Entropia - Maxime Chattam - ebook
Opis

"Dziwne i niepokojące zjawiska zakłócają pokój Zjednoczonego Państwa. Martwe ptaki zaczynają atakować i zabijać, a potwory wyłaniają się, siejąc śmierć. Matt, Amber i Tobias muszą wyruszyć w stronę Kanady, wciąż niezbadanej, stamtąd bowiem nadciąga niebezpieczeństwo: gęsta mgła, która zdaje się osłaniać wszystkie złowieszcze istoty. Wyobraźcie sobie świat, nad którym władzę odzyskała natura, gdzie dorośli zamienili się z powrotem w dzikusów, dzieci zaś potworzyły bandy, aby przetrwać, gdzie każdy spacer staje się niebezpieczną wyprawą, a każdy przeżyty dzień urasta do rangi wyczynu. Zapomnijcie o wszystkim, co wiecie, zanurzcie się w Innym Świecie… Od bitwy między Cynikami, Rauperodenem i Malroncją a Piotrusiami upłynęło już kilka miesięcy. Udało się utrzymać kruchy pokój dzięki woli obu stron. Powstała też mocno zhierarchizowana struktura Zjednoczonego Państwa pod władzą Balthazara, a członkowie Przymierza Trojga zajęli w niej ważne funkcje. Bliźniaczki szybko jednak zaczynają podejrzewać, że ktoś próbuje zakłócić ten porządek i zdobyć władzę absolutną. Aby zapobiec katastrofie, muszą odkryć, jakie tajemnice kryje Entropia i kim jest tajemniczy Ggl. „Najbardziej amerykański wśród francuskich pisarzy przepowiada wielki chaos, który wstrząśnie ludzkością”. Paris Match „Chattam umie przerażać, intrygować i przygważdżać do fotela. Czego chcieć więcej?”. Magazyn Literacki Książki"

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 362

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wstęp

Wiatr świstał między iglakami, przyprószając czubki ich gałęzi kryształowym pyłem śniegu, który mienił się w  bladym świetle zimowego poranka.

Jon mocniej otulił ramiona pledem, żeby zatrzymać tę odrobinę ciepła, jakie biło z jego ciała. Nie zamierzał uginać się pod mroźnym podmuchem. Nie po tym wszystkim, co dotąd przeżył.

Wyrwał się ze szponów Spijacza Niewinności, z  koszmaru pierścienia pępkowego, stawił czoło problemom rozdwojenia osobowości i uszedł z życiem z Wielkiej Bitwy...

Nie, Jon był pewien, że w najgorszym razie przypłaci to zwykłym katarem.

Gwałtowny wiatr rozbił się o ścianę fortu, a potem omiótł rudzielca, przyprawiając go o dreszcz.

Jon poczuł się, jakby ktoś nacierał mu uszy papierem ściernym.

– Przeklęty wiatr! – zaklął pod nosem.

Pomyśleć tylko, że zgłosił się na ochotnika do tego fortu!

Gdyby został w  Edenie, mógłby wybrać sobie jakiś skrawek ziemi i spokojnie spróbować sił jako rolnik, mógłby nawiązywać znajomości, może spotkałby jakąś dziewczynę i...

„Nie! Właśnie tak zostaje się Cynikiem! Miłość skłania do tego, by stać się dorosłym. Nie, nic z tego!”

Drewniana drabina zaskrzypiała, kiedy inny Piotruś, Gavan, wchodził na górę, tam gdzie Jon pełnił wartę.

Fort był mały, wybudowany tylko z drewna: palisada z ostro zakończonych bali, dwie wieżyczki, droga straży. W sumie wartowników było tu raptem pięciu i okazało się, że to w  zupełności wystarcza. Wysunięte Placówki budowano na granicach terytorium spenetrowanego przez Piotrusiów i  były one niczym latarnie morskie służące, by obserwować nieznane. Niewiele się tam działo, tylko czasem w dali przemknęła jakaś dziwna istota, a mały garnizon starał się możliwie najdokładniej opisać ją Długodystansowcowi, gdy ten przybył, żeby wysłuchać najnowszych informacji.

Kiedy Jon zgłosił się na ochotnika, pozostawiono mu wybór miejsca. Wschód nie był zbyt interesujący – forty wznosiły się tam głównie wzdłuż wybrzeży, a obserwować można było jedynie bezkres wód Oceanu Atlantyckiego. Zachód wydawał się bardziej tajemniczy, do spenetrowania pozostały wszak jeszcze tysiące kilometrów, a niekiedy zdarzało się nawet wypatrzeć grupkę błąkających się nastolatków, którzy z wdzięcznością i nadzieją korzystali z możliwości przyłączenia się do Piotrusiów. Południe należało do Cyników i tam nie było Wysuniętych Placówek. Od zawarcia Przymierza nie było to już potrzebne.

Pozostawała północ.

Tajemnicza ziemia. Północ wciąż rodziła wiele pytań. Już od kilku miesięcy nie wyruszył na te tereny żaden Piotruś, patrole, które tam wysyłano, nigdy nie zapuszczały się zbyt daleko, a o tym, co się działo na dawnym terytorium Kanady, krążyły najbardziej niewiarygodne plotki. Jon podjął decyzję bez chwili wahania. Zaciągnął się na pół roku do najbardziej oddalonego na północ od Edenu fortu, który od najbliższej piotrusiowej wioski dzieliło dziesięć dni marszu.

To miejsce było dla niego idealne. Aby się skupić wyłącznie na sobie, aby się upewnić, że rozdwojenie osobowości nie będzie mu już nastręczało problemów. Odkąd uwolnił się od pierścienia pępkowego, nie miał ani jednego ataku, ani razu nie stracił kontroli nad sobą. A jednak wciąż się obawiał. Czasami budził się w środku nocy, nie mogąc chwycić tchu, przekonany, że przeoczył część dnia i że tamten przejął nad nim kontrolę.

Zawsze jednak okazywało się, że do niczego takiego nie doszło. Zupełnie jakby uraz wywołany przez pierścień pępkowy był tak silny, że go uleczył.

„Za jaką cenę...”

Natomiast koszmary dręczyły go często, a Jon wiedział, że dotyczyło to wszystkich, którzy nosili w pępku pierścień Cyników. Noce nie były już takie jak dawniej. Zawsze niosły strach.

Strach, że pewnego dnia to może się powtórzyć.

– I co? – zapytał Gavan.

Jon drgnął.

– Życie aż kipi, jak zwykle! – odparł, biorąc się w garść. – Tuż po wschodzie słońca widziałem watahę wilków, a potem już nic. Warto chyba przygotować krótki wypad. Co o tym myślisz? Trochę byśmy się rozgrzali!

Głównym zajęciem na Wysuniętych Placówkach były krótkie ekspedycje w  celach badawczych. Dotyczyły botaniki i  geologii, a także poznawania nowych gatunków zwierząt.

Gavan westchnął.

– Czasami marzy mi się jakieś urozmaicenie, choćby nawet Nocny Włóczęga. Przynajmniej poczulibyśmy dreszczyk emocji!

Twarz Jona sposępniała.

– Nie mów tak, Nocni Włóczędzy niczego by nie urozmaicili. W pięciu nie przetrwalibyśmy jednej nocy.

Gavan wzruszył ramionami.

– Tak mi się tylko powiedziało, bo strasznie tu nudno. Zresztą na północy ich już nie ma. Wynieśli się. Myślisz, że tak będzie przez całe pół roku?

– Nie mam pojęcia.

– Kiedy trwała wojna z dorosłymi, nie mieliśmy wyboru, musieliśmy być czujni. Jasne, że nie tęsknię za tamtymi czasami, nie zrozum mnie źle, ale teraz mam wrażenie, że zasypiamy...

