Wydawca: AGORA SA Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 195 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Energia kobiet - Grażyna Borkowska, Monika Chodyra, Agnieszka Kublik

Kobiety, życie, praca, siła, przywództwo. Pięć słów, które wciąż zbyt rzadko stawiane są obok siebie. Dlaczego kobietom wciąż tak trudno przebić się przez „szklany sufit” i zająć pozycję liderów? Dlaczego życie i praca wciąż tak rzadko stanowią harmonijną całość? Co nam przeszkadza docenić własną siłę, odnaleźć w sobie energię kobiet?
12 bohaterek tej książki (a są wśród nich aktorki, kobiety biznesu, sportsmenki, dizajnerki) znalazło własne odpowiedzi na te pytania. Nieabstrakcyjne, nieteoretyczne, niewyczytane z podręczników. Przyniosło je życie, wyzwania, jakie stawiały im i otoczenie, i ich własne ograniczenia. Same musiały pokonać słabości, te ralne i te, które im wmówiono. Teraz dzielą się swoim doświadczeniem. Swoją pasją. Swoją energią. 
Wśród bohaterek książki znalazły się m.in.: Ewa Błaszczyk, Małgorzata Braunek, s. Małgorzata Chmielewska, Maria Czubaszek, Krystyna Janda, Kayah, Aneta Kręglicka, Joanna Klimas.

„Kobiety mają moc. Moc pozytywnej energii. Dowody w książce. Kobiety zmieniają świat na lepszy model. Koleżanki, obywatelki, przyjaciółki, siostry: alleluja i do przodu!” – Dorota Wellman

Opinie o ebooku Energia kobiet - Grażyna Borkowska, Monika Chodyra, Agnieszka Kublik

Fragment ebooka Energia kobiet - Grażyna Borkowska, Monika Chodyra, Agnieszka Kublik

REDAKTOR: Aleksandra Klich-Siewiorek

KOREKTA: Emilia Niedzielak

SKANOWANIE I OBRÓBKA ZDJĘĆ: Łukasz Irzyk

PROJEKT OKŁADKI: Ula Pągowska

OPRACOWANIE GRAFICZNE: Elżbieta Wastkowska

ZDJĘCIA: Jarosław Wojtalewicz/East News, Tricolors/East News, Maciej Zienkiewicz/Agencja Gazeta, Zuza Krajewska/LAF Artists Management, Mateusz Skwarczek/Agencja Gazeta, Piotr Porembsky/Kayax, Michał Wargin/East News, Włodzimierz Wasyluk/East News, Jacek Marczewski/Agencja Gazeta, Maciej Zienkiewicz/Agencja Gazeta, Wojciech Lesiak

PRODUCENCI WYDAWNICZY: Małgorzata Skowrońska, Robert Kijak

KOORDYNACJA PROJEKTU: Joanna Cieślewska

© Copyright by Agora SA 2014

© Copyright by Grażyna Borkowska

© Copyright by Monika Chodyra

© Copyright by Agnieszka Kublik

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2014

ISBN: 978-83-268-1697-0 (epub)

ISBN: 978-83-268-1698-7 (mobi)

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

WSTĘP

Kobiety, życie, praca, siła, przywództwo. Pięć słów, które wciąż zbyt rzadko są stawiane obok siebie. Dlaczego kobietom wciąż tak trudno przebić się przez szklany sufit i zająć pozycję liderów? Dlaczego życie i praca wciąż tak rzadko stanowią harmonijną całość? Co nam przeszkadza docenić własną siłę, odnaleźć w sobie energię kobiet?

Dwanaście bohaterek tej książki ma własne odpowiedzi na te pytania. Nieabstrakcyjne, nieteoretyczne, niewyczytane z podręczników. Przyniosło je życie, wyzwania, jakie stawiały im i otoczenie, i ich własne ograniczenia. Same musiały pokonać słabości, te realne i te, które nam wmówiono.

