Epizody z życia mojej mamy - Iwona Żytkowiak - ebook + audiobook

Epizody z życia mojej mamy ebook i audiobook

Iwona Żytkowiak

3,8

Opis

12 historii, 12 portretów, jeden motyw – mama. Opowieści snuje syn, ale dziecięco-naiwna perspektywa miesza się tu z dorosłym widzeniem świata i wiedzą o matce i ludzkich relacjach. Podglądamy zwyczajną codzienność matki. Zaglądamy też w duszę kobiety. Epizody z życia mojej mamy to także przypadki z życia zwyczajnej polskiej rodziny, w której miłość przeplata się z rozczarowaniem, nadzieja ze znużeniem, odświętność z codziennym zmaganiem. Jest smutno, ale jest też śmiesznie. A czasem jest na niby. Jak w każdej rodzinie.
Iwona Żytkowiak nie wymyśla niestworzonych historii. Pisze o tym, co się zdarza – być może w Twojej rodzinie, za ścianą lub po drugiej stronie ulicy. Nie wyciska łez, nie epatuje nieszczęściem, nie tworzy iluzji niebiańskich uniesień, lecz budzi emocje, bo dotyka spraw ważnych – dla bohaterów i dla czytelników.
W tej książce można zatonąć…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 219

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 5 min

Lektor: Konrad Biel

Oceny
3,8 (5 ocen)
1
2
2
0
0

Popularność




Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej książki nie może być reprodukowana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób bez pisemnej zgody wydawcy.

Projekt okładki i stron tytułowych

Ilona Gostyńska-Rymkiewicz

Redakcja

Anna Płaskoń-Sokołowska

Zdjęcia na okładce

© zakalinka | stock.adobe.com

© Юлия Усикова | stock.adobe.com

Redakcja techniczna, skład, łamanie oraz przygotowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Barbara Kaszubowska

Niniejsza powieść to fikcja literacka. Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń rzeczywistych jest w tej książce niezamierzone i przypadkowe.

Wydanie I, Katowice 2020

Wydawnictwo Szara Godzina s.c.

[email protected]

www.szaragodzina.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: LIBER SA

ul. Kabaretowa 21, 01-942 Warszawa

tel. 22 663 98 13, fax 22 663 98 12

www.liber.pl

© Copyright by Wydawnictwo Szara Godzina s.c., 2020

ISBN 978-83-66573-47-5

Moim Najbliższym i Przyjaciołom

Jak komiczny jest los i jak niestosownie jest traktować go nazbyt poważnie.

Oriana Fallaci

Każdy z  nas rodzi się z  jaja, w  którym połączyły się chromosomy ojca i  matki. A  więc jeśli zmienia się ojciec lub matka, zmienia się jedność chromosomów i  na świat nie przychodzi człowiek, który mógłby się był narodzić. Na  jego miejsce rodzi się ktoś inny i  potomstwo, które się z  niego wywodzi, różni się od potomstwa, które narodzić się mogło.

Oriana Fallaci

Coś, co się wydarza, a  nie zostaje opowiedziane, przestaje istnieć i  umiera.

Olga Tokarczuk, wykład sztokholmski

Epizod pierwszy. O niechcianej ciąży i dziecku

MAMA była już po czterdziestce, kiedy się urodziłem. Nie planowała mnie. Zresztą żadnego z nas nie planowała. A było nas pięcioro: ja, Antek, Elka, Krzysiek i… Lucek, ale on był mały i słaby. I był wcześniakiem. Od samego początku źle rokował. Żył ledwie kilka godzin, a i to zamknięty w inkubatorze, oplątany siecią rurek, żyłek, które łączyły go ze skomplikowaną maszynerią medyczną, świecącą i pikającą, jakby na złość nasuwającą skojarzenia z automatami do gry, w których gracz musi przejść kolejny level, by zachować życie. Niewiele ponad kilogramowemu Luckowi się nie udało – po tych kilku godzinach urządzenia przestały pikać i świecić, a położna stanęła w drzwiach szpitalnej sali, na której leżała wymęczona porodem mama. Wzruszyła ramionami i nawet nie musiała nic mówić, bo mama już wiedziała. Wszystko wyczuło jej matczyne serce.