Przymierze z Cynikami zostało zawarte przed trzema miesiącami i stosunki między obydwoma ludami stopniowo się normalizowały: każdy pozostawał u siebie, Dojrzali – bo odtąd tak należało nazywać dorosłych – na południe od Ślepego Lasu, pod rządami króla Balthazara, który miał swą stolicę w Babilonie, a Piotrusie pod władzą Rady Edenu, która starała się ustalić sprawiedliwe i odpowiednie dla wszystkich zasady.

Forteca przy Wilczej Przełęczy pełniła rolę granicy, była strefą neutralną, w  której zarówno Piotrusie, jak i  Dojrzali mieli swoich ambasadorów. Mimo że Dojrzali wciąż jeszcze bardzo bali się dzieci, zgodzili się nie zabijać potomstwa. Balthazarowi zależało na pogodzeniu swych ziomków z pojęciem miłości – kobiety rodziły i przerażone widokiem tak różniących się od nich osesków, wciąż niegotowe, by się nimi zaopiekować, oddawały je Piotrusiom, a ci się nimi zajmowali.

W zamian Piotrusie, którzy osiągali dojrzałość i nie czuli się już dobrze wśród dzieci, byli przygarniani przez dorosłych i  integrowali się z ich społecznością.

I tak kształtowała się zdumiewająca cywilizacja, w której dzieci wychowywały dzieci, a dorośli żyli w izolacji, pełni obaw. Wszyscy doskonale wiedzieli, że trzeba czasu, aby zapanowała harmonia.

– Kiedy możemy się spodziewać przybycia kolejnego Długodystansowca? – zapytał Gavan.

– Ostatni był tu półtora miesiąca temu, więc następny powinien się pojawić już wkrótce. Na ogół przychodzą co sześć tygodni.

– Mam nadzieję, że będzie nam miał dużo do powiedzenia o tym, co słychać w Edenie i w ogóle!

Jon pokiwał głową, wpatrując się w jakiś punkt.

Wydawało mu się, że coś się porusza w poszyciu lasu.

Fort otaczały niewysokie wzgórza porośnięte starymi jodłami i często widywało się tu sarny, jelenie i dziki. Ale nie brakowało także dziwniejszych zwierząt, stworzeń, które zrodziła Burza – zmutowanych owadów i rozmaitych ssaków, tworów fuzji.

Ale to, co zauważył Jon, nie przypominało żadnej z tych istot, do których już przywykł. Nie, to było raczej... zręczne i dwunożne!

– Co? Stało się coś? Na co się tak gapisz? – zdziwił się Gavan.

– Tam, pod tą wysoką jodłą... wydaje mi się, że coś tam było.

– Zwierzę?

– Nie wiem... To chyba... To chyba był człowiek.

– Wszyscy są wewnątrz, to żaden z naszych. Jesteś pewien, że go widziałeś?

Właśnie wtedy długonoga sylwetka przemknęła między gałęziami i zniknęła w ciemnym lesie.

– Widziałeś? – krzyknął Jon.

– To naprawdę człowiek! Mamy gościa!

Chłopcy pobiegli w stronę drabiny, żeby uprzedzić trzech pozostałych kompanów, potem otworzyli bramę fortu i szybkim krokiem ruszyli do lasu.

Michael, najstarszy w garnizonie, stojąc na progu, zawołał do Jona:

– Nie powinniśmy wychodzić wszyscy razem, to zbyt ryzykowne!

– Widziałem, że to nastolatek, taki jak my! Chodźcie! Jeżeli się wystraszył, to w pięciu mamy większe szanse go odnaleźć!

– A co z fortem!

– Zamknij bramę, przecież zostawiamy go tak zawsze, kiedy wyruszamy na ekspedycję! Pospieszcie się!

Michael nie podzielał zapału Jona, jednak skinął na dwóch pozostałych chłopaków. Potem zamknęli drewniane skrzydło bramy i przyspieszyli kroku, brnąc przez śnieg, żeby dołączyć do kompanów.

– Myślisz, że to Piotruś z północy? – powątpiewał Gavan.

– A kto inny mógłby się tu pojawić? Był niezbyt wysoki, jak my. I zręczny. Zauważyłem, że nosi ubranie. To na pewno ocalały. Będzie nam mógł dokładniej opowiedzieć o tym, co jest za zamarzniętymi rzekami. Rozumiesz? Pierwszy ocalały z dalekiej północy! I to my go odnajdziemy!

Po przekroczeniu granicy lasu mozolnie brnęli przez śnieg. Musieli wysoko unosić nogi, ale byli coraz bliżej.

Gavan zerknął na toporek u skórzanego pasa Jona.

– Skoro uważasz, że to ocalały Piotruś, po co wziąłeś broń?

– Ostrożności nigdy za wiele. Tu aż się roi od stworzeń mniej przyjaznych niż Piotruś.

Przemykali między gałęziami pierwszych drzew i  uważnie wypatrywali w półmroku obcego.

– Hej! – zawołał Gavan. – Jesteśmy przyjaciółmi! Możesz już wyjść z kryjówki!

Nawoływania pozostały bez odzewu. Wokół słychać było tylko skrzypienie drzew uginających się pod ciężarem śniegu i  świst wiatru, który nie zdołał wedrzeć się do lasu, więc tylko chłostał zarośla i przy każdym kolejnym szturmie podrywał z ziemi biały pył.

– Nie bój się! Jesteśmy po twojej stronie! – krzyknął Gavan.

Michael pokręcił głową.

– Jesteście pewni, że to nie było urojenie? – zapytał.

– Całkowicie – odparł Jon. – On był...

Obcy stał na szczycie pagórka, między dwiema gałęziami. Był ubrany w  brązowy płaszcz z  szerokim kapturem i  wyglądał jak mnich bez twarzy. Mógł mieć najwyżej metr sześćdziesiąt wzrostu.

Jon uniósł rękę na znak pokoju.

– Dzień dobry – odezwał się pierwszy. – Witaj na północnej Wysuniętej Placówce. Mam na imię Jon.

Ponieważ postać się nie ruszała, Gavan przeskoczył przez stos połamanych gałęzi i wolno zbliżył się do obcego.

– Nie bój się nas – powiedział. – Mówisz po angielsku?

Kaptur zwrócił się w stronę Gavana, ale w półcieniu wciąż nie było widać twarzy.

Gavan pokonał kilka metrów dzielących go od obcego i  pochylił się ku niemu, wyciągając na powitanie rękę.

Jon z  miejsca, w  którym stał, nie mógł dokładnie zobaczyć przybysza, widział jednak, że Gavan cofa się w pośpiechu.

Usłyszeli przeciągły ostry krzyk.

Krzyk przerażenia.

– Co jest? – zawołał Michael.

– To nie Piotruś!

Mały mnich wydął tors i  skoczył gwałtownie, jak na sprężynach. Jednym susem dopadł Gavana: dwie dłonie o skórze jak pergamin, pokryte czarnymi wrzodami, wynurzyły się z rękawów płaszcza i chwyciły twarz Gavana, który nie miał nawet szansy się uchylić.

Zanim inni Piotrusie zdążyli zareagować, gęsty czarny dym buchnął z kaptura, wylał się niczym strumień wody i ogarnął głowę Gavana.

Michael wyciągnął zza pasa długi sztylet i ruszył na napastnika.

Czarny rzemień wystrzelił nie wiadomo skąd, ze świstem owinął się na jego szyi.

Jon odwrócił się na pięcie i ujrzał za sobą drugą postać, która trzymała w ręku coś, co wyglądało jak bat.

Jakiś ruch z  boku zwrócił jego uwagę. Bez namysłu padł na ziemię, o włos unikając ataku. Po chwili przyklęknął i zakręcił toporkiem.

Ilu ich było?

Wychodzili zewsząd. Dość szybko doliczył się sześciu.