Pierwsza opowiada o tym, jak skutecznie radzić sobie ze stereotypem pięknej i niekompetentnej „Blondi”, jak czerpać siłę z niespodziewanych darów losu, by zmieniać je w trwały sukces, który wzmacnia w nas poczucie własnej wartości. Ale też pozwala „złapać nerwa” (bo kto powiedział, że to faceci są na wiecznym głodzie adrenaliny?). Pokazuje również – a lepszych przykładów niż ona nie da wam nikt – jak się „rozpiąć” i polubić siebie. I jeszcze jak godzić życiowe skrajności. Bo przecież nie jest tak, że studia doktoranckie uniemożliwiają start w „Tańcu z gwiazdami”.

Druga pokazuje, jak radzić sobie z ciężarem, który nas przygniata, i nie zwariować. Jak czerpać siłę od ludzi – nawet anonimowych – i budować sens nawet wtedy – zwłaszcza wtedy – kiedy na pozór wszystko spycha nas na dno rozpaczy.

Trzecia mówi o sobie „wańka-wstańka”. Bo przecież – jak mówi – „nie urodziłam się dojrzała, spokojna, pewna siebie i asertywna”. Żeby taką się stać, musiała zaakceptować naturalny rytm życia, w którym naprzemiennie upadamy i podnosimy się po porażkach, coraz lepiej przygotowani na kolejne niepowodzenia. Ale też gotowi do sukcesów (jej osobisty sukces jest więcej niż ewidentny). Nie jest to droga łatwa i – jak sama przyznaje – bardzo często trzeba na niej dokonywać rewizji własnych marzeń, możliwości i metod. Jednak – podkreśla – nie wolno pozwolić, by blokowały nas błahostki, bo tak czy inaczej, mimo coraz większego równouprawnienia, a może właśnie dlatego, kobietom wciąż jest trudniej: „Jak się już ruszyłyśmy z domu i od garów, to cały czas coś się nam dokłada. Te zadania są potwornie trudne: teraz musisz być piękna, musisz być dobrą matką, musisz mieć sukces, musisz być niezależna finansowo. Jak to wszystko zrobić i jeszcze być zadowoloną?”.

Da się. Tego dowodzi życie czwartej bohaterki tej książki: nie dość, że gwiazdy, to jeszcze założycielki i szefowej dużej prywatnej firmy. Bycie szefową było dla niej trudną lekcją – zwłaszcza że władza nie zawsze oznacza niezależność. Przeciwnie: trzeba sobie radzić w sytuacji nieustannej zależności. Od ludzi, okoliczności, układów. Przydaje się wtedy znajomość ludzkich zachowań, umiejętność rozpoznania aktorskich sztuczek, którymi próbuje nam się zamydlić oczy. Ale i tak najważniejsze jest – podpowiada – szaleństwo. Bez wariacji wariatów świat pozostałby płaski. Nie wydarzyłoby się nic. Ona w każdym razie z wariactwa nie zrezygnuje. I nie zwolni. Nigdy.

Bohaterka piąta uczy, jak budować wartości w instytucji, która działa jak wielka korporacja. Jak oduczyć się marudzenia i poszukiwania „obiektywnych trudności” – które przecież i tak nas znajdą.

Szósta radzi, jak nie bać się zmian, jak działać mimo lęku przed nimi. Bo najważniejsze to znaleźć siłę, by zacząć działać. Bo „rozwiązania rodzą się w działaniu”.

Siódma opowiada, jak szukała własnej drogi, nie dawała się wplątywać w łańcuchy potrzeb bez końca i oduczała realizacji cudzych oczekiwań wobec siebie. A także jak radziła sobie z niespełnieniem, które jest „brakiem szacunku i zaufania dla samego siebie”.

Ósma przyznaje, że dopiero akceptując to, że nie jest się w stanie robić cudów, zaczyna się robić cuda.

Dziewiąta mówi o tym, w jaki sposób walczyć o siebie, nie kopiując facetów – ich zachowań, stylu, rywalizacyjnych postaw.

Dziesiąta o tym, że jednak warto wspierać swoich partnerów – ich rozwój jest także naszym rozwojem.

