach i raz po raz napełniali kielichy, czy u tych, którzy pisali psalmy i tekst Kazania na Górze?

Kiedy kilka lat temu pojawił się w Berlinie, postanowił wyrzec się swego żydostwa. Było to bardzo zuchwałe postanowienie, ponieważ posiadał wszystkie cechy człowieka, którego można według utartych zwyczajów określić niemieckim mianem Jude, angielskim Jew, francuskim Juif, albo polskim – Żyd. Był jednak mężczyzną o niesłychanie silnej woli, całkowicie pozbawionym skrupułów i bez wewnętrznej potrzeby przywiązania do swej religii. Przeciwnie, wyrobił sobie swoją własną teorię, która pozwalała mu przypisać Żydom winę za wszystkie cierpienia, jakich doznali oni w ciągu setek, a nawet tysięcy lat. „Żydzi sami zgotowali sobie getto przez swoją izolację – twierdził – sami więc są sobie winni. Nigdy w przeszłości nie próbowali dostosować się do swego otoczenia. Żyli inaczej niż ich współobywatele, ich święta nie były identyczne z chrześcijańskimi. Nie chrzcili swoich dzieci, odkrawali swoim dzieciom skórkę i jedli inne potrawy, te chrześcijańskie nazywając «nieczystymi». Kręcili nad uszami włosy w dziwne warkoczyki – ku uciesze dzieci innych wyznań, nosili długie, czarne kaftany i czarne sflaczałe kapelusze. Wyglądali jak czarne kruki wśród kolorowych, śpiewających ptaszków”.

Teraz jednak Hanussen wracał myślą do swych korzeni. Żydzi mają na godzinę umierania piękne słowa. Od dwóch i pół tysiąca lat wykrzykują na swoim łożu śmierci: Szema, Jisrael (Słuchaj, Izraelu4). To, co wieczne, jest jedyne. „Słuchaj, Izraelu! – wyszeptał w myślach. – Wiekuisty jest naszym Bogiem, Wiekuisty jest jedyny! A będziesz miłował Wiekuistego, Boga twojego całym sercem twoim, i całą duszą twoją, i całą mocą twoją. I niechaj będą słowa te, które przekazuję ci dzisiaj, na sercu twoim! I wpajaj je dzieciom twoim, i rozmawiaj o nich, przebywając w domu twoim, i idąc drogą, i kładąc się, i wstając. I przywiążesz je jako znak na rękę twoją, i niechaj będą jako przepaska między oczyma twoimi. I napiszesz je na odrzwiach domu twojego, i na bramach twoich! I stanie się, gdy słuchać będziecie przykazań moich, które przekazuję wam dzisiaj, abyście miłowali Wiekuistego, Boga waszego, i służyli Mu całym sercem waszym i całą duszą waszą. Dam wtedy deszcz ziemi waszej w czasie swoim, wczesny i późny; i będziesz zbierał zboże twoje, i wino twoje, i oliwę twoją. Dam też trawę na polu twoim dla bydła twego; i będziesz jadł, a nasycisz się. Strzeżcie się, aby nie dało uwieść się serce wasze, abyście nie odstąpili i nie służyli bogom innym i nie korzyli się im. Gdyż zapłonie gniew Wiekuistego na was i zamknie On niebo, i nie będzie deszczu, ziemia też nie wyda plonu swego; a zginiecie rychło z ziemi pięknej, którą Wiekuisty daje wam…”.

Jechali w stronę dzielnicy zachodniej. Wzniesione z czerwonej cegły jednopiętrowe domki przesuwały się za oknem niczym żołnierze w czasie defilady. Przejechali most na Sprewie, księżyc świecił nad budynkami i uśmiechał się do swojej podobizny, która błyszczała na wąskiej w tym miejscu, lecz dosyć głębokiej toni rzeki. Dookoła panowała głucha cisza.

„Nie wolno mi się tak rozklejać – myślał gorączkowo. – Nie wolno dopuścić, aby ten idiotyczny strach jeszcze mocniej mną zawładnął. Muszę za wszelką cenę myśleć o czymś innym”. Od ziemi pędziła mgła, w świetle reflektorów kipiała, rozsnuwała się, falowała jak kłęby dymu z papierosa. Pysk samochodu nurzał się w oparze, prześwietlonym przez reflektory.

Samochód z czterema milczącymi mężczyznami i ich więźniem opuścił granice Berlina. Teraz jechali przez Britz, ulicą Land, w kierunku Zossen. Gdzieś w okolicach Baruth skręcili w kierunku posiadłości Sophienburg, minęli ją i wjechali w wąską drogę prowadzącą przez jodłowy las. Hanussen znał tę drogę. Dalej stawała się jeszcze węższa i kończyła się w środku lasu, przy dużej polanie. Wóz z trudem przedzierał się przez wertepy. Hanussen zwrócił głowę w prawo, przyglądając się nieruchomemu jak głaz olbrzymowi. Jego wargi były lekko wydęte, co jednak nie świadczyło wcale o gniewie czy nawet o niezadowoleniu. Facet po prostu tak oddychał, jednocześnie przez nos i usta. Jak zwierzę.

Na końcu drogi samochód zatrzymał się, ale kierowca nie zgasił silnika ani reflektorów. Mężczyźni otworzyli drzwi i wysiedli. Powietrze, które wtargnęło do środka, było gęste i miękkie, jak we śnie.

– Wysiadaj! – rozkazał któryś z napastników.

Hanussen nawet się nie poruszył. Czuł się potwornie osłabiony, dygotał z zimna, ranek jeszcze nie wstał. Miał uczucie, jakby ktoś zasznurował mu gardło.

– Wysiadaj! – powtórzył głos szyderczym tonem, w którym zabrzmiała tym razem wyraźna groźba…

Część I. CHŁOPIEC

Przypadek

Drugi był najgorętszym dniem czerwca 1889 roku. Tego właśnie dnia urodziło się dziecko, któremu nadano imię Hermann, a zdrobniale nazywano – Herschel. Przebiegły noworodek już w łonie matki wyszukał sobie do przyjścia na świat miłe i chłodne miejsce: więzienną celę za grubym murem zakładu karnego w XVI dzielnicy Wiednia5. Pierwsza kobieca ręka, która go dotknęła, należała podobno do więziennej strażniczki, na którą wszyscy wołali Haluschke, spełniającej w tym wypadku rolę akuszerki. Po obmacaniu malutkiego ciałka, Haluschke orzekła pewnym głosem: „Chłopiec!”.

Jakimż to sposobem mały, ryczący wniebogłosy Herschel przyszedł na świat przy pomocy rąk grubej wolontariuszki więzienia?

* * *

Dziewiętnastowieczny Wiedeń był imperialnym sercem dynastii Habsburgów, słynącym ze swej różnorodności: od pełnych przepychu budynków z okresu baroku, aż po współczesną „złotą“ secesję. Był miastem Dunaju, wcale nie tak modrego, Straussowskich walców oraz czekoladowych tortów, na sam widok których już przybierało się na wadze; miastem wspaniałych gmachów, dających świadectwo minionych czasów świetności; miastem historii i chwały, a także niepewności, intryg oraz romansów.

No właśnie, romansów…

Ojciec Herschela, Siegfried Steinschneider, był aktorem, chociaż „niedobrzy ludzie” nazywali go czasami „wygłupiającym się komediantem” i odbierali mu prawo do występowania na scenie, nawet gdy znajdowała się ona na głębokiej prowincji. Do tych niedobrych, a przy okazji bardzo złośliwych ludzi należał bogaty handlarz futrami, Sami Kohn, na którego córkę Julię odważył się rzucić okiem Siegfried Steinschneider. Żeby jeszcze tylko rzucił okiem… Niestety, „nędzny aktorzyna” posunął się znacznie, znacznie dalej…

Piękną pannę Kohn spotkał po raz pierwszy w synagodze, na obchodach święta Rosz Haszana6, kiedy to rozpoczyna się żydowski Nowy Rok. W pewnym momencie, przy uroczystym dmuchnięciu w instrument, obsługujący go szames7 okrutnie zafałszował. Julia radośnie zachichotała, zwracając tym uwagę stojącego obok Siegfrieda. Ich spojrzenia na chwilę się spotkały… Stary Kohn niczego nie zauważył, pogrążony w żarliwej modlitwie. Sami był bowiem bardzo, ale to naprawdę bardzo pobożny. Kiedy pytano go czasami, na czym dorobił się aż tak znacznego majątku, odpowiadał z pełnym przekonaniem: „To mam do zawdzięczenia Bogu. Zawsze przestrzegałem wszystkich praw Talmudu8 i dużo się modliłem”. A kiedy ktoś odważył się zapytać, dlaczego w takim razie tak często policzkował ludzi, odrzekł: „Bóg był po mojej stronie”.

