Wydawca: Novae Res Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 187 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Equilibrium Game - Szymon Salski

Victor Zacharski – naukowiec i wykładowca, absolwent prawa, psychologii oraz psychiatrii na Uniwersytecie Harvarda – kryje w sobie mroczną tajemnicę. Nie może pogodzić się ze światem, w jakim przyszło mu żyć, popada więc w uzależnienie od heroiny, kokainy i leków psychotropowych. Historia Victora przeplata się z narkotycznymi i jednocześnie poetyckimi wizjami. Jego życie staje się grą, odbywającą się na różnych płaszczyznach, poziomach i w różnych wymiarach. Jednym z takich wykreowanych światów są na przykład sceny walki Boga z Szatanem, które tylko z pozoru nie mają z Victorem nic wspólnego.

Stwarzając sobie alternatywny świat, popada w obłęd. A wszystko to spowodowane jest tęsknotą i tym, że w istocie odczuwa on świat inaczej. Wydaje się, że znacznie głębiej i intensywniej...

Opinie o ebooku Equilibrium Game - Szymon Salski

Fragment ebooka Equilibrium Game - Szymon Salski

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dziękuję i dedykuję tę książkę Paulinie Bartosiewicz.

Za wsparcie oraz dobre rady udzielane na każdym etapie pracy nad powieścią. Najbardziej jednak dziękuję Ci za to, że jesteś i codziennie widzę w Tobie anioła, przy którym czuję się szczęśliwy i spełniony. Każdy dzień z Tobą jest kolejnym dniem, mam nadzieję, nigdy nie utraconego raju.

 

 

 

WIĘZIENIE PSYCHIATRYCZNE, 1989 R.

Julia: Dlaczego? Co tobą kierowało?

Victor: Wielu widziało we mnie kogoś, kim nigdy nie byłem. Nieliczni dostrzegali we mnie potwora… Hmm, od początku, zacznijmy od początku, oto moja historia, słuchaj uważnie, słuchaj…

Jaskrawym światłem i niezliczonymi kolorami życia powitał mnie tamten dzień. Wszedłem do auli wypełnionej tymi wszystkimi ludźmi. Wyróżniałem się wśród nich. Zawsze byłem inny i wszyscy o tym wiedzieli… może niezupełnie, nie do końca. Po chwili na około mnie zebrała się zgraja podnieconych studentów. Czułem się jak owca prowadzona na rzeź. Dałem im się prowadzić, zawsze dawałem. Musiałem to robić. Od dziecka uważano mnie za kogoś wyjątkowego. Kiedyś usłyszałem nawet: „albo zostaniesz kimś wielkim, albo nikim”, co było dla mnie największym komplementem. Niedziwne więc, że gdy pojawiłem się tamtego dnia, wywołałem poruszenie. Bo oto ja, najmłodszy w historii Uniwersytetu Harvarda, w wieku dwudziestu czterech lat ukończyłem z wyróżnieniem medycynę z zakresu psychiatrii klinicznej, psychologię i prawo. Tak, widziałem podziw tych wszystkich głupców pragnących choć przez chwilę pobyć w moim towarzystwie. Odczuwałem wtedy, że jestem ponad nimi, że mam nad nimi pewnego rodzaju władzę. Posiadłem coś, co sprawiało, że psychika ludzka była dla mnie otwartą księgą, z której wyczytać mogłem ich stany, odczucia i lęki. Właśnie to czyniło mnie wyjątkowym. Jako że okrzyknięty zostałem dzieckiem geniuszu, nie narzekałem na brak propozycji pracy, które zresztą skrupulatnie odrzucałem. Nie takie miałem ambicje.