Wszyscy wyglądali identycznie – mali, o paskudnych dłoniach i twarzy ukrytej w kapturze.

Zanim Michael zdążył wykrztusić słowo, jego głowa oderwała się od tułowia i zatoczyła łuk w powietrzu.

– NIE! – zawył jeden z Piotrusiów.

Runęły na niego dwie postacie – pierwsza powstrzymała jego pięść, a druga plunęła mu w twarz cuchnącym dymem.

Tymczasem Gavan zataczał się w konwulsjach. Rozchylał usta jak ryba wyjęta z  wody. Miał wytrzeszczone oczy i  poczerniałe wargi. Nagle jego skóra nabrała sinoszarej barwy, na policzkach, skroniach i czole wystąpiły grube czarne żyły. Padł na ziemię.

Zanim upłynęło pięć sekund, wokół Jona leżało czterech jego kompanów. Byli martwi.

Jon zaczął się cofać.

Musiał biec. Biec aż do fortu.

I co potem? Sam nie zdoła przecież stawić czoła tym... potworom!

Bezszelestnie wyrosła przed nim czyjaś sylwetka.

Uniosła głowę.

I wtedy Jon ujrzał jej rysy.

Wypuścił z ręki toporek – zrozumiał, że nie ma już cienia nadziei.

1 Niesnaski czasu pokoju

Ziemia nagle zadrżała.

Głuchy pomruk wyrzucił ze szczeliny w murach kłęby pyłu.

Matt poderwał się z krzesła.

Znowu się zaczęło.

Wybiegł z domu i wskoczył na kamienną ławkę, żeby rozejrzeć się po okolicy.

Eden zamarł. Wszyscy jego młodzi mieszkańcy przystanęli, z obawą patrząc w horyzont i czekając na ewentualną ripostę.

Ogłuszający grzmot pioruna sprawił, że wszyscy opuścili głowy i zbili się w zwartą wylęknioną gromadkę.

„Ogrody!” – domyślił się Matt i zeskoczył, żeby pobiec na północ miasta.

Piotrusie rozstępowali się przed nim, rozumiejąc, że czas nagli. W ślad za nim podążały ich nerwowe szepty.

Sady i ogrody warzywne Edenu zajmowały dziesięć hektarów ziemi nad rzeką. Tu i ówdzie widać było spichrze i chaty o  spadzistych dachach.

Brunatny dym snuł się w powietrzu nad szpalerem jabłoni.

Ziemia znów zadrżała i rozległ się grzmot, który wróżył jak najgorzej. Matt szybko wbiegł między drzewa owocowe, przeskakując przez grządki truskawek, i  po chwili znalazł się na skraju długiego pola, które przecinały głębokie rowy.

Dwaj mniej więcej dwunastoletni chłopcy stali zwróceni twarzami ku warzywnikowi. Obaj wyciągnęli przed siebie ręce.

Otoczyli nimi wysoką, najwyżej szesnastoletnią dziewczynę. Jej blond włosy połyskiwały rudawym blaskiem. Była tak skoncentrowana, że nawet nie zauważyła Matta. Wpatrywała się w róg ogrodu, tuż nad rzeką, zaciskając z wysiłku usta.

Rozpostarła ręce, mierząc w ziemię, a wstrząs był tak potężny, że Matt o mało nie padł jak długi.

Brunatny pył, który poderwał się w tym momencie, przesłaniał cały horyzont, dopóki wiatr nie rozwiał go po koronach drzew.

Nagle rozległ się krystaliczny szmer i rowy wypełniły się wodą.

Trójka przyjaciół podskoczyła, wydając radosne okrzyki.

– Amber! – warknął Matt. – Co was napadło?

Dziewczyna na moment zamarła, potem odwróciła się do Matta.

– Coś się stało? – zapytała zdziwiona.

Matt szerokim gestem wskazał warzywnik.

– Co wy tu wyrabiacie? Całe miasto się trzęsie!

– Mel i Silvio mieli problemy z wodą, trochę im pomogłam, żeby ją tu sprowadzić z rzeki.

Matt ciężko westchnął.

– Przecież rozmawialiśmy o  tym w  zeszłym tygodniu i  dwa tygodnie temu! – przypomniał. – Twoja moc jest za duża! Wyrządzasz więcej szkód, niż przynosisz pożytku. Za każdym razem pół miasta drży w  posadach, płoszą się zwierzęta. Oszczędzę ci już opowieści o drobniejszych zniszczeniach.

– We troje w dziesięć minut wykonaliśmy pracę, z którą dwudziestu Piotrusiów uporałoby się z trudem w ciągu dziesięciu dni. Teraz nasze warzywa będą stale nawadniane. Miasto musi się jakoś wyżywić! Nie możemy już liczyć wyłącznie na resztki z  supermarketów! Żywność z dawnych czasów wkrótce się wyczerpie, musimy być samowystarczalni.

– Amber, nadciąga zima! Niczego teraz nie zasadzisz!

– I właśnie teraz trzeba przeprowadzić pewne prace, żeby się przygotować do wiosennych siewów. Powiedz, uważasz, że to zimowa pogoda? Bo mnie się wydaje, że trwa niekończące się babie lato!

Lekko poirytowany Matt pokiwał głową.

– Owszem, ale nie możesz używać siły Jądra Ziemi, która w  tobie tkwi, bo jest zbyt potężna. Nie panujesz nad nią.

– Jeżeli nie będę się w tym wprawiała, nigdy nie nauczę się jej kontrolować!

– Ale ona nie temu służy!

– Skąd wiesz? Ty masz ją w sobie? Nie! W takim razie przestań mi ciągle mówić, co mam robić. To moje pieprzyki wskazały wam jego położenie, pamiętasz? I to ja podjęłam ryzyko, żeby zjednoczyć się z Jądrem Ziemi! Nie zapominaj o tym!

Matt skapitulował, bo ton tej sprzeczki stawał się za ostry, a nie chciał, żeby Amber znowu się na niego pogniewała. Machnął tylko ręką.

– Rób, co chcesz – mruknął, odwrócił się i odszedł.

Otoczak kilka razy odbijał się od tafli wody, zanim w końcu zniknął wchłonięty przez rzekę.

Matta ogarnął smutek.

Już od miesiąca nie mógł się uwolnić od tego przykrego uczucia.

Tak było od pierwszych kłótni z Amber.

Trzy i pół miesiąca temu wchłonęła u ChloroPiotrusiofilów Jądro Ziemi i ogromna energia wzmocniła jej przeobrażenie. Dzięki tej potężnej mocy udało się rozstrzygnąć losy wojny między dorosłymi a dziećmi na korzyść Piotrusiów i doprowadzić do Przymierza. Lecz ta sama moc spowodowała, że zmieniła się również Amber. Stopniowo nabierała pewności siebie, owładnięta niemal obsesyjną myślą, że ta energia powinna służyć polepszaniu życia Piotrusiów.

Natomiast Matt był przekonany, że do Jądra Ziemi należy się odwoływać tylko w sytuacjach nadzwyczajnych, a i to po głębokim namyśle. Taka eksplozja siły musiała niepokoić. Zwłaszcza że cała moc znalazła się w rękach jednej osoby.

Ale Amber nie chciała go słuchać. Tłumaczyła, że kiedy się koncentruje, wydobywa z głębi siebie dziwne ciepło, które jest niczym czyjaś kojąca bliskość i  z  którego może czerpać witalność potrzebną do zdynamizowania przeobrażenia i nadania mu niesamowitej skali.

Po głębszym namyśle Matt doszedł do wniosku, że dotyczy to całego Edenu. Odkąd nie groziło im już niebezpieczeństwo ze strony Cyników, jedność Piotrusiów jakby osłabła i częściej niż kiedyś słyszało się, jak nastolatkowie i  dzieci skarżą się na prace, które wykonują wbrew sobie.