Rzadko się o nim, czyli o Lucku, mówiło w domu, chyba tylko przy okazji oglądania albumów ze zdjęciami, na których zresztą nie widniał, co było raczej zrozumiałe. Była na nich natomiast mama. Z czubatym brzuchem pod umarszczoną na piersiach sukienką. I to po tych sukienkach poznawała, kto akurat był w jej brzuchu. Z Antkiem miała granatową, bistorową tunikę w pawie oka; na zdjęciu szła uśmiechnięta od ucha do ucha po mieście w okolicach kina Stolica. Kina już dawno nie ma, bo na jego miejscu wybudowali market. Nie ma już niskiego budynku z dumnie zawieszonym na szczycie neonowym napisem „Stolica”, z gablotami, za którymi wisiał repertuar seansów na siedemnastą i dziewiętnastą, a w niedzielę – poranków o jedenastej. Za to jest ciągnący się niemal przez całą szerokość między przecznicami Kozią i Odrzańską paskudny barak kolejnego dyskontu, fingowany na nowoczesną modłę. Ale mama szła wtedy, kiedy jeszcze było kino. I betonowy murek, i paskudne klomby z begoniami i aksamitkami, podeptane i poniszczone, bo sobie ludzie drogę skracali, kiedy chcieli iść do kina albo do księgarni, która mieściła się tuż obok bocznego wejścia ze ścianą szklanych drzwi, za którymi widać było kinowy hol, wielkie oleandry, rzędy drewnianych krzeseł i kontuar zawsze nieczynnego baru. Ten murek to był najlepszy w całej okolicy. Pierwszego maja siadali na nim mieszkańcy miasta. Mężczyźni podkładali pod tyłek chusteczki, a kobiety – torebki. A w inne dni skakało się po tym murku. Wskok – zeskok, wskok – zeskok. I tak przez całą długość aż do schodów, które były na końcu przykinowego placu.

Kiedy mama zaszła w ciążę z Elką, była chuda jak patyk i mieściła się prawie we wszystkie spodnie, tylko pod koniec zamiast guzika w pasie wstawiła sobie szeroką gumę. A do tych spodni nosiła luźną bluzkę (w egzotyczne wzory, udające azteckie lub jakieś inne kolorowe), trochę dłuższą, taką za tyłek, co się chyba tunika nazywa. Z Krzyśkiem przechodziła zimę, więc wiele jej nie było potrzebne, bo i tak prawie nie wychodziła z domu – opędziła tę ciążę szerokimi swetrami i getrami. Babcia Wandzia fukała na mamę, że kto to widział tak byle jak ubierać się w ciąży, że potem przejdzie na dzieciaka i też będzie taki niedbaluch. Ale mama nic sobie z tego nie robiła i żartowała tylko, że to taka forma oszczędzania; na lato buty, a na zimę dziecko. Na co babcia wzdrygała się gniewnie, bo wcale jej się nie podobało, że mama rodzi tyle dzieci, a nie – jak Bóg przykazał – sztandarową dwójeczkę, i to najlepiej starszego chłopca i młodszą dziewczynkę.

Ze mną też mama niewiele miała kłopotu, jeśli chodzi o ciążową garderobę, bo ponoć wciąż straszyłam, że albo się nie urodzę, albo urodzę się za wcześnie, dlatego lekarz, który z miną lekko zniesmaczoną orzekł, że brak okresu u mamy to nie skutek menopauzy, a wręcz przeciwnie – mama kwitnie, rozwija się, ROZMNAŻA, postanowił w ramach ochrony życia poczętego przetrzymać ją w szpitalu. Z krótkimi okresami przepustek, podczas których i tak żadne stroje nie były jej potrzebne, bo mogła tylko leżeć. W pościeli albo i nie.

A właśnie po Lucku zostało zdjęcie mamy w zielonej sukience. To była taka zieleń, jaka pojawia się w folderach biur turystycznych reklamujących białe plaże i szmaragdowe morza egzotycznych Malediwów czy Wysp Zielonego Przylądka, o których zawsze marzyła, bo tam urodziła się jej ukochana Cesária Évora.

– Ale ładna była ta princeska! – mówiła z rozrzewnieniem za każdym razem, kiedy brała do ręki to zdjęcie. Gładziła sterczący na fotografii brzuch i na chwilę jakby smutniała. Zaraz jednak odzyskiwała rezon i dodawała, głośno wypuszczając powietrze: – Cóż, było, minęło. Ale sukienka naprawdę była bardzo ładna. Materiał miękki, z kaszmirem!

*

Ale ze mną nic nie minęło. Inna sprawa, że ta ciąża to od początku była jej nie na rękę. Miała już swoje lata. I w końcu zamierzała żyć, robić karierę, realizować się. Snuła plany na przyszłość: czego to nie zrobi, dokąd to nie pojedzie.

– Nie martw się na zapas – uspokajał ojciec, delikatnie gładząc mamę po plecach, kiedy z rozdrażnieniem szeptała:

– Cholera jasna… Nie mam okresu. Już ponad tydzień mi się spóźnia. A mówiłam, żebyś uważał…

Posyłała mu przy tym serię swoich morderczych spojrzeń, pod którymi kulił się jak zbity pies.

– To na pewno klimakterium. Wszystkie kobiety tak mają. Najpierw tygodniami ciągnie im się okres, a potem miesiącami go nie mają – starał się ją udobruchać, ale mama była tykającą bombą z zawleczką wiszącą na cienkim włosku.