Nabożeństwo skończyło się i zgromadzeni w synagodze wyszli na zewnątrz, ubrana w czarną, długą suknię Julia i Sami Kohn w obszernym ciemnym płaszczu, w meloniku, z laską ze srebrną gałką w dłoni. Siegfried obrzucił go uważnym spojrzeniem: typowy, zamożny wiedeńczyk, ein vermögender Mann, bogacz.

Wieczorne słońce opadało za horyzontem, jakby pociągane za sznurek. Niebo rozjaśniał gigantyczny, szybko gasnący ogień. Na to wszystko kładły się niebieskie cienie, niczym grube kołdry. Ale ciepło wrześniowego dnia pozostało – unosiło się z kamieni, z nagrzanej w ciągu dnia ziemi, pełzało w górę po sękatych, wyschniętych drzewach. Wokół rozlegały się przyciszone dźwięki rozmów. Pachniało wszystkimi kwiatami świata naraz, jak gdyby ziemia, która w ciągu dnia leżała w omdleniu, teraz poprzez te zapachy wracała do przytomności. Po Dunaju, jak stada w galopie, gnały blaski ogni i światła.

– Ojcze, taki piękny wieczór, przejdźmy się do domu piechotą – zaproponowała Julia, widząc stojącego obok i gapiącego się na nią bez zażenowania Siegfrieda.

– Nie – zaoponował Sami Kohn. – To za daleko. Weźmiemy fiakra9.

W latach 1860–1900 w Wiedniu jeździło ponad tysiąc fiakrów. Dorożkarze często byli znanymi na całe miasto oryginałami, czasami występowali także jako śpiewacy. Szczególnie ceniono ich dyskrecję, kiedy wysoko postawieni panowie migdalili się w dorożkach ze swymi kochankami. Tak à propos romansów, to najsłynniejszym chyba wiedeńskim fiakrem był Josef Bratfisch, nadworny dorożkarz arcyksięcia Rudolfa Habsburga (w styczniu 1889 roku zabrał on swoją kochankę Marię Vetserę do Mayerling, gdzie oboje popełnili samobójstwo).

Kiedy przy chodniku pojawił się wezwany przez ojca dwukonny pojazd, obydwoje zapakowali się do środka. Mijając nieznanego mężczyznę, który wciąż przypatrywał się jej pożądliwym wzrokiem, Julia posłała mu swój najczarowniejszy uśmiech. U Siegfrieda – jak zwykle zresztą – z forsą było raczej kiepsko. „Obiad czy fiakier?” – zaczął bić się z myślami. Po krótkim wahaniu zdecydował się na to drugie. Skinął ręką na przejeżdżającą obok dwukonną dorożkę. Zaprzęg jednokonny byłby wprawdzie tańszy, ale zbyt wolny i mało imponujący. Jego poświęcenie zostało wynagrodzone: jadąca przed nim nieznajoma co chwilę odwracała się do tyłu.

– Przestań wreszcie wiercić się jak wesz na nitce – zgromił ją w końcu ojciec. – Dlaczego jesteś taka niespokojna?

Rzeczywiście, odkąd zorientowała się, że nieznajomy mężczyzna jedzie za nią, dopadł ją jakiś dziwny wewnętrzny niepokój. Nie była dotąd przyzwyczajona do okazywania jej zainteresowania przez płeć przeciwną. Mimo że ukończyła już dwadzieścia lat, z mężczyznami nie miała jeszcze żadnych doświadczeń. W domu trzymano ją bardzo krótko, tak jak to dawniej bywało w żydowskich rodzinach. Pod koniec lat osiemdziesiątych XIX wieku Żydzi w Wiedniu byli bardzo konserwatywni: zięcia wyszukiwali rodzice, a Sami Kohn nie znalazł dotąd jeszcze żadnego młodego mężczyzny, który byłby godny poślubić jego córkę. Odwiedzający nagminnie jego dom swaci byli bez pardonu wypraszani na ulicę.

W tej chwili jednak ulica tętniła turkotem powozów i okrzykami woźniców, dumnych z prędkości rozwijanych przez ich ekwipaże. Słysząc głośne ostrzegawcze „ho, ho!”, piesi w popłochu pierzchali z jezdni na wąskie chodniki. Na najruchliwszych ulicach stały wzdłuż trotuarów grube kamienne słupki, zwieńczone żelaznymi okuciami, strzegąc gmachów przed kołami fiakrów.

Większość ulic w mieście wybrukowana była kostką z szarego granitu o wymiarach dwadzieścia na dwadzieścia centymetrów. Przyjeżdżający do stolicy obcokrajowcy zobowiązani byli do uiszczenia opłaty w wysokości czterech halerzy na utrzymanie miejskich bruków. Między północą a czwartą rano ulicami przeciągała milcząca procesja mężczyzn, którzy z wielkich bębnów podłączonych do cystern z wodą rozwijali szlauchy. Podczas pełni poświata księżyca powlekała kocie łby bladością i rzeźbiła między nimi ciemne, głębokie szczeliny, w związku z czym wyglądały one, jakby pływały nad czarną bezdenną głębią.

Poza tym Wiedeń był jednak miastem pieszych. Od dziesiątej rano do południa, a potem od szóstej do ósmej wieczorem wiedeńczycy spacerowali przed majestatycznymi hotelami koło opery, wzdłuż Ringu i pod podwójnymi rzędami kasztanowców na Praterze. Śmietanka towarzyska nie zażywała przechadzek w niedziele, kiedy ulice zapełniały się masami robotników korzystających z wolnego dnia.

Wiozący Julię i Samiego fiakier zatrzymał się przed okazałą willą przy Spiegelgasse. Wyżwirowane ścieżki ogrodu skąpane były w złotych promieniach zachodzącego słońca. Między rabatkami fuksji i georginii przykucnął na trawniku stary głuchy ogrodnik Kohnów, który przycinał trawę wiecznie takim samym, męczącym oczy ruchem prawej ręki. W sąsiednim ogrodzie hałasowały dzieci, bawiące się puszczaniem żaglówek i latawców, a jakaś starsza pani siedziała przed domem na ławce i z papierowej torebki rzucała wróblom okruchy chleba.

Siegfried kazał woźnicy stanąć kawałek dalej. Podczas gdy z bijącym sercem regulował rachunek, śledzona przez niego para znikała właśnie w drzwiach pięknego domu. Jak nakazywało dobre wychowanie, Julia zatrzymała się na chwilę, by przepuścić ojca. Siegfried postanowił wykorzystać nadarzającą się okazję. Niczym błyskawica pojawił się obok niej, szepcząc:

– Muszę panią koniecznie znowu zobaczyć.

– Jutro – odszepnęła. – O jedenastej przed Stephansdom.

Podała mu na pożegnanie rękę. Ucałował ją serdecznie, jak gdyby należała do Marii Stuart10, której wielbiciela, Lorda Bothwella, często grał na scenie, raz nawet w Katowicach.

* * *

Następnego dnia Siegfried przybył na miejsce umówionego spotkania prawie godzinę wcześniej. Chłodne powietrze i muzyka organowa płynęły przez otwarte drzwi kościoła. Niezbyt pobożny aktor, odwiedzający synagogę tylko w największe święta, jak Rosz Haszana czy Jom Kipur11, poczuł nagle chęć zajrzenia do znanego kościoła gojów. Ze słyszenia wiedział, że ci robią wszystko inaczej niż Żydzi, na przykład służbę bożą pełnią z odkrytą głową… Zdjął więc kapelusz i z lekkim wahaniem wszedł do środka.