Pod presją świata zewnętrznego, gdy Piotrusie obawiali się, że nie przetrwają, trzymali się razem, kiedy jednak poczuli się bezpiecznie, każdy zaczął myśleć przede wszystkim o własnych drobnych sprawach i interesach. Rada Edenu wielokrotnie poruszała tę kwestię, nie udało się jej jednak rozwiązać.

Myśląc o Amber, Matt poczuł ukłucie w sercu.

Przez ponad dwa miesiące śnił na jawie. Widywali się codziennie, spacerowali po obrzeżach Edenu, chodzili boso po miejskich ogrodach, urządzali sobie pikniki na pobliskich równinach i  długo się całowali. Delikatnie ocierali się o siebie, a Matt przeżywał wówczas najpiękniejsze dni swojego życia. Półtora miesiąca temu skończył piętnaście lat, i choć miał wrażenie, że wszystko, co przeżył w ciągu roku, od Burzy, trwało całe lata, choć często czuł się znacznie starszy, był to początek życia, które coraz bardziej mu się podobało.

I  nagle Amber stała się chłodniejsza. A  w  dodatku bardziej nerwowa. Spędzała z nim coraz mniej czasu, poświęcała go za to coraz więcej innym Piotrusiom, ucząc ich, jak pracować nad przeobrażeniem, i wykorzystując własne, by pomagać całej wspólnocie. Poza tym wbiła sobie do głowy, że będzie korzystać także z mocy Jądra Ziemi.

I tak już od miesiąca Matt i Amber ani się nie dotykali, ani nie całowali, ich relacje stawały się coraz bardziej napięte, a wszystko to bez słowa wyjaśnienia.

Matt próbował z nią pomówić, lecz ilekroć się na to odważył, Amber uchylała się od rozmowy.

– Nareszcie cię znalazłem! – dobiegł go zza pleców znajomy głos.

Tobias szeroko się do niego uśmiechnął. Różowa blizna przecinała mu twarz, biegnąc przez cały policzek aż po czoło i odcinając się od pięknej czerni skóry – to była pamiątka po starciu z  generałem Twainem i po upadku Malroncji.

Tobias przysiadł obok przyjaciela i także sięgnął po kilka otoczaków, ale nie rzucał nimi tak wprawnie jak Matt.

– Zelia i  Maylis przysłały wiadomość: nasze ambasadorki w fortecy przy Wilczej Przełęczy nadal prowadzą rozmowy z  Cynikami. O, przepraszam, z Dojrzałymi! Ja chyba nigdy do tego nie przywyknę!

– Co dokładnie mówią?

– Nie wiem, Rada Edenu zbierze się dziś wieczorem, żeby o tym dyskutować.

Matt wydął usta.

– Czyżby cię to nie obchodziło? – zdziwił się Tobias.

– Kiedy wróciliśmy po bitwie z Cynikami, czułem się zaszczycony powołaniem nas do Rady, ale teraz... Toby, zastanawiam się, czy nie opuścić miasta.

Tobias upuścił kamień.

– Co? A dokąd to się wybierasz?

– Na początek może na Wyspę Carmichaela, żeby się spotkać z przyjaciółmi. A potem... nie wiem... może będę przemierzał nieznane ziemie, dużo ich przecież zostało.

– Ale... nie możesz tego zrobić, jesteś... jesteś ważnym członkiem naszej wspólnoty.

– Nikt tu nie jest ważniejszy od innych.

Tobias splótł ręce na piersi.

– Wciąż nie układa ci się z Amber, tak? – zapytał ze współczuciem.

Matt wzruszył ramionami.

– To nie powód, żeby wszystko rzucać – ciągnął Tobias. – Jesteś nam tu potrzebny, doskonale wiesz, że kiedy mówisz, wszyscy cię słuchają. Od bitwy stałeś się kimś w rodzaju... mędrca!

Matt nie zdołał powstrzymać śmiechu. Krótkiego i  zabarwionego goryczą.

– Nie jestem mędrcem. Na pewno nie. A ty dobrze o tym wiesz.

– Ale to dzięki tobie wszyscy Piotrusie są tu wolni.

– Nie, to dzięki Amber i  Jądru Ziemi. Ja tylko zniszczyłem swoich rodziców.

Tobias położył rękę na ramieniu przyjaciela.

– Nie mów tak, ty ich zjednoczyłeś, a to nie to samo.

– Dokładnie to samo.

– Przecież nie wiesz, co się naprawdę stało. Może odnaleźli jakiś rodzaj doskonałej równowagi i rozproszyli się w Kosmosie, w harmonii? W końcu oboje żyli tylko po to, żeby cię odnaleźć, byli zaślepieni własną wewnętrzną pustką. Brakiem miłości... twojej i wzajemnej.

– Moi rodzice się rozwodzili, kiedy rozpętała się Burza. Walczyli o opiekę nade mną. Przeżyli tylko po to, żeby ta obsesja jeszcze się nasiliła, tylko po to. Połączyłem ich, a oni tego nie przetrwali.

Tobias przytulił przyjaciela, nie wiedząc, co mógłby mu powiedzieć.

Zobaczył łzę, która cichutko spływała po policzku Matta.

„Wolność wszystkich ma dla niektórych wysoką cenę”, pomyślał Tobias. Sala Rady Edenu przypominała cyrk.

Prace przy rozbudowie przeobraziły amfiteatr w rzędy coraz wyższych ławek, trzy czwarte okręgu wnosiło się nad estradą z  desek, ogromna sala nie miała okien, a spadzisty dach wspierał się na wysokich czerwonych kolumnach. Wnętrze oświetlały lampy oliwne roztaczające ciepły blask i subtelną woń piżma. W sali zebrało się około czterdziestu Piotrusiów.

Wysoki chłopak o  długich kasztanowych włosach i  grubych rysach twarzy stał na środku estrady. Matt z łatwością rozpoznał Colina, młodego mężczyznę, który nie potrafił się już odnaleźć wśród Piotrusiów i dlatego „zmienił obóz”. Został głównym łącznikiem między dwoma ludami i jak każdy posłaniec nosił oznaczającą jego funkcję czerwoną pelerynę.

Matt zauważył, że Colin nie ma już tak silnego trądziku i nie garbi się tak jak kiedyś; nowa rola najwyraźniej mu odpowiadała.

„To chyba znaczy, że wystarczy znaleźć swoje miejsce na świecie, żeby się odmienić”, pomyślał.

Obok Colina stał mniej więcej szesnastoletni Piotruś o krótko obciętych włosach, kanciastej twarzy i srogim spojrzeniu, którego błękit podbijał serca wszystkich dziewczyn w Edenie. To był Melchiot, rzecznik Rady i organizator debat.

Melchiot uniósł dłoń, nakazując wszystkim, by ucichli.

Wszyscy Piotrusie pamiętali jego przeobrażenie polegające na umiejętności wzniecania ognia – dzięki niemu Melchiot siał spustoszenie podczas bitwy z Cynikami. Niegdyś najlepszy uczeń Amber, czuwał nad przeobrażeniami pod nieobecność dziewczyny. Szanowano go i  bano się, bo podczas wojny dowiódł, że potrafi być bezlitosny, w dodatku należał do tych nielicznych Piotrusiów, którzy nie czuli najlżejszych wyrzutów sumienia z powodu zabicia przeciwnika.

Melchiot był także generałem piotrusiowej armii i stał u boku Matta.

Wszyscy członkowie Rady usiedli i zapanowała cisza.

– Colin przyniósł nam wiadomość od ambasadorek z fortecy przy Wilczej Przełęczy – zaczął Melchiot. – Informacje są dobre, wszystko jest w najlepszym porządku.

W sali rozległy się szepty i westchnienia ulgi.