Drugą nie mniej potężną rzeczą, jaką posiadałem, była szlachetna uroda. Jasna cera kontrastująca z ciemnymi, dłuższymi włosami, opadającymi na twarz, mocno zarysowana żuchwa, pełne usta, męski zarost i niebieskie przepełnione zimną pustką oczy. To one władały kobiecym ciałem jak lalką zawieszoną na nitce. Tak, byłem kimś, kim ty chciałbyś być. Od zawsze wyznaczone miałem dewizy, których chorobliwie się trzymałem. Miałem swoje zasady. Świat, do którego nie wpuściłem wielu. Bo co by powiedzieli, gdyby zobaczyli ten świat w pełni. Co by powiedzieli? Nie chciałem wiedzieć. Pamiętam, że kiedy byłem dzieckiem, fascynowało mnie niebo i gwiazdy, które rozsiane są na nim z pozoru chaotycznie. Bóg i wszechświat stały się moimi chorobami, a ludzie i ich emocje – barierą.

Julia: Emocje, odczucia, uczucia, powiedz coś o tym.

Victor: Kiedyś myślałem nad tym, dlaczego jestem takim zimnym człowiekiem, dlaczego nie potrafię odnaleźć się wśród wszystkich tych społecznych zachowań i oczekiwań. Często słyszałem od ludzi, że patrzą na mnie i w ich oczach pojawia się przerażenie, że nie wiedzą dlaczego, ale się boją. Mogli się bać, nie przeczę, najbardziej ‒ pustki w oczach. Ona była nad wyraz krzywdząca. Uczucia. To one od zawsze były dla mnie barierą, czymś, czego musiałem się nauczyć. Musiałem przestudiować je dokładnie, ażeby nie zostać trafnie odczytanym. Tak, udawałem. Udawałem wszystko. To, że się cieszę, płaczę, że jestem poruszony i w końcu, że kocham.

Julia: Powiedziałeś, że udawałeś. Kłamałeś nawet, że kochasz. Nie sprawiało ci to trudności? Nie czułeś, że robisz źle?

Victor: Pomyśl. Czy tobie sprawia trudność codzienne wstawanie do pracy z uśmiechem? Sprawia ci trudność, kiedy wchodzisz do kościoła, pracy, domu i słuchasz bredni? Kiedy udajesz, że to bardzo interesujące i prawdziwe? Może i tak, może jest to dla ciebie trochę trudne, ale robisz to. Wszyscy udajemy. Zastanów się, jak zachowujesz się przy wystawnym obiedzie z dostojnymi gośćmi, a jak wtedy, gdy jesteś po butelce whisky. Gwarantuję, że gdy szalejesz z butelką u boku, to jesteś bardziej sobą niż wtedy, kiedy patrzysz w oczy tym popieprzonym i bezpodstawnie zadufanym w sobie ludziom. Tak więc odpowiem na twoje pytanie: nie, udawanie nie sprawiało mi trudności. A czy uważam, że robię źle? Nie, każdy robi to, co niezbędne jest do przetrwania.

Julia: Opowiedz mi to po kolei, Victor.

ROZDZIAŁ: POTWÓR

 

 

 

Była ciemna grudniowa noc, kiedy zza rogu kawiarni na Elm Street wyłoniła się postać mężczyzny. Miał około trzydziestu lat, sto osiemdziesiąt siedem centymetrów wzrostu, ciemne, długie włosy opadające na twarz i jasne błądzące oczy, w których dostrzec można było coś dziwnego.

Mężczyzna ubrany był w skórzaną kurtkę, ciemne dżinsowe spodnie oraz miał torbę przerzuconą przez ramię. Szedł, zaciągając się żarzącym papierosem, w rytm pracujących żarliwie neuronalnych połączeń. W jego postawie dostrzec można było coś niebywałego. Poruszał się tak, jak gdyby był panem otaczającej go rzeczywistości. Jak gdyby on ją tworzył, zmieniał, nadawał jej kształt. Sprowokowany czyimś okrzykiem odwrócił się i warknął:

– To znowu ta nudna suka.

– Hej!!! Victor! Zaczekaj! – krzyczała, biegnąc z całych sił.

– Cześć, Kate, miło cię widzieć. – Uśmiechnął się.

– Wiem, że nie powinnam o to prosić, Victor, ale możesz zastąpić mnie na zajęciach z teorii emocji? Muszę załatwić coś bardzo ważnego za miastem, a tylko ty spośród wykładowców masz do tego kwalifikacje – powiedziała proszącym tonem.