Cudowny widok wnętrza katedry świętego Stefana poraził go jak uderzenie pięścią. Kościół stanowił skamieniałą Arkę Noego, w której dzieje Wiednia, w formie znaków i śladów, przetrwały powódź czasu. Wspaniały ołtarz główny, którego nastawę wykonano z trzech rodzajów marmuru (sprowadzonego z Polski, Styrii i Tyrolu), zdobiło ogromne malowidło pędzla Tobiasa Potzla, przedstawiające ukamienowanie św. Stefana i sferę niebiańską, gdzie ukazany był Chrystus trzymający krzyż, symbolizujący jego cierpienie i męczeńską śmierć.

Obok wisiał skromnie niewielki, lecz uważany za cudowny obraz Matki Bożej z Pócs, dzięki któremu arcyksiążę Eugeniusz Sabaudzki odniósł zwycięstwo nad Turkami pod Zentą (11 września 1697 roku). Wokół obrazu, przed którym na długiej żelaznej ławie płonęło dwieście świec, klęczała, modląc się, grupa starych kobiet. Zobaczył, jak z oczu jednej z nich płyną łzy. „W rozbłysku gwiazdy będą wyglądały jak ty” – pomyślał.

Z góry patrzył na niego Zbawiciel gojów. Odnosiło się wrażenie, że pod wpływem migotliwych płomyków świec twarz jego ożywia się i przybiera to wyraz groźby, to znów litości i łaski. Kiedy do ikony zbliżał się biedak i opowiadał Ukrzyżowanemu swoje cierpienia, Chrystus otwierał martwe usta i powtarzał swoje obietnice: „Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem ich jest królestwo niebieskie. Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem pocieszeni będą. Błogosławieni cisi, albowiem oni odziedziczą ziemię. Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni nasyceni będą…”. Żydzi nie uznali go za Mesjasza, bo czekali na kogoś z ogniem piekielnym i legionami aniołów niszczących okupanta.

Ponieważ w nawie nie było górnego oświetlenia, w katedrze panował wieczny półmrok. Załamane promienie strzelających z witraży kolorów nawet w najsłoneczniejsze dni nie rozpraszały cieni. Zanim w latach trzydziestych XX wieku zainstalowano tam światło elektryczne, które całkiem zmieniło wygląd wnętrza, był to najciemniejszy kościół na całym obszarze języka niemieckiego. Pnąca się ku niebu nawa kościoła stała cicha jak wnętrze grobowca, a jedynym świadectwem życia był delikatny zapach kadzidła wiszący w powietrzu po niedawnej mszy.

W tym półmroku Siegfried podziwiał gotycki grobowiec Fryderyka III z czerwonego marmuru, zaprojektowany i wykonany przez Mikołaja Gerhardta z Lejdy (przypuszczalnie nauczyciela Wita Stwosza). Fryderyk III jako pierwszy z Habsburgów stał się cesarzem rzymskim i uzyskał dla kościoła status katedry, nie przypadkiem więc tu właśnie spoczęły jego prochy.

Zachwycił się wykonanym na zlecenie tego władcy ołtarzem z Wiener Neustadt, rzeźbionym w drewnie i polichromowanym. Przy trzecim z południowych filarów nawy głównej katedry uważnym okiem obrzucił przepiękną kazalnicę z jasnego piaskowca, wykonaną w 1513 roku przez Antona Pilgrama. Rzeźby przedstawiały zaklęty w kamieniu sen artysty, jaszczurki i ropuchy, wbiegające na górę po poręczy, symbolizowały wyścig dobra i zła. Kazalnicę zdobiły ostre stalaktyty, języki płomieni i plecionki z liści. Siegfried zauważył, że artysta usunął dłutem niemal wszystko, co mogło konstrukcyjnie kazalnicę podtrzymywać. Ambona przypominała mu filigran z kości.

Zadarłszy w górę głowę, spojrzał na chór, gdzie śpiewał kiedyś młodziutki Joseph Haydn, najstarszy z trzech tak zwanych klasyków wiedeńskich (obok Wolfganga Amadeusza Mozarta i Ludwiga van Beethovena). W 1760 roku, dużo starszy już Haydn zawarł tu związek małżeński z Marią Anną Keller, siostrą jego prawdziwej ukochanej. W katedrze wiedeńskiej ślub brali również Johann Strauss syn i Mozart, którego pogrzeb odbył się zresztą również tutaj12.

Na koniec Siegfried wdrapał się na wieżę południową13, skąd chłonął zapierające dech w piersiach widoki. Z okna wychodzącego na północny wschód w dali, za równinami Węgier i Galicji, siniały pasma Karpat. Z sąsiedniego okna widać było Dunaj, naznaczony teraz białą, kędzierzawą szramą kilwateru za przepływającym parowcem. Miasto w dole rozpościerało się jak wachlarz, za każdym obrotem odsłaniając nowy widok. Zdawało się zapadać, jak gdyby domy, place i ludzi wciągał niewidzialny wir. Kiedy spojrzał prosto w dół, przycisnąwszy czoło do szyby, zobaczył dach katedry, pokryty tysiącami wielobarwnych dachówek, ułożonych w cudowny geometryczny wzór. Rozciągał się niczym wspaniała ściana górska z alpejskiej baśni, błyszczał w świetle, a refleksy słońca kładły się na kolorowych płytkach niczym sznury pereł. Od ulic w dole dolatywał słaby gwar głosów i turkot powozów.

Monumentalne grobowce, przepiękne malowidła, niezwykle bogate ozdoby rzeźbiarskie na wewnętrznych i zewnętrznych filarach – wszystko to zachwyciło artystyczną duszę aktora. Oszołomiony Siegfried, który bywał dotychczas jedynie w małych i niezbyt efektownych synagogach, zszedł z powrotem na dół i mruknął do siebie w pewnym momencie pod nosem:

– Jeżeli rzeczywiście mieszka tu gdzieś Bóg, to jest to najodpowiedniejsze dla Niego miejsce. – A potem osunął się w ciemnym kącie na kolana, błagając tego obcego Boga: – Kochany Boże, spraw, żeby dziewczyna przyszła.

* * *

…i dziewczyna przyszła.

Od tej pory spotykali się już prawie codziennie, kiedy robiła zakupy w wąskich uliczkach na tyłach synagogi przy Rotgasse i na Hoher Markt. Pod prowizorycznymi drewnianymi budami, nad którymi rozpięto płócienne markizy, leżały nieregularne piramidy warzyw i owoców. Po drugiej stronie stały budy z mięsem. Z obydwu przekrzykiwały się przekupki.

– …świeży zając, świeżusieńki, zabity dziś rano. Pani nie zje, to pies zje…

– …najlepsza węgierska mąka. Słynne dwa zera. Wyrabiana dla monarszego dworu. Proszę, pani weźmie…

Czasem szli, trzymając się za ręce, a czasem całowali się – najpierw nieśmiało, potem coraz śmielej i namiętniej – siedząc na stojącej w pobliskim parku ławce. Któregoś dnia panna Kohn wyciągnęła ojca na przedstawienie do teatru, w którym Siegfried Steinschneider grał na scenie uwodzicielskiego Romea. Zgodnie z nadanym jej imieniem zapragnęła być jego Julią. Okazja ku temu pojawiła się niebawem.

Pewnego dnia Sami Kohn otrzymał list z Łodzi, w której mieszkał jego ojciec. Krewni donosili, że starszy pan jest bardzo, bardzo chory i z pewnością długo już nie pociągnie. Sami był dobrym synem, spakował więc manatki i natychmiast wyruszył do Łodzi. Wyjeżdżając, powierzył opiekę nad Julią Annie Huber, od wielu już lat zaufanej służącej Kohnów. Ta z kolei zapragnęła wykorzystać okazję i odwiedzić w Klosterneuburgu zamieszkałego tam, lecz dawno niewidzianego brata.

To był pamiętny dzień, kiedy Julia została sama w mieszkaniu, dzięki czemu poczęty został Herschel Steinschneider.