Matt nareszcie się odprężył. Obawiał się najgorszego. Obecność Spijacza Niewinności w fortecy i powierzenie mu funkcji ambasadora Cyników nie napawały go spokojem. Zawsze gdy do Edenu przybywał posłaniec, Matt snuł katastroficzne wizje, w których rola czarnego charakteru przypadała Spijaczowi. Choć od jego nominacji upłynęły już ponad trzy miesiące, Matt wciąż nie mógł się z tym pogodzić. Spijacz Niewinności był najbardziej odrażającą istotą ludzką, jaką nosiła ta ziemia, miał jednak silne poparcie i był wytrawnym politykiem. Król Balthazar nie miał wyboru – musiał go powołać, jeśli nie chciał zwrócić przeciwko sobie tej grupy poddanych, którzy pozostali wierni Spijaczowi. Taka była cena zawartego pokoju – ryzykowne przymierza łączyły, kompromisy z  panującymi opiniami pozwalały rządzić, nie można było lekceważyć nawet ekstremistów.

– Pierwsze wymiany przebiegają bez problemów – ciągnął Melchiot. – Piotrusie, którzy nie chcą już pozostawać wśród nas, stopniowo dołączają do Cyników i dotąd nie wywołało to żadnych konfliktów.

– Wydawało mi się, że nie należy już mówić „Cynicy”, żeby ich nie urazić? – rozbrzmiał głos z ławek. – Teraz powinniśmy nazywać ich Dojrzałymi!

– Jeśli chodzi o nas – podjął Melchiot, westchnąwszy – żłobek w  Edenie jest przygotowany, mamy ochotników, a  pierwsze niemowlęta wkrótce się tam pojawią. Na pewno słyszeliście, że to nie takie proste, nie mamy w  tej dziedzinie doświadczenia, ale niemowlęta trafią w dobre ręce.

– Nie my powinniśmy się nimi zajmować! – oburzył się Piotruś siedzący w górnym rzędzie.

– Tymczasem to jedyny sposób na zapewnienie przetrwania rodzaju ludzkiego i oswojenie... Dojrzałych z pojęciem miłości. Mamy nadzieję, że już wkrótce dzieci przestaną ich wprawiać w przerażenie.

– Społeczeństwo, które zmusza dzieci do wychowywania następnych pokoleń, jest chore i nie może zaoferować żadnej przyszłości!

Melchiot podniósł głos:

– Naszświat jest chory! Staramy się przetrwać i nie możemy stosować dawnych zasad. Jeżeli dzieci mają uchronić tę resztkę ludzkiego dobra, jaka jeszcze istnieje, do nich także należy zapewnienie przyszłości gatunku. Mnie też to nie zachwyca, ale nie mamy wyboru. Burza zmieniła postrzeganie, przeżyła nas tylko garstka, a najtrudniejsze jeszcze przed nami.

– Wciąż nie wiemy, co wywołało Burzę. Czy rozpasanie ludzi, czy szaleństwo natury? – wtrącił jeden z Piotrusiów.

– Nie o tym mamy dziś dyskutować. Jesteśmy tu, żeby przeanalizować naszą sytuację. – Melchiot przemówił kategorycznym tonem, który sprawił, że natychmiast ucichły szepty narastające w sali. – Dojrzali proszą nas o ludzi, którzy udadzą się do nich, żeby pomagać matkom po porodzie, i zostaną z nimi do czasu, gdy niemowlęta wzmocnią się na tyle, żeby znieść podróż do Edenu.

– Mamy wysłać kogoś do Babilonu? – zdziwiła się jedna z dziewcząt.

– Tak. To tam gromadzą rodzące. Wysłaliśmy już kilka małych zespołów, teraz wyjeżdżają ochotnicy ze żłobka, ale będzie im potrzebna eskorta. Przekażcie tę wiadomość, w najbliższych dniach ruszą dwa konwoje, w sumie potrzebujemy trzydziestu Piotrusiów.

Wyglądający na szesnastolatka Piotruś o włosach związanych w elegancki koński ogon wstał, żeby zabrać głos:

– Moglibyśmy przecież wysłać ludzi z edeńskiego garnizonu. Fortyfikacje wokół miasta dają nam wystarczającą ochronę, a  odkąd nie prowadzimy wojny, nie potrzeba nam już tylu żołnierzy.

– Zewnętrzny świat nie jest wcale bezpieczny! – przypomniał Melchiot. – Raz po raz atakują nas rozmaite stworzenia. Z nastaniem zimy wilki zaczną podchodzić coraz bliżej miasta, nie możemy osłabiać czujności.

– A skoro już mowa o zimie, to czy nie wydaje się wam, że klimat zrobił się dziwny? Mamy już przecież środek grudnia, a wciąż jest ciepło.

Długodystansowiec Floyd wstał, żeby odpowiedzieć:

– Patrole donoszą, że na północy od przeszło miesiąca panuje chłód, a za Siloh, dalej na północ, spadł nawet śnieg.

– Eden ma korzystne położenie, być może idealny mikroklimat, ale ta pogoda na pewno długo się nie utrzyma – dodał Melchiot. – Jaki jest stan naszych zapasów?

Z miejsca podniosła się jedna z dziewcząt.

– Spichrze są pełne, dwadzieścia dwie wyprawy, które zorganizowaliśmy przez ostatnie trzy miesiące, uzbierały w ruinach miast dość zapasów, byśmy mogli przetrwać zimę. Jednak potem trzeba będzie zapuścić się jeszcze dalej, bo najbliższe centra handlowe są spustoszone. Jeżeli chcemy mieć co jeść wiosną, musimy się wyprawić poza znaną strefę.

Teraz wstała Amber:

– Pola są już przygotowane, warzywniki także, system irygacji działa, więc przy odrobinie szczęścia za kilka miesięcy będziemy w stanie wyżywić cały Eden.

– Grupy myśliwych cały czas działają – dodał Tobias, który nadzorował edeńskich łuczników. – Dostarczają dość mięsa, żeby nam go nie zabrakło.

– Podobnie jak rybacy znad rzeki – wtrącił ledwie dwunastoletni Piotruś. – I mamy wystarczająco dużo kur, krów i kóz, żeby zaopatrywać miasto w jajka i mleko.

Melchiot uśmiechnął się z  dumą i  pokiwał głową, a  potem zwrócił się do Amber:

– Amber, czy w akademii przeobrażeń wszystko przebiega jak należy? Piotrusie coraz bardziej boją się huków i wstrząsów.

– Tak. Po prostu eksperymentujemy.

– Z Jądrem Ziemi?

– To kolosalna rezerwa energii, która pozwala nam zyskać na czasie.

– Mimo to uważajcie, do Rady dochodzą głosy wielu zaniepokojonych.

Amber splotła ręce na piersi i nieznacznie skinęła głową.

– Doskonale – stwierdził Melchiot. – Teraz możemy więc przejść do pytań i uwag. Czy ktoś chce nas o czymś poinformować?

Piotrusie kolejno zabierali głos, przedstawiając problemy, o których mówili im znajomi chłopcy i dziewczęta, a Rada starała się znaleźć rozwiązanie każdego z nich.

Zebranie dobiegało końca, wielu Piotrusiów ziewało, gdy Matt zdecydował się przemówić:

– Jako członek Rady i generał naszej armii czuję się zobowiązany poinformować was, że zamierzam opuścić Eden. Przynajmniej na pewien czas.

Jego słowa wprawiły wszystkich w  osłupienie i  rozbudziły tych, którzy zapadali w drzemkę.

– Dlaczego? – zapytał po chwili Melchiot. – Twoja obecność jest dla nas ważna.