– Pewnie, jakoś mi się odwdzięczysz.

– Dziękuję ci, bardzo mi pomagasz – wyszeptała.

– Nie ma za co, Kate. Muszę lecieć. Na razie.

Przyspieszył kroku i po chwili zniknął jej z oczu. Idąc w kierunku swojego mieszkania na Dimension Street dwadzieścia sześć, rozmyślał o tym, jak bardzo irytujące będzie wykładanie, w jaki sposób działa psychika, tym durnym dzieciakom wysłanym na Harvard przez swoich kochających i wiele oczekujących rodziców. Patrzenie z pozycji wykładowcy na te same wzorce zachowań wśród studentów ‒ którzy, dajmy na to, nie przygotowali się na zajęcia ‒ było dla niego irytujące. Zakrywanie twarzy dłonią, unikanie wzroku prowadzącego – to wszystko widział jak nikt. Spokój jego oczu był wtedy delikatnie wymieszany, zeszmacony powierzchownością niewiedzy studentów.

Myślał tak o tym wszystkim do momentu, kiedy doszedł do domu. Wysokie ceglaste mury piętrzyły się, dodając budynkowi złowrogiego wyrazu. Ulica ta była jedną z wielu, w które nikt w nocy nie zapuszczał się bez potrzeby. Miejscowe bary i lokale były bowiem spuścizną po wieloletnich zaniedbaniach natury społecznej. Większość odczuwała naturalny lęk towarzyszący nocnej wyprawie po takich miejscach. W oczach mężczyzny widać jednak było niczym niezmącony spokój. Ten spokój dodawał mu czegoś nadnaturalnego.

Powoli pochylił się i wyjął klucze od mieszkania, zawieruszone w wytartej, materiałowej torbie. Wnętrze budynku było tak samo dziwne, jak jego właściciel. Porozrzucane książki mogłyby wypełnić sporą bibliotekę, a bałagan, jaki panował wśród nich, nie był mniejszy niż w okolicznym burdelu. Pomieszczenie było ciemne. Oświetlała je jedynie mała lampka stojąca na podłodze. Wnętrze sprawiało wrażenie zapuszczonego, takiego, w którym każdy czułby się nieswojo. Złowrogą ciszę przerwał dźwięk telefonu. Nieśpiesznym krokiem mężczyzna podszedł i podniósł słuchawkę.

– Halo! – rzucił rozdrażnionym głosem.

– Cześć, Victor, z tej strony Kate – zawahała się – dzwonię w nieodpowiedniej chwili? Masz dziwny głos.

– Nie. Nic się nie stało – powiedział z wymuszoną uprzejmością.

– Dzwonię, bo zapomniałam ci powiedzieć, z czego masz poprowadzić zajęcia. Pamiętasz? Z teorii emocji.

– Wiem z czego, Kate. Sprawdzałem wczoraj grafik zajęć.

– No pewnie. Ty zawsze wszystko wiesz. Jak ty to robisz?

– To naprawdę nic wielkiego – odpowiedział. – Nie ma w tym żadnej tajemnicy.

– Jeśli Victor Zacharski mówi mi, że nie ma w tym tajemnicy, to z pewnością jest. – Zaśmiała się.

– Kate, chcesz seksu czy czegoś więcej? – zapytał mocno poirytowany.

– Yyy, no wiesz?! – wykrzyknęła. – Zachowałeś się właśnie jak cham!

– Zachowałem się tak, jak uznałem za słuszne. Zadałem ci pytanie. Odpowiedz albo spieprzaj – rzucił ostro.

– Yhm… – westchnęła głęboko. – Podobasz mi się.

– To zaproś mnie na drinka. Mam tej nocy wolne. Powiedz tylko gdzie i o której.

– Yhm, może Iron Pub? Jest tam świetna atmosfera. A później poszlibyśmy do mnie. Co ty na to? Teraz jestem wystarczająco odważna?

– Będę tam za godzinę – skwitował. – Nie spóźnij się.