– Daj spokój! – fukała, gromiąc ojca wzrokiem. – Ginekolog się znalazł od siedmiu boleści! Głupia nie jestem, odróżnię ciążę od czegoś innego…

A potem stawała przy lustrze. En face, bokiem lewym, bokiem prawym. Kręciła się jak baletnica na pozytywce, oceniając swoją sylwetkę. Przybliżała twarz do szklanej tafli, tak że na jej powierzchni tworzyła się mglista plamka, i zaglądała sobie w oczy, szukając głęboko za tęczówką wyjaśnienia swoich wątpliwości. Wieczorem oglądała piersi, przekonana, że brodawki zbrązowiały i stały się bardziej tkliwe.

Ojciec jakoś szczególnie się tym wszystkim nie przejmował. W duchu powtarzał sobie, że może i mama ma rację, chociaż ta różnica między klimakterium a ciążą to chyba tylko w tym leży, że przy pierwszym nie ma dzieciaka, bo poza tym i humory, i nerwy, i czepianki, i zachcianki, ale już więcej się nie odzywał.

Pewnego dnia jednak stwierdził, że istotnie coś się w mamie zmieniło. I głowy by nie dał, ale to „coś” widział u niej za każdym razem, kiedy spodziewali się dziecka. Mama zawsze miała wtedy jakąś dziwną jasność na twarzy, w spojrzeniu. Kiedy więc następny raz miotała ogień, panikując, że okres nadal nie przychodzi, ojciec, nie patrząc jej w oczy, w obawie, by jak bazyliszek nie zabiła go wzrokiem, stwierdził:

– A nawet jeśli? Nic nie zrobisz. – I rozłożył ramiona w geście bezradności, ale z taką lekkością i niefrasobliwością, jakby chodziło o coś absolutnie banalnego, a nie o rosnący brzuch i wielkie, wylewające się z biustonosza piersi, z których pod koniec ciąży sączyła się siara.

I istotnie – mama nic nie zrobiła. Nosiła tę ciążę godnie i z wielką troskliwością, choć bez szczególnego entuzjazmu.

*

Kiedyś wpadł mi w ręce jej list. Z tamtego okresu. Widziałem niedbale skreśloną datę. Pismo nierówne. Do kogo pisała? Do ojca? Do Boga? Dziwny był to list. I z pewnością nie powinienem był go czytać, tym bardziej że napisała go w kalendarzu. Wpatrywałem się w datę na kartce, ale była zupełnie inna niż ta, którą umieściła w narożniku. Tam był dwunasty maja, a kartka wskazywała piąty lipca. Nic mi tu nie grało, więc machnąłem ręką na te daty. Czego szukałem w tym starym kalendarzu leżącym spokojnie pośród innych, zarówno starszych, jak i młodszych, zielonego pojęcia nie mam. Po prostu dzień wcześniej mama wzięła się za porządkowanie domowego archiwum, bo jak stwierdziła – obrosła niepotrzebnymi sprzętami i rzeczami. Wyrzuciła mnóstwo pierdół, część kazała ojcu wynieść do piwnicy, mimo że protestował, bo piwnica pękała już w szwach od niepotrzebnych rzeczy. Ale karton ze starymi kalendarzami stał i czekał na swoje miejsce, bo mamie trochę szkoda było wyrzucać.

– Tyle tam różnych intymnych zapisków – powiedziała, wertując jeden z kajetów. – Eee, niech jeszcze poleżą. Jeść nie wołają.

I kiedy tak stał ten karton po butach, wypełniony po brzegi kalendarzami w kolorowych okładkach: z tłoczeniami, okuciami, z wieżą Eiffla, kwiatami, podkusiło mnie i sięgnąłem po pierwszy lepszy. Niepozorny w zielonej skóropodobnej okładce. I przeczytałem.

*

Mama pisała, jakby nie była dorosłą kobietą, która stawia wyzwanie wszystkiemu, co się jej w życiu napatoczy, ale zalęknioną księżniczką o plastikowej twarzy, delikatną i płochą. Pisała, że się boi i że jej życie nigdy nie było spokojne ani stabilne, a teraz na domiar jeszcze stacza się po równi pochyłej w jakąś czarną dziurę. Wczytywałem się w ten list, ale nie miałem pojęcia, o co jej chodzi. Pisała jeszcze, że znowu ma mieć dziecko – i tu chyba chodziło jej o to, że ma mieć mnie. I dalej pisała, że nie zrobi niczego złego ani wbrew temu dziecku – czyli mnie – ani wbrew owemu „niemu”, do którego pisała. I jeszcze pisała, że ma czterdzieści lat i że całe życie to nic wartościowego nie zrobiła, tylko rodzi dziecko za dzieckiem, jakby była jakąś rozpłodową samicą, a nie kobietą, która zna swoją wartość i nie ma zamiaru wszystkich lat poświęcać na pieluchy. I przeczytałem, że jej świat się jeszcze bardziej skomplikował, a los zgotował jej taką niespodziankę. Dalej użalała się nad swoim losem tak dramatycznie, że zerknąłem na okładkę kalendarza i przewróciłem na pierwszą stronę, by się upewnić, czy to na pewno jej kalendarz. Pomyślałem sobie, że nie znam takiej mamy. Takiej udręczonej i nieszczęśliwej. Wpatrywałem się w tłoczony na okładce rok. I nagle doszło do mnie, że ten jej list – pełen strachu i wątpliwości, taki dziwny, jakby pisany do gazety, by się pochwalić, jak to ładnie potrafi składać zdania i grać na uczuciach – istotnie dotyczy mnie! Wlepiałem oczy w malutkie litery i zacząłem czytać ponownie – z rosnącym zaciekawieniem. Wers za wersem budził we mnie coraz to większe przerażenie. I robiłem się coraz bardziej smutny. Tak! Smutny. Dokładnie tak czułem.