Jak wiele spraw w życiu zależy od przypadku… „A bogowie grają w kości i nie pytają wcale, czy chcesz przyłączyć się do gry (…). Bogowie kpią sobie z twojego poukładanego życia (…), nie przejmują się zbytnio ani naszymi planami na przyszłość, ani oczekiwaniami. Gdzieś we wszechświecie rzucają kości i przypadkiem wypada twoja kolej. I odtąd zwyciężyć lub przegrać – to tylko kwestia szczęścia” – napisał (co prawda wiele lat później) Borys Pasternak. „Doświadczenie stworzyło sztukę, brak zaś doświadczenia – przypadek” – powiedział z kolei Arystoteles (wiele lat wcześniej).

W każdym razie, gdyby stary Kohn nie zachorował, jego syn nie pojechałby do Łodzi. A wtedy Anna nie mogłaby odwiedzić swojego brata w Klosterneubergu i dla Siegfrieda Steinschneidera droga do panieńskiego łóżka Julii nigdy nie zostałaby otwarta. Ponieważ następnego dnia Siegfried rozpoczynał długo oczekiwaną pracę w teatrze w Eger, Herschel Steinschneider, przyszły Jan Erik Hanussen, nigdy by się nie urodził. Nigdy również nie spotkałby hrabiego Helldorfa, a Niemcom – być może – oszczędzono by spłonięcia Reichstagu…

Aktor i córka bogacza

Już od dwóch miesięcy Siegfried grał w Eger i okolicy. Do Julii pisał często płomienne listy miłosne zamykane w podwójnych kopertach, adresowane do Anny Huber. Kiedy wrócił z kieszenią pełną zaoszczędzonych pieniędzy, Julia była w drugim miesiącu ciąży.

– No to się pobierzemy – oświadczył, usłyszawszy niespodziewaną wiadomość.

– Ojciec się nigdy na to nie zgodzi. – Julia zalała się łzami. – Właśnie mi powiedział, że chłopaka, który mnie od niego zabierze, sam wyszuka. Chłopak będzie musiał mieć taki sam duży posag jak ja. Masz taki duży posag?

– Ja się nie żenię z tobą dla pieniędzy – oburzył się Siegfried. – Porozmawiam z twoim ojcem. – Zabrzmiało to jak groźba.

– Proszę cię, nie rób tego – załkała Julia. – Zepsujesz tym wszystko.

– Niczego nie zepsuję – powiedział z wielką pewnością siebie.

Następnego dnia, w niedzielne przedpołudnie, kiedy Sami Kohn oddawał się jedynej swojej namiętności – grze w szachy – pojawił się przed drzwiami okazałego domu przy Spiegelgasse.

– Proszę mnie zaanonsować panu – oznajmił służącej nieznoszącym sprzeciwu tonem. Anna Huber z wrażenia mało nie padła trupem na miejscu.

– Czy pan zwariował? – wydusiła w końcu z siebie, z trudem odzyskawszy oddech.

– Dobra kobieto… – Siegfried dumnie uniósł do góry głowę. – …proszę oznajmić panu Kohnowi, że chodzi o śmierć i życie.

– Jak pan chce – odpowiedziała z rezygnacją Anna. – Ale z tego nic dobrego nie wyniknie.

– To z pewnością jakiś włóczęga – zaburczał Sami Kohn, zbijając koniem pionka swojego przeciwnika. Dokończył swoją kawę i skosztował kawałek leżącego na talerzyku obok Pischinger Torte.

Dobroduszny pan Hugo Manasse, sąsiad i stały szachowy partner Samiego, uśmiechnął się ze zrozumieniem.

– Wpuść go, Sami – poprosił. – Włóczędzy są czasami bardzo zabawni.

– Kiedy gram w szachy, nie mam ochoty wysłuchiwać żadnych wiców. – Skrzywił się z niechęcią pan Kohn. – Wystarczą mi te, które ty opowiadasz.

W końcu pozwolił Siegfriedowi wejść, nie wstał jednak, żeby go przywitać. Zapytał natomiast z wyraźnym szyderstwem w głosie:

– O czyje życie i śmierć chodzi?

– Pańskiej córki – odparł prosto z mostu niespodziewany gość.

– Mojej córki? – zdziwił się Sami Kohn. – A cóż może grozić mojej córce?

– Pozwoli pan, że najpierw się przedstawię – rzekł z godnością aktor. – Nazywam się Siegfried Steinschneider i…

– I co z tego? – przerwał mu grubiańsko gospodarz.

– …i chcę prosić formalnie o rękę pańskiej córki. Kochamy się.

– Ach, jak pięknie! – wyrwało się panu Manasse.

Sami Kohn obrzucił go spojrzeniem pełnym wściekłości.

– To świetnie – zwrócił się do Siegfrieda, siląc się na spokój. – A z jakimi bankami pan współpracuje, młody człowieku, jeśli można wiedzieć?

Na to pytanie Steinschneider nie był przygotowany.

– Tak… a więc… – zaczął się jąkać.

– Kim pan jest z zawodu? – indagował dalej Kohn.

– Aktorem – odparł Siegfried, równie dumnie, co naiwnie.

Pan Kohn osłupiał. Pan Manasse natomiast, który był z lekka przygłuchawy, zapytał zdziwiony:

– Gracz w szachy? Można z tego wyżyć? [W języku niemieckim, którym oczywiście posługiwali się rozmówcy, gra słów: Schachspieler – gracz w szachy, Schauspieler – aktor].

Tego było już dla Samiego Kohna wyraźnie za wiele.

– On jest aktorem, ty głupcze! – ryknął do przyjaciela. – Aktorem!

Potem wziął trzy głębokie oddechy i uspokoiwszy się nieco, syknął w kierunku Siegfrieda, pokazując mu jednoznacznym gestem drzwi:

– Won.

Ale Siegfried nie zwykł był poddawać się tak łatwo.

– Panie Kohn – powiedział spokojnie – proszę sobie dać wytłumaczyć…

Sami Kohn nie miał najmniejszego zamiaru dać sobie cokolwiek wytłumaczyć. Porwał leżącą na stole laskę Manasse’a i podskoczył do Siegfrieda.

– Won! – wrzasnął, ile miał sił w płucach. – Won! – powtórzył. – Albo stanie się nieszczęście.

Wobec tak olbrzymiej desperacji Kohna Siegfried postanowił się wycofać. Wracając do domu z niczym, mamrotał pod nosem słowa, które wypowiadał onegdaj na scenie, grając kalekiego Ryszarda, księcia Gloucester, w Szekspirowskiej tragedii Ryszard III: „Gdy więc nie mogę jak tkliwy kochanek w tych dniach uciechy godzin moich spędzać, postanowiłem na łotra się zmienić, dni tych rozkosze nienawiścią zatruć”.

Zaznaczmy przy okazji w tym miejscu, że ten wzgardzony później nawet przez własnego syna „kiepski komediant objazdowy” był potomkiem szanowanej żydowskiej rodziny i członkiem sławnego zespołu Theater an der Wien. Linia przodków późniejszego jasnowidza Hanussena sięgała do starych i nadzwyczajnych rabinów z Prossnitz (Prostějov)14. Pod koniec XVIII wieku działał tam faktycznie prawdopodobny antenat Hanussena, rabin Aaron Daniel Prossnitz, o przybranym nazwisku Steinschneider. W tym rodzie do tradycji należało przekazywanie wiedzy rabinów oraz cudownych opowieści. Hanussen czerpał później z tej tradycji pełnymi garściami. Z pism, w których wykładał swój światopogląd, można wywnioskować, że był bliski chasydyzmowi15.

Kiedy Julia wróciła do domu z odwiedzin u chorej ciotki, nie wiedząc nic o jego husarskich wyczynach, odniosła wrażenie, że przekracza bramę grobowca, tak lodowato została bowiem przyjęta. „Gdyby istniał żydowski klasztor, posadziłbym cię teraz za jego murami” – zagroził córce wściekły Sami.