Jedenasta szuka przyczyn, dlaczego kobiety tracą swoją naturalną energię i jakie słabości przeszkadzają im walczyć o swoje... A dwunasta pokazuje, że można pokonać strach, skakać o tyczce mimo lęku wysokości...

Nazwiska? Proszę bardzo: Aneta Kręglicka, Ewa Błaszczyk, Joanna Klimas, Krystyna Janda, Małgorzata Chmielewska, Olga Kozierowska, zmarła niedawno Małgorzata Braunek, Magdalena Durlik, Maria Czubaszek, Kayah, Iwona Georgijew. W książce pojawiają się w innej kolejności, ale nie to jest najważniejsze. Podobnie jak ich status: kobiet sukcesu, doskonałych menedżerek, wybitnych lekarek, gwiazd. Najważniejsze jest to, że każda z nich znalazła w sobie moc, żeby rozwijać się, szukać własnej drogi i nie być na niej sama. Bo ich historie – a przez to również ta książka – opowiadają o kobiecej solidarności. O potrzebie dzielenia się swoim doświadczeniem. Swoją pasją. Swoją energią.

Dlatego to nie jest książka tylko do czytania. Traktujcie ją jak zachętę, jak zapalnik, jak potwierdzenie, że można budować własne życie na własnych zasadach.

MAŁGORZATA BRAUNEK
Zaczęłam swoje poszukiwania samej siebie. Bo doskwierałam – że tak powiem – sama sobie. I ze wszystkim wokół, i ze wszystkimi. Zrozumiałam, że coś jest nie tak, że muszę w zupełnie innym kierunku pójść.
Małgorzata Braunek

Aktorka i buddystka. Ukończyła PWST w 1969 roku, a w 1970 roku została wyróżniona tytułem Gwiazdy Sezonu Filmowego. Zagrała w przeszło 20 filmach, między innymi w „Żywocie Mateusza”, „Polowaniu na muchy”, „Diable”, „Potopie”, „Lalce”. Rolą Izabeli Łęckiej pożegnała się z aktorstwem na prawie 30 lat. Razem z mężem Andrzejem Krajewskim wyruszyła do Indii, Tybetu, spotkała się z Dalajlamą. Była nauczycielką buddyzmu, zwierzchnikiem Związku Buddyjskiego „Kanzeon”. Wróciła do aktorstwa wielką rolą w „Tulipanach” Jacka Borcucha w 2004 roku. Była matką reżysera Xawerego Żuławskiego oraz aktorki Oriny Krajewskiej. Zmarła 23 czerwca 2014 roku.

Jestem otwarta na śmierć

AGNIESZKA KUBLIK: Ciągle się pani śmieje. Uśmiechanie się jest ważne w pani życiu?

Nie tylko w moim życiu, ale każdego człowieka, bo to wyraz wewnętrznej pogody, życzliwości wobec innych.

Skąd się wziął pomysł na akcję „Dzień dobry, uśmiechnij się”?

Myślę, że w nas, Polakach, pojawia się potrzeba, żeby zmienić nasze codzienne obyczaje, żeby odejść od tego publicznego wyrażania żalu, bycia ofiarą, okazywania narodowego cierpienia. To się jednak nie stanie ot, tak po prostu. Potrzeba lat, ale kiedyś trzeba zacząć.

Zainspirował mnie swoim uśmiechem Dalajlama. Zwrócił uwagę na to, że wszyscy zachowujemy się nawykowo. A Polacy nawykowo czują się ofiarami tragicznej historii. Dalajlama doszedł do wniosku, że lepiej zastąpić gorszy nawyk lepszym. A według niego lepszym nawykiem jest uśmiech. On go ofiarowuje ludziom.

Z taką historią jak nasza nie jest łatwo się uśmiechać.

Wiem, wiem, to pasmo narodowych powstań, czyli klęsk. Rozumiem, że w Polsce trudno świętować coś dobrego, co nam się udało, bo nawet 4 czerwca to dla wielu symbol kolejnej przegranej, bo Magdalenka itd.