„(…) Nie chcę już płakać, nie chcę nie spać, nie chcę się bać. Czy to wiele? Nie mogę wciąż iść pod górę. Ty wiesz, że nie jestem bez skazy, wiesz też, że chciałam, by moje życie było piękne i dobre. Zawsze byli w nim mój mąż, dzieci, Ty, mama i Ty”.

Byłem zdumiony, bo pisała o Bogu, choć przecież na co dzień nie widziałem, żeby się modliła, a i do kościoła chodziliśmy od przypadku do przypadku i zawsze na Boże Ciało.

– Lubię Boże Ciało – mówiła, strojąc się przed lustrem. Ubrana elegancko. W szpilkach. Wymalowana. Ale nie tak wyzywająco. Przekrzywiała głowę, raz w jedną, raz w drugą stronę, jakby sprawdzała, czy z obydwu wygląda równie efektownie. – Prawie zawsze jest ciepło. Ulice są tak szczodrze ubarwione kwiatami i kolorowymi strojami kobiet. I te chorągwie, te sztandary! – A potem zwracała się do taty nieco kokieteryjnie: – I co? Mogę tak iść?

A on patrzył na nią z zachwytem. Oczy mu błyszczały, czoło unosiło się wysoko w wyrazie zdumienia, ale nie werbalizował swojego oczarowania. Co to, to nie! Bąkał tylko, przecierając dłonią twarz, jakby chciał zmazać z niej ów wyraz zachwytu:

– Noo. Dobrze wyglądasz.

W pewnym miejscu litery były nie do odczytania. Jakby nieco się rozmyły. Może kapnęła jej herbata? I nagle znów coś do mnie dotarło – to mogły być łzy! Mama po prostu pisała i płakała! Poczułem, jak ogromna żałość dławi mnie w piersi. Nie znosiłem, jak mama płacze, a teraz ją sobie wyobraziłem. Z czerwonymi oczami i mokrym nosem, który wycierała rękawem bluzki jak wówczas, kiedy umarł dziadek Lolek. Najgorsze jednak w tym czytaniu maminego listu miałem dopiero przed sobą.

Mama pisała: „(…) Jeśli już mam mieć to dziecko, to proszę Cię, żeby to była dziewczynka (…)”. Nie miałem pojęcia, co o tym myśleć. Wyobrażałem sobie jej wielkie rozczarowanie, kiedy po porodzie okazało się, że to jestem ja, a nie jakaś dziewczynka z kręconymi blond włoskami i niebieskimi oczami, taka, jakie ogląda się w reklamach pampersów. I na nic były słowa lekarki, która niczym sędzia na wystawie kynologicznej oglądała mnie ze wszystkich stron, obmierzała, sprawdzała te wszystkie reakcje, kolor skóry, napięcie mięśni, osłuchiwała, by wreszcie głosem pełnym satysfakcji oznajmić, że mam dziesięć punktów w skali Apgar. A potem jeszcze, zawieszając na szyi stetoskop jak wielki srebrny wisior, dodała:

– No, wie pani… – Chwilę jeszcze się zastanawiała, jakby chciała dać mamie czas na dokładne przyjęcie tego, co ma do powiedzenia, lub jakby sama zbroiła się na wypadek ciężkiego uderzenia. – W tym wieku rodzą się albo geniusze, albo debilki. Sama pani wie, że po czterdziestce to już nie pora na rodzenie. – Na koniec rzuciła okiem na moje pomarszczone ciało, jeszcze nieco umazane mazią płodową, jakby chciała się upewnić, że jej diagnoza jest słuszna. – Na debilka to on nie wygląda. A giii, giii – zaszczebiotała sztucznie, przebierając palcami przy mojej twarzy.

Mama, umęczona po porodzie, ale szczęśliwa, że już ma to za sobą, odparła, nieco zniesmaczona tym debilkiem, że na objawienie geniusza to zaczeka.

W duchu postanowiłem zrobić wszystko, by nie czuła zawodu.

Epizod drugi. O zielonych oczach

MAMA uwielbiała wieczory. Najpierw ogarniała cały dom. Po wszystkich sprzątaniach, praniach, po rozliczeniu każdego z całego dnia, po kolacjach, lekcjach szykowała sobie ubrania na nazajutrz, potem taplała się w łazience, a w końcu szła do sypialni, skąd po chwili wołała mnie do siebie. W gruncie rzeczy od pewnej godziny podświadomie czekałem, kiedy opatulona kołdrą po czubek nosa zakrzyknie przez cały dom:

– Ksaweeery! Ksawcio!