* * *

Dla zakochanych nastały teraz dni bardzo ciężkie. Annie zabroniono, pod groźbą natychmiastowej utraty pracy, wpuszczać do domu pana Steinschneidera, Julii nie wolno było wyjść samej na ulicę. Dziewczyna wypłakiwała codziennie oczy, w końcu postanowiła wyznać ojcu prawdę o swym stanie, jednak w decydującym momencie przestraszyła się jego wściekłości. Siegfried już następnego dnia próbował przeszmuglować list do swej ukochanej, ale dopiero po ośmiu pełnych cierpienia dniach szczęście się do niego uśmiechnęło.

Kiedy w domu rozległ się podwójny dźwięk dzwonka, Anna miała akurat na ogniu pieczeń, poprosiła więc Julię o otwarcie drzwi. „To na pewno listonosz – stwierdziła. – Zawsze przychodzi o tej porze i zawsze dzwoni dwa razy”. I miała rację. To był listonosz, nie przewidziała jednak, jakie tajemnicze zadanie miał do wykonania. Stary Wawerka, który od pół wieku roznosił listy ludziom zamieszkałym przy Spiegelgasse, nie posiadał się ze zdumienia, kiedy panna Kohn pocałowała go w policzek, odbierając list od Siegfrieda. A list ów zawierał, ni mniej, ni więcej, tylko szczegółowy plan ucieczki.

Zgodnie z zawartą w nim instrukcją pewnej mroźnej grudniowej nocy Julia cichcem wymknęła się z domu, taszcząc ze sobą dwie ogromne, wypchane rzeczami walizki. Pora ucieczki została przez narzeczonego wybrana nieprzypadkowo. Była to noc z piątku na sobotę, w święto Szabat16, czas, w którym mocno wierzący Żydzi – a takim był właśnie Sami Kohn – aż do zachodu słońca następnego dnia nie mogą podejmować jakichkolwiek czynności. Dopiero w poniedziałek rano przyjął go w swoim biurze bardzo życzliwie – na co dzień niezbyt przyjazny Żydom – sam komisarz Horvitz, szef wiedeńskiej policji. Wysłuchawszy najpierw uważnie swego gościa, przystąpił w końcu do rzeczy.

– A więc damy ogłoszenie o uprowadzeniu nieletniej – zaproponował.

Sami zląkł się trochę, za przekazywanie policji fałszywych danych groziła bowiem surowa kara.

– No… nastolatką, szczerze mówiąc, to Julia już nie jest – wyznał z wahaniem. – Ale jest jeszcze bardzo młoda.

Zafrasowany komisarz podrapał się w zamyśleniu za uchem.

– Hm, a więc poszła z nim dobrowolnie?

– No… tak właśnie zrobiła – przyznał z niechęcią Kohn. – Zostawiła nawet list pożegnalny.

Horvitz stęknął.

– To nie ma podstaw do wszczęcia poszukiwań.

– Jak to? On przecież ukradł moją córkę! – wykrzyknął z oburzeniem Sami.

Komisarz pokręcił przecząco głową.

– Nie, to nie przejdzie. A może jakieś klejnoty… – zastanowił się głośno.

Kohn natychmiast pojął, w czym rzecz.

– Naturalnie! – zawołał radośnie. – Klejnoty! Julia wzięła ze sobą wszystkie wartościowe przedmioty, w tym również kosztowności jej zmarłej matki.

W tym twierdzeniu tylko pierwsza część odpowiadała prawdzie. Julia miała rzeczywiście ze sobą nie bardzo wartościowy pierścionek i mały złoty wisiorek – przedmioty, które nosiła na co dzień. Kosztowności mamy natomiast były przechowywane w sejfie ojca i tym sposobem całkowicie dla niej niedostępne. Komisarz nie był jednak specjalnie dociekliwy. To, co usłyszał, całkowicie mu wystarczało.

– Wobec tego możemy oskarżyć tego gościa o paserstwo – powiedział zadowolony.

– Znakomicie – ucieszył się Sami Kohn.

Wszczęto więc oficjalne poszukiwania, lecz uciekinierzy jakby zapadli się pod ziemię. Nic dziwnego, oboje wyjechali bowiem na prowincję, gdzie występowali pod fałszywymi nazwiskami, które Siegfried określił nieznanym dotąd Julii słowem „pseudonimy”.

* * *

Jazda skończyła się po sześciu miesiącach, kiedy para wróciła do Wiednia. Julia była w dziewiątym miesiącu ciąży. Zamieszkali w XVI dzielnicy, przy Yppenplatz 8, w ubogiej norze Siegfrieda, gdzie wszyscy go znali i gdzie znowu zmuszony był używać nazwiska Steinschneider. Dom był smutną, szarą czteropiętrową czynszówką o melancholijnym wyglądzie. Od frontu mieścił się w nim sklep rzeźniczy, sklep z używaną garderobą, salon fryzjerski i winiarnia. Klatka schodowa była źle oświetlona, a na drugim piętrze panowały już zupełne ciemności. Wokół unosiły się nieprzyjemne zapachy, stęchła woń starych sprzętów domowych, wilgoci i odpadków jarzyn. Na ciasnym podwórku zbierały się kałuże wody.

Pierwszy Żyd, który według dokumentów osiedlił się w Wiedniu, nazywał się Schlom i był mincerzem księcia Leopolda V. W 1196 roku został zamordowany przez krzyżowców. W XIII wieku Wiedeń oferował mniejszościom najbardziej wspaniałomyślne prawa na całym obszarze języka niemieckiego. Ale już w roku 1420 książę Albrecht V, z powodu rzekomego sprofanowania hostii, kazał wygnać Żydów ze wszystkich miast Austrii. Niezamożnych wsadzić na łodzie bez wioseł i puścić z prądem Dunaju, majętnych – w sumie dwustu dziesięciu – uwięzić i zmusić, by powiedzieli, gdzie mają schowane pieniądze. 12 marca 1412 roku ujętych Żydów spalono na łące w Erdbergu (dziś III dzielnica Wiednia). Wiedeńska synagoga została zburzona, a materiału użyto przy rozbudowie starego uniwersytetu.

Z punktu widzenia gojów Żydzi nie mieli jakiejkolwiek wiedzy czy intelektualnego dorobku, nie mieli nawet kultury. Co więcej, nie mówili nawet własnym językiem, ponieważ jidysz17 uważano po prostu za kaleki żargon, a do odnowienia hebrajskiego jeszcze nie doszło. Z tej perspektywy obyczaj żydowski wydawał się przesądny, nawet śmieszny, modlitwy zaś głośne i hałaśliwe; zabawne gesty, ustawiczne kiwanie się, dziwne stroje – jakieś płachty, sznurki, torby i rzemyki, rzekomo Bogu niezbędne. Wielu młodych stawało przed dylematem, czy być Żydem, czy człowiekiem cywilizowanym, bo obie rzeczy były – wydawało się – nie do pogodzenia. Kiedy próbowali się asymilować, tworzono dla nich getta. Kiedy zachowywali odrębność, prześladowano pod zarzutem braku asymilacji, bito i wypędzano.

W 1625 roku na mocy dekretu Ferdynanda III Żydom pozwolono znowu „osiedlić się swobodnie i bezpiecznie pod ochroną domu cesarskiego” w Untere Werd. Nie na długo, bo już czterdzieści pięć lat później, w roku 1670, cesarz Leopold I pod wpływem swej żony zarządził, że „Żydzi ogółem, bez żadnych wyjątków, mają być wygnani z całej Austrii”. Ponad tysiąc sześćset Żydów musiało opuścić Untere Werd, ich budynki i grunty przeszły na własność miasta. Na miejscu synagogi wzniesiono kościół św. Leopolda. Odtąd Untere Werd przemianowano na Leopoldstadt, na cześć cesarza i na cześć świętego Leopolda III z dynastii Babenbergów, którego w 1663 roku ogłoszono patronem Austrii.

Dwieście lat później w Wiedniu żyło znowu osiemdziesiąt tysięcy przedstawicieli narodu wybranego. Antysemityzm jednak pozostał. Cesarzowa Maria Teresa zwykła przyjmować Żydów na audiencji tylko zza parawanu. Jeszcze na trzy lata przed śmiercią mówiła, że nie zna „gorszej zarazy niż ta nacja, która oszukuje, uprawia lichwę i chce uczciwych, dobrych chrześcijan wtrącić w ubóstwo”.