Dlatego chcemy zrobić malutki kroczek, zacząć od prostej rzeczy: jeżeli spotkam na swojej drodze drugiego człowieka, to mogę obdarzyć go uśmiechem i powiedzieć „dzień dobry”.

Może jestem idealistką? Ale ciągle słyszę od ludzi, że brakuje im codziennej, bezinteresownej życzliwości.

Pani się uśmiecha do każdego na ulicy?

Staram się, choć czasami zapominam. Ale gdy się uśmiecham, spotykam się z uśmiechem.

Tak reagują, bo panią znają.

To prawda. Ale mój mąż wychodzi z psem na spacer i uśmiecha się do mijanych ludzi. Na początku reagowali zdziwieniem i nie odwzajemniali uśmiechu, teraz reagują bardzo otwarcie i entuzjastycznie. Rozumiem, że jest to nam potrzebne. Może zmienimy nasz charakter narodowy?

Gdy czytałam pani książkę „Jabłoń w ogrodzie, morze jest blisko”, myślałam, że odnalazła pani radość w śmierci.

To jednak dziwnie brzmi. Ja bym powiedziała, że przygotowałam się do nadchodzącej śmierci, przede wszystkim dzięki praktyce buddyjskiej.

Świadomie powiedziałam „radość”, bo o odchodzeniu i o śmierci swojej mamy mówi pani jak o „pięknym i głębokim doświadczeniu”.

Tak, bo byłam na nią przygotowana. Praktykując zen, buddyzm, mam świadomość nietrwałości wszystkich zjawisk, bezwzględnie wszystkich. My też jesteśmy takim zjawiskiem, czyli i nas. I to nie jest nam wpajane, my się tego na pamięć nie uczymy, my tego doświadczamy. Śmierć jest końcem, ale i początkiem, życie jest wieczne, tylko zmienia swoje formy, które są nietrwałe. Więc jestem otwarta na śmierć.

Byłam wolontariuszką w hospicjum, odchodzili moi przyjaciele, czułam, że śmierć jest obecna bardzo w moim życiu. Nie odrzucałam jej, akceptowałam ją. Czułam, że mogę z nią być, że mogę być przy ludziach odchodzących. Miałam potrzebę pracowania w hospicjum, pacjenci mnie potrzebowali. To była taka wymiana energii.

Śmierć w naszej kulturze jest zdarzeniem dramatycznym, tragicznym, bolesnym.

Nie chcę powiedzieć, że to nie jest bolesne, że jestem wolna od bólu odchodzenia najbliższych, to by była całkowita nieprawda. Natomiast to, że jest się pogodzonym ze śmiercią, zmienia nasz stosunek do śmierci, zmienia cierpienie. Ono nie jest tak bolesne, bo jest pozbawione niezgody na odejście.

Jakie pani miała kontakty z mamą w ostatnich miesiącach życia?

To był prawie rok, mama mieszkała u mnie. Oprócz dzieciństwa to był najlepszy okres naszej relacji.

Mama też tak myślała?

Mam nadzieję, że tak. Ona też była bardzo pogodzona ze śmiercią. Ten czas to był wielki prezent dla nas obu. Mama miała 90 lat i siły ją opuszczały. Przez wiele miesięcy już tylko leżała w łóżku.

A pani zajmowała się nią na co dzień?

Tak, ja i mąż. Nie da się ukryć, bywały momenty bardzo ciężkie. To była czasami fizycznie wyczerpująca praca.

Miała pani siłę chodzić do hospicjum?

Zrobiłam sobie przerwę. Zaczęłam chodzić jakieś dwa lata przed śmiercią mamy, potem dla niej to zostawiłam. Jak mama zmarła, wróciłam.

By znów być przy umieraniu.

To, co spotkało mnie w związku z odchodzeniem mamy, z jej śmiercią, z tym całym procesem zmiany nas obu, naszych relacji, to był niezwykły prezent. Byłam obecna przy śmierci kilku bliskich mi osób. I muszę powiedzieć, że to było dla mnie mistyczne doświadczenie.