Ksawi! Ksaw! Ksawek! Ksawery – tak mam na imię! Swoją drogą rodzice od początku udziwnili moją obecność na tym świecie. Bo kto daje tak na imię – Ksawery! I tak dobrze, że nie przez jakieś „x” czy „v”. Xavier… Bo na przykład jeden mój kolega miał na imię Rajan, inny Brajan, a już na śmierć nie cierpiałem Natana Orzecha. Także pośród wszystkich Rajanów, Brajanów, Olivierów, Dżesik, Wanesek i Kasandr z moim Ksawery Franciszek, choć cokolwiek trąciło myszką i było pretensjonalne, dało się żyć. Jedyne, czego nie cierpiałem, to tych infantylnych zmiękczeń: Ksawciu, Ksawi. Mama w ogóle miała dziwną tendencję do zdrabniania wszystkiego. Nie było więc Amelii, ale Melusia, zamiast Elki – Elutka, a do tego wszystkie te szklaneczki, kawusie, zeszyciki, firaneczki. Jakby wciąż czuła się mała w tym wielkim świecie i musiała pomniejszać wszystko wokół siebie.

– Ksawi! No chodź prędziutko, chodź, chodź!

Było w jej głosie coś udawanego, jakaś źle odegrana infantylność. Ale to nic. Dla mnie był to sygnał. Przerywałem grę na kompie, chociaż akurat grałem w Lola mecz rankingowy i miałem wejść do nowej dywizji. Nie było dla mnie ważne to, że moi sojusznicy powieszą na mnie zdechłe psy, bo swoim odejściem spartolę im grę. Po prostu zrywałem się z miejsca i szedłem do niej. Sadziłem długie kroki i kiepsko udając tajemniczego Don Pedra, wsuwałem się cichaczem pod zimną satynową kołdrę upstrzoną jakimiś pastelowymi bohomazami.

*

Leżeliśmy w sypialni, którą mama urządziła z wielkim smakiem. Ja i ona. Lubiłem tak leżeć obok niej. Wtedy już nie miała żadnej wymówki, by ze mą pogadać. Wszystkie inne sprawy zostały za drzwiami sypialni. Pokój wypełniał słodki zapach balsamów i olejków. Nigdy nie przestało mnie zadziwiać to, po co wklepywała w siebie wszystkie te mazidła, po których cała lśniła, jakby była owinięta błyszczącą folią. Strach było jej dotknąć – choćby przypadkiem, nie mówiąc już o przytuleniu, bo człowiek mógłby się przykleić jak mucha do paska z lepem. Taki pasek wisiał kiedyś u babci Wandzi i dziadka Lolka w kuchni nad oknem. Patrzyłem raz z obrzydzeniem, a czasem z przerażeniem na przyklejone odwłoki much, które dramatycznie bzyczały i poruszały przezroczystymi skrzydełkami w nadziei, że ktoś im pomoże. Ale nikt im nie pomagał, przeciwnie – dziadek z satysfakcją obserwował, jak brzęczenie cichnie, a trupy much wysychają na ohydnym lepie. A niech mają za swoje, za siadanie na chlebie z masłem i pomidorem. Za spacery po rancie kubka. Za bezczelne igranie na nosie. Za cwane ucieczki między rozcapierzonymi palcami.

Mama rozcierała resztki kosmetyków na dłoniach.

Wszystko w jej sypialni było spektakularne. Wielkie łoże dwa na dwa dwadzieścia, szafki nocne, na szafkach lampki jak witraże w naszym kościele, w których światło rozszczepiało się i rozsyłało po pokoju migotliwe błyski i o których mówiła, pękając z dumy, że to lampy Tiffany’ego. Wprawdzie z samym Tiffanym miały tyle wspólnego, co żaba z królewiczem, ale były naprawdę ładne. Były tu też wielkie puchate poduchy, zakupione w jakimś dizajnerskim sklepie, ułożone względem siebie perfekcyjnie – jedna w jedną. I ławeczka przylegająca do łóżka, taka jak w pańskich komnatach, z ozdobnie wywijanymi podłokietnikami, obita pluszem w kolorze gorzkiej czekolady. Mama siadała na niej, zakładając pończochy, i utyskiwała, że ma coraz krótsze ręce, bo nie sięga nimi do stóp, dlatego musi pończochy zakładać na dwa razy, a nasapie się przy tym jak miech kowalski. Nie miałem pojęcia, co to jest miech, chyba że chodziło o taki z akordeonu dziadka Lolka, na którym pogrywał rosyjskie ballady i kazaczoki. Rozciągał miech weltmeistra na szerokość ramion, a ten wyrzucał z siebie takie właśnie sapanie.