– Myślę, że należy kontynuować eksplorację świata, Długodystansowcy i  tak są wystarczająco zajęci krążeniem pomiędzy wioskami i  kolportowaniem wiadomości, a  także dostarczaniem ich wszystkich tutaj, więc zgłaszam się na ochotnika. Zbiorę grupę i wyruszamy na zachód albo na północ, żeby sprawdzić, co jest za znanymi nam terenami.

Salę ogarnęło poruszenie, wszyscy komentowali to, co przed chwilą usłyszeli.

Matt zdawał sobie sprawę, że tak nagłą decyzją ściąga na siebie podejrzenie, że chce uciec, ale nic go to nie obchodziło. Z  upływem tygodni czuł się tu coraz mniej na swoim miejscu; co prawda przyczynił się do ocalenia Piotrusiów podczas Wielkiej Bitwy i poprzez późniejsze Przymierze, lecz od tego czasu wiele się zmieniło, a on uświadomił sobie, że bardziej nadaje się do działania w  terenie. Jego miejscem nie był ani ten amfiteatr i  mównica, ani ławy przeznaczone dla uczestników debat nad tym, co robić, a czego nie robić, żeby poprawić warunki egzystencji w Edenie.

Matt się nudził.

Jego oczy zwróciły się na Amber, która patrzyła na niego z  dziwnym wyrazem twarzy. Nie potrafił rozszyfrować jej miny. Wydawało mu się, że dziewczyna jest zakłopotana.

Poczuł ukłucie w sercu.

„Czy naprawdę się nudzę, czy może wolę uciec przed tą, która mi się wymyka?”

Zacisnął pięści i zebrał siły, żeby stawić czoło Radzie.

– Tu jestem bezużyteczny – powiedział. – Moje umiejętności znacznie bardziej przydadzą się poza miastem. Podjąłem już decyzję, muszę tylko zebrać grupę i wybrać kierunek.

– W porządku – poddał się Melchiot. – Skoro tak postanowiłeś, nie możemy ci zabronić, chociaż osobiście uważam, że twoja obecność tutaj jest dla nas bardzo ważna...

– Nie toczy się żaden konflikt, nie trzeba wydawać bitew, już mnie nie potrzebujecie – przerwał mu Matt.

W tej chwili dotkliwie odczuwał, jak nieprzydatny jest wojownik w okresie pokoju.

Członkowie Rady wyszli z budynku i cała grupa po chwili się rozproszyła, bo każdy chciał jak najszybciej znaleźć się we własnym łóżku. Wtedy Tobias chwycił Matta za rękę.

– Widziałeś? – zapytał z niepokojem.

Matt powiódł wzrokiem za spojrzeniem Tobiasa, który obserwował niebo na północy.

Nad horyzontem snuły się dziwne czerwone smugi wyglądające niczym niekończące się przejrzyste szarfy, duchy rozciągniętych i splątanych obłoków, przez które ledwie przebijało się migotanie gwiazd.

– Ooo! – okrzyk wprost wyrwał się z  ust Matta. – Zupełnie jak... te horrory polarne!

– Zorze polarne – poprawił go Tobias. – Tylko że one nie mają takiego koloru, a my jesteśmy o wiele za daleko na południe, żeby je zobaczyć.

– W takim razie co to według ciebie jest?

Inni Piotrusie też zauważyli niezwykłe zjawisko i przystawali, żeby podziwiać fascynujące smugi czerwonego światła.

– Nie mam pojęcia.

– Ale to piękne.

– Ja uważam, że niepokojące.

Matt wzruszył ramionami.

– Dlaczego tak mówisz? Od Burzy natura czasami cieszy nas czymś naprawdę pięknym.

– I nie skąpi nowych zagrożeń.

– Przestań opowiadać takie głupstwa. Przecież to równie piękne jak Światłoważki. To po prostu nowa zorza polarna!

– To nienormalne. Nie powinniśmy jej stąd widzieć.

Matt życzliwie poklepał Tobiasa po plecach.

– Skończ wreszcie z tymi obawami. To takie piękne kolory!

– Właśnie – szepnął w zadumie Tobias. – W przyrodzie to, co ma tak żywe barwy, często jest toksyczne... To reguła ochrony. A te chmury nie wróżą nic dobrego.

2 Serdeczne Przymierze

Forteca przy Wilczej Przełęczy wystrzeliwała wieżami i murami obronnymi pośrodku wąwozu biegnącego pomiędzy zboczami Ślepego Lasu. Dwie ciągnące się w nieskończoność ściany roślinności pięły się wyżej niż góra i zamykały głęboką dolinę, na której dnie powiewały sztandary Piotrusiów i Dojrzałych.

Forteca – terytorium neutralne – była jedynym miejscem, gdzie oba ludy mogły współistnieć, co prawda nie bez trudu, ale czyniąc co w ich mocy, by porozumienie trwało.

Każdy z dwóch ludów miał tu własną przestrzeń – wieże, korytarze i piętra donżonu przeznaczone wyłącznie dla niego – a  pomiędzy dwiema strefami tę wspólną, gdzie dorośli i dzieci spotykali się, rozmawiali i razem pracowali.

Serce tej równowagi biło na szczycie donżonu, w  ogromnej okrągłej sali o  również okrągłych oknach. Tam zawsze panował chłód. To była Serdeczna Komnata.

Właśnie tu prowadzono wszystkie negocjacje Piotrusiów z Dojrzałymi i tu dyplomacja dokonywała cudów, żeby poprawić stosunki między oboma ludami. W  centralnym punkcie sali na marmurowym piedestale leżał Traktat Przymierza – pergamin sygnowany przez przedstawicieli obydwu stron, symbol rodzącej się unii, gwarancja pokoju.

Na prośbę Zelii i  Maylis, sióstr ambasadorek Piotrusiów, na ścianach Serdecznej Komnaty wyryto imiona wszystkich Piotrusiów i Dojrzałych poległych w bitwie, która była tak bezlitosnym starciem. W kamieniu zapisano tysiące imion, w większości ludzi dorosłych.

Ofiar pokoju.

Podczas spotkań, do jakich tu dochodziło, każdy powinien o nich pamiętać i przez to dążyć do możliwie najlepszego rozwiązania. W tym miejscu, niejako na oczach zmarłych, wszyscy czuli się zobowiązani postępować tak, by ich ofiara nie okazała się daremna.

Kościsty mężczyzna z siwym wąsikiem i bardzo blisko osadzonymi oczyma, których zdawała się nie dzielić ścianka nosa, o  chudej szyi i twarzy pociętej zmarszczkami, tętniącej wyraźnie zarysowanymi żyłami, stał pośrodku, trzymając splecione z tyłu ręce na czerwono-czarnej szacie – nosił dawne barwy cynickie zastąpione teraz niebieską i czarną.

– Ambasadorze – rzekł, podchodząc. Skłonił się, jakby się zwracał do władcy, i zerknął wylęknionymi oczyma na rozmówcę. – Wiadomość od króla Balthazara.

Spijacz Niewinności chwycił list szybkim gestem i oddalił się, żeby go przeczytać.

– Hm – mruknął w zadumie, gniotąc palcem wargi.

– Czy zechce pan przekazać odpowiedź? – zapytał tamten, nie zbliżając się.

– Nie, możesz odejść.

Kiedy mężczyzna zniknął za ciężkimi drzwiami komnaty, Spijacz Niewinności przysunął list do płomyka jednej z wielu świec i patrzył, jak szybko ogień trawi papier.

Na drugim końcu przestronnej sali rozsunęły się zasłony, za którymi znajdowało się przejście do piotrusiowych apartamentów, a  Spijacz Niewinności potarł dłonie, żeby usunąć z  nich resztki popiołu, zanim stanie przed Zelią i Maylis.

Siostry – długowłose brunetki – były równie piękne, dumne i pełne wdzięku jak dawniej: zdeterminowana, obdarzona charakterem wojownika Zelia i Maylis, przenikliwa obserwatorka, której nieliczne zdania zawsze trafiały w sedno.