Sięgnął do kieszeni swojej ciemnej koszuli i wyjął z niej paczkę papierosów. Odpalił jednego, po czym wolno podszedł do drzwi. Założył kurtkę i spojrzał na odbite w lustrze ciche źrenice. Wydawać by się mogło, że bardziej ciche i zimne niż otaczający go krajobraz.

Wchodząc do baru, rozejrzał się, rozpoznał dziewczyny, z którymi wcześniej sypiał. Były to przygody kończące się po jednej nocy. Często spędzał tak czas, zapijając i włócząc się z dziwkami. Uśmiechnął się do siebie, by po chwili omieść wzrokiem pomieszczenie. Szukał stolika, przy którym usiadła Kate.

Znalazł ją, zatrzymał się i obserwował. Była ładna. Miała niebanalną urodę, przypominającą tę, którą odznaczają się dziewczyny z Hiszpanii. Kręcone włosy o kolorze ognia i brązu, ciemne kasztanowe oczy i pełne usta. To wszystko dodawało jej niewątpliwie uroku i wdzięku. Victor podszedł do stolika i rzucił w typowy dla siebie sposób:

– Witaj, Kate. To co, łamiemy dzisiaj twoje bariery? Przygotowałaś się?

– Nie kpij sobie – powiedziała z nutą podniecenia.

– Czym mnie poczęstujesz? – zmienił temat.

– Co masz na myśli?

– To, jakim alkoholem mnie obdarzysz. Zaschło mi w gardle. Zamów nam coś. – Spojrzał prosto w jej oczy i wykrzywił usta w ironicznym uśmiechu.

– Myślałam, że ty stawiasz. Jesteś facetem.

– A ty kobietą, i co z tego? – Miał ochotę śmiać się i nigdy nie skończyć.

– Nic już – powiedziała. – Czego się napijesz?

– Whisky z lodem. Zamów całą butelkę.

– Dobrze – rzuciła automatycznie.

Patrzył ze spokojem, jak podchodzi do baru i zwraca się do kelnera. Ten lustrował ją w sposób dla każdego faceta rozpoznawalny. Chciał jej. Chciał się z nią pieprzyć i nigdy nie skończyć. Ale nie mógł. W porównaniu do Victora był nikim, zwykłym śmieciem, który na wszystko ma gotowe formułki, bo sam nie jest w stanie niczego konstruktywnego wytworzyć.

Po chwili wracała z butelką pełną alkoholu o jakże charakterystycznym zapachu i aromacie. To był jego ulubiony etanolowy drink. Przepadał za leżakującą przez lata whisky. Patrzył jeszcze przez moment, jak dziewczyna siada, po czym sięgnął do kieszeni. Wyjął papierosa i odpalił go swoją srebrną zapalniczką. Rozkoszował się każdą sekundą tego wyjątkowego rytuału. Bo tak, to był dla niego rytuał.

– O czym chcesz porozmawiać, zanim zaciągniesz mnie do łóżka? – powiedział jakby od niechcenia.

– Może opowiesz mi coś o sobie?

– Kpisz sobie – powiedział z pogardą. – Mógłbym to zrobić, ale nie widzę potrzeby.

– Jestem psychologiem, Victor, znam się na ludziach i wiele bym się dowiedziała, gdybyś coś o sobie opowiedział. Byłoby milej. Rozumiesz, prawda?

– Daruj sobie tę tanią manipulację. Nie usłyszysz ode mnie nic, czego sam nie miałbym ochoty powiedzieć. Mam nadzieję, że to dla ciebie jasne?

– Tak, jasne. Wiem, że w porównaniu z tobą nie jestem ani mądra, ani inteligentna. Sama nie wiem, kim tak naprawdę jestem – wypowiadając te słowa, jej urodę przyćmił ponury blask smutku. Odbijał się na jej twarzy i był aż nadto zauważalny.

– Nie będę zaprzeczał. Nie rozumiem jedynie, czego ode mnie oczekujesz. Zaczynasz rozmawiać ze mną jak z przyjacielem, którym nigdy się dla ciebie nie stanę. Nie będę cię pocieszał, ocierał łez i mówił, że wszystko będzie dobrze. Wiesz o tym, prawda? – zapytał, zaciągając się i wlewając w siebie whisky.