Mama była niezmiernie dumna z tej sypialni, szczególnie że urządziła ją prawie sama, jedynie z niewielkim wkładem finansowym ojca. Wszystkie pieniądze za jakąś jubileuszową nagrodę przeznaczyła na ten cel.

– No, no, kochana! Toście sobie sprawili sypialnię jak u Carringtonów! – wykrzykiwała sąsiadka z naprzeciwka, która zawsze, ale to zawsze niby przypadkiem, niby po sól zjawiała się w drzwiach naszego mieszkania, ilekroć mama poczyniła w nim jakieś zmiany. Niechby tylko zawiesiła w oknie nowe firanki. Pani Chiziakowa wchodziła ostrożnie jak po kruchym lodzie lub grząskim bagnie, kiedy to człowiek sprawdza, ile jeszcze może się posunąć do przodu, i rozglądała się wokół, jakby była w jakiejś galerii malarskiej i podziwiała freski, obrazy czy rzeźby. A potem to już była tylko kwestia czasu, kiedy u sąsiadki pojawiały się podobne rzeczy.

*

Tata siedział wbity w fotel w drugim pokoju i oglądał TVN24. A my leżeliśmy w łóżku.

– Za duży jesteś już chyba, by tak leżeć ze mą w łóżku – mówiła mama, siląc się, by zabrzmiało to poważnie.

Gdy udawałem, że nie usłyszałem tej uwagi, przesuwała się lekko, by zrobić mi miejsce obok siebie. Starałem się jednak nie być zbyt blisko, by przypadkiem nie dotknąć jej oślizłego ciała. A tak w ogóle to wcale nie byłem za duży. W rodzinnych przekazach krążyły plotki, że Antek trzy i pół roku ciągnął cycka, a spał z rodzicami do dziesiątego roku życia, chociaż wtedy byli już na świecie i Elka, i Krzysiek. I wówczas rodzice wcale nie mieli takiego królewskiego łoża, tylko zwykły rozkładany tapczan, który tata wystał w kilkudniowej kolejce, chociaż akurat był listopad i całe dnie i noce lało jak z cebra.

Mama obracała się w moją stronę, na moment zawieszała wzrok na mnie, a potem leżeliśmy na wznak jak placki. Ja i ona. Jak zastygnięte pompejańskie postaci. Patrzyliśmy na sufit, na którym mama nagle dostrzegła kołyszącą się pajęczą nić. Cienką, ledwie widoczną.

– O, jasna pogoda! Pajęczyna! No przecież cały dom był sprzątany na tip-top! – wołała tonem pełnym oburzenia.

– Babcia Wandzia mówi, że szczęśliwy dom, gdzie pająki są – próbowałem zbagatelizować ten fakt.

– Tak to mogą mówić babcia Wandzia i inni, którzy potrafią sobie wszystko wytłumaczyć. Jak twój ojciec – dodawała, ale oburzenie traciło już impet i zostawiała w spokoju pajęczą nić, zwłaszcza że samego pająka nie było w zasięgu wzroku.

*

Swoją drogą to aż dziw, że dojrzała ją, tę pajęczynę. Była bez okularów, leżały złożone na stercie książek zajmujących niemal całą szafkę nocną. Od zawsze nosiła okulary i mało co bez nich widziała. Niekiedy, zwłaszcza wtedy gdy byłem mały, droczyłem się z nią i zdejmowałem jej je z nosa, pytając:

– Widzisz mnie? Widzisz?

Denerwowała się śmiesznie, a chcąc je odebrać, młóciła rękami powietrze i z udawanym przerażeniem mówiła, że bez okularów nic nie widzi. Machałem więc przed jej twarzą rękami, stroiłem miny, a mama wykrzykiwała:

– Nic nie widzę, nie widzę! – I dalej trzepała w powietrzu rękami.

Oddawałem jej szybko okulary i zasypywałem ją pytaniami:

– Naprawdę nic nie widzisz? Nic a nic? Jesteś ślepa jak kura?

Ta kura to się wzięła od babci Wandy, która wołała na dziadka: „Lolek, jak chcesz, bym ci zaszyła te portki, to podaj mi okulary, bo jestem ślepa jak kura!”.

– No przecież, że nie, głuptasie! – śmiała się mama i już nie było w niej żadnej złości. – Tylko jesteś rozmazany, jakby ktoś na rysunek wylał farby i kształty się zatarły.

– To znaczy, że to mógłbym być ja albo ktoś całkiem inny…

– Nie! Aż tak źle ze mną nie jest – zapewniała.

Czułem się trochę oszukany, bo myślałem, że jak mówi, żebym oddał jej okulary, bo nic nie widzi, to rzeczywiście nic nie widzi.

