Wydawca: E-bookowo Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 91 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Erato: podziemna rozkosz - Rakso Hardik, Ewa Bordeline


„Niektóre rzeczy muszą pozostać w sferze wyobraźni, nie dobrze gdy się demony na świat wydostają. W świecie wyobraźni rzeczy i ludzie, fantazje to wszystko, są bezpieczne. Tam są bezpieczne. Społeczeństwo jest bezpieczne. Ogólnie jest bezpiecznie i nudno. Przewidywalnie jak w amerykańskiej produkcji. Powtarzanie schematów jest dozwolone. Chodzenie utartymi szlakami. Można się puszczać, ale tylko monogamicznie. Zwłaszcza, gdy się jest kobietą. Dlatego dewiacje są tak pociągające, dzikie, pierwotne, ale dla dobra twojego i mojego muszą pozostać tam, gdzie ich miejsce, w mrocznych głębiach psychiki.”

Autorzy prezentują oniryczny psychopornograficzny trip, gdzie zacierają się granicę między światami, gdzie urojenia łączą się z rzeczywistości, w pełnym bólu i rozkoszy splocie.



POWIEŚĆ TYLKO DLA DOROSŁYCH!!

Rakso Hardik

mieszkaniec Utopii. Zwolennik transgresyjnych praktyk społecznych i prywatnych (w tym seksualnych). Bywalec podziemnych klubów rozpusty i jałowych, białych sal szpitalnych. W swym chaotycznym życiu, pomiędzy udami namiętnych kobiet, pisuje teksty nasączone transgresyjną erotyką. Niekiedy można go spotkać na blogu (http://raksohardik.blogspot.com/). Kiedy nie jest „sobą”, uchodzi za porządnego obywatela o ustabilizowanym życiu i małym dorobku literackim i naukowym.

Ewa Bordeline

Głęboko zapadająca w pamięć ekscentryczna, artystyczna dusza. Goszcząca na salonach wielu szpitali psychiatrycznych. Jest ziarnem fantazji, które podsycane sokami rozkoszy potrafi bujnie zakwitnąć w niejednej mądrej głowie. Na co dzień wciela się w rolę kobiety pracującej nad ludzką psychiką. Umysły stają przed nią otworem stając się dla niej bezcenną inspiracją.

Opinie o ebooku Erato: podziemna rozkosz - Rakso Hardik, Ewa Bordeline

Fragment ebooka Erato: podziemna rozkosz - Rakso Hardik, Ewa Bordeline

Ewa Borderline, Rakso Hardik

Erato

Podziemna rozkosz

© Copyright by Ewa Borderline, Rakso Hardik & e-bookowo

Projekt okładki: Ewa Borderline, Rakso Hardik

ISBN e-book 978-83-7859-164-1

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo www.e-bookowo.pl

Kontakt:wydawnictwo@e-bookowo.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione.

Od autorów

Niniejszy tekst powstał w Utopii roku bezpańskiego 2013 podczas transgresyjnych orgii uprawianych bez żadnych zasad bezpieczeństwa. Kilka osób w efekcie pożegnało krainę wiecznego znoju. Przed śmiercią przeżyli najszęśliwsze chwile swego życia. Taką mamy nadzieję. A wy z szacunkiem stąpajcie, gdy idziecie przez las.

On przecież nic tym kobietom nie robił. Musi mieć pani dziwną definicję niczego, bo jak dla mnie, dziesięć trupów, to jednak coś. Nie ma jednak dowodów, że je zamordował, czy się mylę? Znaleźliśmy wszystkie zakopanewjego piwnicy. On też przyznał się, że je tam zakopał. Ale nie, że zamordował. To niewjego stylu. Widzę, że pani dobrze zna „ten styl”. Niech pan posłucha… Nie, to pani niech posłucha. Dopóki sąd nie postanowi, co dalejwjego sprawie, pozostaje pod moją specjalną opieką. Nie wie pan, do czego to może doprowadzić. To jest ktoś, kto potrzebuje pomocy,anie kary. Taką gadkę, to może pani wciskać studentom na zajęciach, albo może pani to powiedzieć rodzinom tych dziewczyn. Na pewną pani przyklasną. Pan nie rozumie… Mam towdupie. Wybaczy pani, muszę poszukać jeszcze kilku pacjentów. Jak nam się pucha zapełni, to pójdą pierdzieć do pani zakładu. Nieoto chodzi… On po prostu jest niewinny… On… on je kochał.