Bo doświadcza się wtedy życia...

Tak. I ma się wtedy pewność, że śmierć jest tylko formą przemiany.

Dużo rozmawiałyście w ostatnich miesiącach przed śmiercią?

Właściwie niewiele. Ale wszystkie nasze rozmowy były bardzo znaczące. Dla nas obu, mam nadzieję. Doświadczałam z nią lekkości bytu. To mi dawało bardzo dużo siły i energii. I wtedy to, że było mi ciężko fizycznie, nie miało tak naprawdę znaczenia.

Gdy odchodził tata, miała pani 16 lat.

To była nagła śmierć. Tata był chory na serce bardzo poważnie. Ale to było zupełnie inne doświadczenie. Dla mnie to był szok, dla takiego młodego człowieka, jakim wtedy byłam, śmierć tak naprawdę nie istnieje. Ale dzięki temu miałam pierwsze doświadczenie obecności pozacielesnej. Obecności ojca po jego śmierci. Wtedy myślałam, że to może dlatego, że bardzo chcę, żeby był, że sobie wyobrażam, że jest.

Dziś na to patrzę jeszcze inaczej... Jeśli tylko pozbędziemy się lęku i na chwilę otworzymy na to, co nam życie przynosi, a między innymi przynosi nam także śmierć, to gwarantuję, że nawet jeżeli to będzie bardzo, bardzo bolesne doświadczenie, to równocześnie da nam wiarę i poczucie, że wszystko ma sens, bardzo głęboki sens. To bardzo ważne, żeby tego doświadczyć. Bez sensu nie da się żyć.

Rozmawiała pani o tym z mamą?

Nie było już potrzeby. Ona też była ze śmiercią pogodzona, z odchodzeniem była pogodzona. To mi bardzo pomogło.

Odeszła przy pani?

Rodzice nie chcą odchodzić w obecności swoich dzieci, nawet jeśli są pogodzeni z własną śmiercią. Opowiadały mi o tym pielęgniarki z hospicjum i sama zaobserwowałam, że tak jest. Kochający rodzic nie chce swoim dzieciom zadawać bólu. I mama odeszła przy moim mężu. Postarała się o to.

W „Tybetańskiej Księdze Życia i Umierania” jest dokładny opis, jakie są objawy umierania. Przed śmiercią człowiek głęboko wydycha i bardzo krótko wdycha powietrze, jedną z nóg ma zimną, a w kąciku wewnętrznym oka pojawia się śluz.

Płakałyście?

Nie miałam potrzeby opłakiwania mamy. To była dla mnie piękna noc, bardzo intymna noc matki i córki. Dużo się uśmiechałyśmy do siebie. To nam obu pomagało.

Dwie Małgorzaty, tak panią widzę, pani życie.

Dwie Małgorzaty, ale też są jednym. Nie mogę powiedzieć, że jestem tą osobą sprzed kilkudziesięciu lat, ale gdyby nie ta osoba, nie byłoby dzisiaj tej drugiej Małgorzaty.

Patrzę na pani zdjęcie z początku lat 70. Albo z „Polowania na muchy” Andrzeja Wajdy – okrutna modliszka z wyszczerzonym uśmiechem, w ogromniastych okularach...

Domyślam się, co chce pani powiedzieć. Gdy dziś oglądam jakiś mój stary film, to też patrzę na siebie jak na kompletnie obcą osobę. Gdybym teraz miała siebie określić jednym słowem, tobym powiedziała, że jestem totalnie spełnioną osobą. Tamta Małgorzata była totalnie niespełniona.

Mimo tylu ról, tylu aktorskich sukcesów: 1968 – „Wniebowstąpienie”, 1969 – „Polowanie na muchy”, 1972 – „Diabeł”, 1974 – „Potop”, 1977 – „Lalka”.