*

Pajęczyna poruszała się delikatnie, ale pająka nadal nie było. Pewnie już dawno ukrył się gdzieś w szczelinie. Chociaż nie miałem pojęcia, gdzie mógł się schować w naszym domu. Po ostatniej rewolucji wszystko tu było nowe i wykończone na zicher, tak że żadnej szpary, luki, żadnej fuszerki. O nie! Co to, to nie! Ojciec był perfekcjonistą. Jak już się do czegoś zabierał, to wszystko było na tip-top. „Tip-top” to w skali mamy był najwyższy stopień określający to, co wymagało stopniowania wbrew wszelkim polonistycznym kategoriom gramatycznym, czyli stopień, przy którym wszystko, czegokolwiek się rzecz tyczyła, sięgało absolutnego ideału, a co za tym szło – satysfakcja mamy była stuprocentowa.

– Ja, jak coś robię, to na tip-top – powiadał tata z dumą. – Popatrz tylko na nasze dzieci! Czy czegoś im brakuje?

Mama się śmiała, bo w odniesieniu do wszelkich prac domowych ojciec nie zasłużył jeszcze na najwyższe miano, ale co do dzieci… No fakt! Zawsze mówiła, że jesteśmy naj, naj.

*

W rzeczy samej niczego nam nie brakowało. Gdziekolwiek mama się z nami pojawiała, wszędzie budziliśmy zachwyt. Oczywiście kolejno: najpierw pojawiła się mama z Antkiem. Woziła go w plastikowym granatowym wózku z wyciętymi kanciastymi kwiatami po boku. Brzydki był ten wózek i niewygodny, w dodatku od tego plastiku wewnątrz było gorąco jak w szklarni, ale sam Antek wyglądał w nim przecudnie. Cały na biało, w falbankach i koronkach, jak najprawdziwsze royal baby. A potem z Antkiem i Elką, tylko że Elka miała już wózek z NRD. Piękny! Bordowy na resorach. Wyglądała w nim jak księżniczka. Z koronek i falban mama nie zrezygnowała. A po czterech latach jeszcze z Krzyśkiem. Wózek jak wózek, nie miał znaczenia, bo i tak cała uwaga skupiona była na dzieciach. W takim samym stopniu na Krzyśku, co na Antku i Elce trzymających się srebrnej rączki.

– Ależ ma pani ładne te dzieci! Cała trójka! A ten malutki! Laleczka! Dosłownie, laleczka! I jaki podobny do rodzeństwa! – Tu zazwyczaj przygodna osoba wkładała głowę pod budkę wózka i dziubdziała, spieszczając wszystkie wyrazy, jakby Krzysiek rozumiał, co się wokół niego dzieje.

Faktem jest, że najmłodsza w tamtym czasie latorośl była podobna do pozostałych jak dwie krople wody, w zasadzie trzy, tylko wszystkie różniły się oczami. Antek miał takie jak babcia Wandzia – wypłowiałe szare, które jak był zamyślony czy smutny, płowiały jeszcze bardziej, tak że czasem myślałem sobie, czy nie zleją się z bielmem i Antek będzie wyglądał, jakby nie miał źrenicy. To pewnie przez te oczy, kiedy Antek krygował się przy odpowiedzi, nauczyciele, ponaglając go, mówili:

– Lemański! A ty co robisz te swoje maślane oczy? Zaczynaj, bo zaraz korzenie tu zapuścisz!

Elka miała oczy brązowe. Piękne! Okolone gęstymi, podkręconymi rzęsami, tak długimi i czarnymi, że wyglądały jak z reklamy salonu kosmetycznego. Ale i ona wciąż miała przez to jakieś turbacje w szkole.

– Ej ty, Lemańska! A ty coś się znów wymalowała, jakbyś na dyskotekę szła, a nie do szkoły na fizykę! Kto to widział, by dziewucha już w podstawówce tak się pindrzyła! – krzyczał Kuracki i kazał jej zmywać te oczy.

A Elka śliniła palec i pocierała, aż skóra robiła się czerwona, próbując udowodnić nauczycielowi, że nie jest umalowana. Co zresztą nic nie dawało i musiała iść do wychowawczyni. Kobra, czyli pani Trafalska, kiwała głową ze zrozumieniem, że nic nie poradzi, skoro pan Kuracki się przyczepił, ale dla świętego spokoju to Elka mogłaby sobie darować to malowanie oczu. I Elka już nie miała siły tłumaczyć i znów ślinić palców, i udowadniać, że ma takie naturalnie czarne rzęsy.

Krzysiek miał oczy niebieskie. Ale to tak niebieskie, że wyglądały jak letnie bezchmurne niebo albo oczy ruskiej lalki, którą kiedyś Elka dostała od swojej chrzestnej z Goleniowa. Z tymi oczami i jasnymi włosami Krzysiek wyglądał jak sam Robert Redford. Nic dziwnego, że wciąż był otoczony wianuszkiem dziewczyn i w nieustających fazach zakochiwania i odkochiwania, co zabierało mu znamienitą część życia i co zresztą zostało mu do dziś. Mama zawsze się martwiła, że to skakanie z kwiatka na kwiatek niczego dobrego nie wróży, i mówiła, że Krzysiek mógłby się wreszcie ustatkować.