Pod koniec XIX stulecia (kiedy rozgrywa się historia Siegfrieda i Julii) dzięki napływowi Żydów ze wschodnich obszarów monarchii ich społeczność w Wiedniu liczyła już sto siedemdziesiąt pięć tysięcy i stanowiła jedenaście procent populacji ówczesnego miasta. Przybywali na legendarny dworzec północny, w większości biedacy. „Nie ma cięższego losu niż los obcego Żyda ze wschodu w Wiedniu” – napisał Joseph Roth, austriacki pisarz i dziennikarz żydowskiego pochodzenia.

Na przełomie XIX i XX wieku panowało przekonanie, że prawie wszyscy wiedeńscy Żydzi mieszkają w Leopoldstadt. A jak było naprawdę? Naprawdę było tak, że prawie wszyscy wiedeńscy Żydzi mieszkali w Leopoldstadt. Stworzyli tu własną kolonię, zachowując swój język, zwyczaje, religię oraz narodową kuchnię. W związku z powyższym dzielnicę zwano powszechnie „wyspą macy”, od przaśnego chleba wypiekanego przepisowo na dni Pesach, święta upamiętniającego wyjście Izraelitów z Egiptu, kiedy w pośpiechu nie było czasu na zakwaszenie ciasta.

Po 1938 roku naziści znowu zamienili Leopoldstadt w getto. Co tydzień tysiąc Żydów wywożono stąd do obozów koncentracyjnych. W 1945 roku z żydowskich mieszkańców dzielnicy pozostało tylko pięciuset. Ponad sto tysięcy wyemigrowało, a sześćdziesiąt tysięcy zamordowano w obozach. Naziści opracowali też radykalny plan przebudowy Leopoldstadt. Między kanałem a rzeką miało powstać kolosalne forum partyjne; pamięć o żydowskiej przeszłości miała zostać doszczętnie wymazana. Ale rabunki i mordy to ponury rozdział i dzisiaj nikt nie chce już o tym rozmawiać. Mieszkańcy Wiednia, podobnie jak większość Austriaków, zdają się cierpieć na zbiorową amnezję i nie pamiętają okresu sprzed 1945 roku. Po co rozmawiać o ponurych czasach, które dawno już odeszły w przeszłość?

* * *

Siegfried i Julia pobrali się, a wkrótce potem zostali zatrzymani przez policję i osadzeni za kratkami. Na wieść o ich aresztowaniu Sami Kohn natychmiast pospieszył do więzienia, aby dowiedzieć się tam ze zgrozą, że po pierwsze Julia jest mężatką, a po drugie spodziewa się dziecka. „Może to będzie syn – pocieszał go jak mógł, towarzyszący mu w tej eskapadzie dobroduszny Hugo Manasse. – Bądź dobrej myśli”. Z bliżej niewyjaśnionych przyczyn posiadanie syna uważane jest w tradycji żydowskiej za dużo większe błogosławieństwo niż dziewczynki. Często powtarzany fragment Talmudu mówi o tym w sposób następujący: „Jest niemożliwe, by świat mógł istnieć bez mężczyzn i kobiet. Szczęśliwy jednak, kto ma męskie potomstwo, a nieszczęśliwy człowiek, którego dzieci są córkami”.

Sami jednak nie był dobrej myśli. Mimo tego wycofał oskarżenie o kradzież kosztowności. „Znalazły się” – wyjaśnił komisarzowi Horvitzowi, który wcale nie wydawał się tym faktem zdziwiony. Potem wszystko odbywało się już drogą urzędową. 2 czerwca pan Kohn otrzymał wiadomość, że może odebrać Julię. Wynajął zamkniętą karocę i podczas jazdy wyobrażał sobie, jak będzie przebiegało jego spotkanie z marnotrawną córką. „W ogóle nie wysiądę z karocy – kombinował. – Podam jej rękę i przyciągnę ją do siebie. Temu zaś, jak mu tam… Steinschneiderowi, gdyby w ogóle odważył mi się pokazać na oczy, wypalę prosto z mostu: «Precz, ty lumpie!»”. Stało się jednak zupełnie inaczej…

Dokładnie w tym momencie, kiedy pojazd stanął przed budynkiem więzienia, niegrzeczny Herschel zaczął kopać jak szalony. Julia skręcała się z bólu, dopóki niesforny chłopiec dzięki zwinnym rękom Haluschki nie zobaczył mrocznej celi. Haluschka była również tą osobą, która pierwsza obwieściła nowinę świeżo upieczonemu dziadkowi.

– Niestety, pan nie może teraz zabrać córki, panie Kohn – powiedziała.

– A czemuż to? – nastroszył się handlarz futrami.

– Bo ona właśnie podarowała życie wspaniałemu chłopcu. Gratuluję!

Sami nie wydawał się tym faktem specjalnie uszczęśliwiony. Udając, że nie widzi wyciągniętej do niego ręki strażniczki, warknął tylko krótko do woźnicy:

– Z powrotem do domu!

Dopiero znalazłszy się u siebie, odgrodzony od reszty świata grubymi murami, dał wreszcie wyraz swej frustracji:

– Nigdy mu tego nie wybaczę! Nigdy! Nigdy! Nigdy!

– Czego pan nigdy nie wybaczy, panie Kohn? – zapytała lękliwie Anna Huber.

– Tego – wysyczał czerwony ze złości kupiec – że przyszedł na świat w więzieniu.

I Sami Kohn dotrzymał słowa. Nigdy nie zobaczył swojego wnuka. Nigdy więcej nie widział również swego zięcia ani swojej córki.

Cmentarz

Dzieciństwo Hermanna Steinschneidera było całkowicie różne od dzieciństwa innych dzieci, których rodzice rzadko przemieszczali się z miejsca na miejsce. Dzieci te najczęściej przez całe życie mieszkały na tej samej ulicy, w tym samym domu, zaś rodzice Hermanna byli wędrownymi komediantami. Po jego urodzeniu również Julia, obdarzona pięknym głosem, występowała często na estradzie w popularnych operetkach. Grali wprawdzie w teatrze, ale rzadko kiedy widzieli teatr od środka. Ich sceną były gospody, stodoły i tylko czasami uroczyste sale jakiejś małej gminy. Jeśli ich trupa pozostawała w jednym miejscu przez tydzień, to było już bardzo długo.

Dorośli najczęściej wspominają pewne charakterystyczne obrazy z dzieciństwa, pewne niezatarte wrażenia z wyglądu pokoju, domu czy podwórka, gdzie bawili się z innymi dziećmi. Albo z szumiącego strumyka lub zielonej łąki – jeśli ktoś miał szczęście i przyszedł na świat na wsi. Wspomnienia Hermanna rozpływały się tu i tam, przebiegały jak w kalejdoskopie, niczym pozbawione konturów kolorowe zawirowania. Wynurzały się na chwilę, aby po krótkim czasie znowu zniknąć.

Miasteczko Nagyszeben – które potem nazywało się Hermannstadt, a dzisiaj Sibiu (po polsku Sybin)18 – Hermann zachował w pamięci na zawsze. W Nagyszeben mieszkali u aptekarza, który miał własny domek na jego skraju. Położony był przy ulicy Hallottutca – co znaczyło „Ulica Zwłok”. Nie był to bynajmniej przytyk do umiejętności zawodowych właściciela posiadłości – ulica prowadziła prosto do znajdującego się na jej końcu cmentarza. Dwukrotnie w ciągu całego pobytu w Nagyszeben Hermann miał szczęście przeżyć wspaniałe pogrzeby. Cztery czarne konie ciągnące szklany powóz, dużo kwiatów, mężczyźni w czarnych cylindrach i białych rękawiczkach… Wszystko to pozostawiło niezatarte wspomnienia.

Pewnego dnia poszedł na cmentarz i zerwał tam świeże kwiaty. Postawił je w pokoju na stole, umieszczając w słoju po ogórkach. „Z pewnością spodobają się mamie” – pomyślał. Ale matka okazała się w tym wypadku wyjątkowo niewdzięczna.