Dla osoby niespełnionej sukcesy są czymś zewnętrznym, ich się wtedy nie docenia. Nie ma się świadomości ich posiadania, bo niespełnienie polega na stałym pragnieniu czegoś jeszcze. Niespełnienie to brak szacunku i zaufania do samego siebie. Wtedy się nie ceniłam, nie ceniłam tego, co dostawałam, co robiłam, co miałam, bo zupełnie nie wierzyłam w siebie. To uczucie dalej mi gdzieś tam towarzyszy, nie mogę powiedzieć, że jestem pełna wiary w siebie, ale nauczyłam się nie mieć złudzeń na swój temat. To bardzo pomaga.

Wtedy, nawet gdybym weszła na Mount Everest aktorstwa, tobym kompletnie nie była w stanie tego docenić i nawet się tym cieszyć specjalnie.

Teraz mówi pani tak, jak tę pierwszą Małgorzatę widzi ta druga...

...no, nie mogę inaczej...

...jasne, ale wtedy tak pani tego nie analizowała.

Oczywiście, że nie. Nie potrafiłam, nie miałam takiej potrzeby. Czułam tylko, że to wszystko są ułudy. Granie dawało mi spełnienie, ale tylko chwilowe. A potem kolejne i kolejne. To jest bardzo silne działanie naszego ego, nie ma takiego stanu, w którym byłoby zaspokojone. Uciekłam od aktorstwa także z powodu narastającego poczucia niespełnienia, ale i innych rzeczy, o których nie ma co mówić.

To była świadoma decyzja?

Bardzo. Jedna z najbardziej świadomych decyzji w moim życiu. To samo do mnie przyszło. I zaczęłam swoje poszukiwania samej siebie. Bo doskwierałam – że tak powiem – sama sobie. I ze wszystkim wokół, i ze wszystkimi. Zrozumiałam, że coś jest nie tak, że muszę w zupełnie innym kierunku pójść.

Te poszukiwania były też związane z kontrkulturą hipisowską, która wprowadziła w obieg nie tylko używki, lecz także rozwój samoświadomości. To była swoista Wiosna Ludów w każdej dziedzinie życia, nie byłam wyjątkiem.

Ale nikt – tak jak pani – na kilkadziesiąt lat nie porzucił swojego wymarzonego zawodu. Bo przecież pani od dzieciństwa marzyła o graniu.

Marzyłam, a potem porzuciłam. I byłam w tym konsekwentna. To nawet dziwne, bo wtedy nie byłam ani konsekwentna, ani szczera wobec siebie. Potrafiłam bardzo dużo tłumić, wypierać. Ale doszłam do takiego stanu, że poczułam, że już dalej nie mogę udawać. Pierwsza Małgorzata była niekonsekwentna, druga – niezwykłe konsekwentna, czego się zresztą po sobie nie spodziewałam.

Opowiada pani w książce, że wiele w sobie tłumiła dla ówczesnego męża Andrzeja Żuławskiego. I że bardzo się do niego upodobniła, nawet charakter pisma się pani zmienił, zaczęła pani pisać maczkiem, jak on.

Byłam osobą niepewną siebie. Szukałam więc na zewnątrz potwierdzenia swojej wartości. To powodowało, że niezwykle łatwo było mnie zmienić, tak jak oczekiwało ode mnie otoczenie, jak oczekiwał tego ode mnie mąż. I jeżeli kochałam kogoś bardzo, to spełniałam jego oczekiwania. To było to tłumienie siebie. Moja praktyka buddyjska, ale i to, że spotkałam swojego obecnego męża Andrzeja Krajewskiego, od którego dostałam pełną akceptację, spowodowało, że...

...nie musiała się pani dla niego zmieniać...

...czułam, że nie muszę się zmieniać, co właśnie spowodowało wielką zmianę. Dopiero kiedy akceptujemy swoje wszystkie pozytywne i negatywne cechy, możemy naprawdę zacząć pracować nad sobą.

Który z Andrzejów panią bardziej zmienił?

Ja bym wolała powiedzieć, że to nie oni mnie zmienili, ale że to dzięki nim ja siebie odnajdywałam.

Teraz odnajduję się w uśmiechu. Chciałabym nim zarazić Polaków (śmiech).