Część pierwsza

Zabawa w chowanego

I.

Pierwszy papieros wczesnym porankiem, jeszcze przed śniadaniem, jeszcze przed kawą – powolne, metodyczne samobójstwo. Pierwszy papieros przy oknie, za którym rozpościera się typowy obraz w szarych, brudnych tonacjach. Widok codzienny, widok powszechny – marna odbitka odbitki urzędowego oryginału produkowanego masowo w dusznych biurach.

Powtarzalny rytuał. Wdech – wydech. Dzień – noc. Dzień… powtarzający się mdły dzień… rozpisany, przeżyty wielokrotnie. Taki czas bez czasu, bez wydarzeń. Czas, który tylko zabija i który można tylko zabić. Czas bez niej.

Odkąd odeszła… czy raczej, odkąd jej nie ma, czas stał się bezwydarzeniowy. Cykliczna rutyna. Monotonne w tykanie zegara… odmierzany spożyciem, wypalonymi papierosami… czas popiołu… bezpłodnego oczekiwania. Wypatrywania jakiegokolwiek znaku, czegokolwiek, co dałoby, chociaż iskrę nadziei, że przyjdzie, że się jeszcze spotkamy. Że coś się wydarzy…

Tak długo jej nie było, zbyt długo… Jakby to wszystko… jakby to był jedynie sen. Intensywny, ale jednak, tylko sen. Nie mogę, nie chcę, myśleć, że to koniec, że już nigdy jej nie zobaczę. Nie, ona przyjdzie, pomimo wszystko przyjdzie. To tylko… to taka zabawa… w chowanego. Z pewnością, jest gdzieś tam, na zamglonej, wilgotnej ulicy… stoi za rogiem, chichocząc cicho, że dobrze się schowała.

Chcesz? Możemy się pobawić. W podchody.

Dworzec główny tonie we mgle. Siąpi drobny, przenikliwy deszcz. Odór zgniłej wilgoci, pleśni pokrywającej ściany miesza się z nieprzetrawionymi resztkami. Pogoda raczej jesienna niż zimowa, z całym depresyjnym bagażem przygniatającym co roku na mieszkańców, gdy tylko spadną pierwsze liście.

Dla zabicia czasu ćmię kolejnego papierosa. Pomaga na mdłości. Powinni je sprzedawać na recepty, za darmo, dla wszystkich czekających na koniec. Czekających na… Pociąg osobowy ze Szczecina Głównego do Szczecinka podstawia się na tor szósty przy peronie trzecim. Trzeszczący, szczekający głos rozrywający zastygłą w półśnie przestrzeń. Wielki zegar leniwie odmierza minuty. Obserwuję wskazówki starając się zająć czymś myśli. Czymkolwiek. Byle o niej nie myśleć… Stukot małych kółek pękatej walizki, szybkie kroki w szpilkach… odnoszę wrażenie, że mnie goni, stuk, stuk, coraz bliżej, za chwilę się odwrócę, a ona rzuci się w ramiona. Wrócimy do domu. To tam się wszystko zaczyna i kończy. W domowym zaciszu, w szczelnie zamkniętych czterech ścianach, tylko tam ja i ona. Jak w piosence, co kiedyś puszczali w radio.

Odwracam się zniecierpliwiony. Nie, to nie ona. To znowu nie ona. Mija mnie kobieta typowa, powielona jak tysiące innych klonów. Płaska i nudna. Przy takich nigdy mi nie stawał, chociażby się pociły, wysilały. Przyziemność namiętności tętniła w ich ciałach. Mechanicznych, zdyscyplinowanych, wyćwiczonych. Nawet w ich wyuzdaniu było coś urzędowego i kupieckiego, najgorsza krzyżówka.