– Skąd masz te kwiaty? – zapytała z dziwnym błyskiem w oku.

– Stąd, gdzie są duże kamienie. – Wskazał ręką w kierunku cmentarza. – Tam jest ich bardzo dużo.

– To okropne! – Wzburzona Julia, nie wdając się w bliższe wyjaśnienia, chwyciła kwiaty i wyrzuciła je przez okno.

Hermann poczuł się obrażony. Wieczorem nie mógł zasnąć. Księżyc świecił jasno, a on wciąż myślał o niesprawiedliwości dorosłych. Wstał z łóżka i wyjrzał przez okno. Skąpane w bladej poświacie kwiaty wciąż jeszcze leżały na ziemi. Wymknął się z domu i zebrał je z zamiarem zaniesienia tam, skąd je wziął. W długiej białej koszuli nocnej przemykał się między grobowcami w poszukiwaniu miejsca, z którego zerwał kwiaty. Naraz usłyszał dziwne odgłosy; jakieś sapanie, jęki, krótkie krzyki. Nie przestraszył się, był tylko ciekaw, co to takiego. Za kamiennym aniołkiem zobaczył Malie, kucharkę aptekarza, z wysoko podniesioną spódnicą, leżącą na plecach. Na dziewczynie leżał jakiś mężczyzna, z częściowo opuszczonymi spodniami, wykonując jakieś dziwne ruchy. Jego goły tyłek i odkryte uda Malie świeciły w blasku księżyca.

Hermann chciał pozdrowić Malie i przypatrzyć się nieco bliżej tej dziwnej zabawie, ale Malie miała oczy zamknięte i tylko stękała. Kiedy Hermann chciał jej coś właśnie powiedzieć, nieoczekiwanie otworzyła oczy i wlepiła je w chłopaka, który oświetlony przez księżyc wyglądał w swej białej koszulinie zupełnie jak mały duszek. Przestraszona zaczęła przeraźliwie krzyczeć. Mężczyzna przestał wykonywać swoje dziwne ruchy i odwrócił się do Hermanna. Wtedy go rozpoznał. To był piekarz Hornig, u którego kupował codziennie świeży chleb. Widząc znajomą twarz, Hermann pozdrowił go serdecznie:

– Dobry wieczór, panie Hornig.

– Zjeżdżaj stąd, ty żydowski łobuzie – odburknął w odpowiedzi piekarz.

Hermann zdziwił się. Pierwszy raz ktoś określił go jako żydowskiego łobuza. Czy to aby nie było obraźliwe? Dlaczego piekarz nie powiedział do niego Hermann, tak jak zwykle w sklepie? Trochę przestraszony, rzucił trzymane w ręce kwiaty, które wylądowały na białych pośladkach piekarza.

– Spierdalaj! – rzucił krótko pan Hornig.

Hermann odszedł i wkrótce zapomniał o księżycu nad cmentarzem i związanych z tym wydarzeniach. Ale rok później, kiedy poszedł do pierwszej klasy szkoły podstawowej przy Unteren Augarten w Wiedniu, już pierwszego dnia został nazwany przez swoich kolegów żydowskim łobuzem. Wtedy przypomniał sobie o piekarzu. Kilka lat później poznał też reguły owej wesołej gry, którą piekarz uprawiał z Malie na cmentarzu.

* * *

Chodząc do szkoły, w pierwszej kolejności nauczył się jednego: żydowskie dzieci należą do trzeciej kategorii. Do pierwszej kategorii zaliczały się dzieci austriackie, stanowiące znaczącą większość, do drugiej Węgrzy, Czesi i Chorwaci, a do trzeciej Żydzi – niezależnie od tego, gdzie przyszli na świat. Żydowscy chłopcy grupowali się razem i odprowadzali się wzajemnie do domów, aby uniknąć utarczek z chrześcijańskimi chłopcami, albo też wspólnie im dołożyć. Hermann traktował to nieco inaczej. Nie był wściekły na bicie, tylko na siebie samego. Na to, że dawał innym powód do bicia, ponieważ był Żydem. Pewnego dnia wyznał ojcu:

– Jeżeli kiedyś pójdę do innej szkoły, nikt nie może wiedzieć, że jestem Żydem.

– Tego nie da się tak łatwo ukryć – odpowiedział poważnie ojciec. – Ale rozumiem cię bardzo dobrze.

Siegfried Steinschneider zrezygnował wcześniej z aktorskiej kariery. „Moja żona ma słabe płuca – zwykł opowiadać przy piwie kolegom w Café Pröcki. – Nie znosi wiecznych podróży, przede wszystkim w zimie. Nieopalanych pokoi hotelowych i wiecznych przeciągów na dużych scenach”. Przyjaciele od piwa i skata ze zrozumieniem przytakiwali. Wiedzieli doskonale, że Steinschneiderowie występowali przede wszystkim w stodołach, ale tam przecież też były straszliwe przeciągi.

Siegfried został domokrążcą. Chodził od domu do domu, sprzedając weneckie koronki i modne szczotki klozetowe. Ale kto kupi weneckie koronki przez próg? Interes nie szedł więc dobrze, chociaż Siegfried nie tracił dobrego humoru. Przy stole opowiadał wesołe historyjki ze swojego życia wędrowca.

Pewnego dnia zauważył siedzącego przy stoliku obok eleganckiego pana z ubawieniem przysłuchującego się tym opowieściom. Po kilku kuflach piwa Steinschneider musiał wyjść za potrzebą. Kiedy, ulżywszy sobie, wrócił do lokalu, elegancki mężczyzna czekał na niego przy drzwiach. Z szykownej teczki wyjął wizytówkę i bez słowa podał ją Siegfriedowi. Były aktor, a obecnie domokrążca, rzucił okiem na zadrukowany biały kartonik: „Dr Herwig Hofer, syndyk, Florisdorf Textil A.G.”. „Duża firma – pomyślał – ale co ja mam mieć z tym wspólnego?”. Dowiedział się o tym natychmiast.

Doktor Hofer, któremu swada Siegfrieda bardzo się spodobała, zaproponował mu generalne zastępstwo w firmie Florisdorf, z siedzibą w czeskim miasteczku Boskowitz. To była bardzo dobra propozycja, ze stałą pensją, i Siegfried był bardzo szczęśliwy, kiedy nazajutrz w biurze adwokata podpisał w obecności Julii kontrakt.

Czego nie widział już, opuściwszy biuro, to tego, jak dr Hofer chwyta za telefon i wykręca numer. Po drugiej stronie odezwał się pan Hugo Manasse.

– Sami, wszystko jest w porządku – zawołał do swojego przyjaciela po wysłuchaniu raportu i odłożeniu słuchawki. – Twój zięć od teraz nie sprzedaje już szczotek do klozetu, tylko tekstylia z mojej fabryki.

Pan Kohn zaśmiał się zadowolony, nie mogąc się jednak powstrzymać od żartu:

– To dobrze, chociaż szczotki były z pewnością dużo lepszej jakości niż twoje materiały.

Płomienie

Boskowitz (obecnie Boskovice) na południowych Morawach leży zaledwie trzydzieści trzy kilometry na północ od Brna, w drodze na Svitavy. Na jednym krańcu wielkiego placu (dziś Plac Masaryka) znajdował się kościół świętego Jakuba, a na drugim zabytkowy ratusz z wieżą. Nad osadą górowały ruiny trzynastowiecznego zamku w stylu empirowym, rozebranego częściowo w XVII wieku na potrzeby budynków powstających w mieście.

Silna społeczność żydowska posiadała w Boskowitz aż trzy synagogi. Ta, która zachowała się do dzisiaj, zwana Wielką Synagogą, została zbudowana w stylu barokowym w 1638 roku przez włoskiego architekta Sylvestra Fiote. W latach trzydziestych XIX wieku została przebudowana przez Andreasa Schrotha w stylu neogotyckim. Zmieniono wtedy kształt okien, portal główny, a wewnątrz Aron ha-kodesz19.