– Tak, wiem, nieważne już. Nieważne. Chciałabym po prostu odciąć się na chwilę od tego wszystkiego. Zapomnieć o problemach. Nie wiem tylko jak, po prostu… – zamilkła.

– Dobrze, Kate. Uwolnię cię na chwilę od tego wszystkiego. Zaufaj mi – powiedział, podnosząc się.

– Gdzie idziesz?

– Czekaj tu na mnie.

Skierował się w stronę baru.

– Witaj, Korvinie, mam dla ciebie prezent. Powiedz mi tylko, gdzie znajdę Octaviana – wyszeptał, wpatrując się w oczy barmana.

– Masz dzisiaj szczęście, bracie. Jest tutaj. Chla po drugiej stronie lokalu z nowymi dziwkami, udając przy tym producenta filmowego. – Zaśmiał się.

– Dzięki. Nie zapomnę, że mi pomogłeś. Adios, my friendo – powiedział, po czym skierował się we wskazane miejsce.

Szedł, mijając zapitych ludzi. Ich twarze w blasku wątłych świec były jeszcze bardziej niewyraźne i nudne. Jeszcze bardziej odrażające i żałosne, niż gdyby chodzili teraz w świetle dnia. Stoliki były stare, drewniane, pamiętające czasy świetności, które minęły jakieś piętnaście lat temu wraz z upadkiem wielkich firm zatrudniających tych wszystkich pijaków. W oddali dostrzegł Octaviana, którego postawa, wygląd i sposób rozmowy, nie różniły się zbytnio od wszystkich tu obecnych typów. Podszedł do stolika i rzucił od niechcenia:

– Witaj, Octavian. Chcę to samo, co zawsze, tyle że dla dwojga.

– Victor, Victor, przyjacielu! – zawtórował z rubasznym uśmiechem przypominającym wyćwiczoną, tandetną mimikę rodem z filmów gangsterskich lat siedemdziesiątych. – Oczywiście, że ci pomogę. – Mrugnął porozumiewawczo. – Idziesz w tango? Nowa dziwka, przyjacielu?

– W sumie to tak, jest nikim więcej poza nową dziwką. – Zaśmiał się. – Daj mi to, co zawsze.

– Przyjacielu! – krzyknął. – Dam ci coś nowego, coś ekstra!

– Jak będę chciał czegoś nowego, to ci o tym powiem, Octavian. Daj to, co zawsze – powiedział lekko zdenerwowany.

– Dobrze, już dobrze. – Sięgnął do kieszeni, rozejrzał się wkoło, a następnie podał mu małą torebkę wypełnioną białym, delikatnie błyszczącym proszkiem.

– Dzięki. – Rzucił pieniądze i się wycofał.

– Jesteś… – powiedziała, kołysząc się nad szklanką whisky. – Gdzie byłeś? Ładnie to tak wstawać od stołu i zostawiać damę samą?

– Ładnie – szepnął. – Jeszcze mi za to podziękujesz. A teraz kończ, idziemy. Zabieram cię do siebie, moje mieszkanie lepiej się sprawdzi – oznajmił, patrząc na nią i jednocześnie zbierając z drewnianego stolika czerwone pudełko papierosów marlboro, srebrną benzynową zapalniczkę z ledwo widocznym grawerem i niedopitą butelkę. Poczuł w jej ustach zapach alkoholu, gdy zakładając na jej wątłe ramiona płaszcz, zbliżyli się do siebie na chwilę.

Było zimno, a śnieg zacinał ich twarze ostrymi płatkami. Szli, mijając bezdomnych, których w tej części miasta było wyjątkowo dużo. Wygłodniali i przerażeni tragedią swojego życia żebrali o kawałek chleba, a co ważniejsze o pieniądze, które dadzą im wódkę kojącą ból, strach, niespełnienie.

Co chwilę obchodzili wysokie jak mury więzienia stare kamienice, które niegdyś zamieszkiwali dostojnicy i inteligencja. Dzisiaj stały się melinami obwarowanymi przez ulicznych klaunów. Krajobraz był ponury i szary. Nie przykuwał uwagi.