Wtulam się w płaszcz, zapadając się w siebie. Odpalam kolejnego papierosa, chcąc zatrzymać złudzenie ciepła. Nie rozumiem, dlaczego jeszcze jej nie ma. To jej pociąg, zawsze nim o tej porze jeździła, z pracy albo do pracy, nie pamiętam dokładnie, kiedy jeszcze pracowała, nim ją zabrałem, do siebie, do domu.

Powinna już być. Dłonie się pocą. Nerwowe dłonie. Zaraz, zaraz odjeżdża. Nerwowe myśli. Spóźni się.

Zła myśl: chyba, że ktoś inny ją zabrał.

Zły obraz: ona pod innym mężczyzn. Wilgotne, rozchylone usta…

Mgnienie. Dłonie zaciśnięte w pięść. Mgnienie.

Cień. Ułamek sekundy – znajomy kształt.

Tak jakby…

Rozglądam się uważnie w poszukiwaniu dalszych epifanii mojej muzy. Nawet gdy otacza mnie tłum, czuję, że bez niej jestem nikim, szklanką do połowy pustą, wypranymi emocjami. Otępienie, to teraz czuję, nic mnie nie wzrusza, nic nie podnieca. Całkowity brak odczuwania, radość pamiętam tylko z nazwy.

Peron ponownie pustoszeje. Fala za falą, napływają – odpływają. Fale wypranych twarzy. Prymitywne gęby przyklejone do szyb w wyczekiwaniu na odjazd. Toporne, obce i nudne do obrzydzenia. Poza tym nikogo. Poza tym? Po prostu, nikogo. A już na pewno jej tu nie ma. Przemknęła, nieuchwytna, zwiewna, nierealna, jak zawsze.

Powoli idę w stronę wyjścia. Dłużej nie dam rady czekać. Wilgoć przeniknęła do szpiku. Telepie mnie. Popękanymi chodnikami, przez mleczną mgłę, podążam do domu. Pustego, pogrążonego w głębokiej ciszy, w milczeniu. Dom jest pełen jedynie wspomnień. Każdy kąt tęskni za jej obecnością.

Widać dobrze się schowała. Zawsze miała do tego talent. Po tym jak ją zabrałem często się ukrywała. W szafie, pod łóżkiem, w skrzyni, w lodówce… Po jakimś czasie się oswoiła. Czasami tylko, by przypomnieć, rozgrzać namiętność pulsującą, wściekłą chowała się i z uśmiechem czekała. Byśmy odegrali raz jeszcze, ten pierwszy, bolesny do rozkoszny raz. Ten raz, po którym blizny zdobią moje plecy i pośladki. Ślad drobnych ząbków na dłoni. Oznaczyłam cię, powiedziała wtedy. Wiedziałem, że będziemy szczęśliwi.

Wyrywa mnie ze wspomnień jakiś głos. Znajomy, czyżby jej…

Przytłumiony szept, jakby nie z tego świata. Tak jakby wydobywał się zza grubej zasłony rzeczywistości. Z innego, cudownego wymiaru. Jej głos zawsze zapowiadał nierealną rozkosz.

– Ciiii… maleńki… zimno, zimno i wilgotno. Szukaj dalej, głębiej… jesteś tak blisko… wejdź, wejdź głębiej… – głos dobiega zza wielkich masywnych drzwi bunkra.

Naciskam klamkę. Nic. Ani drgną. Kolejna próba kończy się również niepowodzeniem. Musiały się zaciąć. Szarpię z całej siły. Szamoczę się, jakby od ich otwarcia zależało moje życie. W pewnym sensie zależy. Te jednak niewzruszone, obojętne opierały się moim staraniom.

– Co jest?! – głos zza pleców. Emeryt w stroju ochroniarza wyłania się z pobliskiej budki.