Boskowitz było przyjaznym miasteczkiem, także dla Hermanna, który przez kilka lat chodził tam do szkoły. Jego absurdalny pomysł, aby w nowej szkole nie przyznawać się do tego, że jest Żydem, okazał się, naturalnie, niemożliwy. Wyznanie było zapisane w papierach, a przede wszystkim na jego nosie. Ale w Boskowitz nie było tak źle, jak w Wiedniu. Tu prawdziwi Austriacy byli w mniejszości, a innym okazywali dużo większą tolerancję. Do szkoły chodziły dzieci wszystkich narodowości monarchii.

Steinschneiderowie wynajęli małe mieszkanko w budynku należącym do radcy głównego, pana Krejciego, zaś Hermann zaprzyjaźnił się z mieszkającym w sąsiednim lokalu dziennikarzem Ulrichem Krugiem. Pewnego razu mały Steinschneider zwierzył się żurnaliście, że w przyszłości też chciałby zostać dziennikarzem.

– Wierz mi, chłopcze, to nic nie znaczy. – Machnął lekceważąco ręką pan Krug.

– Jak to nic? – zdziwił się Hermann. – Pan zarabia przecież ładne pieniądze, dużo podróżuje…

– A dokądże to ja podróżuję? – wykrzyknął pan Krug. – Do Balkánhá na targ bydła albo do Ujvár, jeżeli tam jakiś chłop pobije po pijanemu drugiego. – Sięgnąwszy do szuflady, wyjął z niej czerwony zeszyt i zamaszystym gestem rzucił go na stół. – Dziennikarstwo nic nie znaczy – powtórzył. – Tutaj jest moja przyszłość. – Wskazał na zeszyt.

Hermann otworzył go i przeczytał tytuł: „Ulrich Krug Herostrates – Tragikomedia”. Niewiele mu to mówiło. Nie miał pojęcia, co to takiego tragikomedia, nigdy również nie słyszał o Herostratosie. Zapytał o to pana Kruga.

– Herostrates był szewcem i postacią autentyczną – wyjaśnił dziennikarz. – W roku trzysta pięćdziesiątym szóstym przed Chrystusem w swoim ojczystym mieście Efezie podpalił świątynię Artemidy, uważaną za jeden z siedmiu cudów starożytnego świata.

– Po co? – zapytał zaintrygowany Hermann.

– No właśnie. Wszyscy inni też zamęczali go podobnymi pytaniami. Odpowiedział wtedy, że miał już dość życia jako szara mysz, której nie zauważa się, nawet nadepnąwszy jej na ogon. Chciał zostać sławny. Tu i teraz, a także potem.

– Nie rozumiem – bąknął Hermann.

– A co tu jest niezrozumiałe? – Uśmiechnął się pan Krug. – Facet był owładnięty obsesją zyskania wiecznej sławy. Uznał, że miejsce w historii może mu zapewnić tylko wielka zbrodnia. Został skazany na śmierć, a jego imię miało być wymazane ze wszystkich pisanych dokumentów. Procedura ta nie została jednak przeprowadzona wystarczająco dokładnie, gdyż historia o podpalaczu przetrwała w formie wzmianki, której autorem był Teopomp. Herostrates stał się synonimem człowieka dążącego za wszelką cenę do osiągnięcia sławy, nawet za cenę wielkiego przestępstwa. W psychologii taką postawę określa się terminem „kompleks Herostratesa” – zakończył swój wykład pan Krug. – Jak widzisz, chłopcze, dzisiaj, chociaż upłynęły od tego czasu ponad dwa tysiące lat, ja piszę o nim utwór teatralny.

Przeczytał kilka stron swojego dzieła. Hermann był zachwycony. Nie tyle z powodu pięknie brzmiących wersetów, ile z powodu dokonania Herostratesa. Zapytał o świątynię, chciał wiedzieć, jaka była wielka i jak wyglądała.

– Miała wymiary sto trzydzieści na sześćdziesiąt dziewięć metrów – wyjaśnił dziennikarz. – A zbudował ją król Lidii, Krezus, około pięćset sześćdziesiątego roku przed naszą erą. Do jej budowy użyto doskonałej jakości marmuru i cedrulibańskiego. Otaczała ją podwójna kolumnada, złożona z ośmiu kolumn przed elewacją frontową i tylną oraz dwudziestu kolumn wzdłuż boków. Pozostałe kolumny, a było ich w sumie sto siedemnaście, umieszczono w pronaosie, czyli w przedsionku, i wewnątrz świątyni. Zdobiły je w dolnej części piękne płaskorzeźby. W jej wnętrzu umieszczono cedrowy posąg Artemidy. Ukończenie budowli zajęło sto dwadzieścia lat. Po spaleniu przez Herostratesa świątynię chciał odbudować Aleksander Wielki, ale mieszkańcy Efezu nie przyjęli jego warunku, jakim było umieszczenie w niej inskrypcji sławiących jego imię. Propozycja została odrzucona słowami: „Aleksandrze, nie wypada, żeby jeden bóg stawiał świątynię drugiemu bogu”, bowiem wyznawcy Artemidy nie widzieli możliwości oddawania w jednej świątyni hołdu dwóm bogom. Mimo iż nie przyjęto od niego pieniędzy na pokrycie kosztów odbudowy, Aleksander zlecił swojemu architektowi, Dejnokratesowi, sporządzenie projektu. Odbudowa trwała kolejne siedemdziesiąt cztery lata, od roku trzysta trzydziestego czwartego do dwieście sześćdziesiątego przed naszą erą. Świątynia stanęła na fundamentach poprzedniej i miała identyczne z nią wymiary. Została zburzona podczas najazdu Gotów, w dwieście sześćdziesiątym drugim roku, i już nigdy jej nie odbudowano.

– To skąd pan wie, jak wyglądała? – zapytał przytomnie Hermann.

– Całkiem niedawno, bo w roku tysiąc osiemset sześćdziesiątym dziewiątym, ekspedycja zorganizowana przez Anglików odkryła miejsce, gdzie się znajdowała. Niektóre elementy jej wystroju można obecnie obejrzeć w British Museum w Londynie.

– Ale w jaki sposób Herostrates zdołał podpalić tak potężny budynek? – zainteresował się znów Hermann.

– Tego nie wiem. – Dziennikarz rozłożył bezradnie ręce.

– A co ma się z tego, że jest się sławnym? – indagował dalej ciekawy wszystkiego Steinschneider.

– O, z tego ma się bardzo dużo – westchnął Krug. – Honor, sławę i pieniądze. Przede wszystkim pieniądze.

Hermann natychmiast zainteresował się tym pieniędzmi.

– Jeżeli, powiedzmy, podpalę naszą świątynię… – zagadnął znowu – …to zarobię wtedy dużo pieniędzy?

– Wtedy zarobisz co najwyżej baty. – Zaśmiał się Krug. – A jeśli będziesz miał pecha, wsadzą cię do zakładu wychowawczego.

* * *

Hermann wrócił do siebie, ale ów żyjący przed wiekami Herostrates nijak nie chciał mu wyjść z głowy. Z czasem stał się przyczyną bezsennych nocy. Chłopiec leżał w swoim łóżku i widział oczyma wyobraźni palącą się małą synagogę w Boskowitz. Czasami jej miejsce zastępował stojący na skraju placu chrześcijański kościół świętego Jakuba. Widział płomienie co wieczór i co noc. Kilka tygodni później, kiedy zaczął w końcu powoli zapominać o Herostratesie, w przeglądanej właśnie książce znalazł ciekawy obrazek cesarza Nerona stojącego na tarasie swojego pałacu, grającego na lirze i śpiewającego podczas pożaru Rzymu. Podpis pod obrazkiem głosił: „Cesarz Neron polecił spalić Rzym ku własnej chwale, aby móc sławić śpiewem siłę niszczycielskich płomieni”.

Chłopiec pokazał obrazek swojemu starszemu przyjacielowi.

– O, tak, to był ogromny wyczyn – przyznał dziennikarz. – Ale zarazem okropny, trzeba przyznać.

– Ale płonące domy Rzymu uwieczniły sławę Nerona na zawsze – wtrącił Hermann.