– Daleko jeszcze? – Zimno dawało jej się we znaki znacznie bardziej niż opatulonemu, z kapturem na głowie mężczyźnie.

– Już prawie jesteśmy. Napij się – powiedział, odkręcił i podał jej butelkę.

– Dzięki. Kto by pomyślał, że jesteś taki opiekuńczy. – Uśmiechnęła się. – Jeszcze trochę takiego traktowania, a się w tobie zakocham.

– Miłość… – wyszeptał, puszczając jej słowa mimo uszu. – Jesteśmy na miejscu, panie przodem. – Ręką wskazał wejście.

Stojąc przed drzwiami mieszkania, wyciągnął klucze z wytartej torby, przekręcił zamek i popchnął lekko drzwi.

– Wchodź i rozgość się. Może nie jest tutaj tak przytulnie, jak u ciebie, ale to mój dom, mieszkam tu, żyję, czy to nie najlepsze miejsce, ażeby odkrywać sekrety mojego życia? – zapytał przyciszonym głosem.

– Tak, najlepsze. – Spojrzała figlarnie, odpinając guzik swojej czerwonej bluzki.

– Co robisz, Kate? – zapytał spokojnie.

– Gorąco tu, nie myśl, że odpinam ją z innego powodu – szepnęła w sposób najbardziej urokliwy, na jaki mogła sobie pozwolić. – Obiecałeś mi, że zapomnę o swoich demonach, Victor. Więc na co czekasz, wylecz mnie ze słabości.

– Dobrze, kotku, ale najpierw zdejmij bluzkę.

– Już. – Bez wahania odpięła pięć guzików, odsłaniając swoje piersi. W czarnym staniku, zdradzającym rozmiar miseczki C, wyglądała urokliwie i pociągająco.

– Dobrze, bardzo dobrze – powiedział – a teraz chcę, żebyś zdjęła spodnie. Powoli, masz to robić powoli.

Po słowach tych wstała i delikatnie odpięła guziki. Chwyciła za szlufki i ściągnęła je. Mimowolnie opadały, ocierając się po aksamitnie gładkich pośladkach i udach.

– Bardzo dobrze, a teraz siadaj – rzekł bez uczucia.

– Jak to, myślałam że… – wyjąknęła.

– Że co? – przerwał jej nagle. – Siadaj! – rozkazał.

– Dobrze, jak chcesz. – Usiadła naprzeciwko, rozchylając uda tak, że było widać jej koronkowe czerwone stringi z matowego materiału. – I co teraz, co mam zrobić teraz? – zapytała podenerwowana.

– Teraz będziemy rozmawiać. – Uśmiechnął się. – O twoich demonach. Zacznij, opowiedz mi o nich.

– Nie ma o czym rozmawiać tak naprawdę. Przepraszam cię, ale straciłam ochotę na zwierzanie. Chcę tylko, żebyś mnie zerżnął. Działasz na kobiety jak magnes i nie wiedzieć czemu na mnie też.

– Może dlatego, że jesteś kobietą, kochanie?

– Może dlatego… – Westchnęła. – To jak będzie, mogę na ciebie liczyć? Czy nie podołasz swojej roli?

– Możesz na mnie liczyć – szepnął – ale najpierw wybierzemy się w najdalszą z możliwych podróży – mówiąc to, sięgnął do kieszeni swoich ciemnych dżinsów i wyjął torebkę otrzymaną od Octaviana. – Zobaczymy, co nam ta podróż przyniesie.

– Co to jest Victor? Chyba nie to, o czym myślę? – powiedziała przestraszona.

– To zawsze jest to, o czym się myśli. – Otworzył saszetkę. Podniósł się i skierował w stronę kuchennego blatu.

– Bo wiesz, człowiek z natury jest przekorny. Z jednej strony chce zaznać odkupienia, a z drugiej boi się o nie zabiegać. – Odetchnął głęboko. – Z jednej pragnie zbawienia, a z drugiej boi się podejść do bram Królestwa Niebieskiego. Tak to już jest. Z tobą też. Chcesz odpłynąć, zapomnieć, a boisz się wsiąść na łódź w obawie, że zatonie.