*

Ja natomiast miałem oczy zielone.

Mama mówiła:

– Widzisz, jaki jesteś wyjątkowy! Tylko dwa procent populacji ma zielone oczy. I ty należysz do tej elitarnej grupy.

Wcale nie czułem się „elitarnie”, ale moje oczy istotnie miały niesamowity kolor. Czasem wyglądały jak morze w Chorwacji, kiedy patrzy się na nie z pewnej wysokości i widać różne zacienienia, a czasem jak butelka. Taka po piwie. Chociaż ojciec mówi, że teraz mało które piwo jest w butelce, a już w zielonej to chyba tylko jakieś czeskie albo niemieckie, no i carlsberg. Nie mam więc pojęcia, skąd kolor butelkowy cieszył się taką popularnością. Ale wróćmy do moich oczu. Kiedy mama wychodziła ze mną na spacer z wózkiem, który był drogi i modny, ludzie z ciekawością zaglądali do środka, odsłaniając budkę, jakby to była kurtyna, za którą zaraz zacznie się jakiś spektakl, i gapili się na mnie. Musieli się na własne oczy przekonać, że Lemańska urodziła piąte dziecko (o śmierci Lucka mało kto wiedział). I to jeszcze w t y m wieku! I chyba właśnie dlatego ja miałem wszystko nowe, modne i drogie, bo mamie zależało na tym, by ludzie nie gadali po kątach, że Lemańscy narobili dzieci, a na nic ich nie stać. Nikt nie mógł jej przekonać, że szkoda pieniędzy na fatałaszki dla takiego berbecia, bo to zaraz z tego wyrośnie, a potem nie wiadomo, co z tym zrobić, bo przecież dla kolejnego to raczej już nie ma co zostawiać, no, chyba że dla wnuka! Mama zbywała milczeniem takie uwagi, a już na pewno tego wnuka, i leciała do sklepu po kolejne pajacyki, kaftaniki, koszulki. Miałem tego pełne półki. Nic dziwnego, że wszyscy wściubiali nos do wózka, bo prezentowałem się zjawiskowo. Za każdym wyjściem na spacer inaczej!

Kiedyś tak wyszliśmy. Mama wyszykowana jak gwiazda filmowa (też dlatego żeby ludzie nie gadali, że Lemańska w t y m wieku! że dziecka jej się na stare lata zachciało! że jak ona teraz wygląda!), ja wycacany jak laleczka. I chociaż mama wyszła ze mną na spacer, żebym pospał na świeżym powietrzu, bo ponoć całą noc dawałem im popalić, widać sen mnie nie zmagał, bo wciąż miałem oczy szeroko otwarte. Najpierw musieliśmy pokonać główną ulicę, która może nie była paryską Avenue des Champs-Élysées, ale o tej porze dnia panował tu niemały ruch, zwłaszcza samochodowy. Tata przestrzegał:

– Tylko nie paraduj z tym wózkiem po głównej ulicy, bo tam smród, spaliny i w ogóle co to za spacer.

Mama oczywiście doskonale to rozumiała, ale przecież nie przemknie przez miasto tunelem, bo po pierwsze, nikt takowego w tym mieście nie wybudował, a po drugie, nie na darmo stroiła siebie i mnie, żeby przemykać ulicami niepostrzeżenie.

Gdy tylko wyszliśmy zza zakrętu i skierowaliśmy się w stronę jeziora, podeszła do mamy jej dawna koleżanka z podstawówki – Danka Mejerowa. Mama za nią nie przepadała, mówiła, że Danka zawsze była wredna i wścibska. A poza tym o wszystko zazdrosna. To właśnie przez takie jak ona mama za namową babci Wandy podpięła przy budce wózka czerwoną tasiemkę, bo chociaż w żadne zabobony nie wierzyła, to co jej tam. Czerwona wstążeczka nie zawadzi, a w razie czego przed urokiem ochroni.

– Marianna! – zawołała Danka, kiepsko markując zaskoczenie, bo na pewno już dawno słyszała, że mama jest w ciąży. – A czyje ty wozisz? Wnuka czy swoje?

Mama za wszelką cenę starała się ukryć irytację, uzbroiła się w cierpliwość i odrzekła z uśmieszkiem:

– Swoje! I w dodatku z mężem!

Koleżanka nieco się stropiła, na szybko zaczęła szukać w pamięci jakichś wieści z życia mamy, bojąc się, że nie dotarły do niej smaczki o ewentualnym rozwodzie lub inne newsy. Spojrzała podejrzliwie na mamę, przez chwilę czekała, czy może nie rozwinie tej swoistej enuncjacji, a ponieważ się nie doczekała, podjęła z jeszcze większą emfazą:

– O, matko! Jakie on ma zielone oczy! A to po kim takie zielone? Po tobie? – Łypnęła na mamę, żeby sprawdzić. – Niee, ty masz… – zawahała się, a potem machnęła ręką, bo przecież nie o mamy oczy rozbijał się temat, a o moje.