Spijacz Niewinności wolał być przy nich czujny.

– Panny ambasadorki! – powitał je, lekko skłaniając głowę.

– Pragniemy pana poinformować, że konwój z Edenu do Babilonu już wkrótce wyruszy i wasze matki będą miały zapewnione wsparcie w chwili, gdy urodzą się maleństwa.

Spijacz Niewinności mimowolnie zadrżał.

– To dobrze – wycedził przez zęby, nie kryjąc odrazy. – Pierwsze dziecięce grupy pomogły już w przygotowaniach, ale jest ich za mało. Ja natomiast otrzymałem wiadomości od króla Balthazara. Na dowód zaufania postanowił zezwolić waszym patrolom na poruszanie się po terytorium Dojrzałych bez specjalnego zezwolenia.

– Ale po co? – zdziwiła się Zelia. – Co mielibyśmy robić na waszej ziemi?

Spijacz Niewinności wzruszył ramionami.

– To tylko zezwolenie, do niczego nie zobowiązuje. Rzecz jasna dotyczy obu stron. Dzięki temu nasi żołnierze, liczniejsi i  lepiej uzbrojeni, mogliby od czasu do czasu pomagać wam w  pozbywaniu się najgroźniejszych stworzeń. Słyszałem, że istną plagą stali się u was Nocni Włóczędzy. Moglibyśmy na przykład pomóc wam w zepchnięciu ich poza granice.

Zelia wydęła usta.

– Musimy to przemyśleć.

– Oczywiście jeśli nie czujecie się jeszcze gotowi na przyjęcie nas na swoich ziemiach, król doskonale to zrozumie, choć będzie zawiedziony. Ale skłonni jesteśmy okazać cierpliwość.

Zelia się zawahała, wówczas jednak głos zabrała Maylis:

– Jeśli te patrole to nie ruchy wojsk i jeśli będą się pojawiały tylko pojedynczo, to nie mamy powodu sprzeciwiać się ich obecności.

– Doskonale! Król będzie zadowolony.

Powiedziawszy to, Spijacz Niewinności obdarzył je półuśmiechem, zapewne wymuszonym, bo właściwie tylko rozchylił wąskie wargi, obnażając długie zęby i skurczone dziąsła.

Potem odwrócił się i opuścił Serdeczną Komnatę.

Zelia głęboko westchnęła.

– Nie lubię tego paskudnego typa! – wybuchnęła. – Dlaczego się zgodziłaś? Przecież nawet tego nie omówiłyśmy!

Maylis chwyciła siostrę za rękę i pociągnęła do wyjścia.

– Nie tu. Chodź, pomówimy o tym w naszych apartamentach.

– Myślisz, że ściany mają uszy?

– Myślę, że wszystko jest możliwe, chodźmy już.

Zeszły kilka pięter niżej i  usiadły w  małej bibliotece, której półki podzielone były różnokolorowymi przegródkami.

– Zgodziłam się, ponieważ właśnie teraz nie powinnyśmy okazywać nieufności – usprawiedliwiała się Maylis.

– Podejrzewasz, że on coś knuje?

Maylis wzruszyła ramionami.

– Powiedzmy, że mu nie ufam.

– W takim razie powinnyśmy powiadomić Radę Edenu.

– I co im powiemy? Że intuicja każe mi mieć na oku ambasadora Dojrzałych? Nie, może to tylko ja mam paranoję. Matt ostrzegał, żebyśmy mu nie ufały. Czuję, że Spijacz coś knuje.

– Mogłybyśmy przynajmniej uprzedzić Matta i Melchiota.

Maylis pokręciła głową.

– Nie mam zaufania do naszych posłańców.

– Do którego? Jest ich przecież wielu.

– Przede wszystkim do Colina. Przez jego ręce przechodzi większość naszej korespondencji, a ja mu nie wierzę.

– Coś takiego! A komu ufasz?

– Poza tobą? Nielicznym. Posłuchaj mnie. Pokój wymaga, żebyśmy zachowały czujność, konflikty się rodzą, kiedy uwaga przysypia, więc nigdy jej za wiele. Miejmy się na baczności przed Spijaczem i starajmy się znaleźć w jego zachowaniu coś podejrzanego.

– Krótko mówiąc, chcesz, żebyśmy zaczęły go szpiegować?

Maylis przebierała nogami, nie mając odwagi przytaknąć siostrze.

Zelia uniosła rękę.

– Możesz na mnie liczyć. Jeżeli zrobi coś podejrzanego, zdobędę dowody.

– Ale uważaj, stąpamy po kruchym lodzie. Nie możemy doprowadzić do żadnego incydentu, który mógłby spowodować poważne konsekwencje.

– Zaufaj mi. – Zelia mrugnęła do niej okiem. – Będę niewidzialna.

3 Wybór

Cienkie bolesne pęknięcia pokrywały stopy Matta.

Już przeszło miesiąc szedł bez wytchnienia i jego ciało więcej nie było w stanie znieść.

Musiał pogodzić się z rzeczywistością: sama wola to za mało, przekroczył granice własnych możliwości – możliwości fizycznych.

Zaczęło się od pęcherzy i odcisków, potem czuł się połamany, plecy bolały go od spania na gołej ziemi, przesiąknięte potem ubrania obcierały mu skórę, pasy plecaka posiniaczyły plecy, ale te spękane stopy to już była przesada.

Musiał poszukać jakiegoś schronienia, zatrzymać się na kilka dni, wypocząć, nabrać sił.

Ale Mattem powodowało poczucie, że musi działać szybko, i ono właśnie wprawiało go w panikę.

To była sfera instynktu, intuicji.

Musiał to zrobić.

Natychmiast.

Dlatego ruszył na północ.

W  nieznanym kierunku. Minął Wysunięte Placówki, żeby wkroczyć na niezmierzone obszary, na których od czasu Burzy nie postała noga żadnego z Piotrusiów. Co się stało z Kanadą? Czy i tam ktoś przeżył? Matt nie przypominał sobie, żeby przekazywano jakiekolwiek informacje tego typu, nigdy nie spotkał nikogo, kto przybył z terenów leżących za Chicago.

Natarł stopy wodą i wsunął je w buty. Postanowił, że poszuka zacisznego miejsca, gdzie mógłby zostać przez co najmniej dwa dni, mając schronienie przed wiatrem i niepogodą.

Do zmierzchu zostały mu jeszcze ponad cztery godziny.

Okolica była zalesiona, tu i  ówdzie sterczały potężne skały, czasem wyższe od jodeł. Wyglądały jak wznoszące się ku niebu kły tytanów.

Szedł, dopóki nie wypatrzył niewielkiej jamy pod skałą. Była wystarczająco duża, żeby posłużyć mu jako tymczasowy dom. Zostawił tam ciężki plecak i z samym mieczem w pochwie zawieszonej na plecach poszedł nazbierać chrustu na ognisko.

Szedł, niosąc przed sobą suche gałęzie, kiedy zauważył światełko nieco dalej, w gęstych zaroślach.

Czerwone światełko, prawdopodobnie małej lampki, niespełna trzydzieści metrów od niego.

I jeszcze drugie na prawo, za kolczastymi krzewami.

Ogarnięty dziwnym przeczuciem Matt obrócił się i stwierdził, że otaczają go purpurowe światełka.

Rzucił drewno i dobył miecza.

Wtedy z zarośli wyłoniło się jeszcze więcej świateł.

Jak ślepia otaczającej go watahy.

Matt nie był w  stanie wyodrębnić żadnej sylwetki, widział tylko czerwone światło pulsujące na tle wysokiej człekokształtnej istoty. Była przed nim, za nim, po bokach. A może było ich wiele?

W lesie zawyła przerażająca syrena, bardziej groźna niż sygnał alarmowy statku płynącego we mgle, i światła rozbłysły mocniej.