– Nie boję się – szepnęła prowokująco.

– Udowodnij – powiedział, niosąc w ręku małą srebrną łyżkę.

– Co to jest? – zapytała.

– Heroina – odpowiedział, sięgając do kieszeni. Po chwili wyciągnął tę samą srebrną zapalniczkę, której używał do odpalania papierosów. – Wsiadasz do łodzi czy pozostajesz na bezpiecznym lądzie, Kate? – W jego oczach pojawił się błysk.

– Wsiadam – powiedziała drżącym głosem. Trudno stwierdzić, czy z podniecenia, czy ze strachu.

Uśmiechnął się i nasypał proszek na łyżkę. Heroina wydawała się niczym płatki śniegu w szalejącej za oknem wichurze. Czysta, delikatnie topiąca się w żarze ognia, który po chwili sprawiał, że pozostała z tych płatków jedynie niesprecyzowana substancja bez formy. Wstał, przyglądając się kobiecie. Podszedł po chwili do blatu i wyciągnął spod niego dwie jednorazowe strzykawki zapakowane w białe, sterylne folie, będące współczesnym gwarantem bezpieczeństwa. Ostrożnie rozpakował je i usiadł obok dziewczyny. Zaczął nabierać w nie heroiniczny dar Boga, jak zwykł ją nazywać. Gdy strzykawki były pełne, zwrócił się do kobiety. Jak zahipnotyzowana przypatrywała się temu, co robi.

– To co? Ty pierwsza. Panie przodem. – Kąciki jego ust wykrzywiły się w nieznacznym podnieceniu.

– Dobrze. – Wzięła strzykawkę, przez chwilę zastanawiając się, jak jej użyć.

– Daj, pomogę ci, jestem przecież lekarzem.

– Masz. – Podała strzykawkę, prostując przy tym swoje wiotkie ramię. – Tylko delikatnie.

– Spokojnie, nic nie poczujesz – powiedział w chwili, w której wbił jej igłę. Sprawił, że przezroczysty płyn na krótką chwilę stał się mętnie czerwony. Nacisnął tłok i było po wszystkim. Kate odpłynęła w świat swoich wyobrażeń. Delikatnie położyła swoje ciało na podłodze. Victor wstał, spojrzał na nią i uśmiechnął się do siebie. Następnie sam wstrzyknął sobie działkę i opadł bezwiednie w ciszy spokojnego mieszkania.

 

NARKOTYCZNY SEN

Postać kobiety majaczyła się teraz przed jego oczami. Niewyraźna, wątła, nierealnie patrząca. Jej oczy pełne były uczucia i bólu, który czuł za każdym razem, gdy w nie spojrzał. Czerwona sukienka jakby we krwi, przekrwione oczy tak, jakby we łzach. Patrzył na nią z niedowierzaniem. Zniknęła w sekundzie, w której się pojawiła, pozostawiając przestrzenie w niedosycie, tęsknocie.

 

WIZJA

Rozgoryczenie i złość czuję za każdym razem. Czuję, że nie chcesz mnie widzieć, że słyszysz, ale jesteś niemy. Ojcze, który mnie kochasz i który surowy jesteś. Wygoniłeś mnie z raju! Przyjacielu! I nie mogę już wejść. Okucia drzwi okropnie są ciężkie. Jestem silny, a bezsilny. Wielki, a mały. W twoich oczach niebieskozielonych. Wyrafinowanych. Sam spadam w szczelinę, która do piekła mnie wciągnie. Tam szatan z uśmiechem powita mnie gromnie. Jak nigdy ty nie potrafiłeś. Jak on, demoniczny potwór. Choć demoniczny to mówi do mnie. Ty słyszysz, jak syczy w muzyce wytwornej? Słyszysz, jak jęczy, skamle i prosi? Oddam mu wszystko! Bo nie znasz litości. Niemy starcze. Proroku, głupcze.

 

PAN RAJU / PAN PIEKŁA

– Witaj, rycerzu, co swoje oblicze w zbroję ciemną odziewa. Ukryć je chcesz? Sprawić, byś na tle czerni, którą powodujesz, był niewidzialny dla ludzkich oczu? Nie ukryjesz się, wężu. Jesteś doprawdy piękny, zewnętrznie. Ludzki ideał, a boska skaza. Pamiętasz ten czas, kiedy skusiłeś Adama w ogrodzie? Wśród drzew jabłoni, tego, który nie był wstydem odziany? Wtedy wystąpiłeś przed szereg aniołów. Moich posłańców. Dałem wam siłę i moc tworzenia, a ty niszczyć się nauczyłeś. Zakochałeś się w tornadzie płaczu, powodzi łez, w cierpieniu. Dlaczego to zrobiłeś, kochany aniele? Dlaczego?

– Nie wiesz, kłamliwy władco? Władco słabeuszy i sierot? Myślałem do teraz, że wiesz wszystko. A jednak jesteś ograniczony. Jak to dziecko, w które się zamieniłeś, jak człowiek. Ha, ha! To może ty człowiekiem jesteś?

– To, co ludzkie wydaje ci się takim złem, rycerzu?

– A co w tym dobrego? Pięknego?

– Możliwość, wolna wola, ludzkie emocje. Nie da się ich pojąć tak do końca, nigdy tak zupełnie. To nie jest piękne?

– Jest, dzięki wolnej woli ludzie budują moje legiony. Pomaszeruję tryumfalnie do bram Królestwa już wkrótce, zobaczysz trójząb, błyskawice, skrzydła. Opętane dusze ludzi. Zobaczysz koszmar, to czego nie chcesz widzieć.

– Uważasz, aniele upadły, że armia twoja moją zwycięży? Że pokona armię dobra, armię pierwotną?

– Tak. Zobaczysz na niebie, które tak kochasz, gromy, ogień, krew, nagość, egzemy. Zobaczysz i zatrwożysz się w swoim przekonaniu, że ludzkość zawsze będzie służyła tobie. Jest ktoś, kto poprowadzi armię zniszczenia, wiesz, o kim mówię, stwórco?

– Victor. Upadły anioł. Bóg Śmierci, Beliar. Twój poplecznik. On pierwszy poparł cię kiedyś, on poprze cię teraz. Tak uważasz?

– Bez wątpienia. – Pokłonił się szyderczo.

– Victor nie jest już taki, jak kiedyś. Od setek lat, we wszystkich wymiarach bytności jest człowiekiem. I jest bardziej ludzki, niż kiedykolwiek byłeś ty, aniele.

– Bardzo pewny jesteś tego, zbyt pewny.

– Ponownie chcesz go kusić, diable? Niszczyć od środka? Namawiać do zła? On jest już inny. Potrafi kochać, choć także zabić. Potrafi pomóc, choć z drugiej strony zranić. Ale właśnie to czyni go człowiekiem. Zróżnicowanie. Wypośrodkowanie. Możliwość powodowania dobra i zła.

– Jesteś tak jego pewny, władco. Zagrajmy o niego. Wystawmy na próby i doświadczenia, których normalny człowiek nie zniesie. Zniszczmy od środka, wypalmy trzewia. Przekonamy się, kto wygra ostateczną walkę. Przekonajmy się, czy podejdę do tych bram niebieskich. I nadzieje twoje spróchniałe, konwencjonalne ciało na róg obfitości. Przekonajmy się!

– Proszę, zaczynaj. Ale pamiętaj. On nie jest twój, ty nawet nie należysz do siebie. Należysz do niepohamowanych żądz. Jesteś opętany. Ale opętaniem nie możesz zarazić każdego.

 

Opętał mnie sam szatan

Opętał grubym sznurem

Wyrwać chcę się pilnie

Choć sznur ten mnie sznuruje

Mocno, mocno, mocniej

Aż tak on mnie opętlił

Aż tak opętał ciało

Że dusza też jest w pętli

I nic już nie poradzę

Do Boga zwracam oczy

Może on mnie oswobodzi

Ze sznura ciemnej mocy