– Nie mogę otworzyć – mamroczę.

– Bo zamknięte. Czytać nie nauczyli?

Nauczyli, nauczyli, pomyślałem rozglądając się w poszukiwaniu informacji o zamknięciu. Rzeczywiście, obok drzwi mała karteczka:

Szczecińskie podziemne trasy turystyczne – daj się ponieść historii. W okresie miedzy świątecznym tj. 27-31.12.2012 zwiedzanie tylko dla grup zorganizowanych, min 15 osób.

Poniżej numer telefonu.

– Który dzisiaj mamy? – pytam ochroniarza, który przygląda się bacznie ćmiąc papierosa.

– Piątek – odburkuje.

Milusi, myślę. Kwiat narodu.

– Ale dzień, dzień miesiąca, jaki numer, data, rozumie pan? Który dzisiaj?

– Dwudziesty ósmy – kręci głową. Miażdży niedopałek wojskowym butem. – Nici ze zwiedzania. Idź pan lepiej do domu.

Ignoruję go. Ona tam była, może nawet jest. Wiem dobrze, w końcu ją słyszałem. Nie mogę teraz odpuścić, nie teraz, gdy zabawa się rozpoczęła na dobre, gdy bliska jest rozkosznego zakończenia.

Zadzwonię. Może akurat zrobią wyjątek. W końcu każdemu przyda się przed sylwestrem zastrzyk gotówki.

 W słuchawce zaspany, kobiecy głos.

– Dzień dobry… chciałbym zarezerwować, znaczy się zamówić zwiedzanie. Na teraz.

– Co? A… tak. Dzień dobry. Wie pan… jest szósta rano, a ja wstaję o dziesiątej. Proszę… proszę zadzwonić później, dobrze? Miłej nocy – zachrypnięty, ciężki głos.

– Jak szósta?! – wymamrotałem. – Proszę zaczekać! – Dodaje szybko, chyba trochę zbyt błagalnie. – Niech pani zaczeka! Nie mogę zwlekać, żadne później nie wchodzi w grę. Rozumie pani? Naprawdę, bardzo, ale to bardzo mi zależy. Zapłacę ekstra – rzucam na koniec, zbyt desperacko. Czuję, że być może będę tego żałował. Teraz to jednak się nie liczy. Dla mojej małej poświęciłbym wszystko.

– Jezussss… – chwila milczenia. – Dobra. Chce pan kupić mój czas na sen, który i tak pan przerwał?

– Tak, chyba tak – mamroczę bez sensu.

– W takim razie musi pan wiedzieć, że jest on niemalże bezcenny, nie wiem, czy pana stać. Na ile osób to zwiedzanie?

– Tylko ja – mówię cicho.

– Słucham!?

– Tylko ja – dodaje głośniej.

– Nie jestem głucha. Po prostu… – westchnienie. Chwila ciszy. – Nie chciałabym wątpić w pańską umiejętność czytania ze zrozumieniem – ton oficjalny, silący się na ironię – ale musi pan wiedzieć, że w okresie miedzy świątecznym zwiedzać mogą jedynie grupy minimum piętnastoosobowe. Czy pańskie ja sklonowało się w takiej liczbie, bo jeżeli nie, to nawet nie opłaca mi się z panem dłużej rozmawiać?

– Zapłacę za grupę, to żaden problem. Muszę… bardzo chciałbym zwiedzić bunkry, a nie wiem czy potem będzie ku temu okazja.

– A co zagłada się szykuje? Jeśli to ma być koniec świata to ubiór dostosuję do okoliczności. Dobra. Będę za trzydzieści minut. Proszę uzbroić się w cierpliwość i gotówkę, bo za bilet, przepraszam, bilety wstępu kasuję z góry. To będzie około pięćset złoty. Zgadza się pan?

– Pięćset? – zaschło mi w gardle.

– Za dużo? W takim razie…

– Dobrze, już dobrze. Może być. Zgadzam się.

– To do zobaczenia.

Dłonie mam