Nagle Matta przeszył ból, który sprawił, że miecz wypadł mu z ręki.

Fala cierpienia przeniknęła jego nerwy, szarpnęła niczym harpia z koszmaru.

Matt usłyszał własne wycie.

Próbował się bronić, ale nie mógł ugodzić żadnej z tych istot.

Potem poczuł, że każdą z jego kończyn ciągną w inną stronę.

Potworne trzaski dochodziły z  całego jego ciała, aż w  końcu cierpienie ustało jak nożem uciął.

Uderzył o ziemię.

Nie żył.

Było widno.

Amber miała otwarte oczy, chwytała powietrze jak ryba.

Serce zamarło jej w piersi.

„Koszmar! To był tylko koszmar!”

Jej klatka piersiowa szybko unosiła się i opadała, dziewczyna nie mogła się uspokoić.

Matt przecież nie umarł, to był tylko straszny sen.

Mimo to Amber nie mogła dojść do siebie.

Już od trzech miesięcy nie dręczyły jej koszmary, nie miewała w ogóle żadnych snów.

Tak było, odkąd wchłonęła Jądro Ziemi.

Ten sen był pierwszy.

I pozostawił po sobie wyjątkowy nieprzyjemny smak realizmu.

Amber podniosła się i usiadła na brzegu łóżka.

Jej koszula nocna była wilgotna od potu.

– To nie była rzeczywistość – powiedziała głośno, żeby odpędzić strach. – To nieprawda.

A jednak wciąż nie mogła się uwolnić od tego osobliwego wrażenia, dźwięki były tak wyraźne, że bardziej przypominały wspomnienie niż twór podświadomości. Świst wiatru, chłód i...

„Ból Matta!”

Był prawdziwszy od prawdziwego, Amber wyraźnie to czuła.

To nie przypominało złego snu.

Raczej przeczucie.

I  Amber była już pewna: Matt nie powinien wyjeżdżać, nie może opuścić Edenu.

Wstała, szybko się umyła, ubrała i opuściła jeden z  drewnianych domów nad rzeką, gdzie mieszkała, żeby udać się na rynek, przy którym mieszkali Matt i Tobias.

Minęła rozległy plac, nie odpowiadając nawet na przyjazne powitania Piotrusiów zajętych już codziennymi pracami. Szybkim krokiem weszła do wysokiego domu o spadzistym dachu.

Dokładnie wiedziała, gdzie śpi Matt, spędzili w  jego pokoju wiele godzin przytuleni, rozmawiając, drzemiąc albo całując się. Tak było przez wiele tygodni po zawarciu Przymierza.

Zapukała do drzwi i weszła, kiedy tylko usłyszała głos Matta, który powiedział, że są otwarte.

Ubrany w  dżinsy chłopak wkładał właśnie szarą koszulkę. Włosy miał jeszcze mokre.

Nie zdołał ukryć zaskoczenia na jej widok.

– Amber? Ja... Co...

– Nie powinieneś wyjeżdżać – rzuciła dziewczyna, stając przed nim.

Kropelki wody spływały po czole i policzkach Matta, czuło się od niego miły zapach wanilii.

– Słucham?

– Ten twój pomysł wyprawy na nieznane tereny: daruj go sobie!

Wyraz zdumienia na twarzy chłopaka ustąpił teraz znużeniu.

– Amber, nie możesz lekceważyć mnie przez całe tygodnie, zachowywać się, jakby nic między nami nie zaszło, jakbym był ci obcy, a potem wpadać tu nagle i mówić mi, co mam robić!

– Ale ja cię proszę, bardzo proszę.

– Zdajesz sobie sprawę, jak się zachowujesz? – Matt zamrugał, jakby do głowy wpadł mu jakiś nowy pomysł. – A może mi wyjaśnisz, dlaczego o to prosisz? Czy... czy masz mi coś do powiedzenia?

Amber potrząsnęła głową. Czuła się niezręcznie. Cofnęła się i stanęła przy oknie. Słońce ogrzewało Eden, przebijając się przez skłębione chmury.

– Nie... ja... nie, po prostu...

– To dlaczego miałbym cię posłuchać?

Dziewczynie stanęła przed oczyma makabryczna scena śmierci Matta. Wzięła się w garść.

– Jeśli chcesz wiedzieć, miałam koszmar! Wyruszyłeś i  zostałeś zabity przez... przez bardzo dziwne stwory. Ale to nie był zwykły sen, uwierz mi, jestem przekonana, że to przeczucie. Zostań tu.

Matt tylko machnął ręką.

– Gdybym miał uzależniać swoje postępowanie od snów i koszmarów, które komuś się przyśniły, to w końcu bym oszalał!

– Ale ja nie jestem „ktoś”, Matt!

Chłopak podszedł do niej.

– Czyżby? Jesteś tego pewna? Ostatnio nie odnosiłem takiego wrażenia.

Amber zacisnęła zęby, urażona i zmieszana zarazem. Targały nią sprzeczne uczucia, z którymi nie mogła się uporać.

Łagodnie pokręciła głową, patrząc Mattowi prosto w  oczy, a potem zacisnęła usta, odwróciła się i wyszła.

Kiedy na dole trzasnęły drzwi, Matt osunął się na łóżko, czując przejmujący ból w sercu. Gniew i frustracja dławiły go niczym ość, która utknęła w gardle.

Przez Eden płynęła rzeka, szeroka wstęga krystalicznej wody, która oddzielała rejon zamieszkany, zachodni i południowy, od półdzikich obszarów północnych i wschodnich, gdzie ogrody warzywne, lasy i rozległe połacie pól zajmowały lwią część ziemi. Całość otaczały drewniane fortyfikacje wznoszące się na szczycie wzgórza. Każdy Piotruś, bez względu na to, na którym brzegu rzeki się znajdował, mógł czuć się bezpiecznie, bo chroniły go strzeżone umocnienia, toteż prawie nikt nie nosił broni.

Matt szczotkował Kudłatą na dzikim brzegu rzeki, w  cieniu trzech ogromnych wybudowanych ostatnio silosów. Suka – teraz prawie tak duża jak koń – patrzyła w dal z ozorem zwieszonym z boku i cieszyła się tą chwilą przeznaczoną tylko dla niej.

Tobias żuł długie źdźbło trawy, które przed chwilą zerwał na łączce, i obserwował dwójkę swoich kompanów.

– Za każdym razem kiedy ją widzę, mam wrażenie, że znowu urosła – powiedział.

– Bo tak jest. Od Wielkiej Bitwy rzeczywiście urosła.

– Myślisz, że to się nie skończy?

– Tak jest ze wszystkimi psami, które pojawiły się tamtego wieczoru. Nie wiem dlaczego, ale mam nadzieję, że zostanie taka jak teraz, bo inaczej będę miał poważny problem.

Kudłata zwróciła łeb w stronę swojego pana i wpatrywała się w niego orzechowymi oczyma.

– No nie... – bąknął Matt. – Zrozum, Kudłata! Jeżeli nie przestaniesz rosnąć, nie będziesz mogła zostać z nami w mieście. Popatrz na siebie! Przecież już teraz nie mieścisz się w drzwiach domu!

Suka odwróciła ślepia.

Tobias przysunął się do Matta i szepnął:

– Ona naprawdę rozumie, co się mówi?

Matt wzruszył ramionami.

– Tak mi się wydaje. Ja w każdym razie ją rozumiem. Kudłata, prawda, że się rozumiemy?

Suka wstała i wcisnęła wielki wilgotny nos w zagłębienie szyi Matta, a on parsknął śmiechem. Potem odeszła i ułożyła się, głęboko wzdychając.

Chłopcy siedzieli na trawie, milcząc. Po chwili Tobias przerwał ciszę: